Across The Cursed Lands III – Epilog

Wiosna 1874 roku była piękna. Zaczęła się wcześnie, a ponadto od razu była ciepła i słoneczna. Dzięki temu trawa szybko nabrała żywego, zielonego koloru i pojawiły się pierwsze kwiaty. Najbardziej szczęśliwe z tego powodu były zwierzęta znajdujące się pod opieką Malvina. Wychodziły ze swoich domów, korzystały ze słońca, a traper już wypuścił kilka znalezionych w trakcie zimy, rannych zwierząt, które teraz mogły wrócić do dziczy. Miał przez to trochę mniej roboty, a i mógł powiększyć wybiegi tych stworzeń, które tego potrzebowały.
Z plemieniem Tecumseha nadal utrzymywał dobre kontakty, z czego bardzo się cieszył. Indianin czasami odwiedzał jego i Eddiego, który teraz z nim mieszkał i miał tu swoją pracownię kowalską. Z obu tych kwestii Malvin był bardzo rad. Dlatego czasami nie umiał się powstrzymać, tylko uśmiechał się szeroko, nawet kiedy chodził między zagrodami. O mało nie zginął przez misję dla TABiW. Eddie został bardzo ciężko ranny, ale nie mógł zaprzeczyć, że historia sprzed kilku miesięcy odwróciła jego życie z żałosnego i szarego w pełne miłości i pozytywnych chęci.
Nie przeszkadzał Eddiemu, bo wiedział, że ten rozmawia z jakimś ważnym klientem. Miał już kilku stałych klientów, dla których robił rzeczy na duże sumy. Malvin był z niego dumny.
Żeby zająć się czymś, doglądał zwierząt. Odsunął z czoła włosy, które nieco za bardzo mu urosły, ale cały czas zapominał je przyciąć. A teraz, przez to, że nie miał kapelusza, silny wiatr zawiewał mu je na twarz. Odsuwał je co raz, gdy opierał się przedramionami o wysokie ogrodzenie zagrody Rogacza i Clovera.
To dzięki małemu bulikowi Eddie do niego zawitał. Poprosił go o pomoc w doglądaniu malucha, który podobnie jak kowal znalazł sobie miejsce w jego domostwie. I znalazł też przyjaciela. Malvin lubił patrzeć, jak za tym małym bulikiem prawie non stop chodzi Rogacz. Wcześniejszy podopieczny Malvina poza tym, że troskliwie i nawet czasami zbyt zaborczo opiekował się nowym kolegą, to wraz z przybyciem wiosny… bardziej ją czuł.
Malvina nie dziwiło, że szukał jakieś samiczki, lecz żadnej w okolicy nie było. Clover jednak miał wszystko w głębokim poważaniu. Cieszył się zielenią i ciepłem słońca. Tak jak teraz, kiedy spacerował po całym wybiegu, stawiają nierówno kopytka. Jego nóżka co prawda wyzdrowiała, lecz wyglądało na to, że już zawsze będzie kulał. Ale to nie przeszkadzało mu nawet w zabawach z Rogaczem, kiedy podskakiwał, niby przed nim uciekając, gdy Rogacz łapał go pyskiem za futerko. Zaborczo próbował go do siebie przysunąć, a kiedy udawało mu się, często wylizywał cały pyszczek małej sarenki. Zresztą, zabawne było widzieć kompletne zrezygnowanie i obojętność u Clovera, kiedy jego kolega z zagrody próbował z nim kopulować. Malvina to bawiło, ale pilnował, czy Rogacz nie robił mu krzywdy. Myślał jakiś czas nad rozdzieleniem ich, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że przyniosłoby to więcej szkody niż pożytku.
Uniósł głowę, kiedy usłyszał głośniejsze rżenie konia. Zobaczył w oddali mało widoczną sylwetkę klienta Eddiego, który wyszedł ze swoim koniem. Ucieszył się, bo to znaczyło, że interes był skończony i teraz może kowal będzie przez chwilę sam. Ruszył w stronę pracowni.
Eddie, już kiedy pracował nad sercem dla Jeffersona, zajął część stodoły Malvina. Teraz w sumie było podobnie, jednak mężczyzna bardziej dostosował ją pod swoją pracę. Wybudował dostawkę z większym piecem oraz zabezpieczył resztę budynku przed ogniem i iskrami, jakie leciały z metalu podczas jego pracy. Wejścia były dwa. Jedno do stodoły, z drugiej strony niż dotychczas, a drugie właśnie do pracowni.
Malvin wszedł tym drugim wejściem. Najpierw zajrzał przez trochę uchylone drzwi, nie chcąc przeszkadzać, jeśli jego partner byłby czymś mocno zajęty. Ten chyba musiał wyczuć jego obecność, bo spojrzał w stronę drzwi i uśmiechnął się.
Był w swoim skórzanym fartuchu z kieszeniami na narzędzia. Przez ranę na boku w czasie rekonwalescencji pod czułą troską kochanka jeszcze trochę mu się utyło, ale starał się, kiedy już wrócił do pracy, wrócić do swojej poprzedniej wagi.
— Malvin, chodź, chodź. Akurat jesteś.
— Hm? Potrzebujesz pomocy?
Traper szybko wyłonił się zza drzwi i podszedł do niego żywo, ze szczerym zainteresowaniem w swoich jasnych, niebieskich oczach, tak bardzo kontrastujących z jego ciemnymi włosami.
— Nie, nie, tylko chciałem cię poszukać, bo na dziś skończyłem. Pan Anderson pojawi się dopiero jutro z dokładnymi planami, więc na razie nie mam co zaczynać — wyjaśnił kowal i wyciągnął dłoń do mężczyzny, zachęcając do podejścia jak najbliżej.
Ten nawet sekundy nie wahał się przed skorzystaniem z propozycji. Uśmiechnął się za to szerzej i podszedł do kowala, od razu przytulając się do jego dużego ciała.
— Ja też już skończyłem ze zwierzętami, dlatego zajrzałem — powiedział, tuląc się do niego.
Eddie potarł go swoją dużą dłonią po boku. Skorzystał z tego, że ten był blisko i cmoknął go w policzek.
— Chcesz coś zobaczyć?
— Mhm. A co? — zapytał traper, wdychając zapach mężczyzny, choć czuł go tylko, kiedy był tak blisko, jak teraz. W całej pracowni głównie przeważał zapach drewna, metalu i ognia.
— Pomyślałem, że może chciałbyś czasami zakosztować czegoś… — Eddie przesunął dłoń niżej niż jego pas, na pośladki. — Innego niż ja.
A traper najpierw zaniemówił, po czym popatrzył mu w oczy zupełnie innym spojrzeniem. Na jego policzki wstąpił ślad rumieńca, kiedy pomyślał o tym, o czym rozmawiali jakiś czas temu. Gdy Eddie musiał na kilka dni wyjechać do Kansas City.
— Zrobiłeś… to? — szepnął, jakby wcale nie byli sami.
— Mhm. Na te rzadkie dni, kiedy musiałbyś być sam i miał nieprzyzwoite myśli. Oraz na okazję, kiedy będę chciał popatrzeć — odpowiedział Eddie i znowu pocałował go w policzek, zadowolony z rumieńca, jaki wywołał. Czasami miał wrażenie, że Malvin, choć był całkiem wyzwolony w łóżku, potrafił być też uroczo niewinny. A jego to podniecało.
— To brzmi bardzo… gorąco — wydusił traper ze śmiechem, zaciskając dłoń na jego skórzanym fartuchu. Rozejrzał się po zagraconej pracowni, szukając wzrokiem tego, co stworzył kowal.
— To chodź.
Eddie ujął go za dłoń, widząc to desperackie spojrzenie. Kręciło go to. Chciał ujrzeć mocniejsze rumieńce, kiedy pokaże mu, co stworzył.
Poszli razem na drugi koniec pracowni i stanęli przed czymś przykrytym płócienną płachtą. Było… całkiem spore. A gdy Eddie sięgał do materiału, Malvin wstrzymał powietrze. Było mu gorąco, zaś myśl, że Eddie długo pracował nad czymś takim dla niego, przyprawiała go o jeszcze szybsze bicie serca. Aż ścisnął pośladki.
Eddie ostatni raz na niego spojrzał i w końcu ściągnął płachtę. Pod nią zobaczyli całkiem proste urządzenie. Było to koło i przyczepiona do niego dźwignia z zawiasem. Prosta część została przymocowana do metalowego wspornika, a na jego końcu znajdował się gwint. Całość przypominała konstrukcję koła w pociągu, tylko że tu koło się kręciło i zasilało dźwignię, a nie na odwrót. Całość była estetycznie zbudowana, a ze strony, z której znajdował się pręt z gwintem, było siodełko obłożone skórą oraz szkatułka zamykana na zamek. Eddie wyjął z kieszeni mały kluczyk i podał go zaskoczonemu Malvinowi.
— W szkatułce jest właściwa zabawka. Tak na wszelki wypadek.
Poruszony traper, który obserwował maszynę z zarówno podziwem, jak i delikatnym skrępowaniem, przytaknął żywo. Podszedł bliżej i wsunął kluczyk w zamek. Czuł się, jakby otwierał… prezent.
Przekręcił kluczyk i otworzył drzwiczki do schowka. W środku znalazł ostatnią część jego nowej zabawki. Był to sztuczny członek. Co było w nim niezwykłego, to fakt, że był to szklany, przezroczysty penis. Prosty, falliczny kształt został wzbogacony o spirale wokół całej długości, która zapewne wzmacniała doznania. Zamocowany był w metalowej rączce z możliwością doczepienia do gwintu w urządzeniu.
Malvin wyciągnął go, już całkiem czerwony na twarzy. Trzymając go w dłoni, czuł się perwersyjnie. Wydawało mu się, jakby dostał cenny, wymarzony prezent, który równocześnie był bardzo zawstydzający.
— Eddie… — wydusił cicho i popatrzył na niego. — Musiałeś się… dużo napracować. W ogóle on jest taki ładny…!
Kowal uśmiechnął się i objął go w pasie.
— Można go zdemontować z tego uchwytu — dodał prawie że do jego ucha. Dał tym też w jakiś sposób do myślenia drugiemu mężczyźnie. W końcu… dildo było szklane. Widział przez nie swoją dłoń, a jeśli to byłoby w nim…
Jego myśli galopowały w tempie szybszym niż tabun rozpędzonych helpików. Zrobiło mu się bardzo, bardzo gorąco.
— Więc będziemy mogli to wykorzystać też w łóżku — szepnął, oglądając zabawkę. Po tym popatrzył na twarz kowala i uśmiechnął. — Dziękuję za prezent, panie Hill.
— Proszę bardzo, panie Berry. Nie będziesz może tak desperacko tęsknił, kiedy mnie nie będzie. Szkoda tylko, że nie miałeś tego na czas, kiedy dochodziłem do siebie — odparł Eddie i potarł go po boku. Podniecał go taki zarumieniony mężczyzna. Cieszył się, że było już ciepło. Od ciała Malvina dzielił go tylko cienki materiał koszuli.
— Bardziej żałuję, że nie miałem czegoś takiego, kiedy jeszcze ciebie nie znałem — odpowiedział traper z delikatnym uśmiechem, nie dodając, że wtedy nie potrzebowałby Gerry’ego. Zresztą ten niewiele seksu mu dawał, a już na pewno tak przyjemnego, jaki miał z Eddiem. Tak, jego życie zdecydowanie zmieniło się dzięki TABiW. Zresztą, obaj z Eddiem już do niej należeli, chociaż agencja zmieniła nazwę.
Odłożył zabawkę z powrotem do schowka, po czym stanął przed kowalem i odwiązał mu fartuch. Chciał przytulić się do jego ciała, a nie sztywnego, skórzanego odzienia. Odłożył więc fartuch, po czym objął mężczyznę za szyję i pocałował go, czując, jak broda drapie go w wargi.
— Dziękuję, że tak o mnie dbasz — szepnął w jego usta. — Musisz nauczyć mnie z tego korzystać.
Eddie także objął go ciasno. Chętnie by go uniósł, ale wolał uważać na swój brzuch po walce pod Richmond.
— Mamy na to czas. Jeszcze nigdzie nas nie wzywają. A jak coś, są do tego młodsi. — Uśmiechnął się kątem ust i pocałował swojego młodszego partnera.
Ten odpowiedział na pieszczotę chętnie i z oddaniem. Cały czas zachowywał się, jakby pieszczot nie było mu dość. Wykorzystywał każdą chwilę, by móc się dotykać.
— I chciałbyś zobaczyć, jak na tym… — Malvin zawahał się, nie wiedząc, jakiego określenia użyć. — Jak tego używam?
— Mhm… Bardzo — odpowiedział kowal, masując go jedną dłonią po boku i pochylając się do jego szyi. Skubnął go tuż przy jabłku Adama. — Lubię patrzeć, jak ci dobrze.
Malvin zagryzł dolną wargę i pomasował kowala po karku.
— Jeżeli tobie wtedy też jest dobrze, to i ja się cieszę… Mmm, Eddie… Cieszę się, że już w całości się do mnie przeniosłeś.
Rzeczywiście, niecały miesiąc temu, kiedy Eddie pojechał do Kansas City na prośbę Nicholasa, przywiózł ze sobą wszystkie rzeczy. Dom Malvina przez to zapełnił się jego ubraniami, narzędziami i wszystkim tym, co Eddie zdążył zgromadzić w Kansas City. Przez to czuł się z nim już naprawdę związany. Kowal mieszkał z nim, opiekowali się sobą, chcieli być razem i mieli naprawdę dobre w opinii Malvina życie erotyczne. Obaj uczyli się od sobie i poznawali, ale widział w tym sens. Do tego w mieście nie podejrzewano za bardzo, co się działo w ich domostwie. W końcu obaj po prostu pracowali na wspólnej posesji. A może po prostu nikt nie chciał za bardzo wiedzieć.
— Też się cieszę. Czuję, że w końcu mam jakieś miejsce dla siebie — powiedział kowal i jeszcze raz go pocałował. Uwielbiał spędzać czas z tym mężczyzną i opiekować się nim. Lubił go mieć dla siebie. Nie tylko jego ciało, ale i serce.
W odpowiedzi na takie słowa Malvin mógł jedynie objąć go mocno z całym swoim uczuciem. Przylgnąć do jego silnego ciała i tym gestem przekazać to, co do niego czuł. Szczęście w minionym roku bardzo się do niego uśmiechnęło i obecnie miało postać spokojnego i wyważonego Edwarda Hilla.

