Newton’s Balls – 77 – Zimny, ponury dzień

We wtorek ponownie spędził przesadnie dużo czasu w biurze. Niby cały dzień jeździł po urzędach i podopiecznych i załatwiał sprawy w terenie, ale kiedy skończył i teoretycznie mógł już wrócić do domu, pojechał do biurowca i spędził nad papierkami kilka godzin. Dopiero zerknięcie na Tissota na nadgarstku, gdy już na zewnątrz było bardzo ciemno, upewniło go, że znowu przesadził. Dochodziła dziewiąta wieczór, a on czuł, jak oczy go pieką.
Mozolnie i powoli zebrał dokumenty do teczki, zamknął biuro i zjechał do podziemnego parkingu. Było tu już niemal całkowicie pusto, choć po drodze minął dwie znane sobie osoby. Nie zatrzymał się jednak na rozmowę. Był zmęczony i teraz jedynie myślał o ciepłym domu, gorącym kakao i odmóżdżającym filmie.
Nie martwił się o Lila, bo wiedział, że Marshall był w domu i zajął się wyprowadzeniem go na spacer. Spokojnie jechał przez miasto i niecałe pół godziny później był już pod domem. Zadrżał, gdy wysiadł, a mroźne powietrze uderzyło go w policzki i nos.
Szybkim krokiem przeszedł przez podwórko i otworzył drzwi do domu. W środku jednak nie przywitało go tak miłe ciepło, jakiego się spodziewał. Było cieplej, ale nie tak, jakby sobie tego życzył.
Lil oczywiście przybiegł do niego, merdając ogonem i ciesząc się na jego powrót, lecz Courtney poza jego szczekaniem i popiskiwaniem słyszał jeszcze jakieś hałasy z dołu. Podejrzewał, że Marshall remontował piwnicę, chociaż nie wiedział, dlaczego tak głośno, bo właściwie już ją kończył. Mieli za tydzień pojechać po meble i wyposażenie.
Kucnął przy psie, przywitał się z nim i pogapił się z bladym uśmiechem na jego radosne oblicze. Potem zdjął płaszcz, szalik, rękawiczki i… zadrżał.
— Czemu tu jest tak zimno, Lil…? — rzucił cicho do psa. Czyżby Marshall wietrzył całe mieszkanie?
Wszedł głębiej, a potem podążył do piwnicy. Już schodząc po schodach, rzucił:
— Marshall…?
Po chwili usłyszał przekleństwo oraz głośny, metaliczny dźwięk świadczący o tym, że niemal na pewno jego brat właśnie rzucił czymś do skrzynki z narzędziami.
— Kurwa, jesteś już. — Mężczyzna podszedł do schodów. — Piec się spierdolił. Gdzieś ty był?
— Jak to piec się spierdolił…? — Courtney powtórzył jak echo, przystając w połowie schodów.
Za Marshallem widział już zrobioną podłogę w postaci jasno-szarych paneli, pomalowane ściany i czystą przestrzeń czekającą na wypełnienie. Wszystko to jednak było przesłonięte właśnie usłyszaną wiadomością, która dla niego w tym momencie, o tej porze roku, przy takiej temperaturze na zewnątrz, brzmiała jak wieść o śmierci członka rodziny.
— No normalnie, spierdolił się. Nie działa, nie grzeje. Próbowałem go naprawić, ale brakuje mi części. A ty miałeś samochód — odpowiedział Marshall, już nie dodając, że on miał zaległość w rachunku za telefon. Ale nie chciał znów ciągnąć kasy z Courtneya. Miał mieć pieniądze w przyszłym tygodniu, a tydzień bez telefonu mógł przeżyć. Tym bardziej, że dzwonił co najwyżej do brata.
Courtney szybko podwinął mankiet garnituru i spojrzał na zegarek. Było pół go dziesiątej. Nigdzie się teraz nie dostaną po żadną część.
— Kurwa mać. Może jakiś fachowiec jeszcze przyjedzie. Masz jakiś numer? — zapytał, już wchodząc z powrotem na górę i wyciągając telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki. Nie mogli przecież przeżyć nocy bez ogrzewania. Ostatnio coś takiego przeżywał, gdy jeszcze byli dziećmi.
— Nie, skąd niby? — Marshall także poszedł na górę za bratem, wycierając dłonie o swoją pobrudzoną już podczas pracy podkoszulkę.
— Kiedy w ogóle padł? — Courtney obejrzał się na niego po drodze i już na górze zaczął przeglądać internet w telefonie w poszukiwaniu numeru do jakiegoś specjalisty.
— Nie mam pojęcia. Nie poinformował mnie o tym. Jak wróciłem z Lilem ze spaceru, to już było chłodniej. Dopiero niedawno się za to wziąłem, bo nie ogarnąłem, że chłodniej jest przez piec — wyjaśnił Marshall, zakładając ręce na klatce piersiowej. — Woda też jest zimna.
— Ja pierdolę… — Courtney mruknął pod nosem, przystając na środku salonu. — Zrobisz mi kawę? Ja spróbuję się do kogoś dodzwonić — poprosił. Wyskoczyło mu jakieś nazwisko z dobrymi rekomendacjami, więc skopiował numer.
Marshall mruknął tylko na zgodę i zawołał Lila, żeby poszedł z nim do kuchni. Pies jakby w ogóle nie przejmował się ich problemami. Ważne było, że miał towarzystwo.
Courtney za to już teraz zaczął się trząść, więc był bardzo zdeterminowany, żeby załatwić pomoc. Pierwszy fachowiec jednak stanowczo odmówił, tym bardziej, że mieszkał po drugiej stronie miasta. Courtney więc dzwonił dalej, przy okazji wchodząc do garderoby, by wyciągnąć ciepły sweter i dres. Rozbierał się z telefonem przy uchu i próbował przebłagać trzech kolejnych specjalistów, ale żaden się na to nie pisał. Ostatecznie więc kurator umówił się, że jutro o ósmej wpadnie jeden mężczyzna i spróbuje naprawić piec. Musieli przetrwać noc w zimnie.
Zdołowany, zmęczony i zmarznięty odłożył telefon na szafkę przy łóżku i przebrał się w cieplejsze ubrania. W zimnej wodzie nie zamierzał się myć. Wyszedł z sypialni i podążył ze złymi wieściami do kuchni.
— Każdy nas olał. Jutro o ósmej dopiero ktoś przyjedzie.
Marshall przesunął kubek z gorącym napojem w jego stronę.
— Ja mogłem rano jechać po tę część — mruknął i wzruszył ramionami. — Ale jak tam wolisz.
— Gorzej, jak to nie ta część — odmruknął Courtney i wziął kubek z krótkim „dzięki”. Napił się i zmrużył oczy dzięki krótkiej uldze poprzez ciepło rozlewające się po przełyku. — Jak w wehikule czasu — rzucił, przy okazji kucając z kubkiem przy psie. Przyciągnął go do siebie, żeby swoim ciepłem ogrzał mu udo. Pogłaskał go za uszami.
— No… Cygaro też chyba z tobą spał czasami, nie? — zagadał Marshall i potarł swoje ramiona. Kiedy już nie pracował, było mu chłodniej i bardziej odczuwał, że faktycznie piec nie działał. — Nie masz termoforów czy koca elektrycznego?
— Nie mam. — Courtney skrzywił się, pijąc kawę. — Kurwa, pieprzony piec — warknął w końcu i wstał.
— No z lekka chujnia — mruknął Marshall. — Ale teraz już nic nie zrobisz. Chujnia, że woda też jest zimna, umyłbym się.
— Zagotuję w czajniku, wleję do miski i pomiesza się z zimną, to może chociaż się ochlapiesz — zasugerował kurator i postawił kubek obok zlewu, żeby następnie sięgnąć po czajnik.
Był dziwnie zmęczony. Nie wiedział czym. Często miał dużo roboty w terenie, więc to nie mogło być to. Ale może sam fakt, że spędził w pracy dzisiaj bardzo dużo czasu i zmęczył swój umysł, przerzuciło mu się na ciało. Zaś w ciągu dnia starał się cały czas być na czymś skupionym, żeby tylko nie myśleć o swoim najmłodszym podopiecznym. I tak miał wrażenie, że nie zdawało to egzaminu. Kilka razy już wyładował się na innych podopiecznych, a z Marshallem pożarł się w ciągu tych dwóch tygodni od zerwania przynajmniej siedem razy. Czuł, że łatwo wybuchał i wiedział, że jak nie znajdzie sposobu na inne ukierunkowanie swojej agresji, to może się to dla niego i dla innych źle skończyć.
— Dobra z ciebie żoncia. — Marshall zaśmiał się i klepnął go w ramię. — Przebiorę się najpierw. Faktycznie, kurwa, się zimno zrobiło. Normalnie jak w domu — prychnął, wychodząc z kuchni. Był ostrożny przy Courtneyu, bo widział, jaki ten jest spięty, ale jednocześnie nie umiał być tym, czego bratu naprawdę brakowało.
Przebrał się w jeden z grubszych dresów, wziął od Courtneya jego cieplejszą i większą bluzę, a kilka minut później brat zawołał z łazienki, że zostawił mu tam miskę z w miarę ciepłą wodą. Sam jeszcze postanowił umyć zęby i twarz oraz pójść do łóżka, by jak najszybciej zabić czas. I tak chodzenie po domu było zbyt niekomfortowe przez panującą w nim temperaturę.
Marshall umył się na tyle, żeby nie śmierdzieć po pracy. Normalnie wolał skorzystać z prysznica, ale nie było na to możliwości. Irytowała go jedynie myśl, że Courtney na pewno lepiej by to znosił, gdyby nie był tak zmęczony. Widział to, jego brat trząsł się, bo znowu po całym dniu już nie miał siły. A to wszystko przez tego durnego gnojka, który po tym, jak go spotkał na ulicy, nie pojawił się z przeprosinami ani niczym innym. Najwyraźniej wybrał drugą opcję, a Marshall już mógł sobie go wpisać na czarną listę zaraz pod Dustinem.
Zawołał Lila. Skoro nie mieli koca elektrycznego, to zamierzał sobie zabrać ten żywy termofor.
Już miał rozłożyć sobie kanapę, ale nagle drzwi do sypialni otworzyły się i pojawił się w nich jego młodszy brat. Popatrzył na psa, na Marshalla i mruknął:
— Nie chcecie spać ze mną?
Starszy Corn spojrzał na Lila. Pies nie umiał mu odpowiedzieć, ale i tak znał jego odpowiedź.
— Chyba będzie cieplej — uznał, zgadzając się na tę opcję i zabierając tylko swoją kołdrę i poduszkę pod pachę. — I nie masz nagle problemu z psem w sypialni? — spytał, już podchodząc do kuratora, który odsunął się i wpuścił ich obu do środka.
