Project Dozen – 104 – Gdy wszystko kończy się jednej, gorącej nocy

Niektóre dźwięki dochodzące w nocy należą do tych wywołujących nieprzyjemne ściskanie w żołądku. Jednym z nich jest dźwięk telefonu. Kiedy w ciągu dnia powoduje irytację czy radość z tego, że ktoś dzwoni, w nocy sygnał przychodzącego połączenia zawsze niepokoi. Bo przecież po co przed drugą w nocy ktoś miałby dzwonić, jeśli nic złego by się nie działo? Dlatego Mark poderwał się z łóżka z zagubionym spojrzeniem, a kiedy spojrzał na zegarek, nim odebrał telefon od syna, jego serce już biło mocno.
Mimo że spał u boku Fostera, teraz nie miał wyrzutów sumienia, że go zbudzi. Włączył nocną lampkę i pospiesznie odebrał.
— Sebastian?
— Hej, tato. Sorry, że dzwonię i budzę. Ale na spokojnie zaraz wyjaśnię — zaczął chłopak uspakajającym tonem, na pewno świadom, że nie była to najlepsza pora na telefony.
Mark potarł zaspane oczy.
— Co się dzieje? — Wcale nie brzmiał, jakby Sebastian go uspokoił. Wręcz przeciwnie. Czuł, że dopóki ten rok szkolny się nie skończy, będzie wiecznie podenerwowany. — Wszystko w porządku?
— Prawie. — Chłopak westchnął głęboko. Brzmiał na zmęczonego. — W szkole był pożar. I nawet nie wiem, od czego zacząć opowiadanie — mruknął, a Mark poczuł w pasie ciepłe dłonie Fostera, który bezczelnie podsłuchiwał, przystawiając głowę bliżej telefonu.
Starszy mężczyzna tylko krótko na niego popatrzył, po czym ponownie skupił się na rozmowie. Nie wierzył w to, co słyszał.
— Co? Pożar w szkole? Taki naprawdę, a nie jak wcześniej? Fałszywy alarm? — dopytał z nadzieją.
— Taki, że był ogień, chociaż więcej dymu. Była karetka i straż pożarna. Moses składa wyjaśnienia, ale chyba długo będzie się tłumaczył, bo właśnie alarm się nie włączył. — Głos chłopaka w telefonie brzmiał na rozbawiony, ale nie dlatego, że go to bawiło, a przerażało.
— I to wszystko stało się podczas balu? — Mark był świadom, że w szkole było tego dnia mnóstwo uczniów. Najgorsze scenariusze już powstawały w jego głowie. — Są jacyś ranni? Boże, Sebastian, aż nie wierzę!
— Też nie wierzę. Patrick Bright bardziej ogarniał niż ten… Okej, tato, w sumie nie wiem, co jutro będzie się tu działo, dlatego tak naprawdę dzwonię. Moses nie wydał żadnego oświadczenia. Nikt nie wie, co z jutrem, a szkoła na pewno będzie zamknięta.
— Boże, co się dzieje z tą szkołą? To było czyjeś zadanie? Tobie nic się nie stało? Jak Francisco?
— Nic nam nie jest — odpowiedział Sebastian najbardziej uspakajającym tonem, na jaki było go stać. Fostera zawsze to zadziwiało, jak role ojca z synem czasami przeplatały się u Mossów. — Ale kilku uczniów zabrało pogotowie. Nawdychali się dymu. I Tomas ma poparzenia, ale nie wiem, w jakim stopniu.
Ostatnia wieść mocniej poruszyła dyrektorem. Stężał w ramionach potężniejszego mężczyzny i na kilka sekund przestał oddychać.
— Jest w szpitalu? Boże, Moses powinien ponieść za to odpowiedzialność! Kurwa, nie wierzę — zaklął, mimo że rozmawiał z synem.
— Pewnie poniesie. Ale nie wiem wiele więcej. Pewnie ci psorowie i tak będą do ciebie dzwonić. Mam w sumie nadzieję, bo im się to wymknęło spod kontroli, a chyba z tobą to podpisywali, nie? My z Francisco teraz nawet nie wiemy, na jakim etapie to jest po tym, jak odeszliśmy. Straszny pierdolnik jest. I jak chcesz się bardziej wkurzyć to… Foxy wrzucił film na neta.
— Tak? Dobra, poszukam — odpowiedział Mark, od razu bardziej się rozbudzając. Zaczął wyswobadzać się z objęć Fostera i schodzić z łóżka. Musiał dostać się do laptopa. — Szkoła coraz bardziej traci na reputacji. Jestem ciekaw, ilu będzie chętnych, by zapisać się do niej we wrześniu — wydusił. Przeszedł całą sypialnię i wyszedł do salonu, gdzie na małym stoliku miał swój komputer. — Moses powinien wydać jakieś oświadczenie. Ma też obowiązek poinformować wszystkich rodziców. Czyli między innymi mnie — dodał z krótkim, mało radosnym śmiechem.
— Może nie może z komisariatu. Chyba z gliniarzami pojechał po tym, jak straż sprawdziła szkołę.
— Pewnie będzie dzwonił rano — mruknął i usiadł przy stoliku. Podniósł klapę laptopa i włączył go. — Ale jeśli tak się ma sprawa, to bardzo możliwe, że będą was wszystkich przesłuchiwać. A do tego jesteście nieletni, więc tym bardziej będzie to skomplikowane. Ma cholerne szczęście, że nikt nie zginął…
— Ja naprawdę myślałem, że tacy kolesie z uniwersytetu ze wsparciem rządu są bardziej ogarnięci. — Sebastian powoli rozluźniał się podczas tej rozmowy.
A Mark patrzył, jak komputer się uruchamiał, słysząc, że nadal milczący Foster dołączył do niego. Nie przeszkadzał, ale był obok.