***

— Zbadamy, czy to na pewno jest kwestia tych piór. — Maverick mówił do zgromadzonych na granicy wioski wieśniaków, kiedy jego partner przywiązywał wór z zebranymi piórami do siodła swojego konia. — Jeśli tak, postaramy się znaleźć odtrutkę i przyślemy przesyłkę.
Kilka dni temu przyjechali do wioski w Oklahomie, w której od czasu pojawienia się dziwnej ptasiej mutacji bydło zaczęło padać. Maverick podejrzewał, że miało to coś wspólnego z bardzo licznie wypadającymi piórami. Te, chociaż piękne i wzorzyste, miały prawdopodobnie jakieś szkodzące bydłu właściwości. Do tego nie wystarczyło pozbierać zrzuconego upierzenia, bo zmutowane stwory co kilka dni je gubiły. Powody były jeszcze dla Mavericka niejasne, ale zamierzał je zbadać.
— Panie, a jak to co innego? Bydło nam nadal pada! Co, do ciasnej cholibki, mamy robić? — odezwał się jeden z właścicieli z niezadowoleniem, że sprawa nie została rozwiązana od ręki.
— Na razie jedyne, co możecie robić, to trzymać je z dala od granicy lasu. Przy niej ptaków jest najwięcej — poradził Maverick, żałując, że w tym momencie nie mógł im bardziej pomóc. Cieszyło go jedynie to, że do Kansas City i laboratoriów znajdujących się tam mieli stąd blisko. Adela też była teraz na miejscu, więc mogła od razu zająć się sprawą ze swoim działem chemików. — Ta sprawa będzie dla nas priorytetowa. Przyślemy kogoś najszybciej, jak się da.
Po małym tłumie przebiegł szmer szeptanych między sobą słów. Nie każdy był zadowolony, ale z drugiej strony nikt nie miał innego rozwiązania. A właściwie to miał, tylko że już wcześniej Nicholas ostrzegł miejscowych, że jeśli kolejnym razem w lesie znajdą martwe ptaki, to dopilnują, żeby od nich nikt nie kupił ani sztuki mięsa. Morderstwo na własną korzyść odpadało.
Pożegnali się z mieszkańcami wioski i wsiedli na konie. Mieli pióra do badania, spisane objawy padającego bydła i teraz pozostawało pojechać do kwatery. Spięli boki wierzchowców i pojechali na wschód, w stronę Kansas City.
— Nie byli zadowoleni — zauważył Maverick niechętnie, spokojnie prowadząc Nacomę. — Ale i tak cieszy mnie, że po tym, jak Grant wygłosił oświadczenie o powstaniu naszej agencji, ludzie rzeczywiście się do nas zgłaszają. Nie działają na własną rękę.
— I tak pewnie w dużym stopniu to robią. Będą nas wzywać, kiedy sami nie będą mogli czegoś utłuc. Tak działają ludzie, ale na razie jeszcze niektórzy lubią się kimś wyręczać — odpowiedział Nicholas, jadąc obok niego na Duchu. Mówił jak zwykle ze sceptycyzmem, ale był zadowolony, że byli w drodze. Że coś robili. Że pracował z Maverickiem.
Z początku bał się, że gdy tylko wrócą na ranczo, to tam utkną. Że Maverick nie będzie chciał nigdzie wyjeżdżać. Ale już po miesiącu spędzonym na zasłużonym odpoczynku wyjechali razem do Kansas City. I na tym się nie skończyło. To była już czwarta ich misja od początku roku.
— Przynajmniej niektóre zwierzęta korzystają z tego lenistwa — mruknął Maverick, który zawsze był bardziej wrogi w stosunku do ludzi niż zmutowanych potworów. Nawet jeśli to jedna z mutacji oszpeciła jego ukochanego, a umiejętności ludzi ocaliły mu życie. Zwierzęta nie miały prawa głosu w sporze o swoje życie.
— Niby. Ale lepiej, żeby to coś innego zabijało to bydło, bo jeśli to te ptaki, to wiele ich nie uratujemy.
— Chyba że uda się znaleźć jakiś lek ochronny dla bydła albo coś, co można dodać do karmy. Adela będzie musiała nad tym popracować. Dobrze, że mamy już więcej ludzi.
— Grant się wykazał. Chociaż jeszcze niepokoi mnie, że ich wszystkich nie znam. — Nicholas westchnął ciężko. Miał problem z zaufaniem i Maverick nie mógł mu się dziwić po tym, jak został zdradzony przez Lunda.
— Mamy spędzić w kwaterze najbliższy tydzień, więc zdążysz ich przesłuchać. Bo na pewno nie będą to zwykłe rozmowy — dodał Maverick z łagodnym uśmiechem. Znał swojego partnera bardzo dobrze. Nawet jeśli wobec niego nie był tak surowy jak wobec… wszystkich innych.
Nicholas ściągnął brwi i uważniej na niego spojrzał.
— Coś insynuujesz? — spytał, ale jego ton był miękki, przez co jego partner poznał bez problemu, że tylko się droczy, a nie naprawdę jest urażony.
— Sam nie wiem… panie generale — odmruczał Maverick, spozierając na niego spod ronda kapelusza. Na jego ustach błąkał się przyjemny uśmiech, dzięki któremu Nicholas wiedział, że ten wcale nie zmuszał się do tych podróży. Cieszył się nimi i jego towarzystwem.
Pokręcił głową, żeby ukryć rozbawienie, jakie wypływało mu na twarzy.
— Black i Lockerbie jakoś mnie przeżyli. Reszta też przeżyje. Już nie muszą się użerać z Hamiltonem. A i ty robisz za spowiednika.
— Chociaż tyle mogę. Nie mam takiego autorytetu jak ty — przyznał lekko Zwierzak, prowadząc Nacomę jedną ręką. Drugą trzymał na swoim udzie. Lubił ciepło słońca na twarzy. Cieszył się, że wiosna nadeszła tak szybko. Dzięki temu mogli z Nickiem spędzać dużo czasu na powietrzu.
— I przez to pewnie niedługo będziesz o nich wiedział więcej niż ja. — Nick znowu westchnął i położył dłoń na karku, aby pokręcić głową na boki dla rozluźnienia. — Mmm… Wreszcie jest cieplej. Na południu pewnie jeszcze bardziej — nawiązał lekko do ich dobrych znajomych.
— Właściwie moglibyśmy odwiedzić Jeffa i Willa, skoro mają już własny dom — dodał Maverick. Tydzień temu dostali list z zaproszeniem do Teksasu, gdzie osiedli Jefferson i William. Rozpisali się o swojej nowej posiadłości, ale mówili, że na żywo wygląda znacznie lepiej. Wtrącili też, że mają duży pokój gościnny… w oddalonej części domu od ich własnej sypialni. Tak w razie czego.
— Może jeśli rozwiąże się ta sprawa ptasich piór… — Nicholas zamyślił się nad tym, pozwalając sobie na wzięcie tego pod uwagę. — Musiałbym tylko to wszystko zostawić pod nadzorem na tak długo. Myślisz, że znowu wpadam w obsesję pracą?
— Myślę, że tak. I proszę, nie rób tego. Grant dał nam sporo ludzi. Jeżeli na jakiś czas przekażesz swoje obowiązki komuś innemu, agencja wciąż będzie działać — odpowiedział Maverick spokojnie, ale poważnie. On zrezygnował z bycia nieustannie na ranczu. Z bycia samotnikiem. Nie chciał więc, żeby Nick znów był w większości zapracowanym generałem. Chciał, by przede wszystkim był jego partnerem.
Nicholas potarł jeszcze raz swój kark. Musiał o tym pomyśleć, ale na razie pokiwał głową. Dał sobie czas na przemyślenie tego wyjazdu. Chciał jechać, ale jeszcze musiał przemyśleć, kto miał go zastępować. Miał wybór ograniczony do dwóch osób. Były one w tej chwili mianowane jego zastępcami, ale jeśli cokolwiek by się działo, to tak jak w wojsku, jedna osoba musiała podejmować ostateczne decyzje. A to jeszcze nie było uregulowane.
Lubił swoją pracę, lecz Maverick miał rację. Musiał pamiętać o tym, że obiecali sobie być bliżej. Praca nie mogła znaleźć się pomiędzy nimi. A wyjazd niezwiązany z pracą mógł w tym pomóc.
— Pomyśl o tym — poprosił na koniec Zwierzak, postanawiając nie wracać do tego tematu i poczekać na decyzję ukochanego.
— Pomyślę. Ale obiecuję, że pojedziemy do nich. Nie wiem kiedy, ale pojedziemy. A potem ściągniemy ich tutaj. Niech też trochę popracują — odpowiedział generał z delikatnym, ale złośliwym uśmieszkiem. Dziś jeszcze powinni wrócić do kwatery, lecz wiedzieli, że większość ich kompanów z ostatniej misji miała znacznie dalej do Kansas City. Do miasta, gdzie teraz znajdowała się kwatera agencji, z której nazwy faktycznie wykreślono „Bezpieczeństwa”.
Skupiali się teraz głównie na wynaturzeniach, choć znacznie poszerzono działania skupione na samym upiorycie. Prezydent rozsądnie zauważył, że ten surowiec, choć bardzo wydajny, może być niebezpieczny, zaś dotychczas podejmowano zbyt mało kroków, by zbadać to zagrożenie. Dlatego teraz Adela Allen stała na czele działu zajmującego się głównie tym. Miała pod sobą chemików, medyków i wszystkich innych uczonych, którzy mogli nad tym pracować. Dzięki temu reszta mogła skupić się na zwierzętach i mutacjach. W tym mutacjach ludzi po tym, jak Malvin opowiedział Nicholasowi dokładnie o tym, skąd mieli serce dla Jeffersona… Zresztą tej sprawy też nie pozostawili nierozwiązanej. To była jedna z ich pierwszych akcji, odkąd zaczęła działać Tajna Agencja Wynaturzeń. Nie mogli pozwolić na to, żeby jacyś ludzie, czy też stworzenia im podobne, mieszkały tak blisko miasta i były tak bardzo niebezpieczne. A przy tym złapanie chociaż kilku żywych osobników było ich pierwszym sukcesem badawczym. Nawet jeśli nie odkryli o nich wszystkiego. Ważne, że działali, rozwiązywali coraz więcej spraw i mieli sporo ludzi. Zmieniali coś dla dobra kraju. Ich misja wciąż trwała…

