Newton’s Balls – 102 – Kurator, nauczyciel i prawnik

Chase nie miał pojęcia, o co chodziło Lucy, kiedy do niego zadzwoniła i obwieściła, że koniecznie muszą się spotkać. I to niemal natychmiast, nim będzie za późno. Na co za późno, też nie raczyła mu powiedzieć. Chciała się z nim widzieć w trybie natychmiastowym, więc zgodził się pod jej naciskiem. Nie miał wyboru. Ale jedyne co go zaskoczyło, kiedy już odłożył telefon, to fakt, że… zgodził się, żeby ta przyjechała do domu. Do domu Courtneya. Chyba nawet sam to zaproponował, ale po skończeniu rozmowy nie pamiętał, w którym momencie i co go do tego podkusiło. Ostatnio przyznał się ojcu, że jest z facetem, dowiedział się o tym też Raphael, a teraz zapraszał do domu swojego faceta koleżankę, która kiedyś przed kumplami go udawała. Sytuacja była abstrakcyjna. Ale musiał o niej powiedzieć mężczyźnie.
— Ej, Coney… — Stanął nad kochankiem, który grał na komputerze, całkiem skupiony na zabijaniu wrogów.
— Mhm? — odmruknął więc mało świadomie, bo cały czas żywo naciskał klawisze i wyczyniał skomplikowane kombinacje w walce.
— Możesz spauzować? — spytał nastolatek już burkliwie i szturchnął go palcem w policzek.
Courtney zerknął na niego krótko, jeszcze kilka sekund zwlekał, ale w końcu wcisnął escape. Okręcił się na fotelu w stronę chłopaka.
— No co tam?
— Pamiętasz Lucy, co ciebie udawała?
— Mhm.
— To… ma wpaść tu. Pewnie do godziny. Okej? — Od razu przeszedł do sedna.
— No jasne. Nie ma problemu. Wiem, że na serio wprowadzasz się dopiero za miesiąc, ale możesz zapraszać, kogo chcesz, skarbie.
Chase potarł swój kark i nieznacznie się skrzywił.
— No wiem, ale nie byłem pewien, czy chcesz tak na pewno.
Mężczyzna uśmiechnął się i ściągnął go do siebie za kark, chcąc go pocałować.
— Chcę, żebyś czuł się tu jak w swoim domu.
Chase odpowiedział na pocałunek, ale nadal wyglądał, jakby zjadł cytrynę.
— Bo to tak dziwnie.
Swoją miną i tonem rozbawił Courtneya. Ten zaśmiał się i cmoknąwszy go ostatni raz, pozwolił mu się wyprostować.
— Staraj się o tym tak nie myśleć. To twój dom, masz zresztą klucze. Ale co…? Będę wychodził zaraz z Lilem, to może skoczę do cukierni po coś?
— Ale wrócisz zaraz? — spytał Chase, starając się wyraźnie zachowywać naturalnie. Wpychał jednak dłonie w kieszenie. Widać było, jak myśl o tym, że to też był jego dom, wydawała mu się dziwna. Marshall miał z tym zdecydowanie mniejsze problemy.
— Mhm, będę. Ale poradzisz sobie jakby co. Wiesz, gdzie mamy szklanki i tak dalej — dodał Courtney z uśmiechem i wstał od biurka. Gra się zapisała, więc mógł ją wyłączyć. — Coś jeszcze chcesz ze sklepu?
— Poza czymś słodkim? Może coś do picia?
— W porządku. Coś wymyślę.
— Okej. — Chase zgodził się i jeszcze raz go cmoknął, aż poszedł do kuchni, chcąc sprawdzić, czy czegoś jeszcze trzeba. — Tanka też zabierzesz?!
— Mogę! — odkrzyknął Courtney już z sypialni, bo przebierał się z dresów w coś bardziej wyjściowego.
— A o której Marshall wraca?! — Chase znowu krzyknął przez cały dom.
Wypił do końca sok z dużego kartonu. Psy, od kiedy otworzył lodówkę, kręciły mu się przy nogach.
— Wieczorem! Mają zlecenia na obrzeżach!
— To dobrze… Nie będzie się gapił Lu na cycki.
Chase przeszedł bliżej sypialni, żeby nie krzyczeć. Zajrzał tam, chcąc zobaczyć, jak Courtney się przebiera. Lubił na niego patrzeć. A ten już miał na nogach te swoje ciasne, czarne jeansy, które zawsze seksownie leżały mu na tyłku. Zakładał ciemnoszarą bluzę na biały podkoszulek.
Chase starał się za dużo nie myśleć. Jak zawsze. Ale i tak przez zaproszenie Lucy faktycznie wszystko było jakby bardziej… rodzinne. To był dom, w którym naprawdę miał się czuć jak u siebie. W sumie mało kto w jego wieku miał coś takiego. Szczególnie że wielu jego znajomych ze szkoły jechało na studia i jeszcze długi czas miało żyć dzięki pomocy rodziców. A on już zamierzał się ustatkować. I to z mężczyzną.
— To co? Ja się zbieram. Postaram się szybko wrócić, ale chwilę dam się im wygonić, nie? — rzucił Courtney, rozglądając się za portfelem.
— Możesz. Miałem sam iść wieczorem jeszcze z nimi na rower, ale jak ty idziesz i Lu wpada, to może zrób z nimi większe kółko — zaproponował chłopak, a jego wzrok wodził po posturze mężczyzny. Podobał mu się.
Ten zapiął zamek bluzy i w końcu zlokalizował portfel. Wcisnął go w kieszeń na tyłku, po czym podszedł do swojego chłopaka i cmoknął go.
— To do zobaczenia potem, hm?
— No, do zobaczenia. Pomogę ci jeszcze z psami — zaoferował się Chase.
Po chwili oba czworonogi były już na smyczach, a Courtney wychodził z mieszkania, zostawiając Chase’a czekającego na Lucy.
Dziewczyna pojawiła się całkiem szybko. Nastolatek zdążył tylko chwilę posiedzieć na internecie. Psy go nie zaalarmowały, bo ich nie było, ale aż dziwnie było usłyszeć dźwięk dzwonka do drzwi ze świadomością, że jest to gość do niego. Tym bardziej, że nie było przy tym Courtneya i Marshalla. Tylko on w tym dużym mieszkaniu, jakby to była jego własność.
