Across The Cursed Lands III – 56 – Reorganizacja

Eddie niewiele pamiętał. A raczej nic nie pamiętał, odkąd został zawleczony przez Adelę pod drzewo. Później miał przebłyski. Ból w boku, zapach palonego ciała i dłoń Malvina na twarzy. Potem zostały tylko wrażenia. Że ktoś go dotykał, że do niego mówił. Stracił bardzo wiele krwi i nie miał pojęcia, kiedy znalazł się w szpitalu. Bo właśnie w nim teraz się ocknął, kiedy słońce zaczęło go razić w oczy.
Znajdował się w dużej sali z mnóstwem leżanek. W pierwszej kolejności przyprawiło go to o mocniejsze bicie serca. Skojarzenie naszło go samo. Leżanki, rury, Posłuszni… Niemalże poderwał się przez to, ale szybko opadł z powrotem, kiedy zakręciło mu się w głowie.
— Uważaj! — Usłyszał znajomy głos.
Malvin poderwał się z krzesła i od razu pochylił do niego. Musiał tu siedzieć cały czas. Nie przebrał się nawet. Jego ubranie było bordowe od krwi, a włosy posklejane. A do tego wszystkiego… przekrwione i mokre oczy, które musiały bardzo długo płakać.
Eddie zacisnął powieki. Chciał sobie coś przypomnieć, ale czuł jedynie ból i otumanienie.
— Mmm… Malvin — wychrypiał przez zaschnięte gardło i znów spojrzał na zapłakaną twarz mężczyzny. — Długo tu jesteś?
A mężczyzna od razu pokiwał gorączkowo głową. Przysiadł na skraju wąskiego łóżka i dotknął jego przedramienia.
— Cały czas. Przyjechaliśmy tu około trzeciej w nocy… Chyba godzinę temu roznoszono śniadanie. Zaraz poproszę o posiłek dla ciebie — dodał i… znów popłynęły mu łzy.
Eddie chciał sięgnąć do jego twarzy, aby otrzeć mu je, ale zamiast tego tylko stęknął i spojrzał na swoje ciało. Był tylko w bandażu i luźnej bieliźnie. Bandaże zasłaniały mu znaczną część brzucha. A on czuł się cały połamany.
— Nie wiem, czy coś zjem… Jak ty się czujesz? I nie płacz, spokojnie. Już po wszystkim.
— Ja dobrze. Nic mi się nie stało poza kilkoma siniakami — wyjaśnił traper zduszonym głosem. Otarł policzki rękawem i uśmiechnął się przez łzy. — Tak bardzo się cieszę, że żyjesz…
— Jakoś jeszcze dycham. Uch… — Eddie stęknął, starając się wygodniej położyć. Nie miał jednak siły, żeby się bardziej ruszyć. — Dobra… bez sensu. A jak reszta?
Malvin popatrzył na drugi koniec sali, a Eddie podążył za nim spojrzeniem. I teraz dostrzegł na jednej z leżanek Williama. Wyglądał, jakby spał. Też miał przewinięte bandażem ramię. Z kolei nieco bliżej, na jednym z łóżek siedział Nicholas z wybitnie niezadowoloną miną. Był obłożony jakimiś opatrunkami w kilku miejscach na ciele, choć wcale nie wyglądał, jakby chciał je mieć. Przy nim siedział Maverick z usztywnioną dłonią, najwięcej mówiący Jefferson i Adela, która wyglądała, jakby przysypiała na siedząco.
— Żyją. Nick jest poparzony w kilku miejscach. Maverick miał złamane palce, a Adela jest mocno poobijana. Ale wszyscy przetrwaliśmy. Nick oddelegował Isaaka do prezydenta, żeby mu wszystko streścił i przekazał, że sami przyjdą wieczorem. Na razie lekarze nie chcieli Nicka nigdzie puszczać — streścił Malvin, cały czas, chyba bez udziału myśli, trzymając dłoń na ręce Eddiego. Jakby chciał go nieustannie czuć. Być pewnym, że ten jest obok.
Nicholas, słysząc, że jest o nim mowa, wychylił się na swoim łóżku.
— Twierdzą, że jestem poparzony i jak to zdejmę, będę miał blizny. Jakby cokolwiek to zmieniało — odparł na tyle głośno, żeby Eddie go słyszał, a na tyle cicho, żeby nie obudzić Williama. — A jak ty się czujesz?
Eddie nie umiał dobrze na to odpowiedzieć. Bolało i był dziwnie zesztywniały.
— Chyba przeżyję, ale nigdzie z wami już nie jadę.
Maverick uśmiechnął się po tych słowach.
— Ja też mam dość na jakiś czas.
— No co ty? Było przezabawnie, kiedy wszystko waliło się nam na łeb. Ubaw po pachy! — Jefferson prychnął z rozbawieniem, ale że William spał, to nie było komu się zaśmiać. Przewrócił więc oczami i darował sobie wyjaśnianie żartu.
Wszyscy mieli dość. Potrzebowali odpoczynku. Zaś Adela, która marzyła już o śnie, wstała z leżanki i podeszła do Eddiego. Była przebrana, jak oni wszyscy. W przeciwieństwie do Malvina, który wyglądał, jakby po prostu nie dawał się odciągnąć od Eddiego.
Pochyliła się do kowala i cmoknęła go w policzek.
— Dziękuję za uratowanie życia. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tu.
— Co byłby ze mnie za mężczyzna, gdybym nie próbował uratować kobiety? Z całym szacunkiem dla twoich zasług. — Eddie odpowiedział jej uśmiechem, po czym dopytał: — Ale mógłbym za to trochę wody?
— Oczywiście! Już ci przyniosę. Zostawiono nam dzban — odpowiedziała żywo i podeszła do metalowego stolika stojącego w rogu tej dużej, szpitalnej sali.
Kiedy nalewała wodę do szklanki, Malvin znów pogłaskał swojego partnera po przedramieniu i dodał:
— Mówili, że gdy tylko odeśpimy, pozwolą nam przenieść się do Waszyngtonu. Powinieneś móc wejść do wozu i pojechać z nami. Musieliśmy się tu zatrzymać, żeby zdążyć cię uratować — zachrypnął na koniec. Z nich wszystkich wyglądał na najbardziej spiętego. Mimo że było po wszystkim, brzmiał, jakby wciąż się martwił i przeżywał to wszystko na nowo.
— Adela jeszcze się prześpi chwilę, zmienią ci, Eddie, bandaże, Malvin się przebierze i faktycznie udamy się do Waszyngtonu. Mają tam lepszych lekarzy i lepsze warunki. — Nick przyznał rację traperowi, nie oszczędzając mu małego przytyku.
Ten spojrzał po sobie niemrawo. Wiedział, że wyglądał źle, ale po prostu nie mógł odejść od łóżka partnera. Nie, kiedy istniało ryzyko, że ten nie przeżyje. Że nie wytrzyma, a jego przy nim nie będzie.
— Masz, napij się ostrożnie — powiedziała Adela, kiedy podeszła do kowala i pomogła mu trochę się unieść.
Ten z trudem uniósł rękę po przeciwnej stronie rany i siorbnął wody. Pomogło mu to zarówno na zaschnięte gardło, jak i na zmęczenie. W jakiś dziwny sposób.
— Mmm… Dziękuję. Malvin, mają rację. Też musisz odpocząć, wszyscy i tak tu są.
— Będziemy krzyczeć, jak będziesz musiał się zająć swoim miśkiem — zażartował znowu Jefferson. Schodziło z niego zdenerwowanie, a co za tym idzie, jego humor był z tych, które ciężko było znieść.
Policzki trapera, choć były brudne po walce, teraz delikatnie się zarumieniły. Speszyły go słowa Rangera, choć i coś ciepłego rozlało mu się w piersi. Tak, Eddie był jego misiem.
— Skoro ja też to wszystko opóźniam, to pójdę się przebrać i chwilę zdrzemnąć. — Zerknął na kowala. — Też prześpij się jeszcze przed wyjazdem.
— Nie omieszkam. — Eddie skinął głową, dając znak, że zdecydowanie był za tym planem. Napił się wody i już był zmęczony.
Jak oni wszyscy. Na szczęście w szpitalu w tej niedużej mieścinie było cicho. Mogli spokojnie spać, tak jak robił to teraz William. Malvin wyszedł, by poprosić pracowników o kąpiel i świeże ubrania. Maverick również przekonał Nicholasa, że warto było zażyć kilka godzin snu. Wszak nie spali całą noc, która wymagała od ich organizmów dużego nakładu siły. Jedynie Jefferson miał wrażenie, że wcale tak desperacko nie potrzebował snu. Dlatego postanowił zająć się przygotowaniem wozu dla Eddiego i całego ich wyjazdu do Waszyngtonu. Mieli blisko, więc mogli wyjechać nawet na krótko przed zachodem słońca. Teraz już nigdzie się nie spieszyli…
Mieli chwilę oddechu na wylizanie ran. Mogli przemyśleć, co tak naprawdę zobaczyli. I kiedy prawie każdy na chwilę się położył, chociaż słońce było coraz wyżej na niebie, szybko usnęli. Spali jednak czujnie, jakby dawka adrenaliny nie chciała szybko z nich zejść. Nie pozwalała dobrze się wyspać. Musiało minąć trochę czasu, nim faktycznie zrozumieją, że nic im nie grozi.

