Newton’s Balls – 78 – Sztywno i formalnie

Chase długo czytał smsa, który przyszedł na jego telefon. Siedział z Tankiem w swoim pokoju i patrzył na psa, jakby ten mógł mu wytłumaczyć jego treść albo pomóc w decyzji, co ma zrobić. I czym dłużej nie odpowiadał na wiadomość, tym bardziej się denerwował. Suche „Cześć. Przyjdź do mojego biura jutro po szkole, jak nie pracujesz. Potrzebuję informacji do sprawozdania. Pozdrawiam” było przytłaczające. Źle się czuł, patrząc na tę wiadomość. A gorzej nie było tylko dlatego, że wszystkie wcześniejsze smsy od Courtneya wykasował ze strachu. Jakby widział tę różnicę między nimi, to chyba zawyłby z wściekłości.
Tank nic mu nie podpowiedział, a on nie dał rady odpisać. Pojawił się tylko wyznaczonego dnia zaraz po szkole pod gabinetem Courtneya Corna. Prawie zapomniał, jak tam trafić. Był tam chyba tylko raz, kiedy widzieli się podczas oficjalnego poznania. Wtedy, jak i teraz, nie chciał tu być. Niestety z innych powodów.
Zapukał, a drzwi zostały otwarte dość szybko. Zobaczył… już tylko swojego kuratora. Nie swoją „dziewczynę”.
Często widywał Courtneya w garniturze, ale teraz miał wrażenie, że ten ubiór jeszcze bardziej podkreślał różnicę w ich relacjach. Nie był pewien, czy dobrze widzi, ale mężczyzna chyba miał jeszcze bardziej podkrążone oczy niż zwykle. W jednej dłoni trzymał teczką, z którą po otwarciu drzwi podążył do regału nieopodal.
— Siema. Wejdź. Kawy, herbaty, wody? — zapytał spokojnie i formalnie, nie patrząc na niego.
— Nie, nic, dzięki — odparł Chase i stanął za drzwiami, kiedy już zamknął je za sobą. Oparł się o nie plecami, trzymając dłonie za sobą. — Jak… — Zaciął się. Chciał spytać, jak ten się miewa. Jak miewa się Lil. Jak Courtney się czuje. O wiele chciał spytać, ale wszystko wydawało mu się mocno niestosowane. Nie chciał tu być. Nie chciał widzieć tego mężczyzny tylko jako swojego kuratora… ale przecież co się stało, to się nie odstanie. I nadal uważał, że dla nich obu tak będzie bezpieczniej.
— Usiądź. — Courtney wskazał mu fotel i sam przeszedł na drugą stronę biurka.
Chase już zbyt długo obserwował Courtneya po seksie i zbyt dobrze znał jego ciało, by nie spostrzec, że ten chodzi trochę sztywno, trochę krzywo. Musiał mieć niedawno w sobie kutasa. Lub cokolwiek innego.
Znowu zrobiło mu się bardzo nieprzyjemnie. Poczuł smutek i złość na raz, kiedy to wszystko zauważył. Nieświadom tego do końca, okazał to wszystko na swojej twarzy, patrząc na Courtneya spod ściągniętych brwi smutnymi oczami. Zaciskał przy tym usta, jakby to miało pomóc w zdławieniu emocji.
— Co chcesz wiedzieć? — spytał ponuro. Siedział na brzegu krzesła, pochylony, zgarbiony, z opuszczonymi ramionami i dłońmi między nogami.
Courtney podjechał na fotelu do biurka i otworzył teczkę zatytułowaną „Chase Lash”. Wyciągnął jeden formularz z miejscami na komentarze, wziął długopis i dopiero się odezwał.
— Chciałbym wiedzieć, jak sobie radzisz. Jak jest w pracy? To początki, więc radzisz sobie jakoś? — zapytał, nie unosząc wzroku znad kartki.
Nastolatek przełknął głośniej ślinę. Chciał, żeby Courtney na niego spojrzał, ale wiedział, jak i mężczyzna, że to by tylko pogorszyło sprawę. Jeśli sam chciał kuratora, to powinien wziąć za to odpowiedzialność.
— Jest lepiej niż się spodziewałem. Jest wiele obowiązków, ale na razie nie ma skarg, że wolno mi idzie. Od lutego zapisałem się na kurs doszkalający, po pięć godzin w każdą sobotę, łącznie trzydzieści godzin.
— Och, naprawdę? — Courtney uniósł na niego spojrzenie i popatrzył w jego brązowe oczy. Uśmiechnął się bardzo krótko i cicho odetchnął. — Dobrze. Mam nadzieję, że nieodpłatny?
— Tak, nieodpłatne dla pracowników — wyjaśnił Chase spokojnie i lekko się uśmiechnął, wiedząc jego twarz. Chciał, żeby mężczyzna chociaż jako kurator był z niego zadowolony. Przynajmniej tyle.
— To świetnie. Wiedziałem, że w tej pracy będziesz miał większe możliwości niż na złomowisku — podsumował Courtney optymistycznie i zapisał coś szybko na boku w notatkach w formularzu. Chase zobaczył, że między innymi znalazła się tam informacja, kiedy dokładnie ma mieć kurs. — Co to konkretnie za kurs? — dopytał.
Chase opowiedział mu dokładnie o wszystkim. Był przy tym szczegółowy i odpowiadał na wszelkie pytanie, jakie zadawał mu kurator. Aby na końcu spytać:
— Myślisz, że to wszystko nie za dużo?
Courtney zapisywał coś jeszcze przez chwilę, nim przetarł twarz i spojrzał na niego. Niestety bardziej jak kurator i pomocnik, niż ktoś bliższy. Odchylił się na krześle i zamyślił.
— Luty będziesz miał bardzo ciężki. Ale wtedy nie powinni was cisnąć w szkole. Jeszcze. Pod koniec roku szkolnego jednak masz egzaminy. Na końcówkę więc unikaj jakichś kursów. Ten jest krótki, więc powinieneś sobie poradzić.