***

Na południu, w niedalekiej odległości od Dallas, lecz dostatecznie odległej dla zachowania prywatności, mieszkał Texas Ranger i lekarz. Dom, który kupili i trochę wyremontowali, był naprawdę podobny do Ośrodka Zdrowia Karmazynowa Rzeka. Piętrowy, urokliwy budynek z kolumienkami, szerokim gankiem i lasem wokół. Do tego stajnia, pobliski potok… Otaczała ich natura, ale także dobry dojazd do miasta, z którego pacjenci często odwiedzali gabinet lekarski. To też była dobra przykrywka, dlaczego naprawdę zdolny lekarz nie mieszkał w bardziej dostępnym dla ludzi miejscu. William od czasu do czasu zamierzał przeprowadzać tu operacje. Dlatego dla pacjentów było oddzielne skrzydło tego sporego domu. Mogli wypocząć szybko oraz w ciszy dojść do siebie. A że byli oddzieleni od samych właścicieli domu, Jefferson aż tak bardzo się temu nie sprzeciwiał. Chociaż żaden z nich nie chciał, aby za często ktoś zdrowiał pod ich dachem dłużej niż to konieczne.
Dziś był jeden z tych dni, kiedy mieli dzień tylko dla siebie. Przynajmniej po południu. Rano bowiem William pojechał do Dallas, by uzupełnić swoje zapasy medykamentów. Wrócił z dużymi zakupami, które przez pierwszą godzinę po powrocie wypakowywał do szafek w gabinecie. Dopiero około południa wyszedł przed dom w poszukiwaniu swojego partnera.
Stanął na ganku ogrodzonym białymi barierkami. Przed sobą miał zielone drzewa, dalej mostek nad niedużą rzeką. Oficer pasł się w wysokiej trawie, więc i Ranger powinien gdzieś tu być. Dlatego William zszedł po schodkach i zaczął go szukać.
Lubił panujący tu spokój. Słyszał ptaki w gałęziach drzew i szum wody w rzece. Swojego ukochanego znalazł właśnie przy niej. Ten siedział na brzegu, na pieńku, który kilka dni temu tam przytoczyli. Łowił ryby i opierał twarz na dłoni, gapiąc się ze znużeniem w toń.
William podszedł do niego i usiadł tuż obok. Było ciepło, a jego cieszyło, że z racji tego Ranger nie miał na sobie wielu ubrań. Miło mu się patrzyło na jego szerokie ramiona.
— Jak ci mija dzień? — zapytał.
Ten odwrócił do niego spojrzenie swoich czarnych oczu i uśmiechnął się lekko.
— Dobrze. Nic dziś nie złowiłem, więc znowu będziesz chrupał przy stole — odparł i wychylił się do pocałunku na powitanie. Nie widział lekarza od świtu. A że sam dziś się nigdzie nie ruszał, był bardzo niezobowiązująco ubrany. Koszula i podarte ostatnio w stajni spodnie.
Lekarz odpowiedział na pocałunek i położył mu dłoń na udzie.
— Może jeszcze coś się uda. W razie czego kupiłem dużo jajek. Och i mam dobre wieści — dodał, sięgając do kieszonki w cienkiej kamizelce. — Maverick pisał.
— Tak? Ale on czy agencja pisała jego ręką? — Jefferson prychnął, bo wiedział, że teraz była jeszcze taka alternatywa. Zresztą, gdyby dostali list od Nicholasa, byłby niemal pewien, że to nie jest nic prywatnego.
— Sam zobacz. Chyba wreszcie będziemy mieli gości.
William podał Rangerowi list, a ten otworzył go i od razu poznał pismo Zwierzaka. Ten pisał, że wreszcie Nicholas znalazł kogoś odpowiedniego na swoje zastępstwo. Z wyprzedzeniem więc informowali, że pojawią się u nich w połowie kwietnia.
— No proszę, Zwierzak wyrwał nam się ze swojej pułapki. Dobrze, dobrze. Będzie można iść na jakieś wspólne polowanie. — Ranger ucieszył się z odwiedzin, bo wiedział, że z Maverickiem będą mogli spędzić w ten sposób wspólnie czas. Podobała mu się też wizja ogniska pod gołym niebem. Szczególnie jeśli Maverick zabrałby ze sobą gitarę.
— Mhm. Na pewno będzie chciał — podchwycił lekarz, nieustannie głaszczący udo Jeffersona. — Wybacz, że ze mną nie masz takich rozrywek.
— Mam inne — odpowiedział Ranger i wychylił się do pocałunku. William chciał go pocałować, ale on wystawił język i kiedy ten zderzył się z nim ustami, ukąsił w nos. — Na przykład drażnienie się z tobą, ziemniaczku.
Lekarz ściągnął delikatnie swoje jasne brwi i… złapał Jeffersona za kark.
— Zawsze robisz to w perfidny sposób — powiedział z pretensją i pocałował swojego przystojnego Rangera.
Ten stęknął w jego wargi i odpowiedział na pocałunek. Łowienie ryb schodziło na coraz dalszy plan. Pewnie teraz nawet nie zauważyłby, gdyby jakaś się złapała.
Opuścił wędkę, a jego myśli skupiły się na pocałunku. Na tym, jak język lekarza wdzierał się pomiędzy jego usta i smakował je. Jak jego dłoń przesunęła się wyżej na udzie… i zacisnęła mocno na jego wnętrzu.
Sam wreszcie objął lekarza. Nisko, przesuwając dłońmi po jego bokach. Aż w końcu sięgnął pod jego kamizelkę i złapał go za pasek od spodni. Mocno, po obu bokach ciała lekarza. Nie przestając pocałunku, stęknął i szarpnął lekarzem w górę, ciągnąc go za pasek w górę, aby zaraz przewalić się na plecy z nim już bardziej na sobie. Od razu zaczął się śmiać.
— Grubas!
Przez to, że siedzieli chwilę temu na pieńku, teraz przewalili się na plecy na trawę, a William aż musiał się podeprzeć dłonią o ziemię obok głowy Rangera, by w niego nie przywalić. Choć i tak znalazł się na nim całym ciałem.
— Przeżyłeś Posłusznych bez żadnego urazu, a teraz sam się prosisz o złamany nos! — sapnął, bo niewiele brakowało, a przywaliłby swoim czołem w twarz ukochanego. Aż mu się cieplej zrobiło. Zarówno przez nagłe szarpnięcie, jak i bycie tak blisko tego seksownego ciała.
— Od razu złamany nos. Poskładałbyś go. Nie pozwoliłbyś, żebym miał krzywy. — Ranger śmiał się dalej. Nogi dalej miał przerzucone przez pieniek, przez co tyłek znajdował się wyżej niż głowa. Patrzył przy tym z uśmiechem na Williama, który wisiał nad nim, mocno wykręcony przez jego mały atak.
— Nie pozwoliłbym — przyznał William.
Wychylił się i pocałował jego prosty nos. Po tym stęknął i spróbował całkiem zsunąć się z pieńka, żeby nie było mu tak potwornie niewygodnie.
Jefferson, widząc to, też przesunął się wyżej, aby tylko łydkami zaczepiać o kłodę, na której wcześniej siedzieli.
— To chodź. — Poklepał się po biodrze, zachęcając lekarza, aby usiadł mu na nich. Nie myślał w tej chwili o wędce, ale nie pamiętał trzasku, więc raczej jej nie złamali.
Nigdy nie musiał namawiać swojego partnera do bliskości i tym razem nie było takiej potrzeby. William uklęknął nad nim i usiadł, by następnie obniżyć się i pocałować go. Jego luźny, jasny kucyk zsunął mu się po ramieniu. A palce od razu zaczęły pracować nad guzikami w koszuli.
Ranger zamruczał nisko, nadal się z nim całując oraz masując go po udach i plecach. Chwilę tak trwali, aż w końcu lekarz rozsunął mu koszulę i spojrzał na jego klatkę piersiową.
— Hmmm? Co? Nadal boli cię ta blizna?
Ale William pokręcił głową, pochylił się i pocałował go w środek klatki piersiowej.
— I z nią jesteś idealny — powiedział szczerze.
— Bez niej byłbym martwy — odparł Ranger ze swoim czarnym humorem.
— Dlatego wręcz powinienem ją kochać — uznał w końcu William, przesuwając palcem po wypukłej, jasnej bliźnie. I… nie zatrzymał się na jej końcu. Patrząc w oczy Rengera, przesunął palcami w dół, po jego pępku, podbrzuszu, aż dotarł do spodni. Bez wahania rozpiął mu pasek.
Ranger wziął głębszy oddech, rozpierając nim swoją szeroką i umięśnioną klatkę piersiową.
— Mmm… Może coś w tym jest — sapnął i oblizał wargi, podkładając jedną dłoń pod głowę, aby lepiej widzieć kochanka.
Ten sprawnie rozpinał mu spodnie. Po tym obsunął je niżej i wydobył na wierzch penisa. Od razu ujął go w palce i poruszył. Nie tracił wprawy. Jak Jefferson był naprawdę dobry w obciąganiu, tak palce Williama doskonale radziły sobie z masturbacją. Nie było w tym nic dziwnego, skoro sam zaspokajał się w taki sposób nieustannie. Dziś pewnie co najmniej już raz to zrobił. Jefferson na szczęście nie był z tych, którzy byliby zazdrośni o takie rzeczy. W przeciwnym razie sam nie wytrzymałby kondycyjnie.
— Mhm… Znowu na łonie natury — zamruczał z rozbawieniem, bo odkąd mieli dom, zwykle robili to w czterech ścianach. Lecz nie tylko w łóżku. Trenowali też w innych miejscach.
— Dobrze pachniesz na powietrzu — odpowiedział lekarz, pobudzając go i samemu podniecając się widokiem, jaki miał pod sobą. Chyba nawet szybciej niż sam pieszczony mężczyzna, bo Jefferson już widział, że spodnie Williama były nieźle wypchane. Sięgnął więc tam ręką i pogładził rozporek knykciami.
— A króliczki lubią sobie pokicać na powietrzu. — Znowu zażartował sobie z partnera. Jego oczy przy tym patrzyły na niego ciepło.
William uśmiechnął się mimowolnie, choć ten żart był znowu bardzo… zwierzęcy. Ale trochę racji w tym było. Już dawno nie przeszkadzało mu kochanie się na trawie. Tym bardziej, że był zabezpieczony…
Sięgnął do swojej koszuli, rozpiął dwa górne guziki i wyciągnął… fiolkę z olejkiem. Znów dbali o to, aby zawsze były pełne, gdyby niespodziewanie potrzebowali ich w drodze. A z racji na to, że z Williamem niespodziewana potrzeba na seks zdarzała się nad wyraz często, to każdy z nich miał zawsze swoją fiolkę. Jedna nawet znajdowała się przy siodle Oficera w specjalnej maleńkiej kaburze. Korzystali z dobrodziejstw medycyny.
Ranger zaśmiał się, kiedy lekarz nią pomachał.
— Daj, chcę cię pierwszy, skoro już tak się tymi pośladkami o mnie ocierasz.
William zawahał się, ale odkąd mieli dla siebie naprawdę nieograniczony czas, nie marudził. Mogli wszystkiego spróbować, kiedy tylko chcieli. Podał więc Jeffersonowi fiolkę, a sam rozpiął swoje spodnie i wstał. Uśmiechnął się delikatnie do kochanka, po czym zdjął ubranie, włącznie ze zsunięciem niskich butów. Został tylko w koszuli i kamizelce, kiedy znów klęknął nad Rangerem.
— Wyglądasz tak… silnie — powiedział na wydechu, kładąc mu obie dłonie na piersi.
Ranger objął go w pasie, opierając głowę o trawę. Lubił wiosnę. Wszystko było tak żywe i soczyste. Tak samo jak pośladki Williama, do których chętnie sięgnął.
— Tylko wyglądam? — spytał, ściskając je.
A lekarz sapnął głucho. Jego penis aż się poruszył, przez co i wisząca na nim koszula zafalowała.
— Och, nie, tylko… — wydusił.
— Tylko…? — Ranger zaciekawił się, sięgając na razie suchymi placami do jego rowka. Chciał go poobmacywać. Połaskotać, popieścić.
A William stęknął i poruszył pośladkami na boki. Jego dłonie za to mocniej zacisnęły się na piersi mężczyzny.