Gdy otworzył drzwi, zobaczył dziewczynę w lekkim, beżowym płaszczyku, ale teraz rozpiętym, dzięki czemu dobrze widział, że to Lucy. Nie tylko po jej dużych cyckach, ale i koszuli w kratę, czy zdartych jeansach.
— Siemka — przywitała się i jeszcze obejrzała się wymownie. — Ale czaderski ogród. Duży.
— No, jest spory. Ale wchodź, wchodź. Co cię tak w ogóle nagle natchnęło? — spytał, wpuszczając dziewczynę do środka. Zastanawiał się, czy to dobrze, że nie było nikogo innego, czy nie. Sam nie wiedział.
— Zaraz ci opowiem, spoczko. Ale daj mi się rozejrzeć! Wow, ale mieszkanie! — wydusiła z zaskoczeniem i podziwem, kiedy tylko weszła głębiej i zdjęła trampki oraz płaszcz.
Jej warkocz przeskakiwał z prawa na lewo, kiedy wszystko oglądała.
— No, kuchnia jest spora też. A Marshall ma jeszcze wyremontowaną piwnicę. Jest spoko.
Chase oglądał dziewczynę, kiedy ta oglądała mieszkanie. Wciąż trudno mu było myśleć o tym mieszaniu jak o własnym domu i był wyraźnie speszony, kiedy oprowadzał gościa.
— Ale jaki tu porządek… — zdziwiła się Lucy, kiedy weszli do kuchni, a ona ogarnęła spojrzeniem całe pomieszczenie. — I te wszystkie sprzęty… Wy serio-serio używacie maszyny do makaronu…? — wydusiła głupio, gdy zbliżyła się do sprzętu leżącego na jednym z blatów. Obok sokowirówki. Nie ogarniała.
— Nie my. To Courtney. — Chase naburmuszył się, jakby ta uwaga go zabolała. — Chcesz coś do picia? A nie się nabijasz…
— Oooj, Chase, nie pomagasz mu w robieniu makaronu? Nie podtrzymujesz go za tyłek, żeby nie przewrócił się przy tej ciężkiej pracy? — Lucy śmiała się, ale poszła za nim jak pies, gdy szedł do lodówki. — I daj cosik.
Nastolatek rzucił jej mordercze spojrzenie.
— Za kogo ty mnie masz? — fuknął, chociaż dokładnie to, co powiedziała Lucy, już nie raz robił. Ale nie zamierzał się przyznawać. Nie teraz. Miał ochotę na protest, a nie potakiwanie, jakim jest zbereźnikiem.
Ale dziewczyna tylko zachichotała pod nosem i oparła się tyłkiem o szafkę.
— Ale fajna chatka. Zazdro trochę. Ja się dalej gniotę u Shane’a. Ale właśnie, jak już rozmawiamy o Shanie…
— Właśnie, miałaś coś powiedzieć. Dzwoniłaś, jakby coś się paliło.
Podał jej szklankę pełną lemoniady. Oczywiście nie swojej roboty. Dodał tylko lodu do tego, co Courtney przygotował i co stało w lodówce.
— Dzięki — odpowiedziała najpierw krótko.
Chase poprowadził ją do salonu, żeby było im wygodniej. Tam dziewczyna nie opanowała się przed skomentowaniem, jak wygodna jest kanapa. Wszystko musiało się jej wydawać bardzo zadbane i drogie. Tak jak Chase’owi, kiedy ten pierwszy raz zobaczył mieszkanie kuratora. Chociaż on chyba jeszcze inaczej to wtedy widział. Gdy sam mieszkał u dziadków we wręcz patologicznych warunkach i odwiedził swojego opiekuna w takich… luksusach. A teraz… teraz już na tyle do tego przywyknął, że wydawało mu się to normalne.
— No a Shane… Pewnie będzie chciał ci powiedzieć sam, dlatego przyszłam, żeby go uprzedzić. — Lucy uśmiechnęła się jak chochlik. — Przedwczoraj oświadczył się Davidowi!
Chase, który opierał się łokciami o swoje kolana, teraz uniósł się, całkiem prostując i gapiąc się na dziewczynę wielkimi oczami. Był w szoku, bo nie spodziewał się, że właśnie to usłyszy.
— Bez jajec! Serio to zrobił?
— Nooo! Pokażę ci fotkę, bo mi skubaniec wysłał chyba pięć minut po jej zrobieniu. Obczaj, obczaj.
Lucy podsunęła się do Chase’a i wyciągnąwszy swój telefon z kieszeni, pokazała mu zdjęcie. Był na nim David z Shane’em, obaj szczęśliwi, z widokiem rzeki w tle. Ale to dopiero na drugim zdjęciu widać było obrączki. Czyli David musiał powiedzieć „tak”.
— O w mordę. Ale pojeb! — Chase zarechotał, patrząc na zdjęcia z kompletnie wmurowanym spojrzeniem. Nie spodziewał się, mimo że Shane o tym wspominał. — Ale to czekaj, kiedy on to zrobił?
— W niedzielę. Zabrał go nad rzekę, no nie? Czadzik. On zawsze ma schizy z tymi specjalnymi miejscami, jakby się mu nie mógł standardowo oświadczyć w restauracji. Ale i tak klawo, że David się zgodził, bo w sumie nie byłam pewna. Miał już żonkę, nie? — mówiła, popijając lemoniadę, gdy Chase oglądał zdjęcia.
Aż przez przypadek zaszedł za daleko i zobaczył cycki partnerki Lucy. Zrobił większe oczy, ale nic nie powiedział, tylko uniósł telefon tak, żeby dziewczyna nie wiedziała, co ogląda. Obejrzał je dokładnie, po czym szybko wrócił do zdjęć Shane’a i Davida. Dopiero wtedy oddał telefon Lucy, ale przez swoje odkrycie niewiele pamiętał, co ta mówiła.
— Tak? Ale to… czekaj. Jeszcze raz. To się zgodził przecież, nie?
— Nooo, zgodził. Ale Shane myślał, że skoro miał już żonkę, to nie będzie chciał drugiej — zażartowała z chrumkającym śmiechem. — Ale okazało się, że chce.
— Ale to on w ogóle może się z nim ożenić? — spytał Chase, nieświadom, że użył niewłaściwego określenia.