— Najwyraźniej nie jest to regułą — mruknął gorzko Mark. Otworzył przeglądarkę i wszedł na kanał Julesa Foxa. Ostatnio jakoś bardziej śledził to, co działo się wokół szkoły. I choć kiedy pierwszy raz zobaczył ten kanał, to wyłączył go szybciej niż trwa jedno uderzenie serca, potem znalazł kilka godnych uwagi filmików. I tak jak się spodziewał, był tam filmik z dzisiejszej nocy. — Jeżeli Tomas bardzo ucierpiał, to znów będę się czuł winny — dodał ciszej, jakby bardziej do siebie niż do syna. — Już jestem na kanale Foxa.
— To zobacz ostatni film — poradził Sebastian. Sam Foxy wysłał mu do tego link. A w mniej niż dziesięć minut później prawie wszyscy uczniowie szkoły, którzy tylko śledzili jego kanał, mieli już zalinkowany ten konkretny materiał na swojej tablicy na facebooku.
Mark wykonał polecenie i włączył niemalże nieobrobiony film swojego byłego ucznia. Foster wstał z fotela nieopodal i stanął za Markiem, żeby zobaczyć nagranie.
Obaj oglądali to z niedowierzaniem i trwogą. Mark tylko oddychał ciężko do telefonu, który cały czas miał przy uchu. Nie wierzył w to, na co patrzył. Na filmiku widać było ogień na bardzo dobrze znanej mu scenie. Słychać było pełne przerażenia krzyki. Ludzie uciekali do drzwi, a inni próbowali ugasić pożar. W tym wszystkim rozległ się też okrzyk bólu, choć kiepsko słyszalny. Ale co było najlepsze… że Jules uchwycił na dosłownie dwie sekundy fragment, w którym Clark Moses po prostu… stoi. Stoi i nic nie robi, wgapiając się w to, co się dzieje.
— Nie wierzę…. — wydusił szeptem.
— To jest… — Foster też nie miał słów na to, co widział. — Jeśli ten film rozniesie się po sieci, to szkoła jest niemalże skończona. Żeby odbudować jej renomę… — Pokręcił głową, nie dowierzając. — Mark, zaczynam się cieszyć, że nas wylali, nim to wszystko się wydarzyło.
Dyrektor pokiwał głową, bo z jednej strony czuł podobnie. Z drugiej jednak wciąż miał poczucie odpowiedzialności za te dzieciaki i chciał je w jakiś sposób chronić. A teraz… nie mógł.
— Sebastian, zadzwonię rano, okej? Odpocznijcie z Francisco, bo jutro pewnie będziecie mieli równie szalony dzień.
— Spoko. Nie wiem, czy zaśniemy, ale w sumie chyba nawet jeśli uda się dopiero nad ranem, to nie usłyszę od nikogo reprymendy, że nie poszedłem na zajęcia. Jeśli w ogóle coś się odbędzie — mruknął Sebastian z brakiem szacunku do obecnego zarządu szkoły.
— Jestem niemal pewien, że nie będziecie mieli zajęć. A jeżeli Moses nie odezwie się do mnie rano, to sam zadzwonię. Boże, muszę się dowiedzieć co z Tomasem… — Mark przetarł twarz dłonią. — Dobra, jutro się zdzwaniamy.
— Jasne. Jak coś się dowiem, to ci napiszę albo zadzwonię. Do zobaczenia. I nie oglądaj za dużo razy tego filmu Julesa — poprosił Sebastian, a Foster pewnie poradziłby Markowi to samo, bo ten zwyczajnie mógł go oglądać non stop, zapędzając się w czarnych myślach.
— O mnie się nie martw. Dobranoc — dodał Mark do telefonu i rozłączył się. Odłożył telefon obok laptopa i przekręcił się w stronę swojego już aż za bardzo oficjalnego partnera. — To przekracza wszelkie granice, Foster.
Ten założył dłonie na klatce piersiowej. Był jedynie w spodniach od piżamy. Nie patrzył na Marka, a na monitor, na którym widniał zastopowany film Foxa. Ten nie dodał żadnego komentarza, najpewniej uważając, że tak będzie najbardziej odpowiednio, aby każdy wyrobił swoje własne zdanie.
— Zamkną to. To zaszło za daleko. Nie wiem tylko, jak to skończą.
— Nie ma szans, żeby ten eksperyment dalej trwał po tym, co się dzisiaj stało — powiedział Mark i wstał. Przeszedł się nerwowo po salonie. Był środek nocy, ale czuł się jak po pięciu kawach. A równocześnie był przy tym zmęczony. Aż niespodziewanie przystanął i wybuchnął: — Co za pieprzony sukinsyn!
Foster skrzywił się, ale nie zamierzał go uspakajać. I tak uważał, że Mark za bardzo to wszystko w sobie tłumił i kumulował.
— Chcesz się ubrać i pojechać na policję?
— Mogą chcieć nas przesłuchać. Moses musi powiedzieć, że to za sprawą projektu. A na ten temat możemy wiele powiedzieć — odpowiedział mężczyzna, ale wciąż stał w miejscu i po prostu to wszystko przyswajał.
— Ale będzie burdel… — Foster skrzywił się, a Mark naprawdę rzadko widział go zarówno z tak skwaszoną miną, jak i wypowiadającego takie słowa. Wyglądało na to, że jeszcze nie skończył się dla nich okres przejściowy i spokój zakłócany tylko poszukiwaniem pracy nie utrzymał się długo.
Obaj poszli do sypialni, żeby pospiesznie się przebrać i pojechać na komendę. Sprawa była poważna, chociaż Mark miał wrażenie, że eksperyment już dawno zaszedł za daleko. Miał nadzieję, że teraz Moses w żaden sposób się nie wywinie. Wierzył w to całym sercem, bo nie chciał, żeby ktoś jeszcze ucierpiał. Sam miał wrażenie, że jego sumienie ciąży niczym przygniecione ołowianym klockiem do dna oceanu. Coraz mocniej żałował podpisania zgody na eksperyment.