— Czuję w twoich rękach dużo, dużo siły, Jeff… — powiedział. — Ten ostatni seks… mm… gdy robiliśmy to przy ścianie… Nie wierzyłem, że będziesz mnie potrafił tak… długo trzymać.
— A ja nie myślałem, że będziesz tak głośny. — Ranger zaśmiał się i zabrał jedną dłoń z bladego tyłka lekarza, aby odkorkować fiolkę. Z lubrykantem, który był w środku, mógł już lepiej zająć się dziurką Williama.
Gdy tylko jej dotknął, lekarz przymknął oko i kolistymi ruchami pomasował piersi Rangera. Miał wrażenie, że ich seks był zupełnie inny niż wcześniej, mimo że przecież polegał na tym samym. Ale teraz już dobrze znali swoje ciała. Wiedzieli, jak się ze sobą obchodzić, by im obu było dobrze. Jak się dopieścić, gdzie mocniej dotknąć. I przede wszystkim ufali sobie na tyle, że szybko rozluźniali się w swoim towarzystwie. Dlatego Jefferson wcale nie musiał długo czekać, by do pierwszego palca dołączyć drugi i móc spokojnie poszerzać dziurkę swojego partnera. Już rumianego i delikatnie falującego nad nim partnera, na którego patrzył z uznaniem i tak łakomie.
— Mmm… Will, mogę? — spytał, sięgając do tasiemki na jego włosach. Kiedy się poznali, te były znacznie krótsze. A teraz lekarz musiał je związywać.
— Mm… tak… Jeśli chcesz — zgodził się głosem, w którym Jefferson dosłyszał pożądania.
Ranger rozpuścił mu więc włosy i wsunął w nie palce wolnej dłoni. Drugą nadal zabawiał się z jego tyłkiem. Niby byli na powietrzu, każdy mógł ich zobaczyć, ale niedaleko były drzewa, zaś konnego, który przyjechałby do lekarza, usłyszeliby z daleka. A jak nie oni, to Oficer. Ranger jakoś nie mógł się spieszyć, chociaż był już rozpalony.
A William chętnie przekręcił głowę, wtulając się w jego dłoń. Dużą, męską, silną dłoń. Czuł zapach Jeffersona, jego gorąco… Wszystkie doznania już teraz go wypełniały, a przecież miało być tylko lepiej.
Długie włosy spływały mu w dół po ramionach. Może z taką fryzurą rok temu wyglądałby jak młody paniczyk, ale teraz, kiedy naprawdę zmężniał, po prostu wyglądał jak dojrzały, sprawny mężczyzna. Wymienił całą swoją garderobę na rozmiar większą i w duchu był z tego bardzo dumny.
— Jeff… pragnę cię — wyszeptał, bawiąc się jego sutkami, choć skupiał się głównie na pieszczotach w tyłku.
Ranger spojrzał między jego nogi, gdzie miał własne krocze. Jego penis był sztywny i gotowy do akcji. Obaj to widzieli.
— Ja chyba nie muszę odpowiadać? — spytał i jeszcze raz wsunął mu głęboko palce. Po tym je wyjął i otarł o swojego penisa. — Chodź do mnie — zachęcił.
A William skorzystał z zaproszenia. Przesunął się na klęczkach trochę bliżej, chcąc mieć członek za swoimi plecami. Wyprostował się i sięgnął za siebie, żeby ustawić go prosto. Kiedy się udało, obniżył biodra i odpowiednio nakierował dziurkę. Była śliska i rozluźniona, lecz i tak objęła główkę penisa Rangera. Jakby ją przytulała.
— Och… Przyjemnie — wydusił William cicho, przymykając oko i powoli schodząc niżej.
— Bardzo… — Ranger westchnął i jedną dłonią przytrzymał biodro partnera, a drugą rozpiął mu kamizelkę. Po tym wsunął ją pod materiał koszuli i przesunął po żebrach, aby zaraz potrzeć kciukiem sutek. Chciał poczuć, jak twardnieją. Zresztą, miał wrażenie, że te zawsze były twardsze, kiedy robili to na zewnątrz.
Wiatr robił swoje. Do lata jeszcze było daleko. Choć oni czuli się rozgrzani, jakby stali na pełnym, lipcowym słońcu. Jefferson za to miał wrażenie, że jego penis wchodził w coś jeszcze gorętszego. I to wchodził cały. William dzielnie brał go w siebie. A kiedy był już cały… zaczął podskakiwać. Jak kicający króliczek, pojawiło się w myślach Jeffersona. Żywo i gorączkowo.
Zmierzył go wzrokiem. Od góry do dołu. Podobało mu się to, co widział i czuł tak przyjemne ciepło wynikające nie tylko z czystej penetracji, ale też z tego, że robili to razem. Pogładził lekarza po udzie i posłał mu pocałunek, nie mając za bardzo jak sięgnąć do jego ust.
— Ładnie, naprawdę… Mmm…
William uśmiechnął się delikatnie po takim komplemencie, choć zaraz znów głośniej stęknął. Penis trafiał w jego prostatę. Rozpierał go przyjemnie. Masował jego ścianki. A przy tym lekarz opierał się o tors Rangera, czując, jaki ten był twardy i silny. Serce ukryte w piersi sprawdzało się doskonale. Jefferson wciąż był sobą, pełen wigoru i siły. A jego penis… Och, był taki twardy i dobry. Tu nic też nie zepsuł. Z żadnego dziwnego powodu los nie pokarał go impotencją u tego wspaniałego mężczyzny. Mogli nadal być razem, nie tylko emocjonalnie, ale i fizycznie. Tak jak teraz, kiedy William brał gorącego penisa Jeffersona, klęcząc nad nim i poruszając biodrami rytmicznie w górę i w dół. Zyskał kondycję przy tym facecie i… naprawdę spokój ducha, że nie musiał obawiać się tego, czy seks będzie dobry. Za każdym razem wiedział, że dojdzie i że będzie miał przy tym cudowne doznania.
Poruszał się coraz żywiej, coraz bardziej niekontrolowanie. Było mu cudownie, mrowiąco, gorąco i pełno. Uwielbiał, kiedy penis Jeffersona twardniał przy tym i wypełniał go.
— Mnn… Aż za dobrze… — wystękał, pochylając się nagle. Przez to na chwilę zatrzymał ruchy, lecz chciał pocałunku. Dlatego desperacko złapał młodszego mężczyznę za policzek i wcałował się w jego usta namiętnie.
Ranger chwycił go za tył głowy i odpowiedział na pocałunek. Poprawił się na trawie, jedną nogą zaparł o kłodę, z której spadli, po czym sam poruszył biodrami, kiedy William po prostu nad nim klęczał. Uwielbiał go posuwać, tak samo jak lekarz uwielbiał brać jego. I jak Jefferson miał z początku pewne problemy, aby to zaakceptować, tak w końcu w pełni zrozumiał, że nie ma z czym walczyć. Skoro było to czymś, z czego obaj czerpali rozkosz, to byli przecież równi. Nikt tu nie był stroną gorszą czy wybrakowaną. I nie było między nimi walki o pozycję, ponieważ uwielbiali obie.
— Jeff… Jestem tak blisko…! — stęknął William w ten mokry pocałunek, czując, że dreszcze na dole doprowadzają go do finiszu. Znów poruszył biodrami w odpowiedzi na ruchy Rangera.
Ten także dopasował się do jego ruchów, tak spragnionych przyjemności. Sam sięgnął jeszcze do jego penisa, aby doprowadzić go niemalże do finiszu. Ale nie sprawił, że doszedł. Wysunął się z swojego „króliczka”.
— Już, zmiana — wydyszał i podniósł się do siadu razem z Williamem. Pocałował go w usta, trzymając mocno w talii. Kiedy przerwał pocałunek, zdjął do końca koszulę, którą wciąż miał na sobie. — Połóż na kłodzie i siadaj tam.
Lekarz nie wahał się ani sekundy. Choć przydało mu się kilka głębszych oddechów, żeby zapanować nad zbliżającym się orgazmem. Udało mu się więc odsunąć go w czasie i kiedy siadał na kłodzie, był już bardziej opanowany.
Wpatrzył się rozpalonym spojrzeniem na Rangera i uśmiechnął się do niego zachęcająco.
— Nawet nie próbuj mówić, co zamierzam zrobić — zagroził mu Jefferson, kiedy wstawał z ziemi.
Otrzepał się byle jak, aby zaraz klęknąć między udami lekarza. Mruknął, wiedząc, że lubił robić to, co zamierzał, ale nadal nie lubił słuchać, kiedy partner mu to wypominał.
Oblizał usta łakomie, kiedy zobaczył prawie przed nosem gotowego do wytrysku kutasa. Był śliski na czubku. Ciemny i sztywny. A William tylko przesunął palcami po włosach Rangera.
— Nic nie mówię… Tylko patrzę — odpowiedział na wydechu, bo samo klęknięcie Jeffersona wywołało dreszcz w jego członku. Który od razu poruszył się, jakby cieszył się na to, co miało nadejść.
— To patrz, ale pamiętaj, że … — Przełknął ślinę, bo kiedy patrzył na penisa z tak bliska, już chciał go polizać. — Nie… Nie wiem. Nieważne — wydusił, zapominając, co chciał powiedzieć.
Zwyczajnie usadowił się w klęczkach między jego nogami i polizał penisa. Smakował mu i było widać to doskonale po tym, jak go oblizywał. A William mu go nie skąpił. Zawsze chętnie dawał go lizać, ale nauczył się już nie komentować. To było coś, co zawstydzało Rangera. Choć nawet to niemożliwie podniecało Williama. Taka słabość była… rozkoszna. Niestety wiedział też, że Ranger zawstydzony czy wkurzony komentarzami, które mu nie odpowiadały, potrafił ugryźć. A naprawdę lepiej było czuć, jak ten w cudowny sposób pieścił członek, niż go boleśnie gryzł. William lubił seks, ale nie był z tych, którzy lubili też ból. A kiedy się nie komentowało, dostawało się coś o stokroć lepszego niż ból. Rachunek był prosty.
Głaskał partnera po włosach i karku. Obserwował go. Każdy jego ruch, każde liźnięcie. Rumieńce na jego policzkach, żądzę w oczach. A kiedy Ranger wziął go głęboko do ust, stęknął i zacisnął palce na jego silnym ramieniu. Ramieniu, ponad którym rzucił obserwującemu ich Oficerowi pełne dumy spojrzenie. Jefferson był tylko jego. A na pewno teraz.
Zajmował się nim całkiem. Brał penisa Williama do ust głęboko i ssał go z przyjemnością, liżąc i smakując. Mlaskał i mruczał, czekając, aż w końcu William skończy. Już był blisko po analnej pieszczocie. Teraz chciał jego orgazmu, jego spermy w ustach.
Pracowanie nad tym było dla niego rozkoszą, ale jeszcze więcej jej przynosił finisz. Dlatego gdy tylko poczuł w ustach nasienie, nieopanowanie stęknął z przyjemności. Sperma rozlała się po jego podniebieniu i języku. Na jego ramieniu znów mocniej zacisnęły się palce lekarza. A ten jęknął błogo i długo. Dochodzenie za sprawą ust Jeffersona Blacka było… nieziemskie. Niczym pierwszy udany, medyczny eksperyment czy odkrycie anatomicznego ewenementu. Nie, lepiej. Jak udana, trudna operacja, która przynosiła morze satysfakcji. Przy tym na swój sposób wycieńczała, bo Ranger nigdy po prostu nie dawał mu dojść i nie odsuwał się. Kiedy tylko przełknął nasienie, które jeszcze ze smakiem roztarł na podniebieniu językiem, kiedy oblizał się dokładnie, zawsze wracał, aby jeszcze wylizać członek. Trochę go possać. A teraz przy okazji chciał, żeby ten był gotowy na drugą rundę. Dlatego William nie miał czasu na ochłonięcie po spełnieniu. Bo znów jego członek twardniał, znów mógł… więcej. Ciało lekarza było na tyle gorące, że niemal zerwał guziki, kiedy pozbywał pogniecionej koszuli.
— Jeff… dużo śliny… — wydyszał, chcąc już go wziąć.
Jefferson zerknął na niego krótko. Może powinien zasugerować jeszcze dodatkowe nawilżenie, ale w końcu sobie darował. Oblizał tylko dobrze penisa Williama, aby zaraz wziąć go głęboko, podtrzymując się jego biodra i tym samym mocno go obśliniając.
