Pokręcony Umysł I – 7 – Dobry czy zły wpływ?

W środku dnia, gdy wydawało mu się, że spędzi go leniwie w bibliotece, został przez pielęgniarkę poinformowany o tym, że Virgil Baker czeka na niego w swoim gabinecie i prosi o wizytę. Był jego prowadzącym psychologiem i to nie pierwszy raz. Zawsze to on dostawał Grega, gdy ten tu trafiał i zawsze miał nadzieję, że będzie to jego ostatni raz. Greg trochę mu współczuł, więc nie chciał utrudniać mu pracy, ale jednocześnie widział, jak ta zmierzała donikąd.
Tak czy siak udał się do jego gabinetu. Powitał go surowy wystrój. Na stalowo-szarych ścianach wisiało jedynie kilka oprawionych dyplomów, a papiery i długopisy w pojemniku zajmowały biurko. Za to za nim siedział mężczyzna w średnim wieku, gładko ogolony, z prostokątnymi okularami i widocznymi zakolami na głowie.
— Cześć, Greg. Siadaj — zachęcił, swoim nawykiem stukając palcami po blacie.
— Witaj, Virgil. Chyba już trochę czasu się nie widzieliśmy — odparł Rosjanin, zająwszy wskazane miejsce.
— Trochę — przyznał mężczyzna w białym fartuchu. — Ale wiesz, że jak już się spotykamy, to z jakiegoś powodu i że nie lubię marnować czasu na czcze gadanie, co tam u kogoś słychać — kontynuował spokojnie, lecz bez uśmiechu. Greg w sumie nie pamiętał, czy w ogóle kiedyś widział go uśmiechającego się.
— Czyli nie chcesz posłuchać o tym, jakie mam relacje z nowymi pacjentami w grupie? — spytał Greg, bez skrępowania, wygodnie siedząc na fotelu. — Ani pożalić się, jak jest u ciebie w rodzinie?
— Nie mam na co się żalić, ale co do pacjentów, to bardzo chętnie. Bo właśnie w tym celu cię tu poprosiłem — odpowiedział mężczyzna z lekko uniesionymi brwiami. Odchylił się na krześle i teraz dla odmiany stukał palcami o podłokietnik. — Doszły mnie słuchy, że bardzo dużo czasu spędzasz z Buckiem Bullockiem.
— Nie przypominam sobie, żeby relacje między pacjentami były na cenzurowanym. Ale tak, sporo czasu z nim spędzam. Chcesz jakoś pomóc Abigail w jej pracy? — spytał Greg, nadal bez strachu, że ktoś dowiedział się o ich małym romansie. Jeśli tak można było to nazwać.
— Nie, Bullock to jej kwestia. Chociaż mając na uwadze ciebie, muszę mieć też na uwadze tego chłopaka i niestety, Greg, ale obawiam się, że wasz kontakt może być niekorzystny dla was obu. — Mężczyzna jak zwykle mówił wprost.
— O, udało ci się, Virgil. Zainteresowałeś mnie. Czemu tak uważasz?
— Super, punkt dla mnie. Dlaczego tak uważam…? — Baker zabujał się na krześle i kontynuował, patrząc w oczy swojego pacjenta. — Znasz swoje problemy, nie muszę ci mówić, na czym one polegają. Twoje zainteresowanie Bullockiem sprawia, że nakręcasz się na niego coraz bardziej. Wiesz, na czym polega ten proces. Wzmożenie zainteresowania, pobudzenie, skupienie tylko na tym. Cóż… — Westchnął. — Walczymy z tym, żeby twoje zainteresowanie drugą osobą było w granicach normy. Póki jednak masz z tym problem, takie interesujące, twoim zdaniem, osoby, są dla ciebie niebezpieczne, szczególnie nasi pacjenci. Bullock to niedoszły samobójca. Za drugim razem może mu się udać. Może też rodzice wezmą go z ośrodka albo stanie się coś innego, gdy to zainteresowanie będzie ci odebrane. Dobrze wiesz, co po tym nastaje.
— Z drugiej strony, Virgil, zwróć uwagę, że od jego przybycia nie miałem tu spadków. Dzięki niemu. Będę z tobą szczery. Raz znowu myślałem o lekach, ale poza tym dobrze funkcjonuję — odparł Greg nadal spokojnym tonem, ale już z czujniejszym spojrzeniem. — Porozmawiaj z nim, z Abigail, czy to w ogóle mu przeszkadza, bo jeśli nie, to właśnie próbujesz tylko przyspieszyć coś, czym mnie straszysz.
— Greg, to nie jest kwestia tego, czy jemu to przeszkadza, czy nie. Nie mówię też, że chcę was odseparować, ale chcę, żebyś popracował nad tym zainteresowaniem. Żebyś tak się na nim nie skupiał, a próbował spędzić czas z kimś innym. Do tego spójrz… — Baker wyprostował się i trochę pochylił nad biurkiem, jakby chciał, żeby Greg bardziej się skupił. — Zapewniasz towarzystwo chłopakowi, który uważa siebie za śmiecia. Ładujesz go tym, jaki jest wartościowy, a gdy przyjdzie inny, ciekawy obiekt i przerzucisz się na niego, Bullock oberwie rykoszetem. Abigail martwi się o niego, ja o ciebie.
Greg zmrużył oczy. Rozmowa coraz mniej przypominała pokojową posiadówę.
— W takim razie proponuję zasugerować Abigail, żeby też spróbowała naładować go bardziej wartościowym spojrzeniem na siebie. Bo jak na razie czuję, jakbym odwalał za was robotę. Chłopak nie ma kompleksów na swoim punkcie, takich jak ty masz na punkcie swoich zakoli na głowie. To siedzi w nim głębiej, jest związane z rodziną, środowiskiem i własnym ciałem. Do chłopaka, który go odratował, ma pretensje, a wy nawet nie daliście mu tu żadnej pracy, tylko tabletki. I jak on po takim spotkaniu i poplotkowniu ma się poczuć lepiej? Nadal jest zawieszony i kompletnie nic nie wart, czy jest, czy go nie ma. A ja? Mogę się nieznacznie odsunąć, jeśli w zamian znajdziecie mu zajęcie albo kogoś, kto go nie wystawi.