*

Oglądanie zza pleców przyjaciela filmu o tym, co wydarzyło się w szkole, kilkanaście metrów od nich, kiedy spali spokojnie, było dla Woody’ego najgorszą pobudką, jaką mógł sobie w ogóle wymyślić. A do tego słuchał teraz, co mówił były jego chłopaka przez telefon. Kiedy tylko obudziły go z Treyem głośne krzyki i ogólny hałas, gdy uczniowie biegali po korytarzach, z początku nie wiedział, co się dzieje. Później dotarło do nich, że w szkole wybuchł pożar. A potem zadzwonił Jules Fox, który był na miejscu.
Trey siedział w bokserkach przy laptopie i oglądał to, co zamieścił Foxy. Cholernie cieszył się, że w tym roku nie miał balu. Nie ogarniał tego, co się od września działo w szkole. Ale to, co wydarzyło się dzisiejszego wieczora, było ponad jego granice pojmowania. Do tego kiedy obejrzał się na Woody’ego i zobaczył jego minę, aż znieruchomiał. Najwyraźniej był jeszcze jeden problem, o którym nie wiedział.
Jego przyjaciel głównie słuchał i tylko czasami odpowiadał „tak” czy „nie” do telefonu. Wyglądał na przejętego i dosłownie z przerażeniem patrzył na ekran przed Treyem. W końcu się rozłączył i spojrzał na przyjaciela.
— Tomas jest w szpitalu.
— Co, kurwa…? — wydusił Trey. Siedział, gapiąc się w górę na Woody’ego z niedowierzaniem.
— Nie wiem, co on tam robił — skłamał kumpel, bo Jules przypomniał mu, żeby nie mówił, że pewnie był tam z powodu projektu. — W końcu, do cholery, nie jest w ostatniej klasie. Ale ponoć spadła na niego ta kurtyna. Jules nie widział wszystkiego, ale został tam poparzony. Zabrali go i na razie nic nie wie.
— Ja pierdolę… Poparzony? — wydusił Trey i wstał szybko. Widział, w jakim stanie jest Woody. A znał go na tyle, żeby widzieć, że nie jest dobrze. Objął go mocno. — Może to nic poważnego, bracie.
Ten zaśmiał się, nie wierząc, że to się działo. Aż zaraz zatkał sobie usta.
— Kurwa, aż nie wierzę. To się tak pojebało — mruknął, nie ogarniając kompletnie. Wcześniej miał wrażenie, że ktoś panuje nad projektem, a teraz to pękło jak bańka.
Trey odsunął się i uścisnął mu ramię.
— Pewnie nie wpuszczą nas do niego do szpitala, nie? Masz kontakt do jego starych czy coś?
— Nie. Nigdy nie myślałem, że będę, kurwa, potrzebował z tego powodu numerów do jego starych. Ktoś zresztą powinien… — Urwał i spojrzał na swój telefon. Nic nie tłumacząc kumplowi, wybrał czyjś numer i kiedy czekał na połączenie, wyjaśnił: — Może Colin coś wie.
— Właśnie — poparł go Trey i znowu usiadł. Ale nie zrobił nic więcej, tylko nasłuchiwał.
Tymczasem Woody z sercem w gardle czekał na połączenie. I już myślał, że się nie doczeka, kiedy wreszcie Colin odebrał.
— Halo?
— Colin? Słyszałem o Tomasie, Jules do mnie dzwonił. Gdzie ty jesteś? Co się stało? — zaatakował przyjaciela swojego chłopaka, nie witając się prawidłowo.
— Jestem w szpitalu, na obserwacji. Tam było mnóstwo dymu i miałem na koniec zawroty głowy, to mnie zabrali na obserwację — mruknął Colin. — No… Zrobił się pożar. Przez zadanie — brzmiał, jakby nie mówił wszystkiego.
— Jak to zrobił się pożar? I to było zadanie Tomasa? — spytał Woody, w tej chwili zbyt rozemocjonowany, żeby myśleć o Treyu, który wszystkiego słuchał.
A ten zrobił głupią minę, nie rozumiejąc, o co chodzi. Colin za to… milczał. Kilka długich sekund Woody trwał w ciszy, aż powiedział:
— Nie. Moje.
— To co Tomas tam robił? Colin, po prostu powiedz mi, co się tam działo, bo Fox mówi tylko to, co widział, a to jest na tym cholernym filmiku, jaki nagrał! — Woody nieznacznie podniósł głos, zaczynając chodzić po pokoju.
— No miałem zadanie. Miałem nie dopuścić do koronacji króla i królowej balu. Tomas mi pomagał. Spierdoliłem coś w ich centrum dowodzenia. Korki strzeliły, coś się popaliło i kotary się zajęły. Oto cały scenariusz. Nie było w nim w założeniu rozpierduchy…
— Ja pierdolę! — zaklął Woody, pocierając oczy. — I jesteś w szpitalu, tak? Wiesz, co z Tomasem? Ktoś powiadomił jego rodziców? — pytał dalej. Ocenianie, czy to wszystko wina Colina, czy nie, zostawił sobie na później. Zresztą, jeszcze myślał na tyle, aby wiedzieć, że przyjaciel nie zrobiłby tego Tomasowi świadomie.