— No, tu jeszcze nie, ale może się to zmieni, zanim się hajtną, co nie? Będzie śmiesznie. Może zaprosi cię na ślub, ale nie wiem, czy chcą to robić duże, czy małe. W ogóle… — Lucy odchyliła głowę do tyłu i zagapiła się na projektor wiszący z sufitu. — Zazdroszczę im.
— Czego? Mieszkania? Ono jest Courtneya — odpowiedział Chase, zagubiony i zbyt poruszony wieścią o ślubie dwóch mężczyzn, żeby dobrze się skupić.
— Im. Im, Chase. Zazdroszczę im hajtania się, życia razem, domu. Ale tobie też, bo też wychodzisz na prostą, masz fajną robotę i mieszkanie — marudziła dalej, ale chyba nie było to ogólnie w jej stylu, więc szybko się wyprostowała i rozejrzała. — Gdzie pieseły?
— Z Courtneyem. Poszedł do sklepu i z psami. Ale no, Lu, ty też masz nieźle. Mieszkasz w już prawie własnym mieszkaniu. Wiesz, Shane cię nie wychuja, bo się z nim nie rozstaniesz. A Shane… no spoko. Chociaż to takie dla mnie dziwne mimo wszystko.
— Dla każdego, kto dopiero kończy szkołę, małżeństwo wydaje się dziwne — zauważyła Lucy.
I zanim Chase odpowiedział, rozległo się głośne szczekanie. Psy musiały od razu wyczuć, że w domu jest ktoś więcej niż Chase. Więc gdy tylko zostały wpuszczone do środka, popędziły się przywitać. Lil zrobił to nawet za prędko, bo pośliznął się na posadzce i przejechał aż pod telewizor. Za to Tank znalazł się szybko przed Lucy, położył jej łapy na kolanach i spróbował polizać.
— Tank! — Chase od razu go upomniał, żeby nie przesadzał. Nie chciał, żeby dziewczyna po sekundzie była cała brudna. I jak starszy pies posłuchał, tak Lil już nie zareagował na upomnienie i chłopak musiał wstać, żeby go przytrzymać. Mimo że Lucy się śmiała.
— Nie udało mi się ich powstrzymać. — Usłyszeli głos Courtneya zza pleców.
Mężczyzna obszedł kanapę, żeby się przywitać, a oni zobaczyli, że w ręce niósł dwie papierowe torby. Jedną z zakupami ze zwykłego sklepu, a drugą z pudełkiem z cukierni.
— Siema, Lucy — przywitał się, wyciągając do niej rękę.
— O hej, miło znowu widzieć. — Ta spróbowała wstać, ale Lil chyba jeszcze nie chciał dać jej wolności.
— Do cholery, Lil! — Chase fuknął w końcu na niego groźniej i sprowadził go na podłogę.
A pies spojrzał na niego z wystawionym językiem, wciąż machając ogonem. Wyglądał na najszczęśliwszego psa na świecie. Tank był bardziej grzeczny, ale i tak położył pysk na kolanie Lucy, domagając się głaskania.
— Mieliście spokój bez nas, co? Kupiłem sernik z malinami — dodał Courtney, ruszając do kuchni. — Pokroję!
— Okej. A Lucy przyszła powiedzieć, że Shane żeni się z Davidem! — zawołał za nim chłopak, po czym, kiedy w końcu Lil trochę się uspokoił, znów go puścił. Ten i tak wskoczył na kanapę, ale już nie był tak nachalny.
— Naprawdę?! Gratulacje!
Lucy uśmiechnęła się, już głaszcząc Lila po pysku. A gdy Courtney wrócił do salonu, postawił przed każdym talerzyk w wysokim, puszystym sernikiem na kakaowym spodzie. Na każdym kawałku był malinowy syrop i całe maliny. Gdyby Chase nie wiedział, że jego facet kupił to w cukierni, to byłby pewien, że to upiekł. Potrafił zrobić pięknie wyglądające ciasta.
— Gdzie mu się oświadczył? — zapytał kurator, przysiadając po drugiej stronie Lila, ze swoim talerzykiem. Ten od razu postanowił sprawdzić, co mężczyzna ma do jedzenia.
— Na rzece. Wynajął łódkę i na rzece mu się oświadczył przy Riverwalk. Mam zdjęcia. Pokazać? — odpowiedziała Lucy z zadowoleniem, że może jeszcze komuś powiedzieć.
— Mhm.
Courtney chętnie sięgnął po jej telefon, kiedy ta go odblokowała. Uśmiechnął się do siebie, równocześnie starając się trzymać talerzyk z dala od Lila. Było to trudne, ale pies i tak panował nad sobą bardziej niż kiedyś. Tank za to tylko przeniósł się do Chase’a i położył mu pysk na stopach.
— Romantycznie. Chase też tak potrafi. Kiedyś wysikał mi serduszko — dodał Courtney z uśmiechem i oddał dziewczynie telefon.
— Courtney! — Chase od razu krzyknął na mężczyznę, a obaj usłyszeli, jak Lucy zaczyna się głośno śmiać. Chłopak spojrzał na nią z pretensją i zażenowaniem. — I widzisz, co zrobiłeś. Wiesz co? No kurwa…
— Ale to było cholernie słodkie! — odparł od razu Courtney z szerszym uśmiechem. — Zdobyłeś tym moje serce.
— Lu tak nie myśli. Śmieje się!
Dziewczyna zamknęła sobie usta dłonią i spróbowała się uspokoić. Wyraźnie chciała coś powiedzieć. I gdy udało się jej odzyskać oddech, ukroiła sobie kawałek sernika i wskazała na chłopaka widelczykiem.
— Z twojej miny. Gdybyś się widział! Ja kiedyś jednej dziewczynie „z miłości” zrobiłam laleczkę. Okazało się potem, że jej rodzice byli jakimiś zjebami z sekty i myśleli, że chciałam ją zabić. Bo nie wyszła i wyglądała trochę jak voodoo.
— Ale to… Bo on tak to powiedział jak debil. — Chase jeszcze się tłumaczył, cały naburmuszony. Serduszko było romantyczne, ale Courtney wcale nie musiał tego przypominać. Przy dziewczynie brzmiało to bardzo głupio.
A kiedy ta się dalej śmiała, Chase z miną pełną irytacji trzymał przy sobie Tanka. Ciasta jeszcze nie spróbował i musiał tylko uważać, żeby któryś pies nie zrobił tego za niego.

