Newton’s Balls – 76 – Napraw to albo się nie zbliżaj

Był jedenasty stycznia i tym samym jego czwarty dzień prawdziwej, płatnej pracy w schronisku. Niesamowitą satysfakcję sprawiało zarabianie w taki sposób. Pracą, którą faktycznie lubił. Tina też przeszła na etat i dzięki temu, że miała więcej godzin niż Chase, często pracowali razem. Chłopak dostał już więcej obowiązków niż przy pracach społecznych, no i przede wszystkim spędzał w schronisku więcej czasu.
Obecnie siedział obok Lucasa, mężczyzny, który pracował tu już od czterech lat i na pewno był starszy od Marshalla. A w tym momencie dyktował Chase’owi informacje z akt jednego z ich zwierzaków. Musieli je zawrzeć w mailu do kliniki, w której ten leczył się na nowotwór. We dwóch szło znacznie szybciej, więc siedział przy regale z dokumentami i wertował zawartość teczki, a Chase stukał przy biurku.
— Dobra, teraz daj mi moment, bo muszę te daty wszystkie posprawdzać — rzucił do nastolatka mężczyzna o dużych zakolach, ale równocześnie bujnej brodzie, choć już ściągał brwi w skupieniu, pochylony nad teczką.
Chase tylko mruknął na zgodę i jeszcze raz przeczytał to, co napisał. Zdecydowanie praca ze zwierzętami i w ogóle jakakolwiek fizyczna praca była dla niego łatwiejsza niż sklejenie kilku formalnych zdań w mailu. Wszystko brzmiało mu śmiesznie i niepoprawnie, ale Lucas twierdził, że jest w porządku. Wierzył mu na słowo, lecz czuł się głupi, że sobie z tym nie radził. I gdyby nie to, co wydarzyło się niedawno, pewnie wysłałby smsa do Courtneya, że nie pojmuje, jak on mógł całe dnie pisać formalne listy i jakieś służbowe notatki. Niestety takiego smsa mógł wysłać do swojej dziewczyny, a nie kuratora, dlatego teraz siedział markotnie i czekał, aż wrócą do pracy.
— Matko boska, jaki tu jest bajzel! — jęknął Lucas i wstał, zamierzając poszukać czegoś w szufladzie. — Jak popracujesz z nami dłużej, będziesz mógł sam się w to bawić. — Wskazał z gorzkim rozbawieniem chaotycznie rozrzuconą zawartość głębokiej szuflady. — A na razie jak tam? Co lubisz najbardziej w pracy tutaj?
Chase spojrzał na niego trochę nieobecnym wzrokiem, po czym pokiwał głową i uśmiechnął się, odganiając myśli o swoim kuratorze.
— Najbardziej no pracę z psami, nie? Ale ogólnie lepszy jestem trochę w takich bardziej fizycznych rzeczach. Nie jestem szkolnym geniuszem — zażartował z lekkim zakłopotaniem.
— Mhm. Fizycznej roboty też tu spo… — Lucas nie skończył, bo do małego gabinetu, w którym siedzieli, niespodziewanie ktoś zapukał.
Obaj unieśli wzrok na drzwi, za którymi pojawił się Griffin Lex. Uśmiechnął się do nich oszczędnie i podszedł do biurka.
— Cześć, przeszkadzam wam bardzo? Tylko jedną sprawę mam do ciebie, Chase.
Nastolatek spojrzał na mężczyznę, z którym do tej pory tu siedział. Kiedy ten wzruszył ramionami, chłopak znowu zwrócił wzrok na przybyłego.
— Mhm? Tak?
Griffin jak zawsze wyglądał na zabieganego, trochę zamyślonego, ale też pochłoniętego sprawami schroniska. Koszulę miał chyba tę co ostatnio i zdecydowanie nie była dobrze wyprasowana. Do tego brudna miejscami. Chase już nie raz widział, jak psiaki radośnie się z nim witały.
— Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o kursach doszkalających, gdy podpisywałeś umowę? — zwrócił się do chłopaka i wyciągnął do niego kartkę. — Zobacz. Potrzebowałbyś takiego, jest refundowany i zaczyna się w lutym.
Chase przyjął kartkę i po szybkim przebiegnięciu wzrokiem po ogłoszeniu zobaczył, że kurs dotyczył psychologii zwierzęcej. W ramach wykładów uczono o procesach psychologicznych, fizjologicznych i neurohormonalnych nie tylko u psów, ale też kotów. Odróżniania zachowań behawioralnych u zdrowych psów od zachowań spowodowanych chorobami. Prowadzenia terapii czy umiejętności wpływania na zmianę postaw właścicieli do zwierzaków. Całość wyglądała ciekawie i chociaż nie rozumiał niektórych słów, wiedział, że mogło mu się to przydać.
Jak czuł jednocześnie niepokój, czy znowu nie wyjdzie na skończonego idiotę, tak chciał to zrobić. W końcu w tej pracy była jakaś nadzieja, a nie tak jak w jego edukacji. Tam nie miał przecież szans, aby dostać się na studia, a co dopiero je opłacić.
— O matko… Ale ten… muszę coś teraz zrobić, żeby się zapisać, czy na to zgłosić?
— Tak, ale to po pracy wpadnij do mnie. Na razie chciałem ci pokazać ogłoszenie. Musiałbyś się podpisać na zgłoszeniu. Mamy swoje formularze, dla pracowników schroniska jest to darmowe. Normalnie trochę dolców by poszło. Byłoby to w lutym w przedpołudnia w soboty po pięć godzin wykładów — wytłumaczył Griffin, a Lucas dalej w ciszy zbierał dokumenty.
— Och, no okej, ale no… jak w soboty nie mam szkoły, to chyba to spoko i tak. Ale ten… — Chase zawahał się, zerkając na kartkę. — Ile to tych sobót? — spytał, nie widząc tego na pierwszy rzut oka.
— Łącznie pisali coś o trzydziestu godzinach kursu, więc będzie ich sześć. Cały luty i pierwszy tydzień marca. — Griffin upewnił się w swoich słowach, zabrawszy od Chase’a kartkę z ogłoszeniem. — Myślę, że to ci się przyda. Można się nauczyć wiele o patologicznych zachowaniach zwierząt, o profilaktyce, też jest wstęp do medycyny weterynaryjnej. Może ci się to przydać przy innej pracy ze zwierzętami, jakbyś kiedyś poszedł w tym kierunku.
— Nie no, to spoko. Nie tak długo znowu — mruknął Chase, samemu się do tego przekonując. Miałby dużo pracy. Szkoła od poniedziałku do piątku, potem praca co drugi dzień po cztery godziny, teraz jeszcze ten kurs i cała niedziela w schronisku. Zapowiadał mu się pracowity początek roku… ale już nie musiał wydzielać czasu dla swojej „dziewczyny”. Ostatnia myśl wcale go nie pocieszyła.
— Świetnie. Na koniec jest krótki egzamin, po którym dostajesz certyfikat, który, naprawdę, uwierz mi, wiele daje — skończył Griffin z krótkim uśmiechem i wstał. — Dobra, nie przeszkadzam wam. Wpadnij tylko po pracy do mnie się podpisać.
Chase pokiwał głową na znak, że się godzi i przyjdzie.
— To do zobaczenia — dodał jeszcze i poczekał, aż Griffin wyjdzie. Dopiero wtedy zwrócił się do Lucasa. — Sorry, już robimy to dalej. Ale w ogóle… chyba spoko sprawa? Co myślisz? — spytał, chcąc zasięgnąć jakiejś opinii, skoro nie mógł poradzić się nikogo innego.
Brodaty mężczyzna podjechał do niego na fotelu z naręczem dokumentów i pokiwał głową do swoich myśli.
— Byłem na czymś podobnym w zeszłym roku. W ramach wyjazdu wakacyjnego na obóz z psami robili podobny kurs. Wiadomo, że to zależy, na jakiego prowadzącego się trafi, ale… Myślałem, że w pracy w schronisku nauczyłem się o psach wszystkiego. Zaskoczyło mnie, jak wiele jeszcze przydatnych rzeczy można wyciągnąć — dodał z wymownym uśmiechem. — Umysł psów może wydaje się prosty, ale taki nie jest.
Chase pośrednio zgadzał się z facetem. Wiedzy w tym, co się lubiło i robiło na co dzień, nigdy nie było za dużo.
— Nie no… Racja. Dobrze ogarniać, co robić z nietypowymi przypadkami — mruknął, już pewien, że to był dobry pomysł. Wreszcie pierwszy raz czuł się w czymś trochę lepszy niż cała reszta ludzi.
— Właśnie. Ale zabieramy się do pracy. Już prawie końcówka i puszczam cię do psów — odpowiedział Lucas i skupił się na dokumentach. — Początek terapii farmakologicznej miał miejsce w listopadzie… — mówił, a Chase pisał to, co mu dyktował. Kilka razy zmieniali zdania, poprawiali coś i pracowali w skupieniu. Czas przy takiej robocie leciał wolniej niż przy psach, ale na szczęście wiele jej na dzisiaj nie miał.