Psycholog słuchał w ciszy, nie przerywał mu i patrzył na niego bez mrugnięcia okiem. Nawet odczekał kilka sekund po tej przemowie, nim zabrał głos.
— Abigail go prowadzi, ja mogę jedynie podsuwać porady. Może znajdzie mu jakieś zajęcie. A ja będę wtedy wdzięczny, jeśli spróbujesz przywrócić swoje zainteresowanie do umiarkowanej wersji. Obawiam się jednak o coś jeszcze… — Baker westchnął i tym razem na ułamek sekundy odwrócił wzrok. — Mam pewne informacje, że wasz kontakt wkracza również w sferę cielesną…
Greg uśmiechnął się kpiąco bokiem ust.
— I co zamierzasz zrobić z tą „pewną informacją”?
— Myślę, że zacząłbym od jej potwierdzenia. Twoja mina już praktycznie mnie do tego przekonuje.
— Z drugiej strony masz fakt, że praktycznie nie ma tu możliwości na coś takiego.
— Obawiam się, Greg, że ty umiesz obejść coś, na co praktycznie nie ma możliwości. Ale powiedz… choć oczywiście nie musisz — zaznaczył psycholog z westchnieniem. — Czy Bullock jest homoseksualistą?
— Z tego co zauważyłem, w stu procentach — odpowiedział Greg, nie widząc powodu, aby to zatajać. — Chociaż skoro pytasz, to zapewne domyślasz się, że nie jest to ogólnodostępna informacja.
— Nie, nie jest. Może mieć jednak znaczenie, jeśli miało to jakiś wpływ na jego próbę samobójczą. Ale, Greg… — psycholog ściągnął brwi krótko — jesteś tu z własnej woli. Nie możesz więc uszanować panujących tu zasad, czy jesteś tu po to, by je łamać?
Greg westchnął, trochę jakby litował się nad psychologiem.
— To nie jest pytanie, na które da się odpowiedzieć „tak” albo „nie”. Jestem tu, bo tego potrzebuję, a zasady… są krępujące, powiedzmy sobie szczerze. Nie jest to jednak akt złej woli.
— Rozumiem. Ale jak nie mówić o etyce, moralności i posłuszeństwie, to chociażby o chorobach przenoszonych płciowo.
Greg ponownie uśmiechnął się pod nosem.
— Ktoś, widzę, robił dochodzenie w czyjejś kartotece — zakpił.
— Ktoś inny też, skoro o tym wie… — odpowiedział Baker w podobnym tonie.
— Tak, dlatego nie musisz obawiać się o moje zdrowie, ani twojego obiektu dochodzenia. Jego choroba jest podyktowana wyższym dobrem.
Psycholog westchnął ciężko i zdjął z nosa okulary. Sięgnął do szufladki w swoim biurku i zabrał się za czyszczenie szkieł, a brązowymi, wąskimi oczami znów spojrzał na swojego pacjenta.
— Dobrze, to na razie tyle, jeśli chodzi o naszą rozmowę. Pamiętaj, żeby ograniczyć z nim kontakt i nie zagłębiać się w jego osobie za bardzo — powiedział spokojnie, formalnie, ale Greg domyślał się, że dobór słów nie był przypadkowy. — Jest jeszcze coś, o czym chciałbyś porozmawiać, jak już tu jesteś?
Greg zamyślił się i w końcu skinął głową.
— Pośrednio. Przyniósłbyś mi parę książek? — spytał z nadzieją.
Jeszcze kilka minut rozmawiali na ten temat książek i na temat zapotrzebowania Grega, nim się pożegnali. Virgil Baker wrócił spojrzeniem do swoich papierów, zanim pacjent zamknął za sobą drzwi. Ten z kolei, po wyjściu na korytarz, niespodziewanie wpadł na Marty’ego Norrisa, zwanego przez Bucka cipą w fartuchu. Stał przy gabinecie Bakera, oparty o ścianę plecami, z rękami nonszalancko założonymi na piersi i kpiącym uśmieszkiem.
— Problemy z chłopakiem, Grigory? — zamruczał nisko.
— Niespecjalnie. A interesuje cię to, bo…? — spytał Greg, zawieszając głos i na powrót wsuwając dłonie w kieszenie. Skoro już się na niego natknął, mógł dowiedzieć się, czy ten już wiedział o nieistniejącej chorobie wenerycznej Bucka.
— Aaaa… bo wiesz… w sumie od kiedy się bujasz z tym grzybicznym kurduplem, pomyślałem, żeby zadbać o wasze dobro i przyjrzeć się, czy czegoś niewłaściwego nie wyczyniacie — zaczął Norris tonem miłosiernego samarytanina, a parszywy uśmiech samozadowolenia nie schodził mu z ust. Od razu sprawiał, że Greg zaczynał być bardziej czujny. — Kto by pomyślał, że natknę się na taki smaczek… Jak to dobrze, że nasze sprzęty w monitoringu mają przycisk „record”.
— Niesamowite — odparł Greg z jawną ironią i bez śladu przejęcia się. — To też dlatego stoisz przez gabinetem Bakera? Chwaliłeś mu się, jak spostrzegawczy jesteś, że po trzech latach pracy tu znalazłeś przycisk „record”?
— Nie pyskuj, gówniarzu — uprzedził go Norris, ale nie napiął się i nie zmienił swojej lekceważącej pozycji. — Bardzo miło mi będzie oglądać to wciąż i wciąż. I patrzeć, jak słabo jebiesz — mówił teraz znacznie ciszej, żeby tylko i wyłącznie Greg go słyszał. Byli w końcu na korytarzu, po którym co raz przechodziła jakaś pielęgniarka z wózkiem pełnym ręczników, z lekarstwami, czy pacjenci zmierzający do gabinetów lub toalet. — Gdybym ja był na twoim miejscu, dupa tego chłopaczka z kutaskiem pięciolatka pamiętałaby mnie do następnej Gwiazdki.
