Across The Cursed Lands III – 54 – Twarzą w twarz z fanatykiem

Podążanie traktem, którego nikt dawno nie używał, było trudne. Szczególnie w zimowych warunkach, kiedy z nieba gęsto sypało, kopyta koni zapadały się w śniegu, a widoczność była słaba. Na szczęście miejsce, którego poszukiwali, okazało się być dość… wysokie.
Spędzili kilka godzin w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów, gdzie konkretnie powinni pojechać. Z początku naprowadziło ich kilka wyraźnie niedawno wyciętych drzew. Następnie zobaczyli nieduży młyn przy rzece, a już dalej, ponad horyzontem, rozpościerała się budowla…
— To jest bardzo… szerokie — powiedział William, kiedy przystanęli i zapatrzyli się przed siebie.
Mieli do widocznego budynku jeszcze kawałek, ale już schodzili z koni, aby przejść z nimi w las, gdzie od razu nie zostaną zauważeni. Powoli ciemniało, a Nicholas był bardzo zadowolony z tego, jak udało im się wpasować z czasem.
— Wszędzie wokół są lasy. Do tego iglaste, więc cokolwiek tam jest, nie widzi tego przypadkowy wędrowca — podzielił się z resztą Jefferson, kiedy prowadzili konie tak, aby nagle nie wpaść na jakiś patrol.
Nie mieli pojęcia, jak bardzo budynek, który widzieli w oddali, był chroniony. Powoli i ostrożnie przedzierali się przez las, gdzie na ziemi było mniej śniegu niż na drodze, aż w końcu dotarli, już prawie pod osłoną nocy, do granicy drzew. Konie zostawili kawałek za sobą. Na wszelki wypadek.
Teraz mogli przyjrzeć się lepiej swojemu celowi. Potężnemu budynkowi z cegły o kominach niewystających poza szczyty najwyższych drzew. Widać było, że do głównej bramy prowadziła droga, z której zeszli oraz że budynek nie miał prawie w ogóle okien, tylko kilka na samym szczycie, prawie pod płaskim dachem. Drzewa rosły bardzo blisko niego, aby jak najbardziej go ukryć.
— Jeżeli szukamy w tej okolicy siedziby Burtona, to właśnie to jest to — mruknął Maverick. Zerknął przy tym za plecy, na wciąż przywiązanego do siodła Johna Smitha. Ten już nie miał na głowie kaptura, choć wciąż był zakneblowany. — Prawda?
Nie mogąc mówić, jeniec tylko spojrzał na niego ze zniechęceniem. Dopiero kiedy William szturchnął go w bok, pokiwał głową. Zabawne było to, jak silny i brutalny Nicholas nie był w stanie wykrzesać z niego takiej uległości. Jefferson był dumny ze swojego króliczka.
— Jak się tam dostaniemy? — spytał, nie chcąc marnować czasu.
— Na pewno nie wpadniemy tam znienacka — rzucił Maverick, którego rondo kapelusza było już całkiem białe od śniegu. — Nie mamy pojęcia, jaka jest straż, czy są jakieś pułapki… Musimy być bardzo ostrożni. Nick? Masz jakieś pomysły?
Ten chwilę nie odpowiadał, aż w końcu jego spojrzenie padło na Isaaka.
— Użyjemy wabika — uznał, a kiedy wąsaty jegomość spojrzał na niego pytająco, generał podjął się wyjaśnienia. — Jeśli są straże, to odwrócimy ich uwagę „zbłąkanym podróżnym”. Sami spróbujemy dostać się do środka od drugiej strony. Oczywiście jeśli ktoś ma inne pomysły, to słucham. Ja jednak nie zamierzam ich atakować od frontu, nawet jeśli mamy jakąś broń.
— Zgadzam się z Nickiem — dodała Adela. — Isaac skutecznie odwróci ich uwagę, a przynajmniej części z nich. Jeff i Will mogą być znani Burtonowi, skoro miał ludzi, którzy na nich polowali. Isaaka mogli nie widzieć.
— Hm… Jesteście pewni, czy to bezp… — zaczął mężczyzna, ale Maverick mu przerwał.
— Przywiążemy tu Smitha. Szczelnie. Będzie przeszkadzał.
— Hamilton, ty nadajesz się najbardziej. Zagadasz ich na śmierć. Musisz grać na zwłokę. Zabierz Kupida i nie daj się od razu zastrzelić — poinformował go Nicholas, nie dając mu nawet zanegować tego planu. Tym bardziej, że nikt, ani Eddie, ani Malvin czy Jefferson i William nie mieli innych pomysłów. Nie zamierzali też sami go zastępować.
— W porządku. Nie mam innego wyboru — uznał Isaac, przewidując, że i tak nie miał tu nic do gadania. Upewnił się jednak, czy aby na pewno miał naboje w swoim rewolwerze. — Zatem… mam już ruszać? — A kiedy wszyscy pokiwali głowami, zwrócił się do jednej kobiety w towarzystwie: — Adelko, wiedz, że zawsze cię podziwiałem, że…
— Oż, Hamilton, nie pieprz, tylko idź i rób swoje! — przerwała mu.
Isaac westchnął i zawrócił. Miał nadzieję, że ten plan się powiedzie i że nie ryzykował nadaremno. Z drugiej strony sam nie miał innego pomysłu na to, jak powinni zakraść się do tego molocha, który zapewne roił się od straży. Był wielki i dobrze ukryty. A jeśli to była główna kwatera Burtona, to musiała być dobrze chroniona. Musiał udawać zagubionego wędrowca. To akurat nie powinno być trudniejsze niż granie na zwłokę.
Kiedy pozostali członkowie eskapady przywiązywali Smitha do drzewa, Isaac Hamilton jechał w stronę, jak się wydawało, głównego wejścia do budynku. Na takie przynajmniej ono wyglądało, choć lepiej dostrzegł je dopiero po przejechaniu kilkunastu metrów.
Brama była wielka, a ścieżka przed nią odśnieżona, choć zapewne gęsty śnieg znów szybko ją zasypie. Kupid prychał, lecz nie wyglądał na zniechęconego. Posłusznie kierował się do budynku, a Isaac miał nadzieję, że nie będzie musiał wykorzystywać jego umiejętności do szybkiego cwału.
— Kto idzie?! — Usłyszał nagle głos, kiedy już był pod samą bramą.
Nie zobaczył nikogo. Głos wydobywał się zza ogromnych drzwi, w których, dopiero gdy się przyjrzał, zobaczył wizjery. Ktoś ze środka już musiał go dostrzec. Zapewne był już na muszce.
Postarał się zachować zimną krew, chociaż nie było to łatwe. Za dobrze widział, co może znajdować się wewnątrz tej kwatery.
— Nazywam się Steward Truman! Chyba zboczyłem z głównego traktu! — zawołał, unosząc dwornie kapelusz.
Jego ubranie było całe w śniegu, a on sam wyglądał ze swoim wymuskanym wąsem jak panisko, które niewiele wie o nawigacji.
— Zawróć więc i znajdź właściwy trakt! — padło, ale tym razem w drzwiach otworzyło się małe okienko, w którym zobaczył twarz pewnego ryżawego jegomościa.
Jęknął teatralnie.
— Drogi panie! Proszę, dajcie mi chociaż na chwilę się ogrzać i wskażcie, dokąd konkretnie mam jechać. Mój koń jest zmęczony brnięciem na oślep w śniegu, a ja już przestaję czuć palce!
— Panie, na Boga, tu nie wolno być! Zawróć tego konia i się wynoś! — zawołał jeszcze raz mężczyzna w okienku. Ale Isaac widział już, że nie był wprawiony w spławianiu ludzi. Musiał to wykorzystać.
— Zapłacę! Czy nie wyglądam na kogoś, dla kogo ważniejsze jest ciepło od pieniędzy? Tylko na chwilę, by mój koń się napoił, bym i ja mógł się trochę ogrzać przed dalszą drogą. Nie odtrącajcie zbłąkanego przybysza w taką pogodę. O, zobacz, szanowny panie — dodał, szybko sięgając pod poły swojego płaszcza, by z kieszeni wyciągnąć banknoty.
Na szczęście dość szybko, bo słyszał, mimo drzwi, nagłe poruszenie, kiedy tylko sięgnął pod poły płaszcza. Lecz kiedy pokazał pieniądze, oczy ryżawego mężczyzny się zwęziły.
— Czekaj pan — burknął i zniknął z okienka.
Isaac czekał, domyślając się, że się naradzają. Miał nadzieję, że reszta już podjęła się jakiegoś manewru, bo nie liczył na to, że długo ich zajmie.
Czas leciał, on marznął, aż wreszcie okienko znów się otworzyło i mężczyzna ze środka zawołał:
— Ręce na widoku!
Isaac posłusznie uniósł obie dłonie, w tym jedną z pieniędzmi. Gdy drzwi się otworzyły, poprowadził do środka konia. Nie zaskoczyło go, kiedy okazało się, że za wrotami była uzbrojona straż. Mężczyźni ze strzelbami, podejrzliwymi minami, a do tego prawdopodobnie całkowicie zmanipulowani przez Burtona.
Spostrzegł, że znalazł się w długim, szerokim i wysokim korytarzu, którym najpewniej też jechało się do stajni, bo widział na posadzce pojedyncze źdźbła siana. Do tego palące się pochodnie i kilka par ciężkich drzwi po drodze.
— Dziękuję, panowie. Odwdzięczę się za chwilową gościnę — powiedział uprzejmie, zsuwając się po siodle Kupida.
Koń, chociaż z początku grzeczny, teraz, widząc tak wiele nowych twarzy, zarżał z zainteresowaniem i uciechą. Bez pozwolenia zrobił krok do pierwszego z brzegu strażnika. Dla Isaaca nie było dziwne, że koń próbował go iskać po włosach, dla mężczyzny jednak już tak.
— Ej, co z tym koniem? Weź go pan.
— Och, przepraszam, on po prostu zawsze taki jest…
Isaac niby nieudolnie odciągnął Kupida, a kiedy ten zrzucił mężczyźnie kapelusz, od razu sięgnął do niego. Koń oczywiście to wykorzystał i podszedł do kolejnego mężczyzny, by następnie pociągnąć chrapami za jego brodę.
Wywołało to niesmak i oburzenie strażnika oraz śmiech pozostałych. A Isaac nie walczył tak o posłuszeństwo swojego miłującego wszystkich rumaka, jak zwykł to robił, ponieważ Kupid skutecznie zajmował wszystkich mężczyzn. Nawet dwójka stojąca dalej, przy któryś większych drzwiach, podeszła do nich powoli, chcąc zobaczyć, co się dzieje…