***

Lucy jeszcze rok temu nie powiedziałaby tego, ale coraz bardziej uwielbiała leniwe wieczory na kanapie przed telewizorem. A sprawcą tej zaskakującej zmiany była jej dziewczyna. Nie zawsze miały ochotę na wypad do klubu, a na wspólnym oglądaniu filmu także, jak obie odkryły, można było cudnie wspólnie spędzić czas. Trochę się podotykać, całować i zwyczajnie ze sobą pobyć, podjadając różne dobre rzeczy. Sielankę przy kolejnych częściach Indiany Jonesa jednak przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości na telefon rudej dziewczyny. Ta sięgnęła po komórkę, bo film znała niemal na pamięć, więc nie bała się, że coś jej umknie. Na wyświetlaczu zobaczyła, że sms był od jej „chłopaka”, Chase’a Lasha. Pytał, czy mogliby się spotkać.
— Hej… Co powiesz na dodatkowego gościa? — Lucy zwróciła się do Ellen.
— A jakiego? Shane chce wpaść? — Dziewczyna obok niej, która tydzień temu całkowicie zmieniła fryzurę i teraz miała krótkie, krucze włosy trochę w stylu lat pięćdziesiątych, tylko nie tak przesadnie wymodelowane, zerknęła na swoją starszą dziewczynę.
— Nie, mój chłopak — wyjaśniła Lucy, uśmiechając się zaczepnie.
Ellen zmrużyła swoje pomalowane błękitnym cieniem oczy i dźgnęła dziewczynę w brzuch.
— Możesz mieć cały harem. I tak wiem, że wolisz piczki — odpowiedziała z uśmieszkiem. — Ale jasne, niech wpada.
— Też cię kocham — odparła Lucy ze śmiechem i na moment jeszcze zawiesiła wzrok na swojej dziewczynie, aż w końcu odpisała Chase’owi, że może do nich wpaść. Nie pamiętała, czy chłopak znał ich dokładny adres, więc napisała go jeszcze raz. To nigdy nie zaszkodziło.
Po tym wróciły do oglądania Indiany Jonesa, komentując głośno i żywo każdą scenę. Obie znały te filmy, ale nigdy nie oglądały ich razem, więc miło było podzielić się wrażeniami.
Po jakimś czasie rozbrzmiał dźwięk domofonu z przedpokoju, dlatego łącznie z Lucy wstała też Ellen i zabrała pustą miskę po przekąskach ze stolika.
— Otwórz, ja dosypię trochę chipsów i popcorn.
— Przyda się. Pewnie będzie głodny, chyba że wraca od swojej Coney — rzuciła Lucy z rozbawieniem.
— A to nie ty nią jesteś? Jakieś rozdwojenie jaźni? — zażartowała Ellen, wchodząc już do kuchni.
W tym czasie Lucy otworzyła drzwi, przed którymi od razu zobaczyła wysokiego chłopaka z lekko zadartym, małym nosem.
— Siemano.
— Siemka! — odpowiedziała z uśmiechem, cmoknęła go w policzek, musząc nieźle się wspiąć na palce, a następnie otworzyła mu szerzej drzwi. — Wchodź, wchodź. Kawa, coś zimnego?
— Może coś zimnego. Jestem prosto z pracy, trochę padam — odparł Chase, wchodząc do środka i rzucając plecak pod ścianę. Pachniał psami i pewnie były tam ciuchy na przebranie do schroniska. — Jest Ellen?
— Noo, przekłada chi…
— Dzieńdoberek, Chase! — Ellen wychyliła się z kuchni, zanim Lucy zdążyła odpowiedzieć. W rękach miała większą miskę z chipsami i mniejszą z popcornem. — Jak tam w robocie?
W tym czasie Lucy szybko przemknęła obok niej do kuchni, chcąc zabrać butelkę soku z lodówki i jeszcze jedną szklankę dla gościa.
— A jakoś, wiesz, na razie jestem nowy, więc to tak powoli. Wdrażam się, że tak powiem. A u ciebie? — spytał towarzysko i kiedy dziewczyna zachęciła, żeby poszedł za nią do salonu, dopiero to zrobił. Był trochę spięty powodem, dla którego tu przyszedł.
— A fajnie. W lutym jedziemy z Lu na narty, a potem się tu prawdopodobnie wprowadzam. Jesteś zaproszony na parapetówkę — odpowiedziała Ellen z uśmiechem i postawiła przekąski na stoliku. — Siadaj, częstuj się i w ogóle.
Lucy też już wróciła do salonu i od razu nalała Chase’owi soku.
— Styknie owoce tropikalne, nie? Siąpi na dworze, to mamy trochę tropików w butelce. — Zaśmiała się chrumkowato.
Chłopak przyjął szklankę z wdzięcznością.
— Jest spoko, dzięki. I kurde, na narty. Klawo, tylko nie połamcie się. A gdzie jedziecie? — spytał jeszcze grzecznościowo, chociaż z geografii był na tyle kiepski, że nie był pewien, czy kojarzył wszystkie popularne miejsca. A i o samej geografii wolał nie myśleć przez sprawę z Petersonem.
— A David podobno ma znajomego z pracy, który często jeździ do takiego resortu Gree Peak i sobie chwali. To jest niby w stanie Nowy Jork, ale i do jeziora niedaleko, i może jakieś miasta se pozwiedzamy — wyjaśniła Lucy, przy okazji siadając obok swojej dziewczyny. — A ty jeździsz? Albo jakiś snowboard?