— Od Lila będzie ciepło — odpowiedział. Sam już zamiast swetra miał cieplejszą górę od piżamy, ale na nogach wciąż dres, którego nie zamierzał zdejmować. — Od ciebie też.
— Ta, ta, szkoda, że jednak nie jesteś panienką. — Marshall zaśmiał się, klepiąc łóżko i zachęcając Lila, żeby na nie wskoczył. Pies machał ogonem z taką radością, jakby chciał odlecieć. — I ty też wolałbyś inny termofor — dodał, ładując się pod kołdrę. Swoją rzucił jeszcze na górę tej Courtneya, w miejsce ich nóg.
Kurator postanowił nie komentować słów Marshalla. Zignorował je zupełnie. Wszedł na łóżko i potarł wnętrzem dłoni swój lodowaty nos. Palce już też miał zimne, sutki sztywne i cały się trząsł. Nie znosił zimna. A w tym momencie pałał do obecnej pory roku jeszcze większą nienawiścią niż zwykle.
— Zgasić? — zapytał, zanim wszedł pod pościel. Tylko lampka po jego stronie była zaświecona. W reszcie domu było już ciemno, a on miał wrażenie, jakby było już grubo po północy.
— Ta, chyba że chcesz się lepiej przypatrzeć, że śpisz z bratem w łóżku jak za starych, dobrych czasów — zażartował Marshall, kładąc się na boku tyłkiem do drugiego mężczyzny.
Courtney tylko pokręcił głową i zgasił lampkę. Potem szybko wsunął się pod pościel i poprawił poduszkę pod głową. Zadrżał, bo pościel jeszcze była chłodna, ale wiedział, że zaraz ogrzeje się od ich ciał. Na razie się trząsł i miał wrażenie, że dzisiejszy dzień był jeszcze gorszy, niż rano podejrzewał, że będzie. Znowu był zmęczony i rosła w nim ta złość, której nie mógł nigdzie ukierunkować. Choć teraz najchętniej okładałby łomem piec.
Lil, który na razie po nich chodził, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, też nie pomagał. Był wyraźnie nieprzyzwyczajony do takich nowości. A Marshall grzał jedynie w pośladki, bo niby z nim spał, ale był jakoś daleko. Chase by go objął, ale Courtney nie chciał o tym myśleć. Już wolał być w stu procentach świadom, że śpi z Marshallem, niż rozmyślać o swoim dawnym chłopaku.
— Chodź tu, Lil. No chodź — zawołał do psa, klepiąc pościel przy swoim brzuchu.
Pies zapiszczał i wskoczył na wskazane miejsce. Mężczyzna przewalił jego tyłek, by już się ułożył, a potem obejrzał się na brata.
— To będzie dla ciebie zbyt „pedalskie”, jak mnie obejmiesz?
Marshall zaburczał, myśląc. To było bardzo mocno „pedalskie”, ale byli w pełni ubrani. I jemu też na razie było zimno. Ale przecież ludzie w trudnych warunkach tak robili.
— Będzie — mruknął bardzo markotnie i przekręcił się na drugą stronę. Przysunął się do brata i objął go ramieniem w pasie. — Ja pierdolę — rzucił jeszcze pod nosem, nie wierząc, że coś takiego odwalał.
— Lepiej nie pierdol. Masz mój tyłek przed sobą — mruknął Courtney z gorzkim poczuciem humoru, ale i tak wtulił się plecami w brata. Ten grzał go od tyłu, a on sam jego po całej przedniej części ciała. To był dobry układ. A Marshall teraz na pewno czuł, że on tego potrzebował, bo wciąż się trząsł z zimna.
— Weź, będę miał koszmary, a potem niedowład kutasa po takich tekstach — burknął Marshall, kręcąc głową na poduszce i układając się wygodniej. Niedługo powinno mu się zrobić cieplej. No i Lil nie wariował, tylko jeszcze machał ogonem po pościeli. Był zadowolony, że nie śpi sam.
— Nie marudź — rzucił Courtney, skupiając się i fizycznie, i psychicznie na tym, co czuł za plecami. W jakiś sposób pomagała mu obecność brata. Był świadom tego, że lubił się tulić i choć przez ostatnich kilka lat był przyzwyczajony do braku możliwości do przytulania, tak pół roku bycia z Chasem przypomniało mu, jak dobre było to uczucie i że potrafiło pomóc w wielu sytuacjach.
Myślał o tym, powoli się ogrzewał, ale mimo zmęczenia sen jakoś się nie zbliżał. Rzucił więc po chwili cicho:
— Chcesz duże łóżko czy pojedyncze?
Marshall zamruczał.
— Duże. Mała różnica w kasie… no, duża, ale nie będę miał problemu, jak ktoś — zaśmiał się — mnie odwiedzi. Sam też masz duże łóżko i miałeś, a jakoś spałeś sam. I znowu śpisz.
— Nie wypominaj mi… I nie przypominaj. Potrafię to sam zauważyć, za każdym razem jak wstaję i idę spać.
Marshall chwilę nic nie mówił, jednak w końcu nie wytrzymał i spytał:
— Nie odzywał się?
Courtney odetchnął ciężko i chwilę tylko wczuwał się w oddech za sobą. Był ciepły i nie przeszkadzało mu, że padał na jego kark.
— Nie. Muszę do niego zadzwonić do tygodnia, bo składam sprawozdanie.
— Powinieneś se poszukać kogoś, kurwa, w twoim przedziale wiekowym i bardziej odpowiedzialnego. Nie takich mózgozjebów — zawyrokował Marshall i poklepał brata po brzuchu. — I nie jest ci już ciepło?
— Trochę cieplej. W nos mi zimno — odpowiedział Courtney ze słabym uśmiechem. — I może poszukam kogoś w swoim wieku. Ale nie ciągnie mnie teraz do związków. Tak, wiem, nie chcesz słuchać o moich facetach na seks.
— Może jakiś by ci trochę poprawił humor, bo chodzisz jak przytruty. A ja ci nie użyczę kutasa — burknął Marshall, żałując w chwili wypowiadania tego, że nie ugryzł się w język. Mieli o tej porażkowej sytuacji w łazience nigdy nie rozmawiać. Była zawstydzająca i żenująca jednocześnie. Ale to właśnie brata winił za to, że takie teksty przychodziły mu do głowy.
— Marshall, przestań. — Courtney zirytował się, ostatnio jakoś szybciej reagując w ten sposób. — Nie brakuje mi kutasa. Nie rozumiesz, że w tym wszystkim nie chodziło o to, że miał wielką pałę? Przestań mnie traktować, jakby to, że wolę facetów, sprawiało, że myślę dupą. Przy nim myślałem sercem, okej? A tego mi nikt nie zastąpi. Nie teraz.
Marshall znowu na moment zamilkł.
— Wolałeś tego gnojka niż Dustina… — mruknął w końcu, mając w tej chwili ochotę jeszcze raz przywalić Chase’owi, ale tym razem tak, żeby już nie zostawiać mu wyboru, czy ma wracać, czy zostawić jego brata. Nastolatek właśnie ewoluował w jego oczach w niewdzięcznego chuja, który skrzywdził Courtneya i powinien teraz skomleć o wybaczenie. Nawet jeśli Marshall nie pojmował, jak Courtney mógł lecieć na takiego dzieciaka.
— Nie ma porównania — odpowiedział kurator pustym głosem i znów się zatrząsł, ale mniej od zimna, a bardziej od emocji towarzyszących wspomnieniom. — Myślałem, że to tak na serio… Ale z drugiej strony, ma siedemnaście lat. Mogło mu się odwidzieć. Byłem okresem przejściowym. Zawsze jestem okresem przejściowym — dodał ciszej, przygryzając wnętrze policzka.
Dla Dustina był odskocznią, po której utraceniu ten nawet nie rozpaczał. Dla brata był żyjącym motelem i kucharką w okresach pomiędzy odsiadkami. Nawet dla Hectora czy innych facetów był tylko rozrywką w łóżku. A teraz Chase… Skoro strach przed wykryciem był silniejszy niż to, co chłopak do niego czuł, to mogło to oznaczać jedynie fakt, że zwyczajnie znowu nie był kimś wartym postarania się o niego.
Marshall pogładził go po brzuchu, dziwnie się z tym czując, ale mając nadzieję, że bratu to pomoże.
— Weź, nie dołuj się tak. Pomyśl, jestem zajebisty, starszy, a nadal nie mam stałej laski. A mam większy wybór. W końcu więcej jest kobitek niż pedzi, nie? — spróbował jakoś pocieszyć brata. — Znajdziesz se w końcu kogoś, komu nie będę musiał przypierdolić w mordę.
— Nie musisz nikomu przypierdalać w mordę… — odmruknął Courtney z westchnieniem.
— Cóż, już za późno.
Kurator zastygł i obejrzał się na niego. Było bardzo ciemno, więc nie zobaczył twarzy brata zbyt dobrze, ale miał ją bardzo blisko siebie.
— Widziałeś się z nim? — szepnął.
Marshall się zawahał. Nie był pewien, czy powinien o tym mówić.
— Powiedzmy.
— A dokładniej? Nie baw się ze mną.
— No, wpadłem na niego. Powiedziałem mu tylko, co o nim myślę. Nie gadałem, ani nie widziałem się z nim jako tako.
Courtney ściągnął brwi i poczuł się znowu przytłoczony tym, że temat rozstania wracał do niego jak bumerang. Wciąż był na siebie zły, że wtedy wybuchnął i rozkleił się przy Marshallu.
Odwrócił się z powrotem w drugą stronę i rzucił spokojniej, bardziej formalnie:
— Jak mu nic nie złamałeś, to już nie moja sprawa.
— Raczej nic… — mruknął Marshall, też już nie ciągnąc tematu. Reakcja brata trochę go zaskoczyła, jego spokój i odcięcie się od tego też. Spodziewał się raczej złości, ale ta była bardzo głęboko schowana albo Courtney naprawdę został głęboko zraniony. Na tyle, żeby nie czuć współczucia do tego, kto go skrzywdził.
— W porządku. I koniec tematu, Marshall — powiedział Courtney po chwili, mocniej się do niego przytulając i zamykając oczy. — Nie chcę już o nim rozmawiać. Nie tylko teraz. W ogóle.
Starszy Corn mruknął na potwierdzenie. Nie uważał tego za dobre rozwiązanie, ale nie zamierzał się sprzeczać. Nie mógł w końcu zmyć się na swoją kanapę i wolał spać w ciepłym łóżku, dlatego odpuścił. Zamknął oczy, odetchnął i miał nadzieję, że noc szybko minie.