***

Fabryka wyglądała jak forteca. Nie było żadnych okien na tyle nisko, żeby móc się nimi włamać. Z drugiej strony był to dla nich plus, bo nikt przez żadne nie mógł ich zobaczyć, kiedy całą siódemką skradali się wzdłuż ściany, chcąc znaleźć jakieś wejście. Na ich szczęście okazało się, że do środka nie prowadziła tylko jedna droga. Z tyłu, bliżej wysokich kominów, znajdowały się jeszcze jedne drzwi. Prowadziła do nich droga, co naprowadzało, do czego służyły tak nietypowo wysoko usytuowane. Prawie metr nad ziemią, akurat tak, aby równać się z wozami, które zapewne były pod nie podstawiane. Tak usytuowane wejście ułatwiało wyładunek.
Wyglądało na to, że był to ich jedyny możliwy sposób wdarcia się do środka. Przynajmniej tak w tym momencie podejrzewali. Ale nie spodziewali się, że drzwi będą zwyczajnie otwarte. Maverick chwycił się drewnianej zasuwy i wszedł na wąski stopień przy drzwiach. Szarpnął, ale drzwi się nie otworzyły. Obejrzał się więc na pozostałych.
— Mogliśmy wziąć konie, żeby przyczepić tu sznur i pociągnąć — mruknął z niezadowoleniem. A potem spojrzał na swojego partnera. — Hm… Nick, chyba musisz robić za naszego konia.
— Mogłeś inaczej to powiedzieć — poskarżył się generał, ale nie miał mu tego za złe. — Przełóż sznur. Muszę pociągnąć to z ziemi, bo nie wlezę tam. Chyba że zamek jest nisko.
— Nie jest — stwierdził Zwierzak i przyjął od niego kawałek linki, którą mieli przy sobie. Był to gruby, choć niedługi sznur, bo jednak nie spodziewali się, że coś takiego będzie im potrzebne.
Zawiązał go przy zamku i zeskoczył na zaśnieżoną ziemię. Podał sznur partnerowi i odsunął się, nie mając pojęcia, jak bardzo drzwi odskoczą.
Nicholas okręcił linę wokół swojego mechanicznego nadgarstka. Zerknął krótko na Eddiego i Williama, których praca teraz miała zostać przetestowana. Mocniej zaparł się na stalowej nodze i pociągnął. Metal zaskrzypiał złowieszczo. Ale nie w jego protezach, a w drzwiach. Łańcuch puścił, kiedy został jeszcze raz pociągnięty.
Maverick i Jefferson od razu wyżej unieśli swoje strzelby, spodziewając się odpowiedzi strażników. Lecz gdy tylko kurz i pył opadły, spostrzegli, że po drugiej stronie nie było nikogo. Wejście prowadziło do ładowni dalej połączonej ze stajniami. O tym świadczyło prychanie koni.
— Teraz cicho — szepnął Maverick, opuszczając strzelbę i jako pierwszy wchodząc przez drzwi.
Za nim udała się reszta. Każdy musiał wspiąć się na wysoki próg, co jednym sprawiało więcej, a innym mniej trudności. Nikt nie marudził i każdy zachowywał jak największą czujność. Malvin ostrożnie uciszał konie, aby te kogoś nie zaalarmowały, a Jefferson i Maverick ruszyli przodem w głąb fabryki. William dzięki temu miał chwilę, aby się rozejrzeć.
Widział na suficie szyny, do których zostały przyczepione łańcuchy. Najpewniej pomagające w transporcie zarówno węgla, którego były tu ślady, jak i skrzyń. Widział kilka ustawionych pod ścianą. Miały na sobie pieczęcie rządowe, zaś na niektórych były jeszcze papierowe naklejki świadczące o ich pochodzeniu. Rząd był nieźle okradany, a za jego plecami naprawdę prowadzone były czarne interesy. Nie było wątpliwości, że stał za tym ktoś z rządu. Burton musiał działać na dużą skalę i umiał to zatuszować.
William wyciągnął z kabury swój rewolwer oraz podążył za Rangerem i pozostałymi. Poruszali się cicho i za każdym razem wyglądali za róg. Minusem było w tym momencie to, że było ich tak wielu. A fabryka była na tyle duża, że każdy z nich w duchu już zaczynał rozważać propozycję rozdzielenia się…
Nie zdążyli tego zrobić, bo niespodziewanie Maverick idący pierwszy został zza rogu pociągnięty przez kogoś, kto się za nim krył. Szybko przekonali się, że była to… osławiona Wściekła Jess.
— Nie ruszajcie się — ostrzegła, przystawiając rewolwer do skroni Zwierzaka i samemu chowając się za jego ciałem. — Nie zrobię ci, Mav, krzywdy, tylko mnie wysłuchajcie — dodała i… puściła wykręconą na plecach rękę Zwierzaka, jednocześnie odsuwając rewolwer i unosząc dłonie. — Wysłuchajcie mnie.
Malvinowi wyrwało się „kim ona jest?”, kiedy wszyscy spojrzeli na nią z dużym dystansem. Jefferson nawet uniósł wyżej rewolwer, a William od razu rozejrzał się wokół, szukając jej azjatyckiego towarzysza. Była jednak sama. Rewolwer wsunęła do kabury i wyglądała na pozornie im niezagrażającą. Choć co najbardziej zaskakiwało Nicholasa i Mavericka, to fakt, że… żyła. Podejrzewali, że zginęła pod ruinami zajazdu w Charleston.
— Co ty tu robisz, Jess? — zapytał Maverick wrogo, nie krępując się tym, że właśnie celował do bezbronnej kobiety. Lufę strzelby miał zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy.
— Widziałam Isaaka. Domyśliłam się, że tu jesteście. Sam by nie przylazł. Szukacie Burtona, mam rację? — mówiła szybko, głównie zwracając się do Mavericka, a nie do brata. Na niego jednak zerkała co raz nerwowo. Ten w końcu jako jedyny do niej nie celował.
— Tak. Szukamy Burtona, dla którego tyle lat pracujesz — odpowiedział Zwierzak z grymasem.
— Nie pracuję dla niego. Jestem wierna Boosie. To chciałam wam powiedzieć w Charleston. Show o tym wszystkim wiedział od dawna. Był na jego tropie, nim jeszcze się o tym dowiedziałeś, Nick. Zaraz zaczną was szukać. Trzeba pozbyć się Burtona i jego armii. Takich, jak widzieliście w Charleston, są setki. Nick, Mav, ja wiem, że trudno mi teraz uwierzyć, ale… ale to wszystko się tak szybko potoczyło, kiedy zamordowali mojego męża… Kiedy zabili Johna.