***

Późnym popołudniem udało im się zebrać ze szpitala. Eddie został przeniesiony na wózku, co odbywało się bardzo ostrożnie. Malvin cały czas przy tym asystował. Ostatecznie kowal został umieszczony w sporym wozie z miejscem leżącym. Wszystko było zadaszone i odpowiednio ocieplone. Eddie leżał pod kocami, a przy nim cały czas siedział Malvin. Razem z nimi jechał Jefferson i William. Okazało się, że ten drugi miał złamany bark, ale… nie marudził. Dobrze to znosił i chyba był zbyt szczęśliwy, że wszystko mają za sobą, by narzekać na ból.
W drugim wozie, tym jadącym z przodu, siedział Nicholas i Maverick. Oni również byli ciepło odziani, żeby nie wyziębić się podczas tej krótkiej podróży. Wóz lekko podskakiwał na nierównościach, choć jechali przejezdnym szlakiem. Szybko ciemniało, a oni znów marzyli o kolejnych godzinach snu. Potrzebowali go więcej niż te kilka chwil na zmrużenie oka w szpitalu.
— Nick… Nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać o Jess — odezwał się miękko Zwierzak, ostrożnie podchodząc do tematu.
Nicholas miał opatrunki na całym ciele. Ponoć był poparzony, jak twierdzili lekarze, ale on chciał się już tego pozbyć. Znosił to jeszcze dla Mavericka. Nie dał rady jednak wydusić z siebie słowa o tym, do czego ten nawiązał.
Starszy mężczyzna siedzący tuż obok niego położył dłoń na jego zdrowym udzie i powoli je pogładził.
— Zdążyliście pomówić, zanim… to wszystko się stało?
Nicholas popatrzył na jego dłoń, po czym pochylił się do przodu i oparł łokcie o kolana. Patrzył na konie, które ciągnęły ich wóz. Droga była prosta, więc Maverick wiele nie musiał robić.
— Nie nazwałbym tego rozmową. To… to nie miało tak być.
— Nie miało — przyznał Maverick. Pomyślał o tym, że jeszcze z ich Boosy żyła większość… On, Nick i Adela. Ale dla jego ukochanego teraz nie było to żadnym pocieszeniem. — Lecz wiele zmienia to, że była po naszej stronie. Wybacz, że… wątpiłem.
Nicholas westchnął głębiej. Nie był pewien, czy chciał o tym znowu rozmawiać, ale był zbyt zmęczony na złość i… nawet na smutek. Czuł coś bardziej w rodzaju pustki.
— Miałeś prawo.
— Nick… Spójrz na mnie.
Generał potarł czoło i oczy wierzchem zdrowej dłoni. Nabrał w płuca zimnego powietrza i dopiero spojrzał na partnera. Ten wyciągnął rękę do jego twarzy i odsunął mu ze skroni włosy, chcąc lepiej widzieć jego oczy.
— Powiedz mi, jak się czujesz. Chcę być dla ciebie.
Drugi mężczyzna przytulił dłoń trapera do swojej twarzy i pocałował jej wnętrze. Nie było mu tak łatwo odpowiedzieć na to pytanie, ale musiał sobie uzmysłowić jedną rzecz i żeby stało się to faktem, musiał powiedzieć to głośno. Choć nie chciał.
— Mav… Teraz już… już bezpowrotnie ją straciłem. Nie… nie żyje. Nie ma odwrotu.
Jego partner skrzywił się boleśnie i ujął go za policzek. Wyciągnął głowę i pocałował go z uczuciem.
— Potwornie mi przykro, że to stało się w takich okolicznościach. Że nie mogliśmy jej uratować tak jak ciebie — szepnął. — Ale pojednaliście się na koniec. Byliście razem.
Nicholas skrzywił się i odsunął się.
— Gówno mi to daje — syknął i pochylił się do przodu na koźle, zakrywając twarz dłońmi. — Muszę… Muszę to przetrawić. W końcu… już tyle czasu nie byliśmy nawet blisko.
Maverick zabrał dłoń, widząc, że Nicholas rzeczywiście potrzebował czasu. Może też do tego trochę alkoholu i spokojnego wieczoru przy kominku. Musiał przejść swoją żałobę po swojemu.
— Wiem, że trudno jest… żegnać się dwa razy — powiedział więc cicho, unosząc wzrok przed siebie, na już widoczne w oddali budynki stolicy.
Nicholas przypomniał sobie, jak oddalali się od Charleston. On nadal z nadzieją, że siostra żyje i że jednak nie chciała ich śmierci. Maverick przekonany, że ich zdradziła. Było wtedy… inaczej. Tak inaczej niż teraz.
— Wtedy było chyba łatwiej…
— Teraz jesteś bardziej pewny. Nick, to było… Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby ta szalona eskapada nie była niczym okupiona — przyznał ciężko Maverick.
— A mimo wszystko wypierałeś tę myśl cały czas — mruknął Nick z wisielczym tonem i znowu potarł twarz dłońmi. Popatrzył po tym na ukochanego. — Nie powiem, że mogło być gorzej, Mav. Widziałem, jak umierała. A to moja siostra… I dopiero teraz widzę, jak za młodu byliśmy beztroscy i ile szczęścia mieliśmy.
Maverick uśmiechnął się blado, gdy w sekundzie przez jego głowę przemknęły wspomnienia tego, co za sobą zostawili.
— Nie wiem, co nad nami czuwało, ale aż nie wierzę, że zdołaliśmy przeżyć tak długo.
— W częściach czy w całości. — Generał uśmiechnął się krzywo jedną stroną ust. — Cieszę się, że żyjesz. I że mnie nie zostawiłeś, chociaż… nie byłem najlepszy swego czasu.
— Ja też nie — mruknął Maverick, od razu odwracając wzrok na bok. Czuł się jak idiota, kiedy przypominał sobie te lata, gdy byli tak… daleko. — Nie chciałem nigdzie z tobą jeździć. Byłem wściekły o każdą błahostkę. Wiem, że się odsuwałem.
— I teraz pomyśl, że w tym czasie coś mogło się wydarzyć. Albo… — Nicholas zacisnął usta. — Nie traćmy już czasu, Mav. Trochę też dla Jess i Johna. W końcu ona nie robiła tego aż tak dla nas, jak dla niego.
Te słowa zabrzmiały w uszach Mavericka dość mocno. Nick miał rację. Jess niejako zrobiła to z miłości. By pomścić swojego ukochanego. By zrobić coś dobrego, żeby jego śmierć nie została zapomniana. On nie chciał robić nic z tak… przykrego powodu. Chciał korzystać z tego, że byli razem. Że wspólnie stanowili siłę i mogli razem działać. Być ze sobą. Cieszyć się tym co mieli, a co zostało brutalnie odebrane Jess.
Przytaknął twardo i puściwszy lejce prawą dłonią, sięgnął do ręki partnera. Ścisnął ją mocno.
— Nie traćmy czasu — powtórzył jego słowa jak przysięgę.
Nicholas uśmiechnął się smutno i wychylił się, chcąc pocałować zarośnięty policzek trapera.
— Kocham cię, Mav. Postaraj się, żebym nie musiał czuć po tobie tego bólu, jaki teraz czuję po Jess.
— Wiesz, że to by było sprawiedliwe, właściwie powinniśmy umrzeć w tym samym czasie? — zapytał Maverick cicho i zmrużył oczy w delikatnym uśmiechu. — Ale już nie czuję się taki stary, gdy mam ciebie. Jeszcze wiele lat przed nami, kochanie. Lepszych.
Nicholas uśmiechnął się i, jak nie on, dał sobie spokój ze swoją postawą odpowiedzialnego generała i człowieka twardo stąpającego po ziemi. Oparł czoło o ramię prowadzącego wóz Mavericka.
— Będzie lepiej… — wyszeptał, a traper usłyszał, jak pociąga nosem. — Lepiej razem.
Starszy mężczyzna zapatrzył się na ciemniejące niebo nad coraz większymi budowlami Waszyngtonu. Cierpiał razem z Nicholasem. Czuł jego ból i dzielił go z nim. Ale było tak, jak mówił Nick. Teraz już będzie tylko lepiej. Zbyt wiele się nauczyli, zbyt wiele razem przeszli, by wciąż się od siebie oddalać. Teraz byli bliżej niż kiedykolwiek. Musieli się tylko pozbierać.