Chase pokiwał głową. Czuł się przytłoczony tym wszystkim, co słyszał. A nawet nie słowami, a tonem. Nie przypuszczał, że tak będzie.
— Mam nadzieję, że zdam…
— Zdasz — powiedział Courtney twardo, a jego spojrzenie to wzmocniło. — Byłem u ciebie w szkole wczoraj. Nauczyciele mówią, że od września znacznie się poprawiłeś, co widać zresztą po twoich ocenach. Są naprawdę lepsze. Nie masz się czego obawiać.
Nastolatek pokiwał głową na zgodę, chociaż nie był o tym przekonany. Teraz czuł na pewno spadek zapału do czegokolwiek. A i pamiętał, jak często i dużo Courtney pomagał mu w nauce u siebie w domu. Już tego nie miał.
— Uwierz mi, Chase. Masz do tego potencjał, radzisz sobie z wybranymi przedmiotami, więc poradzisz sobie i na egzaminach. W schronisku na pewno kontakt ze zwierzętami nie działa tak męcząco na umysł i ciało jak kontakt ze złomem — dodał jeszcze Courtney z bladym uśmiechem. Po tym odchrząknął i znów spojrzał w swój formularz. — A jak dziadkowie? Dostajesz jakieś ochłapy z zasiłku, jak im nakazałem?
Chase znowu pokręcił głową.
— Już zapomnieli — odparł markotnie. — Ale możesz sobie to już darować. Zarabiam nadal na siebie… — Wzruszył ramionami, nie mając ochoty jeszcze bardziej się dołować rozmową o dziadkach, u których znowu musiał mieszkać, co z kolei wiązało się z mało przychylnymi słowami w jego kierunku każdego ranka i każdego wieczora.
— Nie, będziesz miał chociaż na ciuchy na wiosnę. Kasę ze schroniska możesz oszczędzać. W swoim rowerze mógłbyś też wymienić opony. Pewnie przyjdą wydatki wraz ze zmianą pogody — odpowiedział Courtney spokojnie, a Chase dopiero teraz sobie przypomniał, że przecież na zimę zostawił u Courtneya swój rower. — Hm… twój nowy plan mam, w pracy i w szkole jest w porządku… Nie masz żadnych bójek na koncie i innych wykroczeń? — dopytał pro forma, równocześnie coś pisząc na formularzu.
Chase pokręcił głową.
— Ale… — zaczął niepewnie. — Bym chciał się z tobą jakoś umówić… bo zostało kilka rzeczy. No, chociażby rower.
— Mam samochód, więc podrzucę ci to w weekend. W tygodniu nie ma mnie w domu prawie w ogóle — wyjaśnił Courtney swoim formalnym tonem i schował formularz do teczki. — Może być w sobotę w południe?
Chase spuścił wzrok i pokiwał głową.
— Mam już iść? — spytał markotnie, czując się znowu kimś niechcianym. Tym razem na własne życzenie. Nie jak dotychczas, kiedy to ktoś uważał go za zbędny balast tylko dlatego, że żył. Teraz był obciążeniem dla kogoś, kto go chciał do momentu, aż to on się nie odsunął.
— Właściwie już możesz. Jeszcze chciałem cię poinformować o dwóch rzeczach. Po pierwsze, Philip Newton od tego semestru chodzi do nowej szkoły i chyba fakt, że jest prywatna, daje mu dużo bezpieczeństwa. Od Newtonów wiem, że jest w porządku — powiedział Courtney, najpewniej uważając, że dobrze, aby to wiedział. Z jakiegokolwiek powodu. — A Walt Mason zrezygnował całkowicie z oskarżenia całej waszej klasy, choć będzie walczył o odszkodowanie od dyrekcji szkoły. Ty jesteś jednak bezpieczny.
Chase zerknął na Courtneya. Nie wyglądał na szczególnie ucieszonego z nowych informacji.
— Mhm… Może szkoda — mruknął, podnosząc się. — Ale to do soboty? Czy wolisz zostawić to tym staruchom?
— Wszystko jedno — odpowiedział Courtney bez emocji i uniósł się. — Będziemy z Marshallem w południe.
— To może lepiej jak mnie nie będzie — prychnął Chase, przypominając sobie siłę ciosu brata swojego kuratora.
— Poczeka w samochodzie. Raz mu wystarczył — rzucił kurator, nie patrząc na niego, ale Chase domyślił się, że w takim razie słyszał o zajściu na ulicy. Nie wykazywał jednak wobec tego tematu żadnych emocji. Odprowadził Chase’a do drzwi i dopiero wtedy spojrzał w górę, na jego twarz. — Jesteśmy w kontakcie. Jakby coś się działo, pamiętaj, że jestem twoim kuratorem i mogę ci pomóc.
Chase pokiwał głową, wsuwając dłoń do kieszeni, a drugą łapiąc za klamkę.
— Mhm… Postaram się, żebyś nie musiał mnie oglądać. W końcu — zaśmiał się gorzko — łatwiejsza kuratela będzie — dodał i zacisnął usta, bo czuł się podobnie jak wtedy, kiedy wiedział, że najlepszym, co mógł zrobić dla Tanka, to oddanie go, aby ktoś inny, lepszy się nim zajął. Teraz było jakby podobnie, ale już było po sprawie i oddał Courtneya na dobre.
— Dziękuję. Doceniam to — odpowiedział Courtney ciszej, niższym głosem, odwracając wzrok w stronę biurka. — Powodzenia w pracy i w szkole. I do zobaczenia lub usłyszenia — mruknął na koniec i już po prostu odwrócił się, by podążyć z powrotem za biurko.
Chase nic nie odpowiedział. Otworzył drzwi i czując, że nie wyrabia już w tej rozmowie, nie daje rady znieść tego napięcia, wyszedł i… trzasnął za sobą drzwiami.
— Kurwa… — wycedził pod nosem, czując się jak skończona życiowa porażka.