Obaj mężczyźni zastygli, gdy usłyszeli to imię. Isaac wspominał o kochanku Jess. O tym, że współpracował z Burtonem, że został zabity, a potem ona do nich dołączyła. Jeżeli to wszystko było prawdą… to właśnie mieli przed oczami osobę, która wiedziała o Burtonie wszystko.
— Więc byłaś z Johnem Brownem? — upewnił się Maverick, powoli opuszczając broń. — Jesteś podwójnym agentem? I dlaczego Show nic nie mówił?
— John nie wiedział wszystkiego. Kiedy chciał odejść, zabili go. A Show… Nie wiem. Zabronił mi wam cokolwiek zdradzać. Ja miałam… Nick, proszę cię, nie mamy czasu. Wszystko wam opowiem, tylko, o Boże, Hibiki pewnie już mnie szuka. Armia jest w piwnicach, a Burton ma swój gabinet na wyższym piętrze. Liczy się czas.
Zapadła chwila groźnej ciszy, kiedy Maverick skrzyżował spojrzenie z ukochanym. Musieli w tej chwili postanowić, czy zaufają Jess, czy nie. Od tego mogło zależeć ich życie, ale… Zwierzak już widział, że Nicholas podjął decyzję. Uśmiechnął się więc krótko i popatrzył na pozostałych.
— Rozdzielamy się. Póki nikt nie wie, że tu jesteśmy, trzeba z tego korzystać.
Jess odetchnęła głęboko. Nie bacząc na to, czy to odpowiedni moment, objęła kompletnie tym zaskoczonego Mavericka i cmoknęła go w policzek.
— Tęskniłam za wami — szepnęła, a zaraz później dodała do reszty: — Armia znajduje się w podziemiach. Musicie iść tędy, a potem w lewo. Uważajcie, bo mogą kręcić się tam pracownicy fabryki. Po prawej jest zejście do podziemi. Patroluje je dwóch Posłusznych.
— A Burton? — spytał Nicholas, nie marnując czasu.
— Na górze. Zaprowadzę, bo jest hasło.
— Jak się rozdzielamy? — zapytał William, który chciał już mieć to wszystko z głowy, bez znaczenia, czy skończy w piachu, czy ujdą z życiem.
— Posłuszni to te… niezniszczalne potwory? — upewnił się Maverick, patrząc na Jess. Kiedy ta przytaknęła, dodał: — Większość więc musi iść do podziemi. Ciężko było poradzić sobie z dwójką w Charleston.
— Ja idę po Burtona, reszta idzie na dół. Ad, rozglądaj się po drodze, jak puścić to wszystko z dymem. Uważajcie na siebie — postanowił Nicholas. Przepchnął się między resztą, aby znaleźć się u boku siostry. Pchnął ją przed siebie, żeby prowadziła. — Idziemy. Isaac nie utrzyma ich długo.
Wszyscy byli gotowi. Jedynie na koniec Adela szybko podeszła do Jess i złapała ją za rękę. Z początku była oszołomiona jej widokiem i trudno jej było się odezwać. Chyba po prostu… minęło zbyt wiele lat.
— Mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie — powiedziała z przejęciem, patrząc na twarz dawnej przyjaciółki.
Jess uśmiechnęła się do niej i kiwnęła głową.
— Ja też. Idźcie już. Przepraszam za te lata — powiedziała jeszcze i oddała szybki uścisk.
Potem poprowadziła brata w przeciwną stronę, aby dotrzeć do człowieka, pod którym pracowała te wszystkie lata. Ale tylko po to, żeby doprowadzić do właśnie tego momentu. Żeby pomścić Johna Browna. Żeby na coś się jednak przydać, tak jak zawsze pragnęła.
Rodzeństwo Orkenzy poruszało się powoli i cicho, choć Jess zdecydowanie była w tym lepsza. Nicholas ze swoimi protezami mógł zrobić wiele hałasu, lecz kobieta i tak zauważyła, że były nowe. Niespodziewanie, kiedy szli już korytarzami wyglądającymi bardziej na takie w szpitalach czy laboratoriach niż w warsztatach, rzuciła:
— Możesz szybko się w nich poruszać, prawda?
Nicholas ściągnął brwi, zaskoczony tym pytaniem.
— Tak. Ale co to ma do rzeczy? Nie masz innych pytań po tych latach? Wszyscy myśleli, że zdradziłaś, Jess. I Show? O co w tym wszystkim chodzi?
— Burton nie wie, że masz nowe protezy, Nick — wróciła do tematu. Po czym dodała smutno, z poczuciem winy: — A wierz mi… wie o was bardzo wiele.
— Od ciebie? — spytał, nim zdążył się powstrzymać. — Jess, to trwało tyle lat… Nadal ciężko mi uwierzyć, że… — mówił, aż jego siostra położyła mu dłoń na piersi, aby zatrzymać go i uciszyć. Słyszała, jak ktoś szedł przecinającym się korytarzem.
Stanęli przy ścianie i nasłuchiwali. Nicholas miał w tym czasie możliwość dokładniejszego rozejrzenia się. Korytarze wciąż nie miały okien, posadzka była kamienna, a rozwidleń bardzo wiele. To miejsce musiano zbudować z myślą o wielkich przedsięwzięciach. Aż nie wierzył, że dotąd udawało się utrzymać je w tajemnicy.
— Dobra. Idziemy. Musimy się dostać na piętro — powiedziała kobieta w miękkich, wysokich butach, wąskich spodniach i beżowej koszuli. Fryzury przez lata nie zmieniła. Wciąż jej warkocz był długi i gruby.
Nicholas czuł się trochę tak, jakby cofnął się w czasie. Jego siostra wcale ich nie zdradziła. Zbierała informację, służyła komuś pod przykrywką. A on nic o tym nie wiedział. W przeciwieństwie do Showa. Showa, który teraz nie wytłumaczy niczego już nikomu, bo nie żyje. Chciał na chwilę zatrzymać czas, aby pozwolić sobie na ułożenie myśli. Ale to nie było takie proste. Nie w momencie, kiedy musiał oglądać się za siebie, czy partner Jess, ten przeklęty Azjata, już ich nie znalazł. Nie było po nim śladu, lecz i tak zapytał o niego siostrę. Ona jednak odpowiedziała mu dopiero, kiedy doszli pod wąskie schody wiodące na piętro.
— Hibiki jest jak mój cień przez ostatnie kilka lat — szepnęła, poruszając się powoli po schodach. Szła jako pierwsza, ponieważ swoją obecność w kwaterze mogła wyjaśnić. Nicholasa już nie. — Zna mnie lepiej niż ty, niż znał mnie John, czy ktokolwiek inny. Na pewno będzie mnie szukał.