***

Prezydent polecił Nicholasowi odpocząć. Był to twardy rozkaz, któremu generał nie mógł się sprzeciwić. Musiał udać się na noc z Maverickiem do hotelu i odespać. Zresztą, nawet gdyby chciał już teraz porozmawiać o tym, co zaszło, to specjalnie z Grantem by się nie porozumiał, bo ten wciąż dostawał kolejne meldunki od swoich ludzi powracających ze zgliszcz siedziby. Raporty rosły na biurku, a on wszystko porządkował. Nicholas przyznał przekonującemu go do tego jeszcze Maverickowi rację, że jutro dowie się więcej. Tej nocy mogli rzeczywiście po prostu pójść spać.
I tak się stało. Malvin i Eddie nocowali w szpitalu, w którym porządnie zajęto się kowalem. Jefferson i William spali w gospodzie. Rozmawiali chwilę, ale lekarz był zbyt wyczerpany, by długo dywagować na tematy tego, co zaszło w fabryce. Jedyne, czemu poświęcił więcej uwagi, to Hibiki. Dowiedział się, że ponoć Jess go zabiła. I choć był z tego rad, tak w duchu żałował, że sam nie mógł wpakować mu kulki w serce.
Isaac nieustannie załatwiał rozkazy samego prezydenta. Jeszcze zanim jego towarzysze z ostatniej eskapady się zbudzili, siedział w gabinecie przydzielonym mu przez Granta i wertował dokumenty wszystkich krewnych Burtona. Na wszelki wypadek. Adela z kolei pakowała się, by móc odwiedzić swoje dzieci i męża. Czym prędzej. Po spojrzeniu śmierci w oczy po prostu chciała ich zobaczyć. Nikt jej nie zatrzymywał. Wiedzieli, gdzie ją znaleźć. Dostała błogosławieństwo od prezydenta, aby wracać do rodziny. Ten rozumiał to, chociaż wyrażał to przez zapracowanie i swój charakter, po prostu nie sprzeciwiając się. I zapewnił jej chociaż na część drogi transport, żeby nie musiała spać w siodle.
Nicholas i Maverick zdążyli się z nią pożegnać, lecz było to tylko kilka wymienionych naprędce zdań. Obiecali sobie całą trójką, że w nowym roku spotkają się wspólnie, by powspominać dawne czasy przy szklaneczce whisky.
Bliżej południa Nicholas i Maverick wreszcie udali się na spotkanie z prezydentem. Ten zaprosił ich do jednej ze swoich ulubionych restauracji. Był to właściwie spory klub dżentelmenów, jeśli można było tak to nazwać. Poza pomieszczeniem jadalnym był jeszcze pokój do gier w karty czy kości oraz bar połączony ze sceną, na której gościli znani w kraju muzycy. Był też mały pokoik, który zawsze czekał na mężczyzn lubujących się w popalaniu cygara.
— Dopiero teraz dociera do mnie, że przedwczoraj, kiedy walczyliśmy o kraj i życie, było Boże Narodzenie — powiedział Maverick, kiedy już zeskoczyli z koni i oddali lejce stajennemu. Byli specjalnie odrobinę wcześniej, by nie kazać Grantowi czekać.
Nicholas aż spojrzał na niego z zaskoczeniem, także zsuwając się z konia. Ponaciągał sobie więcej mięśni, niż myślał. Coraz bardziej to czuł.
— Tak? Kompletnie ostatnio nie myślałem o tym, jaki jest dzień.
— Może chociaż nowy rok będziemy odpowiednio świętować — rzucił Maverick, który mimo złamanych palców dobrze sobie radził. Wciąż miał sprawną jedną dłoń, którą właśnie zdjął z głowy kapelusz i strzepał na deski ganku śnieg. — Ale nie omieszkam na ranczu zrobić odświętnego indyka.
— Trzeba będzie go kupić. Czy będziesz polować? — spytał Nicholas, także otrzepując się ze śniegu. Znowu padał, a już miał go dość. Martwił się o Adelę i jej podróż do domu. To była długa droga, a pora roku i pogoda nie sprzyjały.
— Chyba kupię tym razem. Brakuje mi trochę lenistwa — przyznał Maverick.
Gdy już obaj byli gotowi, otworzył drzwi i wszedł do przybytku. Gdyby Nicholas nie pamiętał, że były święta, to właśnie by sobie przypomniał. W restauracji wciąż widać było świąteczne ozdoby. Wieńce wisiały tu i tam, podobnie jak inne, kolorowe ozdoby. U wysokiego sufitu wisiały złote gwiazdki, a kelnerki miały doczepione do fartuszków zielone gałązki.
Maverick zaciągnął się przyjemnymi zapachami i podążył w stronę schowanego na uboczu stolika. Grant już przekazał nim, że stolik ten zawsze na niego czeka i to właśnie tam będzie ich szukał.
Powitali obsługę, kiedy ta do nich podeszła, oddali ciepłe płaszcze i w końcu usiedli, zgodziwszy się na ciepły napitek w ten mroźny dzień. Nie mieli już powodów, by się spinać i nie skorzystać chociaż trochę z resztek świąt. Wszystko to nie miało prawa przetrwać nawet do nowego roku, ale to był jeszcze taki ostatni oddech.
— Przyjemnie tu — skomentował Nicholas, pocierając dłonią o udo. Jak zwykle ludzie zagrzewali dłonie o siebie, u niego się to nie sprawdzało.
— Mhm. Nie wiem, czy wino na gorąco nas zanadto nie uśpi o tej porze dnia, ale czuję, że mógłbym tu spędzić dużo czasu — przyznał Maverick siedzący na szerokim, wygodnym fotelu. Siedzenia były obite miękkim materiałem, meble z ciemnego drewna, a muzyka płynąca z sąsiedniego pomieszczenia relaksująca. — Dopiero teraz cały stres ze mnie schodzi.
— Ze mnie dopiero po rozmowie z prezydentem — mruknął Nick i jeszcze rozejrzał się po wnętrzu. Miejsce, jakie zajmowali, było naprawdę komfortowe. Odpowiednio oddalone od innych stolików, daleko też od okien czy drzwi, więc bezpieczne. A przy tym mieli stąd widok na otoczenie. Można było obserwować innych gości, samemu czując się bezpiecznie. — Ciekawe, czy któryś z tych strażników puścił jeszcze parę z ust.
— Jeśli nie, to możemy polecić Grantowi Willa po tym, co zrobił ze Smithem — mruknął grobowo Maverick.
Wymienili się jeszcze kilkoma zdaniami, aż do ich stolika podeszła kelnerka i postawiła przed nimi dwa, ciężkie, kryształowe kufle pełne gorącego wina. Niedługo czekali też na Granta. Przybył do nich z całą swoją wytwornością. Schludny i zadbany jak zawsze. Również zamówił napitek i każdemu z mężczyzn podał dłoń.
— Generale, starszy sierżancie. Siadajcie, siadajcie — poprosił, gdy ci wstali. — Wciąż regenerują panowie siły, jak widzę.
Nicholas uśmiechnął się półgębkiem. Nie zamierzał potwierdzać, ale nadal czuł się wykończony.
— Bywało gorzej, panie prezydencie — odpowiedział, siadając kiedy tylko zrobił to Grant. — Dziękujemy za spotkanie.
Ulysses przytaknął i założył nogę na nogę. Jego niebieskie oczy patrzyły spokojnie. Nie wyglądał na zmartwionego, choć jego wyraz twarzy zawsze wydawał się wyrażać jakiś cień rozterki. To było jednak naturalne. Pierwsze wrażenie na szczęście nie sprawiło, że Nicholas i Maverick zaczęli się niepokoić. Również kolejne słowa Granta sprawiły, że odetchnęli.
— Przejdę od razu do konkretów, nim pogawędzimy o planach panów na przyszłość. Pierwsze wnioski wskazują na to, że nigdzie indziej w kraju nie ma składowisk… Posłusznych. Całą noc odpowiedni ludzie analizowali wszystkie dokumenty, które przetrwały. A zaskoczę was, sporo ich było, ponieważ to przeklęte miejsce było solidnie zbudowane. Niemniej, drodzy panowie, wygląda na to, że wszystkie surowce kierowane były właśnie do tejże fabryki. Szlaki nie wiodły nigdzie indziej w kraj.
— A wiadomo o wszystkich miejscach, z których biegły? — Nicholas zaciekawił się. Znali zbiornik, do którego wpływało całe szambo, ale był jeszcze ciekawy, czy znali i rozbroili wszystkie miejsca, z których to płynęło.
Prezydent poczekał, aż zostanie mu przyniesiony napitek. Darował sobie rozgrzewające wino z owocami, jakie tu serwowano i został przy burbonie.
— Widzę że jednak jeszcze nie odetchnął pan od tej sprawy, generale. Ale już tłumaczę, bo rozumiem zaniepokojenie. — Napił się i dopiero ze spokojem kontynuował. — Znaleźli panowie, z tego co wynikało z waszych raportów, większość wspólników Burtona. Sprawdziliśmy jeszcze duchownego, który działał niedaleko. Lecz zniknął jakiś czas temu. Będziemy go poszukiwać. Tak samo jak ciała mechanika. Samson Tear, jak wynika z notatek, jakie odzyskaliśmy, dostarczał materiały, ale też był odpowiedzialny za część projektu Posłusznych.
Para mężczyzn siedząca naprzeciwko niego, schludnie ubrana, odpowiednio jak na spotkanie z prezydentem, spojrzała po sobie z zaskoczeniem.
— Samson Tear? — powtórzył Nicholas.
— Nie słyszeliśmy o kimś takim od Blacka i Lockerbie — dodał Maverick. — Musieli nie trafić na jego trop. Wiadomo, gdzie przebywał?
— Tak, jest trasa, którą trzeba było do niego przebyć, ale też informacja, że jest już nieprzydatny. A z tego co przekazali mi moi ludzie i wy, wszyscy, którzy byli już nieprzydatni, ginęli od wirusa. — Prezydent mówił, jakby już miał nad wszystkim pełną kontrolę. Mogła być to poza, ale i prawda.
— Rozumiem, że zostali już tam wysłani ludzie? — upewnił się Maverick, popijając wino małymi łykami. Mocno rozgrzewało przełyk i żołądek.
Prezydent przytaknął.
— Tak, tą sprawą już się zająłem. Hamilton, jak już może wiecie, z kolei bada wszelkie kontakty rodzinne Burtona, skoro jego wuj był w to także zaangażowany. Wydaje się dość mocno abstrakcyjne to, jak czarnoskóry mężczyzna przyłożył do czegoś takiego rękę — przyznał z zamyśleniem. — Znaleźliśmy strzępki pamiętnika. Zabrałem przykładową stronę, żeby móc panom przeczytać, z czym mogła wiązać się ta… to szaleństwo.
