Bonus – Miami Lands

Po przesłuchaniu kolejnego, już piątego świadka, Jefferson Black nie dowiedział się niczego szczególnie nowego. Wciąż miał te same informacje. Facet w bluzie z kapturem na głowie wpadł do sklepu z elektroniką, wymierzył spluwą w twarz kobiety za ladą i kazał przynieść wszystkie winyle grupy The Waterboys. Był bardzo niespokojny i pobudzony. I choć Jefferson domyślał się, że prawdopodobnie coś zaćpał i wpadł na pomysł, że uszczęśliwi swoją wybrankę tworami jej ulubionej kapeli, to jednak takich ludzi się ścigało. Szczególnie kiedy przy okazji w ferworze szału postrzelili dziecko.
— No dobra… A jakieś szczegóły wyglądu? — spróbował ostatni raz, stojąc obok jednego z klientów z tego zdarzenia, który teraz opierał się o swój sportowy samochód i nerwowo popalał papierosa. Był wydziarany w wielu miejscach na ciele, ale wcale nie wyglądał na odważnego.
— Kurna… Nie wiem. Miał tę bluzę, co mówiłem… — jęknął i znów się zaciągnął. — Nie wiem. O, nie wiem, czy to pomoże, ale miał blizny na dłoni. Znaczy tam… blizny to złe słowo. Musiał se wyciąć albo ktoś mu wyciął na dłoni takie… no azteckie, czy chuj wie jakie słońce. Widziałem, bo tą dłonią trzymał broń, nie?
— To już konkretniejsza informacja. — Jefferson uśmiechnął się do faceta, chociaż tak naprawdę chciał przewrócić oczami z politowaniem. To był zdecydowanie bardziej charakterystyczny element delikwenta niż bluza Nike, którą mógł w minutę zdjąć i zmienić na inną. — Był tu na dłoni? Czy wyżej? Byłby pan w stanie naszkicować ten wzór?
— No… Powiedzmy. Nie jestem jakimś rysownikiem, proszę pana. Ale mogę pokazać na internecie, bo to takie typowe było. Miał je, o, tu. — Świadek wyciągnął dłoń i pokazał sam wierzch, zakreślając okrąg. Rzeczywiście było to miejsce, które było widać, kiedy trzymało się broń.
Policjant pokiwał głową i wszystko spisał w swoim notesiku. Był ubrany po cywilu, ale i tak widać było jego odznakę przy pasku od spodni i broń.
— To niech pan poszuka — zachęcił go, rozglądając się i myśląc nad swoim kolejnym krokiem. Nigdzie w okolicy nie było kamer, dlatego opierał się wyłącznie na zeznaniach. Okolica była parszywa.
Jego świadek szybko zgasił papierosa i zaczął szukać na telefonie jakiejś podobnej grafiki. W tym czasie Jefferson się rozglądał, niby od niechcenia, ale tak naprawdę był czujny. Nie chciał, żeby mu coś umknęło.
— O, jest! Mniej więcej taki kształt. — Świadek pokazał mu słońce z wieloma cienkimi, zawiłymi promieniami. — Coś takiego miał na dłoni.
Policjant przyjął telefon, aby obejrzeć grafikę. Zrobił sobie jej zdjęcie, żeby jej potem nie szukać.
— Dziękuję w takim razie. To pomocna informacja. Jakby sobie pan coś przypomniał, proszę dzwonić — dodał, podając świadkowi swoją wizytówkę.
Mężczyzna przyjął ją, wyglądając na całkiem dumnego z siebie. Nawet zasalutował, na co Jefferson chciał parsknąć śmiechem. Nie zrobił tego, tylko odszedł do samochodu, żeby wrócić na komendę i pomyśleć, co zrobić z tą nową wskazówką.