***

James Peterson nadal nie wychodził z domu. Nie chciał i nie czuł się na to dość pewnie. Wolał zostać w mieszkaniu swoim i swojego męża. Wszystko, co się działo od czasu pobicia, przerastało go, a on czuł się jeszcze większą ofiarą życiową niż dotychczas. Nie wyobrażał sobie, żeby znowu uczyć w tej samej szkole. Bał się, że na ulicy ktoś go wyśmieje albo opluje, a pozew sądowy… Był skłonny błagać Waltera, żeby ten odpuścił, by tylko nie musieć składać zeznań. Całe dnie przesiadywał z książkami w sypialni albo przed telewizorem. I znowu schudł.
Walter starał się jak mógł, żeby coś jadł i nie myślał o tym, co się wydarzyło na początku stycznia. Niestety przy tym bywał częściej poza domem niż w nim, bo dużo czasu spędzał w sądzie. Starał się jak najbardziej pchnąć sprawę sądową do przodu, wierząc, że gdy napastnicy Jamesa zostaną skazani, ten poczuje się bezpieczniej. Gdy tylko zamknie za sobą tę sprawę, gdy wymiar sprawiedliwości pokaże mu, że jest po jego stronie i że każdy, kto podniesie na niego rękę, pożałuje tego.
Tym razem Walter był w domu i uznał, że Jamesowi przyda się dodatkowe towarzystwo. Że może trochę ich dom się rozjaśni, gdy przyjdą do nich goście. Razem ze swoim mężem przygotowywał więc kolację w oczekiwaniu na przybycie Davida i Shane’a.
Ci zjawili się u nich o czasie. David zadeklarował, że będzie prowadzić na tak krótkim dystansie, Shane, że to przetrwa i teraz obaj byli już pod drzwiami Waltera i Jamesa. Starszy z gości był ubrany w szare, ciemne spodnie i koszulę z długim rękawem. Nie musiał, ale lubił się tak ubierać, nawet kiedy praca tego nie wymagała.
— Witaj, Walt, jak samopoczucie? — spytał po wejściu do mieszkania i podaniu gospodarzowi kurtki, kiedy ten zaoferował, że ją powiesi.
— Moje chyba nieźle. Dobrze jest spędzić dzień z Jimmym. A jak u was? — dopytał Walt grzecznie, z przyjaznym uśmiechem, ale ten był mocno przygaszony, od kiedy zaatakowano jego męża.
— Zajebiście się gdzieś wyrwać razem, więc dzięki za zaproszenie — odpowiedział Shane, również oddając prawnikowi swoją kurtkę. On z kolei kontrastował ze swoim facetem, jak tylko się dało, przez swoje ciężkie, ciemne ciuchy.
— Tak, tym bardziej, że ostatnio chyba byliśmy tylko na jednym dziwnym wypadzie na piwo — dodał David, przypominając sobie ich wyjście sprzed kilkunastu tygodni. Trochę mu się humor pogorszył, kiedy zdał sobie z tego sprawę. — Musimy częściej wychodzić. Ostatnio tylko dom i praca, dom i praca — dodał i poczekał, aż Walter poprowadzi ich do salonu.
Wiele się tu nie zmieniło, ale domyślali się, że małżeństwo nie miało czasu ani głowy do tego, by robić tu jakieś zmiany. Zresztą wnętrze było bardzo gustowne, choć zawsze jak na gust Shane’a, za mało było tu czuć rękę Jamesa. Zwalał to jednak na to, że to James wprowadził się do Walta, a nie dlatego, że nie miał siły przebicia.
— Może powinniście pomyśleć o jakimś wyjeździe? Gdzieś na południe albo może nawet do Europy? — zasugerował gospodarz i wskazał im miejsca na kanapie. Sam nie usiadł, chcąc pomóc Jamesowi przynieść kolację.
— Ja bym nawet chciał, ale do Europy to chyba jak ciepło będzie — dorzucił Shane, już rozglądając się za swoim były profesorem. Kiedy dowiedział się o ataku, był cholernie wściekły i z dużą emfazą i agresją rozmawiał na ten temat z Davidem. Tak jak Walter chciał posadzić za kratkami sprawców, tak Shane miał ochotę im wpierdolić.
— Ale nie w sezonie. Paryż czy Londyn muszą być wtedy przetłoczone — uznał David, siadając przy stole. Miał ze sobą swoją laskę tak na wszelki wypadek, chociaż nie podpierał się na niej bardziej, niż było to konieczne.
— O czym rozmawiacie? — Z kuchni wyłonił się James. Miał na sobie fartuszek i właśnie przyniósł na stół sałatkę.
— O wyjazdach, kochanie. — Walter obejrzał się na niego z czułym uśmiechem i jeszcze większą troską w oczach niż ta, którą goście dotychczas zaobserwowali. Przy tym pocałował Jamesa w policzek, gdy tylko ten postawił półmisek.
— Hej, James, co tam? — wtrącił Shane i od razu uniósł się z miejsca, by podejść i objąć profesora. Patrzył przy tym na niego z napięciem, mając wrażenie, że ten był jeszcze bardziej skulony i chudziutki niż zwykle.
Nauczyciel pokiwał głową.
— Jest okej — odparł słabo, nie brzmiąc jednak na pewnego tego, co mówi. — Ale lepiej powiedzcie co u was? — spróbował odsunąć temat od siebie.
— Stare dzieje. Temat wyjazdów wyszedł, bo okazało się, że jesteśmy u was w gościach pierwszy raz na jakimś wyjściu z domu już od dawna. Żyje się z dnia na dzień — podjął David, chcąc ułatwić Jamesowi cały ten kontakt. Chciał też wiedzieć, jak się trzyma, ale wolał być delikatny.
W tym czasie Shane objął go krótko i dopytał:
— Pomóc coś poprzynosić?
— Och, siadaj, Shane, jesteście gośćmi. — Walter uspokoił jego zapędy i sam pokierował się do kuchni. — I tak dużo do znoszenia nie ma, damy sobie radę z Jimmym. Powiedzcie tylko, czy wolicie kawę czy herbatę?
— Em… no, to ja herbatę. — Shane skapitulował z pomocą i znów przysiadł obok swojego partnera.
— Kawę, jeśli to nie problem. — David uśmiechnął się do nich. Kiedy James pokiwał głową i z słabym uśmiechem zawrócił do kuchni, a Walter za nim jak pilnujący go na każdym kroku stróż, szepnął do swojego kochanka: — Marnie wygląda. I dziwnie z tak krótkimi włosami.
— Noo… Ja pierdolę, jakbym wiedział, którzy to… — wyburczał Shane wrogo, zaciskając szczękę. — Za naszych czasów nikt nie gnoił psorów. Kurwa, i to klasa Chase’a…!
— Że też chłopak nic nie zrobił. Przecież wiedział o Jamesie. Wygadałeś się wtedy — dodał David nadal szeptem, żeby nie było słychać tej rozmowy w kuchni.
— No właśnie! Ale może nie wiedział, co zamierzają zrobić… Ja pierdolę… — powtórzył Shane, a do salonu znów wszedł Walter.
— James zaraz przyniesie herbatę i kawę — powiedział niby wesoło, choć wydawało się to mocno wymuszone.
Na stole postawił tacę i z niej zaczął przekładać pieczone ziemniaczki obsypane przyprawami oraz półmisek z dwoma rodzajami mięsa. Jednym chudym, jasnym, a drugim tłustszym i ciemnym.
— Ale jak dobrze pachnie! — pochwalił David. — I wygląda. I… Walt, czy w ogóle powinniśmy poruszać ten temat? — spytał, żeby upewnić się, jaka była rola.
Jasne, niebieskie i szczere oczy prawnika zerknęły w stronę kuchni z troską.
— Nie jestem pewien… Nie chciałbym chyba jeszcze tego roztrząsać, James woli o tym nie rozmawiać — przyznał z ciężkim sercem i odstawił tackę na kredens. Zastawa już była na stole, więc jedynie czekali na kawę i herbatę. I na Jamesa. — Ale… rozprawa sądowa ma być za niecały miesiąc, a ja się boję, że Jimmy zrezygnuje w udziale… Boi się potwornie. Moglibyście więc mimochodem wspomnieć, że ma nasze wsparcie i… — Westchnął i przysiadł przy stole, od strony Davida. — Byłbym wam niesamowicie wdzięczny, gdybyście pojawili się na rozprawie. Na pewno wiele by to ułatwiło Jamesowi. Rozumiecie… że miałby tam więcej osób, które go wspierają niż tylko ja.
— Z chęcią się pojawimy — odparł David od razu, ale nie udało mu się skończyć myśli, ponieważ do salonu wszedł James. Niósł szklankę i filiżankę z kawą.
— Proszę, przyniosę jeszcze wodę i herbatę. — Uśmiechnął się znowu słabo. Jakby to był jego obowiązek, a nie chęć.
Przez to na twarzy jego męża pojawił się wyraz zatroskania.
— Serce mi się kraje, gdy widzę jego smutek… — wyznał cicho.
— Weź, Walt, z każdego ciosu i rozczarowania człowiek się podniesie. Tylko czasem… no, po prostu trzeba czasu — wtrącił Shane, zerkając krótko na Davida. Dla niego takim wydarzeniem było bycie porzuconym przez mężczyznę, którego miał teraz obok siebie. Wyszedł ze swojej „żałoby” dopiero po kilku latach, ale się udało.
— Właśnie, będzie dobrze. Świat też idzie do przodu — dodał David pokrzepiająco, a do stołu wrócił James.
Usiadł przy nim, kiedy podał mężowi napój. Sam postawił swoją wodę obok talerza.
— Nakładajcie sobie — zachęcił, zachowując się jak przykładna gospodyni i samemu nie rzucając się na jedzenie. U niego jednak było to spowodowane brakiem apetytu.
— Wygląda super! — pochwalił Shane, starając się zachowywać naturalnie i też jakoś pomóc Jamesowi własnym towarzystwem. W końcu po to tu byli. — W ogóle wy częściej sami gotujecie, czy zamawiacie? — dopytał, bo David już w drodze mu przypominał, że dobrze porozmawiać na jakieś trywialne tematy i upewnić się, czy te cięższe są w ogóle mile widziane. Poszedł więc tą taktyką, a przy okazji uniósł się i zachęcony przez gospodarzy zaczął sobie nakładać jedzenie. Wybrał ciemniejsze mięso.
— Staram się gotować. Ostatnio nawet bardziej, mam więcej czasu — wyjaśnił James, kiedy nałożył sobie symbolicznie kawałek mięsa i trochę warzyw.
— A my mamy etap na próbowanie rożnej kuchni. Poza turecką — dodał David trochę wymownie, wiedząc najlepiej ze wszystkich, że takie jedzenie najbardziej lubił jego kochanek. — Czego ostatnio próbowaliśmy? Jak to się nazywało? Nihari? Jakoś tak.
— I jak? Smaczne? Z czym to? — dopytał Walt luźno, również sobie nakładając. Zerkał przy tym na gości, a o dziwo nie komentował małej zawartości talerza męża. Nie naciskał na niego.