— Nie wiem, czy to na przyszłość rozwiąże jakiekolwiek problemy, ale proszę, jestem tego ciekaw. Chociaż już słuchanie go obrzydzało — mruknął Nicholas z odrazą do Burtona. Z chęcią jeszcze raz by go powiesił. Za to, jakim człowiekiem był, i za to, co zrobił jego siostrze.
Grant przytaknął i odłożył szklaneczkę z alkoholem. Następnie odchylił poły marynarki i sięgnął do kieszonki w bordowej kamizelce. Stamtąd wyciągnął poskładaną na cztery części, nadpaloną kartkę. Założywszy jeszcze na nos wąskie okulary, przeczytał:
— „Jakże słabi są moi przodkowie i moi obecni, z niesmakiem nazywam ich tak, bracia. Skoro oni wszyscy…” Czarni, mówiąc w domyśle — dodał prezydent. — „Skoro oni wszyscy, a przecież tak liczni, poddali się białym. Skoro dali się zamknąć w okowy. Skoro bali się i boją zawalczyć o swoją godność, to przecież tej godności nie mają. Słabość tych ludzi musi być genetyczna, zatem ja, który to widzę, czuję się w obowiązku pozbawić ten kraj złego pierwiastka. Wypalę to plugastwo, by ziemia ta nie była zhańbiona ludzkimi zwierzętami i mogła cieszyć się, że chodzą po niej tylko ci, którzy potrafią zawalczyć o swoje człowieczeństwo” — zakończył, westchnął głęboko i schował kartkę z dziennika. — Podejrzewam, że z czasem, gdy jego teorie się kreowały, rozszerzył swoją nienawiść poza czarnych do wszystkich inności.
— Właśnie, jeśli o tym mowa. Rozmawiałem już o tym z Maverickiem… sierżantem Baileyem — poprawił się Nicholas. Był ożywiony i jeszcze bardziej zniesmaczony po tym, co usłyszał. — Byłem przy Burtonie, kiedy ten, z tego co wywnioskowałem, obudził część Posłusznych, ale nie miał im w jaki sposób przekazać rozkazów. A i tak to my byliśmy przez nich atakowani, kiedy wydostaliśmy się z fabryki. I to od razu, nie był to akt obrony. Pytam, czy może więc któryś ze strażników o tym mówił, jak do tej pory? Bo… cóż, żaden z nas nie pasuje wizualnie do tego, czego chciał pozbyć się Burton.
— Dotknął pan sedna, generale — podchwycił Grant, unosząc brwi i wskazując na Nicholasa. — Kilku pojmanych strażników przesłuchiwaliśmy i wyciągnęliśmy pewne wnioski. Niepokojące wnioski. Posłuszni tak naprawdę byli po prostu morderczą masą. Kontrolowaną, lecz… jak się panowie sami przekonali, przez konkretne jednostki. Burton mógł wydawać im rozkazy, lecz bez niego Posłuszni likwidowaliby wszystko na swojej drodze. Dowiedzieliśmy się, że strażników nie atakowali, bo było im to polecone. Lecz o was nic im nie wspominano.
Maverick odchrząknął i pochylił się trochę nad stolikiem, żeby podsumować to, co usłyszał.
— Więc gdyby Burton zginął, a my nie powstrzymalibyśmy ich wszystkich… to po prostu napadliby najbliższe miasto i zabili wszystkich, niezależnie od skóry czy wyznania? Więc Burton miał gdzieś, co stanie się z tym krajem, jeśli jego tu nie będzie.
— Podobno były wentyle bezpieczeństwa. Ponoć, ale nic takiego nie znaleźliśmy do tej pory, w jego gabinecie były zaszyfrowane rozkazy dla tych… nadal trudno mi dobrze ich określać. Okazuje się bowiem, że niektórzy z Posłusznych byli uważani za zaginionych i poszukiwani przez rodziny. To wszystko były wczesne ofiary tego człowieka, które zostały przez liczne eksperymenty na mózgu, organach i upiorycie zamienione w ślepo wypełniające rozkazy jednostki. Słuchać miały tylko zaufanych ludzi Burtona. Ale ci, koniec końców, zostali zabici przez samego Burtona. W wyniku waszej interwencji.
Prezydent mówił dalej, a Nicholas przez chwilę pomyślał o tym, że może wszystko źle zrobili. Mógł sam iść do Burtona. Wtedy może Jess by przeżyła i mogła wydawać im rozkazy. Ale jeśli wpadłby w pułapkę, to kto wtedy zatrzymałby Burtona? Nie tęsknił za wojną.
— A co stało się z Posłusznymi z piwnic? — zapytał Maverick.
— Och, na szczęście nie wylęgli. Z tego co opowiadała przyjaciółka panów, pani Alen, wybuch nastąpił właśnie tam. Wszystko zawaliło się im na głowy. Wyszli tylko ci, którzy byli najbliżej wyjścia i zdążyli zostać obudzeni.
Maverick westchnął ciężko i przytaknął. Nie miał pojęcia, jak daliby sobie radę, gdyby nie bomba Adeli. Tak samo jak helpiki, pomoc Jess, czy nowe, sprawne protezy Nicka. Wszystko składało się na jedną całość, a on miał wrażenie, że bez chociaż jednej osoby w ich grupie… po prostu by nie przeżyli. Śmierć prześlizgnęła im się tuż za plecami.
— Przyznamy, że liczymy, że i tak ktoś zadba o to, aby nikt z tych ludzi już nigdy nie wstał. Zasługują na spoczynek. — Nicholas także pozwolił sobie na głębszy oddech, ale też na analizę twarzy Granta. Bo jak miał go za prawego człowieka, tak chciał zobaczyć w jego oczach pewność, że żadne ocalałe notatki czy eksperymenty Burtona nie posłużą teraz państwu w złym celu.
— Wielu chciałoby zbadać to wszystko dokładniej, generale. Ale ma pan moje słowo, że gdy tylko będziemy pewni pozbycia się wszystkich wspólników Burtona, ślady zostaną zatarte — odpowiedział Grant i na potwierdzenie swych słów uniósł szklankę z alkoholem. Napiwszy się, dodał już innym tonem: — A teraz coś o przyszłości… Mniemam, że pragną panowie odpoczynku. Wliczając w to pracę dla TABiW?
Nicholas spojrzał na Mavericka. Tak, potrzebowali odpoczynku.
— Tak, wliczając w to TABiW. Jednak optuję, aby nie rozwiązywać agencji. Potrzebujemy reorganizacji i skupienia się na wynaturzeniach. Sprawa zmierzyła w dziwnym kierunku, panie prezydencie, ale uważam, że do tego powinniśmy wrócić. Do tego, co dziwnego dzieje się w kraju, właśnie wynaturzonego. Może nawet skupić się na tym bez tego B. — Uśmiechnął się, bo „Bezpieczeństwo” państwa to była jednak zbyt wielka skala dla garstki ludzi, która przetrwała po zdradzie Lunda.
Jasne oczy prezydenta zmrużyły się w zastanowieniu. Jego rozmówcy mogli więc znów napić się rozgrzewającego i rozluźniającego wina. Klientów w przybytku przybywało. Pora obiadowa się zbliżała, zatem na stolikach w coraz większej ilości pojawiały się ciepłe dania.
— Jest to godne rozważenia — przyznał w końcu Ulysses. — Wynaturzenia wydają się być coraz większym problemem. Lecz do tego musielibyśmy zadbać o przeszkolenie nowych ludzi.
— Myślę, że przynajmniej jednego już mam na myśli — wtrącił Maverick z delikatnym uśmiechem. Malvin wzbudził jego duży szacunek z racji na swoją wiedzą o zwierzętach.
— Chyba domyślam się, o kim pan mówi, sierżancie. A reszta? — spytał Grant wprost. — Przyznam, że chętnie przejąłbym już jednego pana człowieka, generale.
Nicholas uniósł brwi.
— Mogę wiedzieć kogo?
— Pan Hamilton jak na razie robi na mnie wyłącznie pozytywne wrażenie. Jeśli to nie byłby problem, chętnie widziałbym go w Waszyngtonie.
Nicholas i Maverick ponownie na siebie popatrzyli. Już wiedzieli, że dokładnie tak, jak powiedział to Grant, nie przekażą tego Isaakowi. Wybuchnąłby z dumy i chodził jak paw do końca swoich dni.
— Jest przydatny — przyznał niechętnie Nicholas. — Więc jeśli tylko pan prezydent sobie życzy…
— Wspaniale. Możemy więc uznać, że na razie zawieszamy działanie agencji. Będziemy w kontakcie, ale niech już pan myśli o nowych ludziach. Ja ze swojej strony również poszukam drogi rekrutacji. Widzę oczywiście pana, generale, nadal na czele przekształconej struktury. Wierzę, że nadal jest pan chętny, bo że pan sobie poradzi, nie śmiem wątpić — dodał na koniec prezydent w taki sposób, że Nicholas nawet nie za bardzo miał pola manewru.
— Oczywiście. To będzie dla mnie zaszczyt — odparł, ale kiedy tylko rozmówca sięgnął po swój alkohol, a oni w jego ślady, spojrzał na ukochanego. Chciał upewnić się, czy nie dostanie reprymendy, gdy tylko stąd wyjdą.
Trudno było mu powiedzieć, co tak naprawdę myślał Maverick. Zaskoczył go jednak, zresztą prezydenta także, swoimi kolejnymi, twardymi słowami:
— Zaszczyt po przynajmniej miesięcznym odpoczynku.
Prezydent uniósł wyżej brwi, ale zaraz jego twarz przybrała dawny wygląd.
— Stawia pan twarde warunki, sierżancie. Ale rozumiem. Zadbam o to, aby sprawa agencji została w zawieszeniu na co najmniej miesiąc, jednak nie będę nawet w tym czasie tolerował ignorowania wezwań w sprawie wyjaśnień, jeśli jakieś by się jeszcze pojawiły po zdaniu ostatecznego raportu z tej operacji.
— Oczywiście, panie prezydencie — odpowiedzieli równocześnie siedzący naprzeciw niego mężczyźni.
— Cieszy mnie, że się rozumiemy. I zanim wyjedziecie, drodzy panowie, a tyczy się to także pana Blacka, Lockerbie, Berry’ego, Hilla i Hamiltona, dostaniecie zaproszenie na oficjalne odznaczenie w ramach obrony dobra państwa. To na razie nieoficjalne informacje, ale proszę, by zadbali panowie, aby wszyscy panów towarzysze zostali w Waszyngtonie przez kilka dni.
— Na pewno wykorzystamy ten czas na tutejszą służbą zdrowa. — Nick pozwolił sobie na bardzo delikatny żart. Był zadowolony z tej rozmowy, ale wiedział, że po tym, jak zdadzą raport, odpoczną trochę, znowu czekała ich praca. Ale widział to w pozytywnym świetle. Chciał skupić się na tym, aby ten kraj na przyszłość był bezpieczniejszy. To było jego zadanie jako generała, ale również powinność jako byłego członka Boosy. Jako Małego Nicka. Brata Wściekłej Jess, która za ten kraj oddała życie.