***

Kolejnego dnia już wiedział, że takie rzeczy można było wykonać w kilku studiach w Miami. Nie było ich wiele, tak jak studiów tatuażu, dlatego uznał, że warto było spróbować pojeździć i popytać, czy ktoś kojarzy coś takiego. Skaryfikacje, bo tak, jak się doszukał, nazywały się takie blizny, były bardziej bolesne. Robili je sobie bardziej specyficzni klienci niż ci, którzy chcieli tatuaże. Z tego co wyczytał, zrobienie takich skaryfikacji było skomplikowane i parało się tym niewielu artystów. A z racji na to, że znał kogoś pracującego w studiu tatuażu, mógł tam podjechać i zaciągnąć języka.
Bliżej trzeciej po południu, kiedy słońce dotkliwie grzało w plecy, podjeżdżał już pod studio. Fire Dragon działało od jakiegoś czasu, ale Jefferson rzadko tu bywał, bo zwyczajnie nie kręciły go tatuaże. Pracującego tu tatuażystę, którego skądinąd znał z działu życia kompletnie niezwiązanego z tatuażami, cenił za całkiem szeroką wiedzę oraz rozeznanie w swoim fachu. Jeśli więc podejrzany miał tatuaż, czy właśnie taką ozdobę na ciele, umiałby określić, gdzie powinien szukać. A przynajmniej rzucić jakąś wskazówką.
— Hej — powitał dziewczynę siedzącą za kontuarem, która zajęta była sobą. — Jest Jay?
Dziewczyna uniosła na niego spojrzenie i z zaciekawieniem przekręciła głowę.
— Nom, jest. Mogę zobaczyć, czy zajęty. Był pan umówiony? — zapytała… ewidentnie go lustrując.
Jefferson już był do tego przyzwyczajony, ale zwykle kobiety bardziej się z tym kryły. Nie narzekał na to, bo jednak gorsze rzeczy mogły go spotkać, niż bycie przystojnym i przez to lustrowanym jak obiekt na wystawie. Czasem można było nawet na tym ugrać jakiś profit. To zaskakujące, ale wystarczyło się ładnie uśmiechnąć.
— Nie. Powiedzmy, że przyszedłem na konsultacje. Możesz go poprosić? — zapytał, nie wyciągając od razu odznaki. Nie lubił tego, chociaż i tak niektórzy poznawali w nim gliniarza przez samą postawę.
— Okej! — odpowiedziała i zeskoczyła z krzesełka.
Jefferson stał przy kontuarze i patrzył, jak ta odchodzi. Nie słyszał głosu tatuażysty, ale ten na szczęście wyszedł zaraz za ciekawską dziewczyną. Na widok gliniarza uśmiechnął się lekko i wyciągnął do niego rękę.
— Kogo moje oczy widzą? Przyszedłeś na konsultacje, tak? — zagadał drwiąco, choć przyjacielsko. — Chodź do mnie.
— Nazwijmy to tak. — Jeff uścisnął jego dłoń i ruszył za nim do jego kącika, gdzie tatuażysta miał leżankę i cały swój sprzęt.
Jason wskazał mu wygodny fotel, a sam zajął taboret, na którym wyglądał trochę groteskowo przez swoje długie nogi. Czasami Jeffersonowi kojarzył się z kolorowym, niebezpiecznym pająkiem. Chociaż, kiedy bliżej go poznał, okazał się sympatycznym kolesiem. Czasami wrednym, ale generalnie miłym.
— Zaproponowałbym piwo, ale nie mamy w lodówce, a ty pewnie na służbie.
— W samo sedno, Jay. — Jefferson usadowił się wygodnie i od razu sięgnął po notesik oraz telefon z kieszeni. — Chciałem cię spytać, czy kojarzysz może trochę też branżę skaryfikacji w Miami? — od razu przeszedł do rzeczy. Nie lubił tracić czasu, a jeśli miał sobie pogadać na luzie, mógł się z tym facetem spotkać na piwie.
Jason uniósł brwi, widząc jego postawę.
— Jak prosto z mostu, panie władzo. Coś tam kojarzę. Mniej więcej zna się konkurentów w tej branży.
— To dobrze. — Policjant podał mu rysunek tego, jak mogło wyglądać słońce na dłoni sprawcy. Ale widząc spojrzenie tatuażysty, zawahał się. — Co? Sam się domyśliłeś, że jestem na służbie.
— Ale krótkie „jak ci się w życiu układa?” by nie zaszkodziło. — Jason zaśmiał się chrapliwie i wziął od niego rysunek. — Szukasz kolesia, który coś takiego ma?
— Miałem zamiar zaproponować wypad na to piwo, kiedy będę już wychodził… ale tak, szukam kolesia, który coś takiego ma. Konkretnie na dłoni. Może autor byłby w stanie coś o nim powiedzieć — odpowiedział gliniarz, pochylając się do przodu.
Jason westchnął, jakby był zrezygnowany, ale po tym już uważniej przyjrzał się zdjęciu. Zacmokał kilka razy.
— To bardzo skrupulatna robota. Mogę ci dać namiary na faceta, który bawi się z takimi rzeczami, ale równie dobrze twój podejrzany mógł tego nie robić w Miami — powiedział w końcu, oddając rysunek i już sięgając po telefon. — Ach, i uprzedzam. Facet jest dziwny.
Jeff ściągnął brwi podejrzliwie.
— Czemu dziwny? — spytał, sięgając po notesik, żeby zapisać dane.
— Jak znam życie… — Jason zlustrował gliniarza z rozbawieniem, kiedy podawał mu telefon z zapisanym na nim numerem telefonu oraz nazwą studia — to sam się przekonasz.
Policjant nie krył zaskoczenia i lekkiego poirytowania.
— Aż takie to zabawne? — spytał, niezadowolony, że nie był informowany, o co chodziło.
— Trochę tak — przyznał, wciąż rozbawiony Jason. Zabrał telefon, gdy tylko policjant odpisał numer. — Mam nadzieję, że ci pomoże.
— Też mam nadzieję. I że nie wrabiasz mnie w coś „dziwnego” dla zabawy. Wiem o tobie dostatecznie dużo, żeby ci się to nie opłacało — uprzedził Jefferson, chowając wszystkie swoje rzeczy. — To co? Mam zasugerować piwo, czy spytać, jak tam?
— Nn… Piwo to spoko opcja — uznał Jason, unosząc się, kiedy i gliniarz to zrobił. Jak zawsze w gorącej wodzie kąpany i chętny do jak najszybszego rozwiązania sprawy. Cenił w nim tę skrupulatność i oddanie sprawie. Przynajmniej naprawdę się starał.
— To zadzwonię, jeśli okaże się, że nie wrobiłeś mnie z tym kolesiem. W ogóle, jak on się nazywa? — spytał, chcąc wiedzieć, kogo szukać.
— Lockerbie. Ale jak podejdziesz do studia, to od razu cię do niego zaprowadzą. Tam tylko on się tym zajmuje.
Wyszli do holu, gdzie znów zaatakował ich wzrok dziewczyny zza kontuaru. Przysłuchiwała się im ciekawsko, przy tym oglądając nieznanego sobie mężczyznę.
— Dobra, dzięki za adres i numer. — Jefferson uścisnął dłoń tatuażysty. — Jesteśmy w kontakcie — pożegnał się, a kiedy szedł już do wyjścia, skinął na do widzenia także dziewczynie.
Ta pomachała mu, a Jefferson mógł wsiąść do samochodu i sprawdzić kontakt, który podał mu Jason. Miał na nim nazwę studia, dzięki czemu mógł od razu tam pojechać, z nadzieją, że na żywo szybciej i dokładniej wyciągnie potrzebne informacje. Zresztą, łatwiej było pokazać rysunek, niż go opisywać.
Po drodze zahaczył po kawę do swojej ulubionej kawiarni i po trochę ponad godzinę parkował przed kolejnym tego dnia studiem. To, na pierwszy rzut oka, miało inny klimat niż Fire Dragon. Było bardziej staromodne. Sam napis nad wejściem miał specyficzną, zawiłą kreskę. Po wejściu zobaczył nieduży przedsionek, w którym najpewniej przyjmowano zapisy na wizyty. Na ścianach wisiały głównie typowo marynarskie wzory tatuażu, jakby ktoś stąd specjalizował się w tym. Były jaskółki, kotwice, cycate panienki, lecz również mnóstwo czaszek. Ale także plakaty przedstawiające anatomię człowieka. Czy to w postaci szkieletu, czy ulokowania mięśni.
Na ladzie dostrzegł mały dzwoneczek, więc użył go i już po chwili z korytarzyka wychynęła pracownica.
— O, dzień dobry — powitała go z radosnym uśmiechem. Miała mocno czerwone usta i prostą, czarną grzywkę. — W czym mogę pomóc?
— Pan Lockerbie pracuje tu? Jest może? — spytał Jefferson, uśmiechając się do niej i nie wyciągając od razu odznaki. Uśmiechem nie raz uzyskał więcej.
— Mhmm. Jest u siebie w pokoju. Nie ma teraz klienta, więc zapraszam — odpowiedziała kobieta, wskazując dłonią kierunek.
Całe studio nie było duże, pomieszczenia dość ciasne, ale miało swój klimat. Pokój, do którego Jefferson został pokierowany, był pomieszczeniem pełnym narzędzi. To wzbudzało ciarki na plecach. Wszystko było starannie poukładane na półkach. Do tego gablotka z chemikaliami, papierowe ręczniki, lustro, kozetka… Wyposażenie zdecydowanie przywodziło na myśl coś, co było bliższe sali operacyjnej niż pracowni artysty. A sam artysta… na domiar złego miał na sobie skórzany, czarny fartuch. Jasne, proste włosy sięgały ramion. Gdy tylko odwrócił się do przybyłych, Jefferson zobaczył, że na jednym oczodole miał bliznę jak po poparzeniu. Chyba już bardziej specyficznie być nie mogło.
— Dzień dobry. — Policjant wyciągnął do niego dłoń, niezrażony taką blizną, chociaż była mocno charakterystyczna. I pewnie wiele osób mogłoby zrobić na jej widok większe oczy. — Słyszałem, że zajmuje się pan skaryfikacjami. Możemy chwilkę o tym porozmawiać?
Jefferson już teraz spostrzegł, że ten mężczyzna nie był dziwny tylko w swoim wyglądzie. Bo teraz, kiedy ściskał dłoń policjanta, nic nie powiedział, a po prostu… zlustrował go bardzo dokładnie z góry na dół. Jefferson uznał, że jednak gapienie się koleżanki z pracy Jasona było niczym przy tym, co właśnie zrobił ten blondyn. Wydawało mu się, jakby prześliznął spojrzeniem swojego jedynego, błękitnego oka po każdym skrawku jego skóry. Jakby wśliznął się nim od jego ubranie i podążał pomiędzy zagłębieniami, by zapamiętać każdy mięsień.
— Oczywiście. Proszę usiąść — zachęcił, wskazując białą leżankę. Odsunął z niej przy tym… wydruki rozmieszczenia żył na różnych częściach ciała.
Wprawne oko policjanta to zauważyło. Zarówno to, jak i liczne anatomiczne zdjęcia na ścianach oraz książki o tej tematyce na jednej z półek. Gdyby nie był świadom, że znajdował się w pracowni kogoś robiącego skaryfikacje, to myślałby, że znalazł się w kąciku psychopaty.
— Medyczny pasjonata? — spytał, nie przechodząc tym razem od razu do rzeczy. Chciał się upewnić, z kim miał do czynienia.
— Można to tak nazwać — przyznał mężczyzna w fartuchu, siedząc prosto na taborecie. — W czym mogę pomóc? Ma już pan pomysł na skaryfikację?
— Nie do końca. Chciałem spytać, czy może pamięta pan, czy robił komuś taki wzór? — spytał i sięgnął do tyłu, żeby wyjąć swój policyjny mały notesik i rysunek wzoru.
Pokazał go artyście, sprawdzając, czy ten od razu zacznie mówić, czy będzie chciał dowodu, że w ogóle może mówić.
Mężczyzna zerknął na niego, na wzór, po czym delikatnie ściągnął brwi.
— Jest pan policjantem?
Jeff skinął głową.
— Pokazać odznakę?
— Mhm. Chociaż wolałbym, żeby nosił pan mundur — przyznał Lockerbie formalnym głosem.
Jefferson uśmiechnął się bokiem ust i wyciągnął odznakę, żeby pokazać ją mężczyźnie.
— Ja osobiście jestem zadowolony, że nie muszę. Prowadzę dochodzenie. Mężczyzna poszukiwany jest za napad i postrzelenie dziecka. Miał bardzo charakterystyczną bliznę na ręku. To najpewniej skaryfikacja. Pomoże nam pan?
— Och… postrzelił dziecko tą ręką? Więc teoretycznie, gdybym mu ją amputował, kiedy u mnie był, ocaliłbym dziecko — podsumował artysta. — Ale tak, chętnie pomogę, jednak musiałby pan zostawić do siebie wizytówkę. Ta skaryfikacja była robiona jakiś czas temu, więc musiałbym sporo odgrzebać w swoim grafiku.
— Jeśli nie byłby to problem, byłbym wdzięczny. Także za pośpiech. Czym szybciej uda się go namierzyć, tym większe szanse, że kogoś uda się ocalić — odpowiedział policjant, używając podobnych słów, ale nie nawiązując do żartu o amputacji. Miał nadzieję, że to był żart.
— Postaram się pospieszyć — zapewnił artysta, nieustannie wpatrując się w policjanta. Ale nie tak, jak zwyczajni ludzie, patrząc mu w oczy przy rozmowie. Oglądał jego ciało, nie przejmując się tym, jak to mogło wyglądać z boku.
Jefferson widział to, więc odparł dość zachowawczo:
— To… dobrze.
Przy okazji sięgnął po wizytówkę i podał ją mężczyźnie. Ten przyjął ją i przeczytał.
— Jeff. Miło mi. Will — przedstawił się od razu.
— Will czy William? — spytał policjant, skoro już miał jego nazwisko.
— Jak wolisz. — Mężczyzna uśmiechnął się do niego delikatnie. — Jeżeli dobrze pamiętam tego klienta, to nie wydawał się groźny… Przykro, że posunął się do przestępstwa.
— Pamiętasz, jak wyglądał? — dopytał Jefferson, mając nadzieję, że znajdzie go z jakimiś szczegółami, nim dostanie nazwisko. W ogóle, jeśli by je miał, byłoby znacznie, znacznie łatwiej.
Oko Williama zmrużyło się, kiedy się zamyślił.
— Hm… Miał jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu. Był szczupły, ale nie tak jak ja. Miał szersze ramiona i żylaste przedramiona. Na pewno był biały z dziada pradziada, włosy kasztanowe, krótko ścięte. Golił boki. Nie był bogaty, ponieważ ubrań wcale nie miał zbyt drogich. Na skaryfikację, z tego co opowiadał, długo oszczędzał.
Jefferson spisał wszystko to, co usłyszał i musiał przyznać, że był pod wrażeniem.
— Wiele szczegółów. Na pewno był tak dawno, jak mówisz?
— Tak. Po prostu mam dobrą pamięć do twarzy — przyznał Will bez szczególnej skromności. — A jeśli mogę spytać… co robisz zazwyczaj po służbie?
To pytanie niewątpliwie zaskoczyło policjanta. Aż się poprawił na swoim miejscu.
— Jeśli ja mogę spytać, czemu pytasz?
I ponownie został dokładnie obejrzany.
— Wiem, że twoja praca to dużo ruchu, ale też dużo siedzenia za biurkiem. Podejrzewam więc, że w jakiś inny sposób dbasz o ciało, bo jest naprawdę bardzo dobrze zbudowane. Co widzę mimo tej koszuli.
— Jeśli pytasz, czy ćwiczę po pracy, to tak, ćwiczę po pracy — przyznał Jefferson, powoli nabierając defensywnej postawy. Już myślał, jak podziękować i pojechać na posterunek, żeby poszukać podejrzanego według opisu.
A William tylko westchnął cicho, jakby się rozmarzył.
— Mhm… Bardzo dobrze ci to idzie. Spróbuję dziś wieczorem zająć się tym, o co prosiłeś. Jeżeli coś znajdę, zadzwonić od razu, czy dopiero z rana?
— Od razu poproszę — odparł Jefferson i uniósł się, wykorzystując to jako dobry moment na taktyczny odwrót. Ten specyficzny artysta był… niepokojący. Miał wrażenie, jakby widział więcej tym niebieskim okiem niż normalny człowiek. — I jeszcze raz bardzo dziękuję. Będziemy w kontakcie.
— Oczywiście. Do zobaczenia, Jeff. — William również się uniósł i uścisnął jego dłoń.
Był niższy niż gliniarz, szczuplejszy, ale w tej pracowni, otoczony swoim narzędziami i odziany w fartuch, wyglądał, jakby miał tu więcej władzy. Mimo że rozmawiał z mundurowym. Ponadto Jefferson czuł lekki niepokój związany z przeświadczeniem, do czego ten byłby zdolny. Nie była to dobra kombinacja.
— Do zobaczenia — odparł i nie czekając na pomoc, pokierował się do wyjścia.
Musiał pojechać do laboratorium i dowiedzieć się, czy znalezione odciski palców z blatu w miejscu napadu pasują do kogoś w bazie. Jeśli tak, to miałby to z głowy. Z jakiegoś powodu jednak intuicja mówiła mu, że nie będzie tak łatwo i jednak będzie skazany na kontakt z Williamem Lockerbie.