— No, tam było mięcho, chyba wołowina, duszona w fajnych przyprawach. Trochę jak zupa wyglądało. Może to jest zupa… — wyjaśnił Shane z brakiem wiedzy, co właściwie jadł, ale mu smakowało. — Ale by coś zajebistego, nowego samemu robić, to czasem trzeba poszukać nieźle w sklepach, bo tak to standardowo na półkach jest.
— Tak, dlatego zamawiamy na razie. Aby zobaczyć, czy taka kuchnia nam w ogóle leży — dodał David, mając już na talerzu jasne mięso, tak samo jak James, który słuchał ich i powoli jadł. Od niechcenia, ale zajmował tym swoje usta i dłonie. — Następną myślimy, aby spróbować jakąś europejską kuchnię właśnie.
— Ciekawa inwencja z próbowaniem różnych kuchni. Choć prawdopodobnie zawsze najlepiej smakuje w swoim rodzimym miejscu — wtrącił Walt. — Kiedy byliśmy z Jimmym w Tajlandii, mieliśmy wrażenie, że pierwszy raz kosztujemy tajskiej kuchni! Jimmy, tobie smakowały te dania z ryżem jaśminowym, prawda? Dużo też używali mleka kokosowego. Miło było kosztować — opowiadał, zerkając przy tym czule na męża i przypominając sobie, jaki mężczyzna był szczęśliwy podczas ich podróży poślubnej. Nie taki jak w tej chwili. Zamknięty w sobie i skulony, nawet kiedy siedział stosunkowo prosto.
— Było bardzo smaczne. Ale też inne było w hotelu i inne, jak się wyszło poza niego. Walter bał się z początku tam jeść — zażartował James, chociaż w jego głosie nie było rozbawienia.
— Bałeś się nieprzegotowanej wody? — dopytał David.
— Bałem się chorób, na które nie jesteśmy uodpornieni — odpowiedział Walter ze śmiechem, zajadając ziemniaczki. — Jimmy był zdecydowanie bardziej pewny siebie w tej podróży niż ja! Kochanie, może w ogóle znowu gdzieś wyjedziemy, skoro masz urlop, hmmmm? — Zrobił słodkie oczy do swojego męża.
— W… sumie… — James zawahał się. Bo z jednej strony nie chciał już tu być, z drugiej w ogóle ruszać się domu.
— A gdzie? — spytał David z entuzjazmem.
— Może też gdzieś do Europy jeszcze… A może Brazylia, kochanie? — Walter wciągnął się w tę rozmowę i popatrzył na swojego męża radośniej. W ucieczce z miasta, w którym James widział zagrożenie, upatrywał jakiegoś ratunku. — Gdy rozprawa się zakończy, moglibyśmy pojechać do Rio i zwiedzić okolice, na przykład… Och, ja nawet nie wiem, co tam jest do zobaczenia. Coś cię kręci w ogóle z tych rejonów?
— A mamy na to fundusze? Tym bardziej teraz, jak nie pracuję? — spytał James z troską, chociaż możliwość wyjazdu gdzieś zawsze go głęboko pobudzała. Była jakimś podskórnym pragnieniem, które w nim siedziało, nawet jeśli nie wychodziło na wierzch tak jak strach przed ludźmi.
— Ej, ale chyba masz płatny ten urlop? — wtrącił Shane z agresją, jakby inna opcja nie wchodziła w grę. Ba! Jakby była niedopuszczalna. I w wyrażeniu tego nie przeszkadzał mu wielki kawał ziemniaka w policzku.
— Zadbałem o to. Jimmy ma półroczny, płatny urlop. Zobaczymy, co będzie dalej — wyjaśnił Walt spokojnie i dołożył sobie sałatki. — I, kochanie, nie musimy szaleć za bardzo tak jak na podróży poślubnej.
— Ej, no, pamiętam, jak kiedyś nam jebłeś takie zajęcia o tanich opcjach podróży — Shane znowu się wtrącił, jak zwykle z sentymentem wspominając szkolne czasy. — No, pamiętasz… coś mówiłeś o opcji… eee, no co się u kogoś kima prywatnie… Jak to się nazywało? — Trącił łokciem swojego partnera w poszukiwaniu wsparcia.
— Couchsurfing. Ale nie wiem, czy Walter, z całym szacunkiem, Walt, by się na to pisał. — odparł David, nie chcąc dodawać, że James też mógłby nie być na to chętny, aby u obcych ludzi spać w domu, a jeszcze może i mówić, że są razem z towarzyszem.
— Mhm, ale to jednak opcja chyba nie dla nas. — James poparł słowa Davida. — Można też nocować na polach namiotowych.
— Namiot to też jest ciekawa sprawa, nawet jakieś przyczepy czy motel — wtrącił się Walt, który co prawda wolał droższe podróżowanie, by nie być skazanym na braki w sanitariacie, ale mógłby się poświęcić, gdyby tylko James chciał wyjechać. — Może o tym pomyślimy, kochanie, co? W lutym czy w marcu chyba nie jest w Brazylii zimno.
James pokręcił głową.
— Jeśli tylko ty byś chciał… a nie robił tego tylko dla mnie — odparł, nie chcąc być obciążeniem większym, już niż był.
— Nnn… Wyjazd do Brazylii to taki wysiłek dla mnie, że sam nie wiem… — jęknął Walt z udawaną niechęcią, po czym wychylił się i cmoknął Jamesa w chudy policzek. — Oczywiście, że bym chciał.
Shane uśmiechnął się kątem ust, obserwując ich. Też uważał, że dobrym pomysłem był taki wyjazd.
— Będziecie mieli zajebisty relaks po rozprawie. Bo pewnie w chuj roboty z przygotowywaniem do niej.
— Całkiem sporo. Ale myślę, że podołamy. David i Shane obiecali się pojawić, Jimmy — dodał Walt do swojego męża ze stonowanym entuzjazmem, ostrożnie.
— Ja nadal nie jestem tego pewien… — James jęknął i wbił wzrok w swój talerz. Od czasu kiedy zaczęli mówić, jedzenie na nim zeszło na tak daleki plan, że zostało zapomniane.
Walt spojrzał porozumiewawczo na Davida i Shane’a, jakby mówił „właśnie o tym mówiłem”.
— Na pewno dasz sobie radę, kochanie. Nie będziesz tam sam. Będziesz bezpieczny, gdy tylko tamci skurwy… chłopcy pójdą siedzieć — odpowiedział do męża, a Shane aż spojrzał większymi oczami na Walta. Nie widział go klnącego do tej pory. David też był wyraźnie zaskoczony tą anomalią.
— To nie ty robisz coś złego, tylko oni. Mogę się założyć, że nawet większość osób w szkole by stanęła po twojej stronie. A że nikt nie zareagował… James, sam wiesz, jakie są dzieciaki. Nigdy nie myślą o konsekwencjach. Do czasu, aż nie uderzą w ziemię.
— Właśnie — dodał Shane burkliwie.
Walt za to sięgnął pod stołem do nogi swojego kochanka i pokrzepiająco ścisnął jego udo.
— Skrzywdzili cię i muszą za to zapłacić. Takie mamy prawo i pamiętaj, kochanie, że dzięki temu poczujesz się znacznie lepiej. Nawet jeśli teraz wydaje się to trudne.
James pokiwał głową, ale za nic nie wyglądał jak ktoś, kto został przekonany. A raczej zgodził się tylko pod naporem otoczenia.
— W ogóle, Shane… — David zwrócił się do kochanka. — Może Lucy i Ellen też by przyszły. Zawsze to lepiej, jak jest więcej osób. A dziewczyny może cię, James, trochę podniosą na duchu.
— Nooo, zapytam. Chase by też mógł przyjść jako wsparcie, ale pewnie, kurwa, nie przyjdzie. Lucy mówiła, że jest po zerwaniu z tym swoim kolesiem i w ogóle ma doła — dodał Shane ponuro.
Walt od razu zbystrzał i zerknął porozumiewawczo na Jamesa. Shane nie wiedział, że Courtney, facet tego chłopaka, jest równocześnie jego kuratorem. I że on sam z nim pracuje. To wszystko było bardzo zagmatwane, ale naszła go nagła myśl, czy powodem tego zerwania była ta sytuacja.
— Och… Szkoda, przydałaby się jeszcze jedna przyjazna para, ale nie wiem, czy byś chciał, Jimmy, by był tam jeszcze ktoś z tej klasy — rzucił do swojego męża. — Może zapytam Alberta i Ridleya.
James wyłamał sobie nerwowo palce. Nie zjadł prawie nic w porównaniu z resztą osób przy stole.
— Ja nie wiem, czy on by w ogóle chciał. Mógłby zostać… Może nie chcieć się przyznawać — wymamrotał, patrząc po gościach, czy ktoś go rozumie.
— Że jakby był po twojej stronie, to jakiś kolega z jego klasy by pomyślał, że też jest gejem? — spytał David dla pewności, a James pokiwał głową.
— Był tchórzem. Nie roztrząsajmy tego — uciął Walter. Liczył, że Albert zgodzi się przyjść ze swoim partnerem i że tym razem, w obliczu takiej ważnej sprawy, nie będzie się wymigiwał swoim byciem w szafie. — Kochanie… Zjedz coś proszę. Chociaż tę sałatkę dokończ.
James spojrzał na niego przepraszająco i pokiwał głową jak skarcone dziecko. Powoli znowu zaczął dłubać w jedzeniu, próbując je zjeść. David prawie z bólem na to patrzył. Jak na swoje dzieci, które były chore i nie chciały jeść, bo tak źle się czuły, że nie miały apetytu. Podjął inny temat, żeby tego nie komentować.
— A jakie w ogóle opinie o tej sprawie chodzą u ciebie w pracy, Walt? Już tak się w to zaangażowałeś, któryś z kolegów czy koleżanek z pracy coś mówił? Jakby twoje środowisko stanęło za tobą murem, to medialnie dobrze by to wyglądało.
— Większość bardzo nas wspiera! — odpowiedział Walter z entuzjazmem. Dla siebie tylko zatrzymał opinie kilku osób, które odcięły się całkowicie i nawet nie pokazywały się z nim publicznie, by nie mieć z tym nic do czynienia. Większość jednak go wspierała. — Słyszałem, że tylko jeden z oskarżonych dostał lepszego prawnika, bo większość adwokatów woli nie bronić nastolatków, którzy dopuścili się zbrodni na tle takiej dyskryminacji. Wczoraj czytałem Jimmy’emu maile od kolegów z pracy, którzy są pewni naszej wygranej. Ludzie zapewniają, że będą popierać nasze stanowisko otwarcie. Może nawet uda się coś więcej wyciągnąć z tej sprawy i nie tylko Jimmy będzie bezpieczny, ale uda się zainspirować kogoś do jakichś dotacji na rzecz walki z takimi sytuacjami.
— Byłoby zajebiście — odezwał się Shane, przy okazji nabierając sobie dokładkę. — W ogóle w szkole jest jeszcze jakiś gej u nauczycieli? — dopytał Jamesa.
— Nic mi o tym nie wiadomo. Nie byłem w szkole dłużej niż to konieczne od tamtej… sytuacji — wydusił James i widać było, że to wszystko sprawiało mu wiele problemów.