William czuł, jak mokro teraz tam miał. Jak ślina spływała mu na jądra. A penis znów nie zawiódł Rangera. Był sztywny i gotowy do akcji. Zaiste lekarz był niczym królik gotowy do nieustannego zapładniania.
— Mmm… Jeśli już chcesz, to jestem gotowy — sapnął.
Jefferson wyprostował się i oblizał usta, nim wytarł je dłonią. Dyszał ciężko. Był rozpalony. Wpierw dzięki penetracji, a teraz dzięki tak pysznym zabawom oralnym.
— Więc… Zamień się miejscami — poprosił, chcąc oprzeć się o coś.
Lekarz przytaknął i wstał z pieńka. Z wilgotnym, gotowym do natarcia członkiem odsunął się, żeby Jefferson mógł przybrać taką pozycję, jaką chciał. Ten przysunął się bliżej pieńka i oparł o niego i koszulę, jaka tam leżała. Odsuwanie spodni poniżej pośladków zostawił już Williamowi. Wiedział, że ten będzie miał z tego dużo więcej przyjemności niż on.
Zanim uklęknął za jego plecami, najpierw obejrzał całe jego ciało. Szerokie, opalone plecy. Teraz wilgotne i rozpalone. A pośladki opięte pod spodniami wydawały mu się tak kuszące…
Uklęknął na miękkiej trawie i przesunął szczupłymi palcami po kręgosłupie Rangera, wywołując tym dreszcze. Dopiero potem zahaczył kciukami o pasek spodni i zsunął je w dół. Powoli, patrząc, jak pośladki odsłaniają się, gotowe do popieszczenia.
Mimo świadomości, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby każdy mężczyzna mógł być pasywny, tak uważał też, że miał wielkie szczęście, że Jefferson to lubił. Że lubił seks z nim, kiedy to jego szczupły blondyn przejmował inicjatywę i pieścił go analnie.
Poślinił palce i przesunął nimi po dziurce. Wczoraj podobnie się kochali, więc wierzył, że nie sprawi Jeffersonowi bólu. Lecz zanim naparł penisem, najpierw wsunął w niego dwa palce, chcąc sprawdzić, czy ten jednak nie będzie potrzebował dłuższej palcówki.
Od razu usłyszał niskie stękniecie, a głowa Rangera opadła w dół. William widział, jak dreszcze przyjemności przechodziły przez ciało mężczyzny. Był tak piękny, kiedy był rozpalony.
— Mmm… Mówiłeś… że jesteś gotowy.
— Sprawdzam, czy ty też jesteś gotowy — odpowiedział lekarz i pocałował go między łopatkami. — Ale czuję, że obaj już tego chcemy — dodał ciszej, niemalże do jego ucha.
A Ranger, nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, poczuł, że palce szybko opuściły jego dziurkę, za to naparło na nią coś szerszego i bardziej mokrego. Nacisnęło kilka razy, jakby zachęcało ją do otwarcia się.
Młodszy, ale też silniej zbudowany mężczyzna stęknął i wyprężył kręgosłup jak kot. Postarał się rozluźnić, na ile mógł. Nie było to łatwe, ale ostatnio mieli dużo seksu. Bardzo, bardzo dużo. Poszło mu to zdecydowanie lepiej, niż kiedy ich intymność pod koniec poprzedniego roku skupiała się głównie na pocałunkach.
Może czasami trudno było mu nadążyć za Williamem… ale wiedział, że nie miał na co narzekać. W całym kraju musiało być multum mężczyzn kochających tak jak oni, a niemogących spełnić swoich potrzeb. Tępienie homoseksualistów było na porządku dziennym, więc cieszył się, że był bezpieczny ze swoim partnerem. A ten właśnie bardzo gorąco okazywał mu swoją miłość i pożądanie, kiedy wchodził coraz głębiej. Kiedy wsuwał się, wypełniał go swoim członkiem i przy tym przyjemnie miętosił jego pośladki. Chciał wypieścić tę część ciała Rangera, jak tylko się dało. Pokazać mu, że go ubóstwia w najbardziej fizyczny sposób, jaki się dało.
— Mmm… Will… — Jefferson stęknął, kiedy poczuł, jak partner wszedł do końca. Poruszył lekko biodrami na boki i sięgnął jedną ręką za siebie, do jego biodra.
— Jestem — odpowiedział lekarz na wydechu.
Przesunął ręką po jego plecach. Delikatnie i przyjemnie… aż zacisnął całą dłoń na jego ramieniu i pchnął biodrami. I znów wysunął się, i wszedł. Nie gwałtownie, lecz pewnie i do samego końca, chcąc dać mu jak najbardziej intensywne doznania.
Jefferson przez dość słabe nawilżenie mocniej go czuł. Na tyle mocniej, ale wciąż nie boleśnie, że jęknął głośno, aż jego niski głos poniósł się po dzikiej okolicy. Stęknął zaraz po tym i oparł czoło na skrzyżowanych rękach, którymi opierał się o kłodę.
Te dźwięki dla Williama były równie silną stymulacją jak ciasne ścianki tyłka Rangera. Sam zadrżał, lecz kontrolował się. Oddychał równo, trzymając jeden rytm. Uderzał biodrami o pośladki Rangera. Dociskał penisa do samego końca. Trzymał go pewnie za ramię i biodro oraz pieprzył go. Tak, jak obaj lubili. Intensywnie.
Jefferson doceniał to, bo z każdą chwilą coraz żywiej się prężył. Pojękiwał i stękał, aż w końcu wyprostował się na samych kolanach i odwrócił jedynie górę ciała do Williama. Wychylił się po pocałunek, samemu kręcąc się na jego penisie. Był bliski finiszu.
— Mmm… Ja prawie. Ile…? Och…
— Dojdź pierwszy… Ściśnij mnie — wydyszał William, od razu obejmując go w pasie. Odpowiedział na pocałunek i nie przestając poruszania się w jego tyłku, objął jego członek w dłoni. Poruszył nią po nim, z lubością czując, jaki był sztywny.
Ranger po tych słowach już się nie powstrzymywał. Wyprężył się tak seksownie, jak tylko on umiał w opinii Williama. Stęknął, zamruczał i, jak to on, zaklął siarczyście, nim doszedł w dłoni lekarza. I faktycznie ścisnął go.
Przez to i William jęknął z rozkoszy, choć był na siebie zły, bo wolał słyszeć więcej Jeffa niż siebie. Ale i tak doznania były najwyższych lotów. Objął go ciasno, wtulił się w jego plecy i drżące ciało. I jemu też wystarczyło kilka ostatnich pchnięć, by się spuścić. By osiągnąć kolejną falę przyjemności z najpiękniejszym mężczyzną, jakiego znał.
— O… och… Wspaniale grzejesz — wyszeptał.
— Mmm… Poczekaj… Poczekaj na lato. Wtedy nie będzie to takie… wspaniałe. — Ranger zaśmiał się, dysząc po spełnieniu. Oparł się jedną dłonią o kłodę, czując, że jego partner przy tym nie odkleił się od jego pleców. Był w stanie sobie z tym poradzić.
— Wtedy będziemy to robić w cieniu… Bardzo blisko rzeki, by móc do razu się ochłodzić — odmruczał William. Po tym stęknął i cofnął biodra. — Wybacz, ale muszę z ciebie wyjść, bo znów będę chciał — dodał, opuszczając jego ciepłe, gościnne wnętrze.
Jefferson zaśmiał się, kręcąc głową.
— Króliczek. Niewyżyty zając z białą kitą — prychnął i stęknął nisko, kiedy faktycznie William łaskawie się z niego wysunął.
Po tym lekarz opadł na tyłek na trawę i zupełnie nie przejmując się swoją nagością, położył się na plecach. Jego jasne włosy rozsypały się wokół jego głowy, a on oddychał głęboko.
— Chodź do tego króliczka — poprosił z nadzieją, że Jefferson ułoży się obok niego i chwilę tylko pogapi się z nim na niebo, nim zrobi się im chłodno.
Ranger obejrzał się na niego, kiedy to usłyszał. Zaraz po tym parsknął pod nosem.
— Ale palnąłeś.
Jako tako podciągnął chociaż trochę spodnie, aby nie przeszkadzały bardziej niż i tak musiały, po czym odwrócił się i położył na trawie obok partnera. Na boku, podpierając głowę na dłoni. Pomasował go po brzuchu i zwyczajnie pocałował w usta.
Starszy mężczyzna odpowiedział na pocałunek i wyciągnął przy tym w górę dłoń, by położyć ją na karku partnera. Uśmiechnął się delikatnie do siebie. Chyba właśnie o to walczył przez ostatnie miesiące, obok walki o dobro kraju. Było tym jego szczęście z tym mężczyzną, w miejscu, w którym wreszcie mieli swój upragniony spokój.
— Kocham cię — szepnął w jego miękkie wargi, gdy Ranger odsunął się odrobinę, a on ujrzał jego przystojną twarz na tle błękitnego nieba.
Jefferson uśmiechnął się po tym wyznaniu. Jemu dłużej zajęło zdanie sobie sprawy, co to za uczucie, którym darzył Williama, ale teraz też wiedział, że to miłość i nie zamierzał z tego rezygnować.
— Ja ciebie też, Will. Ale jeśli przeziębisz się na tej trawie, to ja nie będę przyjmował twoich pacjentów.
Lekarz westchnął ciężko. Najchętniej poleżałby tu przez najbliższą godzinę, ale Jefferson był teraz głosem rozsądku. To nie było lato, a ziemia wcale jeszcze nie była tak przyjemnie gorąca, jak potrafiła być w lipcu czy sierpniu.
— Dobrze, pójdę się umyć i przebrać. Spróbuj coś jeszcze złowić.
— Nie wiem, czy się uda. Ale jeśli nawet nie, to myślę, że znajdziemy ci inne mięsko do zjedzenia. — Ranger zaśmiał się z wrednym uśmieszkiem i poklepał go mało delikatnie po brzuchu. — No już, wstawaj z tą bladą dupą. Do lata ci ją opalimy — dodał ostatnie zdanie, kiedy lekarz już nie widział jego twarzy, bo ten wstawał.
Sam musiał zrobić to samo. Uniósł się i zebrał wszystkie ubrania, które zdążył porzucić przy tym nagłym napływie namiętności. I nie przejmując się absolutnie niczym, nago podążył do domu. Musieli odpisać Maverickowi i zapewne przejrzeć gazetę, bo Jefferson lubił znajdować sobie zajęcia. W miejscowej gazecie za to często opisywano różne dziwne sytuacje, czy to związane z mutacjami, czy zwykłymi rzezimieszkami w okolicy. Jeff lubił się tym zajmować, a William go nie hamował, bo wiedział, że ten potrzebował ruchu i emocji, kiedy on zajmował się pacjentami. To był dobry układ, w którym obaj byli szczęśliwi. Do tego częste wyjazdy związane z pracą w TAW dopełniały ich potrzeb na bycie w ruchu. A do tego wszystkiego, kiedy zamieszkali razem i na kilka dni byli oddzielni przez własną pracę, William przestał wieszać cokolwiek na ścianach. Powrót był na tyle intensywny, że pospadały wszystkie obrazy ze ścian, o które obili się podczas dobierania się do siebie jak w gorączce. Posiadanie partnera pod ręką było wygodne i ciepłe, ale czasami cierpliwość wzmagała apetyt.
Jeszcze wiele musieli się nauczyć. Funkcjonować u swojego boku. Tym bardziej teraz, kiedy bardziej osiadli. Do tej pory znali się głównie w drodze. W drodze mieli swoje pierwsze razy i to w czasie wędrówki, przygody pokochali się nawzajem. Teraz było trochę inaczej, ale im więcej czasu ze sobą spędzali, tym bardziej poznawali swoje nawyki. Swoje widzimisię, humory i wszystko, co musieli znać, by być razem szczęśliwi. I byli. Nawet jeśli znów kraj miał być zagrożony, byli gotowi razem pojechać go ratować i wspólnie wracać. Bo wreszcie mieli swoje bezpieczne miejsce na południu. Tak, jak od dawna chcieli.