— Przekażę mu twoją propozycję — odparł Greg, nie przejmując się tą groźbą tak, by było to po nim widać. Wyłącznie w takim stopniu, że w głowie zaczął już układać plan pozbycia się tego typa. — A co do Gwiazdki, to słyszałeś, jakie piękne prezenty ten chłopak rozdaje? Idę właśnie w tej sprawie do gabinetu, bo poinformował mnie po fakcie.
Marty Norris prychnął z niesmakiem i machnął na niego.
— To spierdalaj. I życz mi udanego porno. Ach… jakbyś chciał zapracować na to, żebym je skasował, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
— Nie leży to w moim interesie — odparł Greg i minął go z kpiącym uśmieszkiem.
Odprowadził go zniechęcony wzrok pielęgniarza, który i tak musiał czuć zwycięstwo w postaci ich nagranego stosunku. To było bardzo irytujące.

***

Greg leżał na ławce w ogrodzie i starał się nie myśleć o rozmowie z Virgilem. Nie podobało mu się, że miał odsunąć się od Bucka, lecz miało to jakiś sens. Jeśli naprawdę coś by się z nim wydarzyło, to nie wiedział, jak Buck by zareagował. A faktycznie mogłoby to mieć opłakane skutki. Do tego sprawa Marty’ego… Miał mętlik w głowie, ale nie była to pora, żeby uciekać od swoich myśli. Niestety zamiast uciekać od nich, przez to wszystko zapomniał o kolacji, jaką serwowano w ośrodku.
Leżał dalej, tracił poczucie czasu, aż w końcu poczuł, jak coś zostało położone na jego torsie. Gdy tam spojrzał, zobaczył dwie tostowe kromki przełożone żółtym serem i wędliną, byle jak zawinięte w serwetkę.
— Nie musisz mi udowadniać, jak wyglądasz zachudzony. — Usłyszał znajomy głos, a jego obiekt zainteresowania usiadł po turecku na trawie naprzeciwko ławki. Na sobie miał szpitalną, szarą bluzę, teraz rozpiętą.
— Nie udowadniam, myślałem — wyjaśnił Greg. Uśmiechnął się bokiem ust. — Co u ciebie?
Buck wzruszył ramionami i popatrzył w lewo, na pielęgniarkę prowadzącą wózek inwalidzki z jednym z pacjentów.
— Myślę nad Parkinsonem.
— Czemu akurat nad tym? — spytał Greg, podnosząc się i także oglądając za wózkiem. Sięgnął po kanapki i zaczął powoli jeść. Nie był głodny. Miał głowę zajętą czymś innym.
— Bo wiele objawów mogę sam udać i przy tym nie muszę robić sobie krzywdy. Waham się tylko przez swój wiek. Rzadko się to obserwuje w wieku dwudziestu lat — wyjaśnił Buck i wyciągnął nogę, żeby stopą w trampku od niechcenia móc trącać nogę Grega.
— Nadal o tym myślisz — podsumował Greg, skubiąc pieczywo. Był jakiś nieobecny nawet w rozmowie, a co dopiero w spojrzeniu. Błądził nim gdzieś i, jak Buck dłużej się mu przyglądał, widział, że obserwował okna i kamery. — Wybacz, Buck, jestem trochę zamyślony.
Młodszy pacjent też się rozejrzał i zabrał nogę.
— Spoko. Zostawić cię?
— Nie, jest okej — odparł od razu, wracając na niego spojrzeniem. — Byłem u swojego prowadzącego. Rozmowa zeszła na ciebie.
Tym razem ujrzał na twarzy swojego rozmówcy wzmożoną czujność. Najwyraźniej Buck nie spodziewał się tego i aż na sekundę zamilkł.
— Na mnie?
— Mhm. Twierdzi, że mam na ciebie zły wpływ — wyjaśnił Greg, zastanawiając się, jaką reakcję wywoła to na twarzy Bucka. Nie chciał się od niego odsuwać, ale może powinien. Miał mętlik w głowie.
— Skąd twój prowadzący może to wiedzieć? Nie zna mnie, a ze mną nie jest gorzej — mruknął Buck, wciąż lekko się krzywiąc, przez co jego twarz wyglądała jeszcze bardziej ekspresyjnie.
Greg wzruszył ramionami, wpakowując do ust ostatni kęs przyniesionego jedzenia.
— A nie będzie gorzej, jeśli coś się zmieni w naszych relacjach? — spytał po długiej chwili milczenia. Czy ta rozmowa już teraz powinna była się toczyć?
— Mówiłem ci, że będzie okej, jak się znudzisz, a nie rozczarujesz. Planujesz się rozczarować? — Buck spojrzał mu poważniej w oczy, pewnie czując, że to nie była czcza rozmowa.
— Nie planuję — odparł Greg na wydechu podobnym do zrezygnowania. — Oni naprawdę obawiają się o twoje dobro, ale nijak nie są w stanie ci pomóc. Nie umieją do ciebie dotrzeć. A po mnie się boją, że ci stworzę zły obraz rzeczywistości.
Buck milczał chwilę, obserwując jego twarz i ignorując wszystkie dźwięki z okolicy. Czy to okrzyki mniej zrównoważonych pacjentów, głośną rozmowę pielęgniarki z upartą, niechcącą jeść anorektyczką, czy też typowe dźwięki natury.
— Tylko o moje dobro się martwią? — zapytał w końcu.
Greg ściągnął brwi, chcąc lepiej zrozumieć, z jaką intencją Buck to powiedział.
— Tylko?
— Czy nie chodzi im też o ciebie?
— Nie traktują mnie do końca jak pacjenta — odparł Greg z wymuszonym uśmiechem. — Czemu cię to interesuje? Nie wolisz skupić się na sobie? Na swoich planach?
— Źle na ciebie wpływam? — zapytał ostrzej Buck, ignorując jego wypowiedź. Zresztą z każdym zdaniem był mniej rozluźniony.