***

Jedna sportowa torba była pełna ciuchów Chase’a. Właśnie z nią Courtney wyszedł z domu. Marshall chwilę temu zapakował do samochodu rower nastolatka. Więcej nie było, ale Courtney podejrzewał, że Chase potrzebował tych ciepłych ciuchów, które u niego zostawił. W końcu wciąż padał śnieg, choć było już nieco cieplej niż w zeszłym tygodniu.
— Dobra, możemy jechać. — Kurator zatrzasnął bagażnik. — Masz wszystkie wymiary piwnicy? — dopytał brata, gdy obchodził samochód. Prosto od Chase’a jechali do sklepu meblowego, a dobrze było wiedzieć, czy chociażby łóżko się zmieści.
— Taa, wszystko spisałem, mam w kieszeni. Nawet metrówkę, jakby cwele nie miały — wyjaśnił Marshall i spojrzał z grymasem na rower Chase’a. — W ogóle, coś mówił? Czy zachował się jak pała, którą jest? — spytał, wiedząc, że widzieli się w biurze kuratora.
Wsiedli do samochodu, Courtney podkręcił ogrzewanie i ruszyli z podjazdu w stronę dzielnicy, w której Chase mieszkał z dziadkami.
— Rozmawialiśmy o kurateli. Głównie o kursie, który mu załatwili w pracy w schronisku — wyjaśnił kierowca pozornie spokojnie, jakby rozmawiali o sąsiedzie.
Marshall pokiwał głową. Znał ten ton. Wiedział, co oznaczał.
— Właśnie, schronisko. Niezły ci po sobie prezent zostawił — mruknął, mając na myśli Lila. Lubił tego psa, choć nie byłoby go w tym domu, gdyby nie Chase.
— Ta… Ale nauczył się już nie niszczyć mebli. Nie żałuję. I cieszę się, że zobaczymy Tanka. — Courtney uśmiechnął się blado.
— Mmm… — odmruknął Marshall trochę na odczepnego. Przywykł do tego, co było. Dwóch psów, kogoś, z kim mógł obejrzeć mecz i własnego brata, który wykazywał chęci do życia.
Nie przejechali drogi w ciszy tylko dlatego, że Courtney włączył radio i po wiadomościach sportowych chwilę rozmawiali na temat ostatniego Super Bowl. Urwali temat, gdy znaleźli się w znanej Courtneyowi dzielnicy, a ten zaparkował przy chodniku, obok działki dziadków Chase’a. Wysiadł z samochodu, ale zamiast od razu pójść do bagażnika, przebiegł truchtem odległość do ogrodzenia Tanka, kucnął przy siatce i uśmiechnął się szeroko, gdy dobiegł do niej biało-brązowy, rozszczekany z radości pies.
— Siemasz, potworze! — przywitał się kurator, wsuwając palce między siatkę, by dać mu polizać dłoń.
Marshall także wysiadł z samochodu. Obejrzał się jeszcze na do tyłu, ale również podszedł do płotu.
— Wyglądasz, jakbyś chciał go ukraść — zadrwił z brata, ale samemu też włożył palce za ogrodzenie.
Tank wspiął się na tylne łapy, żeby się z nimi przywitać. Szczekał, momentami niemalże skowycząc z uciechy.
— Furtka jest otwarta. — Niespodziewanie usłyszeli głos i kiedy spojrzeli w stronę domu, zobaczyli Chase’a z dłońmi w kieszeniach.
Uśmiech na twarzy Courtneya na chwilę zamarł. Jego spojrzenie przemknęło po postaci nastolatka. Szybko się uniósł i machnąwszy mu ręką, wszedł na teren ogrodu. Nie miał nic przeciwko, kiedy Tank zaczął podskakiwać na jego uda, opierać się o nie i piszczeć ze szczęścia. Kurator wytargał go za uszy, popieścił go i sam miał wrażenie, że cieszył się z tego spotkania tam samo jak pies.
— Marshall, otworzysz bagażnik? — rzucił przy tym do brata.
— Jasne. Nie przeszkadzaj sobie — odpowiedział mężczyzna, a Chase nadal trzymał się na dystans. Nawet kiedy już starszy Corn wyjął torbę z bagażnika.
Pies wciąż się cieszył i zajmował kuratora, kiedy Marshall podał nastolatkowi torbę, mimo że miał zostać w samochodzie, a nie teraz patrzeć na chłopaka z pretensją, że żyje i nie jest tak szczery jak Tank.
Po chwili Courtney dał Tankowi spokój, chociaż było trudno, gdy nie wiedział, kiedy go znowu zobaczy. Wrócił do samochodu i wyciągnął z niego rower Chase’a. Podprowadził go do chłopaka.
— W lutym ma być cieplej. Może będziesz już mógł jeździć — rzucił. Czuł nieprzyjemny uścisk przez to, jak jego kontakty z Chasem się zmieniły i że jedynie rozmowa o pogodzie brzmiała naturalnie. A i tego nawet nie był pewien. Wciąż coś ściskało go w klatce piersiowej, gdy patrzył na tego chłopaka. Wewnętrzna wściekłość i rozpacz, że nie może być z nim blisko, sprawiały, że wszystkie organy niemal fizycznie go bolały.
— Mhm, byłoby spoko. W ogóle dzięki za rzeczy — odparł Chase, stojąc już z torbą na ramieniu i zakłopotaną miną.
Patrzył, jak kurator opierał rower o ścianę domu. Tank mógł do nich przejść, więc teraz siedział przy nodze Courtneya. Chase wręcz chciałby, żeby z nim pojechał. I żeby mogli znaleźć się w innej rzeczywistości, gdzie nie byliby podopiecznym i kuratorem albo on cholernym gówniarzem.
Marshall w tym czasie patrzył na nich jak na eksponaty w muzeum. Każdy był posępny i spięty.
— Ja pierdolę, obaj jesteście pizdy — burknął i wrócił do samochodu.
Courtney skrzywił się przez komentarz brata i uznał, że nie ma sensu tego przeciągać. Wiedział jednak, że musiał coś ze sobą zrobić, bo aż mu się nagle rzygać zachciało od emocji w środku. Potrzebował Jennifer, ale też wiedział, że nie chciał rozmawiać o tym rozstaniu.
— Spadam. Mamy sporo do zrobienia z Marshallem — rzucił i jeszcze raz podrapał Tanka za uchem.
— W piwnicy? — spytał jeszcze Chase, łapiąc tę chwilę jak cholerny desperat.
— Tak, jest skończona. Ściany, oświetlenie, podłoga, ogrzewanie. Jedziemy po meble, do jutra może wszystko poskładamy i Marshall przeniesie się tam na dobre — wyjaśnił Courtney spokojnie, unosząc spojrzenie na oczy Chase’a. Zawsze mu się podobało, że ten jest taki wysoki. A teraz uczucie troski zmieszało się w nim z przeklętą agresją i znów przewróciło mu w żołądku. Skrzywił się więc mimowolnie i odetchnął głęboko, próbując zdławić mdłości.
— W końcu kanapa znowu będzie wolna — mruknął Chase. — Niech Lil się do niej nie przywiąże za bardzo — dodał i poprawił torbę na ramieniu. — Ale chyba was zatrzymuję. Ciebie głównie. I… no, nie chciałem, żeby to aż tak wyszło — rzucił na koniec. Ale kiedy tylko sam siebie usłyszał, już wiedział, że jebnął jak skończony idiota.
Courtney odwrócił wzrok i odchrząknął, bo miał wrażenie, że żółć podeszła mu do gardła.
— Ja też nie — powiedział cicho i odwrócił się w stronę samochodu.
Nie chciał oglądać się na Chase’a, nie chciał go widzieć. Chciał zapomnieć, ale nie umiał. Nie dało się zresztą…
Otworzył samochód od strony pasażera i mruknął do brata:
— Poprowadź, okej?
Marshall pokręcił głową z rezygnacją i przeszedł na stronę kierowcy. Kiedy odpalił silnik, zerknął, gdzie stał Chase. Tego już nie było, co specjalnie go nie dziwiło. Tank znowu był zamknięty, a oni ruszali w stronę sklepów.
— Ty też możesz jakoś ogarnąć, żeby już nie sprawować nad nim opieki?
Courtney pokręcił głową i oparł ją o zagłówek. Starał się uspokoić oddech, bo czuł, że był przyspieszony. Nie chciał wybuchnąć w sklepie.
— Nie chcę nawet. Dostałby jakiegoś kutasa i cała resocjalizacja wzięłaby w łeb. Za dobrze mu idzie, by to zmarnować.
— A co cię to teraz w ogóle obchodzi? — Marshall prychnął ze wzruszeniem ramion. Silnych, szerokich ramion, za którymi na pewno obejrzała się niejedna kobieta.
Przez to Courtney przypomniał sobie, jak ostatnio razem spali. Jaki był spokojny, objęty przez innego mężczyznę. Nie liczyło się, że ten był jego bratem. Może to było lekiem na jego obecne problemy? Może powinien zatracić się w jakimś romansie? Tylko z kim? Potrzebował kogoś.
— Jest moim podopiecznym, Marshall. Powiedzmy, że nazywam siebie kuratorem z powołania. Nie przełożę swojej wygody ponad jego przyszłość. To moja praca.
— Jak tam chcesz — starszy Corn skapitulował, chociaż dla niego w tej chwili bardziej liczył się jego brat niż jego powołanie.
Courtney już nic nie dodał. Starał się zrelaksować drogą, nim niecałe dwadzieścia minut później zaparkowali pod dużym kompleksem, w którym mieli szansę znaleźć meble do piwnicy. Mniej więcej przejrzeli asortyment w internecie i kilka rzeczy podobało się Marshallowi, dlatego uznali, że właśnie tutaj przyjadą. Może chociaż zakupy na chwilę ich obu zrelaksują. Liczyli na to.