Nicholas widział po tej odpowiedzi jeden znaczący problem, ale nie zdradził się z nim. Skoro ta dwójka spędziła ze sobą tyle lat, to jak Jess udało się uchować tajemnicę? Jak udało jej się pozostać wierną dawnym ideałom? Myślał o tym, kiedy już znaleźli się na najwyższym piętrze i teraz szli dużo bardziej eleganckim korytarzykiem. Był krótki, a na końcu znajdowały się ciężkie, dębowe drzwi.
— Jess. — Zatrzymał ją, nim zapukała. — Zawsze wierzyłem, że jest jakieś wytłumaczenie tego, co robisz. Mam nadzieję, że się nie myliłem i teraz też się nie mylę.
Jego siostra uśmiechnęła się blado.
— Możesz przekonać się jedynie, kiedy tam wejdziemy. Ale wierz mi, Nick… Te ideały, którymi kierowaliśmy się jako Boosa, były zawsze jedynym wyznacznikiem moich decyzji i wyborów.
Nicholas wziął głęboki oddech, jeszcze raz obejrzał się, sprawdzając, czy nie nadchodził Hibiki i krótko przytulił siostrę.
— Działaj. Po tym wszystkim porozmawiamy.
Kobieta przytaknęła z powagą i zapukała do ciężkich drzwi. Nie było to zwykłe pukanie, lecz wyraźnie wystukany kod. Po tym usłyszeli pozwolenie na wejście… więc obaj wkroczyli do gabinetu, z wysoko uniesioną bronią.
Pomieszczenie wyglądało jak dobrze wyposażony pokój strategiczny w jakiejś rządowej agencji. Była tu wielka, drewniana tablica z mapą Stanów Zjednoczonych. Na niej zaznaczono jakieś punkty. Była też gablota z metalowymi częściami, było mnóstwo książek na półkach oraz manekin z eleganckim surdutem. A przy jednej z szafek stał mężczyzna.
Jego rysy twarzy wyraźnie wskazywały na afroamerykańskie pochodzenie, lecz skórę miał bielszą niż ktokolwiek, kogo dotąd widział Nicholas. Był całkiem rosły i barczysty. Odziany w białą koszulę z niedbale podwiniętymi rękawami, brązową kamizelkę i luźne spodnie. Na widok przybyszów uniósł wysoko brwi i zaklaskał.
— Panna Orkenzy i generał. Cóż za… piękne, ponowne spotkanie rodzinne! — spostrzegł, uśmiechając się szeroko i pokazując swoją białą, niemal lśniącą szczękę.
Jego usta były suche i popękane, a oczy dziwnie jasne, nawet na tak białej twarzy. Nie trudno było się dziwić, że mężczyzna miał obsesję na punkcie swojej skóry, jak mówił Show. Trwożące było to, co do tego wszystkiego dopowiadał sobie w głowie.
— Ręce do góry, Burton. Jesteś aresztowany. — Nicholas nie tracił czasu na czcze gadanie. Przy tym cały czas i tak zerkał na Jess, czy jednak ta nagle nie odwraca rewolweru w jego stronę.
Ale kobieta wciąż kierowała lufę w stronę Burtona. Burtona, który nic sobie nie robił z ich wtargnięcia, a przynajmniej sprawiał takie pozory. Oparł się plecami o szafkę i założył ręce na piersi. Jego włosy były jasne jak mleko, choć krótkie i poskręcane. Broda okalająca policzki również.
— Naprawdę myśli pan, generale, że uda się panu wyjść z tej fortecy żywym? Obecność siostry niewiele tu pomoże.
— Ty za to jesteś pewien, że to przeżyjesz? — spytał i zrobił krok do przodu. Pamiętał jednak, co powiedziała Jess. A ciało też pamiętało, jak utykał ze starymi protezami. Poruszył się dokładnie tak jak kiedyś.
— Ja przeżyję to wszystko. Nawet jeśli spalisz moje ciało, generale. Dlatego, że ja jestem ideą, a idea, odpowiednio zasiana, nigdy nie umiera — zapewnił mężczyzna, spoglądając na nich jak przy miłej pogawędce.
— Klan już raz został pokonany. Tak się stanie i z tobą tej nocy — powiedziała Jess, która… wreszcie mogła to powiedzieć. Wreszcie mogła spojrzeć w twarz mordercy swojej jedynej miłości i powiedzieć, co o nim myśli. — Ty, twoja idea i twoi ludzie dziś zobaczą kres, a my postaramy się o to, by was zapomniano.
— Panno Orkenzy, wielu jest takich, którzy myślą tak jak ja. Równowaga musi być zachowana, nawet jeśli trzeba do niej co poniektórych przymusić. Zaskakuje mnie, że ty tak długo nie możesz tego pojąć. Sama dobrze wiesz, jak teraz widzę, że do celu czasem trzeba iść po trupach — mówił, cały czas patrząc na młodą kobietę, aż w pewnym momencie jego jasne oczy spoczęły na drzwiach. Wiedziona odruchem Jess od razu tam spojrzała.
Mogła domyślić się wcześniej. Hibiki. Jej towarzysz przez tyle lat. Znalazł ją i właśnie rzucił w nią swoimi kunaiami. Jedno z ostrzy wbiło się w jej bark, lecz przed kolejnymi dwoma udało jej się uchylić. Od razu kopnęła w drzwi, by zatrzasnąć je przed Azjatą. Kolejnym szarpnięciem za krzesło zatamowała je, choć nie na długo.
— Nick! Bierz Burtona! — krzyknęła, sama sięgając do wystającego z jej ciała ostrza.
Zacisnęła zęby, starając się je wyrwać. Zabolało na tyle mocno, że aż zrobiło jej się ciemno przed oczami. Słyszała przy tym mocne walenie w drzwi. Hibiki z całych sił starał dostać się do środka, kiedy już wiedział, że zdradziła. Tak samo jak Nicholas próbował dopaść Burtona. Nie rzucił się na niego, lecz z groźną miną ruszył w jego kierunku, żeby skręcić mu kark.
Albinos stojący przy kredensie z jakiegoś powodu wcale nie wydawał się bać. Ta obserwacja zajęła Nicholasowi dosłownie dwie sekundy przed kolejnymi wydarzeniami, lecz i tak zdążyła wzbudzić w nim trwogę. To, co działo się w głowie tego mężczyzny, było dla niego zagadką. Ileż to okrutnych idei i marzeń się w niej znajdowało…
Jego spokój szybko został wyjaśniony. Burton sięgnął do portretu znajdującego się nad komodą i wcisnął jedną z desek znajdujących się w ścianie. Zaskrzypiało… a Nicholas całym swoim ciężkim ciałem runął w dół, prosto do pułapki.