— Ale popatrzmy na to z innej strony. To wszystko, James, może wyjdzie na dobre — odezwał się David znad końcówki swojego posiłku. — Trochę mam doświadczenie z przykrymi sytuacjami, które w efekcie bardziej kształtują, niż niszczą. Nie będzie się już czego obawiać. Shane potwierdzi. Najgorzej jest żyć w tej niepewności, co ktoś powie, pomyśli. A teraz to już masz za sobą. W przykrej i niedopuszczalnej formie, ale nie ma się już czego obawiać. Najgorsze się stało. Teraz każdy o tobie wie i każdy wie też, jakie tego będą konsekwencje, jeśli spróbuje znowu użyć siły, czy cię skrzywdzić.
Shane był dumny ze swojego partnera, że to wszystko powiedział. Uśmiechnął się więc mimowolnie. Walter za to popatrzył na Davida z wdzięcznością. Bo mimo że sam starał się to przekazać Jamesowi, ten nie wyglądał na przekonanego. Może dlatego, że on sam był zawsze out, że nigdy się nie chował i nie przeżył czegoś takiego. David czy Shane za to nie zawsze byli otwarci, a do tego David długi czas żył z żoną nieświadomą jego orientacji.
— Nawet David teraz ma dobre stosunki z Grace, mimo tego, jak to wszystko wyszło — powiedział więc z nadzieją, że ta droga rozmowy jest dobra. David w końcu zdradził żonę z innym mężczyzną, a ta ostatecznie mu to wybaczyła. James więc musiał uwierzyć, że to, co było najgorsze, już przeżył. Że teraz będzie z górki.
Nauczyciel popatrzył po nich i odetchnął.
— Wiem, że macie rację, ale to nie chodzi tylko o to. Ja nigdy nie czułem się kimś pewnym, wartościowym dostatecznie, żeby o siebie walczyć. To wszystko mnie mocno przerasta — wymamrotał i wziął porcję sałatki, aby już nie musieć dalej mówić.
David uśmiechnął się do niego.
— James, ale nie musisz z tym walczyć sam. Możemy do tego podejść metodą małych kroków. Wyjdź z nami kiedyś w czwórkę na miasto. Na kolację do jakiejś udziwnionej knajpki. Trochę egzotyki, oderwiesz się od tego, a my skorzystamy. Ja też, bo Shane w końcu nie będzie zachowywał się jak stary, dobry mąż i zabierze mnie na randkę — dodał, patrząc na Jamesa, ale złośliwie pijąc do kochanka.
Ten zmarszczył się i mruknął coś o tym, że „ale mokro było i nie chciałeś wychodzić, bo kolano no…”. Walter przez to mimowolnie się zaśmiał, po czym napił się herbaty i uśmiechnął do męża i Davida.
— To dobry pomysł. Krótki spacer zakończony dobrym jedzeniem byłby cudownym wypadem. Każdy z nas skorzysta. Podobno początek lutego ma być bardziej pogodny.
— A we czwórkę nikt nic nie będzie podejrzewał. A nawet jeśli? Myślisz, że ktoś będzie zaczepiał faceta z laską dlatego, że łazi z przerośniętym, zbuntowanym byczkiem? Już prędzej przez tę laskę. James, najgorsze już się stało — dodał David i dla otuchy posłał mu oczko.
Były nauczyciel swoich gości nieśmiało się uśmiechnął. Już nie na siłę, ale sam z siebie.
— Może macie rację.
— Nooo. A jak coś, to zawsze można komuś wpierdolić — podsumował Shane z uśmiechem, a Walter roześmiał się głośniej.
— Ktoś tu potrzebuje smyczy — rzucił przyjaźnie.
— Mówiłem, przerośnięty byczek — dodał David.
— Weź… — Shane wywrócił oczami i podrapał się z lekkim zażenowaniem po króciutkich włosach, po czym zapchał się sałatką.
Atmosfera trochę się rozluźniła, oni zjedli kolację, a przynajmniej częściowo, bo James ledwie coś skubnął. Walt za to zaoferował, że przyniesie deser, już kupiony w cukierni, a nie zrobiony przez nich. Zapewniał, że równie smaczny.
Po całym spotkaniu prawnik był wdzięczny gościom za swój wkład i wsparcie. Wierzył, że otoczenie przyjaznych ludzi pomagało jego mężowi i miał nadzieję, że częstsze spotkania będą dalej wzmacniać jego pewność siebie.
Gdy tylko pożegnał gości w drzwiach, a James kończył zbierać brudne naczynia, Walter podążył za nim do kuchni. Widząc, że mężczyzna nie miał już w rękach niczego, co mógłby stłuc, ujął go w pasie od tyłu i przytulił go do swojej klatki piersiowej.
— Mmmm… Jak się czujesz, myszko? — zamruczał mu do ucha.
James najpierw trochę się spiął, faktycznie jak przestraszona mysz, po czym jednak rozluźnił się, znajdując przyjemne ciepło w objęciu.
— Dobrze — odparł, po czym położył dłonie na dłoniach Waltera. — Lepiej… chyba.
— Tak? — dopytał jego mąż z nadzieją i pomiział go nosem po skroni. — Rozluźniłeś się trochę?
— Tak… Znaczy, myślę, że może nie rozluźniłem, ale David ma rację. Już wszystko się spaliło. Nie mam jak zawrócić, więc… — Wzruszył ramionami, otulając się dłońmi męża. — Nie chcę, żeby kogoś też to spotkało…
Walter przymknął oczy, wciągnął jego zapach i odwrócił go, żeby następnie zamknąć w swoich ramionach. Ciasno go przytulił i pocałował w czubek głowy.
— Zobaczysz, kochanie, że wspólnymi siłami sprawimy, że nikogo już to nie spotka. Ciebie już w szczególności — dodał. Czuł się winny tego, co się stało, choć wiedział, że nie powinien. Ale przecież obiecał sobie chronić Jamesa. Teraz mógł jedynie to zrekompensować oraz zapewnić mu spokój ducha i bezpieczeństwo. Wiedział, że sama rozprawa będzie dla niego bardzo stresująca i po niej będą potrzebowali niemal takiej wymagającej rekonwalescencji jak David i Shane po wypadku, ale dopóki byli razem, byli w stanie przez to przejść.
James pokiwał głową, kuląc się w ramionach Waltera. Czasami nadal nie rozumiał, jak ten wspaniały mężczyzna mógł wybrać właśnie jego, ale nie miał też pojęcia, jakby to przetrwał bez niego pod ręką. A raczej bez jego opieki.
— Kocham cię — wyszeptał i pocałował pierś prawnika, dłonią głaszcząc lekko jego brzuch. Chciał poczuć, jak sam jest kochany. Fizycznie na moment o wszystkim zapomnieć, zrelaksować się milej niż przy telewizorze i usnąć w tych ramionach.
— Ja ciebie jeszcze bardziej — odpowiedział Walt równie cicho, z delikatnym uśmiechem. — Zostaw już te naczynia, hm? Skończę to sprzątać, a ty odpocznij. Chcesz trochę poleniuchować w łóżku?
James nieśmiało uniósł na niego swoje niewinne oczy.
— Może… może trochę aktywniej? — spytał prosząco, chcąc w tej chwili być blisko.
— Och… — wyrwało się Waltowi i spojrzał z niejakim zaskoczeniem na swojego męża. Uniósł dłoń i pogłaskał go wierzchem palców po policzku. — Na pewno tego chcesz? — dopytał delikatnie, bo od czasu ataku nie uprawiali seksu.
James przełknął ślinę. Chyba lepiej się poczuł po tym wsparciu i szansie, że może znowu wyjadą. Znowu będą sami ze sobą. Chciał być z Walterem sam na sam. A seks na chwilę to dawał. Niczym zatracenie się w sobie.
— Mhm… chyba tak. Ale tak… blisko.
Prawnik uśmiechnął się do niego i cmoknął go w usta delikatnie.
— To idź do sypialni, rozbierz się dla mnie i czekaj — polecił.
James przez moment się zawahał. Nie dlatego, że nie był pewny, czy chce, ale dlatego, że jeszcze nie był pewny, jak chce. W końcu jednak postanowił, że wyjdzie to w trakcie i że ufa Walterowi bardziej niż sobie. Sam jeszcze pocałował go w usta i dopiero się odsunął, kierując do sypialni.
W tym czasie jego mąż posprzątał resztę brudnych talerzy, schował resztki jedzenia do lodówki, żeby się nie zmarnowały i starł okruszki z blatów w kuchni. Myślami jednak już był w sypialni, przy swoim ukochanym. Miał nadzieję, że zbliżenie dobrze zadziała na Jamesa.
Gdy był gotowy, podążył do sypialni, po drodze rozpinając guziki koszuli.
James siedział już na łóżku. Zakrywał się cienką kołdrą, a pod nią nie miał na sobie już nic. Obejmował jedną rękę swoje kolana, przyciskając je do klatki piersiowej. Na pewno nie był seksownie rozłożony, ale Walter wiedział, że może go do tego doprowadzić. Przystanął więc przed łóżkiem, spojrzał na niego bez słowa i patrzył przez chwilę. Odezwał się dopiero, kiedy rozpiął koszulę do końca, a pod materiałem dało się dostrzec owłosioną, smukłą klatkę piersiową.
— Odkryj kołdrę, połóż się i nawilż. Już do ciebie idę — zapewnił i zsunął koszulę z ramion.
James już co prawda trochę się sobą zajął, kiedy czekał na kochanka, ale mógł jeszcze wypełnić tę prośbę. Rozłożył się na łóżku na boku i sięgnął do szafki nocnej, by wyjąć z niej żel. Wycisnął trochę na palce i robiąc to jak każdą codzienną czynność, niemal jak smarowanie dłoni kremem, nawilżył swoją dziurkę.
Walter z trudem opanował się, by nie zareagować westchnieniem. James cholernie go kręcił, a jego uległość działała na niego jak viagra. Udało mu się jednak powoli i spokojnie rozebrać spodnie i bieliznę, kiedy jego mąż przygotowywał się na niego.
Dopiero po chwili wszedł na łóżko, odwrócił Jamesa za ramię w swoją stronę i pocałował go namiętnie. A przy tym pochylił się nisko i wręcz zakleszczył go między swoim ciałem a materacem.
James jęknął cichutko, łapiąc za nagie boki swojego męża oraz patrząc mu ufnie i ulegle w oczy. Chciał być jego i zatracić się w nim. Nie dało się nie uśmiechnąć na widok takiego oddania. Walter przekonywał się o tym za każdym razem, gdy się tak do siebie zbliżali.
— W Brazylii będziemy się kochać każdego wieczoru… Mmm… Na werandzie. O ile nie skończymy w namiocie — zamruczał Walt z cichym chichotem, obcałowując twarz Jamesa. Jego dłonie były przy tym zdecydowane i już podążyły w dół, do boków Jamesa, a następnie zadarły jego uda. Te chętnie się przy tym rozsunęły i objęły jego biodra.
— Na… na werandzie? Ale to trochę… widoczne miejsce — wymamrotał James, pesząc się i jeszcze bardziej rumieniąc.