***

Gdy został znowu sam, już ze swoimi rzeczami i Tankiem na podwórku, znowu czuł się jak… Lil, który kolejny raz wracał od rodziny, która miała go adoptować, ale nie wyszło. On jednak zamiast gryźć meble, pogryzł rękę, która go karmiła. I czuł się z tym paskudnie, a że nie miał żadnego pomysłu, z kim pogadać, na internet i porno nie miał ochoty, zebrał się i pojechał do więzienia.
Wciąż miał możliwe dwie wizyty w miesiącu z ojcem, jak mu załatwił swego czasu Courtney. Nie był jednak u ojca od świąt, więc najwyższy czas, by to wykorzystać. Widzenie było od drugiej, dlatego był tak akurat. Musiał chwilę poczekać w pokoju widzeń, ale po kilku minutach ujrzał Tysona Lasha w więziennych ciuchach, z uśmieszkiem na jego widok.
— Czołem, młody — przywitał się, już bez kajdanków podchodząc do stolika.
— Mhm, mhm, jak zawsze te samo powitanie — odparł Chase, siedząc oparty o stolik z głową na dłoni. Widok ojca nie był cudownym serum na jego smutki i troski. Nie obdarzył go więc ucieszonym uśmiechem czy nawet przychylniejszym spojrzeniem.
Przez to sam Tyson spoważniał i jakoś z mniejszym entuzjazmem usiadł naprzeciwko, przy okrągłym stoliku w pozbawionej ozdób sali widzeń.
— Coś ty, kurwa, lewą nogą wstał?
— Może trochę… — mruknął Chase pod nosem. — Lepiej powiedz, co u ciebie.
— Zawsze co u mnie i zawsze opowiadam to samo. — Mężczyzna potarł się po swoim dużym nosie. — Nudzą mnie już te wszystkie programy resocjalizacyjne. Każdy jest taki sam, mimo że wciskają ludziskom, że każdy kolejny odmieni nasze życie. Pierdolenie. Ale biorę udział, bo, kurwa, bez tego to o warunku mogę se pomarzyć. A by się już wyszło.
— Masz w ogóle szanse, mając już tyle odsiadek? — Chase ściągnął brwi, patrząc na ojca podejrzliwie. Już przywykł, tak czy inaczej, do tego, że mężczyzna był za kratami i perspektywa widzenia się z nim na wolności była jednocześnie ciekawa, jak i niepokojąca.
— Zawsze jest szansa. Mniejsza, ale jest. Nie mam zamiaru zrezygnować, poddać się jak cipa. — Tyson prychnął i podparł łokcie o blat. — A u ciebie? Masz tę robotę nową? — dopytał, bo na święta dowiedział się, że od stycznia jego syn ma zacząć pracować.
— Mhm, mam. Jest spoko, ale też niedługo zaczynam kurs doszkalający, więc nie zapewnię ci rozrywki — wytłumaczył, żeby już teraz Tyson wiedział, czemu nie zobaczy go w najbliższym czasie.
Mężczyzna zagwizdał z podziwem.
— Normalnie się taki samodzielny zrobiłeś, że byś nawet budę mógł rzucić i się utrzymać — skomentował z krótkim śmiechem.
— Zostały mi już resztki. Nie rzucę szkoły, chociaż, kurwa, mam ochotę. — Chase prychnął, bo już mu się nie chciało. Tym bardziej teraz, kiedy nie miał wsparcia. — Mam taki, kurwa, cel, byle do końca roku.
— No, jeszcze tylko trochę, pociągniesz — przytaknął Tyson z zamyśleniem. — W maju urodzinki — dodał z uśmieszkiem. — Jak będziesz miał dalej robotę, możesz już wtedy myśleć o mieszkaniu, żeby móc w końcu przestać się pierdolić z moimi starymi.
— Mhm, będę patrzeć. Myślałem, że coś już wcześniej będzie, ale się spierdoliło i znowu zaczynamy od początku — burknął nastolatek, dobrze wiedząc, że przez takie pomieszkiwanie u Courtneya pomysł, żeby robić to dłużej i bardziej stale, zakiełkował mu w głowie. Teraz było już pozamiatane.
— Miałeś jakieś namiary na coś taniego? — Tyson pochwycił temat.
— Myślałem, że pomieszkam u swojej dziewczyny. Ale już nie mam dziewczyny.
Mężczyzna uniósł wysoko brwi i odchylił się na krześle, żeby spojrzeć po całej postaci swojego syna.
— Zerwałeś z nią? Toż, kurwa, długo już byliście razem. Od wakacji. Tyś spierdolił, czy ona? — W jego głosie pobrzmiewało nie tylko zaskoczenie, ale też śladowe, bardzo śladowe zmartwienie.
— Ja — burknął Chase, rozglądając się po sali widzeń. Dziś było tu mniej ludzi niż zwykle. Może przez parszywą pogodę. Nie narzekał. Nie musiał przekrzykiwać tłumu.
— A. To spoko. — Tyson najwyraźniej się uspokoił, że to nie Chase został porzucony, tylko odwrotnie. Najpewniej wyszedł z założenia, że musiał go męczyć ten związek. — Ale trochę szkoda. Mało która lubi anal — dodał z krótkim śmiechem, wspominając to, jak Chase chwalił mu się podbojami.
Chase spojrzał na mężczyznę z pretensją.
— To tak, kurwa, jakby tylko chodziło o wsadzanie. Z takim podejściem to ja się, kurwa, nie dziwię, że nie mam matki — oburzył się, wyładowując się na ojcu. Całą swoją frustrację, złość i gorycz. Myślał, że robi dobrze, a czuł się z tym fatalnie.
Tyson wymamrotał pod nosem „ja pierdolę” połączone z przewróceniem oczami.
— Toś nie mówił, żeś się zabujał.
Chłopak nie odpowiedział, tylko zaczerwienił się i rzucił ojcu gromami z oczu. Nie, jednak nie chciał o tym rozmawiać.
— Młody, młody, nie wkurwiaj się, każdy przez to przechodził. Dobra rada od starego: poruchaj coś. Seks jest dobry na wszystko. Ciśnienie ci zejdzie i zapomnisz.
— Nie mam ochoty nawet na pornosy… — odburknął nastolatek, jakby to tłumaczyło też, że nie ma ochoty na nic więcej.
— Przejdzie ci jakaś fajna niunia przed nosem, to nabierzesz. Zróbcie jakąś bibę z chłopakami — zasugerował Tyson, samemu się trochę rozmarzając, jakby to było móc wyjść i robić to, co mógł robić Chase.
— Może — przytaknął jego syn, zastanawiając się z markotną miną, czy faktycznie by tak było. Czy nabrałby ochoty na jakąś „niunię”, czy jednak jest taki jak Courtney i wolał…. aż ciężko było mu o tym myśleć, że może być faktycznie pedałem. Gejem, jak notorycznie go jego kurator poprawiał. Że może być jak Peterson, którego zgnoili w szkole.
Ojciec wychylił się i klepnął go po męsku w ramię.
— Zaufaj staremu. Poruchasz, to zrobi ci się lepiej. A co poza tym? — dodał, uważając, że zmiana tematu dobrze zrobi. — Jak tak se zajebiście radzisz, to pewnie ten twój kurator nie ciśnie? Z jakimiś z dupy terapiami czy innych chujostwem?
— Nie. Jest na spokojnie. W ogóle, ma psa od nas ze schroniska. I widuję się z nim teraz raz na dwa tygodnie, żeby tylko wszystko mu opowiedzieć. Jest spoko — przyznał, tęskniąc jednak za tym, żeby być z nim w lepszych kontaktach niż chociaż dziś rano.