***

Bycie odznaczonym przez samego prezydenta to było coś. I jak czasami można było całkiem rozsądnie się dziwić, co takiego jest w dostaniu kawałku szlachetnego metalu przyczepionego do piersi, tak jednak była w tym zaklęta magia. Atmosfera, poczucie, że zostało się docenionym, że należy się do tego elitarnego klubu. W ludziach, wszystkich, nawet tych o najczystszych sercach, zawsze było coś, co cieszyło ich, kiedy było się docenianym. A że nikt z TABiW oraz ci, którzy pomagali w walkach z ludźmi Burtona, nie miał nieskazitelnej duszy, to wszystkim poprawiła się samoocena po tym, jak zostali odznaczeni przez Granta.
— Z odznaką i nobilitacją przez prezydenta to nikt mi już nie podskoczy! — Jefferson roześmiał się, kiedy kolejnego dnia po ceremonii kroczył wraz z Williamem w kierunku głównego banku, zamierzając wybrać trochę pieniędzy na podróż.
Byli już gotowi do drogi, choć wiele nie mieli. Ale tak jak Nicholas i Maverick już przygotowali się do powrotu na ranczo, tak jak Malvin i Eddie byli niemal gotowi do drogi do Frankfort, tak ich nic tu nie trzymało.
Jefferson miał wrażenie i cały czas śmiał się z tego, że teraz musiał opiekować się Williamem jeszcze bardziej, niż kiedy się poznali. Przez złamany bark i usztywnienie w całej ręce lekarz nie mógł robić niemalże nic. Poza oczywistościami takimi jak noszenie bagaży, niemożliwe też dla niego było założenie koszuli czy związanie włosów. Teraz też zrezygnował z jazdy konnej i szedł spacerem z Jeffersonem po śniegu.
— Masz już dwie odznaki gwarantujące ci szacunek — spostrzegł William, zastanawiając się, czy zdążą dojechać do Austin na nowy rok. Nie był pewien, czy jeszcze będą miejsca w pociągach.
— A ty wykorzystujesz mnie jako swoją opiekę medyczną — odpowiedział ze śmiechem Ranger, ale nie powstrzymywało go to nawet przed otwieraniem drzwi przed lekarzem, kiedy wchodzili do banku. — W ogóle, ile to czasu już minęło, kiedy byłeś na swoim?
— Ponad pół roku. W czerwcu wyjechałem z Austin, a jutro już kończymy ten rok — odpowiedział William z cichutkim westchnieniem i podążył jako pierwszy do dwuosobowej kolejki do lady z bankierem.
— Wydaje mi się, jakby to było więcej czasu — mruknął Jefferson i wsunął dłonie w kieszenie kurtki. Miała ciepły kożuszek wokół szyi i rękawów. Do tego kowbojski kapelusz. — Ciekawe, czy znowu, jak chwilę posiedzisz w mieście, to okopiesz się rzeczami. — Poruszył brwiami z zadziornym uśmiechem.
William popatrzył na niego najpierw z wyrzutem, lecz ostatecznie bardziej zamyślił się nad tym.
— Myślę, że to możliwe. Tęsknię do mojego… mechanicznego hobby. Chciałbym znowu coś zbudować. Coś więcej niż mechaniczny pająk czy członek — dodał poważnie.
A stojąca przed nim kobieta w długiej sukni aż obejrzała się na niego z niedowierzaniem i zażenowaniem. William nic sobie z tego nie zrobił. Ranger za to musiał zatkać sobie usta, żeby nie parsknąć śmiechem. Dał radę.
— Duże jest tam to mieszkanie? Dom? Nie myślałeś jednak o czymś bardziej… poza miastem? — spytał na koniec z nadzieją, bo jak do Austin nic nie miał, tak miał wiele do mieszkania w mieście. Ale już o tym mówili. Teraz była tylko kwestia tego, że po prostu chcieli wyjechać z Waszyngtonu, a Austin było jakimś celem.
Zrobili krok naprzód, kiedy kobieta przed nimi stanęła przy ladzie, by załatwić swoją sprawę.
— Jest całkiem spore, ale jeśli chcemy czegoś w spokojnym miejscu, musimy poszukać czegoś innego. Tam spokoju nie uświadczymy. Wiesz jednak dobrze, Jeff, że trochę może nam zająć znalezienie odpowiedniego domu.
— Dlatego jedziemy do Austin — odparł Ranger ze wzruszeniem ramion. — Zresztą, nadal nie wiemy, co będzie za miesiąc. Nick mówił, że na razie nas zawieszają, ale że potem znowu ruszamy. Nie wiadomo w jakim składzie, ani na jakich zasadach, to pomyślałem, że się powęszy po okolicy w tym czasie i zobaczy. Może coś się trafi. Nie licz na to, że uda ci się zagracić w miesiąc.
Williamowi nie bardzo podobał się tak rychły powrót do pracy w agencji, nawet jeśli mieli mieć aż miesiąc odpoczynku. Nie wydawało mu się to długim okresem spokoju, ale nie marudził. Obiecał Jeffersonowi, że nie będą siedzieć w miejscu.
Temat urwał się na chwilę, kiedy mogli wreszcie podejść do okienka. Przedstawili odpowiednie dokumenty i poczekali, aż starzejący się bankier przyniesie ich pieniądze. Powinny wystarczyć na dojazd pociągiem do Austin, a także życie przez kolejny miesiąc w Teksasie. Choć William był pewien, że Jefferson i tak poszuka czegoś do roboty w tym czasie. Znowu był pełen energii i znowu był tak samo uparty jak przed incydentem w Chicago. Bał się trochę, że znajdzie sobie zajęcie w postaci łowcy głów. Miał jednak cichą nadzieję, że go czymś zajmie.
— Dziękujemy i życzymy miłego dnia.
Pożegnali się z obsługą banku i wyszli z tego eleganckiego budynku dwuskrzydłowymi drzwiami. William już miał pieniądze w wewnętrznej kieszeni płaszcza, kiedy poprawiali szaliki przed wyjściem na ulice Waszyngtonu.
— Musimy pożegnać się z Nickiem i Maverickiem. Wyjeżdżają chyba jako pierwsi… Albo mają pociąg o podobnej porze? Nie pamiętam. Eddie wciąż nie jest w pełni sił — dodał William z rozterką. Martwił się o kowala, mimo że wiedział, że ten przeżyje. Chyba przez nieustanne bycie lekarzem w grupie czuł wyrzuty sumienia, że wtedy nie mógł mu szybciej pomóc. Choć byłoby znacznie gorzej, gdyby kowal nie przeżył.
— Mavericka ciągnie już na swoje. Nick chyba też ma dość. Nie dziwię im się, chociaż pewnie dom Mavericka kompletnie tam zasypało. — Jefferson dumał głośno, idąc z Williamem w stronę stacji kolejowej. Mieli sprawdzić, kiedy najwcześniej uda się kupić bilet dla nich i ich koni.
Ludzi mijali mnóstwo. Ale jak w Houston czy Chicago Jeffersonowi to przeszkadzało, tak teraz chyba już się przyzwyczaił. Bardzo dużo czasu ostatnio spędzali w dużych miastach. Ale też dlatego tęsknił do południa. Tam było spokojniej.
— Zapewne. Ciekawe, jak sobie radzi Tecu ze zwierzętami Malvina — gdybał William. — Och, a ja chciałbym być już w naszej sypialni w naszym domu — dodał z cichym westchnieniem, ni stąd ni zowąd.
— Której jeszcze nie mamy — przypomniał mu Jefferson z rozbawieniem. Chociaż dzielił z lekarzem podobne pragnienie. — A nawet jeśli, to jesteś połamany. Nie masz co liczyć na wiele.
Lekarz odwrócił do niego głowę i obejrzał całą jego postać. I od razu przypomniał sobie, dlaczego wolał południe. Tam Ranger nie chodził tak poubierany. Przez to grube odzienie nie widział jego sylwetki. Rekompensowała mu to tylko jego niebotycznie przystojna twarz.
— Wydaje mi się, że nic by mi nie było, gdybyś mnie ujeżdżał — uznał z powagą.
Jefferson aż drgnął na takie obwieszczenie. Nie było niby nowością, jednak nadal wywoływało podobne sensacje.
— Gdybyś nie był już połamany, to bym ci coś złamał — burknął speszony. Rozejrzał się pro forma, sprawdzając, czy ktoś nie patrzył.
Zdecydowanie pozostawali anonimowi w tym tłumie. Każdy był zajęty sobą. Zatrzymywaniem dyliżansu, oglądaniem witryn, rozmawianiem o nowym roku, czy ekscytowaniem się pięknymi, ośnieżonymi gałęziami.
