Newton’s Balls – 75 – Ze strachu…

Courtney przyjechał po wizycie u podopiecznej do biura około dziesiątej rano. Miał dużo papierkowej roboty, nad którą nie chciał siedzieć w domu, więc postanowił poświęcić jej trochę czasu w ciągu dnia. Wizytę w stanowym więzieniu miał dopiero o pierwszej, więc do tego czasu liczył na uporanie się z papierkami. Zrobił sobie kawę, usiadł z nią za biurkiem i zaczął rozkładać przed sobą teczki. W całym jego gabinecie panował lekki bajzel. Jak w domu dbał o porządek, tak tutaj nie mógł nigdy utrzymać ładu i składu. Zwyczajnie przez to, że nie miał na to czasu. Dokumenty więc leżały na regałach w istnym chaosie, a na biurku czasem trudno było znaleźć miejsce na kubek.
Zdążył zapisać zaledwie początek obserwacji na temat jednego z podopiecznych, gdy rozdzwonił się jego telefon. Spojrzał na ekran, a widząc, że dzwoni ktoś z dyrekcji ze szkoły Chase’a, od razu odebrał.
— Courtney Corn, słucham.
— Dzień dobry, panie Corn, tutaj Tiffany Carrillo, zastępczyni dyrektora ze szkoły pana podopiecznego, Chase’a Lasha.
— Dzień dobry. Coś się stało z Chasem? — zapytał względnie spokojnie, choć nie bez napięcia.
— Nie bezpośrednio, jednak muszę poinformować pana o pewnym incydencie, w który mógł być zamieszany. Wczoraj w szkole wydarzył się pewien wypadek… Bardzo nieprzyjemna sprawa. Jeden nauczyciel został zaatakowany przez uczniów.
Courtney zamarł i powoli odłożył kubek z kawą na blat biurka, żeby jej nie rozlać.
— Proszę mówić dalej. Chase był napastnikiem?
— Nie, przynajmniej na razie nie jest to potwierdzone. Niektórzy uczniowie jakoś dowiedzieli się, że jeden nauczyciel jest homoseksualistą. — Tiffany mówiła formalnie i z powagą, ale jej głos zadrżał, gdy wypowiedziała ostatnie słowo. — Zaciągnięto go do toalety i… i nastąpił bardzo nieprzyjemny incydent. Profesor nie ma, co prawda, obrażeń fizycznych, ale został bardzo brutalnie potraktowany.
James Peterson. Courtney nie musiał się dopytywać. Był pewien, że to o niego chodziło. Mąż Walta Masona.
— Cholera… — wydusił przez zaciśnięte zęby. — Wiecie, kto to zrobił?
— Tak, mamy kilka nazwisk. Było to czterech chłopaków z klasy pana podopiecznego. Cała klasa jednak została wezwana na posterunek w celu złożenia zeznań. Podobno pana podopieczny nie ma z tym nic wspólnego, jak mówią świadkowie z jego klasy, ale… — kobieta westchnęła ciężko — nie jestem pewna, czy nie będzie dla wszystkich konsekwencji.
— Z jakiej racji? Skoro wiadomo, kim są sprawcy, to oni powinni odpowiedzieć — powiedział Courtney pewnie, twardo, chociaż gdy tylko pomyślał o Walcie i jego wycofanym, ale bardzo sympatycznym mężu, coś ścisnęło go w środku.
— Tak, zgadzam się, jednak… partner… a właściwie mąż zaatakowanego profesora jest prawnikiem. Zagroził, że pozwie nie tylko sprawców. Że odpowiedzą inni, którzy ich nie powstrzymali, podobnie jak dyrekcja. Rozmawiałam z nim godzinę temu, próbowałam wyjaśnić, ale jest wściekły. Oczywiście nie można go winić, jednak… Musiałam pana poinformować, panie Corn.
— Całkowicie rozumiem. Dziękuję za tę fatygę. Może uda mi się coś zadziałać. Jakoś to załagodzić — powiedział, chociaż nie był pewien, czy powinien. Takie wydarzenia musiały mieć konsekwencje. Ale bynajmniej nie zamierzał pozwolić, żeby Chase dostał rykoszetem. — Teraz uczniowie są na komendzie?
— Tak, tak… przyjechano po nich jakiś kwadrans temu. Zwolniono z lekcji.
— Dobrze, dziękuję jeszcze raz.
— Oczywiście. Do usłyszenia.
— Do usłyszenia — odpowiedział i rozłączył się.