Chase od razu pokręcił głową.
— Tylko łyżwy z takich zimowych rzeczy. Na narty to trzeba nart i no gór, a tu nigdzie nie ma tak zaraz obok — prychnął z cieniem rozbawienia. Nie było go stać na żadne wyjazdy, więc nie miał jak gdziekolwiek wyjechać.
— Spoczko. Ale jakbyś kiedyś chciał, możemy skołować większy wyjazd. Zawsze taniej w kupie, nie? — zagadała Lucy pogodnie i sięgnęła po dużą garść popcornu. — Co w ogóle tak z pracy prosto wbiłeś? Ty to masz jakoś po drodze?
— Nie, to schronisko jest przy Burnham Park. Mówiłam ci, że raz na Chase’a wpadłam, jak wracałam do domu — wtrąciła Ellen, ale głównie bawiła się telefonem, chyba odpisując na jakieś wiadomości.
— No, ale chciałem wpaść, zobaczyć, co tam u was — dodał Chase, także biorąc sobie trochę chipsów. Jakby nie patrzeć, był głodny i już tęsknił do kuchni Courtneya. Zazdrościł Marshallowi. Ten, obojętnie co by nie zrobił, zawsze był jego bratem.
— Spoczko. Oglądałyśmy se Indianę Jonesa. Chcesz się dołączyć? Jak coś, możesz przekimać na kanapie — zasugerowała Lucy luźno, rozkładając się wygodnie. Jedną rękę zarzuciła na ramię swojej dziewczyny, a drugą poklepała udo swojego „chłopaka”.
Chase zastanowił się chwilę. To było całkiem kuszące.
— A… mógłbym uprać se coś u ciebie? — spytał, rozważając każdą opcję. Nie chciał wracać do dziadków.
— No, jasne. Nawet już teraz możesz wrzucić do pralki, bo trochę capi. — Lucy zaśmiała się, zerkając na jego plecak.
— Powiedziała ta wychowana na wsi — podsumowała Ellen z rozbawieniem.
— Właśnie… — Chase zgodził się z drugą dziewczyną, wdzięczny za jej uwagę. — I ten, to jak wam nie przeszkadza, to to też wrzucę, co? — dopytał, łapiąc koszulkę, którą miał na sobie.
Obie dziewczyny zerknęły na jego ciało z powątpiewaniem, potem spojrzały na siebie i roześmiały się.
— Czuj się swobodnie. Nawet nie zerkniemy ci poniżej podbródka — odpowiedziała Ellen i wróciła do swojego telefonu i chipsów.
Chase trochę się speszył.
— E, no, ale no… nie w tym sensie, chodziło ogólnie nie… No, oj, zresztą! — Machnął na nie rękę i wyszedł do łazienki, gdzie stała pralka, przy okazji zabierając swój plecak.
Usłyszał za sobą tylko śmiech dziewczyn, a potem chrupanie, gdy te przegryzały chipsy. Rozebrał się, wrzucił brudne ubrania do pralki, w której już było trochę ciuchów i wtedy do łazienki weszła Lucy. Dorzuciła jeszcze do środka koszulkę, która wyglądała, jakby była kupiona przez Shane’a. Mówiły o tym zarówno jej rozmiary, jak i nadruk.
— Okej, nastawię. Ale w ogóle, Chase… — Zerknęła na niego krótko, już kucając przy pralce. Łazienka była na tyle klaustrofobiczna, że stali blisko siebie. — Wszystko okej? Bo jakiś się nieswój wydajesz.
Nastolatek podrapał się po brodzie i przestąpił z nogi na nogę. Komfortu tej rozmowy nie dodawał fakt, że był tylko w bokserkach.
— W sumie to nie do końca. Bo… no, zerwaliśmy ze sobą.
— Co? — Lucy najpierw się zaśmiała, już coś ustawiając w pralce po kuzynie, która chyba znała czasy jego prababci. Ale kiedy załapała sens wypowiedzianych przez chłopaka słów, uniosła na niego spojrzenie szerzej otwartych oczu i momentalnie wstała. — Co? Ty i Coney?!
Chase zaśmiał się nerwowo i przycupnął na zamkniętym sedesie. Po to w końcu tu przyszedł, więc musiał jej powiedzieć. Była w to dość mocno zamieszana.
— No… tak wyszło. Dlatego no… musisz wiedzieć, nie?
Lucy, która, tak jak on, nie wyglądała reprezentacyjnie, bo miała na sobie jedynie dres i ciepłą, dużą bluzę z kapturem, oparła się tyłkiem o pralkę i popatrzyła na niego ze smutkiem.
— Ale serio? Tak na dobre? Czemu?
Chase skrzywił się. To były trudne pytania, na które nie lubił nawet sobie odpowiadać. Były dziwnie zawstydzające.
— No, tak na serio. Trochę się ostatnio wydarzyło i no… kurde Lu, no, to jest facet, starszy facet do tego… Mój kurator. Jakby to wyszło tak jak pewna sprawa w szkole, to bym ani ja, kurwa, nie miał życia, ani on pracy.
— Ale… — Lucy skrzywiła się i zakręciła końcówką warkocza na palcu. — No wiesz… Nie kochaliście się?
Chase zarumienił się na policzkach, a wspomnienie ich wspólnych świąt uderzyło go jak silny cios w brzuch.
— Nie wiem… — Wzruszył ramionami, żeby nie odpowiadać na to pytanie. Bo co by było, gdyby odpowiedział twierdząco? Chyba nawet nie potrafił sobie wyobrazić.