— Tak, już są w drodze. A Tomas no… nie wiem, jest poparzony, ale nie wiem jak. Nie pozwolili mi wejść do niego. Ale mówili, że jutro, jeśli on się zgodzi, będzie można do niego przyjść.
— Jakbyś cokolwiek wiedział, to dzwoń do mnie. Ale przyjadę rano. — Woody nadal był zdenerwowany, ale skoro odwiedziny były tak szybko możliwe, to nie mogło to być nic zagrażającego życiu. Na szczęście. Już budował w głowie najgorsze scenariusze. — Ciebie jutro wypisują? Ile w ogóle osób zabrali? Coś jeszcze wiesz?
— Nie wiem, bo to jakiś wielki nieład i nieporządek… Sporo zabrali. Jak wzięli mnie, to słyszałem, że mają przysłać jeszcze jedną karetkę. Chyba dwie osoby są jeszcze trochę poparzone, ale tak to wiesz, zasłabli czy coś. Jutro się więcej dowiem. Zostaję do jutra na obserwacji.
— Dobra, okej, Colin. To do usłyszenia, odpoczywaj. Jesteśmy w kontakcie. Jakbyś dostał coś na pager… Właśnie, masz go ze sobą? — Woody, mówiąc to, dopiero spojrzał na Traya.
Ten patrzył na niego z pytającą miną, a on już czuł, że na dziś to nie koniec. Będzie musiał wiele wyjaśnić przyjacielowi. W tej chwili nie był pewien, czy dobrze zrobił, nie mówiąc mu wcześniej. Ale nikt nie przypuszczał, że tak to się skończy. Bo nawet jeśli organizatorzy tego nie skończą, to on na pewno.
Trey wymownie rozłożył ramiona, pokazując, że nic nie rozumie. Wyglądał na skonfundowanego. Colin za to odpowiedział:
— Nie mam. Zostawiłem go w pokoju, ale weź, teraz nic nie będą pewnie pisać. Chyba że „nic nie mówcie policji”.
— Mogą się pocałować w dupę z czymś takim. Film Foxa już widziało chyba z tysiąc osób. A rano się wcale nie zdziwię, jak zadzwonią do niego z telewizji, czy coś, czy mogą tego użyć — prychnął w odpowiedzi do telefonu i pokazał Treyowi, że jeszcze chwila i wszystko mu wyjaśni.
— No raczej. Chujoza. Ale dobra, ja muszę kończyć, bo tutaj niby nie można w nocy gadać.
— Okej, dzięki za info — odparł Woody, pożegnał się z Colinem i dopiero odłożył telefon. Uśmiechnął się krzywo do Treya. — Tak, mam trochę do wyjaśnienia.
— Jakie zadanie i jakie, kurwa, pagery? — zapytał Trey.
Nie ruszał się z krzesła biurowego i po prostu patrzył. Już musiał załapać, że chodziło o coś poważniejszego. I że Woody wie o tym więcej niż on. Czekał na wyjaśnienia.
— Okej. — Woody usiadł na łóżku naprzeciwko przyjaciela. — Może zaczną od początku. Po pierwsze, nie mówiłem ci o tym wcześniej, bo miałem zakaz, a nie dlatego, że nie chciałem. Podpisałem zgodę, że to, co teraz ci mówię, zachowam w tajemnicy, ale… — Skrzywił się z niesmakiem. — Dziś chyba zasady się zmieniły i wszystko się skończyło. Znaczy, kurwa, jakby to…? W szkole od początku roku był prowadzony rządowy projekt, w którym brałem udział. Nie tylko ja. Było nas dwunastu. To była rywalizacja, a te wszystkie dziwne jazdy w szkole to nasza sprawka.
Z każdym jego słowem oczy Treya się powiększały. Nieważne, że z korytarza wciąż słychać było rozmowy uczniów, mimo że nauczyciele już chodzili od pokoju do pokoju i prosili o spokój. Pewnym było, że w każdym pokoju wciąż paliły się światła i nikt nawet nie myślał o pójściu spać. Tak jak teraz Trey, który słuchał o jakimś tajnym projekcie, w którym brał udział jego najlepszy kumpel.
— Brałeś udział w jakimś gównie, w którym się to wszystko działo…? — wydusił w końcu. — Jak…? Po ciężką cholerę?
— Bo pojawiła się okazja? Bo można było całkiem sporo zyskać? Bo chciałem się sprawdzić? Trey, to pytanie jest takie jak pytanie ciebie, po ciężką cholerę jeździsz w zimie na desce, wiedząc, że to głupie. Bo chcesz. Ja też nie pozjadałem wszystkich rozumów. — Woody prychnął, nie mając ochoty słuchać kazań.
— Dobra, niech ci będzie. Ale sam, kurwa, widzisz, co się działo w budzie. Czemu mi nie powiedziałeś? Kto by się dowiedział? — Znowu rozłożył ramiona z niedowierzaniem i pretensją.
— Na początku nie było wiadomo, czy nie jesteśmy podsłuchiwani. Wygadanie się mogło nas wykluczyć. Można było odpaść za zdradzenie tajemnicy. A co się działo, widziałem. Zresztą, mówiłem, brałem w tym udział — odparł Woody wymownie, krzywiąc się. Wiedział, co miał na sumieniu. — Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to nie były nasze pomysły.