***

Kiedy mózg już miał dość, według Jeffersona najlepszym relaksem były ćwiczenia fizyczne. Wyładowanie się, zmęczenie już do końca i uwolnienie myśli. Dlatego kiedy analizowanie profilów podejrzanych nic nie dało, nadal nie miał informacji od Willa i śladu przestępcy, zabrał się i pojechał na siłownię. Miał jedną swoją ulubioną. I to w sumie przez pracującego tam chłopaka poznał Jasona. Opłaciło mu się wtedy rozmawianie o pracy, chociaż szybko przekonał się, że ten nie przepadał za policją. Nie był jednak uprzedzony dla zasady, dlatego po długiej rozmowie udało im się całkiem nieźle dogadać.
Zajechał pod siłownię, kiedy było późne popołudnie. Spodziewał się, że nie będzie zbyt luźno, ale uznał, że to przeżyje.
Miał kartę, więc szybko przeszedł przez rejestrację. Podążył do szatni i już tam przekonał się, że nie trafił na pustki. Sporo klientów się przebierało, niektórzy brali prysznic. Było ogólnie głośno. Jefferson najpierw schował swoją odznakę, nie chcąc, żeby komuś rzuciła się w oczy. Ludzie czasami dziwnie się spinali, kiedy mieli obok siebie gliniarza. Jakby bali się, że ten zaraz ich na czymś przyłapie.
Przebrał się w sportowe ciuchy, zabrał wodę i ręcznik, aż wreszcie mógł pójść na główną salę ze sprzętami. Szedł powoli, rozglądając się… i udało mu się dostrzec swojego znajomego. Ryan Carter ustawiał jakiejś dziewczynie program na bieżni. A że bieganie było dobrym sposobem na rozgrzewkę, Jefferson podążył właśnie w tamtym kierunku. Umiał sam posługiwać się większością sprzętów, ale miał nadzieję, że ten na chwilę będzie mógł podejść.
— Hej — przywitał się, kiedy przechodził obok bruneta o równie ciemnych oczach co jego. Klepnął go w ramię i zajął pierwszą wolną bieżnię.
— O, jak miło. Zawitał mój jedyny lubiany pan niebieski — powitał go Ryan, oglądając się za nim z uśmiechem.
Jefferson tylko prychnął pod nosem i wszedł na bieżnię, zawiesiwszy ręcznik na długim uchwycie na ręce. Tymczasem pracownik siłowni skończył ustawiać program, poinstruował dziewczynę i chwilę późnej już podchodził do biegnącego truchtem gliniarza.
— Znowu ciężki dzień w pracy i wykorzystujesz niecnie nasze sprzęty do odstresowania, czy tym razem ze zwyczajnej dbałości o to wysportowane ciało? — zagadał.
— Pierwsza opcja, stary. Znowu jakiś pojeb się trafił, to muszę się rozluźnić. A ty jak? — zapytał policjant, spokojnie biegnąc, żeby się rozgrzać. Nie miał przy tym problemów z rozmową. Zresztą, to było całkiem dobrym treningiem. Ćwiczyło mu oddech.
Trener oparł się o barierkę przy wielkim oknie, naprzeciwko którego znajdowała się bieżnia. Miał przepocony bezrękawnik, co oznaczało, że sam już zdążył dzisiaj poćwiczyć.
— Ja odwalam swoją ostatnią godzinę roboty. Od drugiej jest tu mnóstwo ludzi, a mój żołądek już marzy o kolacji.
— To miałem farta, że jeszcze na ciebie trafiłem.
— Mhmm, tym bardziej, że dawno nie mogliśmy na siebie wpaść, ale widzę, że nic tu nie podupadło — podsumował Ryan, oglądając jego sylwetkę.
A Jefferson miał już kolejne deja vu. Dzisiaj chyba każdy zamierzał go tak lustrować. Chociaż to, co teraz zrobił Ryan, ani trochę nie umywało się do natrętnego spojrzenia Williama Lockerbie.
— Nawet jak nie tutaj, tak i tak ćwiczę — prychnął, kręcąc głową, jakby Ryan właśnie go obraził. — Wszyscy dziś na to jakoś zwracają uwagę.
— Hmm? Rozwiniesz?
— Byłem u takiego jednego kolesia w związku ze sprawą. Zachowywał się… dziwnie. Gapił się, to delikatnie powiedziane — wyjaśnił i trochę zwiększył tempo biegu.
Zarówno brwi, jak i kącik ust Ryana nieco się uniosły.
— Uuu… Może po prostu był to bardzo dosadny podryw, a ty w żaden sposób tego nie wykorzystałeś. Chyba że nie był w twoim guście, to rozumiem i rozgrzeszam.
— Nie moje rejony trochę… ale „dosadny” to słabe słowo — uznał policjant, oddychając już głębiej, ale nadal równo. Jego podkoszulek jeszcze nie zaczął nasiąkać potem.
— Znam kilku facetów, którym byś się podobał, Jeff, więc wcale mnie to nie dziwi, ale tak, dobrze znam irytację z bycia oglądanym przez kogoś, kogo jednak by się specjalnie nie widziało w swoim łóżku — przyznał Ryan z krzywym uśmiechem, wspominając niejakiego Chrisa. Tamten bardzo ostentacyjnie go swego czasu podrywał, a on wcale nie był z tego powodu szczęśliwy. Wręcz przeciwnie.
— Wiesz, nie był najgorszy. Chudy i… blady jak na Miami, ale to tamto spojrzenie było najgorsze — przyznał Jefferson, przy okazji przypominając sobie, że według Ryana jego facet, Lenny Tunder, pewnie leciałby na niego, bo w sumie byli trochę podobni. Nie wiedział, czy chciałby sprawdzać.
Trener ogarnął spojrzeniem całą salę, sprawdzając, czy komuś nie trzeba było pomóc. Na szczęście poza nim była tu jeszcze dwójka trenerów, a klienci najbliżej niego dobrze sobie radzili.
— Dziwi mnie, że jak na takiego odważnego, dzielnego pana mundurowego nie zasugerowałeś mu, żeby…
Urwał, bo oto rozdzwonił się telefon, który gliniarz ze sobą przyniósł i odłożył bezpiecznie na podstawkę przy bieżni. Policjant spojrzał na Ryana, odrobinę zmniejszył prędkość, ale nie zatrzymał się, gdy odebrał.
— Tak, Jefferson Black.
— Witaj znowu. Z tej strony Will — przedstawił się dobrze znany mu głos. Jeszcze dzisiaj go słyszał.
Ryan, widząc, że szykuje mu się rozmowa, uznał, że zrobi kółko po sali i posprawdza sprzęty.
— O witam, witam. Masz coś? Znalazł się ten facet? — od razu przeszedł do rzeczy, biegnąc truchtem i zastanawiając się, czy zaraz będzie musiał iść do szatni po notes.
— Tak, udało mi się odnaleźć go w grafiku. Robił skaryfikację przeszło rok temu, więc niestety było to mozolne. W każdym razie mężczyzna nazywa się Larry Price. Nie mam oczywiście adresu, ani wieku, ale mam jego numer telefonu.
— To już dużo. Możesz mi go wysłać? — poprosił, czując, że wiele się dziś nie naćwiczy.
— A czy zgodzisz się w takim razie wyjść ze mną wieczorem na kawę?
— W zamian za numer do tego faceta? — Jefferson aż prychnął z rozbawieniem. Ale też sam zauważył, że nie odmówił od razu.
— Och, jestem pewien, że dzięki temu bardzo szybko zamkniesz sprawę, którą prowadzisz. Wydaje mi się, że bardzo pomogłem, więc wyjście na kawę to chyba niewielka zapłata.
— I jeszcze pewnie dziś byś chciał na nią wyjść? — spytał, już znając odpowiedź.
— Byłbym bardzo szczęśliwy. Znam przyjemną kawiarnię niedaleko wybrzeża. Podają bardzo dobrą kawą i mają smaczną śmietankę do gorących czekolad — dodał Will poważnym, formalnym tonem.
Jeff westchnął krótko.
— Wyślij mi ten numer, to jeśli ktoś z biura zajmie się namierzeniem, to może uda mi się wygospodarować kilka minut.
— Bardzo się cieszę. Wysyłam więc numer i czekam na wiadomość od ciebie. Do usłyszenia.
— Do usłyszenia — odparł Jefferson i kiedy się rozłączył, od razu zwiększył prędkość na bieżni.
Zamierzał od razu wysłać numer na komisariat, żeby go sprawdzili, ale dopóki ten nie pojawił się na jego telefonie, chciał chociaż odrobinę się wyżyć.
Ryan niestety był zajęty. Jakiś klient go zatrzymał. Ale nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jefferson mógł skupić się na bieganiu jeszcze przez chwilę. Gdy doszedł do niego sms, przesłał go do kolegi z komisariatu i znów biegł. Jego koszulka nasiąkała potem, on oddychał głęboko i czuł, że rytm jego serca znacznie przyspieszył. Poprawiał swoją kondycję.
Dał sobie jeszcze chwilę z oddzwonieniem do tego mężczyzny. Uznał, że najpierw da sobie te kilka minut na siłowni, a dopiero później zajmie się wypełnieniem swojej zapłaty. Spece z jego wydziału zajmowali się wytropieniem przestępcy, co dawało mu wolną chwilę.
Kiedy już całkiem nieźle się spocił i uznał, że zmieni ćwiczenie, oddzwonił do Williama. Ten odebrał niemal od razu.
— Witaj znowu.
— Chyba nie przeszkadzam, skoro tak szybko odbierasz? — Zaśmiał się. — Dzięki jeszcze raz za ten numer.
— Właściwie nie powinienem zdradzać danych personalnych moich klientów bez nakazu, ale już za późno na wyrzuty sumienia. Mam nadzieję, że pewne jest, że to on jest przestępcą… — William westchnął cicho.
— Jeden ze świadków nas na niego nakierował. Na razie jest tylko podejrzanym. I nie dowie się, jak go znaleźliśmy, jak coś.
— To mnie cieszy. W takim razie możemy spotkać się już na miejscu? Wyślę ci adres tej kawiarni, jeśli nie masz nic przeciwko. Do twojego czasu się dostosuję.
Jefferson obejrzał się po siłowni. Jeszcze by poćwiczył.
— Za dwie godziny?
— Oczywiście. W takim razie do zobaczenia — pożegnał się mężczyzna, a policjant zobaczył, że Ryan znów szedł w jego stronę, najwyraźniej dopilnowawszy wszystkiego ze swoimi klientami.
Jeff uśmiechnął się do niego, gdy odłożył telefon na podstawkę.
— No, panie trener, jakieś ćwiczenie, co mnie wymęczy i zrelaksuje, żebym nie załatwił kolesiowi drugiego oka.
— Drugiego oka? I jakiemu kolesiowi? Szykuje ci się randka i wreszcie nie muszę myśleć o tym, żeby poszukać ci jakiejś drugiej połówki? — zapytał Ryan z lekkim uśmiechem, zachęcając go, by poszedł za nim do jednej z wolnych maszyn.
Tam, stanąwszy na środku, można było podnosić piłkę lekarską i rzucać nią w postawione po obu bokach obite miękkim materiałem tarcze. Ćwiczyło się dzięki temu zarówno nogi, brzuch, ręce, jak i boki.
Jefferson przewrócił oczami.
— Ten koleś od śledztwa. Mam mu się odwdzięczyć za przydatną informację wypadem na kawę. A drugie oko, bo jednego już nie ma. Bez drugiego może przestanie się tak gapić.
Trener uśmiechnął się kątem ust i pomógł mu odpowiednio stanąć. Kucnął przy tym i rozsunął mu bardziej nogi, żeby stał w lekkim rozkroku.
— Ale coś mi mówi, że nie był wcale taki zły, skoro jednak skusiłeś się na kawę. Pamiętasz to ćwiczenie? — zapytał przy okazji, sięgając po piłkę lekarską i kładąc ją przed mężczyzną.
— Tak. I będzie idealne — odparł gliniarz, wiedząc, że Ryan będzie musiał z nim zostać, aby podawać mu kolejne piłki. — I nie wiem, czy nie był „taki zły”. To kwestia zobowiązań.
Ryan uśmiechnął się krzywo i wymownie.
— Chciałbym, żeby każdy niebieski był tak… prawy, jak ty. Tak, to chyba doskonałe słowo. Ale teraz, proszę, wyrównaj oddech i skup się na ćwiczeniach. Zobaczymy, jak długo wytrzymasz — dodał z wyzwaniem, stając naprzeciwko jego, żeby podawać piłki.
— Ta, zobaczymy. Obyś szybciej nie padł niż ja — odparł Jefferson, odganiając myśli od Willa.
Teraz był czas trochę poćwiczyć. Zmęczyć się przed spotkaniem. A przy tym trenerze miał na to szanse. Wyrównał oddech, stanął odpowiednio i zaczął ćwiczyć. Szybko, sprawnie, ale również poprawnie, wiedząc, że lepiej wykonywać ćwiczenie dokładnie, niż byle jak, ale zbyt szybko. I rzeczywiście, po kilku minutach miał już niezłą zadyszkę, a mięśnie dawały o sobie znać. I właśnie o to chodziło.