— Dobra… Um… — Lucy zamotała się. Najwyraźniej nie spodziewała się takiej informacji. — To sprawa między wami. Sorka, że tak pytam, po prostu… No… Wiesz, zawsze jak, kurka, mówiłeś o nim, to tak fajowo, że jest uroczy, że… No, wiesz. Zonk mam trochę. Ale luzik, to wasza sprawa.
Chase spuścił wzrok na swoje kolana i wzruszył ramionami.
— No bo… no… jest. Ale to jest nie do przeskoczenia. Może w innym życiu czy coś by to było możliwe…
Lucy pokiwała głową, choć nie rozumiała. Według niej, skoro byli razem i byli szczęśliwi, powinni zostać parą. Ale Chase zawsze wydawał się jej żyć przekonaniami otoczenia i w sumie chyba podświadomie spodziewała się, że kiedyś zerwą z tego powodu.
— To co? Ty z nim zerwałeś, on z tobą, czy jak? Zostaliście „przyjaciółmi”?
Chase jeszcze bardziej zmarkotniał. Nie patrzył na Lucy. Mówienie tego komuś było trudniejsze, niż myślał. Własne myśli łatwiej można było zepchnąć gdzieś na bok.
— Nie no… wróciliśmy do tego co wcześniej. No, ma tylko nade mną kuratelę, nie? Oddał mi też Tanka. Biedny, tęskni. I w ogóle nie powinienem zostawać… Kurwa — jęknął na koniec. Pies miał dużo jedzenia, ale był cały dzień sam. W ciepłej budzie, ale czym to było w porównaniu z tym, co miał u Courtneya?
Lucy zasmuciła się trochę i podeszła do niego. Bez pytania stanęła tuż przed nim i przytuliła jego głowę do swojego brzucha i piersi.
— Oj weź… Nie smutaj mi tu tylko. Obejrzymy filmy, będzie fajnie. Jak nie chcesz o tym gadać, to luzik — zapewniła. Wiedziała, że rozstania były przykre, a do tego widziała, jak chłopak się z tym miotał.
Nastolatek chwilę nic nie mówił, po czym skinął głową na znak, że się zgadza. Nie chciał o tym mówić. Życie z Courtneyem było wygodniejsze. Lubił tego faceta, ale po tym, co stało się z Petersonem… teraz autentycznie bał się tego, co czuł. Nie chciał być wykluczony, nie chciał stać się jakimś wyrzutkiem świata. Obawiał się tego jak jasna cholera i miał wrażenie, że wolałby zapaść się pod ziemię, niż żeby któryś z jego kumpli miał się dowiedzieć.
Lucy pogłaskała go po krótkich, brązowych włosach i westchnęła ciężko. Potem odsunęła się trochę i w końcu włączyła pralkę, żeby wyprać ciuchy gościa.
— Będzie ci tak okej, czy chcesz jakąś koszulkę po Shanie? Mam ich trochę — rzuciła, żeby nie wracać do niewygodnego tematu.
— Mi jest okej. Pytałem was, czy wam nie przeszkadza testosteron? — spytał, na koniec wysilając się na żart.
— Chyba w ogóle duży. Nie, żebym się na tym znała, ale no… — Lucy ze ściągniętymi brwiami wskazała na jego bokserki. — To chyba ponad przeciętną, co nie?
Chase także zerknął na swoje gatki.
— Ee… no, jest całkiem spory. — Zaśmiał się i potarł tył swojej głowy. — I nawet jak wiem, że jesteś les, to, kurwa, niezły komplement.
Lucy roześmiała się głośniej i bardziej swobodnie.
— Pewnie ci każdy kumpel zazdrości. Ale dobra, pranko się robi, możemy iść oglądać, nie? Nie gardzisz Indianą Jonesem?
— Wolę inne klimaty, ale no jest spoko, jak mogę zostać. W końcu wy tu jesteście gosposie, nie? — odparł Chase, wstając i obejmując krótko Lucy. Pochylił się do niej i cmoknął w głowę. — No i dzięki, tak w ogóle za to udawanie i całą resztę.
— Spooooczko. I ze mną się nie rozstałeś, więc musisz i tak wpadać. Albo jakieś piwko czy kino — odpowiedziała wesoło i poklepała go po plecach.
— Jasne. Jeszcze raz dzięki — mruknął Chase i wypuścił dziewczynę pierwszą z łazienki.
Ellen już czekała na nich na kanapie.
— Coś wyście tam robili? — spytała bez pretensji, ale z zaciekawieniem.
— Aaaa, taki tam szybki numerek na pralce — wyjaśniła Lucy luźno, dosłownie wskoczyła na kanapę i z rozmachem pocałowała swoją dziewczynę w policzek.
Zaraz jednak odsunęła się, kiedy Ellen wypchnęła jej język swoim i wystawiła go na wierzch. Obie dziewczyny się roześmiały.
— Ja ci dam szybki numerek!
Chase przysiadł na podłokietniku kanapy, oglądając je sobie. W sumie, dziewczyny nadal jakoś mu się podobały, więc może poszukałby sobie jakiejś… która nie była lesbijką. Na razie jednak miał spędzić wieczór w towarzystwie tych dwóch i wcale mu to nie przeszkadzało. Jedyne, co mu w tym zgrzytało, że pewnie Roy i „aniołki” zazdrościliby mu takiego spędzania czasu, a gdyby zamiast dziewczyn było tu dwóch facetów, to wykazaliby się agresją i obrzydzeniem. Między innymi dlatego musiał zostawić Courtneya. Wierzył, że tak będzie lepiej i dla mężczyzny, i dla niego…