Greg odetchnął znowu.
— Nie. Przynajmniej jak teraz o tym myślę, to nie. Jednak nie jestem pewien, jak nasze relacje wzajemnie na siebie oddziałują. Ja mam swoją upragnioną pożywkę, ty masz kogoś, kto utwierdza cię w tym, że nie jesteś śmieciem. Obawiam się, czy moje działania faktycznie nie będą miały na ciebie złego wpływu, a ja w efekcie nie zacznę tego analizować. Jak w tej chwili.
Buck prychnął pod nosem i uniósł się z trawy. Zebrał część włosów w dłoń i spinając je wysoko, rzucił:
— Nie jestem starym laptopem, który trzeba podpinać do kabla, żeby działał. Nie potrzebuję zapewniania, że nie jestem śmieciem. Jak ja jestem dla ciebie pożywką, zajebiście, ale to żaden pchli targ, żebyśmy się wymieniali korzyściami. Jest mi z tobą okej, bo ty jesteś okej, ale teraz znowu nie wiem, czego chcesz.
Greg zmarszczył się i w końcu opadł na oparcie ławki, na której wcześniej leżał.
— Wybacz. To wszystko jest źle ujęte. Możemy zapomnieć o tej rozmowie? — Patrzył na Bucka prosząco. Musiał pozbierać się ze swoimi myślami, zanim zacznie ponownie rozmawiać z Buckiem.
— Pytałem, czy cię zostawić. Powinieneś był powiedzieć, że tak.
— Ale nie chcę, żebyś mnie zostawiał — odparł prosto Greg, wzruszywszy ramionami. Nie było innego sposobu, żeby to wyjaśnić. Powiedział po prostu, jak czuł.
Tym razem Buck podszedł do niego i usiadł obok. Ale już nie tak blisko, żeby stykać się z nim nogą. Nie powiedział nic, tylko wpatrzył się w ogród, z którego pewnie za niedługo ich przepędzą, bo wieczorem można było przebywać tylko w budynku.
Greg popatrzył na niego, po czym nie odezwawszy się nawet słowem, przechylił się na bok i oparł głowę o ramię Bucka. Musiał uspokoić myśli. Tym bardziej, że pojawiały mu się w głowie kolejne, mówiące mu, że może to dobrze, że chłopak widział go w takim stanie. Że bardziej go dzięki temu poznał i wcale nie będzie uważał, że jest „okej”.
Póki co Bucka zaskoczyło, że Greg w takim widocznym miejscu zbliżył się tak do niego. Ale skoro już to zrobił, nie zamierzał się odsuwać. Położył mu dłoń na kolanie i pomasował po nim.
— Twój prowadzący jest okej? — zapytał po chwili.
— Zależy, co przez to zrozumiesz. Umie oceniać swoje szanse, dlatego też mu na swój sposób współczuję — odparł Greg ze spokojem. — Czemu o niego pytasz?
— Bo nie chcesz rozmawiać o problemie, o którym myślisz. Jak twój prowadzący nie jest dość lekkim tematem, to chcesz porozmawiać o kolacji lub pogodzie? — rzucił Buck z łagodnym uśmiechem, choć oparty o niego Greg tego nie zobaczył.
— Właśnie, co było na kolację? — Greg zgodził się na taką zmianę tematu. To był dobry pomysł. Nieszkodliwy i zajmujący na chwilę jego głowę.
— Poza tym, co zjadłeś, jajecznica z bekonem. Sorry, że przyniosłem ci gorszą część. Nie miałem jak przenieść jajecznicy i lubię jajka. — Buck podchwycił temat, mówiąc o nim beznamiętnym głosem i patrząc się przed siebie na kwiaty, w których ostatnio dał się użądlić pszczołom.
— Lubisz jajka. Lubisz mleko. Co jeszcze lubisz? Ja lubię tosty francuskie.
— Mmm, też je lubię — zgodził się z nim Buck i mocniej pomasował jego nogę. — Lubię jeździć na rowerze. Moją ostatnią robotą było rozwożenie gazet.
— Dlatego masz takie uda. — Greg zerknął w ich kierunku. — Podobają mi się. A lubiłeś ją?
— Za rower tak. Wypłata była parszywa.
— A myślałeś, co chciałbyś robić w życiu tak na utrzymanie?
Buck zaśmiał się krótko i wykręcił rękę, którą dotąd trzymał na jego nodze. Pogłaskał go po policzku.
— Pytasz kolesia, który chciał się zabić, Greg.
Ten prychnął pod nosem.
— Racja. Ja nie planowałem się zabijać, a i tak nie wiem, co chciałbym robić. Tak naprawdę, a nie tak, żeby zdobyć kasę.
— Więc czemu wybrałeś prawo? Nie to chciałeś robić? — pytał dalej Buck, widząc przy okazji, że pielęgniarka z pacjentem na wózku zawróciła już do ośrodka. Pewnie i ich zaraz stąd przegonią.
— Bo wydało się interesujące. Filozofia była zbyt… filozoficzna. — Greg zaśmiał się i wyprostował. — Wracamy? Jesteś pewnie zmęczony — mruknął, chociaż nie czuł tego od Bucka.
Ten za to poczuł, że ta propozycja była tylko wymówką, ale skoro Greg tego chciał, nie zamierzał mu utrudniać. Przytaknął więc i uniósł się z ławki. Zapiął bluzę na zamek.
— Pójdę już do siebie. Zobaczymy się jutro u Patricii na terapii.
Greg także wstał z ławki.
— Postaram się — mruknął, wsuwając dłonie do kieszeni. — Muszę to wszystko przemyśleć, ale nie rezygnuję z wyzwania. Zapewniam.
— Ale nie myśl za dużo. Spróbuj… Sam nie wiem. Życie jest do dupy, więc może idź tam, gdzie jest najmniej upierdliwe. Jak wydaje się bardziej spoko w moim towarzystwie, to zapraszam. A na razie narka, branoc — dodał na koniec i machnąwszy mu sztywno, zawinął w stronę budynku.