***

Ulisses Grant siedział w swoim gabinecie. Znajdował się on w centralnej i najważniejszej części domu prezydenta. Dostęp tu mieli już tylko jego zaufani współpracownicy, chociaż też tutaj przyjmował co ważniejszych gości. Okno z widokiem na teren zielony przed budynkiem zapewniało mu spokój, a ciężkie, mahoniowe biurko pozwalało skupić się na pracy. Grant miał, jak każdy prezydent, wielu ludzi, ale sam też lubił trzymać rękę na pulsie, dlatego czytał kolejne dokumenty i propozycje.
W pracy czuł się zrelaksowany, choć również w pewien sposób wzbudzała w nim ona wieczne napięcie. Nie pojmował tego, dopóki nie zaczął sprawować swojej obecnej funkcji. Nie znał wcześniej tego uczucia, chociaż na wojnie, w wojsku, miał wysokie stanowisko. Ale dopiero gdy został prezydentem… poczuł tego rodzaju ciężar odpowiedzialności. Dlatego bardzo cenił sobie oddanych ludzi, którzy wspomagali go w walce o dobro kraju. I najwyraźniej jeden z takich ludzi zamierzał do niego zawitać.
— Panie prezydencie. Przybył pana gość — powiedział asystent po zapukaniu i zajrzeniu do jego gabinetu.
Grant uniósł spojrzenie znad dokumentu i przytaknął.
— Niech go pan wprowadzi — odparł, wiedząc dokładnie, kto przybył. Był to przy tym człowiek o wielkim doświadczeniu, wiedzy i też niemałej przebiegłości. Zresztą właśnie te cechy najbardziej się liczyły, kiedy było się szarą eminencją władzy.
Asystent wycofał się i zaraz w progu stanął wspomniany gość. Od razu się uśmiechnął.
— Ulissesie.
— Dzień dobry, Benjaminie. Napijesz się whisky? — zaproponował prezydent, unosząc się, by uścisnąć dłoń przybyłego doktora. — Czekałem na ciebie.
Show odpowiedział uściskiem i poklepaniem Granta po ramieniu.
— Chętnie. W końcu mamy więcej czasu. Nie tak jak ostatnio. Właśnie! — Postawny dżentelmen w eleganckim surducie przysiadł na jednym z foteli przy biurku, nie czekając, aż głowa państwa mu to zaproponuje. — Cieszę się, że nic nie wymknęło się spod kontroli i że nie ponieśliśmy większych strat.
— Zaiste. Gdyby nie twoja sugestia, że powinniśmy pojechać z odsieczą, zapewne dziś odprawialibyśmy pogrzeb twoich przyjaciół. Jeśli mielibyśmy na to czas, zanim ci Posłuszni nie zaatakowaliby stolicy — odpowiedział Grant, stając plecami do doktora Showa, kiedy nalewał do dwóch ciężkich szklanek whisky prosto z kryształowej karafki.
— Mówiłem ci, że kiedy postawi się ich pod murem, oni zawsze lepiej działają. Szkoda trochę, że wszystko wysadzili. I szkoda Jess. — Show westchnął i podziękował, kiedy dostał alkohol.
— Sam mówiłeś, że nie obędzie się bez ofiar. Znałem osobiście rodzinę Horstów. — Grant zadumał się, nadal stojąc obok z dłonią w kieszeni eleganckich spodni.
— Tak, to było przykre doświadczenie. Ale byłoby gorzej, gdyby młody Lockerbie nie zgodził się mnie wtedy zastąpić. Połowa informacji prześlizgnęłaby się nam między palcami — dodał Show i wreszcie uniósł szklankę w górę. — Więc za poległych, drogi przyjacielu. Za tych, którzy musieli zniknąć, aby większe idee mogły trwać — dodał, przypominając sobie swoją „śmierć”. Była konieczna dla sprawy, chociaż bolesna dla jego przyjaciół.
— Za poległych.
Gdy Grant napił się alkoholu, Show myślał o tym wszystkim, co doprowadziło do obecnej sytuacji, o tych, którzy zginęli i o tych, którzy musieli zginąć, aby w końcu mógł zadać to jedno pytanie.
— Za nich wszystkich. Ale wracając do rzeczywistości. Ocalało dość dokumentów?
— Ocalało tyle, byś był zadowolony. Tak sądzę.
— Wspaniale. W takim razie w końcu będziemy mogli trochę pomóc naszemu krajowi — odparł Benjamin Show i w geście kolejnego toastu uniósł swoją kryształową szklaneczkę.
— Za bezpieczeństwo obywateli. Za Stany Zjednoczone Ameryki — odpowiedział prezydent tym samym gestem.
Mieli co świętować po tym, jak generał Orkenzy i jego towarzysze pokonali wroga. Osiągnęli swoje cele, o których przecież nie wszyscy musieli wiedzieć. Czasem lepiej było mieć swoje małe tajemnice, by dobro kraju trwało, a rozwój technologiczny i medyczny… spoczywał we właściwych rękach.

KONIEC

12 thoughts on “Across The Cursed Lands III – Epilog

  1. Yaoistka^^ pisze:

    O.. H… To się nazywa zakończenie ^^haha. Brawo dziewczyny =)
    Nie wierzę że to już koniec naszych chłopców xD
    Weny! =)

  2. Katka pisze:

    Kurde… długie te komentarze napisaliście XD I bardzo się cieszę! Postaram się zwięźle, ale konstruktywnie odpowiedzieć. Aż mi cieplej na sercu od tych wszystkich komentarzy :)

    Kaczuch_A, tak, Show żyje XD Cwaniak z niego jakich mało.
    Och, chyba właśnie najprzyjemniej się nam robi, kiedy mówicie, że to nadawałoby się na taką serio, światowo wydaną książkę :) Bardzo nas cieszy, że tak myślisz :D Ogólnie jestem pewna, że w ATCL znalazłoby się trochę błędów na zasadzie nieznajomości kultury z pierwszej ręki. Opierałyśmy się w końcu głównie na starych mapach, opisać postaci historycznych, książkach o tamtych czasach itd., ale sam fakt, że to przeszłość i inny kontynent na pewno sprawił, że coś pominęłyśmy i napisałyśmy tak, jak się nam wydaje, że było, a tak nie było. Chociaż starałyśmy się nawet sprawdzić, jakie jedzenie wtedy mieli, żeby nie przywalić produktem, który np. później został zimportowany XD Ale to takie szczegóły. Niemniej, wbrew temu, tym bardziej naprawdę nas cieszy, że uważacie to opowiadanie godne takiej klasy :) To meeega miłe.
    Spooooko, co do Mavcia i Nicka to postaramy się na jakąś okazję coś z nimi napisać :D Uwielbiamy ich, więc nie będzie trudno :)

    Jelis, nie ma nic gorszego niż kiepskie zakończenie zajebistej serii (R.I.P. „Dexter”), dlatego bardzo nas cieszy, że zakończenie ATCL się spodobało :D I to na tyle, że jest idealne, hehehe.
    Hahaha, Eddie chyba po prostu za dużo czasu spędził z Willem, za dużo z nim rozmawiał i pewnie Will podzielił się kilkoma ciekawymi pomysłami XD W mojej głowie wygląda to tak, jakby Will mówił o zbereźnych rzeczach, Eddie stoicko słuchał i przytakiwał, a potem, niepozornie, w domu zaczął tworzyć to, na co natchnął go
    „To jedno z tych opowiadań, które były tu od zawsze, od kiedy jestem na stronie.” Kurde, to prawda. Pamiętam, że piszemy ATCL od daaawna, jako jedno z pierwszych opowiadań, co w sumie jest dla mnie samej zaskoczeniem, bo jeszcze zanim porządnie się rozwinął nasz styl, zabrałyśmy się za coś tak ambitnego XD Cieszę się, że nie porzuciłyśmy tego opka ze względu na to, że wiele wymagało. Bo widząc, że naprawdę wyszło dobrze i jesteście z niego zadowoleni, czujemy mega wielką satysfakcję.
    W sumie śmiesznie dzielisz te opka na starej i nowej daty. Ale coś w tym w sumie jest… Np. kontynuacje NBTS (czyli NB i IOI) to takie coś nowego. Ale cóż, zawsze ma się większy sentyment do tego, od czego się zaczynalo :)
    Dziękujemy bardzo za miłe słowa! I wsparcie, na razie mentalne. Ono też wiele dla nas znaczy!

    Tess, za ATCL chyba bardzo wiele osób wzięło się jako za ostatnie opko, z tego co pamiętam z opowieści. Z początku miało małą widownię. Zapewne przez fakt, że jest to w jakimś sensie western i w sumie bardzo powoli się to wszystko tam rozwijało (ba, związek Jeffa i Willa strasznie długo się rozwijał!). ale warto było czekać, bo ostatecznie okazało się to jednym z bardziej lubianych opowiadań :D
    W ogóle kurde, 6 lat… To w sumie długo XD A gdybym miała tak na ślepo zgadywać, jak dlugo piszemy ATCL, to wcale bym nie podała takiej liczby XD Czas to pojęcie tak bardzo względne…
    „Całej reszcie cudownej „obsady” także dziękuje za mile spędzony czas!” – hehehe cała obsada cieszy się, ze mogła dać dobrą rozrywkę :D
    Fajnie, że czytałaś poprzednie części kilka razy. Dzięki temu na pewno bardziej nadążałaś za fabułą. Jakby nie patrzeć, warto pamiętać o tym, co działo się wcześniej, bo wiele rzeczy było ze sobą powiązanych. Mam nadzieję, ze najlepsze będzie kiedyś pochłonięcie całości na raz :)
    Oooch, co do sentymentu, to rozumiem Cię. Swego czasu bardzo nie lubiłam jakichkolwiek zakończeń. Teraz mam podejście bardziej takie, że jak coś dobrego się kończy, to robi się miejsce na coś innego, co również może być bardzo dobrze. Ale tak, żal zawsze jakis zostaje i na pewno ta epoka, o której mówisz, zostawi po sobie ślad :)
    „Mam rozumieć, że Prezydent i Show od początku mniej więcej wiedzieli co się święci?” – bardziej Show niż prezydent. Mniej więcej ogarnął, o co chodzi, a wiedział, ze musi pokierować wszystkimi, żeby to się w ogóle dobrze skończyło i, cóż, żeby samemu coś z tego mieć. Na pewno chętnie rzuci okiem na dokumenty, które przetrwały XD
    Bardzo dziękujemy za tę rozprawkę! Jesteśmy szczęśliwe, widząc taki odbiór całości opowiadania!

    Luana, och tak, czasami trzeba cudu, żeby ogarnąć życie. Czas to potwór. Na pewno, jeśli piekło istnieje, siedzi na tronie w jakiejś spersonifikowanej wersji. Trzymam kciuki za trochę oddechu!

    Safira, cieszymy się, że się całość spodobała! Co do PDF, to pewnie przy okazji wypuszczenia książki do obiegu w przyszłości, również zrobimy możliwość zakupu e-booka :)
    I my dziękujemy!

    Fumishi, tak, na koniec musiało być jakieś zaskoczenie, hehe. To w końcu ATCL. Ooooch, w ogóle mega miło, że Willuś jest tak wysoko w hierarchii! To bardzo specyficzna postać, do której w sumie trudno wzdychać jak do najseksowniejszego ciacha na planecie XD ale chyba jego ziemniaczkowość mocno się niektórym z Was spodobała XD Bardzo dziękujemy za komentarz i miłe podsumowanie! :)

    Omega, Boże XD Wiesz, że w sumie czytanie Twojego komentarza wczoraj zajęło mi całą drogę metrem i połowę drogi autobusem do domu z pracy? XD Bardzo miło mi się wracało, haha.
    Fabuły w ATCL faktycznie jest od groma. Jest tutaj wazniejsza niż romans i chyba ATCL jest naszym jedynym dotychczas opowiadaniem tak napisanym. Ale przyznam, że to głównie za sprawą tego, że same tak mocno wkręciłyśmy się w fabułę, że nie raz bardziej nas kręciło pisanie jej, a nie seksów XD ale to mega super, co mówisz, że wszystko jest tak realistyczne. Bo na pewno w jakiś sposób zrobilyśmy z tego gayland, haha, ale najważniejsze jest, żeby w odbiorze wszystko grało. Zawsze staramy się pisać w miarę realistycznie, pod względem psychologicznym szczególnie, ale i rozwojem wydarzeń, więc cieszy nas, ze się udaje.
    Cały dzień zajęłoby mi odniesienie się do wszystkich podsumowań postaci, jakich dokonałaś, haha, więc powiem w skrócie. Nie zdawałam sobie sprawy z tej zależności ogień-blondyn o niebieskich oczach XD i aż mnie naszło, czy jeszcze jakieś inne zależności by się znalazły XD
    Masz rację, że gdyby nie każda osoba w opowiadaniu, to nic by się nie udało. Wszystko było od siebie zależne i każdy z nich coś od siebie włożył. To szczęśliwe zakończenie jest podyktowane wyłącznie tym, że współpracowali i korzystali ze swoich plusów, umiejętności i talentów. Cóż, niewątpliwie jest to praca zespołowa :)
    „Mam wrażenie, że opowiadanie zakończyło się w naprawdę dobrym momencie i w odpowiedni sposób” – to jest mega ważne. Nie ma nic gorszego, niż przedłużać na siłę, czy skończyć za wcześnie. Dlatego cudownie, że zakończylyśmy to opowiadanie tak, żeby zostawić Wam satysfakcję!
    Bardzo, bardzo dziękujemy za rozprawkę! Super się czytało! To było niczym porządna recenzja XD Szacun! :D

  3. kaczuch_A pisze:

    Okej, to teraz bardziej konstruktywny komentarz xD

    Łezka się w oku kręci na fakt, że to już koniec AtCL. Stworzyłyście niesamowity świat i bohaterów, z którymi na prawdę przez te lata nieźle się zżyłam. Sama idea, zamysł, potwory, opisy miejsc, sytuacji na poziomie dobrej literatury. Klasa. Cytując Omegę: „nawet gdy postacie przez cały rozdział by uprawiały dzikie seksy, to jest uczucie, że wszystko jest na swoim miejscu i chyba to jest w tym wszystkim najlepsze” i to było w tym opowiadaniu tak strasznie wyważone, ta fabuła, ocieranie się o śmierć i tyyle miłości w czasach, w których to było tępione i zakazane. Rozwój fizyczny (tak to o ziemniaczku) a przede wszystkim emocjonalny bohaterów. Dramy, wewnętrzne rozterki, które można było przeżywać z nimi (Nick i Mav) łapały za serducho. I ta ostoja miłości na koniec czyli Eddie i Malv. Akcja z maszyną w epilogu rozłożyła mnie na ziemię xD Będę tęsknić co tu dużo mówić i wracać, oj wracać do całości niejednokrotnie.

    Weny~! Dużo weny na kolejne przezajebiste opowiadania~! I dziękuję bardzo za możliwość przeczytania takiego zajebistego opowiadania. Jestem pełna podziwu, ponieważ Wasze opowiadania to zupełnie inna liga pośród tych które czytam. Dziena~!