***

Jechał na ostatnie swoje spotkanie z kuratorką, która zastępowała Courtneya podczas jego zawieszenia. Naprawdę miał nadzieję, że będzie ostatnie. Zresztą, już niedługo miał kończyć kuratelę, więc nie widział powodów, dla których nadal miałby być pod opieką tej kobiety. Nie, żeby jakoś wybitnie jej nie lubił, ale wolał, żeby to jego Coney wisiał mu nad głową niż ta cycata piękność.
Jadąc na miejsce spotkania wyjątkowo autobusem, myślał, jak bardzo zmienił się w ciągu roku. Rozmawiał z młodym Newtonem, nie uderzywszy go ani razu. Nie denerwował się tak często, bo nie widział swoich dziadków prawie w ogóle. Ci nie widzieli w tym problemu, on też. Każdy ukrywał fakt, że powinien być pod ich opieką do pełnoletniości, a nikt się na to nie umawiał. Do tego zaledwie w ciągu tego roku miał dziewczynę, która była jego kuratorem i mężczyzną od niego o dziesięć lat starszym. Lesbijka udawała jego prawdziwą partnerkę, a potem też miał dziewczynę z cyckami i w swoim wieku. Aż ostatecznie wrócił do mężczyzny i teraz już nazywał go swoim facetem. Do tego zmienił pracę. W sumie mógł uznać, że ten rok był naprawdę intensywny.
Dojechał pod biurowiec, w którym pierwszy raz spotkał się z Courtneyem pod koniec czerwca zeszłego roku. Wtedy nienawidził swojego życia, a spotkanie z kuratorem uważał za najgorszą rzecz, jaka mogła go w tamtym czasie spotkać. Nie wiedział, że po kilku miesiącach będzie ją uważał za najlepszą.
Wjechał na odpowiednie piętro, udając, że nie widzi tych wszystkich garniturowców. A gdy zapukał do gabinetu, usłyszał dźwięczne „proszę”. Po wejściu ujrzał ładną, młodą blondynkę w gustownej garsonce.
— Bry — mruknął na powitanie, zamknąwszy drzwi za swoimi plecami.
Był mniej burkliwy, niż kiedy pierwszy raz pojawił się w tym budynku, ale nadal czuł się w nim źle. Jego entuzjazm właściwie nigdy nie był wysokich lotów, chyba że chodziło o psy, dobre jedzenie, sport czy seks.
— Dzień dobry, Chase. Zapraszam, siadaj.
Kobieta uniosła się i wyciągnęła do niego rękę na powitanie. Zawsze była grzeczna i pewna siebie. I chyba nawet w podobnym wieku co Courtney. Na pewno gdyby Gabriel był na jego miejscu, gapiłby się jej teraz w biust. Jemu zresztą też wzrok tam uciekł. Nadal dostrzegał piękno piersi. Było w nich coś takiego, że po prostu chciało się na nie patrzeć.
— Mhm — mruknął, patrząc więc poniżej jej twarzy i usiadł na krześle naprzeciwko. Od razu zsunął się nisko.
Biuro było mniej ascetyczne niż to Courtneya. Było tu widać kilka kobiecych dodatków. Były nawet zdjęcia rodziny Lary Wood. A nie wierzył, żeby kiedykolwiek Courtney postawił na swoim biurku zdjęcia Marshalla.
— To nasze ostatnie spotkanie, więc będzie raczej krótkie. Widzieliśmy się niedawno, a teraz muszę tylko zapytać o kilka rzeczy odnośnie twojego wcześniejszego kuratora. — Kobieta od razu przeszła do rzeczy. — Pytanie najważniejsze, Chase. — Pochyliła się do niego, oparła łokcie o blat i splotła palce. — Czy w ogóle chcesz, żeby Courtney Corn wciąż prowadził twoją sprawę, czy wolisz, żebym to ja pociągnęła ją do końca?
Nastolatek zaśmiał się pod nosem i szybko przetarł nos dłonią.
— Bez urazy, ale wolę jego — odparł w końcu, śmiejąc się samemu z siebie i z tego, jak ta odpowiedź pasowała nie tylko do kurateli, ale też do nich samych. Bo wolał Courtneya.
Nie zaskoczyło go, że zobaczył zdziwienie na twarzy swojej rozmówczyni. Ta nawet nie odpowiedziała od razu, tylko potrzebowała kilku sekund, żeby to przyswoić.
— Tak? Dogadujesz się z panem Cornem?
— Mhm. Jest spoko. A czemu pani tak nie myśli? — Chase trochę spoważniał, zastanawiając się, co może mieć ta kobieta do Courtneya.
— Och, nie, nic… Po prostu… — Jak Lara dotąd była na każdym spotkaniu w pełni profesjonalna, tak teraz… zarumieniła się. — Pan Corn jest świetnym kuratorem, ale moim zdaniem niedocenianym.
— Podoba się pani? — spytał Chase, idąc za ciosem. I nie myślał za bardzo, o czym mówi i o co pyta.