— Dobra, dobra… Po kolei. Czyli to prowadził rząd? Rząd wymyślił, żeby uczeń podpalił, kurwa, kotary na balu? — zapytał Trey i zaśmiał się. — Sorry, bracie, ale to jest mocno pogrzane i aż nie wiem, czy nie robisz mnie w chuja.
— Okej, dobra. — Woody potarł twarz i wstał, aby pokazać mu dziennik projektu. Tam w końcu zapisane były jego zadania i na jakim etapie to było. Mówił dalej, kiedy pochylał się do swojego komputera obok siedzącego przyjaciela. — Na początku zadania były proste. A cel w ogóle, jaki nam przedstawili z początkiem roku, to kto z nas okaże się najlepszym. Klasyczna rywalizacja. Teraz, jak o tym myślę, to bardziej chodziło o to, jak daleko się posuniemy. Wiesz, czy nam odwali. Okazało się, że chyba mieli rację. Rząd, bo stamtąd hajsy płynęły, pewnie chciał zobaczyć, jak można nagiąć takich jak my do zrobienia tego, co oni chcą za jakąś tam nagrodę.
Trey patrzył na to i nie dowierzał. Do tej pory myślał, że po prostu przez pierwszy głupi wybryk w szkole wszyscy się rozochocili i przez to inne psikusy zaczęły się sypać jak domino. A wyszło na to, że całość była pomysłem rządu.
— Oni serio nie mają na co kasy wydawać? — zapytał z niesmakiem. — Przez nich Tomas… Ej, właśnie, co mówił Colin? — zapytał nagle z większym przejęciem. Od razu też odwrócił wzrok od ekranu, by znów popatrzeć na swojego zdrajcę-kumpla.
— Że to nie miało tak wyjść, tylko się zjebało. Colin miał wykonać zadanie, coś o tym, że ma nie dopuścić do koronacji na balu. Tomas miał mu pomagać. Nie wiem czemu, bo to indywidualne zadania, ale dobra, szczegóły. I coś się zjebało, przez co wybuchł pożar. Dlatego obaj tam byli. W ogóle, żeby było zabawniej, Moses jest jednym z tych profesorów, którzy to prowadzą. — Woody tłumaczył dalej, przeglądając stronę dzienniczka, aby sprawdzić, czy coś piszą o zawieszeniu projektu. Ani tam, ani na pagerze nie było żadnej informacji.
— Co? Nowy dyro jest jednym z tych pojebów?! Kurwa, to pogrzane… W komentarzach pod filmem Foxa jest od zajebania pytań, czemu ten kutas nic nie robi.
— Pewnie dlatego, że… — Woody wzruszył ramionami. — Tak naprawdę nie wiem. Jak dla mnie on jest po prostu pojebany. A chciał być dyrem po to, żeby nas bardziej kontrolować.
— Czyli Tommy też w tym siedział? Dlatego się poznaliście? — Trey nie dowierzał, a w jego głowie rodziły się kolejne pytania. Na razie fakt, że Woody ukrywał coś takiego przed nim, starał się ignorować, chociaż kłuło go gdzieś w środku.
— Nie całkiem. To bardziej złożone. Ale tak, obaj w tym siedzieliśmy. Patrick Bright, Sen Nakano, Foxy w tym też siedzi. Kevin też, ale on szybko odpadł. I to po tym mu też odwaliło. To naprawdę długa historia. Za to, że o niej nie wiesz — Woody urwał i spojrzał smutno na Treya — naprawdę cię przepraszam.
Widział po twarzy kumpla, że ten był zawiedziony i zirytowany, chociaż o tym nie mówił. Ale teraz, gdy go przeprosił, jakoś zmiękł. Jego spojrzenie stało się łagodniejsze, a wargi w końcu wykrzywiły się w lekkim grymasie.
— Spoko. I tak cię kocham, bracie. No i… — wyciągnął do niego rękę z zaciśniętą pięścią — z Tommym na pewno będzie wszystko okej.
Woody uśmiechnął się wyłącznie bokiem ust. Stuknął w pięść przyjaciela.
— Dzięki, stary. Też mam nadzieję. Chyba jakby było gorzej, to by coś było wiadomo, nie? A to kłamstwo i w ogóle to… jakoś ci wynagrodzę.
— Spoko, wyluzuj. Jest okej. Jutro może weźmiemy furę od Lee i pojedziemy rano do szpitala, co? — zasugerował Trey. Przy tym już odwrócił się do swojego laptopa, żeby napisać do kumpla z tą prośbą.
— Dzięki. Jesteś niezastąpiony. — Drugi chłopak zabrał swojego laptopa, chcąc usiąść z nim na łóżku i zobaczyć, co działo się pod filmem Foxa, a przy okazji dokładniej sprawdzić stronę z dzienniczkiem projektu.
W tym czasie Trey ugadywał się z Lee, żeby mieć jutro jak dostać się do miasta. Wiedzieli, że szybko nie pójdą spać przez to, co się dziś wydarzyło. Tak jak większość mieszkańców obu budynków internatu. I zapewne tak jak Clark Moses, który na pewno nie będzie miał lekkiego snu.