— Myślałem o wynajęciu takiego domku na przedmieściach… Gdzie do miasta musielibyśmy dojechać na rowerach… — Walter rozmarzył się trochę. Wydawało mu się to… romantyczne. Całował przy tym Jamesa już po szyi, za uchem i masował jego szczupłe uda.
— Ale… chyba nie przedmieścia Rio… Te nie są ładne. — James trochę zaśmiał się z tej wizji kochanka, bo kiedy pomyślał o przedmieściach właśnie w Rio de Janeiro, zobaczył slumsy, do których Walter pewnie bałby się zapuścić. Jeśli mieli coś planować, to wolał zdać się na siebie, a nie idylliczną wizję świata kochanka.
— Nieee? — Prawnik zrobił smutną minę, trąc o niego biodrami i podniecając się z każdą sekundą. Dodatkowo sięgnął w dół jedną dłonią i wymacał wilgotną dziureczkę. — Mmm… kręci mnie, gdy jesteś mokry.
— Nie. Na przedmieściach mieszka biedota — wyjaśnił James i trochę uniósł biodra, żeby jego kochanek mógł lepiej sięgnąć do jego tyłeczka.
Lubił być tam pieszczony. Lubił, kiedy Walter go dotykał i tak nad nim górował, a on mógł być zamknięty w przyjemnym kokonie. Ułatwiała to dodatkowo postura prawnika, bo ten był naturalnie szeroki w ramionach i tak przyjemnie go sobą przytłaczał. No i był całkiem pewny w swoich zabiegać, tak jak teraz, gdy bez pardonu wsunął dwa palce w dziurkę nauczyciela, zgiął je i podniósł do góry, chcąc poczuć, jak James unosi biodra mimowolnie i styka się z nim swoim rozkosznym penisem.
James znowu jęknął, tym razem głośniej i zarobił się jeszcze bardziej rumiany na twarzy. Uniósł też zgodnie z przewidywaniami Waltera biodra i otarł się o swojego męża. Był już sztywny i bardzo ciepły.
— Już byś chciał, co? — Walter zamruczał mu szeptem do ucha, doskonale czując, jak jego ukochany pragnął być zawładnięty. Cieszył się, że mimo tego wydarzenia w szkole, James nie był wycofany i nie bał się kontaktu fizycznego.
— Mhm… chcę cię blisko… Walt — wyszeptał James i objął swojego ukochanego ramionami za szyję. Chciał go pocałować i już się kochać. Dał o tym nawet znak nie tylko słowem, ale i kręceniem biodrami.
Jego mąż więc spełnił tę prośbę. Sam był już sztywny, dlatego nie miał na co czekać. Trochę się obsunął, chwycił swój członek i nakierował na gotowe wejście Jamesa. Potarł czubkiem szparkę, ponaciskał, a następnie, spojrzawszy mu głęboko w oczy, wszedł w niego jednym pchnięciem.
James jęknął głośno i przeciągle. Nagle zrobiło mu się błogo i przyjemnie. Gorąco, jakie poczuł w sobie, rozlało się po całym jego wnętrzu i właśnie tego pragnął. Jak tylko był w stanie, przytulił się do szyi i klatki piersiowej męża oraz błogo zamruczał.
Na usta Waltera znowu wypłynął uśmiech. Nie tylko urzekały go dźwięki, jakie wydawał James w łóżku, ale też podniecały go. Czuł się genialnie, gdy widział, jak daje mu rozkosz. A do tego chciał, by te dźwięki były bardziej rozpaczliwie, chaotyczne, gorące. Dlatego tak lubił go dominować i przytłaczać sobą.
Docisnął mocno biodra do jego pośladków i chwilę tylko posuwał się w przód i w tył, nim objął męża w pasie, przycisnął do siebie i przekręcił ich tak, że sam był na plecach.
— Dobra Jimmy… Czas na rodeo — powiedział z uśmiechem i ukąsił go w czubek nosa.
James odetchnął świszcząco. Najpierw spojrzał zagubionym wzrokiem na męża, a dopiero po tym uniósł się trochę, nadal mając w sobie sztywnego penisa.
— Ale… usiądź — poprosił, chcąc, żeby mężczyzna był blisko, żeby obejmował go chociaż jednym ramieniem. Po tym trochę się poprawił na nogach i zaczął unosić i opadać, wbijając się na sztywnego penisa, który robił mu bardzo dobrze.
Szybko poczuł na ciele silną dłoń swojego męża i jego zapach tuż przed sobą. Walter objął go, zgiął lekko nogi w kolanach i obserwował, jak James go ujeżdża. Jak chętnie brał go w siebie, jak się przy tym starał. Masował go więc w nagrodę po plecach i co raz kręcił na boki biodrami, moszcząc się w ciepłym, wilgotnym wnętrzu. Uwielbiał dupcię Jamesa. Była zawsze chętna, zawsze gotowa. Jego penis bardzo lubił ją odwiedzać, a James oddawać mu ją do dyspozycji. Bardzo dobrze uzupełniali się pod tym względem. Walter był z natury bardzo opiekuńczym facetem, ale czasami lubił ostrzej zabawić się z mężem, a ten miał upodobanie w oddawaniu komuś kontroli. A komuś, kto go szczerze kochał, mógł się oddać całkowicie, w każdym najmniejszym skrawku. I to było cudowne. Dzięki temu teraz mógł dawać Walterowi przyjemność, przytulając się do niego i pojękując z rozkoszy, kiedy czuł to genialne tarcie w środku.
— Wzruszasz mnie bardziej niż małe kocię, gdy tak jęczysz od tego, co ci robię — wysapał Walter w jego wargi, podskubując je. Do tego uszczypnął go mocno w sutek jeden raz i drugi, by James jeszcze bardziej mu „zamiauczał”.
— Walt… — James zrobił dokładnie to, czego ten chciał, dodatkowo jeszcze jęcząc jego imię. Niezdarnie też wyciągnął głowę do pocałunku. Chciał posmakować jego ust, poczuć, jak te kształtne wargi obejmują jego. Jak je zjadają.
— Mój koteczek — odmruczał Walt z uśmiechem.
Zsunął obie dłonie na jego pośladki, ścisnął je jak ciasto i przycisnąwszy go mocno do siebie, wcałował się w jego usta. Znacznie mocniej i zachłanniej niż wcześniej. A do tego nie opanował się, znów przerzucił Jamesa na plecy, co swoją drogą było łatwe, bo ten obecnie nie ważył wiele. Po tym oparł się jedną dłonią o ścianę za wezgłowiem łóżka oraz zaczął szybko i mocno posuwać męża.
James przez to wręcz pisnął, ale nie było to czymś, czego nie chciał. Jego ciało było coraz bardziej rozpalone, a jego głowa coraz bardziej pusta. Uwielbiał, kiedy na chwilę mógł zapomnieć o wszystkim i oddać się tylko rozkoszy. Oddać się całego w ręce kogoś, kogo kochał. A Walta kochał najbardziej na tym świecie. Nie żałował teraz nawet odrobinę, że byli małżeństwem, że przez to, że z nim jest, ktoś się o nim dowiedział i go pobił. Seks był w tym momencie lekiem na całe zło, a seks z Walterem lekiem, który smakował cudownie.
Odpływał, a sztywny i gorący penis wchodził w niego raz za razem z dużą siłą. Prawnik wolną dłonią przytrzymywał go za ramię, by James nie poruszał się przez to wszystko zbytnio na pościeli i mu nie uciekał. Zostawiał przez to na jego skórze czerwone ślady, ale liczył, że mężowi to nie przeszkadzało. Widział zresztą, że było mu dobrze. Słyszał nawet i przez to rosło mu serce. Chciał mu dać spełnienie i rozkosz, więc posuwał go tak, jak James lubił. Ostro, bez zahamowań i bez pytania, czy może tak, a nie inaczej. Byli już ze sobą dość długo, żeby wiedział, jak James lubił najbardziej. Co sprawiało mu najwięcej rozkoszy, bo tego, czego nauczyciel nie lubił w seksie, nie było wiele.
— Ko… och… Walteeeee…! — James zajęczał głośno, wyprężając się pod swoim mężem. Jego penis był sztywny, podskakiwał i obijał się o jego brzuch. Aż w końcu trysnęła z niego sperma, kiedy James krzyknął z przyjemności.
Kiedy tylko bystre, jasne oczy prawnika dostrzegły, jak niektóre kropelki nasienia nauczyciela trafiają na jego szyję i spód podbródka, Walt uśmiechnął się szeroko. Nie zwolnił jednak, żeby samemu skorzystać jeszcze z tyłeczka męża, a przy tym sięgnął palcami do spermy, zebrał ją na opuszki i podsunął Jamesowi do rozchylonych ust.
— Zliż — polecił.
Ten zamglonymi z przyjemności oczami spojrzał na ukochanego i bez chwili zawahania wyciągnął język do dłoni. Zlizał grzecznie własną spermę, oddychając głośno i pojękując. Lubił jeszcze to rozgrzanie, kiedy sam już doszedł. Nie przeszkadzało mu to. Znajdował mniej więcej tyle samo przyjemności w dawaniu, co braniu.
— Grzeczna myszka — zamruczał Walter i w nagrodę ucałował go w policzek. Potem chwycił go za kościste biodra i dociskał krocze do jego pośladków, nie spuszczając z niego spojrzenia. Nie spieszył się, mimo że jego mąż już skończył. Wiedział, że nie robił mu tym problemu, dlatego jeszcze chwilę go pieprzył i dopiero mocniej go przytulił oraz spuścił się najgłębiej, jak tylko mógł. — Och taaak… — wyburczał, chowając twarz w jego szyi.
James lekko drżącymi dłońmi objął kochanka za szyję i przekręcił twarz w stronę jego głowy. Przymknął oczy z błogością, czując, jak członek w nim drży, jak jest napełniany. Był tak bardzo wdzięczny mężowi, że był przy nim i był tak blisko. Że go nie zostawił, że był dla niego wsparciem.
— Tak… bardzo cię… kocham.
Walter uśmiechnął się w jego szyję, ale nie odpowiedział od razu, bo łapał oddech. Dopiero gdy przekręcił się na bok, wysunąwszy się z męża, przytulił go do siebie mocno i cmoknął w policzek.
— Ja ciebie też. Było odpowiednio blisko? — zapytał miękko, patrząc na niego radosnymi oczami.
— Mhm — zamruczał James na potwierdzenie, lgnąc do Waltera ufnie i chętnie. Było mu bardzo miło, kiedy czuł zapach kochanka.
Prawnik aż się zaśmiał, widząc, jaki tulaśny jest dzisiaj James.
— Wygląda na to, że nie wychodzimy dzisiaj z łóżka, co?
Jego mąż nie odpowiedział, tylko pokręcił przecząco głową, chłonąc ciepło, jakie dawało ciało obok. Było mu cudownie, kiedy mógł być tak blisko Waltera i czuł, że jest chciany. Rozczulał tym swojego męża, który głaskał go teraz troskliwie i delikatnie cmokał w skronie i czoło.
— Okej — szepnął cicho. — To nie wychodzimy.