— Jakoś nie wydajesz się wniebowzięty z takiej zajebistej sytuacji — prychnął Tyson. — A ty, dzieciaku, bo ci chyba nie mówiłem… a może mówiłem, jeden chuj. Znałem jego brachola tutaj. Ale koleś wyszedł niedawno, skubaniec. Też siedział kilka razy, a dali mu warunek, więc widzisz, że się da.
— Marshall wyszedł na warunku? Więc może tu w trybie przyspieszonym wrócić? Za co? — spytał Chase, od razu zaciekawiony. Przecież mężczyzna już na dobre wprowadził się do Courtneya. Myślał przez to, że Marshall już był pewien tego, że jest czysty, a nie, że wisi nad nim warunek. W tym wszystkim nie pomyślał, jak brzmiał, mówiąc o nim po imieniu.
— Znasz kolesia? — Jego ojciec zdziwił się mocno i szybciej wychwycił błąd Chase’a niż sam chłopak.
— Eeee… — Nastolatek zaciął się. Odpowiedź, że mieszkał z nim pod jednym dachem i spędził święta, była nie do zaakceptowania. — No, to brat tego mojego kuratora, nie?
— No niby. Ale co, gadacie o prywatnych sprawach kolesia też? Tak mi się właśnie wydawało, że koleś jest jeszcze młody i zielony. Niektórzy starzy kuratorzy nie chcą słowem wejść na inny temat niż resocjalizacja — prychnął Tyson z pogardą, jak zawsze pałając do urzędników i wszelkich służb niechęcią.
Chase nadal był zagubiony. Nie był mistrzem kłamstwa. A kłamał dużo więcej, od kiedy dostał kuratora.
— No… chyba twierdzi, że to dowód, że z takim bratem można wyjść na ludzi. Ale ej, no, za co on może tu wrócić?
— No, nie wiem… Za bójkę, za dilowanie, kradzież. Za mandacik go nie posadzą. A co, szukasz haka na swojego wrzoda? — Tyson uśmiechnął się chytrze. — Moja krew!
Chase nie był tak do końca pewien, czy myślą podobnie. Może nawet aż za bardzo był na nie, co do tego pomysłu, żeby mówić to głośno.
— Powiedzmy. Ale to bardziej ostateczność — mruknął, wiedząc, że jakby ktoś podkablował na Marshalla, że bije nastolatka na ulicy, ten miałby co wyjaśniać. To było niepokojące. Courtney znów byłby sam.
— Taa… Tylko jakby co, byle nie wiedział, że to ty go wsypałeś! — Tyson naraz stał się znacznie poważniejszy. Jego oczy zmrużyły się. — Zajebie mnie tu, jak się dowie, że przez mojego syna znowu siedzi. Ostatnio gadał, że to jego ostatnia odsiadka. Że czas naprostować wszystko.
— Mówił, co naprostować, czy tak ogólnie naprostować? — spytał Chase z zaciekawieniem. Jak Marshall z początku wydawał mu się jego największym wrogiem, tak później, kiedy pogodził się jako tako z Courtneyem, zaczęło się prostować.
Tyson pokręcił głową na boki, wykazując obojętność w tym temacie.
— Nie gada się tu za dużo o życiu prywatnym. Mówił, że chce wyjść na prostą ze swoimi sprawami. Jakiś kurs z instalacji mu chyba tu zrobili, to mówił, że może znajdzie robotę, która go nie będzie wkurwiała i naprostuje życie rodzinne. Ale nie wiem, czy ma jakieś dzieciaki czy rozwiedziony, czy ki chuj. Wiesz, obrączki nie widziałem — prychnął.
Chase za to domyślał się, o co mogło chodzić. Trochę uśmiechnął się do siebie przez to w duchu. Courtney miał brata, już nie był sam. On miał Tanka. I ojca w pierdlu, który o niczym nie wiedział.
— Mhm… Ta, ty też raczej nie opowiadasz wiele o swojej rodzince — prychnął. — Ale dobra, spadam.
— Już? — mruknął Tyson i potarł butem o podłogę. — Ale dobra, spoko. Jak masz co robić, to spadaj. No, ale… — zacmokał i rozejrzał się po ścianach. — Wiedz, że jako twój stary, jestem no… dumny i zadowolony, że masz spoko robotę.
Chase trochę się spiął. Miał ją dzięki temu, że Courtney w niego uwierzył.
— No… to dzięki. I… to nie, że mam co robić, ale nie mam nastroju chyba. Myślenie o dupeczkach mało pomaga. — Zaśmiał się gorzko, wzruszając ramionami.
— Ta, łapię. Jakbyś nie mógł wpaść w lutym, napisz chociaż list, jak ci idzie — poprosił Tyson, już się unosząc, żeby nie przedłużać.
— Jak nie zapomnę. — Chase się zgodził i nagle pociągnął ojca w dół, żeby znowu usiadł. — Ale, ej, jednak czekaj.
Strażnik stojący przy drzwiach obejrzał się na nich, gdy tylko Tyson raptownie zaszurał krzesłem, opadając na nie.
— Kurwa… Co jest? — jęknął.
— Słuchaj… Czy… — Chase przełknął nerwowo ślinę. Nie wiedział tak naprawdę, co robi. — Czy hipotetycznie, jakbym spotykał się… z kimś, kogo byś nie akceptował tak normalnie, to jakoś… no, ogarnąłbyś jednak, że ja tak wolę?
— Co…? — Tyson nie zrozumiał z tej przemowy niczego. — Znaczy co? No, jak laski nie polubię, to mój problem chyba, nie?
— No… ale no… — Chase odetchnął ciężko. — No… jakby była… — Rozejrzał się nerwowo. — O, na przykład strażnikiem więziennym?
Tyson obejrzał się na wejście, a jego oczy zrobiły się duże i szeroko otwarte.
— Joshua? Toż on brzydszy niż moja stara! — Zarechotał.
Mężczyzna przy drzwiach odwrócił się, słysząc swoje imię i wykrzywił swoje wydatne wargi.
— Skup się na synu, Lash — burknął i wrócił do obserwowania korytarza.
Chase miał ochotę walnąć ojca.
— Ale nie, że nim jest, ale że no… no, kurwa, ojciec. Skup się, bądź żesz ojcem, kurwa, raz.
Tyson jeszcze chwilę podśmiechiwał pod nosem, aż w końcu westchnął i przetarł twarz, nadal rozbawiony. Aż nagle załapał.
— Co…? Ale że co…? Że jakbyś z kolesiem…? Co ty, na studiach? — prychnął i kopnął go pod stolikiem. — Nie za wcześnie na eksperymenty?
Chase zaczerwienił się na twarzy. Chciał spytać ojca, jakby zareagował, gdyby spotykał się z kimś, kto jest policjantem, czy prawnikiem, czy właśnie strażnikiem w więzieniu. Że jest kobietą, której zawód nie byłby akceptowany przez ojca. A ten zamiast tego spytał o coś, czego Chase chyba nawet głośno do samego siebie by nie powiedział.
Na widok jego miny ojciec znowu się zaśmiał i odsunął z czoła włosy.
— Powaga? Serio o tym myślałeś…?
— To nie tak, że myślałem…
— Taa, teraz się wymigujesz. Zacząłeś temat, to, kurwa, skończ — skarcił go, ale przy tym pochylił się nad stolikiem w stronę syna, żeby przypadkiem nie rozmawiali o tym zbyt głośno. Nie byli tu sami, a wielkość pokoju wcale nie gwarantowała prywatności.
Chase był cały czerwony. Kolejny raz w życiu żałował, że nie pomyślał, zanim coś zrobił.
— Ale, no kurwa, to nie tak, że o tym myślałem. No… samo zaczęło wychodzić.