***

Chase czuł, że musi wyjść z domu. Od zerwania z Courtneyem minęło półtora tygodnia, a on nadal był podminowany. Sprawa z Petersonem ciągnęła się jak sraczka, ale chodziły już słuchy, że reszta klasy nie będzie oskarżona o współudział. To jednak wciąż nie było pewne. Nic nikt im oficjalnie nie powiedział, wszystko było domysłami, a Chase uważał, że to tylko naiwne gdybanie. Na razie nadal nie mógł opuszczać miasta, ale nie przeszkadzało mu to, bo i tak nie miał gdzie pojechać. Szlajał się tylko albo z kumplami, albo przesiadywał u Lucy i Ellen. Dużo z siebie wkładał w pracę w schronisku i padał na twarz, ale jakoś nie mógł odpocząć w domu. W kolejną sobotę wybrał się więc na miasto z Raphaelem i Shirley. Wziął ze sobą Tanka, żeby ten nie siedział sam w kojcu i miał coś z życia. Dziewczyna cieszyła się z psiego towarzystwa, a oni z dobrej pogody. Było chłodno, ale pogodnie. Akurat włóczyli się niedaleko centrum, lecz nie chodzili głównymi ulicami.
— To nie wiem, trudno by było ogólnie znaleźć czas, kiedy każdy z nas ma wolne. — Shirley mówiła o temacie wspólnego wypadu na łyżwy na nowo otwarte lodowisko. — Teraz nawet Roy nie ma czasu, od kiedy mama wysłała go na korki — jęknęła.
Szła za rękę z Raphaelem, ubrana w gustowny, blado różowy płaszczyk i szare rękawiczki. Raphael albo przypadkiem, albo naumyślnie ubrał się pod jej kolor. Nie miał co prawda nic różowego, ale założył szarą, sztruksową kurtkę, która pasowała do płaszcza jego dziewczyny.
— No, ale ja tylko do lutego mogę w soboty — stęknął Chase. Chciał ogarnąć jakiś wypad ze znajomymi. Nie mógł usiedzieć u dziadków, a nie lubił sam łazić bez celu po mieście. Innego miejsca, żeby zakoczować, nie znał, kiedy było tak zimno. Już chciał wiosnę.
— To pieprzyć, jak Roy czy Gabe nie będą mogli, to pójdziemy sami. Ale może się uda, nie? — podsumował Raphael i skręcił z dwojgiem towarzyszy tym razem w bardziej główną ulicę, po której stronach nie było żadnych domów mieszkalnych, za to same sklepy. Czy to sportowe, czy to z pamiątkami, czy jakieś cukiernie. — Chociaż dużo teraz zakuwania niby jest… Ostatni rok… A jak wasza geografia? Macie już nowego psora? — zwrócił się do Chase’a.
— Taką psorkę młodą. Jest spoko, ale chyba też się zmieni, bo się trochę spina. Nie wygląda na najszczęśliwszą z tej pracy. Nawet kiedy klasa jest scykana, żeby nie robić głupich akcji — wytłumaczył, prowadząc psa tuż przy nodze. Tank nie robił problemów. Cieszył się, że w ogóle był na zewnątrz.
— Pewnie słyszała, co się stało z Petersonem i cyka, że jesteście agresywną grupą — mruknął Raphael.
Shirley na chwilę zgubiła wątek, bo rozglądała się po witrynach, które mijali i jej oczy szybko przesuwały się z prawa na lewo za szkłami dużych, hipsterskich okularów.
Chase westchnął ciężko.
— Kurwa, pojebane to w ogóle było. Nie miałem pojęcia, że typa tak zgnoją — przyznał, mówiąc więcej przy młodszym z braci. Ten był jakoś bardziej pokojowo nastawiony do świata niż jego brat czy Roy. Ba, nawet niż on sam. Zawsze wykazywał się większym ogarnięciem życiowym.
— To była straszna pomyłka. Nagana od dyra, teraz to oskarżenie… Kiedy ten proces w ogóle mają? — dopytywał Raphael, wiedząc z pierwszej ręki, czyli od Chase’a i Roya, że czwórka chłopaków zostanie postawiona przed sądem.
— Za miesiąc. Ten jego prawnik stawia świat na głowie, żeby to szybko poszło — wyjaśnił Chase, wiedząc, że gdyby jego koledzy z klasy wybrali innego geja do zgnojenia, to nie mieliby tak przesrane, jak mieli. Ale James Peterson… był z kimś dużo bardziej pewnym siebie niż on sam.
— To naprawdę idzie jak z bicza strzelił! — podsumowała Shirley, gdy tylko zaczęli mijać mniej ciekawe dla niej rejony.
Mimo że było chłodno, po ulicy spacerowało całkiem sporo ludzi. Zapewne dzięki temu, że było dzisiaj bardzo słonecznie i nikogo nie zniechęcało, że przez to śnieg szybko się topił. Ważne, że od słońca było ciepło.
Chase pokiwał głową. Trzymał dłonie w kieszeniach, a smycz Tanka miał przełożoną przez nadgarstek. Było mu zimno w jego nienajlepszych na tę pogodę butach, ale kilka ciuchów zostawił u Courtneya i nie miał odwagi, żeby po nie pójść.
— W ogóle tak między nami… Ale tak serio, kurwa, między nami, to… — Chase zawahał się i spojrzał na nich. — Raph, Roya i nawet Gabe’a też to się tyczy. Nie chcę, żeby chłopaki wiedziały i dociekały, okej?
— No… — Młodszy chłopak spojrzał na niego uważniej. — Co jest?
— Bo ja kojarzę typa. Tego prawnika, nie? Co broni Petersona. To jego, kurwa, mąż, czaicie?
Shirley i Raphael synchronicznie otworzyli szeroko oczy i usta. Wyglądało to całkiem zabawnie, a raczej wyglądałoby, gdyby nie powaga rozmowy.
— Coooo?! — wydusiła Shirley.
Jej chłopak za to najpierw bezgłośnie rzucił „wow”, a potem pokręcił głowę i przyciągnął bliżej dziewczynę, gdy mijali się z tłumem wyglądającym na wycieczkę szkolną.
— Ja pierdykam, powaga? To już gorzej nie można było trafić! Na stówę koleś nie puści tego płazem chłopakom!
Chase pokiwał głową. Dlatego sprawa była taka poważna, a on czuł się trochę jak skończony debil, że jednak jakoś tego wszystkiego nie powstrzymał. I nie wiedział, nie przewidział, nie połączył faktów. Na piwie z Shanem, jego facetem i Courtneyem dowiedział się o Petersonie, o Masonie dowiedział się, kiedy poszedł na te badania, a reszta… Nie ogarniał, jak to wszystko w ogóle mogło się wydarzyć.
— Dlatego też, kurwa, resztę chciał pociągnąć do odpowiedzialności. Chyba, tak mi się zdaje. Ale ja pierdolę, to jakieś jebane bagno. Jakaś homo konfiguracja! — rzucił, nie do końca wiedząc, co mówił. I czy mówił poprawnie.
— Nie wiem, chyba po prostu marny zbieg okoliczności, że mąż waszego profesora jest prawnikiem — dodała Shirley.
— Ej, kotku, chcesz coś? Może nam kupię jakieś hot-dogi? Trochę głodny jestem — wtrącił Raphael, kiedy mijali kolejny bar szybkiej obsługi. — A i Shirley ma rację, to po prostu mega niefortunny zbieg okoliczności. Ale i tak chłopaki przesadzili. Czy koleś jest prawnikiem, czy nie.
Chase wzruszył ramionami.
— Jakoś Roy nie brzmi, jakby podzielał twoje zdanie — prychnął, przystając przy wejściu do baru. Nie mógł wejść do środka, nawet jakby chciał, bo miał psa.
— Bo Roy to pała — podsumował Raphael i puścił dłoń Shirley. — Zaraz wracam.
— Mi weź kanapkę z tuńczykiem, jak jest — poprosiła dziewczyna, a kiedy jej chłopak wszedł do baru, odsunęła się z Chasem kawałek na bok, by nie tarasować przejścia. Przystanęli przy latarni z towarzyszącą jej ławeczką. — Mogłeś w ogóle Coney wziąć. Pracuje czy coś? — zagadała Chase’a.