*

Szpital w Newcastle Woody znał całkiem dobrze dzięki Treyowi, który bywał w nim częściej, niż powinien. Ten zresztą znowu reagował na niego, delikatnie mówiąc, alergicznie. Kiedy był przed nim, rozglądał się panicznie, jakby szukał możliwości ucieczki. Ale że nie on tym razem był pacjentem, dał radę wejść. Woody nawet zasugerował mu, żeby poczekał w samochodzie, ale kiedy przyjaciel odważył się i zadeklarował, że z nim pójdzie, był mu wdzięczny. Pielęgniarki z recepcji niemalże kojarzyli z imienia, więc całkiem sprawnie dowiedzieli się, czy już mogą odwiedzić Tomasa i gdzie ten leży.
Podążyli na odpowiednie piętro i rozglądali się po numerkach nad salami, żeby znaleźć tę z odpowiednim. Recepcjonistka powiedziała im, że teraz Tomasa odwiedzają jego rodzice, dlatego będą musieli zapytać, czy mogą wejść.
— Ej, czy oni ci nie wyglądają na klony Tommy’ego? — mruknął Trey, nieco pochylając się do Woody’ego, kiedy szedł u jego boku. Trzymał ręce w kieszeniach wąskich spodni. Było na tyle ciepło, że miał na sobie tylko biały bezrękawnik z błękitnym nadrukiem.
Kilka metrów dalej, przy wejściu do jednej z sal, stała para. Oboje mieli jasne włosy, byli zadbani i eleganccy, choć wyglądali na mocno przejętych. Kobieta mówiła coś żywo do mężczyzny, a ten kiwał głową na potwierdzenie.
Woody skinął głową. Myślał tak samo jak przyjaciel. I przy tym nagle przeszła mu przez głowę myśl, że mógł lepiej się ubrać. Tym bardziej, kiedy na nich patrzył. Z drugiej strony ludzie w jego wieku chodzili w bluzach i podkoszulkach z kolorowymi grafikami. A nie w garniturach.
— Dzień dobry — przerwał im rozmowę, nim w ogóle spostrzegł, że podszedł i już patrzył na potencjalnych rodziców Tomasa z napięciem. — Państwo Eng?
Oboje wyglądali, jakby całą noc nie spali, choć nawet teraz dało się powiedzieć, że pani Eng była ładną kobietą, a pan Eng przystojnym mężczyzną.
— Tak… Jesteście kolegami Toma? — zapytał ojciec Tomasa.
Drzwi do sali były przymknięte, więc nic przez nie nie widzieli. Trey był nieustannie spięty, kiedy czuł zapachy szpitala i widział lekarzy w kitlach.
— Mhm — odpowiedział za nich obu.
— Tak. Ja jestem Woody, a to Trey, mój przyjaciel. Będzie można go zobaczyć? Jak się czuje? — dopytywał, zaciekawiony i nadal zaniepokojony, starając się patrzeć na rozmówców, a nie na drzwi do sali.
Rodzice Tomasa popatrzyli po sobie.
— Jesteśmy u niego od czwartej i w sumie nic nie jedliśmy… Mieliśmy właśnie pójść, ale nie chcieliśmy go samego zostawiać — odpowiedziała kobieta ze słabym śmiechem. — Cudownie, że jesteście. Sami zobaczycie, jak się czuje, ale słoneczko jest takie dzielne… — Na koniec rozkleiła się i obaj chłopcy zobaczyli w jej oczach łzy.
Woody spojrzał na Treya z pytającą miną, jak ma reagować. Na szczęście nie musiał wiele robić, bo Charles objął małżonkę i pocałował w policzek.
— Niedługo wrócimy. Proszę, tylko nie pozwólcie mu za bardzo się ruszać — poprosił jeszcze obu chłopców i dopiero kiedy ci obiecali, odszedł.
— Ja pierdolę, mam nadzieję, że on nie umiera — mruknął Trey, widząc, jak reagowali rodzice Tomasa. Zanim podeszli do drzwi, zerknął na kumpla. — Chcesz wejść sam?
— Nie wiem. Chyba na razie nie — mruknął Woody, wiedząc, że najwyżej poprosi Treya, żeby wyszedł. Teraz, kiedy nie wiedział, czego się spodziewać, wolał mieć wsparcie. Państwo Eng zasiali w nim niepokój.
— Spoko.
Zapukali i weszli do środka ze ściśniętymi gardłami.
Sala nie była duża. Właściwie przypominała mały pokoik z dużym łóżkiem przy jednej ze ścian, oknem z dwoma wazonami pełnymi świeżych kwiatów i małym stolikiem przy drugiej ścianie. Znajdowały się przy nim dwa szpitalne krzesła, które przyprawiały Treya o gęsią skórkę. Dodatkowo jedno krzesło stało przy łóżku, a na nim leżał koc, jakby ktoś siedział tu długo i dla wygody podłożył go sobie pod tyłek.
Najbardziej o niepokój przyprawiał widok Tomasa na łóżku. Miał wysoko podłożone poduszki, żeby nie leżeć w poziomie. Pościel sięgała tylko jego pasa, czemu przybyli chłopcy wcale się nie dziwili, bo było gorąco. Tomas ubrany był w szpitalną piżamę. Spojrzenie Woody’ego od razu padło na jego zabandażowane dłonie. Spod materiału piżamy widać też było opatrunek na ramieniu… ale też na szyi i części głowy. Bandaże okalały jego twarz od żuchwy, w górę, ale też poprowadzone były przez czoło. Wyglądały na stabilne, ale przez to policzki Tomasa zabawnie się uwypuklały.
Chłopak był przytomny. Od razu na nich popatrzył, a jego oczy rozszerzyły się wyraźnie.
— Hej, Tommy — Woody przywitał się z nim pierwszy i podszedł do łóżka. Popatrzył na jego zabandażowane ciało. Robiło mu się zimno i gorąco naraz. — Aleś się urządził. — Uśmiechnął się krzywo, w końcu skupiając wzrok na jego twarzy. — Jak się czujesz? — zagadał, przysuwając sobie krzesło blisko łóżka, chcąc na nim przycupnąć.
Trey usiadł kawałek dalej, przy stoliku i uniósł rękę na powitanie. Tomas za to wyraźnie z trudem przełknął ślinę, a w jego oczach pojawiły się łzy.
— Woody… lubisz Two-face’a z Batmana? — zapytał, zamiast odpowiedzieć na pytanie.
Woody jeszcze bliżej się przysunął i popatrzył na jego twarz. Bandaże pozwalały oddychać skórze, ale pewnie też były nasączone jakimiś lekami, bo dziwnie pachniały.
— Mhm, Dent jest całkiem spoko. Ale czemu pytasz? — spytał, rozkojarzony widokiem swojego chłopaka w szpitalnym łóżku.
— Bo ja w sumie tak wyglądam — odpowiedział Tomas ze słabym, trochę charczącym śmiechem.
A Trey siedzący na krześle kawałek dalej zasłonił twarz w geście politowania. Nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać.
Woody za to poczuł ulgę. Jeśli Tomas nadal rzucał takimi tekstami, to znaczyło, że nie mogło być tak źle, jak wyglądało. Uniósł się więc i delikatnie cmoknął go w usta, uważając, żeby jego spięte włosy nie spadły na bok.
— Mam nadzieję, że ci nie odwali tak jak jemu.
Pacjent uśmiechnął się słabo. Nie ruszał się prawie w ogóle. Jego ręce spoczywały na materacu nieruchomo.
— Chyba nie. Ale serio, Woody… — Zerknął krótko w stronę Treya. — Ja naprawdę już nie będę dobrze wyglądał — szepnął.