Całkowicie zignorował kawę i akta, nad którymi miał siedzieć do pierwszej. Zabrał klucze, zarzucił na siebie płaszcz, owinął szyję szalikiem i wypadł z biura, już dzwoniąc do Waltera Masona. Ten jednak nie odbierał, więc Courtney zjechał windą na sam dół biurowca i przeszedł przez obszerny, oszklony hol, za którego oknami widać było śnieg i zawieję. Pogoda była koszmarna, ale tym razem Courtney nie zważał na nią tak jak zwykle.
Dotarł do recepcji, za którą siedziała Roberta Smith. Zawsze trzymająca rękę na pulsie. Pochylił się do niej nad ladą i zapytał:
— Dzień dobry, Roberto, masz jakieś informacje na temat tego, gdzie jest Walter Mason?
Czarnoskóra kobieta z siwiejącymi włosami upiętymi w koczek uniosła na niego wzrok, parząc na niego zza grubych szkieł i pokiwała głową.
— Tak, wpadł tu na chwilę po jakieś druki i wyjechał do sądu.
— Do sądu, mówisz? Dobrze, dziękuję ci bardzo — odpowiedział krótko i skierował się prosto do wyjścia, żeby podjechać pod sąd.
Jeżeli dotychczas nienawidził korków, to tym razem nienawiść ta przerodziła się w skrajnie diabelskie uczucie wściekłości. Winił zamieć, kierowców i niesprzyjające światło. Włączone głośno radio zagłuszało jego przekleństwa, kiedy co raz podjeżdżał i co raz się zatrzymywał. Ostatecznie olał podjechanie pod sam budynek sądu, zatrzymał się przecznicę dalej i resztę drogi przeszedł pieszo, szybkim marszem.
W sądowej recepcji pracownik poinformował go, że Walter Mason jest na spotkaniu z radcą prawnym i obaj siedzą w sali 115 na trzecim piętrze. Poszedł więc w tamtą stronę, wbiegając po kolejnych stopniach. Był na policzkach rumiany od zimna, emocji i rozgorączkowania, gdy dotarł po schodach na górę. Zapukał i bez ociągania wszedł do sporego, ładnie wyposażonego pokoju, którego nowe meble lśniły jak wypastowane, a przez wysokie okno wpadały rażące promienie słońca, odbijające się od ośnieżonych dachów okolicznych budynków.
Waltera Masona zobaczył faktycznie w towarzystwie innego mężczyzny. Znacznie starszego, z siwą, kozią bródką, wielką oponką pod błękitną koszulą i łysiejącą czaszką. Siedzieli za szerokim, masywnym biurkiem, przerzucając papiery i dyskutując nad czymś. Ujrzawszy gościa, przerwali, a Courtney zamknął za sobą drzwi.
— Przepraszam za najście. Walt, słyszałem, co się stało. Moglibyśmy porozmawiać?
Dawno nie widział Waltera z taką miną. Przyzwyczaił się, że na jego przystojnej twarzy gościł szeroki uśmiech, że jego jasnoniebieskie oczy błyszczały z serdeczności, że jego postawa sprawiała wrażenie, jakby chciał każdego objąć i przekazać mu swój optymizm. Teraz był spięty, poważny. Jego brwi były ściągnięte, usta zamknięte, a kąciki nieuniesione. Przywodził na myśl stratega rozważającego, jaki manewr doprowadzi wrogą armię do ostatecznej klęski.
— Tak. Przepraszam, Howard, zaraz do ciebie wrócę. Sprawdź, czy znajdziemy na to jakiś precedens — poprosił, wskazując jedną z kartek leżących na biurku, a Courtneyowi wskazał drzwi po prawej stronie, które musiały wieść do odrębnego pomieszczenia.
Przeszli tam i znaleźli się w mniejszym pokoju, który służył do przechowywania dokumentów i zrobienia kawy. Były tu dwa krzesła, więc zajęli je, a Corn odezwał się pierwszy.
— Cholernie mi przykro, Walt. Pieprzone nieszczęście, że spotkało to twojego męża.
Prawnik skinął głową.
— James jest w rozsypce. Ostatnio go takiego widziałem w momencie, gdy się poznaliśmy. Jest… — zacisnął zęby i przetarł twarz dłonią. — Muszę mu pomóc.
— Mogę ci polecić bardzo dobrą psycholog. Pomogła mi, kiedy miałem pod górę i gdyby nie ona, to skończyłbym bardzo źle.