— Wtedy już nawet ujeżdżać byś mnie nie mógł, by mnie bardziej nie uszkodzić i musiałbyś mi ssać — ciągnął niezrażony William, odpowiadając sprośnymi ripostami.
— Kutasa też można komuś złamać, Will — burknął Jefferson obronnie, unosząc wyżej kołnierz swojej kurtki. Ta rozmowa była krępująca, chociaż… zbierała mu się przez nią ślina w ustach na samą myśl o kutasie.
— I co ty byś wtedy zrobił? — William westchnął z lekkim uśmiechem. Doskonale wiedział, że jego przystojny Ranger uwielbiał jego penisa.
Ten znowu spojrzał na niego i nie bacząc na jego ranę, szturchnął go w bok. Nie za mocno, ale tak, aby ten dotkliwie to poczuł.
— Nie wymądrzaj się! Coś za wyszczekany się zrobiłeś.
Lekarz stęknął cicho.
— Dobrze. Powstrzymam się z takimi komentarzami do czasu, aż będziemy sami w sypialni. Nadzy i wreszcie mogący się dotykać — dodał z dobrze wyczuwalną tęsknotą w głosie. Pragnął… bliskości cielesnej. Potrzebował jej jak tlenu.
Jefferson przewrócił oczami.
— To się faktycznie powstrzymaj. Nie pora roku ani miejsce, żeby robić to… poza sypialnią — mruknął, znowu poprawiając kurtkę, aby zająć czymś ręce.
Już widzieli stację kolejową. Duży budynek, który był za mały do swoich celów. Miasto się rozrastało i zapewne niedługo będzie potrzebowało nowego i nowocześniejszego miejsca dla podróżnych. William był ciekaw, czy już powstawały jakieś plany rozbudowy. Chciałby je zobaczyć, ale domyślał się, że to tylko mrzonki. Lepiej więc było marzyć o ciele Jeffersona, które teraz co prawda było skryte pod ubraniami, lecz mógł je ujrzeć, gdy tylko znajdą się sami.
Podążyli przez tłum do budynku i poszukali kasy. Tam już dowiedzieli się, że dostać się do Austin mogli dzisiejszym, wieczornym pociągiem. Podróż była długa, lecz obaj chętnie przystali na taką możliwość, bo dzięki nocnej jeździe mogli większość jej przespać.
Nie mieli wiele czasu na pakowanie, ale i tak kupili bilety, żeby nie tracić w tym mieście kolejnych dni. Tych nielicznych, kiedy państwo czegoś od nich nie chciało. Mieli dość mało rzeczy, żeby zdążyć się spakować i pożegnać. Kupili więc bilety dla siebie i swoich koni. Teraz pozostało życzyć sobie „szerokiej drogi” z resztą drużyny. Drużyny, która pod pewnymi względami przypominała starą Boosę. Nadal był w niej Mały Nick, którego teraz mógł zastąpić przy dobrych chęciach Eddie. Maverick również znalazł godnego następcę. Jess mogła spoczywać w pokoju, wiedząc, że na jej miejsce jest dobry rewolwerowiec. Tak samo jak Show, nawet jeśli jego młodszy następca miał teraz złamany bark.
A teraz mieli ruszyć w swoje strony, by znowu spotkać się za jakiś czas w kwaterze agencji. Listy były już bezpiecznym środkiem komunikacji, dlatego nie obawiali się rozjeżdżać w różnych kierunkach.
I tym sposobem bliżej trzeciej popołudniu Jefferson i William stali przed hotelem i patrzyli, jak Maverick wrzucał do dyliżansu bagaże. Zarówno swoje i Nicholasa, jak i Eddiego i Malvina. Jechali całą czwórką, ponieważ mieli pociągi o podobnej porze. Zaś kowal wciąż nie mógł jeździć konno, choć sukcesem było, że już chodził o własnych siłach.
— Ten rok nie był dla nas łaskawy — mruknął Zwierzak, gdy już wrzucił ostatnią torbę i podszedł do dwójki stojącej przy wodopoju dla koni. Był odziany w długi, czarny płaszcz, kapelusz i jedną rękawiczkę. Drugą dłoń wciąż miał usztywnioną. — Życzę owocnego poszukiwania swojego miejsca. Liczę na zaproszenie, Jeff — dodał, ściskając Rangera po męsku.
Ten odpowiedział podobnym gestem i poklepał Mavericka po plecach.
— Jak znajdziemy coś rozsądnego, to oczywiście. Bylebyś chciał przyjechać. — Zaśmiał się, zerkając zza jego ramieniem na Nicholasa. Dobrze wiedział, że zbyt duże zżycie Mavericka ze swoim domem było jednym z problemów w ich związku.
— Obiecałem podróże od czasu do czasu — mruknął Maverick, a William podobnym tonem dodał pod nosem „ja też…”. — Wyślijcie dobre wieści listem, jeśli coś znajdziecie. Do zobaczenia, Will — dodał, lekarza również krótko ściskając.
A kiedy się odsunął, William zwrócił się do Nicholasa:
— Wiem, że dałem ci kilka zapasowych śrubek w razie czego, ale pamiętaj, żebyś sam nic nie kombinował przy protezach. W razie konieczności napisz do mnie lub do Eddiego.
— Będę pamiętać. Ale najpewniej wpierw zwrócę się do Eddiego. W końcu my nie ruszamy w kompletnie przeciwnym kierunku. Czyżbyście mieli dość? — zadrwił. Dzięki tej przygodzie poznali też bardziej ludzką stronę generała. Ten już nie jawił się Williamowi jako ktoś, kto żyje wyłącznie rozkazami i jest zimnym służbistą.
— Ja po prostu przez jaki czas nie chcę myśleć o tym, że śmierć czyha na mnie na każdym rogu — mruknął grobowo William, odsuwając się trochę, kiedy z hotelu wyszedł Malvin i Eddie. Powoli.
Kowal był bardzo ciepło otulony, zarówno długim płaszczem, jak i miał na ramiona narzucone futro. Trzymał się za pas i powoli stąpał, mocno spięty i naciągnięty. Nie chciał się urazić w czasie drogi.
— Wy też dziś opuszczacie Waszyngton? — zagadał Jeffersona i Williama, kiedy stanął przy nich z Malvinem.
— Tak, tylko ten chujek zostaje i Przepiórka — odparł Ranger, mając na myśli Hamiltona i Colins.
— Ale też macie pojawić się w Kansas za miesiąc? — upewnił się Malvin, chcąc ich zobaczyć. Choć i tak pragnął chwili sam na sam z Eddiem, którego właśnie trzymał w pasie.
— Tak, choć na razie to dość płynna data. Będziemy wszyscy informowani listownie — dodał William. — Eddie, pamiętaj, by nie nosić ciężarów przez najbliższy czas.
— Nie planuję. Na razie jedyny ciężar, jaki planuje nosić, to swoje cielsko do tego dyliżansu, więc panowie… do zobaczenia. — Wyciągnął dłoń na pożegnanie.
Był osłabiony i było to widać nawet po kolorycie jego skóry. Jak reszta łapała rumieńce od mrozu, tak Eddie był blady.
Jefferson pierwszy uścisnął mu dłoń, a zaraz za nim William. Po tym Nick pomógł towarzyszowi zapakować się do pojazdu. Na koniec Malvin pożegnał się z Rangerem i lekarzem, aż wreszcie całą czwórką znaleźli się w dyliżansie. Bezpieczni, gotowi do drogi do… domu. Po tym wszystkim, co przeszli, należał im się spokój. Jakkolwiek prezydent Grant nie chciałby, żeby już teraz dalej działali dla dobra kraju.
William uniósł kapelusz w geście pożegnania, a woźnica popędził konie, które ruszyły równo po wydeptanym śniegu. Elegancki dyliżans oddalał się w stronę dworca.
— To my teraz w drugą stronę, co by za szybko sobie o nas nie przypomnieli — odezwał się Jefferson pierwszy i klepnął w plecy Williama. Kiedy ten jęknął, zaśmiał się. — Wybacz — prychnął. — Później się zrewanżuję.
Lekarz rzucił mu srogie spojrzenie, lecz nie skomentował. Przytaknął jedynie i wszedł za Jeffersonem do hotelu. Nie najbardziej luksusowego, ale po tym, co już przetrwał w podróży, nie zwracał na to uwagi tak, jak kiedyś. Choć wiedział, że w swoim własnym domu będzie miał wszystkie konieczne wygody. I naprawdę miło mu się myślało o tym, że wspólny dom z Jeffersonem był naprawdę realną wizją… w co wcale tak do końca nie wierzył, kiedy wyjeżdżali z Waszyngtonu do siedziby Burtona…