Krzyknął, wpadając przez zapadnię w podłodze do głębokiej dziury. Upadek był bolesny, ale bardziej zabolała go duma, że dał się tak złapać, jak jakieś zwierzę w dziczy. Wrzasnął przekleństwo i uderzył pięścią w ścianę. Kilka drzazg się odkruszyło, ale za nimi był twardy metal. I Bóg wie co jeszcze.
— Jebany psie! Rozszarpię cię!
Dobiegł go tylko śmiech. Oddający się śmiech. Burton musiał uciekać jakimś wyjściem, lecz dlaczego Jess go nie zatrzymała? Ale po kolejnej sekundzie już wiedział. Usłyszał wywarzanie drzwi.
— Nie wierzę… — Hibiki popatrzył na kobietę opierającą się o ścianę i trzymającą rękę przy ranie. Koszula nasączała się krwią. — Więc jednak… Wygrała ckliwa pamięć o kochanym mężu.
Nicholas słuchał tego, chcąc nie chcąc. Próbował się wydostać, ale nie było szans, aby doskoczył do krawędzi. Było zwyczajnie zbyt wysoko.
— Pierdol się, Hibiki. To nie tylko to. To wszystko jest popieprzone, nie widzisz tego? Burton chce dokonać masowych mordów. Sam wiesz, że nic dobrego z tego nie wyniknie! — wydyszała Jess, próbując zatamować krwawienie. Broni jednak nie puściła.
Dobrze widziała, że i Azjata dzierżył w swojej dłoni kolejnego kunaia. Obchodził z nim szerokie, stojące na środku biurko. Ostrożnie stawiał kroki przy krawędzi przepaści i zbliżał się do Jess. Wiedział, że nie należało jej lekceważyć.
— Tyle lat udawania… — zaczął, po czym skoczył w jej kierunku z wyciągniętą bronią — i da ci to tylko śmierć!
— I pieprzoną satysfakcję! Bo dziś to wszystko runie. A ty znowu zostaniesz sam! — prychnęła i mimo że trzymała dłoń z rewolwerem opuszczoną, w kolejnej sekundzie już strzelała do swojego dawnego towarzysza. Nie musiała długo celować, odległość była mała, a ona żyła z bronią w ręku.
Postrzeliła swojego wieloletniego współpracownika, lecz ten jedynie syknął i trzasnął ją trzonkiem kunaia w twarz. Kobieta upadła na bok, a rewolwer potoczył się po posadzce, aż pod ścianę. Jess zdążyła wyciągnąć swój nóż w ostatniej chwili. Gdyby nie zablokowała ciosu nadchodzącego z góry, niechybnie zostałaby trafiona prosto w oczodół. Hibiki warknął, kiedy dodatkowo został strzelony w krtań z łokcia i uderzył swoim szczupłym ciałem w regał. Kilka książek pospadało mu na głowę, dając Jess kilka cennych sekund.
Zebrała się na kolana i nadal w gotowości, odsunęła się, zasłaniając ramieniem i dłonią, w której trzymała nóż. Ranną ręką spróbowała sięgnąć po rewolwer. Odległość była na tyle mała, że była gotowa zaryzykować.
— To naprawdę nie musi się tak kończyć. Sam wiesz, że mam sporo racji!
Na usta Hibikiego wypłynął lekki uśmiech, gdy tylko uniósł się spod regału. Jego broczący krwią bok zdecydowanie go osłabiał, lecz naładowanie adrenaliną trzymało na nogach.
— Próbujesz mnie przekonać? Brzmi, jakbyś nie potrafiła mnie zabić — zadrwił sobie z niej.
I zanim zdążyła dopaść rewolweru, rzucił kunaiem w jej dłoń. Jess krzyknęła, kiedy ostrze przebiło jej rękę. A Hibiki podbiegł i pchnął jej ciałem na ścianę. Przytrzasnął ją do niej przedramieniem, sięgając za plecy po kolejne ostrze.
Kobieta uśmiechnęła się. Na jej zębach i wargach już było widać krew.
— Tobie też chujowo to idzie, Hibiki. Mogłeś trafić w głowę, nie w dłoń — prychnęła.
Znała go już długo. Wiedziała, jaką herbatę pił, jaki pokój zawsze wybierał i że nie przyznawał się jej, ale gdzieś tam głęboko, podobnie jak ona, lubił tę drugą stronę, na którą z początku był skazany. Z biegiem czasu poznali się oboje i zaczęli darzyć pewną sympatią, a teraz… chcieli swojej śmierci.
Trzymający ją przy ścianie mężczyzna wykrzywił wargi w grymasie zarówno rozbawienia, jak i irytacji.
— Ty też nie walczysz na poważnie, Jess — odpowiedział, kiedy oboje trzymali ostrza przy swoich bokach. — Gdybyś chciała, już dawno byłbym martwy.
— Cóż… — Kobieta oblizała zęby. — Może właśnie dlatego próbuję cię przekonać, żebyś po prostu uciekł. To już spalona sprawa.
— Mylisz się. Wystrzelanie szkodników, których tu wprowadziłaś, wszystko naprawi. Gdy już tu skonasz, zajmę się twoim bratem, a potem jego facetem. Na koniec zostaną już same płotki, włącznie z twoją dawną przyjaciółką — mówił cicho, podduszając ją i równocześnie wbijając końcówkę ostrza w ciało obok pępka. — Dzisiaj twoja Boosa bezpowrotnie odejdzie.
— Wiesz, że ci na to nie pozwolę? — spytała Jess i posługując się klasycznymi kobiecymi sposobami, walnęła go z całej siły obcasem w stopę.
Hibiki krzyknął i odsunął się na tyle, żeby kobieta mogła wybić mu ostrze z dłoni. Upadło niedaleko, lecz nie w zasięgu jego ręki. A on nie był na tyle głupi, by odwrócić się do niej plecami i po niego ruszyć.
— Czemu nie używasz swojego noża?! — warknął na nią, choć przecież… zawsze był spokojny. Opanowany. Tak rzadko się denerwował. Tylko wtedy, kiedy… coś naprawdę go poruszyło. Jak walka z osobą, której w głębi duszy wcale nie chciał zabijać.
Stali naprzeciw siebie, oboje broczący krwią. Rana po kuli w boku Azjaty osłabiała i sprawiała, że był coraz bledszy. Podobnie ranny bark Jess i jej krwawiąca dłoń.
— Bo nie chcę… Ty…— Jess syknęła i usłyszała kolejny łomot, kiedy Nicholas próbował wydostać się z pułapki.
Nie miała na to czasu. Z rozpędem rzuciła się na Hibikiego. Oboje przewalili się na ziemię, a ona, nie chcąc już, aby jej brat tu zginął, wbiła nóż pod żebra Hibikiego. Sama przy tym poczuła ból, którego nie dało się z niczym porównać. Naprawdę… nie chciała tego robić.