Greg odpowiedział podobnym gestem. Z mniejszym entuzjazmem, ale jednak. Miał nadzieję, że kolejnego dnia rano będzie w stanie wstać i udać się na terapię Patricii. Virgil zrobił mu większe zamieszanie w głowie, niż pewnie przypuszczał.

***

Pamiętał swoje dziesiąte urodziny. Pamiętał poranek, kiedy czuł się jak władca wszechświata, który odchodzi ze świata ograniczonego dla osób z jednocyfrową liczbą przeżytych lat i wkracza do świata dorosłości, w której od teraz mógł wszystko, w której każdy zacznie go traktować jako równego sobie, jako mającego coś takiego jak prawa, który wreszcie osiągnie jakąś autonomię. Pamiętał jednak, że poranek przerodził się w popołudnie, które przyniosło mu brutalne otrzeźwienie. Kiedy rodzice dobitnie pokazali mu, że wciąż nie ma praw, że wciąż nie może niczego osiągnąć, niczego żądać i dalej jest zbytecznym kundlem.
Leżąc teraz na swoim łóżku, kolejne dziesięć lat po tamtych urodzinach, gdy już Gandhi wyszedł na śniadanie, a jemu się tam nie spieszyło, nie musiał się upewniać w tym, że był nikim. Wiedział to. Już nie był marzycielem, który czekał, aż wszechświat zmieni się tylko dlatego, że nastał dzień jego urodzin. Był świadom braku swojego znaczenia, bezsensu istnienia. I naraz naszło go, czy może nie dałoby się odwrócić tej sytuacji sprzed dziesięciu lat. Żeby zamiast z wpadnięcia z euforii w recesję, tym razem z niczego zrobić coś. Z bycia nikim dla wszystkich, zawalczyć o to, żeby być kimś dla kogoś.
Wstał i wyszedł z pokoju, myśląc nad tym i mając w duchu nadzieję, że Greg nie podjął jeszcze decyzji. Że nie przemyślał swojego problemu z negatywnym dla niego skutkiem. Że nie postanowił się od niego odciąć.
Nie rozmawiali od dwóch dni, a on w sumie widział go tylko raz, na terapii u Patricii. Lecz obaj nic nie mówili. Teraz więc poszedł do jadalni, domyślając się, że mógł tam być.
Znalazł go przy jednym ze stolików. Siedział z nieobecnym wzrokiem i zmrużonymi oczami, jakby był nad czymś bardzo skupiony, ale nie mógł tego dojrzeć, bo to, co starał się wypatrzeć, było za daleko. Przed nim na stole stało nietknięte śniadanie, a on zamiast niego skubał opuszek kciuka.
Buck chciał od razu do niego podejść, ponieważ nie miał ochoty na swoją owsiankę, ale wiedział, że potem przyszłaby do niego pielęgniarka i wcisnęła mu leki. Tak łatwiej było ich nie wziąć, więc najpierw poszedł po miseczkę oraz kilka pigułek i dopiero potem podążył z owsianką do Grega. Usiadł tuż obok niego, a nie naprzeciwko. Odrobinę się przysunął.
— Siema — mruknął i wypluł pigułki do owsianki.
Greg jeszcze moment nie odpowiadał, aż nagle na niego spojrzał. Wyglądał na zaskoczonego jego obecnością.
— Siema. Wybacz, zamyśliłem się — odparł i zerknął na swoje jedzenie. Było już chłodne. Kompletnie o nim zapomniał.
— Często ci się to zdarza — zauważył Buck, mozolne zabierając się za posiłek.
— Masz rację. Mam trochę gorszy okres. Masz okazję poznać moją złą stronę. — Greg zaśmiał się i przekręcił trochę, aby lepiej widzieć Bucka. — Och… i oczywiście wszystkiego najlepszego.
Buck spojrzał mu krótko w oczy. Przełożył łyżkę do lewej dłoni, a prawą sięgnął pod stolik i ujął dłoń drugiego pacjenta. Powoli wsunął palce pomiędzy jego i delikatnie ścisnął.
— Miłe było, gdy bawiłeś się moimi palcami — powiedział cicho, niemal do miski, a nie do rozmówcy.
Greg znowu zamilkł na dłużej, ale teraz w głowie pojawiła mu się zaskakująco przyjemna… pustka. Spojrzał na Bucka, a potem na ich dłonie. Impulsy z jego mózgu niezwykle wolno spływały do dłoni. Ta jednak w końcu się zacisnęła, zamykając palce chłopaka między swoimi.
Usłyszał głębszy, ale cichy oddech Bucka, który jeszcze wczoraj był nastolatkiem. Poczuł, jak jego dłoń odpowiedziała na uścisk.
— Podobało mi się też, jak na mnie patrzyłeś i jak mnie słuchałeś — podjął Buck cicho. Nikt nie mógł ich słyszeć, a sytuacja pomiędzy nimi stała się na tyle prywatna, że sporo ludzi w tym pomieszczeniu straciło na znaczeniu. — Chciałbym cię poznać w normalnych warunkach.
Greg ściągnął brwi, patrząc na niego i znowu zapominając o śniadaniu.
— Inaczej się zachowujesz — zauważył. Najwidoczniej jego dziwne otumanienie nie niwelowało spostrzegawczości.
— Bo doszedłem do wniosku, że bycie twoim obiektem jest jedną z przyjemniejszych rzeczy, jakich ostatnio doświadczyłem, a było ich bardzo mało — mruknął Buck do owsianki, ściskając jego palce. — Jak chcesz mnie olać, to pozwól mi jeszcze jedną noc spędzić u ciebie pomiędzy tą ścianą a tobą. Ale… — zaklął cicho i zerknął mu krótko w oczy, żeby zaraz znów zagapić się na białą papkę. — Ale wolałbym, żebyś mnie nie olał.