Jeżeli przed chwilą kobieta była zarumieniona, tak teraz zrobiła się dosłownie czerwona.
— Słucham…? To nie powinno cię wcale interesować, Chase — spróbowała odpowiedzieć karcącym głosem.
— Ale interesuje. To jak? Dlatego nie chce pani, żebym znów był pod jego kuratelą? To trochę pogrzane, nie? — Chłopak zaśmiał się, trochę kryjąc tym zazdrość i zaskoczenie. Zwykle to Courtney był tym, który zabiegał o niego.
— Nie powiedziałam nic o tym, że nie chcę, byś był pod jego kuratelą. Zwyczajnie zapytałam z ciekawości i troski. Powiedz lepiej, co ty o nim myślisz. Skoro dobrze się dogadujecie, a ty, widząc po wynikach, wyszedłeś na prostą, to nie dlatego, że zaniedbywał opiekę nad tobą, lecz mocno pracowaliście nad twoim programem. Tak?
— No był spoko, nie? — Chase wzruszył ramionami nadal ze zlewczą postawą. Już tak miał, że ją przybierał, kiedy nie ufał komuś do końca. — Pomagał mi dużo z pracą.
— Mhm. Bardzo miło, że znalazł ci coś, co akurat lubisz robić. Więc jak? Od przyszłego tygodnia chcesz wrócić pod jego opiekę, tak? A teraz, póki jesteśmy tutaj, możesz jeszcze zasugerować, czy o czymś mam porozmawiać z panem Cornem, o czym nie chciałbyś mu mówić sam? — zapytała przyjaznym głosem, ale Chase cały czas miał wrażenie, że po prostu szuka pretekstu, by spotkać się z jego facetem. — Jakieś propozycje, czy coś byś chciał zmienić, czy powinien jeszcze w czymś ci pomóc?
Chase chętnie teraz by jej powiedział, że Courtney może mu pomóc rozładować napięcie. Ale w łóżku. Tego ostatniego jednak nie powiedział.
— Pomóc? Nie wiem no… Głupio chyba tak. Ale on mi chyba dość pomaga, nie? Jak na kuratora. Tylko czasem jest tego wszystkiego od zajebania, nie? To może by coś też ogarnął tak dla relaksu, a nie pracy. — Mówił, śmiejąc się w duchu z miny Courtneya, gdy ta kobieta będzie mu mówić, żeby pomógł zrelaksować się swojemu młodemu podopiecznemu.
Lara pokiwała głową i zapisała coś szybko na jednej z małych karteczek.
— Jasne. Porozmawiam z nim o jakichś aktywnościach dla ciebie.
— Byle nie sport. Już do jednego mnie zmusił. — Chase prychnął, nadal ciekaw, jak kobieta to przedstawi.
— Okej. Nie sport. — Zapisała coś i uśmiechnęła się do Chase’a. — Na koniec jeszcze powiem, że wczoraj byłam w twojej szkole…
Zaczęła się produkować na temat jego nauki. Pochwaliła go, bo w porównaniu z wynikami z początku roku, a także z poprzedniego, Chase naprawdę nieźle sobie radził. Przypomniała jednak dosadnie, że teraz czekają go egzaminy, więc musi się postarać.
I jakiś kwadrans później Chase był wolny. Nie tylko od tego spotkania, ale i całego okresu zawieszenia Courtneya pod skrzydłami tej cycatej blondynki. Była miła, całkiem sympatyczna, ale dziś zauważył jaj znaczący minus, jakim było robienie maślanych oczu do jego Corna. Chociaż pewnie Marshallowi by się spodobała. Tylko ten pewnie nie byłby tak głupi jak on, że spotykałby się z kuratorem.
Wyszedł z gabinetu i podążył do windy w tym burżujskim, wysokim biurowcu, w którym każdy pracownik zarabiał tyle, ile jemu mogło się tylko śnić. To było deprymujące, ale starał się to lekceważyć i okazywać swoją wzgardę postawą. Ale nagle jego mina z buntowniczej zmieniła się w zaskoczoną, kiedy wyszedł z windy do holu i jego oczom ukazał się… profesor Peterson. Siedział na kanapie dosłownie trzy metry dalej i najwyraźniej na kogoś czekał. Chase domyślał się na kogo. Na swojego męża, który przecież też tu pracował.
Rozejrzał się w prawo i w lewo, sprawdzając się, czy była tu jeszcze jakaś osoba, którą znał, a której nie chciał widzieć. I kiedy nikogo takiego nie dostrzegł, podszedł do nauczyciela. Nie miał za bardzo innej możliwości, żeby go minąć.
— Dobry — mruknął. — Co pan tu robi? — Udał głupiego, co nie było w jego przypadku trudne.
James zdążył jedynie unieść na niego spojrzenie i speszyć się, aż nagle obaj usłyszeli radosne:
— Już jestem, kochanie.
Obejrzeli się i zobaczyli prawnika idącego ku nim z dwoma papierowymi kubkami z kawą. Ten na widok Chase’a Lasha na sekundę stracił swój uśmiech, chociaż szybko go przywrócił.
— Chase. Witam.
— Dobry — ten odpowiedział i popatrzył po nich. — Jestem tu przypadkiem, serio. — Uniósł dłonie w obronnym geście.
A mężczyźni spojrzeli po sobie. Walter podał swojemu mężowi jeden kubek. Wyglądali obaj, jakby mieli wyjść. James był ubrany w kurtkę, zaś Walter w lekki płaszcz.
— Nie osądzamy cię o nic — zauważył prawnik. Nie zachowywał się jednak tak otwarcie i przyjaźnie, jak przy pierwszym spotkaniu. Musiał wciąż pamiętać, że to chłopaki z grupy Chase’a dopadły Petersona. — Courtney wraca do pracy w przyszłym tygodniu, prawda?
— Tak. Już kończy mu się zawias. Byłem u babki, co go zastępuje. Dlatego tu jestem — wyjaśnił nastolatek i jeszcze raz spojrzał na profesora. Dawno go nie widział. I sam nie wiedział, co czuł na jego widok. — Szkoda w sumie, że pan też nie wraca. Ta nowa jest o kant dupy, tak serio.
James zaśmiał się krótko, ale jednocześnie widać było jego zmieszanie.
— Miło to słyszeć, ale jeszcze nie wracam. Zresztą, mnie też nie za bardzo lubiliście, jeśli dobrze pamiętam.
Walter ściągnął brwi. James już wstał z kanapy, kiedy witał się z Chasem, więc mógł go objąć w pasie i pocałować w policzek. Dla nauczyciela było to żenujące, ale dla niego była to oznaka ochrony, jaką roztaczał nad swoim ukochanym.
— Na pewno cię lubili. Przynajmniej ci, którzy nie mieli problemów z samymi sobą — dodał poważniej, zerkając na nastolatka.
Ten od razu się skrzywił.
— No ta, fakt. Nie każdy jest mądrym, pewnym siebie i bogatym prawnikiem — odruchowo odpyskował, czując się zaatakowanym. Nie miał swojego udziału w tym, co spotkało Petersona. Nie był bez winy, ale właśnie swoją karę odbywał pod opieką Courtneya. Nie rozumiał, czego ten facet od niego chciał.
— Walt… — James też cicho jęknął do swojego męża.
— Spokojnie, kochanie. Po prostu uważam, że nie trzeba być bogatym prawnikiem, żeby mieć jakiś system wartości. Nie mówię o tobie, Chase — dodał Walt, choć bez uśmiechu. — Ta sprawa jest dla mnie na tyle osobista, że nie potrafię nie oceniać całej waszej grupy. Brak reakcji otoczenia to również wina. Ale mniejsza o to. Courtney dobrze się o tobie wypowiada. Mam nadzieję, że jego opieka nad tobą przebiegnie bez żadnych incydentów. Trzymam za was kciuki — dodał na koniec już ze słabym uśmiechem.
Chase nadal miał minę, jakby właśnie zjadł kwaśną cytrynę albo poczuł coś bardzo brzydko pachnącego. Mierzył wzrokiem Waltera… aż zignorował go i zwrócił się do swojego profesora.
— Naprawdę, nie czaję kompletnie, co pan w nim widzi. Do zobaczenia — pożegnał się z Petersonem, podając mu nawet dłoń. Na Waltera tylko zerknął i odszedł, naładowany negatywną energią, jakby ten uśmiechnięty klaun wyssał z niego optymizm.
Tymczasem Walt odprowadził go spojrzeniem i jakby nigdy nic, napił się kawy.
— Jak tam, kochanie? Gotowy? Idziemy?
James spojrzał na męża zagubionym wzrokiem. Oblizał usta i pokiwał głową. Szli powoli w stronę wyjścia, aż nauczyciel nie wytrzymał i spytał:
— Nie uważasz że to było dziwne?
Wyszli przez obrotowe, oszklone drzwi. Minęli się z jakimiś znajomymi z pracy Waltera, więc ten najpierw odpowiedział na ich powitanie, nim zwrócił się do swojego męża.
— Było. Chase nie jest do mnie pozytywnie nastawiony i vice versa. Obawiam się, że tego nie zmienimy — powiedział, ruszając do swojego samochodu. Równie drogiego jak większość stojących na tym dużym parkingu. Chase miał rację co do jednego: był bogaty. Ale wcale nie uważał, że to czyni go prawym człowiekiem.
— Wiesz, Walt… ale… mmm, hm, to ty tu jesteś dorosły. To jeszcze chłopak. Nie możesz z nim mówić jak z jakimiś swoimi przeciwnikami, bo naprawdę tego nie zmienisz. — James jak zwykle mamrotał pod nosem.