***

Jefferson po siłowni udał się do domu, żeby się przebrać. Na spotkanie do kawiarenki blisko wybrzeża nie pojechał samochodem. Uznał, że spędziłby kolejne dwie godziny w korkach, bo tak czy siak musiał przejechać przez centrum. Zabrał więc na przejażdżkę swój motocykl. Wiedział, że Jason też jeździł na dwóch kółkach, ale jego maszyna była dla niego zbyt… stonowana. On wolał swojego lekkiego Duke’a 690. Krótki rozstaw osi i jego niewielka masa sprawiały, że lubił nim jeździć. Tym bardziej po mieście, gdzie maszyna była zrywna i zwinna. Szybko dojechał nią do celu, nie przejmując się, że mógł z dwa razy przekroczyć prędkość. Nie był aż tak dobrym gliną, za jakiego miał go Ryan.
Zaparkował przed adresem, który podał mu Will w wiadomości. Rzeczywiście, kawiarenka wyglądała na całkiem sympatyczną. Chyba artysta lubował się w staroświeckich rzeczach, bo ta, podobnie jak jego studio, była w taki sposób zaaranżowana. Utrzymana w ciemnych, ciepłych kolorach z napisami w stylu vintage.
Po wejściu do środka szybko ujrzał blondyna. Siedział przy stoliku, ale jeszcze nic nie spoczywało przed nim. Wyglądał inaczej niż w studiu, ale znów wyróżniał się na tle innych klientów. Ubrany był w beżową koszulę zapiętą na ostatni guzik. Miał zresztą pod kołnierzykiem muchę. Do tego brązowe spodnie z wysokim stanem, podkreślające jego szczupłe nogi i wytworny zegarek na ręce.
Jefferson aż go zlustrował. Nie miał nic do takiego stylu, ale pasował w tej chwili do tego faceta jak pięść do oka. Sam w wytartych, klasycznych jeansach, czerwonych trampkach i czarnym podkoszulku wyglądał jak rozrabiaka. Kurtka z ochraniaczami na motor, jaką ze sobą niósł, jeszcze to podkreślała.
— Hej — przywitał się z nim, kiedy doszedł do stolika.
— O, witaj. — Mężczyzna uniósł się, żeby uścisnąć mu dłoń. I znów go przy tym zlustrował. — Czekałem na ciebie z zamówieniem.
— Długo? — odparł pytaniem, siadając do stolika.
— Jakieś dziesięć minut — wyjaśnił William, a do ich stolika podeszła kelnerka. Podała im karty i odeszła. Starszy mężczyzna od razu zajrzał do środka. — Namierzyliście już tego mężczyznę? — zapytał przy tym.
— Jesteśmy w trakcie. Mają dać mi znać, kiedy go będą mieć. Dane się zgadzają na razie, ale nie było go w domu — wyjawił fragment śledztwa. Skoro William tak mu pomógł.
Ten przytaknął z powagą, przy okazji czytając proponowane pozycje na karcie, chociaż już był zdecydowany.
— Lepiej, jeśli faktycznie będziecie obserwować jego mieszkanie i czekać, aż wróci, a nie dzwonić na telefon. Mógłby wtedy spróbować zbiec.
— Wiemy, jak wykonywać swoją pracę. Ale dzięki za uwagę. Wybrane?
— Tak. Zdecydowałem się na gorącą czekoladę — uznał William, zamykając kartę. Policjant spostrzegł, że miał bardzo szczupłe, zgrabne dłonie.
— Dobra. — Zakodował to sobie i zawołał kelnerkę.
Kiedy ta do nich podeszła, obdarzył ją szerokim uśmiechem i zamówił sobie „Słodką jak ona” kawę oraz czekoladę dla towarzysza. Gdy tylko kelnerka odeszła, a on spojrzał na rozmówcę, spostrzegł, że ten znowu się na niego gapił. Zupełnie jakby to Jefferson miał na twarzy bliznę, która przyciągałaby wzrok.
— Nie pracujesz z partnerem? — zapytał Will. — Nie było nikogo z tobą podczas wizyty u mnie, a wierzę, że nie tylko w filmach policjanci chodzą parami.
— Wolę pracować sam, ale czasami faktycznie przydaje się wsparcie. Czemu o to pytasz? — Jefferson oparł się wygodnie w fotelu, patrząc na artystę czujnie. Ten dużo chciał o nim wiedzieć.
— Bo mnie to zaskoczyło. A wydajesz się kimś, z kim lubi się współpracować. Ale widzę, że nie chcesz rozmawiać o pracy. Ja ci o mojej nie opowiem, bo mało kto dobrze znosi opowieści o skaryfikacji.
— O zrywaniu z ludzi skóry za pieniądze? — Gliniarz zaśmiał się pod nosem. — Czemu? Nie podoba im się koncepcja, czy bardziej sposób, w jaki to opowiadasz?
— Zawsze odnoszę wrażenie, że przestają chcieć słuchać, kiedy wnikam w szczegóły — przyznał William z delikatnym uśmiechem. — To na pewno nie jest temat na pierwszą randkę.
Jefferson zrobił się ostrożniejszy, usłyszawszy ostatnie słowo. Postanowił to przemilczeć.
— Pewnie ma to coś wspólnego z tym, że kwieciście to opisujesz. Jako nieszkodliwe info możesz powiedzieć, od jak dawna to robisz.
Artysta przytaknął, a do ich stolika znowu podeszła kelnerka. Przed Jeffersonem postawiła kawę z ciasteczkiem na talerzyku, zaś przed Williamem wysoką szklankę z gorącą czekoladą i sporą ilością bitej śmietany. Kiedy odeszła, Will od razu wziął łyżeczkę, żeby zabrać się za wyjadanie śmietanki.
— Wydaje mi się, że wiele osób chcących robić sobie skaryfikację, może mieć ciągoty do łamania prawa. Szukają silnej adrenaliny, a to, co robię, daje jej bardzo wiele… Chociaż ludzie szukający adrenaliny również zostają gliniarzami — dodał, zerkając z rozbawieniem na Jeffersona, a potem wymownie przez okno, na motor. Sam nigdy nie wsiadłby na taką maszynę. Zwyczajnie by się… bał.
— Cóż… — Jeff także spojrzał w tamtą stronę. — Sporty ekstremalne to całkiem fajna zabawa. Jazda motorem jest za to wygodniejsza, nie stoi się w korkach — dodał jeszcze jeden plus, dla którego wolał tak się przemieszczać. Było szybciej i zwyczajnie fajniej.
Ale widział, że jego rozmówca tego nie podzielał. Delikatnie wykrzywił wargi, by następnie oblizać nimi śmietankę z łyżeczki. Było to na tyle zabawne do obserwacji, że chciałby specjalnie zmusić tego mężczyznę do takiej przejażdżki. Może był podły, ale… bawiło go to.
— To bardzo niebezpieczne przy okazji. W starciu z samochodem nie masz najmniejszych szans, nie mówiąc już o czymś większym.
Jefferson zaśmiał się pod nosem.
— Bo wydzieranie sobie skóry jest całkiem bezpieczne — prychnął i napił się kawy. Nie uważał, żeby miał się czym przejmować, jeśli chodziło o jazdę motocyklem. Był ostrożny, potrafił to robić, nie powodował żadnych kolizji ani zagrożeń. A w samochodzie też było niebezpiecznie. Nie mówiąc już o tym, jak było na akcji.
— Ja sobie tego nie robię. Jedynie klientom. Sam nigdy nie chciałbym poddać się skaryfikacji, tak samo jak wsiąść na motor.
— To co cię nakręciło, żeby to robić innym?
Błękitne oko Willa spojrzało na niego czujnie. Chwilę nic nie mówił, jedynie pojadając śmietankę. Aż wreszcie odpowiedział:
— Byłem lekarzem i odebrano mi prawo do wykonywania zawodu. Skaryfikacja to wciąż zajmowanie się ludzkim ciałem i po prostu chciałem pozostać przy swojej pasji.
Gliniarz uniósł wyżej brwi z zaciekawieniem. Może nie wyglądał na tak samo zainteresowanego rozmówcą, jak William, ale rozmowa była całkiem ciekawa.
— No proszę. To przez jakiś wypadek? — spytał, wskazując go brodą.
— Poniekąd. Chodziło o to, że mieliśmy pacjenta, któremu według mnie mogła pomóc tylko praktyka, która jeszcze nie jest sprawdzona, ani zatwierdzona. Uznałem, że będę eksperymentować i zabrałem się za to… i zapewne uratowałbym mu życie, gdyby inny lekarz mi nie przerwał — wyjaśnił Will suchym tonem. Odłożył łyżeczkę i napił się gorącej czekolady. — Przez to pacjent zmarł, a ja przestałem być lekarzem.
— Marnie — podsumował rozmówca, ale nie brzmiał na skrajnie przejętego tym, że ktoś zmarł. Ani tym, że William stracił pracę. — Masz chociaż doświadczenie z medycyną, to pewnie trochę klientów ci się złazi. Nie zszywasz mafii na lewo przy okazji? — spytał w formie żartu, ale że był policjantem miało to inny wydźwięk. Mimo to, Will zaśmiał się cicho.
— Mam tylko jedną Rodzinę, której pomagam. Nie wszystkich na mnie stać. Ale może dla ciebie zrobiłbym wyjątek, gdybyś kiedyś przyszedł do mnie z raną postrzałową.
— Myślę, że gdybym się takiej nabawił, to pojechałbym do szpitala. — Rozmówca zaśmiał się, kręcąc głową. Takie nagłe proszenie o pomoc po postrzale kojarzyło mu się ze starymi filmami westernowymi, w których samotny łowca nagród wpada do zapomnianej przez świat wioski i prosi jakąś niewiastę o zawinięcie broczącego krwią ramienia. A za nic nie widział siebie jako dzielnego łowcy nagród. Willa tym bardziej za niewiastę. Co najwyżej za białą myszkę. — I lepiej nie miej też konfliktów z prawem, bo nie wszyscy moi kumple pozwolą sobie, żebyś tak się na nich gapił.
I jak na zawołanie spojrzenie Willa prześliznęło się po ciele policjanta.
— Naprawdę trudno mi coś na to poradzić… — westchnął cichutko, przy okazji… przesuwając stopę pod stolikiem w stronę nogi rozmówcy.
Ten od razu to poczuł i spojrzał na Williama wymownie.
— Naprawdę?
A mężczyzna zapatrzył się tym razem w jego oczy.
— Naprawdę. Nie pamiętam, kiedy ktoś tak bardzo przykuł mój wzrok jak ty. Zapewniam cię, że nie mówię tak każdemu.
— Tylko co drogiemu — zironizował Jeff z rozbawieniem. — Wiesz, że mógłbym tego nie przyjąć tak spokojnie? Niektórzy faceci mniej wyrozumiale by na to patrzyli — mówił, dając do zrozumienia, że to wcale nie było aż tak bezpieczne, wychylać się z takim chamskim podrywem. Jego zdaniem. A może po prostu był zbyt zapobiegawczy jak na mieszkanie w tak otwartym mieście jak Miami. Może jego sposób myślenia bardziej by się sprawdził w jakimś wypizdowie w Teksasie.
— Ale ty inaczej to przyjmujesz — spostrzegł Will, przesuwając palcami po swojej szklance. Klientów wokół nie było wiele. Było przyjemnie cicho i spokojnie. — Ciekaw jestem, jak byś zareagował, gdybym spróbował cię pocałować.
— Najpewniej dałbym ci w zęby. — Policjant uśmiechnął się bezczelnie, szeroko i sztucznie.
A jego rozmówca skrzywił się delikatnie.
— To, co najlepsze, zawsze jest najbardziej niedostępne…
— Mówisz o prochach, masowych morderstwach, czy składaniu ofiar z kozłów? Bo te są dodatkowo jeszcze zabronione i ścigane przez prawo. Jeśli o czymś innym, to radziłbym przemyśleć formę. — Jeff pokręcił głową z uśmieszkiem pod nosem i napił się kawy.
A artysta znów cichutko westchnął, widząc, że Jeff był naprawdę niedostępny. A jemu kończyła się czekolada i czas na zaciągnięcie go do łóżka.
— Więc ostatecznie możemy to spotkanie podsumować jedynie jako chęć odwdzięczenia się z twojej strony za pomoc w śledztwie, jako że jesteś prawym policjantem i to było twoje poczucie obowiązku? — podsumował, niechętnie zabierając nogę z powrotem.
Gliniarz odczuł to jako ulgę, ale przy tym trochę szkoda mu się zrobiło tego dziwnego artysty.
— Trochę. Ale nadal masz mój numer, więc nie jesteś spisany na straty. To kwestia, jak mówiłem, podejścia. Więcej luzu, mniej nacisku — zasugerował, nie skreślając tej znajomości, bo poczucie humoru tego faceta akurat mu pasowało.
Na szczęście w tym momencie najwyraźniej William zrozumiał jego sugestię. Wyglądał, jakby mimo swojej powagi był w gorącej wodzie kąpany i już, natychmiast chciał przejść dalej. Ale na szczęście przystopował.
— Jeśli tak mówisz… Mam nadzieję, że nasze następne spotkanie nie będzie miało miejsca przy przesłuchaniu. Chociaż, może warto byłoby komuś oderwać trochę za dużo skóry, jeśli miałbyś mnie przesłuchiwać… — dodał już z delikatnym uśmiechem, wyciągając portfel ze skórzanej, męskiej torby, z jaką tu przyszedł.
— Niektórym faktycznie mogłoby się to przydać. — Jeff przyznał mu rację, także sięgając do kieszeni. — Robisz coś w ogóle poza obdzieraniem ludzi ze skóry i piciem kawy? I gapieniem się na gliniarzy?
— Lubię posiedzieć przy whisky podczas spokojnego wieczoru. Mam bardzo ładną werandę, która się do tego idealnie nadaje — przyznał, po czym wyciągnął banknot i postawił go na stoliku. — Pozwól, że ja zapłacę. To ja cię zaprosiłem.
Jeff zawahał się. Jego męska duma trochę zgrzytała, ale ustąpił. Zawsze warto było oszczędzić kilka dolców.
— Więc następnym razem będzie na mój koszt — postanowił, a William uśmiechnął się delikatnie.
— Cieszę się, że przewidujesz następny raz.
Zanim policjant odpowiedział, do stolika podeszła kelnerka, by zapytać, czy czegoś jeszcze sobie życzą. Starszy mężczyzna podziękował i poprosił o rachunek. Następnie spojrzał na swojego rozmówcę i na koniec poprosił:
— Daj mi znać, jeśli złapiecie tego mężczyznę. Jestem ciekaw, czy sprawa szybko się zamknie.
— Postaram się. Mam nadzieję, że niedługo będziemy go mieć.
Jeff skinął głową, w sumie zadowolony z tego spotkania. Obawiał się go bardziej, niż było warto. William był nachalny i zbyt oczywisty w tym, że chciałby się z nim pieprzyć, ale był nawet dobrym kompanem. Dlatego spotkanie zakończyło się tak, że nie spisał tego faceta na porażkę. Pożegnał się z nim i jako drugi wyszedł z kawiarni, zahaczywszy jeszcze o łazienkę. Miał wrażenie, że ten dzień był cholernie długi, ale dzięki pomocy artysty mógł zamknąć śledztwo bardzo szybko i zabrać się za kolejne. Lubił wyzwania i lubił, kiedy wszystko sprawnie szło. Chociaż… może Will miał trochę racji. Lubił też adrenalinę i nieoczekiwane zwroty akcji…