Ten spiął się i odchrząknął, ale nie zdążył odpowiedzieć, kiedy usłyszeli:
— Ej, Chase! — Ktoś krzyknął z daleka, a kiedy chłopak się odwrócił, zobaczył, że w jego stronę zmierzał… Marshall.
Tank zaszczekał radośnie, machając ogonem na widok mężczyzny, a nastolatek nie był pewien, czy to była prawidłowa reakcja, bo starszy Corn nie wyglądał na ucieszonego ze spotkania.
— Marshall… — Chase tylko zaczął i nawet zrobił krok do tyłu, ale i tak nie uchroniło go to przed silną dłonią mężczyzny, który złapał go za kurtkę i szarpnął w swoją stronę.
Mocno zagubiony Tank dalej szczekał. Znał Marshalla, ten wyprowadzał go na spacer, spał z nim, a teraz… atakował jego pana.
— Pamiętasz, gówniarzu, co ci mówiłem o Dustinie?! — wysyczał Marshall w twarz Chase’a. — Ostrzegałem, kurwa! — dodał i nie czekając na odpowiedź nastolatka, położył go jednym mocnym ciosem w szczękę na ziemię.
— Hej! — pisnęła Shirley, ale cofnęła się pod mur baru, bo postura i postawa nieznajomego jej mężczyzny zdecydowanie zniechęcały ją do głębszego wtrącania się w tę sytuację.
Tank zaszczekał głośniej, całkowicie zdezorientowany, lecz nie zaatakował starszego Corna, mimo że ten atakował Chase’a. Za dobrze go znał, żywił do niego zbyt pozytywne emocje, by teraz walczyć.
Nastolatek zaklął z bólu, czując, jak mocne było to uderzenie. O nie, nie chciałby się bić z Marshallem. Spojrzał tylko na niego z dołu. I nic nie powiedział. Faktycznie, mężczyzna kiedyś go ostrzegał, że jak skrzywdzi Courtneya, to będzie miał z nim do czynienia.
— Napraw to, gnoju, albo się do niego nie zbliżaj — wycedził Marshall, a potem spojrzał na dziewczynę. — Nie drzyj się, nie dotyczy to ciebie — mruknął i jeszcze pogłaskał krótko Tanka po głowie, nim odszedł szybkim krokiem, z nadal z bojową miną.
Wielkie oczy Shirley, wydające się na jeszcze większe przez okulary, popatrzyły za tym przystojnym, ale niewątpliwie niebezpiecznym facetem.
— Co… to… by… ło…? — wydusiła w szoku, stojąc jak zamrożona.
Pies za to pociągnął smycz kilka razy, chcąc pobiec za oddalającym się i dawno niewidzianym przez niego mężczyzną, ale Chase szarpnął go do siebie. Kiedy ten spojrzał na niego, chłopak objął go krótko za kark i na razie lekceważąc koleżankę, cmoknął go w pysk. Nawet Tank tęsknił za tym, z czego on zrezygnował.
— Nic. To nic nie było. Nieważne — mruknął, podnosząc się z chodnika i otrzepując ubranie. Bolała go szczęka i czuł lekko metaliczny posmak w ustach.
Zdążył jedynie uspokoić Tanka, gdy z baru na zatłoczoną ulicę wyszedł Raphael. W rękach trzymał dwa hot-dogi i trójkątną kanapkę.
— Masz, kotku. Chase, to dla… Ej, co jest…? — wydusił, gdy zobaczył na wardze kumpla rosnące zaczerwienienie i opuchliznę, a do tego krew.
— Na Chase’a właśnie jakiś starszy facet się rzucił! — odpowiedziała Shirley wciąż w szoku i wciąż nie wiedząc, co się tak naprawdę stało. Najwyraźniej nie wyłapała, że Marshall mówił o kimś w formie męskiej.
Nastolatek znowu przetarł usta dłonią. Nie miał rękawiczek.
— Walnął mi, bo se zasłużyłem. Nieważne, serio. Kiepsko tylko, że musiałaś być tego świadkiem.
Shirley wciąż stała jak słup soli, a Raphael patrzył to na nią, to na kumpla z brakiem zrozumienia.
— Ej — warknął w końcu na tego drugiego z większą stanowczością, choć trochę burzyły ją dwa opakowania z jedzeniem, które miał w rękach. — Chase, o co chodzi? Weź, nie będę pytał jak kretyn trzy razy. Od kogo dostałeś?
Chase podszedł do niego i zabrał jednego hot-doga. Ponoć był dla niego.
— Courtney, nie? Ma brata. To był ten brat. A my zerwaliśmy. A raczej ja zerwałem. Koniec.
Shirley zasłoniła usta, a Raphael zamrugał.
— Nie mówiłeś… — mruknął, popatrując podejrzliwie na Chase’a. Jak ten go znał, to na pewno kalkulując, jak się zachować. Jakby chciał najpierw sprawdzić, czy Chase był wkurzony, smutny czy coś jeszcze. — Ty ją, czy ona ciebie?
Chase ugryzł hot-doga, zabolało, skrzywił się, po czym wyjął z ust kawałek parówki. Oblizał ją jeszcze i podał psu.
— Mówiłem, ja zerwałem.
— Dobra, dobra… Ale czemu? Coś odwaliła? — dopytał Raphael i podążył dalej z dwójką dzisiejszych towarzyszy, gdy Shirley pociągnęła ich za kurtki, żeby nie stali jak kołki pod barem. Jadła już kanapkę, ale przy tym przysłuchiwała się kumplom.
Chase wzruszył ramionami, skubiąc swoje jedzenie, bo twarz nadal go bolała. Marshall miał naprawdę mocny cios. Ale czy naprawdę zachował się jak Dustin? Tylko wydymał Courtneya, żywił się jego kosztem i kiedy mu się odwidziało, zostawił go. Tak samo jak tamten kutas. Czuł się jeszcze podlej niż dotychczas.
— To… trochę osobiste. Nie mogliśmy dłużej być razem. Jej praca i w ogóle.
To, co powiedział, było prawdą. Cokolwiek by do siebie nie czuli, obaj wiedzieli, że praca Courtneya mocno to utrudniała. Wystarczyło, żeby jedna niepowołana osoba się o nich dowiedziała i Courtney byłby skończony, a on sam… on miałby przejebane u kumpli, w szkole i wszędzie, gdzie się dało. Tak się po prostu musiało stać. Nie wiedział tylko, czy przypadkiem ta agresja i wściekłość Marshalla nie były „z zasady”, czy mężczyzna po prostu widział, jak źle Courtney przeżywał ich rozstanie. Bo Chase od czasu zerwania nie miał z nim kontaktu i nie miał pojęcia, jak się miała sytuacja. A w końcu przecież musieli się spotkać. Courtney jeszcze przez pół roku miał nad nim kuratelę.
— Okej… Nie będę drążył, jak nie chcesz. — Raphael spasował z taktem, również biorąc się za jedzenie. — Ale jakbyś chciał pogadać, to znasz mojego fejsa — dodał profilaktycznie.
— Ta, numer też znam — odparł Chase, byleby odpowiedzieć, bo myślał o Courtneyu.
Czy mężczyzna był na niego wściekły, czy smutny, czy cokolwiek innego… Zresztą, zwyczajnie chciał go zobaczyć. Był jak Tank, który najchętniej pobiegłby za Marshallem i wrócił do tego domu, w którym pierwszy raz w życiu czuł się potrzebny i chciany. Musiał coś z tym zrobić. Jak powiedział Marshall, albo to naprawić… albo się do niego nie zbliżać. Ale jak miał się nie zbliżać, skoro musieli się w miarę regularnie spotykać? Gdyby tylko mógł, przewinąłby życie o te kilka miesięcy, żeby już nie być dzieciakiem, uczniem… żeby być pełnoletnim i nie mieć nadzoru kuratora. Ten stanowił w tej chwili wielki problem i wcale nie pod takim względem, pod jakim był dla Chase’a, gdy sąd wydał swój wyrok…