Starszy pacjent za to nie spuszczał z niego spojrzenia. To wszystko, co właśnie widział i słyszał, było jak wielki buldożer spychający jego dotychczasowe myśli gdzieś na bok, żeby zostawić pustą przestrzeń, w której błyskawicznie zaczęły kiełkować nowe myśli. Niesamowite myśli, które były dużo bardziej kolorowe, wijące się i soczyste niż te zepchnięte, przypominające ciernie.
— Już nie planuję… — wydusił i zobaczył, jak ciemnozielone oczy Bucka, teraz jakby trochę szersze, szybko na niego zerknęły.
— Nie?
Pokręcił głową.
— Nie. Zrobiłeś coś niesamowitego.
Buck ściągnął brwi, a delikatny odcień różu na jego policzkach świadczył o tym, że uważał swoje zachowanie za głupie, a nie niesamowite.
— Co niby…? — mruknął, przy tym trochę nerwowo ściskając dłoń pod stolikiem. Chciał go objąć, przytulić się do niego, ale dłoń musiała wystarczyć.
— Uwierzyłeś, że zasługujesz na trochę szczęścia i właśnie sam się o nie postarałeś. To niesamowity przełom, który niweluje wiele moich zmartwień.
Buck rozchylił usta, a po dwóch sekundach zastygnięcia wrócił pospiesznie do owsianki. Zapchał sobie policzki. Chciał burknąć coś o tym, żeby spierdalał, żeby nie traktował go jak pacjenta, ale słowa Grega świadczyły o tym, że ten młody mężczyzna naprawdę w jakimś stopniu się nim przejmował.
W końcu przestał namiętnie unosić łyżkę do swoich ust i mruknął:
— Dzięki, Greg.
— Nie ma za co dziękować, chociaż pewnie myślisz inaczej i trochę masz w tym racji. Ale cieszę się — dodał Greg i ścisnął pod stołem dłoń Bucka. — Ale ja też dziękuję za twój przełom.
Młodszy pacjent odsunął od siebie miskę i spojrzał na Grega.
— Chciałbym, żeby tobie też się poprawiło.
Rosjanin na chwilę puścił jego dłoń i zabrał ich talerze. Sam niewiele zjadł.
— Ta… jak mówiłem, miałeś namiastkę tego, po co tu w ogóle chciałem trafić — mruknął, wstając, żeby odnieść resztki. Wolał przejść gdzieś w bardziej ustronne miejsce.
— To… — Buck podniósł się również i podążył za nim — mogę ci jakoś pomóc?
Greg zerknął na niego i uśmiechnął się kątem ust.
— Przejdziemy się gdzieś porozmawiać?
— Ta… Chętnie — mruknął chłopak, który wolał spędzić czas bardziej prywatnie niż przy dźwiękach wycia dziewczyny, pewnej, że dzisiaj była pełnia, a ona musi nawołać swoją watahę. Naprawdę uważał, że powinni jakoś jednak ich tu dzielić.
Greg oddał talerze. Usłyszał jeszcze komentarz, że powinien więcej jeść, bo był taki chudziutki i blady. Zawsze gdy więcej myślał, zapominał o jedzeniu.
Podziękował za troskę, po czym udał się z Buckiem w stronę sali, w której czasami puszczano im filmy. Był to mały pokój, rzutnik był chowany, ekran wmontowany na stałe, a miejsca siedzące stanowiły krzesła, poduszki i jedna kanapa. I zwykle o tej porze sala była zamknięta. Ale nie całkiem. Była zamykana na skobel i wystarczyło chwycić za klamkę, naprzeć na drzwi i trochę je unieść, żeby ustąpiły. Bardzo często ktoś tu wchodził, dlatego nie uznawano już nawet tego za wykroczenie, a za zwykłą przekorę.
Buck odwiedził tę salkę tylko raz, ale film go nie zainteresował, więc darował sobie chodzenie tu częściej. Teraz jednak poszedł za Gregiem chętnie i gdy tylko weszli do środka, zamknął za sobą drzwi. Mimo że był dzień, w środku było stosunkowo ciemno. W oknach wisiały grube i ciemne zasłony, dzięki którym ekran podczas wyświetlania filmów był widoczny.
Starszy pacjent upewnił się, czy jego towarzysz był za nim, po czym usiadł na jedynej kanapie. Była mocno zapadnięta zapewne przez to, że kilku podekscytowanych pacjentów zdążyło na niej skakać, oglądając jakąś bajkę dla dzieci.
— Mam nadzieję, że to ja ciebie nie rozczarowałem, nie odzywając się kilka dni?
— Nie. Trochę zaniepokoiłeś, ale nie rozczarowałeś — odparł Bully, podchodząc do kanapy i siadając zaraz przy Gregu. — Nie rozgryzłem, jak się zachować, gdy taki jesteś, a ty mnie nie uprzedziłeś.
— Bo kiedy wiem, że to może nadejść, umiem to powstrzymać. Przynajmniej w większości sytuacji. Jednak zwykle dzieje się to niespodziewanie. Wpadam w taki wir myśli, rozważań, że skupiam się jedynie na tym. Tak jak skupiałem się na tobie, tylko intensywniej, bo nic nie jest w stanie zmienić mojego toku myślenia i… — Greg uśmiechnął się pod nosem, pochylając się do przodu — zakrzewiam się tak jakby. Czasami sam to tak nazywam. Zarastam jakby od środka.
Buck skrzywił się i wyciągnął dłoń do jego karku. Przesunął po nim palcami, a potem powędrował nimi w górę i wplótł je powoli w jego włosy, żeby następnie pomasować skórę głowy.
— Więc jak ci wtedy pomóc?
— Zmienić mój tok myślenia. Wyrwać mnie z tego — wyjaśnił Greg, przymykając na chwilę oczy, żeby wczuć się w dotyk. Był bardzo przyjemny. — Ale to bardzo ogólna rada. Nie umiem ci konkretnie powiedzieć, co robić, tak samo jak ty pewnie nie umiałbyś mi powiedzieć, jak poprawić ci humor czy samoocenę.