 

11 thoughts on “Newton’s Balls – 77 – Zimny, ponury dzień

  1. Shivunia pisze:

    Tazkiel >> Hehehe, tak coś w tym powinno być W sumie to właśnie było takie przedstawienie jak różnie jest u postaci po tej wielkiej dramie jaka wydarzyła się w szkole. Jednak każdy ma z tym inny problem. James z ogólnym pogodzeniem sobie z sytuacją, bo jednak zagrożenie spotkało go z zewnątrz, a Courtney ma tu dość trudno bo zagrożenie i to co sie mu przytrafiło to coś co uderzyło go jakby od środka. Nie wiem czy dobrze się wyrażam. Tak jak mówisz, Jimmy ma Walta, a Coney nie ma tej osoby do której najbardziej by się chciał w tej chwili przytulic. Biedoczek :(
    Powiedzmy, że też trzymamy kciuki za Jamesa, bo cóż, już gorzej być nie może. Bo dopiero by była drama jakby Walter go zostawił. Nie wiem jak by się to skończyło. Oj, złe myśli.
    Co do takich wróżb to… Coney chyba ich nie chce, a na pewno by się na nie nie ucieszył chociaż sam pewnie je czuje.
    Dziękujemy, nieskromnie mówiąc jesteśmy z niej bardzo dumne :P fajna historia się wykreowała która wciągnęła nas na długie godziny. DŁUGIE godziny XD
    dzięki i także pozdrawiamy

  2. Tazkiel pisze:

    Ten rozdział powinien być zatytułowany „Zimno – ciepło” ☺. Bo tak właśnie jest. U Courtneya zimno, i dosłownie i w przenośni, a u Jamesa ciepło i dokładnie tak samo. Courtney został skrzywdzony i został sam, no, może nie sam, bo ma jeszcze brata i psa, ale i tak jest mu zimno, źle i samotnie. Nic dziwnego, że jego złość ciągle jest gdzieś blisko pod powierzchnią. A Jim, pomimo że został skrzywdzony, to jednak nie został sam i ma osobę, której na nim zależy. Kończy swój dzień otoczony ciepłem, i tym fizycznym i tym psychicznym. Wie, że jest kochany, że jego mężowi bardzo na nim zależy.
    Cóż, można mieć nadzieję, że sytuacja Jima wyprostuje się i ostatecznie znajdzie w sobie siłę, samodzielnie czy z pomocą Walta i swoich przyjaciół, żeby wziąć udział w rozprawie i iść dalej. Podobnie w przypadku Courtneya, jednak on ma przed sobą raczej dłuższą i mroczniejszą ścieżkę. Rany, brzmię jak jakaś domorosła wróżka za pięć złotych :DD. Niemniej jednak tak właśnie widzę jego sytuację. Ktoś już to w komentarzu powiedział i mogę się jedynie zgodzić – Courtney został mocno zraniony i jeśli nawet Chase zrozumie swój błąd i znajdzie swoje, rzekomo wielkie, jaja to i tak nie będzie różowo.
    Gratulacje z powodu wydania nowej książki ♥♥. To chyba ogromna satysfakcja móc trzymać w dłoni dzieło własnych rąk, mając jednocześnie świadomość, że to książka, którą przeczyta wiele osób. To zostawia ślad ☺.
    Pozdrawiam i do poczytania.