— To w tej chwili naprawdę twoje największe zmartwienie? — Woody znowu przysiadł i lekko pogładził jego ramię. — Mogło cię… Cholera. No mogło być gorzej. W ogóle, co mówią lekarze?
— Nie wiem, czy mówią mi wszystko — mruknął Tomas. — Ale mam poparzenia drugiego i trzeciego stopnia, ale na małej powierzchni. Lekarz mi tłumaczył, że gdyby poparzyło mnie na więcej niż dziesięciu procentach ciała, to bym miał jakiś wstrząs.
— Kurwa… A ile masz procent? — zapytał Trey.
— Nie wiem, ale mniej. Mam poparzone dłonie, ramię, szyję i twarz. Nie wiem, czy włosy mi odrosną w tym miejscu za uchem. Chyba nie — dodał już z wyraźnym wstydem. Mówił słabo i trochę niewyraźnie przez opatrunek. Musiał być naszpikowany prochami, bo wydawał się ospały i wygaszony.
— Teraz są naprawdę dobre leki, maści… Na pewno zadbają, żebyś się dobrze goił, Tommy. — Woody starał się go pocieszać. Zerknął też na Treya, pragnąc, żeby ten go poparł. Chciał wesprzeć swojego chłopaka w na pewno trudnym dla niego momencie.
— No raczej. Najważniejsze, żeby nic ci nie było. Bo… no, jak ręce? — zapytał Trey, skinąwszy na jego zabandażowane dłonie.
Tomas też tam spojrzał i niemrawo poruszył palcami.
— Czuję je i lekarz mówił, że będę mógł nimi ruszać. Poparzyłem je, kiedy próbowałem zrzucić te kotary — wyjaśnił chrapliwie.
— Słyszałem od Colina, że z nim tam byłeś — wytłumaczył Woody, a kiedy jego chłopak pokierował swoje niebieskie źrenice na Treya, dodał: — Już wie. Wszystko mu wyjaśniłem. Nawet jeśli oni tego nie zamknęli po tym pożarze, to na pewno nie zamierzam w tym dalej brać udziału. Ty chyba też nie.
— Też nie. A wiesz, że Colinowi to zadanie zaliczyli? — rzucił Tomas i znów w oczach pojawiły mu się łzy. Musiał czuć się jak zbędne, nieważne straty poniesione w czymś wzniosłym.
— Co? — Woody po prostu nie wierzył. Aż zaśmiał się gorzko. — Mówił ci? Ktoś jeszcze wie? — dopytywał, kiedy już poderwał się i znów zaczął się nerwowo kręcić.
— Nom, Colin przyszedł do mnie rano i mówił, że w dzienniczku ma zaznaczone zaliczenie. Oni chyba myślą, że to będzie dłużej trwać.
— Pojebało ich? Nikt na to nie pozwoli — wtrącił Trey.
— Nom… Mama będzie składać pozew.
— Nie kontaktowałeś się może z Julesem albo Mossami? — spytał Woody, wiedząc, że Jules miał naprawdę dużą siłę przebicia przez swój kanał, a Sebastian z ojcem byli od początku w to zamieszani i… też pokrzywdzeni przez projekt.
— Pan Moss był w nocy w szpitalu, ale byłem na mocnych prochach i w sumie niewiele pamiętam. — Tomas zaśmiał się krótko. — Rozmawiał z moimi rodzicami. Mama mówiła, że będzie zeznawał i też chce pogrążyć Mosesa. A Jules pisał, że wpadnie później, bo podobno musiał pojechać do jakiejś no… telewizji. Jego filmik będzie w wiadomościach. Trochę dziwnie… Wiesz, nie sądziłem, że pierwszy raz będę w telewizji na kanale informacyjnym, jak się palę.
— Pierwsze kroki zawsze są najtrudniejsze. — Woody zaśmiał się, wiedząc, że nienajlepiej to brzmiało, ale chciał chociaż trochę rozładować napięcie. Dlatego ponownie usiadł przy łóżku i pogładził ramię Tomasa, a następnie jego niepoparzony policzek. — A i w filmie ważna jest charakterystyczna twarz. — Westchnął, mając nadzieję, że będzie mógł tu z nim posiedzieć.
Tomas zacisnął wargi. Widać było, jak się łamał. Wiedział, że teraz, z takimi poparzeniami, jego marzenia o pracy w show biznesie legły w gruzach. Paradoksalnie eksperyment, który miał mu to zapewnić, bezpowrotnie mu to odebrał.
Widząc, że robi się niezręcznie, Trey odchrząknął i uniósł się.
— Zostawić was samych? Mogę poczekać na zewnątrz…?
Woody spojrzał na niego i skinął głową.
— Mhm, może tak. Sorry, stary.
— Jasne. Jakby co to dzwoń — dodał jeszcze Trey. — Tommy, trzymaj się.
Pacjent pokiwał słabo głową, a kiedy Trey opuścił salę, zerknął na Woody’ego. Nie wrócił do tematu telewizji. Zmienił go na inny, bezpieczniejszy.
— Poznałeś moich rodziców?
— Mhm. Byli przed salą, kiedy przyszliśmy. Wydają się mili. Poszli coś zjeść. Pewnie niedługo wrócą — wyjaśnił Woody, siedząc blisko i nadal trzymając dłoń na ciele Tomasa. — Byli bardzo zmartwieni. Aż bałem się jeszcze bardziej niż po tym, jak Colin mi powiedział, co się stało.
Tomas zamruczał i zapatrzył się na jego dłoń.
— Dzięki, że przyjechałeś, Woody…
— Co byłby ze mnie za chłopak, gdybym nie przyjechał? — Uśmiechnął się jedynie bokiem ust. — Posiedzę z tobą tyle, ile będziesz chciał. W szkole i tak jest chaos, więc nie musisz nawet martwić się, że coś cię omija. Będzie dobrze.
— Dzięki — powtórzył Tomas i uśmiechnął się blado. — Moses nawet nie przyszedł, żeby zobaczyć, jak się mam. I mama mówiła, że będą mnie przesłuchiwać i w ogóle. Kurna… Byle nam rok zaliczyli, nie?
— Już bliżej niż dalej, więc trzymajmy kciuki, żeby tak było. Uda się, Tommy. — Pogładził go jeszcze raz z uśmiechem. — A teraz może się prześpisz trochę? Pewnie jeszcze jesteś zmęczony? Zostanę, więc później jeszcze porozmawiamy, hm?
— Wiesz, jakby co, to są tu moi rodzice, więc no… nie musisz ślęczeć — odparł zawstydzony Tomas.
— A nie chcesz, żebym siedział?
Na policzkach leżącego chłopaka pojawił się blady rumieniec.
— Nie chcę, żeby cię tu nie było…
— Więc zostaję. Bo sam też chcę zostać, okej? — spytał Woody, chociaż już znał odpowiedź. Zresztą, jak coś, z Treyem mógł pogadać przez telefon, gdyby Tomas za długo spał. Nie obawiał się, że będzie się nudzić, a z daleka by się zwyczajnie martwił.
Widział, że i jego chłopak nie chciał być tu sam. Nie licząc rodziców. Był mu wdzięczny i dało się to odczytać z jego przyćpanych przeciwbólowymi lekami oczu.
— Colin mówił, że jakby co, to są tu kapsuły z napojami i żarciem. Em… i ten, mógłbyś mi tylko wziąć te dwie poduszki zza pleców, żebym się położył?
— Jasne — odparł Woody i po chwili już pomagał Tomasowi położyć się, żeby ten się przespał.
Sen był najlepszym sposobem, żeby szybko wrócić do zdrowia. A szkołą, projektem i wszystkim z tym związanym mogli się zająć, kiedy młody pacjent poczuje się lepiej. Woody nie chciał go męczyć, kiedy już wiedział, że było z nim… w miarę w porządku.