14

Z początku wyglądało na to, że spędzi zwyczajny dzień w pracy. Że dwójka tatuażystów będzie pracowała w swojej pracowni, że sam zrobi jedną, dużą, umówioną skaryfikację, a przez resztę czasu będzie przyjmował interesantów i czytał książki, siedząc za ladą. Ale okazało się, że wcale tak się nie skończy, choć teraz, kiedy wrócił z herbatą i usiadł z nią za ladą, jeszcze tego nie wiedział.
Od wczorajszego spotkania z Jeffersonem nie dostał żadnej informacji o tym, jakoby złapano Larry’ego Price’a. A obiecał to zrobić. Wersje więc były dwie. Albo nie miał czasu dać mu znać, albo jeszcze go nie złapali. Co było nieco niepokojące, bo przecież jeśli namierzyli jego miejsce zamieszkania, to powinni już dawno to zrobić. Chyba że ten jednak nie wrócił do domu i teraz gdzieś wściekły biegał po Miami. W najlepszym wypadku mógł jeszcze uciec z miasta. Jego wizerunek był przekazany funkcjonariuszom, dlatego facet był w niebezpieczeństwie. Will był ciekaw, czy jego zdjęcie było już podawane w stanowej telewizji, ale jeszcze nie zdążył sprawdzić. I na razie pozostał tylko na wyobrażeniach, co to się mogło dziać, kiedy cieszył się herbatą i przeglądaniem informacji medycznych na laptopie stojącym na ladzie.
— Idę po jedzenie — poinformowała go współpracownica, kiedy z torebką na ramieniu ruszyła do wyjścia. — Przynieść ci coś?
— Tak, poproszę o zupę. Bulion z makaronem sojowym. Żeby pamiętali o niedodaniu mięsa — dodał Will, chociaż Samantha już dobrze o tym wiedziała. Ale podkreślał to za każdym razem.
— Spoko, będzie wega.
Puściła mu oczko, po czym wyszła ze studia. William został z jednym kolegą, który był zajęty klientem.
Wrócił do czytania wiadomości, ale przy tym wzrok uciekał mu do telefonu leżącego spokojnie na ladzie. Trudno było mu się skupić, kiedy myślał o tym przystojnym policjancie, który wyglądał dla niego… jak jakaś bratnia dusza z poprzedniego wcielenia. Fantazjował o jego czarnych oczach, męskich rysach twarzy i tak idealnym ciele… Gdyby tylko mógł zobaczyć go nago…
Ale na razie bardziej ciekaw był, czy złapali jego klienta. Z zamyśleniem poszukał w kontaktach Jeffersona i zawahał się z wybraniem jego numeru. Nie powinien się tak narzucać. Wczoraj gliniarz dał mu jasno do zrozumienia, że wolał powoli… Z drugiej strony to był tylko telefon. Nic mu nie szkodziło chwilę z nim porozmawiać.
Wahał się jeszcze chwilę, kiedy do studia wszedł mężczyzna. William, jak mówił, miał dobrą pamięć. Jak nawet nie do twarzy, tak na pewno do ciała. I tego mężczyznę poznał od razu.
Nie wiedząc, czego ten tu chciał, ale pewien, że nic dobrego, nacisnął numer, nad którym chwilę temu się wahał, po czym odłożył telefon. Bo oto serce mu stanęło, kiedy do lady zbliżył się… Larry Price. William bardzo dobrze potrafił odczytywać różne symptomy. I już teraz wiedział, że ten mężczyzna był na jakichś prochach. A to niewiele dobrego wróżyło.
— Pan Price… — zaczął pozornie spokojnie, patrząc na rosłego, młodego mężczyznę o rysach twarzy godnych czarnego charakteru w starych filmach z Jamesem Bondem.
— Ani, kurwa, słowa, pojebie. — Ten obejrzał się za siebie, szybko podchodząc bliżej. Wyciągnął pistolet zza paska spodni i wymierzył nim w Williama. — Jesteś tu sam? — spytał rozedrganym, nerwowym głosem.
Już i tak jasna twarz Williama właśnie jeszcze bardziej zbladła. Był jak wcięty. Właśnie ktoś mierzył do niego z broni i od śmierci dzieliło go tylko naciśnięcie spustu.
Nie miał pojęcia, jaka odpowiedź była prawidłowa. Ale może jeśli Ed usłyszy go ze swojej pracowni, to wezwie pomoc… dlatego niemalże nie oddychając, pokiwał twierdząco głową.
— Dobrze, dobrze. Nikt nie będzie widział, jak zaraz załatwię ci taką samą bliznę, przez którą skurwysyny mnie szukają. Bo ja wiem, że to twoja — Larry stuknął spluwą w czoło Williama — wina.
Artysta przełknął ślinę z trudem.
— Spokojnie. Skąd taka pewność? — zapytał w miarę opanowanym głosem, chociaż serce biło mu w piersi jak oszalałe. Nie chciał umierać. Nie z takiego powodu… Cholernie się bał.
— Bo wiem, chujku! Skąd mieliby wiedzieć?! Nikt mnie nie widział! — napastnik dalej sączył słowa, a William widział w jego oczach szaleństwo. Był nieobliczalny. — A jak nie ty, to znajdę każdego suczego syna, który mógł nasłać na mnie policję!
Po tych słowach mężczyzna zaszedł za kontuar i szarpnął Williama za kark. Ten stęknął, ale nie walczył z nim, bo równocześnie miał przytkniętą do głowy broń. Larry pchnął go do jego pracowni, a William coraz bardziej obawiał się, dlaczego akurat tam. Tam było od groma różnych narzędzi. Nie chciał wylądować tam z nieobliczalnym facetem.
— Myślę, że mogę panu pomóc, panie Price, ale powinniśmy zacząć od… uch, pozbycia się broni — spróbował, kiedy został wepchnięty do pracowni.
— Jak niby możesz mi pomóc?! — ten oburzył się, ale na pewno nie odsunął broni. Wręcz przeciwnie, wymachiwał nią i straszył Williama.
Przez kilka chwil krzątał się po pracowni, chaotycznie spoglądając na szafki. Z jakiegoś powodu nawet wybebeszył dwie szuflady z takich produktów jak ręcznik papierowy czy płyny do odkażania. Wyjrzał też za małe okienko i zasłonił je żaluzją.
— Chcesz się przerobić na mnie? — zapytał niespodziewanie skulonego na leżance, przestraszonego artystę. — Zrób sobie takie same słoneczko, wezmą cię za mnie! Ooo, to jest myśl! — Uśmiechnął się szeroko.
William nie dowierzał. Od kiedy upadł na leżankę, miał wrażenie, że zastygł. Trudno było mu cokolwiek wydusić, czy poruszyć się. Nawet po to, żeby stąd wybiec. Ten facet był naćpany w trzy dupy. A on nie chciał cierpieć przez to, że wziął jakąś niesprawdzoną mieszankę i odwalał dziwne akcje.
— Słucham…?
— Wytnij sobie taką samą bliznę, jaką ja mam, ty chory skurwysynie! — syknął Larry, pochylając się nad artystą i znowu przytykając mu lufę do czoła.
William zamknął oko i zatrząsł się ze strachu.
— Już, już… Spokojnie — wydusił.
Żeby wyciąć sobie słońce, musiał sięgnąć po narzędzia. I choć było to ryzykiem, może jednak mógłby spróbować.. Musiałby tylko dobrze wymierzyć. Najlepiej w tętnicę szyjną albo oko…
Oddychając płytko, powoli przesunął się na leżance w kierunku metalowej szafki z narzędziami do skaryfikacji. Napastnik co chwilę szturchał go w bok, czy ramię. Gadał o tym, że to jego wina, że dziecko samo tego chciało. Był naćpany i niepoczytalny, ale miał broń. I tym samym przewagę.
— No, pospiesz się. Taki cwany byłeś ostatnio — gadał jak najęty i właśnie rozkładał ręce z prześmiewczą pozą.
Aż nagle wrzasnął z bólu. Williamowi od razu rzuciła się w oczy krew, jaką zobaczył. Larry upadł na kolana, łapiąc się za udo z bólem. Długo tak nie został, bo zaraz został pchnięty w plecy i powalony, tuż przed nogami Willa. Ten w szoku nawet nie wiedział, czy usłyszał strzał, czy nie.
— Masz prawo zachować milczenie, skurwysynu. Słowo, a chętnie wykorzystam je przeciwko tobie.
Osobą, która stała nad Larrym, był Jefferson Black. Jego płytki oddech musiał świadczyć o tym, że bardzo się spieszył. Ale to było nieważne. Najważniejsze, że trzymał lufę przy głowie napastnika i właśnie zakładał mu kajdanki.
William aż nie wierzył, że znalazł się tutaj tak szybko. Nie wierzył w swoje szczęście. Był pewien, że nawet jeśli policjant usłyszał zajście przez telefon, to nie zdążyłby tu przyjechać, zanim ten mężczyzna nie zmusiłby go do oszpecenia się lub po prostu by go nie zabił.
Siedział zdrętwiały na leżance, gapiąc się na to, jak Jeff obezwładniał Larry’ego. Nie był w stanie nic wydusić, a równocześnie podziwiał całą scenę. Takie rzeczy chyba działy się tylko w filmach. A tekst, jaki powiedział policjant do Larry’ego, był niczym wyjęty z ust największego badassa na dzikim zachodzie.
Policjant trzymał kolano na plecach napastnika i mówił coś przez telefon. Był tu po cywilu, ale w końcu, kiedy pierwszy raz się widzieli, także był tak ubrany. Najważniejsze, że był tu i powstrzymał tego naćpanego pojebańca.
— Jesteś cały? — spytał, kiedy już miał sytuację pod kontrolą. — Karetka i chłopaki już jadą.
William pokiwał głową, nie ruszając się z miejsca. Larry cały czas coś mówił, klął i rzucał się, więc rozmowa z policjantem w ogóle by nie przeszła. Will mógł jedynie czekać, aż ktoś zabierze stąd tego agresywnego faceta, będzie mógł odetchnąć i zapytać, dlaczego w ogóle on się tu znalazł.
Minęła jeszcze dobra chwila, nim usłyszeli syreny policyjne. Do środka wpadło kilku mundurowych. Okazało się też, że współpracownik Williama wszystko słyszał, włącznie z pytaniem, czy jest w salonie. Wezwał policję, za co został pochwalony. W końcu wyskakiwanie z gołymi rękoma na uzbrojonego faceta też nie było niczym rozsądnym.
Było trochę harmideru. Gliniarze zabierali Larry’ego, ktoś uspokajał lekko spanikowanego klienta. Tatuażysta z kolei pokazywał policji kamery i rozmawiał z nimi o wysłaniu nagrania. A William wreszcie mógł wstać i na miękkich nogach podejść do nadzorującego wszystko Jeffersona. Ten stał przed studiem i patrzył, jak do radiowozu wpychany był Larry Price. Oczywiście na ulicy znalazło się sporo gapiów. W większości z telefonami w rękach.
— Nie znaleźliście go w domu… — rzucił, przystając obok.
— Nie. — Jeff w końcu na niego spojrzał i aż przekrzywił lekko głowę. — Na pewno się trzymasz? — spytał i skinął na jednego z mundurowych, żeby oddał mu kluczyki do radiowozu. — Odwieźć cię do domu? — spytał, bo sam przyjechał swoim motocyklem. Tylko dlatego był wcześniej niż inni. No i dlatego, że tak czy tak kręcił się po centrum. Ten blondyn miał cholernie dużo szczęścia.
William już miał powiedzieć, że chętnie, ale kiedy spojrzał na pojazd gliniarza… znowu znieruchomiał.
— Uch… Hm…
— Radiowozem. Nie mam drugiego kasku nawet. — Jeff prychnął z rozbawieniem, widząc jego minę. A gdyby go tak kiedyś zabrać na przejażdżkę i „przypadkiem” przyspieszyć…?
— Och… — William wyraźnie odetchnął. Rozpiął dwa guziczki swojej jasnej koszuli, wysuniętej teraz częściowo ze spodni przez szarpanie się z Larrym. — To… tak, chętnie. Pozwól tylko, że zabiorę swój telefon i rzeczy.
— Jasne. Tom, idź z nim i, jak coś, pomóż — poinstruował Jeff i poszedł porozmawiać z tatuażystą z tego studia, żeby ustalić resztę szczegółów zatrzymania i ogólnie ogarnąć bałagan.
Przez to, co się działo, William naprawdę chciał już być w domu i najlepiej napić się mocnego alkoholu. Nigdy nie czuł stresu, ani strachu, kiedy podczas operacji walczył o czyjeś życie. Kiedy liczyły się sekundy. Wszystko dlatego, że to cudze życie było zagrożone, a nie jego własne. Teraz sytuacja diametralnie się różniła.
Wszedł do studia, żeby zabrać swoje rzeczy. Akurat trafił na współpracownicę, równie przejętą jak drugi tatuażysta. Wymienili kilka słów, ale nie było ani czasu, ani warunków na więcej. Will zabrał swoje rzeczy i wyszedł z policjantem, już szukając spojrzeniem Jeffersona. Z jakiegoś powodu przy nim czuł się bardziej bezpieczny.