Azjata ranił ją niemal w tym samym momencie ostatnim ostrzem, jakie zostało mu przy pasie. Po czym kaszlnął krwią i zamrugał szybko. Wpatrywał się szklistym wzrokiem w oczy Jess Orkenzy, swej towarzyszki od wielu lat. Kobiety, z którą nigdy nie dzielił intymności, lecz z którą dzielił wspólne sypialnie, jedzenie i czas w drodze. Z którą przeżył właściwie część swojego życia.
— Kh… — Tylko tyle wydobyło się z jego ust, gdy powoli wiotczał na podłodze.
— Do zobaczenia po drugiej stronie… Hibiki — wydyszała, klęcząc nad nim i ledwo utrzymując świadomość. Patrzyła mu w oczy, gdy opuszczało je życie. I nawet nie zauważyła, kiedy oparła własne czoło o jego, czując się ledwie przytomna.
— Jess! Jess! Co się tam dzieje? Jess! — Z odrętwienia wyrwał ją głos brata, który przestał miotać się w swojej pułapce, kiedy nagle na górze zrobiło się potwornie cicho.
— Już… — wyszeptała i zsunęła się z ciała Azjaty, nawet nie zabierając swojego noża.
Doczołgała się do komody, przy której wcześniej stał Burton. Podparła się o blat, ignorując wszystkie ślady krwi, które zostawiała po sobie na podłodze. Wyciągnęła rękę i wcisnęła jeszcze jeden włącznik w ścianie. Nicholas za to zobaczył, jak przy włazie otwarła się zapadnia i w dół, ze szczękaniem zębatek, zsunęła się metalowa drabina. Od razu po nią sięgnął, kiedy rozległ się odgłos upadającego ciała.
Nie ociągał się. Szybko wdrapał się na górę i pierwsze co zobaczył, to siostrę leżącą na ziemi, tuż przy biurku. A wokół było pełno krwi.
— Jess! Kurwa mać! — syknął, dopadając do niej i unosząc, kiedy klęknął.
Ciało Jess wydawało mu się teraz takie… lekkie. Ułożył ją na swoim kolanie i doskonale zobaczył, że kobieta nie miała siły ruszyć ręką. Że wszystko, co mogła, już zrobiła i na pewno nie pobiegnie z nim dalej. Tak jak wcześniej z ust Hibikiego, tak teraz z jej kącika kapała krew. Już nie miała sił.
— Nick… biegnij… Burton…
— I mam cię tu zostawić? Dopiero cię odzyskałem, do cholery! — odparł Nicholas gorączkowo, próbując znaleźć największą ranę. Ale jego siostra wykrwawiała się przez więcej niż jedno miejsce. Była cała we krwi i traciła ją bardzo szybko.
— Zimno mi… Zostaw mi tylko płaszcz — poprosiła nieskładnie, jakby jej świadomość była już gdzieś daleko.
Nicholas znowu zaklął i przytulił ją do siebie mocniej. Nie baczył teraz na krew, jaką go znaczyła.
— Jess… — Delikatnie pocałował ją w czoło. — Przepraszam — jęknął, bo naprawdę nie miał żadnego wyboru, a jedyny, jaki miał, był dramatyczny.
Oczy kobiety, równie ciemne jak jego, zmrużyły się w uśmiechu, który bardziej widoczny był w nich niż na ustach.
— Ja przepraszam… Że nic nie powiedziałam, że… że tak długo mnie nie było…
— Nic nie szkodzi, to nie twoja wina. Robiłaś, co musiałaś — mówił, nie chcąc, aby siostra zadręczała się podczas umierania. Chciał wiedzieć to, czego ona dowiedziała się podczas swojej zdrady, która tak naprawdę była tylko graniem na dwa fronty. Ale obawiał się, że nie dowie się już niczego z jej ust.
Kiedy wypowiedziała kolejne słowa, już wiedział, że były ostatnimi.
— Dobrze było cię zobaczyć, Nick…
Po tym jej powieki zamknęły się, a serce przestało bić. Przebita dłoń zsunęła się z przedramienia jej brata i bezwładnie opadła na brudną posadzkę.
Nicholas chciałby patrzeć na jej twarz jeszcze długo. Całą noc. Ale wiedział, że nie może. Ostatni raz przytulił jej ciało i ostrożnie odłożył na podłogę. Nie było co się okłamywać. Już nie mógł jej pomóc. Za to mógł pomóc innym, dlatego zebrał się szybko i pożegnał siostrę ostatnim spojrzeniem. Wyszedł w pogoni za Burtonem.
Wiedział, że mężczyzna nie wybiegł głównym wejściem do gabinetu. Miał swoje cholerne tajne przejście, które teraz zostało pozostawione otwarte. Już wiedział, że był to mężczyzna bardziej sprytny i inteligentny niż silny i waleczny. Od tego miał swoich „Posłusznych”.
Tajne przejście znajdowało się zaraz za tablicą. Był to długi korytarz wiodący nie wiadomo gdzie. Nicholas podejrzewał, że do jakiegoś innego wyjścia z siedziby. Było tu absolutnie ciemno, dlatego nawet nie wiedział, jak ten korytarz wyglądał. Słyszał tylko deski pod nogami i jakby pobrzmiewające echo z daleka. Miał nadzieję, że oznaczało to, że Burton jeszcze nie dobiegł do celu.
Ruszył za nim, nie zamierzając dłużej tracić czasu. Całe ubranie miał nasiąknięte krwią siostry. Ale liczył, że wkrótce zobaczy martwe ciało nie tylko jej i Hibikiego.
Wiedział, że siedziba była wielka, lecz nie spodziewał się, że droga tym korytarzem będzie mu się tak długo ciągnąć. Szczególnie w tych ciemnościach. Ale ku swojej uldze po kilku kolejnych chwilach zobaczył poblask światła. Od razu zwolnił, żeby się nie zdradzić i ostatnie kroki pokonał, niemal nie oddychając.
Za załomem korytarza dostrzegł przymknięte, grube, drewniane drzwi. Za nimi już paliło się światło, a on widział na kamiennej ścianie cień, który cały czas migotał, gdy ktoś przechodził po pomieszczeniu.
Sięgnął po rewolwer najciszej, jak umiał, po czym wychylił się zza załomu drzwi. Od razu miał na muszce człowieka, który dawał cień.
— Ani kroku dalej. Ręce w górę, żebym je widział! — zawołał. Chciał go powiesić, ale jeśli będzie musiał, to zastrzeli go bez mrugnięcia okiem.
Mężczyzna obejrzał się na niego z cieniem zaskoczenia na twarzy. Musiał nie spodziewać się, że Nicholas zdąży do niego dobiec, zanim skończy…