8 thoughts on “Project Dozen – 104 – Gdy wszystko kończy się jednej, gorącej nocy

  1. Katka pisze:

    Wadera, odnośnie poprzedniego i tego komentarza: Mark i Sebastian mają baaardzo fajny kontakt. Smutne, że w dużej mierze taki jest przez śmierć Lisy, ale cóż… przynajmniej dobrze się dogadują i się o siebie troszczą.
    Uczniowie zdecydowanie są tu bardziej ogarnięci niż sam pan dyrektor…
    Co do filmiku Julesa – och taaak, Clark nie ma pojęcia, jak bardzo się wkopał faktem, że jeden z jego uczestników projektu jest youtuberem, haha. Jules wie, kiedy zadziałać XD
    A Tommy’emu jest czego współczuć, bo się cholernie na nim to wszystko odbiło, a w sumie to niewinny chłopak… Byle teraz tylko miał wsparcie!

  2. Wadera pisze:

    Ha! Dobrze, że Jules wrzucił ten filmik, pewnie wyląduje jako dowód w sprawie. Cieszę się, że ten cały projekt wychodzi na jaw. Telewizja i pozwy powinny szeroko rozdmuchać tą sprawę. I współczuję Tommiemu, miejmy nadzieję, że szybko do siebie dojdzie i będzie czuł się dobrze. Przynajmniej jego rodzice, poznali jego chłopaka ;)
    Pozdrawiam, Wadera.

  3. Shivunia pisze:

    Damian >> Moses popełnia taką ilość karygodnych błędów, że to aż naprawdę smutne. Dla Tomasa nawet tragiczne. Teraz tylko możemy liczyć, że sprawiedliwość go dopadnie, bo innej opcji nie widzę. Pytanie jednak jak się ten projekt potoczy bo na razie nie wygląda to szczególnie obiecująco. Mark nie wierzy jak tak można popsuć efekty jego pracy.
    I taaaaak, końcówki są emocjonujące.

    Maruda >> Nikt chyba nie myślał, ze będzie tak niebezpiecznie. Dlatego się na to zgłosili. Inaczej pewnie Mark by nawet nie podpisał zgody na to. Nie zaryzykował by życia swoich uczniów. Nikt normalny by tego nie zrobił… ale okazuje się, że tacy się jednak znajdują. I teraz pewnie nie poczuwają się nawet do winny skoro zadanie zostało zaliczone. Biedny Tomas, to na pewno mu nie pomogło.

    Jelis >> Tomas nie miał farta w życiu w tym roku. To chyba tak co by nie miał za dobrze. Chociaż ja uważam że nie zasłużył w ogóle na takie sytuacje. Ani na niechciany Coming out (nawet jeśli chyba na plus dla niego wyszedł) po ten… wypadek.
    Czy podobieństwo było celowe? Neee, chyba nie, ale na pewno trochę psuło krwi co by się niechcący nie pomylić ;p

    Luana >> Bo Tomcio to taki chłopak co może nie jest od razu wyróżniający się a co za tym idzie nie zdobywa świata przebojem, ale też nie można się jakoś do niego przyczepić. I też nie wiem co mają w głowach, ale na pewno nie dobro uczniów. Ale to tak jest jak pewne przekonania zasłonią rozsądek. Brną (tfu tfu) po trupach do celu.

  4. Luana pisze:

    Biedny Tomas. Nie był moją ulubioną postacią, ale fajny chłopak z niego, spokojny, a oberwał tak bardzo. :( Jeszcze ci, moim zdaniem, nienormalni ludzie zaliczyli zadanie i chcą się w to wciąż bawić. Co oni mają w głowach to chyba nikt nie wie. Co za ludzie! Pewnie nawet jakby ktoś zginął to by nadal nie przerwali projektu. Mam nadzieję, że Moses i cała reszta odpowiedzą za to.

  5. Jelis pisze:

    Szkoda Tomasa bo on się taki zawsze nieszkodliwy i spokojny wydawał a w sumie najbardziej się na nim ten projekt obijał cały czas. Jeszcze coming out można znieść ale jak zaliczają zadanie na skutek którego ktoś się pali to aż się wątpi w inteligencję tego rządu xd przeczuwam, że Moss jeszcze będzie dyrektorem. Swoją drogą to podobieństwo nazwis Moss i Moses było celowe? Es to w sumie S więc takie same 😂

  6. Maruda pisze:

    Uhh.. biedny Tomas. Strasznie mi go szkoda. Ten projekt po prostu musi się już skończyć. Jak zaczynałam czytać to opowiadanie to nie myślałam, że będzie on aż tak niebezpieczny. Zastanawiam się kto za to weźmie odpowiedzialność.. bo ktoś musi zostać ukarany. Zakończenie coraz bliżej.. nie wiem czy się cieszę czy jest mi żal.. chyba trochę tak trochę tak. Cierpliwie czekam na następny !

    No i jak po tym wszystkim mogli zaliczyć zadanie Colinowi? Mają zamiar nadal się w to bawić ??

  7. damiannluntekurbus17 pisze:

    Liczylem tylko na to, zeby Tomas nie umarl. I tak sie ciesze, ze chca pograzyc tego Mosesa. Jest tyle argumentow, zeby go zniszczyc. No wszystko sie zaczelo, jak Moss odszedl. Gdyby on byl w szkole to pewnie by jeszcze uratowal Tomasa i sam sie poparzyl, jak jakis bohater. I ludzie by zobaczyli, ze to cudowny czlowiek, a nie tylko jakis pedal.
    Tyle sie dzieje w tych opowiadaniach teraz, ze nie wiem o ktorym mam myslec w ogole. :o

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s