— To już z kimś…?! — wydusił ojciec z przejęciem i zaklął pod nosem. Zakrył sobie dodatkowo usta dłonią, a rękę podparł na łokciu, jakby obawiał się, że ktoś przeczyta z jego ust, o czym rozmawiają. — Kurwa jebana… Bzykałeś się już z kolesiem?
Chase także poczuł większą nerwowość, jakby właśnie planowali szalony plan ucieczki, a nie rozmawiali o jego problemach z kutasem i… cóż, orientacją.
— Nawet nie zaczynaj, że to pedalskie, kiedy sam siedzisz w największej pedolandii. Ja nie dawałem jak pewnie ty, żeby cię nie zaciukali.
— No, o tym właśnie miałem… Że nie jesteś pedałem, jesteś Lashem, więc dupy nie dajesz. Bzykaj se kogo tam se chcesz, ale ty jesteś mężczyzną — warknął do niego Tyson z niemal autentyczną groźbą. Chase bynajmniej nie usłyszał kpiny, żartu czy czegokolwiek innego. — Zapinanie kogoś w dupę cioty z ciebie nie zrobi i niech tak, kurwa, zostanie. I wiesz co? Pierdol się z tym dawaniem. Nikt mi nigdy nie zasadził — dodał już z grymasem niesmaku, że w ogóle syn mu to insynuował.
Nastolatek ściągnął brwi, już kompletnie nic nie rozumiejąc, a przez to mówiąc od razu, co myślał, a nie co powinien powiedzieć, czy chociaż przemyśleć.
— Ale to… nie był raz…
— No… Dobra. No i? — Tyson też nie był mistrzem nadążania, ale cały czas mówił przyciszonym głosem, pochylony w stronę syna. Jego wzrok mówił, że próbował zrozumieć.
— To nadal masz to w dupie? Nie zmienia ci to jakoś, kurwa… nie wiem. Obrazu? Mnie? — Chase próbował go podejść, zaskoczony tym wszystkim. Był pewien, że ojciec zachowa się i będzie mówił tak samo jak jego kumple. Że obojętnie, czy się w drugiego kolesia wsadza, czy mu daje, to jest to warte co najmniej wpierdolu.
— Ee… Jakiego, kurwa, obrazu? Mówię, wsadzaj se, gdzie chcesz, bylebyś sam cwelem nie był. Nie do tego ci wielka pała urosła — prychnął Tyson. Po tym jednak znowu pochylił się do syna i syknął: — Ale wiesz, ile tu, kurwa, na oddziale z AIDS jest? Byś się zdziwił. Byle cię cwel nie zaraził. W ramach „zajebistego” programu pomagałem na oddziale. Nie chcesz skończyć jak oni — mruknął ponuro.
— Badałem się — odparł Chase od razu. — On mi kaza… poradził. I sam się badał, żeby było bez gum… — dodał, chociaż dopiero kiedy to powiedział, pomyślał, że ojciec nie chce tego słuchać. Zresztą po jego twarzy od razu zobaczył, że była to zbędna informacja. Ucieszył go chyba jednak wieściami o badaniach.
— Byś mógł tak samo chętnie wtedy na tę pląsawicę lecieć się badać — wytknął mu, bo sam przeżywał czas niepewności, czy jego syn nie umiera. — No, ale dobra. Jak nie masz syfa, to cacy. Znaczy… cacy by było, jakby cyckuszki były. — Zarechotał. — Ale czasem, no… pokusa silniejsza — dodał, więc może nie dawał dupy, jak mówił, ale na pewno pieprzył. Co nie było zaskoczeniem dla jego syna, bo mało czasu ojciec w więzieniu nie spędził. A o seksie zawsze gadał dużo, więc pewnie wciąż miał niezłe ciśnienie.
Chase w końcu zaśmiał się pod nosem, trochę rozluźniony nową informacją.
— No… ale teraz postaram się o cycuszki albo będę… inną zakałą w rodzinie — mruknął na koniec, czując ulgę, że jego ojciec nie zareagował tak źle, jak kiedyś Marshall zareagował na widok Courtneya i Dustina na pralce. Ale fakt, Courtney brał w dupę. Może jakby było na odwrót, to Marshall nie byłby tak długo w stanie wojny z bratem.
— Rozejrzyj się za tymi cycuszkami, młody, rozejrzyj. Poruchanie dobrze ci zrobi. — Tyson klepnął go w ramię. — Ale z laskami w gumie — dodał od razu. — Niech cię żadna szmata nie złapie na dzieciaka.
Chase od razu się skrzywił. Nie chciałby. Wtedy musiałby kombinować, żeby się z tego wykpić i zachować się jak swoja własna matka.
— No… będę musiał kupić. Szkoda kasy. Z nią było łatwiej… — mruknął, odruchowo używając damskiej końcówki dla swojej „dziewczyny”.
— Z jaką nią? Mówisz o tej swojej dziewczynie? Stawiała ci gumy? — dopytał Tyson, a strażnik od strony wejścia rzucił do nich, by powoli kończyli. Starszy Lash aż obejrzał się na niego z niesmakiem. Nie spieszyło mu się do celi.
Chase zerknął na zegar. Zostały dwie minuty. Miał nie widzieć się z ojcem później jeszcze długo i ten mógł w razie czego przechorować to, co Chase chciał właśnie powiedzieć.
— Nie do końca… ta dziewczyna z teraz to był koleś. I już no, jak mówiłem, no… zerwałem.
— O w mordę…! — wyrwało się Tysonowi i jęknął z krzywą miną. — Ja pierdolę… No kurwa… — klął cicho, obserwując twarz syna, jakby jeszcze miał nadzieję, że ten właśnie wciska mu kit. — Serio, młody… Nie jebnę ci teraz krzesłem tylko dlatego, że to on był twoją dziewczyna, a nie ty jego — syknął cicho, niemal bezgłośnie, by nikt nie słyszał. Wyglądał na zirytowanego, ale z drugiej strony nie obrzydzonego. Zachowywał się bardziej, jakby Chase zwiał z domu na tydzień na drugi koniec Stanów, a ojcu powiedział, że będzie u kolegi.
Nastolatek pokiwał głową, zagryzając usta i czując specyficzne zdenerwowanie w żołądku.
— No, to właśnie… Poczuj się rodzicem. Wiesz więcej o mnie niż ktokolwiek — dodał i wstał. Był koniec widzenia.
Tyson również podniósł się z twardego, niewygodnego krzesła. Podszedł do syna i uścisnął go krótko, a przy tym burknął mu do ucha:
— Ja se to przemyślę, młody. A ty bądź zdrów. Powsadzaj w jakąś pizdę dla odmiany.
— Taki jest plan. Znormalnieć… albo mieć przejebane — odmruknął Chase i też przytulił ojca. Było mu trochę lepiej po tej rozmowie, bo nie poczuł się jak ostatni śmieć. Komuś powiedział o tym, że był z facetem… i przeżył.
— Bez dołówy, dzieciaku — odpowiedział Tyson nieco lżej i poklepał go jeszcze po plecach, nim się odsunął. — Do następnego. Jak nie w lutym, to w marcu.
— No, trzymaj kciuki za te moje kursy i robotę. I za cycki. — Zaśmiał się na koniec krótko, a kiedy strażnik postukał pałką w drzwi, żeby się pospieszyli, odsunął się od więźnia.
— No, za cycki to bym potrzymał — odpowiedział starszy mężczyzna z głośnym śmiechem i machnął mu. — Nara, młody.
Po tym odwrócił się i podążył do strażnika, który wciąż krzywo na niego patrzył przez komentarz odnośnie jego brzydkiej mordy. Zapiął ciasno kajdanki na rękach Tysona Lasha i zabrał go w stronę oddziału głównego, zaś Chase został odprowadzony wraz z innymi odwiedzającymi w stronę wyjścia.