Właśnie. Nicholas nie miał pojęcia, co właściwie teraz ten człowiek chciał zrobić. Niewątpliwie znajdowali się w jakiejś maszynowni. Było to mnóstwo tłoków, maszyn parowych, rur i przełączników. Wszystko metalowe i wszystko wiodące gdzieś poza to pomieszczenie. Widział, jak rury podążały do wylotów w ścianach, a sam Burton właśnie zamykał właz do jednej z maszyn. Lecz gdy tylko zobaczył wroga, od razu się wyprostował i uniósł ręce. Oraz zrobił kilka kroków w tył, chowając się za maszyną.
— Bądź rozsądny! — Roześmiał się, jakby brał udział w jakimś komicznym przedstawieniu. — Jakim cudem jeszcze nie rozumiesz, generale, że wpadłeś do pajęczej sieci, z której nie ma ucieczki?
— Wydaje mi się, że nawet jeśli wpadłem, to jestem zbyt grubym kąskiem, żeby pająk mógł mnie przełknąć. Ta pajęczyna ci się rwie. Więc ani kroku dalej! Mówię coś do ciebie! — zagroził i kulejąc, zrobił krok do przodu. Chciał go żywego. Chciał, żeby ten wyśpiewał mu wszystkie swoje plany, wszystko, co zrobił. Co by nie mówić, chciał zemsty.
— Nigdzie się nie ruszam, generale… — odpowiedział Burton, robiąc kolejny krok za maszynę. Już chował się za nią prawie całym ciałem. Aż w pewnym momencie i on wyciągnął zza pasa rewolwer i skierował go do Nicholasa. — No i znów jesteśmy równi — podsumował, zatrzymując się pod jedną z większych maszyn, mającej dwa spore zbiorniki, w które coś było wpuszczane przez rury. Zaś w płynie znajdowały się kolejne zbiorniki, te podtrzymywane na ciężkich łańcuchach. Nicholas już zobaczył, że wiele ich wisiało z sufitu.
Już wiele rzeczy widział podczas ostatniego czasu i nie był pewien, czy chciał wiedzieć, do czego to wszystko służyło. Kolejne dziwne substancje i mikstury, przez które miały zginąć setki. Zagłada, terror i strach. Nienawidził ludzi, którzy myśleli, że są lepsi od innych. A Burton właśnie taki był.
— Nigdy nie będziesz równy nikomu — prychnął Nicholas, nadal do niego mierząc.
— Nie będę, mój drogi generale. Nie będę równy, bo nikt nie jest równy. Są silniejsi i słabsi, a mnie tylko martwi to, dlaczego jeszcze politycy nie doszli do wniosku, że trzeba dążyć do tego, by w kraju żyli tylko ci silni. Na tle innych, ślepo altruistycznych narodów wypadalibyśmy jak bogowie, gdyby po naszych ziemiach chodzili tylko ci, którzy na to zasługują!
— I chciałbyś to osiągnąć, mordując ludzi i wprowadzając terror? Już upioryt zrobił mniej złego temu krajowi. — Nicholas zrobił jeszcze mały krok w jego stronę. Przy tym zauważył, jak dłoń Burtona sięgała w stronę jednej z dźwigni. — Nie radzę — zagroził, a i tak na niewiele się to zdało, bo dłoń uniosła się.
Nicholas już nie zamierzał załatwiać tego po dobroci. Dzięki Jess wiedział, że Burton myślał, że jest wolny i jedynie silny. Zamierzał to wykorzystać. Błyskawicznie pokonawszy dzielącą ich odległość, znalazł się przy mężczyźnie i chwycił w metalową dłonią jego rewolwer.
Powieki mężczyzny rozwarły się w szoku. Jeśli dotychczas wiedział to, co mówiła mu Jess, to na pewno nie podejrzewał, że Nicholas tak szybko się przy nim znajdzie. Że dobiegnie do niego, zanim ten zdąży wystrzelić. Przecież wcześniejsze protezy nie pozwalały mu nawet swobodnie, szybko chodzić.
— C-co…? Jak…?! — wydusił, a palec przypadkiem nacisnął na spust. Rewolwer był jednak skierowany gdzie indziej i trafił tylko w jeden z łańcuchów.
— Mówiłem. Jestem za ciężkim żuczkiem na twoją pajęczynę — syknął generał i trzasnął go kolbą rewolweru w nos. Krew od razu popłynęła na jego jasną skórę, odznaczając się mocno od jej kolorytu. — A ty niczym się w środku nie różnisz od każdego innego robaka — fuknął i jeszcze raz go uderzył, aby pozbawić tym razem broni. Odciągnął go bez problemu od dźwigni.
Mężczyzna nie był lekki, ale Nicholas miał mnóstwo siły w swoich protezach. Protezach, które uratowały mu teraz życie. Mógł z łatwością dociągnąć Burtona do najbliżej wiszącego łańcucha i… okręcić go wokół jego szyi. Albinos od razu złapał za niego i popatrzył szeroko otwartymi na generała.
— Co ty wyprawiasz?!
— Skazuje cię — syknął Mały Nick, ciasno okręcając łańcuch wokół jego szyi. Zaginał metalowymi palcami ogniwa. Rozsądek mówił mu, że powinien go stąd zabrać, z połamanymi rękoma czy nawet nogami, ale obraz martwej siostry przebijał mu się przez zdrowy rozsądek. Zresztą, wina tego człowieka była ewidentna. Niepotrzebny był sąd. Burton sam się przyznał. — W imieniu rządu Stanów Zjednoczonych… skazuję cię na śmierć! — skończył z jadem i pociągnął za drugi koniec zwisającego łańcucha.
Zachrzęściło i zadzwoniło, a ciało mężczyzny zostało podciągnięte niemalże pod sam sufit. Nicholas trzymał go mocno i patrzył z mściwością i zaciętością, jak mężczyzna wierzgał. Jak machał nogami, jak charczał i szarpał rękami za duszący go metal.
Ten tylko dzwonił, czym bardziej Burton próbował się uwolnić. Belka, przez którą był przewieszony, nie puszczała. Była silna i mocna tak samo jak uchwyt generała, który patrzył na śmierć prowodyra tych wszystkich nieszczęść.
Aż nagle usłyszał głośny huk.
Dobiegał co prawda z oddali, lecz był tak mocny, że aż posypało się z sufitu. Nick jednak nie puścił albinosa, który zaczął się konwulsyjnie trząść.
Poczekał, aż całkowicie wyzionie ducha. I dopiero kiedy był tego pewien, puścił łańcuch, a Burton upadł na podłogę. Nie wydał żadnego dźwięku, nie poruszył się. Był martwy. Zapłacił za wszystko, co zrobił, choć jego uczynków nie dało się tak łatwo wymazać…
Zaś Nicholas wiedział, że musi odnaleźć pozostałych. Jeśli nie mógł uratować siostry, to musiał uratować ukochanego. Szczególnie… że właśnie sufit zaczął mu się sypać na głowę…