— Ta… Masz rację — przyznał Buck, przekrzywiając trochę dłoń i kciukiem głaszcząc go za uchem. — Abigail uważa, że mam słabą wolę trzymania się swojego zdania i łatwo zmienić mi niektóre idee, ale tylko te dotyczące wszystkiego poza mną samym. A niby w tym jest problem. Zakładam, że twój prowadzący też wie o tobie wszystko, a i tak nie wie, jak ci pomóc. Inaczej by cię tu nie było.
Greg westchnął i pokiwał głową.
— Ale czasami obecność innych pomaga, więc… — Znowu wzruszył ramionami i zwrócił się w stronę Bucka, aby wesprzeć się teraz na nim, a nie na swoich kolanach. Jak chłopak zauważył, nie miał problemów, żeby zawsze grać dominującą rolę. A jego bliskość na tyle mu się podobała, że Buck objął go ramieniem i wciąż niespiesznie głaskał przez koszulkę.
— Więc nie tylko dla mnie dobrze, że tu jesteś, ale i dla ciebie, że ja też — podsumował i wyciągnął przed siebie nogi.
— Na to wygląda — mruknął Greg, opierając się o bok Bucka i wspierając głowę o jego ramię. — Chociaż nadal myślę, czy to, jak do ciebie podchodzę, dobrze na ciebie wpływa.
— Dlaczego? — zapytał prosto Buck, po czym bardziej przesunął się na przeciwny od Grega bok kanapy i nacisnął na jego ramię, wskazując swoje kolana. — Połóż się.
Starszy pacjent skorzystał od razu. Przy okazji przekręcił się na plecy, żeby mimo leżenia na jego udach móc go widzieć.
— W dużej mierze moje osądy są odmienne od innych. Dlatego nie wiem, czy nie wypaczam ci pewnego spojrzenia na siebie. Nie jestem obiektywny, a ty obiektywnie musisz lepiej spojrzeć na siebie.
Buck prychnął, a przy tym ponownie wsunął palce we włosy Grega i leniwie go tam głaskał. Drugą dłoń trzymał na jego płaskim brzuchu.
— Nie da się spojrzeć na siebie obiektywnie. Nawet zdrowy człowiek tego nie potrafi.
— Jednak zdrowi ludzie nie myślą o tym, żeby się zabić — zauważył mężczyzna, patrząc na niego i na chwilę znowu odzyskując spokój.
— Nie jesteś tu po to, żeby mnie leczyć, Greg, a ja wciąż nie czuję, żebyś źle na mnie wpływał.
— A myślisz, że podobnie byś był w stanie powiedzieć, jeśli moje zainteresowanie by się przeniosło?
Buck pokręcił głową, jakby nie wierzył, że toczyli tę rozmowę. Przy tym jednak jego dłoń nie przyspieszyła. Wciąż powoli głaskała Grega po włosach i przesuwała kosmyki pomiędzy palcami.
— Jesteśmy w ośrodku zamkniętym dla czubków, ale to niczego nie zmienia, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. Kurwa, poza tymi murami też mógłbym trafić na zajebistego kolesia, który byłby odjebanym kumplem, a w pewnym momencie uznałby, że kopnie mnie w dupę i znajdzie sobie lepszą paczkę. Wtedy też się zdołuję i nawet jak jestem tego świadom, to nic z tym nie zrobię, bo tak jesteśmy skonstruowani. — Na koniec rozłożył ramiona wymownie. — To samo tutaj. Ośrodek nie może być złotą klatką, gdzie niweluje się każde niebezpieczeństwo, bo po zderzeniu z rzeczywistością będzie wielkie, jebane łup.
— Tylko czy przeżyjesz to łup po tym, gdy się stąd ulotnisz? — Greg znowu spytał, zmuszając Bucka do myślenia nad swoją przyszłością i samym sobą.
— Nie próbowałem się zabić z powodu rozczarowania miłosnego. Po takim łup przeżyję.
— Wątpię jednak, żeby takie łup ci pomogło — prychnął z rozbawieniem. — Chciałbym móc przewidzieć twoje zachowanie i to, co będzie dalej.
— Nie musisz mnie jednak dla ciekawości zostawiać na rzecz innego obiektu — mruknął Buck, patrząc mu z grymasem w oczy.
— Trafna uwaga — poparł Greg, zauważając dopiero, że taka szalona myśl mogła przyjść mu do głowy. — Ty możesz sobie wyobrazić, jakbyś się w takiej sytuacji zachował?
— Nie. Pewnie uciekłbym sam i… — Na koniec chłopak wzruszył ramionami i odchylił głowę do tyłu, przymykając oczy. — Nie wiem. Ale pierdolę to. Gdybanie jest najbardziej chujowym z bezproduktywnych sposobów spędzania wolnego czasu.
Usłyszał ciche prychnięcie ze swoich kolan.
— Mam więc bardzo bezproduktywne objawy chorobowe…
— O kurwa. Sorry. Pomogłem ci właśnie to sobie uzmysłowić? Teraz będziesz wiedział, że twoje życie również nie miało sensu i celu — Buck zironizował mocno, z uśmieszkiem, ale nie zmienił pozycji. Wpadł w specyficzny nastrój. Nie chciało mu się nawet ruszać, więc jedynie przesuwał palcami po włosach Grega.
— Na to już akurat wpadłem kilka lat temu. Kiedy zrozumiałem, że nasze życie to jedynie byt, materia, która stara się uważać za coś, co ma władzę i kontroluje jakoś atomy, z których wszystko jest złożone — odparł Greg w podobnym, lekko kpiącym, ale i filozoficznym tonie.
— Życie ogólnie jako jeden organizm-matka, panujący nad każdym atomem z osobna? Życie jako los? Czy życie jako część każdego z nas, na którą nie jesteśmy w stanie wpłynąć?
— Życie jako umowne zespolenie się w coś, z czym właśnie rozmawiasz. I tak to tylko część większej całości, a myślimy, że jesteśmy jakoś w centrum tego wszystkiego. To śmieszne. Zawsze bardziej zastanawiają mnie tylko odczucia, ale to w końcu tylko impulsy i chemia.