9 thoughts on “Newton’s Balls – 78 – Sztywno i formalnie

  1. Katka pisze:

    Kropka, witaj! Bardzo nas cieszy, że zechciałaś zostawić po sobie ślad. Miło widzieć nowe nicki i nowe opinie. Zawsze cieszy, kiedy okazuje się, że jest nas więcej, tylko duża część gdzieś tam w cieniu ;)
    Hehe, no tak, z zapasem zawsze jest łatwiej i przyjemniej, bo nikt nie dawkuje rozrywki, tylko samemu się robi XD Fajnie, że NB jest Twoim ulubionym opkiem. Nam się je baaardzo przyjemnie pisało. Niby klimaty w nim nie są szczególnie pozytywne, jednak jakoś ta „rodzinna” otoczka u Courtneya i Chase’a potrafiła nieźle zrelaksować.
    Cieszymy się, że gdzieś tam jesteś i czytasz. Mamy nadzieję, że szybko się nie znudzisz naszymi opkami :)

    Nojakotako, masz rację, Chase wcale nie musiał przyznawać się ojcu do tego, że był z facetem. A jednak to zrobił. Może więc dlatego, że chce spróbować, jaką reakcją na to wykaże się ktoś mu bliski. A ojciec, choć jest jedną z bardzo bliskich osób, to nie jest niebezpieczny, ponieważ siedzi za kratkami i generalnie Chase mógłby do niego nie przychodzić, gdyby ten zareagował źle. Ja tak gdybam, bo Chase jest postacią Shiv, ale tak jak mówisz, warto się było nad tym zastanowić.
    W ogóle mega fajnie, jak kminicie, o co może chodzić z kolejnymi rozdziałami. Czyli jednak robienie spisów treści jest fajne XD I dla Was, i dla nas. Co do wychodzenia rozdziałów, to masz rację, pewnie się jeszcze trochę poczeka na te późniejsze, ale tak czy tak rozdziały u nas wychodzą naprawdę często. Więc cały czas jest co czytać :)

  2. Nojakotako pisze:

    Mimo, że uważam, że podsumowanie naszych chłopców przez Marshalla było bardzo trafne, tak podziwiam Chase’a za to, co powiedział ojcu. Zwłaszcza dlatego, że dla nich skończyła się ta wspólna przygoda i nie mają takiego myślenia jak my – „na pewno się zejdą”. Mógłby więc na dobrą sprawę nic nie mówić, bo i po co, skoro to koniec?
    Co do tytułów następnych rozdziałów – zawsze układam sobie w głowie teorie, o czym mogą być. I jak do tej pory dużo już u was przeczytałam, tak tylko raz udało mi się dobrze zgadnąć. I moja teoria na następny rozdział jest taka – Courtney spotka się z Dustinem.
    Już nie wspominam o tym, że czekam ze zniecierpliwieniem na 91 rozdział, w którym nie ma szansy na złą teorię. Ale obliczyłam sobie, że będzie on niestety dopiero w styczniu, jeśli rozdziały nadal będą wychodziły co 12 dni T^T

  3. kropka pisze:

    Hej, chciałabym zostawić ślad, bo to moje ulubione opowiadanie a do tej pory nadrabiałam i nie komentowałam każdego jednego rozdziału :). Było tak wspaniale mieć ciągle zapas do czytania! Ale skończyło się, teraz muszę czekać cierpliwie :) a atmosfera akcji jest tak napięta, jak nigdy wcześniej. Składam wyrazy uwielbienia dla was autorki, czytam w międzyczasie już Projekt Dozen od początku :) także wiedzcie, że wasza niewidzialna fanka ciągle tu jest… tak ze dwa razy dziennie muszę sobie przeczytać jakiś rozdział :P, to już jest wyryte w planie mojego dnia. Uwielbiam wasz styl i wszystkie wasze opowiadania.

    A co do rozdziału, to serce się kraje, jak oni się tak obaj męczą :)

    Pozdrawiam :)!

  4. Shivunia pisze:

    Tazkiel >> Chase pierwszy zebrał manty bo w sumie on wywołał ten dramat… ale, eh, no biedny też jest i fajnie że to po czasie widać. Bo sam w sumie najchętniej żył tak jak w święta, ale jednak nie jest idealnie i przez to porobiło się jak się porobiło. Oboje sa zranieni. Ale i tak Coney tu jest tym który emocjonalniej do tego podchodzi. Dla niego to dramat jest i ma niezłego doła. Może się dziwnie zachowywać. Chyba ich tłumaczę…
    Taa, zaskakujące „wsparcie” ze strony ojca. I dość prostackie tłumaczenie. Jednak ja wychodzę z założenia że to trochę takie „mniejsze zło”. Marshall też traktuje brata jak siostrę i można by uznać że to krzywdzące czy coś… a jednak jeśli pomyśleć, że w ogóle mógł go nie tolerować i zamiast wypierać pewne jego aspekty wypierał go całkiem….? Do zastanowienia.
    Ojciec też sobie jakoś to tłumaczy i wypiera tylko cześć a nie całego syna. Takie mniejsze zło… jest szansa na progres ;) Co nie zmienia faktu że taki gebinet szybko byłby zbojkotowany hahaha. Miałam w ogóle dużo śmiechu jak czytałam twój pojazd XD
    I taaaa, rozpiska wygląda bardzo ciekawie. Tak to jest jak próbuje się związać za krótkie końce :P Robimy co możemy. I także pozdrawiamy :*

    Jelis >> Chase trochę „eksperymentuje” jak bardzo będzie mogło wszystko runąć. Ojciec jest zamknięty i ma podobny syndrom do Chase’a. Obaj nie chcą być sami chociaż się odgradzają od ludzi. Takie zamknięte koło. I fakt, obaj się strasznie miotają. Aż smutno patrzeć.