13 thoughts on “Newton’s Balls – 76 – Napraw to albo się nie zbliżaj

  1. Katka pisze:

    Rehab-e, no cóż, chyba często jednak jesteśmy przewidywalne XD No ale czasem to nie jest aż taki minus, hehe. Fajnie, że Marshall zyskuje w Twoich oczach. On z początku był raczej negatywną postacią, ale potem zaczął się wyrabiać i mam wrażenie, ze wielu czytelników go polubiło. Co jest fajne :) Bo to w porządku braciszek, chociaż ma głupie teorie czasami. A Dustin… hehehhe, spokojnie, jeszcze nadejdzie jego 5 minut XD

  2. rehab-e pisze:

    Hahahahah, znów przewidziałam wydarzenia z rozdziału po samym tytule xD
    Chase jest… Ech, brak mi słów, żeby opisać, jak bardzo mnie rozczarowuje. Ciągle. Natomiast Marshall zyskuje w moich oczach. Zrobił się z niego taki starszy, groźny braciszek, który w pewnym momencie przestał się przejmować orientacją brata. No, może jeszcze trochę i go polubię xD
    A co z Dustinem? Czy w końcu się pojawi? Wciąż mam w pamięci ten okropny bukiet czerwonych róż (naprawdę nie znoszę tych kwiatów, fe)…

  3. Katka pisze:

    Wadera, tak, jest iskierka nadziei. Chase wiele sobie uświadamia, ale też pytanie, czy nawet jeśli coś sobie w głowie poukłada, to coś z tym zrobi. Trzeba pamiętać, że w tym wszystkim najbardziej blokuje go strach. Wiec musiałby go pokonać, żeby dokonać jakichś zmian. Ale przychylne osoby na pewno by w tym wszystkim pomogły…
    Co u psorka, to na pewno niebawem się dowiecie. Masz rację, Walt jest w trybie bojowym, więc to się okaże, czy jest za bardzo ukierunkowany na zemstę, czy jednak równoczesnie potrafi dać wsparcie swojemu mężowi. Bo jest tak jak mówisz. W tym momencie James na pewno chce po prostu świętego spokoju…
    Dziękujemy bardzo za komentarz!

    Roland, rozdziały cały czas wychodzą co 4 dni, ale chodzi tutaj o rozdziały wszystkich opowiadań. Zatem, mówiąc prosto 1 dzień – opko X, 5 dzień – opko Y, 9 dzień – opko Z. I tak dalej. Jeżeli jesteś ciekaw, dokładnie jakiego dnia jakie opowiadanie wychodzi, to zjedź sobie na sam dół strony, bo tam zawsze widnieje rozpiska na cały miesiąc :) na niej widać, którego dnia jakie opowiadanie wychodzi :)

  4. Roland pisze:

    Czy dobrze zrozumiałem, że rozdziały będą wstawiane co 4 dni? Byłoby super, bo ciężko czekać na kolejny 11 dni czy dłużej…Pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na każdy kolejny rozdział.

  5. Wadera pisze:

    Chyba widzę w tym bagnie iskierkę nadziei. Do Chase’a pomału zaczynają dochodzić pewne fakty. Lepiej późno niż wcale. Mam przeczucie, że jeśli zdecyduję się jednak naprawić to wszystko, to znajdzie parę przychylnych osób. W sumie trzymam tylko kciuki żeby się jakieś szeroko pojęte „władze” nie dowiedziały, bo wtedy chłopak przepadnie na amen. W sensie jeśli to wypłynie i zrobi się afera to on nie da rady się zaakceptować. Teraz ma jeszcze na to szanse.
    I poraz kolejny podziwiam Raphaela! Ciekawe czy to wpływ dziewczyny czy sam z siebie jest po prostu bardziej dojrzały i otwarty niż brat.
    Mam nadzieję, że niebawem dowiemy się co u psorka. Martwię się o niego, zwłaszcza że jego facet jest w trybie bojowym i mimo najlepszych chęci może nie dostarczyć mu tego czego ten potrzebuje. A wydaje mi się że teraz to przede wszystkim święty spokój. Mam nadzieję, że nie planujecie żadnych dram w tym małżeństwie. Jamie już swoje przeżył. Wystarczy mu.
    Pozdrawiam, Wadera.