9 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 56 – Reorganizacja

  1. Katka pisze:

    Tess, hehe, jeeeszcze nie koniec, jeszcze epilog się szykuje, a do tego całkiem długi :) Bardzo chętnie poczekamy na taką małą rozprawkę pod epilogiem, hehe. Już co do tego rozdziału – taaaak, Eddie to twardy chłop! Nie dałby się byle czemu. Chociaż takie rozprucie brzuszka to nie byle co XD Ale tylko udowodnił tym, jaki jest silny :) A Malvin bardzo, bardzo się cieszy, że z tego wyszedł. A co do dobrania się par – wiesz, co jest fajne? Że to wychodzi tak w sumie spontanicznie, bo raczej nie mówimy sobie w szczegółach, jaką planujemy zrobić swoją postać i po prostu chłopcy sami się docierają XD Ale cieszy nas bardzo, że podoba się takie dobranie się par. Aż same jesteśmy zaskoczone, że tak fajnie wyszło :D

  2. Tess pisze:

    Bałam się wejść na strone, coby nie zobaczyć, że to już koniec… Ale jednak jeszcze nie. Mam ochotę napisać tu małą rozprawkę na temat tego opowiadania i odczuć jakie z nim wiąże, ale tę przyjemność zostawie sobie już na epilog ;)
    Jakże spokojny był ten rozdział w porównaniu do kilku poprzednich i cieszę się, że ostatecznie z żadnym z mężczyzn nie było tak krytycznie źle. Eddie to twardy chłop, wiedziałam, że sobie da radę! Reakcje Malvina natomiast były przesłodkie. No fajni są razem. Ogólnie wszyscy się dobrze dobrali. Maverick z Nickiem… Will z Jeffem.
    „— No co ty? Było przezabawnie, kiedy wszystko waliło się nam na łeb. Ubaw po pachy! — Jefferson prychnął z rozbawieniem, ale że William spał, to nie było komu się zaśmiać. Przewrócił więc oczami i darował sobie wyjaśnianie żartu.”
    Absolutnie urocze to było, fajnie, że tak do siebie chłopaki pasują,

    Ech, nie mogę uwierzyć, że to opowiadanie jest już tak blisko końca i coś mi się wydaje, że długo to będę przeżywać xD