    Kasia >> Bieeeeeeedny Chase :P To jeszcze młode i głupie. Coney trochę wiedział w co się pakuje… ale zapomniał. I został zraniony. Marshall go wspiera bo wie czym to pachnie. Coney nie jest aż taką idealną żonką jak mogło by się wydawać.
    A reakcja – widzę, że wszystkich zaskoczyła. Ale to dobrze, dobrze :D Tatusiek się stara jak może aby nie spiep… zepsuć relacji z synem. Bo raczej nie było by fajnie jakby był negatywnie nastawiony albo go zjechał po takim wyznaniu.
    A jak to rozegramy… wiesz jak to mówimy? Czas pokaże ;) także pozdrawiamy :*

    Tess >> Masz racje, Chase jest strasznie zagubiony. Ale tak skrajnie nawet. Nie wie nawet jakie myśli powinien wypierać a jakie pielęgnować. Pogubił się chłopak. Dlatego tak często wcześniej pisałyśmy, że robił coś bez zastanowienia. A teraz to wszystko co nie przemyślał wcześniej nagle go zaatakowało. I ucierpiał Coney. Biedny kukurydzek :(
    Rozmowa z ojcem była… dziwna. Czasami ten aż mnie zaskakuje. Ale oni a Chasem mają jedne wspólne pragnienie – nie chcą być sami. To pewnie też wpłynęło na reakcję. Co do Marshalla… cóż nie możemy zapominać, że aniołek nie jest z niego. A co Chase z tym zrobi… się ooookaże :D Jeśli w ogóle coś zrobi XD

    Maruda >> Cóż… masz świętą rację jeśli chodzi o fakt że Chase musi dorosnąć. Jeszcze nie przeskoczył tej magicznej granicy kiedy zacznie się też czuć dobrze z samym sobą. Zabawne w sumie ze jak tak o tym myślę, to on może mieć czasami większe kompleksy niż James. Bo James uważa się za takiego byle jakiego i ludzi się boi. Chase boi się własnych myśli i tego co ludzie powiedzą. Ale przy tym przybiera kompletnie inną postawę. Bosh, jaka kmina. Chase w mojej głowie nie jest z niej zadowolony.
    I ciekawa jestem tez twoich hipotez odnośnie rozdziałów. W sensie jak by to się miało skończyć jak będą parą a jak nie będą.

  5. Tazkiel pisze:

    Tak prawdę mówiąc mam mieszane odczucia… Nadal żal mi Corna i jakoś nie wierzę, że się z kimś bzykał. Może po prostu zrobił sobie dobrze :D. I, niechętnie ale jednak, trochę też żal mi Chase’a. Wcześniej byłam jedynie na niego cholernie wkurzona, teraz jednak widać, że jemu to rozstanie też dało w kość. Niemniej jednak nadal uważam, że sam siebie oszukuje co do powodów swojej decyzji o zakończeniu związku. Tatusiek Lash po prostu mnie rozwalił : jak komuś wsadzasz, to nie czyni to z ciebie cioty. Matko, jakie myślenie! Czyli geje to tylko ci, którzy są na dole? No ciekawe rozróżnienie :D. A jego rady : ruchanie dobre na wszystko. Niech otworzy gabinet, kiedy wyjdzie i zarabia na takich radach :DD. To taka sama dobra rada jak dla pijaków klin klinem. Już to widzę, jak się Chase lepiej poczuje, kiedy wyobraca jakąś panienkę, och, och :DD. Dobra, koniec złośliwości. Najlepiej ze wszystkich w tym rozdziale całą sytuację podsumował Marshall, bo faktycznie pizdy z nich :DD. Rany, a miałam skończyć ze złośliwościami :DD. No nic. Dzięki za kolejny rozdział i zobaczymy jak się sytuacja rozwinie.
    A swoją drogą Wasza rozpiska za ten miesiąc wygląda nader ciekawie ☺.
    Pozdrawiam, miłego dnia i do poczytania :D.

  6. Jelis pisze:

    Mimo tego co mówili zrobił Chase chyba zaczyna akceptować siebie. Przyznał się ojcu a to duży krok. Mam nadzieję, że w końcu przeprosi Courtneya bo przykro czytać jak tak się miotaja obok siebie i nie mówią co czują. Aż się wzruszyłam 🙁

  7. Kasia pisze:

    Ciężkie było to ich spotkanie, współczuję Courtneyowi bo na Chasea dalej się złoszczę ;) Dobrze że brat go wspiera bo rzeczywiście nie byłoby kolorowo. Może to rozstanie wyjdzie im na dobre? Chase ma w końcu czas żeby wszystko przemyśleć, tym bardziej teraz po tak pozytywnej reakcji ojca – w życiu bym się nie spodziewała że będzie taki wyluzowany, ale też musiał szok zaliczyć 😆 hehe. No ciekawe jak to rozegracie, w sumie do maja nie daleko, chociaż czasami czas potrafi się okropnie dłużyć… Bardzo dziękuję i pozdrawiam 😀

  8. Tess pisze:

    Czekałam na to ich spotkanie i podejrzewałam, że w taki sposób to przebiegnie… Żal mi ich obu. Coneya, bo serio wiele poświęcił dla Chase’a, nawet niekoniecznie w tym materialnym sensie, za to Chase’a mi żal z wiadomego powodu… Strach wcale nie jest miłą emocją, do tego chłopak jest na pewno zdezorientowany tym co się dzieje w jego głowie, czy wreszcie jest tym gejem, czy nie ;) Ciekawa jestem czy jakby miał jakąś bliższą sytuację z dziewczyną to by mu stanął, pewnie by porównywał do seksu z Courtneyem.

    Rozmowa Chase’a z ojcem bardzo miło mnie zaskoczyła. Przynajmniej tyle dobrego z jego odsiadki, że ma, ekhem, dodatkowe doświadczenia seksualne xD Niemniej jednak serio super reakcja, nie spodziewałam się i mam nadzieje, że młodemu też dzięki temu się zrobiło jakoś lżej na duszy.

    No i zaciekawiła mnie jeszcze ta informacja odnośnie Marshalla, ciekawe czy Chase faktycznie chciałby ją jakoś praktycznie wykorzystać xD Pewnie nie ma w sobie chęci zemsty, ale założę się, że mu się to jeszcze przyda :D

  9. Maruda pisze:

    Cóż… Chase musi dorosnąć, do związku i w ogóle. Na razie tęskni i jest mu źle, ale nie naprawi relacji z Courtneyem bo się boi.. Musi dojrzeć, aby przestać myśleć co powiedzą inni, powinien zacząć myśleć o swoim szczęściu. Kurde.. nawet jego ojciec jakoś przełknął, że sypiał z facetem, a nie wyglądał na takiego. Myślę, że dobrze zrobił zrywając z Coneyem (ale mam nadzieję, że jednak będzie między nimi okej, nawet jeśli nie będą razem – jakoś nie mogę się zdecydować czy chcę aby byli parą czy nie.. uhh.. straszne uczucie) Czas pokaże co będzie dalej między tą dwójką! Jestem baaardzo ciekawa. Szczególnie, że mam różne hipotezy dla kolejnych rozdziałów ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s