  6. Katka pisze:

    Kasia, noo, Chase’a trochę żal, kiedy się widzi, co on ma w głowie. Smutne. Ale tak, może faktycznie teraz przejrzy, co stracił i coś to zmieni w jego podejściu do świata. Heheh, a Marshall bardzo dobitnie pokazał, co myśli XD Taki pierwotny mężczyzna, haha, ale miło, że jest ktoś, kto troszczy się o Courtneya :) Dziękujemy również i pozdrawiamy!

    Kaczuch_A, dokłaaaaaaaaaadnie, takie bro love :D Lubimy to. A Marshall, jak chce, potrafi być naprawde uroczy. Ale tak jak zauważasz, Chase nie ma wyjebane i generalnie też się tym przejmuj, tylko na swój sposób. Czy sobie coś poukłada, to jedno pytanie, ale czy coś z tym zrobi, to już inna kwestia. Ech, młody i głupi jest. „I nie wie tak na dobrą sprawę nic o związku, miłości i wzjaemnym wsparciu.” – Noo, jeszcze wiele przed nim… oj wiele.

    Damiann, brak internetu bardzo dobrze rozumiem, tym bardziej że sama mam teraz do niego mocno ograniczony dostęp… to boli. Łączę się w bólu. Ale jak widzę, udało Ci się coś tam złapać. Co do Jamesa, to spokojnie, co u niego słychać, to też się dowiecie niebawem :) Fajnie, ze ta strona też Cię interesuje. Cóż, trzymam kciuki za szybki powrót do internetu ;)

  7. damiannluntekurbus17 pisze:

    W KONCU! Nie dosc, ze czas jest tu o 2 godziny do przodu to jeszcze nie mam internetu 😩 Teraz jestem u babci wiec korzystam z okazji i komentuje.
    Szczerze to srednio obchodza mnie losy Chase’a xD To nie tak, ze go nie lubie, tylko sprawa Petersona jakos bardziej mnie ciekawi. Co u nieo, jak sobie radzi i tak dalej, czy Walt nadal jest taki chetny do zemsty czy troche ostudzil mu sie ten zapal. Juz sie nie moge doczekac reszty rozdzialow i chce juz do domu, zeby byc na biezaco ze wszystkim 😩

  8. kaczuch_A pisze:

    Marshall okazuje się całkiem spoko bratem, nie dziwię się że tak zareagował, w ogóle takie bro love było~! Szkoda mi Corna, bo na bank strasznie cierpi, ale widzę, że Chase też nie jest na to obojętny, próbuje sobie coś ułożyć w tej swojej młodej łepetynie i jestem ciekawa do czego to doprowadzi. Miło, że wspominał, że chciałby dla dobra Kukurydza skończyć szkołę, ale swoją drogą mógł mu wszystkie te obawy powiedzieć, zrozumiałby. I to był piękny pokaz tego, że Chase jest jeszcze młody. I nie wie tak na dobrą sprawę nic o związku, miłości i wzjaemnym wsparciu.

    Czekam dalej z niecierpliwością i dużo weny~!

  9. Kasia pisze:

    Dalej jestem zła na Chasea ale w tym rozdziale było mi go trochę żal, tego jak nie bardzo wiedział gdzie się podziać i co ze sobą zrobić… ale może dzięki temu przemyśli sobie parę spraw. Za to Marshall jest moim bohaterem od dzisiaj :) Nie wierzyłam że przyłoży Chasowi, co prawda nie sprał go za mocno ale pokazał dokładnie co ma na myśli 😉 Super, że znowu wstawiacie chłopaków :) Dziękuję i pozdrawiam

  10. Shivunia pisze:

    Tess >> To miłe, że umiesz zrozumieć Chase’a. Dużo w tym paniki o własną dupę, ale jednak też jest trochę obawy o to że Coney miałby jeszcze gorzej, jeśli by się to wszystko wydało. Całkiem rozsądne myślenie, chociaż na pewno ten wolałby sam się o to martwić, a nie aby Chase tak postąpił i zdecydował za niego co dla niego jest lepsze. Marshall natomiast bardzo dosadnie przekazał wiadomość co myśli o tym, że jego brat został skrzywdzony. Zresztą, znał chłopaka, a ten jego, mógł się spodziewać jak to się potoczy.

    Tigram >> Jeszcze będzie, wystarczy uzbroić się w cierpliwość ;) A utrzyma się tyle ile będzie trzeba abyśmy mogły przeżyć do przysłowiowego „pierwszego”. Na https://patronite.pl/ShiKatTales masz odnośnie tego małe info ;)

    Maruda >> Chase przezywa swoją decyzję a Marshall zachował się jak prawdziwy obrońca swojej „siostry”. Pod tym względem faktycznie najlepiej wie jak wygląda sytuacja. Pewnie i dla jednego i drugiego. Umie być całkiem kumaty jeśli chce. A Coney… niedługo się dowiecie co u niego. Jeszcze troszkę cierpliwości.

  11. Maruda pisze:

    Hmm.. zastanawiam się co u Coneya. Chase wie że go zranił i sam też nie znosi tego dobrze.. mimo wszystko Marshall – super. To on jest przy Coney i widzi jak ten się czuje po zerwaniu. Jego reakcja wynika z chęci ochrony brata. Sama nie wiem którego mi bardziej żal.. obaj nie mają łatwo i obaj cierpią.. i Tank taki zagubiony..

  12. Tigram Ingrow pisze:

    Szkoda, ze nie bylo nic z perspektywy Courtneya. A w ogole dlugo ma sie utrzymac sytuacja z odcinkami co 4 dni? Az mnie zzyna, ze nie wiem co dalej.

  13. Tess pisze:

    Strasznie mi żal Chase’a… Nie wiem jakoś tak potrafię zrozumieć jego obawy i też myśli o dobru Coneya, może w mniejszym stopniu niż o swoim, ale myśli.
    I tak podejrzewałam, że w tym rozdziale nadejdzie jego spotkanie z Marshallem, tylko nie wiedziałam, że od razu dojdzie do rękoczynów.
    No i jestem ciekawa jak to wszystko przeżywa Coney… Pierwsze chwile po rozstaniu raczej nie były dla niego łatwe, ale ciekawe jak teraz ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s