— Och, no tak. Ja jestem dorosły, więc nie mam prawa zasygnalizować prawie dorosłemu mężczyźnie, że nie podoba mi się zachowanie jego klasy? James, on kończy szkołę w tym roku. Wchodzi do dorosłego życia — odmruknął prawnik, otwierając samochód.
— Nie tylko to powiedziałeś. Zasygnalizowałeś też, że uważasz, że jest gorszy. — James wolał nie patrzeć na swojego męża, kiedy to mówił. Wsiadł więc do auta.
Walta wcięło. Przez chwilę stał tylko przy drzwiach i patrzył na samochód. Po czym wsiadł, ale nie odpalił silnika.
— Słucham?
James skulił się w sobie.
— Może źle to ująłem. Po prostu… nie wiem. Nieważne. Po prostu to jeszcze nastolatek… Dziwnie na niego naskoczyłeś.
Walt ściągnął brwi i włożył kluczyki do stacyjki.
— Bo za każdym razem, kiedy przypominam sobie, co zrobili ci jego koledzy z klasy, rośnie we mnie złość. I mimowolnie zastanawiam się, czy on też by się dołączył, gdyby nie miał nad sobą kuratora — mruknął i wreszcie odpalił samochód. — Nie znam go. Wiem. Ale moja ocena sytuacji jest mocno zaburzona przez to, że chłopcy z jego grupy skrzywdzili osobę, którą kocham.
— To może jednak w ogóle nie powinienem uczyć… — mruknął James do siebie i oparł się o drzwi, zagapiając się za boczną szybę. Myślał o tym wszystkim, co go spotkało. Ale jak zwykle brał całą, a przynajmniej większość winy na siebie.
— Oczywiście, że powinieneś! — odpowiedział od razu prawnik z przekonaniem. Wyjechali z parkingu. A gdy ruszyli w stronę mieszkania, podjął temat. — Spełniasz się w tym. To praca, którą lubisz i w której jesteś dobry. Więc jeśli chcesz, to koniecznie musisz wrócić. Chyba że za bardzo się obawiasz. — Zerknął szybko na Jamesa.
— Bardziej myślę, czy nie obawiam się tego, jak ty będziesz reagował. W końcu nie tylko oni mogli mnie zaatakować. Nowi uczniowie też mogą mieć problemy z samymi sobą.
Kierowca ściągnął brwi i przez chwilę z uwagą prowadził. Nie odezwał się, dopóki nie dojechali do najbliższego, dużego skrzyżowania i zatrzymali się na czerwonym świetle.
— To wszystko dlatego, że się martwię, kochanie… Ale jeśli tylko to by cię powstrzymywało, obiecam, że będę myślał racjonalnie.
— Wiem. Muszę o tym pomyśleć. — James westchnął, ale szybko spojrzał na Walta. — Jesteś kochany, naprawdę. Dziękuję, że się troszczysz, ale… jako nauczyciel sam mogę irytować się i złościć na swoich uczniów. Ale nie lubię, gdy ktoś inny to robi. Myślę, że sobie poradzę.
Walter pokiwał głową, zgadzając się z nim. Chociaż wiedział, że trudno mu będzie powstrzymać się przed opiekuńczymi zapędami odnośnie Jamesa.
— Na pewno sobie poradzisz, myszko. A na razie zobaczymy, jak radzą sobie Shane i David — dodał już nieco radośniej, kiedy skręcili do dzielnicy, w której mieszkała ta dwójka. — Aż nie wierzę, że Shane się oświadczył! To wspaniałe!
— Też tak myślę. I to z Davidem. Mmm, to miłe. — James był pozytywnie nastawiony do tego związku, a już całkiem ich wspierał od czasu wypadku. Bo jak wcześniej ta para miała swoje problemy, tak później… wydawali się wręcz idealni. Zaskakujące do tego było to, że obaj znali się ze szkoły. Że byli jego uczniami. I teraz, po tylu latach, zdecydowali się na tak wielki krok.
— Całe szczęście David powiedział „tak”! — Walter zaśmiał się. — Wciąż pamiętam, jakie to było cudowne uczucie, kiedy ty się zgodziłeś, kochanie. Shane musi teraz szaleć ze szczęścia.
— Z jego temperamentem… na pewno. — James także się uśmiechnął, poznając okolicę, do której zmierzali.
Już niedługo mieli ich zobaczyć, porozmawiać, podzielić się wrażeniami. James cieszył się, że miał przyjaciół i swojego własnego obrońcę. A Walter cieszył się, że mógł go chronić. Nawet, jeśli czasami trochę przesadzał. Ale teraz nie był czas na troski. Jechali do Davida i Shane’a, żeby im pogratulować. Bo było czego. Cieszyli się, że ta dwójka umacniała swoje uczucie, tak jak oni starali się każdego dnia. Być ze sobą na dobre i na złe. Tak, jak głosiła formułka.