  3. Katka pisze:

    Kasia, taaak, Marshall jest naprawdę super ostatnio. Bez niego Courtneyowi w tym okresie na pewno byłoby gorzej. Dzięki niemu jakoś sobie radzi, chociaż i tak kiepsko. Ale zawsze lepiej ze wsparciem. Ale masz rację, dobrze by było, gdyby Chase coś zrobił, bo tak, Courtney ma powaaażny dołek. Byle się teraz za bardziej nie pogłębiało…
    Z Jamesem to na pewno potrzeba czasu. On musi po prostu wyleczyć swoje rany. Walter pomaga mu jak może, ale potrzeba troche czasu, żeby zwyczajnie zapomniał. hehe, miło, że się przychylasz do Shane’a XD On czasaaami dobrze mówi XD

  4. Kasia pisze:

    Może spróbuję poszukać pozytywów w tym jakże dołującym rozdziale… Marshall okazuje się być świetnym bratem, nie dość że ogrzeje w nocy to i obroni, albo porządnie przywali byłemu facetowi. Chase ty uparta i tchórzliwa dupo – weź no zacznij coś działać bo Courtney w poważną deprechę wpadnie…A ten piec to już naprawdę nie miał się kiedy popsuć. ..
    Jeśli chodzi o Jamesa to chyba tylko czas coś tu zdziała, no i szybkie zakończenie tej rozprawy żeby mógł to wyrzucić z głowy i zacząć na nowo, tylko nie wiem czy powinien wracać do tej szkoły. .. Dobrze że ma takie wsparcie ale i tak jest mi go okropnie szkoda. Chyba przychylam się tu do podejścia Shane’a – niektórzy nie rozumieją nie siłowych rozwiązań ;)
    Dziękuję dziewczyny i proszę nie znęcajcie się za bardzo nad naszymi chłopakami 😊

  5. Katka pisze:

    Yaoistka, no niestety jak się na to spojrzy racjonalnie to właśnie jest tak, że Cone naprawdę mógł stracić pracę. I byłoby mu ciężko wrócić do tego zawodu. Więc niejako obawy Chase’a były usprawiedliwione, ale i tak… załatwił to wszystko bardzo źle :(

  6. Yaoistka^^ pisze:

    Dobrze wiedzieć, że coś idzie ku dobremu ^^ …Ah ten Chase… z jednej strony umiem sobie wyobrazić co by było itd, Coney by stracić mógł pracę za związek/ zbliżenie się cieleśnie do nastolatka/ swojego podopiecznego… Jej… ale głupio zrobił, że tak o… Mogli się ukrywać aż do końca kuratorium Coney’a nad nim.. Ah… idę spać xD

  7. Katka pisze:

    Jelis, noo, Jamesa szkoda, bo tak jakby potwierdziły się jego obawy i to jest przykre. Sam by sobie z tym nie poradził. Dobrze, że ma wsparcie. A co do Courtneya i Chase’a, to fajnie, że tak w nich wierzysz, haha. Bo widzę dużo pewności w Twoich słowach :D

    Maruda, tak, Courtney zasługuje na coś dobrego w swoich życiu, ale często wcale nie jest tak sprawiedliwie, jakbyśmy chcieli. Niewinni obrywają z głupich powodów, jak Courtney i James. Ale może gdzieś na końcu jest dla nich happy end… Hehe, no i fajnie, że seks się podobał :D Lubimy ich zabawy.

    Tess, pierwsze spotkanie po zerwaniu może być bardzo… specyficzne. Chyba żaden z nich teraz nie chce się z tym mierzyć, ale Courtney wciąż jest kuratorem Chase’a, więc to nieuniknione. Och i ten 89 rozdział. Taka wielka niewiadoma XD Zaczynam się coraz bardziej cieszyć z tego, że daliśmy taki tytuł XD Haha, Marshall się nareszcie przydaje XD No tak, całkiem sobie daje radę w roli starszego brata. Courtney, gdyby nie był w takim dołku i bardziej to zauważał, to pewnie by nie dowierzał XD Oooch, a ta tęsknota, o której piszesz, jest bardzo urocza :D

    Wadera, tak, słusznie zauważasz, że Courtney nie oberwał po raz pierwszy i im więcej takich doświadczeń, tym gorzej na przyszłość. Z drugiej strony, on troche desperacko łaknie szczęścia. No ale na pewno takie akcje nie robią dobrze jego psychice. Chciałby chyba bezpieczeństwa i stabilizacji. Kwestia Alberta jest faktycznie ciekawa, bo też zależy, jak by do tego podszedł. Czy bardziej by się skupił na tym, żeby wesprzeć Jamesa, czy bardziej żeby nie pokazać siebie jako geja. Jest to jakieś wyzwanie dla naszego byłego księżulka XD Walter chyba mu jednak nie dopuści XD Pozdrówki!

  8. Wadera pisze:

    Współczuję Courneyowi nie dość, że jego prywatny termofor go zostawił to jeszcze ogrzewanie siadło. Dobrze, że ma chociaż Lila do ogrzania. Jeszcze się biedak zapracowuje, a to też niedobrze. Jestem ciekawa czy Chase’owi w ogóle uda się przeskoczyć tą przepaść, którą zbudował. Zwłaszcza, że Courtney nie został zraniony po raz pierwszy i następnym razem może nie być tak ufny.
    Dobrze że Jammie ma wsparcie. Widać słowa Dawida mu bardzo pomogły i uporządkowały w głowie parę rzeczy. Ta wycieczka jak najbardziej mu się przyda, więc trzymam kciuki żeby doszła do skutku i żeby nie wylądowali w slumsach ;)
    Jestem też bardzo ciekawa czy Albert się przełamie i pójdzie na rozprawę. W końcu Jammie żył tak jak i on preferuje i nikt w pracy nie wiedział o jego życiu prywatnym. Jestem pewna że potępi zachowanie uczniów, ale czy będzie chciał wesprzeć profesora? Z jednej strony jest bardzo walecznym facetem, a z drugiej to będzie trochę jak deklaracja po której jest stronie. Czekam niecierpliwie ;)
    Pozdrawiam, Wadera.

  9. Tess pisze:

    Ojeju, nie będzie to zbyt odkrywcze, ale… Jak mi żal Coneya, widać jak mu ciężko. Dla niego to pewnie nie będzie łatwe, ale czekam z utęsknieniem, jak wreszcie się spotka z Chasem, jestem mega ciekawa ich reakcji. Dopiero od kilku rozdziałów nie są razem, a mam wrażenie, że to już cała wieczność i powiem szczerze, że coraz bardziej boje się kolejnych rozdziałów, bo tytuły wcale nie wskazują na to, że ich pojednanie nastąpi szybko. Czy jeśli powiem, że tytuł 89 rozdziału budzi we mnie lęk, to będzie to dziwne? xDD Ja tak bardzo mam nadzieję, że to nie o Coneya chodzi, o matko… I tyle czasu trzeba czekać, chyba umrę xD
    Ech już pomijając… Marshall zadziwiająco fajnie się sprawuje jako starszy brat, nareszcie się do czegoś przydaje, haha.
    No i oczywiście szkoda mi Jamesa, ale dobrze, że chociaż Shane z Davidem (nasze nowe przykładne małżeństwo) mu jakoś pomogli się zdecydować, co powinien dalej zrobić w zawiązku z tą sytuacją ;)

    Jak ja tęsknie za Chasem i Coneyem razem!! Aaaaa, zabijcie mnie.

  10. Maruda pisze:

    Biedny Coney.. ale sama nie wiem.. może powinien znaleźć sobie kogoś innego? Tak jak powiedział mu Marschall. Dużo wycierpiał i zasługuje w końcu na szczęście. Fajnie, że było coś o Walterze i Jamesie. Chyba wszystko u nich idzie w dobrym kierunku (mam nadzieję) ;) ohh.. i jakoś ta scena ich seksu wybitnie mi się podobała. Była cudowna !

    „Dobra Jimmy… Czas na rodeo” xDDD

  11. Jelis pisze:

    Szkoda mi Jamesa przez tę sytuację bo akurat ten który się tego bał najbardziej został tak potraktowany. Ale nie mniej szkoda mi Courtney’a bo on oberwał przez coś co go bezpośrednio nie dotyczyło. Chase’a też bo nie do końca to jego wina, że się boi. To dla niego za dużo w końcu jest tylko nastolatkiem z problemami. Ale nie przyjmuję do wiadomości, że się nie zejdą. Po prostu czekam kiedy to zrobią bo zrobią i już o!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s