Jego współpracownicy mieli poodwoływać klientów, zająć się resztą, tak samo jak policjanci, których do tego wyznaczył Jefferson. Larry już jechał na komisariat, z którego miał nie wyjść za żadną kaucją.
— Gotowy? — spytał Jeff Williama, kiedy ten dołączył do niego przed studiem. — Jak tak, to wsiadaj. — Wskazał na radiowóz, który mu zostawiono.
Mężczyzna od razu zajął miejsce pasażera i zapiął pas. Zanim Jefferson obszedł samochód, zerknął na telefon, na swoje ostatnie połączenie. To z Jeffem trwało kilkadziesiąt sekund.
Gdy policjant zajął miejsce za kierownicą, zapytał:
— Usłyszałeś go?
Gliniarz zamknął za sobą drzwi i odpalił samochód, nim odpowiedział.
— Tak. Słyszałem, jak rozmawialiście. Od razu wezwałem wsparcie i przyjechałem. Nie mam pojęcia, jak i dlaczego cię napadł, ale będzie w tej sprawie na pewno śledztwo.
— Czyli przez całą noc nie pojawił się w swoim mieszkaniu? — dociekał William. — Musiał skądś wiedzieć, że był poszukiwany…
— Kiedy odwala się takie akcje, z marszu staje się poszukiwanym. Musiał zobaczyć jakoś, że obserwujemy jego norę. Mówił coś, czemu do ciebie przyszedł?
— Nie… — mruknął William, a kiedy Jefferson przystanął przy wyjeździe z parkingu i spojrzał na niego wymownie, otrząsnął się i wskazał kierunek. — Tam. Mieszkam kawałek na południe. Pokieruję cię.
— Przyda się. Nie śledziłem cię, żeby wiedzieć, gdzie mieszkasz. — Policjant zaśmiał się, chcąc trochę rozluźnić artystę
— Sam nie wiem, czy nie żałować… — William uśmiechnął się delikatnie.
Porozmawiali chwilę, ale Jefferson specjalnie unikał nawiązywania do zdarzenia ze studia. Wiedział, że będą musieli przesłuchać Willa w roli świadka, ale mogli to zrobić dopiero jutro. Teraz był czas odetchnąć i dojść do siebie, bo wyraźnie wciąż był podenerwowany.
Gdy kilkanaście minut później zaparkowali pod całkiem dużym jak na jedną osobę domem, artysta zerknął na kierowcę z nadzieją.
— Czy… wciąż jesteś w pracy?
— Jeśli mam cię potrzymać za rączkę, bo się boisz, to mogę wejść — odpowiedział gliniarz i wysiadł z radiowozu, nie czekając na oficjalne zaproszenie.
A Will popatrzył na niego chłodno i wymownie przez przednią szybę. Dopiero po kilku chwilach wysiadł i zamknął samochód.
— Szkoda, że nie mogę zaproponować ci alkoholu — dodał bardziej do siebie niż policjanta, ruszając przodem po gustownym, złożonym z płaskich kamieni chodniczku.
— Ale sam możesz się napić. — Jeff schował kluczyki radiowozu do kieszeni motocyklowej kurtki. — W ogóle całkiem spora chata.
Rzeczywiście, dom był duży, a raczej szeroki. Już stąd widać było, że miał wiele pomieszczeń i duże okna. Po wejściu można było to tylko potwierdzić. Znaleźli się w utrzymanym w jasnych brązach przedpokoju przechodzącym w salon, w którym policjant zostawił buty i kurtkę. Było tu wiele starych mebli, zegarów, ale też obrazów. William zaprosił go dalej, gdzie przez salon przechodziło się przestronnej kuchni.
— Napijesz się w takim razie czegoś innego?
— Wody? Z lodem? Jeśli to nie problem — poprosił gość, patrząc, jak ten się urządził. Nie do końca było to w jego stylu, ale na pewno miało dobry smak. — Sam tu mieszkasz?
— Tak. Wiem, że to duże mieszkanie, ale lubię wygodę i przestronność. Mam dużo rzeczy. Zagraciłbym małe mieszkanie — wytłumaczył gospodarz, już wyciągając z zamrażalki lód, by przygotować napój dla gościa. Do wody dodał jeszcze listek mięty i cytrynę. — Chodź. Usiądźmy — zachęcił, podając gościowi napój. Dla siebie alkohol musiał zabrać z barku w salonie.
— Zrozumiałe. Ale to też znaczy, że albo byłeś dobrym lekarzem i dużo przyoszczędziłeś, albo na tym cięciu ludzi wcale się źle nie zarabia.
Policjant ruszył za gospodarzem. Siorbnął wody. Była przyjemnie zimna. Usiadł na miękkiej, wielkiej kanapie z dużymi poduszkami. Była naprawdę cholernie wygodna. Mógł ze swojego miejsca obserwować, jak William podszedł do barku i zaczął w nim szperać. Koszulę już zupełnie wyciągnął ze spodni i Jeffersonowi… chyba bardziej się podobał takich niedbały.
— Dużo się zarabia, ale nie jest to coś, co robię często. Niewielu jest do tego chętnych klientów. Częściej przekłuwam, bo zajmuję się też piercingiem — wyjaśnił William, wyciągając ciężką butelkę whisky i kryształową szklankę. — Dlatego wyjaśniając, więcej zaoszczędziłem jako lekarz i bardzo pomogli mi rodzice.
— O, rodzinka. Też lekarze? — pytał Jeff, nieskrępowany, że był wścibski. Nauczyła go tego praca w policji. Kiedyś zadawał mniej pytań. Później weszło mu to w nawyk.
— Mama. Po niej to przejąłem, chociaż ojciec był bardzo zawiedziony, kiedy straciłem prawo do wykonywania zawodu. Ona bardziej rozumiała, że nie było w tym mojej złej woli — wyjaśnił gospodarz, nalewając sobie alkoholu do szklanki. Razem z nią i butelką usiadł przy policjancie. — A ty dlaczego zostałeś stróżem prawa?
Jeff wzruszył ramionami, pijąc leniwie wodę.
— Chyba przeznaczenie. Szkoła policyjna to było coś, co mnie od małego kręciło. I jak mówiłeś, ta adrenalina. Jest w niej coś słodkiego.
William już wiedział, że wiele różniło go od tego mężczyzny, ale równocześnie lekko im się rozmawiało. To było równie przyjemne jak obserwowanie go. Ruchów jego rąk, sposobu chodzenia i robienie min.
Napił się alkoholu, czując, jak momentalnie rozgrzał mu przełyk. Przymknął oko i westchnął błogo, opadając tyłem głowy na oparcie kanapy. Jego włosy rozsypały się po nim, a jasna szyja wyeksponowała się. Dziś miał tylko koszulę, bez muszki, jak na ich spotkaniu na kawie.
— Och, tego mi było trzeba. Do mnie nie przemawia adrenalina powiązana z lufą, nabojem w środku i moim czołem… — wymruczał cicho, po czym usłyszał krótki śmiech z boku.
— Nie dziwie ci się, ale czy człowiek zaraz po tym nie czuje, że bardziej żyje? — spytał Jefferson, chociaż rozumiał mężczyznę. Cywile nie lubili mieć kontaktu z bronią i cenił to.
Błękitne oko gospodarza spojrzało na niego i długo patrzyło. Aż w końcu były lekarz uniósł szklankę w niemym toaście.
— Dziękuję za ratunek.
— To mój obowiązek — odparł Jeff i stuknął swoją szklanką w jego. — Dobrze, że zadzwoniłeś.
Obaj napili się swoich napojów, a Will pochylił się, by na chwilę odłożyć szklankę na niski stolik z gustownie wygiętymi nóżkami.
— Zanim się pojawił, właśnie myślałem, czy do ciebie zadzwonić… Dzięki temu mogłem to szybko zrobić.
— Znowu planowałeś jakąś randkę? — spytał gliniarz z zaciekawieniem, popatrując na niego kątem oka. W sumie uratowało to Williama. Dzięki temu telefonowi szybciej dowiedzał się o zagrożeniu, niż na policję zadzwonił jego kumpel.
— Tak, planowałem… coś więcej — przyznał gospodarz. — I mam nadzieję, że dziś mam taryfę ulgową.
Licząc na to, że Jefferson nie zrobi tego, co mówił wczoraj o reakcji na pocałunek… wychylił się, podparł o jego udo i delikatnie go cmoknął.
Ten uniósł wyżej brwi i prychnął pod nosem.
— Chyba nie lubili cię na studiach. Uparty jesteś, co?
— Wydaje mi się, że po prostu trudno mi się powstrzymać, gdy jestem kimś zafascynowany — uznał gospodarz, wracając do swojego alkoholu, chociaż na razie jedynie postawił szklankę na udzie. Nie chciał od razu pozbyć się smaku policjanta z warg.
— Czyli pasja — skwitował Jeff, popijając wodę z lodem. — Lubiłeś swój zawód, nie? — zagadał, żeby za bardzo nie schodzili na tematy cielesne. Choć czuł, że Will tego pragnął. Lecz równocześnie z tym spostrzeżeniem, miał także wrażenie, że wciąż był spięty. Może nie znał go dobrze, ale zaobserwował wczoraj przy kawie, że inaczej się wtedy zachowywał. Teraz siedział bardzo sztywno, jego wzrok uciekał, a głos brzmiał, jakby miał ściśnięte gardło.
— Tak, był moją pasją, jeśli już o tym mówimy — przyznał, przekręcając szklankę w szczupłych dłoniach.
— Nie chcesz o tym mówić?
— Hm? — Will zerknął na niego szybko, po czym równie nerwowo nalał sobie więcej alkoholu. — Och, nie. Po prostu ciężko mi się skupić. Wybacz, dzisiaj nie będę tak dobrym rozmówcą. Ale tak, lubiłem swój zawód. Był bardzo rozwijający, ciekawy, a do tego dochodowy.
— To w sumie szkoda, że go straciłeś. Dobrze za to, że dzięki temu mamy tego gościa i szybko nie wyjdzie. — Jefferson spróbował go pocieszyć, ale nigdy nie był w tym szczególnie dobry.
Mimo to Will, zerknąwszy na niego, uśmiechnął się delikatnie. Napił się znowu i… zabulgotało mu w żołądku.
— Och, a ja nie jestem pewien, czy ciężki alkohol na pusty żołądek to mój najlepszy pomysł… Samantha miała przynieść mi zupę, ale… nie zdążyła.
Jefferson zaśmiał się pod nosem.
— To faktycznie niemądre — zakpił z niego i sięgnął do jego włosów, żeby mu je poczochrać. Po tym zabrał mu szklankę z dłoni. — Masz coś w kuchni do jedzenia, czy zamawiamy?
Powiedział to zwyczajnie, beztrosko, ale… najwyraźniej zaskoczył gospodarza. Ten z jakiegoś powodu był pewien, że policjant posiedzi z nim chwilę i wyjdzie. Że będzie miał go dość albo powie coś o nierobieniu ciśnienia. A jednak… chciał zostać.
— Niestety, mam jedynie zapieczone warzywa z wczoraj. Jeśli tylko chcesz, możemy coś zamówić — odpowiedział wciąż z delikatnym zaskoczeniem. I dodał formalnie: — Tylko ja jestem wegetarianinem.
A gość od razu przewrócił oczami.
— To pewnie dlatego jesteś taki chudy — skomentował i wyciągnął telefon z kieszeni. — Czyli szukamy jakiejś knajpy, gdzie dają królicze żarcie i mięcho. — Skrzywił się teatralnie. — Wyzwanie.
William mimowolnie się uśmiechnął. Podsunął się trochę bliżej, żeby zajrzeć mu przez ramię i również popatrzeć na wyszukiwane przez Jeffersona miejsca.
— Może być coś rybnego dla mnie albo jakaś sałatka. Sałatki dają w wielu miejscach. Och, może być też pizza pół na pół.
— Ale ryby też jesz? Mleko? — upewnił się Jefferson, szukając w swoich ulubionych miejscach, czy mają tam jakiś dział wegetariański. Albo właśnie z owocami morza. Nigdy się tym nie interesował. — Coś azjatyckiego? — spytał, pokazując mu jedną z knajp, która miała dowóz i robiła pyszne krewetki.
Gospodarz pochylił się i spojrzał na miniaturki w galerii.
— Tak, jak najbardziej. Lubię ryż i orzechy.
— To, popatrz, co chcesz. — Policjant podał mu swój telefon i wstał. — A ja pójdę jeszcze po wodę. Okej? Mogę sam się obsłużyć?
— Oczywiście!
Jefferson podążył do kuchni, kiedy drugi mężczyzna przeglądał menu w poszukiwaniu czegoś dla siebie. Policjant w tym czasie mógł… z zaciekawieniem zerknąć do szafek w kuchni. Było mnóstwo kasz, ryżów, makaronów. Były też imponującej wielkości pojemniki z różnymi nasionami, orzechami i bakaliami. Wiele drobnych przekąsek… jak dla myszki. Trochę go to bawiło, bo pojemniki były bardzo podobne do tych, które widział na posterunku. Tam jednak trzymali przekąski dla psich policjantów. Nie zamierzał się tym dzielić z gospodarzem i więcej szperać mu po kuchni. Po chwili wrócił do niego z wodą i lodem.
— Wybrałeś?