    P.S.:Może jeszcze dodam, że liczyłam w epilogu na większe zażyłości między Nickiem i Maverickiem :D więc…może jakiś bonus

  4. Jelis pisze:

    to teraz bardziej konstruktywny komentarz :D rozpisałam się już przy ostatnim rozdziale więc teraz tylko dodam, że niesamowicie się cieszę, że wszyscy są szczęśliwi. To jedno z tych opowiadań, które były tu od zawsze, od kiedy jestem na stronie. Dlatego ciężko mi uwierzyć, że to już koniec, tymbardziej, że zawsze kiedy kończyła się część była kolejna. Na pewno będę do niego wracać bo co jakiś czas czytam każde opowiadanie od nowa. FDTS to już znam na pamięć prawie xD Mam tak, że dzielę opowiadania na te starej dobrej daty i nowe (a Nightly Masquerade traktuje jako długi bonus tak jakoś haha). I właśnie ATCL jest dla mnie ostatnim z tych starych ,do których mam ogromny sentyment. Dlatego okropnie trudno jest się z nim pożegnać. A co do Showa to ten fragment mógłby zapowiadać kolejną część… ale widać trzy to koniec. To pierwsze z tych starych opowiadań z którym musze się pożegnać bo np. NBTS skończyło się zanim je znalazłam. Nie chcę wiedzieć co będzie jak skończy się FDTS. W każdym razie dziewczyny pozdrawiam. Wykonałyście niesamowitą robotę i kiedy w końcu poczuję potrzebę założenia karty postaram się wam coś przesłać, żebyście dalej robiły co robicie bo w tej konkurencji nie macie sobie równych <3

  5. Omega pisze:

    Okej, kolejny długi komentarz z mojej strony xD (chyba od teraz każdy ostatni rozdział serii, którą u was przeczytam, taki dostanie).
    Do tego opowiadania będę chyba wracać tak często, jak do FDTS, bo jest po prostu GENIALNE! W większości przypadków naprawdę dobra i wciągająca fabuła nie idzie w parze z wątkami homoseksualnymi, ale wasze twory są taką perełką wśród wszelkich opowiadań homoerotycznych (nie mówię tu tylko o tym przypadku, ale czy to słoneczne Miami, Nowy Jork i ulice wypełnione dzikimi ludźmi oraz wojskiem, czy właśnie te „przeklęte ziemie”, które będę ubóstwiać przez bardzo długi czas – zawsze jest ciekawie i nigdy nie czułam, jakby cokolwiek było wciśnięte w waszych opowiadaniach na siłę – nawet gdy postacie przez cały rozdział by uprawiały dzikie seksy, to jest uczucie, że wszystko jest na swoim miejscu i chyba to jest w tym wszystkim najlepsze. Pod względem fabuły ATCL jest aktualnie waszym najbardziej rozwiniętym opowiadaniem, bo naprawdę wiele wątków jest tu poruszonych, wszystko się świetnie łączy i ma swoje wyjaśnienie, a przez to, że się to łączy, to można było przez całe opowiadanie wymyślać własne teorie spiskowe, które serio dają frajdę xD. Zgadłam np. to, że mutacje spowodowane były przez upioryt i jego wydobycie i cieszy mnie fakt, że miałam w tym rację (nawet dwa lata temu o tym wspomniałam w komentarzu xD – swoją drogą bardzo szybko to minęło, bo w styczniu 2015 po raz pierwszy zawitałam na waszej stronie i choć zaczynałam od SV, to inne opowiadania też szybko mnie wciągnęły ♥).

    Postanowiłam podobnie jak w PD zrobić podsumowanie postaci:
    Mojego ukochanego króliczka, ziemniaczka, szalonego doktorka, Williama wezmę na początek. Ogólnie ze wszystkich postaci to on zaliczył największy lvl up! Zaczynał jako bardzo miejski lekarzyna i wynalazca, chodzący wszędzie z laską, cholernie ciężką torbą, kapeluszem i ogólnie w samych eleganckich ubraniach, chłopaka bojącego się wręcz panicznie zwierząt i przebywania zbyt długo poza miastem, i nie zapominajmy, że zawsze musiał mieć bardzo wysokie standardy w hotelu, w którym się zatrzymywał no. Aktualnie bardzo zmężniał i to zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym (z czego ranger naprawdę musi być zadowolony), nauczył się jeździć konno (co sądząc po reakcji ojca Williama naprawdę było ogromnym zaskoczeniem. Ale jestem z Willa naprawdę dumna, bo pokonał niechęć do bliskich kontaktów ze stworzeniami zwanymi końmi no i najważniejsze… przestał w końcu podróżować wszędzie bryczką!), strzelanie z broni teraz również nie jest dla niego takie straszne i mamy pewność, że poza domem z głodu nie umrze, bo jakąś rybę również potrafiłby złowić. Cieszę się, że przestał się przed swoim partnerem krępować z powodu tego, co kryje się za przepaską oraz z tego, że mimo biegu fabuły i wielu rzeczy, które spotkały go po drodze, nie utracił swoich najciekawszych cech, które sprawiają że Will to Will – przede wszystkim braku krępacji przy rozmowie na tematy, o których często dziwnie rozmawiać w towarzystwie (sytuacja z pociągu i zastanawianie się nad wielkością sprzętu Indianina, od którego również dostał dosyć zwierzęcą ksywkę – jednooki ptak xD) i jego ogromnego libido, które, jak widać po epilogu, w dalszym ciągu ma się wspaniale. Rozwinął się też znacznie jako lekarz, a przez… a w zasadzie dzięki swoim „szalonym pomysłom”, uratował życie osobie, którą kochał z całego serca.
    W sumie to nagle sobie uświadomiłam, że naprawdę lubicie dawać blondynów zbyt blisko ognia, bo Will stracił oko w pożarze, Tommy również nie ma z nim za miłych wspomnień (nie chcę znów ubolewać nad niesprawiedliwością losu q.q), a Dean jest istotą, którą ciężko od niego oderwać xD Pewnie nie był to świadomy zabieg, ale jednak każdy z nich to blondyn o niebieskich oczach ♥

    Jefferson Black… tak się bałam o to, że jednak może pójść coś nie tak i może nie udać się go uratować ;-; Ale wróćmy do początku, bo jednak chronologia jest rzeczą, którą bardzo lubię, choć jak widać, nie zawsze mi wychodzi xD Jego pierwszemu wrażeniu o Willu było raczej niezbyt dobre, zwłaszcza, że przy pierwszym kontakcie z jego ranami dostał doktorek wzwodu, a później bez krępacji podziwiał jego ciało, ale na szczęście wspólna podróż z czasem bardzo go do niego przekonała. Największą zagwostką przez dwie pierwsze części i połowę trzeciej była sprawa igły, która miała bardzo bliskie spotkanie z Jeffem w pociągu – długo się zastanawiałam, o co dokładnie chodziło, bo choć podświadomie połączyłam to z tymi sercami, które znalazł z Willem, to nie rozumiałam za bardzo tego, jak to wszystko ma działać. „Opóźnione działanie”, było naprawdę bardzo opóźnione, bo jednak trochę czasu minęło od momentu ukłucia, do pojawienia się objawów – ale to dobrze, bo gdyby osłabienie pojawiło się szybciej, to by pewnie nie znaleźli ani serca na zamiennik, ani ludzi, którzy by pomogli zapewnić Willowi wszystko, co potrzebne do operacji. Naprawdę cieszę się, że ta parka mimo głupot robionych z obu stron (Will, który postanowił zrobić test narkotyku z czaszek czegośtam na Rangerze i przespanie się Jeffa z Malvinem, kiedy praktycznie ich związek z lekarzem zaczął się rozwijać), sobie wybaczyła i wręcz ratowała siebie wzajemnie, gdy było źle (Tu jestem dumna z ich obu, bo dobrą robotę zaliczył Jeff, który wyciągnął Willa z załamania po śmierci jego matki, jak i William, który zaryzykował wszystko na tę operację). Cieszę się również z faktu, że Jeff mógł spotkać swoich idoli z dzieciństwa i to całą piątkę! Choć pewnie nie do końca tego się spodziewał xD Wybuchowa Ad, którą, jeśli dobrze kojarzę, po raz pierwszy spotkał kiedyś na komisariacie, a później walczył razem z nią przeciwko zmutowanym, tak samo jak przez długi czas podróżował i również walczył z Maverickiem i Nickiem, miał też trochę kontaktu z Showem no i z Jess, choć z nią sytuacja była nieco skomplikowana ze względu na przebywanie po stronie wroga, ale walczył… z nią xD

    Nick i Maverick: Ta para zaliczyła wspólny progress, który głównie polegał na akceptacji samych siebie. Obaj byli zakompleksieni, co nie wpływało dobrze na ich związek i choć oboje się kochali, to Nick nie chciał być nago przed swoim kochankiem ze względu na protezy, a Maverick nie czuł się pewnie ze względu na swój wiek. Na szczęście pozbyli się tego i wzajemnie zapewnili o tym, że dla siebie są idealni tacy, jacy są. Dobrze też, że znaleźli kompromis, dzięki któremu Mav opuszcza swoje domostwo nie tylko na polowania, a Nick nie spędza w pracy całego swojego czasu, bo to też sprawiało, że ich szczęście było mocno zachwiane. xD Swoją drogą to naprawdę urocze jak tylko przy Mavericku Nick nam mięknie ♥

    Jak idę już parkami, to teraz został tylko Malvin i Eddie – Malvin jest takim pociesznym trochę typem, który szuka w ludziach tylko dobrych stron, mimo iż w niektórych przypadkach ewidentnie widać tę złą (tu wystarczy spojrzeć na gościa, który mieszkał z nim przed poznaniem kowala). Byłam na niego po części zła, gdy przespał się kiedyś z Jeffersonem, ale ponieważ nie był świadomy relacji rangera z Williamem, to mu to wybaczyłam xD Przy tej dwójce warto też spojrzeć na inną, tym razem zwierzęcą parkę, która po części ich przypomina – Clover jest taki ciekawy świata, niewinny i wydaje się głupiutki (trochę jak nasz Malvin), a Rogacz stara się go chronić, będąc przy tym zaborczym i wydaje się poważniejszy (i tu Edzio, który pewnie mocno okazał się zaborczy, gdyby ktoś się chciał za bardzo zbliżyć do jego trapera). Co do Eddiego, to polubiłam go od jego pojawienia się – nie wtrąca się w życie innych ludzi, ale też nie jest obojętny, o czym świadczy np. zabranie ze sobą rannego jelonka. Bez Eddiego wiele rzeczy nie mogłoby się zdarzyć – nie powstałyby nowe protezy dla Nicolasa (bo choć dłoń i wszelkie mechanizmy w niej zawarte byłyby świetne, to mój ukochany lekarz nie byłby w stanie zrobić wszystkiego tak dobrej jakości, jak te połączenia, a Eddie do tego miał wcześniej do czynienia z Nicolasem, więc wiedział co i jak), które jakby nie patrzeć ułatwiły mu znacznie życie, a do tego pomogły oszukać wroga. Nie byłoby też jak zająć się sercem dla Jeffersona, bo William nie dałby rady wszystkiego zrobić precyzyjnie podczas drogi i to tylko przy świetle ogniska – bo raczej rzadko zdarzały się przerwy w dzień, a jednak też musiał jeść etc..
    W sumie jestem zdziwiona, że na to szklane dildo nie wpadł nasz William – choć pewnie gdyby to przypadkiem zobaczył w domu Malvina, to inspiracja i wizje tego, co może dzięki niemu być jeszcze lepsze w jego współżyciu od razu by na niego spłynęły.