5 myśli w temacie “Newton’s Balls – 102 – Kurator, nauczyciel i prawnik

  1. Shivunia pisze:

    Damian >> Każdy ma różną romantyczność XD Ta była bardzo specyficzna, ale trafiła pod właściwy adres. Oni akurat trafili swój na swego, więc nikogo takie żółte serduszko nie obraziło. A zachowanie Waltera? Własnie o to chodzi, że każdy inaczej możne na nie patrzeć. Ja pisząc Chase’a uważam, że zachował się mało dojrzale. Ale też umiem zrozumieć, że ktoś się z nim zgadza. Bo James jest dla niego najważniejszy, ale on też jest dorosłym facetem na pewnym stanowisku i oczekuje się, że bardziej będzie ważył słowa. A James… może i powinien iść na kurs samoobrony, ale przy okazji jestem wstanie ci powiedzieć, że James chociaż jest szarą myszką umie zaskoczyć w jakich sytuacjach sobie radzi. Nie raz nawet lepiej niż Walter.
    Ostatnie to dobra kmina, oj dobra. Ale całą tą sprawę pozostawię w słodkim niedopowiedzeniu ;*

  2. damiannluntekurbus17 pisze:

    Tez bym docenil taka romantycznosc! To bardzo przyjemny gest dla pecherza :))
    A reakcja Walta na Chase’a… Nie dziwie sie jego reakcji. To wszystko to zwykla fikcja, wiec nie przezywamy tego tak bardzo, ale jakby zdarzylo sie to naprawde, np. Chase bylby kims obcym, a James naszym bratem to wiekszosc z nas patrzyla by na tego pierwszego krzywo. Poza tym nie uwazam, zeby Walt go bardzo obrazil i z jednej strony nawet troche sie z nim zgadzam, bo przeciez Chase mogl pomoc Jamesowi. No ale, to juz omawialismy daaawno temu :D
    A czy James by sobie poradzil to nie wiem, nie jestem tego taki pewny. James to szara myszka, powinien zaczac chodzic na zajecia samoobrony dla swojego bezpieczenstwa xd
    I nie wiem czy Walter sie zdziwi obecnoscia Chase’a i Kukurydzy na slubie. On wie, ze Shane i David znaja te dwojke?

  3. Katka pisze:

    Maruda, Walt i James są bardzo cieplutcy, pewnie dlatego tak dobrze się o nich czyta, hehe :) Bardzo nam miło, ze przyniosło trochę radości ich pojawienie się w rozdziale. Haha, tak, Chase jest zupełnie inaczej romantyczny, ale Courtney na szczęście to docenia XD Dzięki za komentarz :)

    Tess, haha, Walt jest taką postacią, ze chyba można go tylko uwielbiać albo nienawidzić XD A takie postacie są dzięki temu fajne XD No cóż, ma żal do Chase’a i ludzi, którzy nic nie zrobili, gdy jego facet był krzywdzony, więc jego odzywki są jakie są… czy sprawiedliwe, nie mnie oceniać, ale zawsze miło widzieć opinie :D Haha, ale na pewno zrzedłaby mu mina, gdyby na ślubie Shane’a pojawił sie Chase XD

  4. Tess pisze:

    Ale mnie Walt wkurzył, no xD Wiem jaki jest i jak się zachowuje wobec Jamesa, więc nie powinnam być zaskoczona (i nie jestem), natomiast strasznie nie podobała mi się ta jego gadka do Chase’a…
    W ogóle się chłop zdziwi, jakby Shane i David zaprosili także Chase’a i Coneya na swój ślub. Ciekawe co by sobie pomyślał o ich obecności xD

  5. Maruda pisze:

    Taki miły rozdział. Cieszę się że mogłam poczytać znowu trochę o Walterze i Jamesie. Oni razem to naprawdę super sprawa. Uroczo ! Zawsze przyjemnie mi się o nich czyta. Co do Chase ma w ogóle inną romantyczność niż Shane albo właśnie Walt. Pamiętam tr serduszko xD no dla mnie to one romantyczne nie było :D ale ważne że dla Courtneya pasuje jego sposób na wyznawanie uczuć. Fajny rozdział. Pozdrawiam. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.