— Tak, smażony ryż z warzywami — odpowiedział Will, podając mu telefon. I tym razem to on wstał, żeby pootwierać okna w pokoju oraz wpuścić tu trochę powietrza. Wystarczyła odrobina whisky na pusty żołądek, a już było mu gorąco. Nawet rozpiął jeszcze jeden guzik koszuli. — Ty wyglądasz na osobnika, który lubi grillowane jedzenie i dobrego steka — dodał przy tym, oglądając się na niego.
— Bo lubię. Nawet jak jest lekko krwisty — przyznał policjant i zaraz pozytywnie zaskoczył lekarza swoją pamięcią. Bo kiedy zadzwonił, pamiętał dokładnie adres, włącznie z numerem domu, w którym byli. Zwykle ludzie nie zwracali na takie rzeczy uwagi, ale on był policjantem.
Kiedy rozmawiał z obsługą, William wsłuchiwał się w jego głos. Był naprawdę przyjemny. Niski, miękki… A może po prostu był teraz w takim stanie. Naprawdę docenił to, że Jefferson tu był. I że z nim rozmawiał, był i tylko na chwilę poszedł zadzwonić. Wyrwał go z pracy, a mężczyzna i tak z nim został.
— Jedzenie! — zawołał Jeff, kiedy po kilkudziesięciu minutach usłyszeli dzwonek do drzwi. Pamiętał, że ostatnio to William stawiał kawę, dlatego postanowił się obsłużyć i sam poszedł do drzwi, żeby odebrać ich posiłek oraz zapłacić.
W tym czasie gospodarz przyniósł z sypialni więcej poduszek i rzucił je na kanapę, żeby było im wygodniej. Włączył też telewizor, ciekaw, czy może coś było mówione o ataku Larry’ego Price’a na niewinnych pracowników studia tatuażu.
— Mam żarcie. — Jeff wrócił do salonu i zerknął w stronę telewizora. Wskazał go pałeczkami. — Będziesz się tym masturbował teraz? Jak pokażą coś z tego napadu, to ci nie pomoże, wiesz? — spytał, podając mu pudełeczko z jedzeniem.
William chętnie je przyjął razem z pałeczkami. Usiadł po turecku, wygodnie oparty z jednej strony o poduszki.
— Nie jestem pewien. Może jednak uspokoi mnie ostateczne podsumowanie, że „straszny zbrodniarz spojrzał w twarz sprawiedliwości” — powiedział poważnie, po czym zerknął na policjanta. — Która, nota bene, jest bardzo przystojna.
— Ta sprawiedliwość go zglebiła, a nie spojrzała mu w twarz. Ale tak też może być — odparł Jeff z uśmiechem, zabierając się za swoje jedzenie. Oczywiście z mięsem. — Kumple z pracy nic się nie odzywali?
A William aż zerknął w stronę przedpokoju. Miał tam torbę ze swoją komórką. Spostrzegł, że przez towarzystwo Jeffersona nawet o tym nie pomyślał.
— Zapomniałem o telefonie. Wszystko przez to, że nie codziennie goszczę policjanta i muszę cały czas mieć się na baczności, żeby przypadkiem nie dojrzał dziur zagipsowanych po pochowaniu rozczłonkowanych ciał — odpowiedział z delikatnym uśmiechem, także jedząc już swoje warzywa z ryżem.
— To możesz po niego iść, a ja dyskretnie przeszukam ci mieszkanie i sprawdzę, czy nie chowasz tu czegoś poza zabawkami — rzucił gość z podobnym poczuciem humoru. Z jakiegoś powodu wiedział, że chociaż ten były lekarz był dość nieobliczalny, tak nie działał w złej wierze.
Chwilę oglądał wiadomości sam, kiedy gospodarz wyszedł po telefon. A gdy usiadł z powrotem… był znacznie bliżej Jeffa. Na tyle, że ten czuł jego ramię i udo przy swoim ciele. Ale William jakby nigdy nic, wrócił do jedzenia, przy okazji sprawdzając komórkę.
Jefferson zawahał się. Może i powinien się odsunąć albo odsunąć blondyna, ale darował sobie. Faktycznie dawał mu dziś taryfę ulgową.
— I co? — spytał.
— Sam pytała, czy wszystko ze mną w porządku. Och… I Ed przeprasza, że nie zareagował, tylko się ukrył… — dodał, zastygając z pełnym policzkiem. — Larry pytał, czy jestem sam. Powiedziałem, że tak. Pomyślałem, że mógłby zastrzelić klienta i mojego kolegę, skoro chodziło mu o mnie.
— Twój kolega miał dzięki temu okazję, żeby wezwać policję. Moim zdaniem zrobiłeś bardzo odważną rzecz, chociaż kłamstwo nie zawsze pomaga. Mieliście obaj wiele szczęścia — przyznał Jefferson, oblizując co chwilę usta z jedzenia. Nigdy nie było idealne schematu, jak zachowywać się w obliczu psychopatów. Chyba poza tym, żeby zachować spokój i nie prowokować niepotrzebnie.
Za każdym razem William zerkał na jego wargi, chociaż starał się skupiać na telewizji. Lecz w wiadomościach nic na temat dzisiejszego zdarzenia nie było. Ale może było to na plus. Choć na pewno na plus nie był powoli powstający w jego spodniach wzwód, kiedy gapił się na Jeffersona.
— Szczęścia pomieszanego z pechem, bo naprawdę nie wiem, skąd on wiedział, że to ja… — Westchnął i… założył nogę na nogę. — Jesteś pewien, że może nie zechcesz nocować? — zapytał wprost.
Jeff także na niego spojrzał znad swojego jedzenia. Zmierzył go od góry do dołu.
— Mogę zostać do późna, ale nie licz na niezobowiązujący numerek. Nie chodzę do klubów i nie mam Grindra nie bez powodu.
Pałeczki gospodarza już powoli zahaczały o dno.
— Och… Ja mam Grindr. Ale w takim razie czego oczekujesz od drugiej osoby? — zapytał zaciekawiony Will, choć równocześnie sfrustrowany, bo od kiedy zaczęli się kontaktować, ten szalenie przystojny mężczyzna nie dawał się bardziej dotknąć. Nawet na całusa nie odpowiedział.
— Chyba najpierw chcę się z kimś polubić. Trochę poznać, żeby wiedzieć, że nie wkopie mnie w coś gównianego. Po prostu jestem typem staromodnym, chociaż ci pewnie nie wyglądam.
— To zaskakujące, ponieważ ja też. Jak spojrzysz na mój dom, znajdziesz wiele antyków i starych motywów. Ty z kolei jeździsz nowoczesnym motocyklem. Ja bardzo lubię modę z dawnych lat — dodał Will z zaciekawieniem. Po czym, zjadłszy resztki jedzenia, spojrzał na swoje krocze. — Ale trudno mi się powstrzymać, kiedy mam obok takiego mężczyznę…
Jeff także zerknął w tamtą stronę. Chwilę jeździł językiem po zębach i stukał pałeczkami w opakowanie z resztkami chińszczyzny.
— To twój dom. Nie musisz się krępować…
I to zdecydowanie nie było tym, czego William spodziewał się usłyszeć. Zerknął krótko w stronę okien, potem na telewizor, aż wreszcie zogniskował spojrzenie na drugim mężczyźnie. Niemalże na ślepo odłożył jedzenie i pomasował się po kroczu.
— A czy mógłbyś mnie… jakkolwiek dotknąć? — poprosił.
Gliniarz zmierzył go spojrzeniem. Długo i dokładnie.
— Nie wystarczy ci, jak będę patrzeć? — spytał z lekkim uśmiechem i także zjadł ostatni kęs, po czym odstawił swój pojemniczek na stolik. Usiadł bardziej bokiem na kanapie. Chciał go obserwować.
— Och, choć trochę… To naprawdę okrutne z twojej strony — odpowiedział William, już przesuwając szczupłą dłonią po szybko rosnącym wzwodzie. Na tyle szybko, że musiał natychmiast rozpiąć spodnie i sięgnąć w bieliznę. Jefferson nawet zobaczył kropelkę wilgoci na materiale.
— Na razie widzę, że całkiem nieźle sobie sam radzisz — spostrzegł i poprawił sobie poduszki, aby lepiej widzieć mężczyznę i to, jak ten zaczął się ze sobą zabawiać. Z jakiegoś powodu nękanie go i takie podpuszczanie dodatkowo go nakręcało.
Ale kiedy jedna dłoń Williama już masowała penisa przez bieliznę, druga przesunęła się do przodu i dotknęła uda policjanta.
— Nie umiesz się powstrzymać, co? — ten spytał, ale nie zabrał nogi. Dał mu jeszcze chwilę.
Dłoń wykorzystywała to, jak tylko mogła. Masowała jego nogę delikatnie, jakby starała się wyczuć skórę i mięśnie przez materiał spodni. Druga ręka z kolei wolała wyczuwać penisa bez bielizny, bo szybko go stamtąd wyciągnęła i zaczęła masturbować.
— Och, bo naprawdę jesteś… cudowny — wydusił William, wpatrując się w jego wargi.
— Moje ciało jest cudowne. Mnie jeszcze nie znasz — przypomniał mu Jeff, lecz uśmiechnął się, widząc, jak ten blondyn był na niego napalony. Nie powinno mu to imponować, a jednak łechtało mu dumę.
— Na razie nie znajduję nic na twoją niekorzyść poza uporczywym drażnieniem się ze mną… — wymruczał William. Podparł się na jego udzie i wychylił do niego. — Pocałuj mnie.
Jeff zmierzył jego twarz, dokładnie oglądając policzki, nos, a w końcu usta. Nic nie odpowiedział, ale wychylił się do przodu i pocałował go.
Od razu usłyszał ciche, błogie stęknięcie. Drugi mężczyzna odpowiedział na pocałunek i posmakował jego usta. O dziwo nie robił tego gorączkowo, nie rzucił się na niego. Delektował się tym, oddychał trochę głośniej i masturbował się. Coraz bliższy spełnienia od takich niewielkich bodźców. A raczej pozornie niewielkich, bo dla niego było to bardzo wiele. Sama obecność Jeffersona obok była otumaniająca. Jego zapach, smak… To, jakie ten miał usta i jak na niego patrzył. Bo chociaż całowali się całkiem niespiesznie, gliniarz cały czas patrzył mu w oko tymi swoimi czarnymi ślepiami. Dało się w nich zatracić, tak samo jak w przyjemności, którą dawała gospodarzowi zarówno jego ręka, jak i sama obecność gościa.
Miał wrażenie, że pocałunek trwał bardzo długo. Że akurat tego Jefferson mu nie żałował. Chciał wytrzymać to spojrzenie, patrzeć cały czas, ale jego powieka sama mrużyła się od przyjemnych dreszczy. Aż zupełnie się zacisnęła, kiedy z penisa wystrzeliło nasienie.
— Nnn… — wystękał w wargi policjanta.
Ten wychylił się jeszcze trochę do przodu, odpychając od oparcia kanapy i ugryzł go mocniej w dolną wargę. William odruchowo zmarszczył nos, co wywołało uśmiech na ustach gliniarza.
— Jak króliczek — skomentował i zerknął na jego penisa, odsuwając się znowu, aby oprzeć plecy. Najchętniej by go dotknął, ale musiał trzymać tego napaleńca na smyczy.
Starszy mężczyzna jeszcze łapał głębokie oddechy, dlatego nie potrafił spokojnie odpowiedzieć. Nie kłopocząc się chowaniem członka do spodni, wydyszał:
— Kró… li… czek?
— Zieleninka, ruszanie noskiem i coś czuję, że lubisz sobie często… pokróliczkować. — Gliniarz zaśmiał się uszczypliwie i trącił palcem jego penisa.
A Will z nadzieją tam spojrzał, lecz Jefferson wcale nie zamierzał popieścić go dłużej. Dlatego gospodarz szybko ukrył pod bielizną swoją męskość w obawie, że znów się zbudzi.
— „Często” to pojęcie bardzo względne… — wymruczał i bez pytania podsunął się do niego, żeby przytulić się do jego boku. Miał nadzieję, że na tak niewinny gest policjant mu pozwoli.
— Coś czuję, że twoje „często” jest powyżej średniej. — Jefferson widząc, jak ten się przysuwał, westchnął głęboko i objął go. Najwyraźniej było mu tego trzeba, a on sam… też nie miał nic przeciwko. — Lubisz w ogóle kino albo jakieś sporty? Bo rozumiem, że liczysz na zaproszenie na kolejną randkę?
— Bardzo — przyznał William szczerze i poważnie, równocześnie wpasowując się w jego silne ciało. Było naprawdę wspaniałe, a dzięki tej pozycji czuł przyjemne na ucha bicie jego serca. — Lubię kino, a jeśli chodzi o sporty, to podoba mi się szermierka.
Jeff krótko się skrzywił, ale pociągnął temat.
— To kino wydaje się ciekawsze na tę chwilę. Jakie filmy? Widziałeś ostatnio… — zaczął, uznając, że zostanie do wieczora.
Niby kolejnego dnia czekała na niego tona obowiązków w pracy, jednak mogło to trochę poczekać. W końcu dbał teraz o dobro skrzywdzonego obywatela. Tak to sobie tłumaczył, mimo że w duchu wiedział, że po prostu… było mu z Willem całkiem miło i niecodziennie. Nutka adrenaliny towarzyszyła tej specyficznej znajomości, a on zamierzał zobaczyć, co z tego wyniknie.