— Dorabianie do tego filozofii to upośledzenie gatunku ludzkiego, a jego podział na dobro i zło jest chujowo nienaturalny. Chyba powinniśmy się opierać na instynktach i „chcę”, „nie chcę”… — mruknął Buck z zamyśleniem i podgryzł wargę kilka razy.
— A chcesz w tej chwili mieć seks? — spytał nagle Greg. — Czy jest to impuls mózgu, czy impuls hormonów?
— Hormony, feromony… Mózg mi mówi, że to marny pomysł w tym miejscu, a dupa, że ma na ciebie ochotę.
— Czyli ciało jest z tobą bardziej szczere. Czuję podobnie — odparł Greg i przekręcił głowę w stronę krocza chłopaka. — A to jest tak blisko…
Buck zacisnął pośladki z nerwów. Momentalnie poczuł się mniej pewnie z kimś tak blisko jego penisa. Nieważne, że dzielił ich materiał ubrania.
— I jak na razie tylko dla ciebie. Chyba plotka o mojej „chorobie” dotarła, gdzie powinna.
Greg skrzywił się na wspomnienie o tym i o ich prześladowcy. Musiał się za to zabrać, a nie krążyć myślami byle gdzie.
— Tak, lecz Marty Norris wie o nas.
Ta informacja nie podobała się Buckowi, choć wyglądał na nie do końca rozumiejącego słowa swojego rozmówcy.
— No chyba coś podejrzewał, gdy nas naszedł w bibliotece.
— Tak, jednak wie, że się pieprzymy. Dlatego nie zdziw się, gdy ktoś ci powie, że też jestem zarażony. — Greg spojrzał na Bucka w górę, powoli zmierzając do puenty.
— Kurwa… Spoko. Ale skąd niby wie?
— Bo umie posługiwać się monitoringiem. Więc musimy go kompletnie pogrążyć.
Buck spiął się bardziej i skrzywił brzydko. Potem zaśmiał się krótko. Gorzko.
— Widział, jak się pieprzymy?
Greg nie odpowiedział, tylko mruknął na potwierdzenie.
— Cipa — skomentował Bully i milczał chwilę. — Masz już pomysł?
— Tak. Wstępny — odparł Rosjanin ze spokojem, chociaż chciał to dopracować na tyle, żeby ponownie nie było jakiejś dziury w pozbyciu się Marty’ego Norrisa.
— Już mi zdradzisz, czy wolisz dopracować i zabłysnąć?
— To tyczy się nas obu. — Greg potarł trochę głową o uda Bucka i poprawił się na zapadniętej kanapie. — Myślałem o tym, żeby… — zaczął, opowiadając chłopakowi swój plan. Miał nadzieję, że razem uda im się coś wymyślić i doszlifować. Bo w sumie on sam zaniedbał tę sprawę karygodnie.
Buck słuchał, przyswajał i liczył na to, że plan się uda. Wiedział, że wymagał poprawienia, ale dawał jakieś szanse na pozbycie się pielęgniarza-zboczeńca, który nie dość, że dobierał się do pacjentów, to jeszcze zrobił sobie porno z ich seksu. To było obleśne i irytujące, dlatego z wielką chęcią przed ucieczką zamierzali pozbyć się tego wrzodu w fartuchu.

3 myśli w temacie “Pokręcony Umysł I – 7 – Dobry czy zły wpływ?

  1. Katka pisze:

    Basia, usprawiedliwienie całkiem dobre, więc wybaczamy XD a tak czy tak, to nieważne, dlaczego sie znika (życie każdego dopada), bo miło nam, kiedy po prostu kolejny raz widzimy znajomego czytelnika :) Fajnie, że przez święta trochę nadrobiłaś i że podobała się zabawa świąteczna! :D dziękujemy za kontakt i mamy nadzieje, że szybko pójdzie Ci dalsze nadrabianie :)

    Inertia, okruuuutna dla Bucka jesteś XD Chociaż ogólnie życie dla Bucka jest okrutne, więc na pewno by się nie zdziwił, gdyby coś takiego się stało XD A co do pogrążenia pielęgniarza, to tak, oni tez już tego mocno wyczekują, bo chyba boli ich każda minuta, kiedy Norris jeszcze pracuje w swoim zawodzie… Dziękujemy za komentarz i za życzenia weny i czasu. Tego ostatniego zawsze jak na lekarstwo..

  2. Inertia pisze:

    To będzie wredne co napiszę w stosunku do Bucka, ale… w sumie chętnie zobaczyłabym, jak Greg traci zainteresowanie nim na rzecz kogoś innego. Taki ze mnie masochista, przepraszam xD
    No ale dobrze dla chłopaka, że Rosjanin doszedł do takich a nie innych wniosków.
    Rozmowa Grega z Norissem to mistrzostwo. No i czekam na ten plan „pogrążenia” pielęgniarza.
    Weny przede wszystkim i czasu :)
    Pozdrawiam!

  3. Basia pisze:

    Witajcie dziewczyny po tak długim czasie…
    ale proszę nie bijcie mnie…. ;] cóż mam na swoje usprawiedliwienie… ach nie wiem czy wiecie, czy nie ale z ostatnim dniem stycznia blog.pl miał przestać istnieć, termin później został przeniesiony na 28 luty, no i cóż nie miałam głowy na czytanie, mój umysł zaprzątała myśl o skontaktowaniu się z jak największą liczbą autorów z takich blogów o przeniesieniu ich, z większym lub mniejszym sukcesem mi się to udało…
    więc mówiąc stoję i kwiczę z czytaniem, no choć przez święta trochę nadrobiłam… ;] więc w marcu już bez żadnych przeszkód wracam… choć najpierw wrócę sobie do tej świątecznej zabawy, ale muszę odnaleźć na komórce plik gdzie zapisałam mój wynik ;] ale teraz to powiem świetnie się przy niej bawiłam…. więcej szczegółów już tam napiszę…. ;]
    więc do zobaczenie niedługo ;]
    Multum weny życzę…
    Pozdrawiam serdecznie i cieplutko

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s