11 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 54 – Twarzą w twarz z fanatykiem

  1. Katka pisze:

    Kaczuch_A, nom, smutno z Jess. Jej historia nie była zbyt radosna. W całości w sumie oddała życie lepszej sprawie. I zemście. Nickowi lekko nie będzie.
    Haha, czujemy teraz bardzo dużą presję z Twojej strony XD Trochę dramatu nigdy nie zaszkodzi, ale nic już nie mówię XD Mam nadzieję, że doczekamy się Twojego komentarza pod następnym rozdziałem. Cóż, masz rację, że ostatnio dużo dramatów jest w opkach, ale to pewnie dlatego, ze wszystkie się kończą i generalnie dużo emocji musi być XD

    Kamaija, niestety los często wybiera tych lepszych…

    Tess, Nicholas nie uważa, że z Burtonem łatwo poszło, skoro Jess przy okazji zginęła XD Ale rozumiem, co masz na myśli. A co do Jess już stricte, no niestety nie doczekała się orderów czy podziękowań :( Jest takim cichym, trochę zapomnianym bohaterem.

    Yaoistka, cieszymy się XD

    Kotokot, faktycznie totalnie nie na temat, ale MEGA słodka sytuacja XD Ciekawa jestem, czy opanowałaś wyszczerz XD

  2. Kotokot pisze:

    Tak totalnie nie na temat i randomowo ale jestem w mega szoku xD bylam w sklepie (mieszkam w uk) i patrze na kasjera.
    „Ooo jaki Joshowy typ urody. Tak mogę go sobie wyobrażać”
    Patrze na plakietke z imieniem. JOSH. Az mnie zatkalo XDD a ja nie czesto porównuje realne osoby do postaci z opek.

  3. Tess pisze:

    Coś mi się wydaje, że ten Burton, to jeszcze nie do końca całe źródło zła. Mam wrażenie, że jest ktoś jeszcze wyżej, bo z tym albinosem coś za łatwo poszło mimo wszystko :D
    No i oczywiście szkoda mi Jess, choć nie miałam jakiś większych uczuć do niej, to jednak przykre, że tyle czasu była uznawana za zdrajce, a jak już się spotkała ze swoimi towarzyszami to od razu musiała umrzeć ;(

  4. kaczuch_A pisze:

    Dzieje się, dzieje…Jess była podwójnym agentem – ok jakoś w odmętach umysłu miałam taką wizję, ale nie sądziłam, że zginie, po takim przywitaniu z dawnymi przyjaciółmi. Taki smuteczek mnie naszedł. Azjaty mi nie szkoda, za mało o nim było, nie zdążyłam się z nim zaprzyjaźnić xD Szkoda mi Nicka bo trochę chłop sobie pocierpi coś czuję. I w ogóle chcę już kolejny rozdział, i przysięgam, że jak zginie ktoś z ekipy (nie wliczam w nią hamiltona xD) to przestanę komentować, zamknę się w szafie i będę płakać dniami i nocami. Aż mnie w dołku ściska, żeby się dowiedzieć jak to się dalej potoczy. Mam nieprzyjemne myśli i to mnie się nie podoba. Końcówki Waszych opowiadań są za bardzo dramatyczne ostatnimi czasy u Kukurydza dramy, w Dozen dramy, tu dramy…nie przetrwam…

    Weny~! I mniej krwi i zabijania ukochanych bohaterów~!

  5. Katka pisze:

    Dervorin, Noo, nam też strasznie szkoda było Jess… A co do Hibikiego, to tak, bardzo trudno byłoby go przekonać, chociaż jakoś mam wrażenie, że jeśli tylko Jess miałaby więcej czasu i spokoju to pewnie chciałaby jednak spróbować przemówić mu do rozsądku, a nie zabijać go. Ale sprawa była spalona. Ale, hehe, cieszy nas, że podobało się zachowanie Nicka. Och tak, nasz słodki miś potrafi być groźny… Dzięki za wenę! :D

    Damiann, kurde, to w sumie nieźle się te burze wstrzeliły z czasem w ten rozdział. Nawet o tym nie pomyślałam w ten sposób, ale faktycznie fajniej musiało się przy nich czytać. Zawsze to jest zabawne, kiedy przy danym klimacie się czyta rozdział, to inaczej się go odbiera. Szkoda, że nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy rozdział pojawi się na stronie, bo potem wychodzą takie kwiatki jak czytanie o świętach Bożego Narodzenia w połowie sierpnia XD
    Odeszłam od tematu. Fajnie, że podobało się takie a nie inne zabicie głównego złego. Cóż, wieszało się często zdrajców. A kim był Burton, jak nie zdrajcą narodu?
    Trzymaj za chłopaków kciuki, to może im to pomoże! Ale czy przeżyją… o tym już w następnym rozdziale :)

    Maruda, zgadzam się, to byłoby bardzo okrutne, gdyby po utracie siostry, stracił jeszcze ukochanego. To nie jest lekka noc dla naszego generała. Ale niestety wszyscy nastawiali się na ofiary. Teraz pozostało im dać z siebie wszystko, żeby przeżyć.
    Dziękujemy za komentarzyk :)

    Wadera, odnośnie tego i poprzedniego komentarza: uniknęłyśmy opisywania tortur zarówno dlatego, że było to w sumie zbędne, ale również dlatego, że w sumie często niedopowiedzenia fajnie pobudzają wyobraźnię i po przeczytaniu tekstu zostawiają trochę miejsca na podumanie. Cieszy nas, że spodobało Ci się takie rozwiązanie :)
    Czy Eddie będzie chciał rozmawiać o przeszłości… Chyba dobrze go wyczuwasz. On nie jest typem, który niepotrzebnie drąży coś, co już i tak nie ma znaczenia. Ważne jest dla niego to, że ma teraz, obok swojego partnera.
    „Jess zmartwychwstaje i umiera, Nick zabija GłównegoZłegoGościa, a budynki znowu walą im się na głowę.” – och, to takie idealne podsumowanie rozdziału. A upioryt upiorytem tylko pytanie, coż to się stało, że nagle wszystko zaczęło się walić… :D

  6. Wadera pisze:

    Ale się dzieje! Akcja pędzi na całego!
    Jess zmartwychwstaje i umiera, Nick zabija GłównegoZłegoGościa, a budynki znowu walą im się na głowę. Serio mają niby ten cały upioryt, ale konstrukcje budynków coś im nie wychodzą ;)
    Pozdrawiam, Wadera.

  7. Maruda pisze:

    Czułam, że Jess jest jednak dobra. Nicholas odzyskał siostrę i zaraz ją stracił.. nie może stracić też ukochanego ! Mam ogromną nadzieję, że nikt już nie umrze. To by było straszne. To jak Nick załatwił Burtona było super. Lubię takiego Nicholasa a Burton zasługiwał na to. Cierpliwie czekam na szczęśliwe zakończenie

  8. damiannluntekurbus17 pisze:

    Dreszczyk emocji. Cala akcje potegowala burza, ktora szaleje od paru minut w miescie. Wiedzialem, ze Jess jest jednak dobra, cos czulem, ze to tylko taka gra i ze ona nikogo nie zdradzila tylko tego Burtona. Nie sadzilem w sumie, ze Nicholas tak go zabije, myslalem, ze to bedzie strzal, a tu mila niespodzianka, ale ciesze sie, ze umarl. Zasluzyl. To taki Hitler jakby, bo on tez nie lubil niektorych ludzi :P
    Mam nadzieje, ze juz nikt oprocz Azjaty i siostry nie umrze. Moga stracic nogi, rece, ale nie zycie :(

  9. Dervorin pisze:

    Tak bardzo szkoda mi Jess. Wierna Boosie do samego końca. :( Hibiki był zbyt ślepo zapatrzony w cały ten projekt żeby dało się go jakoś przekonać. Burton dostał to na co zasłużył, a tak w ogóle to strasznie podoba mi się to sadystyczne oblicze Nicka. XD Oby Maverickowi nic nie było, jedna śmierć nam wystarczy. Nie mogę uwierzyć, że już niedługo koniec. :c
    Życzę dużo weny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s