9 thoughts on “Bonus – Miami Lands

  1. Katka pisze:

    Wadera, hahaha, ogólnie, jak rozumiem, po prostu dopadła Cię tęsknota do chłopaków :D tak, jak się nie myśli o tym, to się nie wie, jak czegoś brakuje. I potem się pojawia taki bodziec, który jednak przypomina i bardziej boli XD ale nie martw się, już coraz bliżej drugiej części FDTS niż dalej :) i zapewniam, ze fajne rzeczy się tam dzieją :D Na pewno nie będzie nudy! No i fajnie, że w ogóle taki pomysł na bonus Ci się spodobał :) My też w sumie lubimy pisać „fanfiki” do naszych opowiadań, haha, bo to całkiem śmieszna zabawa, kiedy można wrzucić gdzieś indziej bohaterów :)

  2. Wadera pisze:

    Po pierwsze: Rany, jak mi brakowało Jasona! Po prostu. . . strasznie! Nawet o tym tak nie myślałam dopóki o nim nie przeczytałam. Ja chcę FDTS! Tęsknie za nimi :D
    Po drugie: Na początku myślałam, że z Willa zrobicie lekarza, który zajmie się tym dzieciakiem, ale gość od skaryfikacji . . . pojechałyście! Zwłaszcza, że po głębszym zastanowieniu to do niego pasuje :P
    Po trzecie: Wizyta u Ryana. Za nim też tęsknie!
    Po czwarte: Naprawdę miałam obawy co do zachowania Willa w świecie gdzie za obczajanie innego faceta grozi co najwyżej prawy sierpowy w szczękę, a nie stryczek, ale widać jakoś nad sobą panuję. Bo powiedzmy sobie szczerze, że dla niego randka w barze bez bzykania to szczyt opanowania.
    Po piąte: „Będziesz się tym masturbował teraz?” – Nie załapałam sensu zdania. W sensie to słowo (masturbował) w ogóle mi tu nie pasuje do kontekstu. Już prędzej „przejmował” by było. Ale może to tylko mój zmęczony mózg po paru 12h zmianach nie wyłapuje już pewnych rzeczy ;)
    Po szóste: Króliczek w akcji! Podobnie jak Will jestem rozczarowana tak małą ilością współpracy ze strony Jeffa. Może następna randka nam to wynagrodzi? XD
    Po siódme: Uwielbiam Wasze przeróbki (fanfiction) do własnych tekstów! Nie wiem jak to robicie, ale robicie to genialnie :P
    Pozdrawiam, Wadera.

  3. Katka pisze:

    Kasia, wiesz, pewnie jakby to miało być dłuższe, to pewnie Jeff dostałby tyle czasu, ile potrzebuje naprawdę, haha, ale że to bonusik, troszke musieliśmy pchnąć do przodu. Niemniej, nie poszedł na całość, co jest jakimś tam wyznacznikiem jego upartości i braku zaufania XD Bardzo nas cieszy, że się podobalo :D

  4. Kasia pisze:

    Will i studio tatuażu? Jestem po wrażeniem bo te scaryfikacje (rany nawet nie wiedziałam że coś takiego istnieje ) naprawdę do niego pasują. Super ich razem spiknęłyście. Trochę się martwiłam że Jeff będzie potrzebował więcej czasu żeby się przekonać do Willa ale te wydarzenia ładnie ich do siebie zbliżyły i wyszło to bardzo prawdopodobnie :) No i dodatkowo spotkanie z Jasonem i Rayanem… mmm – jesteście kochane 😊 Super bonus, dziękuję bardzo i pozdrawiam 😀

  5. Katka pisze:

    Linerivaillen, baaaardzo nas cieszy, że taki motyw Ci się spodobał :D Hehe, jakoś tak zabawnie zawsze wsadzić bohaterów do innych opowiadań. I to zaskakujące, jak czasem pasują XD

    Damiann, generalnie tatuaży nie robi, a skaryfikacje. Pracuje w studiu, bo często w takich miejscach się to robi. Ale cieszy nas, że wyszło ciekawie :) Hehe, na szczęście obeszło się bez gwałtu XD

    Kaczuch_A, trochę się głowiłyśmy, jak to zrobić, żeby nie wyszło zbyt przewidywalnie z tymi rolami, ale też zbyt naciąganie. Najwyraźniej udało się to wyważyć :D No niestety w drugiej części nie będzie się dało ich zrobić, haha, ale mieli swoje pięć minut w tym świecie XD Chociaż Ryan i Jeff na pewno by się dogadali XD

    Laurel, zawsze to jakaś odmiana, takie wrzucenie do innej rzeczywistości :) Cieszymy się bardzo, że się podobało :)

  6. Laurel pisze:

    Bonus super. Fajnie poczytać o chłopakach w innej rzeczywistości. Nie ukrywam, że także przeczytałabym coś jeszcze.

  7. kaczuch_A pisze:

    Z A J E B I S T E~! Nie spodziewałam się, że tak cudownie dopasujecie chłopaków do Fire Dragon~! Jestem wniebowzięta, widzę ich normalnie w drugiej części FDTS <3 Szkoda, że to tylko bonus, z chęcią bym o nich w tych czasach poczytała~!

    Mega, oj mam ucieszone serduszko~! Weny~!

  8. damiannluntekurbus17 pisze:

    Czulem, ze Will bedzie lekarzem, ale ze bedzie robic tatuaze? W sumie to lepiej, bo ten lekarz bylby taki oczywisty, a tak wyszlo bardzo ciekawie. I te jego podniecanie sie wszystkim… Juz myslalem, ze poda cos Jeffowi i go zgwalci xd

  9. linerivaillen pisze:

    AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
    Prosze, to się musi jeszcze powtórzyć! Ten motyw jesr zbyt dobry! Oni zbyt cudowni ♡♡♡♡♡♡♡♡ moja ulubiona para

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s