    Okej… Teraz czas na chyba moją ulubioną kobietę w tym opowiadaniu – Betty Przepiórka Pieprzona Colins! – Z początku lubiłam ją za dobry gust (zainteresowanie Williamem, a ponieważ jest kobietą a Will już dawno potwierdził, że płeć przeciwna go nie podnieca, to nie obawiałam się, że z jej zalotów coś wyjdzie), później za to, że jest cholernie przebiegła (w cyrku te kradzieże, w sprawie Smitha – złapanie go, co swoją drogą było naprawdę szalone, czy w sprawie wyciągania pieniędzy od Hamiltona – choć tu akurat pani przepiórkowa wydaje się naprawdę lubić tego osobnika, więc połączy to co kocha – czyli pieniądze, z czymś/kimś co lubi – Hamiltonem xD), choć chyba najbardziej polubiłam ją po prostu za to, że jest ruda, bo mam chyba jakiś dziwny fetysz na rude istoty xD

    Kobiety z BOOSA również są interesujące:
    Adela – dla niej w sumie najbardziej bym chciała, aby mogła częściej pobyć w domu i zająć się swoją rodziną, bo przez pracę ma na to niewiele czasu. Dobrze, że ma męża, który ją wspiera, zajmie się dzieckiem i będzie zabijał wzrokiem Hamiltona za każdym razem, gdy na nią spojrzy xD
    Jess – szkoda, że nie udało jej się przed śmiercią naprawić do końca relacji ze swoim bratem. Po części chyba każdy liczył na to, że jest po tej „dobrej” stronie i jak się okazało, była. Podoba mi się jej relacja z Hibikim (dla mnie był dosyć neutralny i choć zabił matkę Willa, to nie powtarzałam sobie w głowie „Zniknij! Umrzyj!” gdy pojawiało się jego imię lub „Will, on jest tutaj!” wskazując jednocześnie kierunek). Lubię to, gdy to nie jest do końca miłość, ale ludzie są ze sobą związani w pewien sposób, potrafią zrozumieć się bez słów. Żadne z nich nie chciało się pozabijać i pewnie gdyby nie znał jej tak dobrze, to by się nie pojawił wtedy w gabinecie bałego-czarnego (nie pamiętam już jak się zwał, ale wiem, że to murzyn albinos, więc ten…). Ciekawe, czy gdyby tam go w tamtym momencie nie było, a wszytko by się zakończyło tak samo, czyli przyjechaniem wsparcia, to mogliby żyć szczęśliwie… Znaczy pewnie Jess miałaby rozmowę z bratem, w której by mu wszystko wyjaśniła, a potem co? Raczej dziwnie byłoby wrócić do normalnego życia po „dobrej” stronie… Mogłaby razem z Hibikim uciec jak najdalej i się odciąć od wszelkich rozkazów i od osób które znają – bo w końcu oboje zrobili sporo złego, a Will chyba nie odpuściłby możliwości pomszczenia matki.

    Na koniec postanowiłam sobie pozostawić Showa… Jezu, to jest człowiek zagadka! Najpierw znika na ogromną część opowiadania i nikt nie ma pojęcia co on robi, ani gdzie jest. Potem jak się pojawia to pozoruje swoją śmierć… Co prawda William stwierdził, że on nie żyje, ale Show też jest lekarzem, więc pewnie nie było dla niego zbyt wielkim problemem, by go oszukać, zwłaszcza, że mieli wszyscy mało czasu. Przyznam, że gdy usłyszałam, że ktoś zawiadomił wsparcie, to pomyślałam o Betty, ale gdyby Benjamin nie był uznany za zmarłego, a po prostu dalej by się nie odnalazł lub znów gdzieś zniknął po ataku, to pewnie bym uznała, że to on. Przyznam, że to było nieco niespodziewane zagranie, ale ciekawa jestem jakby wyglądała rozmowa np. Nicka z Maverickiem, gdyby, któryś z nich zobaczył Showa przypadkiem na ulicy… „Hej Mav/Nick… Chyba widzę duchy” powiedziane z wielką powagą i zapite butelką whisky xD

    Znów w opowiadaniu jest bardzo widoczny efekt motyla i cały ciąg przyczynowo skutkowy… Już kiedyś któraś z postaci zauważyła, że bez chociażby jednej z obecnych przy walce ze zmutowanymi osób, wszyscy mogliby zginąć i serio jest to całkowitą racją… Bez Williama nie byłoby już z nami Jeffersona, Nick miałby naprawdę mocno utrudnione poruszanie się, bo nie byłoby tak dobrych i lekkich protez, ogólnie każdy kto potrzebował opieki medycznej mógłby już nie żyć. Bez Jeffersona nie było by Willa. Kropka. Nie no…To nie koniec xD Biorąc pod uwagę ile zmutowanych zwierząt i ludzi zestrzelił ratując przy tym życie komuś, to aż ciężko zliczyć. Nie zapominajmy też, że to właśnie on nauczył wszystkiego Williama, w tym jazdy na koniu, która znacznie ułatwiła im obu funkcjonowanie. Eddie, gdyby się nie pojawił, to Malvin ciągle szukałby przygodnego seksu nie zważając na siebie i swoje potrzeby, jak już wcześniej wspomniałam, protezy Nicka nie byłyby w tak dobrym stanie, a serce Jeffersona mogłoby już nie bić. Ogólnie każdy się do czegoś przyczynił (uznałam, że nie będę się jeszcze bardziej rozpisywać na ten temat, bo już widzę, że przesadziłam nieco z długością komentarza), nawet Hamilton, który przecież był głównie pośrednikiem i mimo dobrze wykonywanej pracy niemal wszystkich irytował xD.

    Aktualnie czuję pustkę i nie wiem co mam ze sobą zrobić, skoro to koniec tego opowiadania, ale o dziwo, nie jest mi z tego powodu smutno. Mam wrażenie, że opowiadanie zakończyło się w naprawdę dobrym momencie i w odpowiedni sposób, przez co zostawia otwartych wiele furtek do tworzenia bonusów (np. przybycie Małego Nicka ze Zwierzakiem do pięknego domu Willa & Jeffa, bo w końcu już to zapowiedzieli xD)
    Tradycyjnie dużo weny wam życzę ♥_♥ <3

  6. fumishi pisze:

    Zakończenie mocno mnie zaskoczyło. Nie spodziewałabym się, że śmierć Show’a mogłaby być zaplanowana i inne sprawy również… No na sam koniec takie zaskoczenie… łał.
    Jakoś mi tak ciężko z myślą, że to już koniec, tym bardziej, że Will jest jednym z moich ulubionych bohaterów wszystkich waszych (i w sumie nie tylko) opowiadań, ech. Tyle lat… będę tęsknić. :C Cieszę się, że to wszystko skończyło się pozytywnie. Już myślałam, że któryś z nich umrze, ale na szczęście tak się nie stało.
    Wielkie dzięki za te opowiadanie. Czytało się naprawdę bardzo dobrze. Uważam, że, jak do tej pory, to jeden z waszych lepszych tekstów. :)

  7. Safira Luna Blacke pisze:

    Nie wypowiadałam się, bo nie za bardzo ni to wychodziło. Naciskałam na kontynuację tego opowiadania bo bardzo zainteresowała mnie tak historia. A teraz bardzo dziękuję za całość. Bardzo bardzo. Mam nadzieję, że gdzieś pojawi się w pdf-ie.:-)
    Jeszcze raz dziękuję.

  8. Luana pisze:

    Koniec. Aż się łza w oczach kręci z tego powodu. Jeszcze nie przeczytałam tych kilku ostatnich rozdziałów, więc muszę znaleźć na nie czas. Heh. Cudu potrzeba, ale znajdzie się może po 16 sierpnia. :)

  9. Tess pisze:

    No, to ostatni akapit mnie zabił, ale może od początku, bo w końcu obiecałam rozprawkę.

    We wrześniu 2012 roku poznałam waszego bloga, a Never Be The Same tak mnie wgniotło w fotel, że nie mogłam się kilka dni pozbierać (nadal jest to najczęściej czytane przeze mnie opowiadanie, 10 razy!), naturalnie więc zaczęłam czytać wasze inne opowiadania Outsider, FDTS, Savage Virus i z tego co pamiętam w tamtym czasie były to jedyne opowiadania na tym blogu… No i oczywiście ATCL, za które wzięłam się jako za ostatnie i w sumie już nie pamiętam dlaczego tak długo zwlekałam. W każdym razie mój pierwszy raz z tym opowiadaniem odbył się dopiero w styczniu 2013 roku i powiem szczerze… Nie sądziłam, że to będzie aż takie długie. Mamy już 2017 rok, moje 4 lata, a w sumie przecież minęło już 6 odkąd został opublikowany pierwszy rozdział. Sześć lat pełnych super przygód, zajebistej fabuły i cudnych postaci, które nieraz przyprawiły mnie o mega silne emocje, czasami też niezbyt pozytywne.
    Will myślisz, ze zapomniałam, jak dobrałeś się do Jeffa we śnie i jak się poczułam? Byłeś moją ulubioną, ukochaną postacią, słodkim ziemniaczkiem z wielkim libido! I co dostałam? Po prostu jeden wielki zawód.
    Jeff, chłopie, nigdy Ci nie wybaczę jak zapomniałeś o biednym Willu i zdradziłeś go z Malvinem. Przez Ciebie ryczałam przez całą tą, ekhem, haniebną scenę. Will się dowiedział o tym dopiero później, ale wierz mi, że wiem co czuł, bo sama się czułam zdradzona! O! Ty bestio, ty!
    Malvin, ja do Ciebie w gruncie rzeczy nic nie mam, nie Twoja wina ;)
    Eddie dobrze, że znalazłeś Malvina, przynajmniej nie będzie podrywał obcych, ZAJĘTYCH facetów xD
    Maverick, jak ty mnie wkurzałeś tą swoją nieporadnością i brakiem motywacji do zmian, swoimi kompleksami i tym, że nie potrafiłeś wejść czasem w skórę Nicka i pomyśleć jak on się czuł z tym wszystkim.
    Nick, tez mogłeś wykazać trochę więcej stanowczości! Taki Ciebie byk, a swojego faceta nie potrafisz ogarnąć!
    Wreszcie Panna Betty i Chujek Hamilton, przyznam szczerze, ze nie sądziłam iż odegracie na końcu całkiem sporą role, no i dzięki wam się naprawdę czasami uśmiałam!
    Całej reszcie cudownej „obsady” także dziękuje za mile spędzony czas!

    Opowiadanie to przez 4 lata dostarczało mi mnóstwo najróżniejszych emocji, po radość, aż po smutek, zawód, ekscytacje, a nawet strach… Czytając ten rozdział z dziewczynką na cmentarzu czułam się jak w horrorze, haha! Te cudowne sceny w domu Mavericka, gdzie cała paczka całkiem fajnie spędzała razem czas, no i wreszcie ten ból kiedy wiadomo było, że Jeff jest chory i trzeba go ratować za wszelką cenę. No i chciałabym dodać, ze emocje te przeżywałam nie jeden raz. Pierwszą część przeczytałam 3 razy, drugą 2 razy i ta była ostatnia, ale pewnie i tak do tego wrócę. Może nie od razu, ale założę się, ze zatęsknię do tego świata. W ogóle nadal jestem pod wielkim wrażeniem, jak świetny, oryginalny świat wykreowałyście. Ja naprawdę podziwiam, bo to jest jednak umiejętność, a mało osób potrafi stworzyć takie ciekawe realia.

    Ech mam takie wrażenie, że pewna epoka na tym blogu się kończy, przynajmniej dla mnie. Wiecie no… Zaczynałam u was z takimi opowiadaniami jak NBTS, SV, czy właśnie ATCL, mam przeogromny sentyment do tych prac, a że sentymentalizmowi dorównuje Shane’owi to może się nawet domyślicie co mogę czuć.

    Co do samego epilogu…
    Myślałam, ze będę płakać pisząc ten ostatni komentarz pod ATCL, ale zadziwiająco spokojnie to przyjęłam, bardzo sielski rozdział i dobrze, że ostatecznie wszystko poszło ok, każdy znalazł swoją miłość, swoje miejsce na ziemi.
    Eddie chyba za długo przebywał w jednym miejscu z Willem, no naprawdę, że się go takie myśli perwersyjne trzymają… Kto by pomyślał?
    Maverick z Nickiem nareszcie nie zachowują się jak stare, zmęczone sobą małżeństwo! Da się? Da się!
    A Will i Jeff… Och nic dodać, nic ująć. Są razem po prostu idealni. Pomimo wzlotów i upadków, wielkich nieporozumień i czasem po prostu braku konkretnej komunikacji stali się naprawdę zgraną parą. I mega się cieszę, że spełnili swoje marzenie o pięknym domu gdzieś na zaciszu, przynajmniej mają swobodę w, ekhem, działaniu xD
    I do tego Show żyje… WHAT?! Czytając ostatni akapit, miałam takie małe wtf na twarzy, ale uśmiechnęłam się. Nieźli są. Mam rozumieć, że Prezydent i Show od początku mniej więcej wiedzieli co się święci? I wszystko to było zaplanowane, łącznie z zamieszaniem w to Willa i Jefffa? Coooo? :D
    Jeju, kocham xD

    No cóż, wypada mi na koniec po prostu podziękować za tak wspaniałą opowieść i szczerze z głębi całego mojego serca życzyć w przyszłości zajebistej weny, by było więcej takich cudownych opowiadań ;)

    PS.Króliczki i Ziemniaczki i inne przydomki Willa nigdy nie zostaną zapomniane!

  10. Jelis pisze:

    Ahabjalkabsjsna. To zakończenie jest idealne. Po prostu idealne. Will i Jeff miodzio. Mav i Nick też. Ale ale panie Berry, panie Hill wyście się z Williamem na mózgi zamienili? Czy wam po prostu zrobił projekt. No tego się nie spodziewałam. A co Showa mam mieszane uczucia. Może później spróbuję napisać jakiś bardziej konstruktywny komentarz xd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s