  3. Katka pisze:

    Yaoistka, oj będzie XD

    Kaczuch_A, no widzisz, Eddie przetrwał. Ale to i tak było urocze, że tyle osób się o niego martwiło. Miło się czyta przywiązanie do postaci, zawsze. Ale nie byłyśmy zbyt okrutne, no i Malvin przy nim czuwał, więc nie dało się inaczej XD Oooch, no i oczywiście bardzo, baaardzo dziękujemy za docenienie całej historii. Już nie będę powtarzać, jak się przy tym namęczyłyśmy, haha, ale powiem Ci, że pisanie ATCL to była genialna zabawa. I choć było wymagające, to naprawdę super się to pisało. Zarówno ze względu na ostateczną satysfakcję, jak i samo dowiadywanie się różnych rzeczy o Stanach z tamtych czasów i wymyślanie potworków :)
    Nasze plany wydawnicze ZDECYDOWANIE TAK, obejmują ATCL. Na pierdylion procent się pojawi na półkach XD Ale chcemy, żeby było doskonale dopracowane, dlatego na wstępie potrzebuję do tego więcej czasu i spokoju, żeby przysiąść i faktycznie dobrze nad tym popracować. Może w przyszłym roku się tym zajmę, jak będzie spokojniej :)
    W epilogu na pewno będzie dużo fajnych scenek :)
    Dzięki za komentarz! :D

  4. kaczuch_A pisze:

    Cieszę się wybitnie, że Eddie przeżył i że chłopaki bez tragicznych uszkodzeń wracają do domów, jednak czuję pustkę, cholerny smutek i przygnębienie, bo to co wszystkich czeka to jedynie epilog, tak cholernie zajebiste jest to opowiadanie, że nie jestem w stanie wyrazić nawet jak zżyłam się z bohaterami. Wertowałam przygody chłopaków od początku już kilkukrotnie i nie ukrywam, że zrobię to ponownie. Odwaliłyście kawał dobrej roboty i wielkie gratulacje z mojej strony, za wykreowanie świata i postaci, które wciągają w swoją historię. To jest opowiadanie, które z chęcią trzymałabym w łapkach w formie papierowej i na które z przyjemnością bym patrzyła na półkach w księgarni.

    Mam nadzieję, że Wasze plany wydawnicze obejmują ten twór i pocieszę oko pięknymi okładkami kiedyś w przyszłości. Jeszcze raz wielkie brawa za taką twórczość. Gratulacje~!

    I czekam na epilog, mam nadzieję, że będzie w nim trochę więcej czułości niż w tej sielance, którą dane mi było dzisiaj przeczytać :D

    I weny na kolejne zajebiste opo w podobnym klimacie~!

  5. Yaoistka^^ pisze:

    Coś się kończy i coś zaczyna? ;3 Mrrr … teraz będzie troszkę seksu i romantyzmu x3

  6. Katka pisze:

    Jelis, tak, rozdział wyjątkowo sielankowy, ale chyba na sam koniec po tych pełnych napięcia przygodach przydaje się coś takiego XD Ech, nawet nie wiesz, jak nam trudno się było pożegnać z tym opowiadaniem. I naprawdę super jest czytać to, jak doceniasz budowanie tej historii. To było właściwie najwięcej wymagające od nas dotychczas opowiadanie. Tak wielki research trzeba było do tego zrobić, wszystko zapisywać, planować i przewidywać. I cieszy nas, że widać te fragmenty, które mają głębsze dno, ale na pierwszy rzut oka nie dalo się tego dostrzec. Wiele takich „hintów” znajdowało się po drodze, ale dopiero potem okazywało się, że naprawdę miały znacznie. Co do tego, co piszesz, że gdyby wyciągnąć homoseksualne wątki, to by był bestseller, haha, to trochę prawdy w tym jest. Może bez tego romansu by faktycznie mogło sie nieźle sprzedawać. Ale to wtedy już nie byłoby to samo. Pewnie przerobienie tego na coś hetero nie byłoby aż takie trudne, ale… na pewno byśmy tego nie chciały. Niezależnie od ceny.
    Bardzo nam miło czytać takie sentymentalne komentarze, naprawdę :D Sam fakt, ze mamy czytelników, którzy są z nami już kilka lat i którzy tak wiele z nami przeżywają, jest mega uskrzydlający. Chyba bez przywiązania czytelnika do autora i autora do czytelnika to publikowanie opowiadań nie byłoby tym samym :) Także dziękujemy za tak miły komentarz!

    C., oj tak, zdecydowanie na to zasłużyli! Wszyscy, swoją pracą i poświęceniem. A Eddie wpakował się w to wszystko przez przypadek, lecz ostatecznie oddał się temu w calości, więc na pewno nie zasługiwał na śmierć. No i tak, koniec jest nieunikniony, ale wierzymy, ze historia zostawi po sobie dobre wspomnienia :)

    Wadera, spokojnie, postaramy się o to, żeby dało się poczytać o nowym domku Jeffa i Willa, hehe. Dążyli do tego długi czas, więc wreszcie musi im się udać mieć tę swoją przystań na południu. A co do Adeli, nie było wspomniane, że dostała odznaczenie, ale nie bylo też wspomniane, że go nie dostała. Generalnie Ad ma męża i dzieciaki, za którymi cholernie zatęskniła, szczególnie że śmierć spojrzała jej w oczy. Zwinęła się więc z Waszyngtonu, zanim Grant zdążył rozdać medale, ale na pewno tego nie uniknie :) Zaś co do ostatnich rozdziałów – jakiś czas temu już pojawił się post, w którym informowałyśmy, ile zostało rozdziałów do końca – i już na podstronie ATCL znajduje się cały spis treści, który mówi, że następne, co pojawi się w związku z ATCL to już epilog :)

  7. Wadera pisze:

    Miło się czyta jak po takim czasie bohaterowie wracają bezpiecznie do domów. Poobijani bogatsi o nowe doświadczenia, ale względnie cali. Jestem ciekawa co wykombinują Jeff i Will w związku z ich nowym domem. Bardzo chciałabym go „zobaczyć” i poczytać o chrzcinach ;)
    Przyznam też, że z lekka wkurzyło mnie, że faceci dostali odznaczenia, a Adela nie. Wiem, że niby takie czasy, no ale kurcze denerwuje mnie to jakoś.
    W każdym razie czekam na kolejne rozdziały, bo widać że to już końcówka końcówki i każdy rozdział może być tym ostatnim ;)
    Pozdrawiam, Wadera.

  8. C. pisze:

    Jak spokojnie w tym rozdziale :). Zasłużyli sobie w pełni na to! Szczególnie Eddie… Za to Malvin jest przeuroczy w tym zamartwieniu jego stanem…
    …Jako ze zbliża się historia już do absolutnego końca to serce sie kraje ….

  9. Jelis pisze:

    O matko. Ten rozdział jest taki sielankowy i spokojny po tym wszystkim co się działo. Aż nie wierzę że to ostatni rozdział. To opowiadanie było od kiedy pamiętam i teraz ma się skończyć? No nie 🙁 ta cała historia budowana przez trzy części była tak budowana że czasem dopiero po przeczytaniu fragmentu któryś raz odnajdowałam ukryte powiązania. A rozwój relacji Willa i Jeffa miodzio. Od tego jak Jeff gardził lekarzem do momentu w którym zauważył że pasuje mu jego charakter i humor. W ogóle fabuła była tak przemyślana, że gdyby wyciąć wątki homoseksualne to taka książka mogłaby zostać bestsellerem, bo niestety świat nie jest gotowy żeby przyjąć takie pary na równi z hetero w środkach masowego przekazu. Niemniej przywiązałam się do opowiadania i bohaterów i nie chce żeby ta historia się już skończyła 😢 bo to opowiadanie było wyjątkowe przez to, że wiele rzeczy trzeba było stworzyć od nowa a nie osadzic w znanej rzeczywistości. Mam ochotę pisać o tym i pisać bo chyba nie jestem gotowa na to, że to prawie ostatnie chwile z tym opowiadaniem. Wasza strona w ogóle była dla mnie świetną odskocznią w ciężkich chwilach i jestem tu od ponad 4 lat. Dlatego piszę ten komentarz tu a nie przy epilogu bo wtedy to już w ogóle bym się nie mogła chyba tak wysłowić XD ogólnie przepraszam za takie uzewnętrznianie ale chyba godzina temu sprzyja 😂😂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s