— Tak, myślę, że kogoś muszę poszukać. Możesz dać mi namiary, dziękuję.
— Jasne. — Courtney wyciągnął rękę i ścisnął jego ramię. — Macie wszystkich sprawców?
— Tę czwórkę sukinsynów, którzy mu to zrobili, tak — Walter potwierdził, a Courtney dawno nie słyszał go klnącego. Do tego miał wrażenie, że gdy to mówił, pobrzmiewała w jego głosie bardzo nieprzyjemna determinacja.
— I… co zamierzasz? — dopytał, coraz bardziej widząc, że prawnik poczuł się do roli nie tylko obrońcy i opiekuna swojego napadniętego męża, ale że w tym przypadku chce się po prostu zemścić.
Walter odetchnął głęboko i zaczesał palcami swoje kasztanowe włosy na bok. Był naprawdę przystojny, choć Courtney przyzwyczaił się, że nosi trochę jaśniejsze garnitury. Dzisiejsza czerń dodawała mu złowrogiego wrażenia. Przywodził na myśl Johna Miltona z filmu „Adwokat diabła” granego przez Ala Pacino.
— Zamierzam posadzić ich do więzienia na długie lata. Nie obchodzi mnie finansowe zadośćuczynienie czy jakieś cholerne prace społeczne albo kurator. Bez obrazy, Courtney. Mają siedzieć i każdego dnia, patrząc przez kraty, przypominać sobie, co zrobili.
Courtney wiedział, że Walter ma moc, żeby to zrobić. Że tamtą czwórkę czekało właśnie to, co powiedział. Chase miał szczęście, że oskarżający do prokurator nie miał takich motywów jak Walter. Że dostał tylko kuratora.
— W tym będę cię wspierał. Akty agresji na tle dyskryminacji muszą być napiętnowane.
— Tak. Ale nie tylko, Courtney. Chcę, żeby o tym usłyszano. James nigdy mi na to nie pozwoli… Ale chciałbym, by usłyszano o tym w mediach, by takie sprawy były ostrzej osądzane.
— James nie wydawał mi się osobą, która byłaby w stanie stanąć przed kamerą i o tym mówić, Walt…
— Tak. Wiem. Wiem, Courtney. Na razie zależy mi na tym, żeby ich posadzić, żeby każdy winny odpowiedział za ten czyn.
— Właśnie — wtrącił się Courtney i spojrzał mu poważniej w oczy. Przy tym podsunął się na krześle, żeby znaleźć się bliżej prawnika. — Dyrekcja szkoły powiadomiła mnie, że cała klasa jest przesłuchiwana na komendzie. A mówiłeś, że masz już sprawców.
Walter utrzymał jego spojrzenie i milczał chwilę. Powaga z jego twarzy nie zeszła ani na sekundę.
— Chodzi ci o twojego chłopaka?
— Nie ukrywam. Jest niewinny, Walt.
— Tego nie wiesz. Mogli wszystko wiedzieć, kryć sprawców…
— Walt…
— … kiedy ci golili głowę mojego męża i pisali mu na twarzy „ciota”! — krzyknął Walter na koniec i wstał. Nie przejmował się tym, że radca prawny za drzwiami niewątpliwie ich słyszał. Przeszedł kilka kroków wzdłuż regałów z segregatorami, cały napięty i wyglądający, jakby zaraz miał wybuchnąć. — Jeśli wśród reszty klasy jest ktoś, kto zamknął na to oczy i pozwolił tym pieprzonym skurwysynom zmaltretować Jamesa, to jest współwinny! I ty dobrze o tym wiesz. Za współudział w przestępstwie też się odpowiada!
— Walt, to się stało w kiblu! — Courtney też się podniósł. — Reszta klasy polazła za tą czwórką i oglądała wszystko jak w kinie?
— Nie, siedzieli w klasie, ale wszystko się stało po rozpoczęciu lekcji…
— Mogli nie wiedzieć, co się stanie, strach mógł zatrzymać ich w klasie i tak, wiem, że nie powinno się zamykać na to oczu, ale, do cholery, to dzieciaki i pewnie większość z nich nie miała pojęcia, do czego tamta czwórka się posunie! — Nie wiedział, jak było naprawdę, nie wiedział, czy wiedzieli, czy nie, czy Chase temu przyklasnął, czy się usunął. Ale nie chciał, żeby Walter Mason posadził jego chłopaka do więzienia za coś, czego faktycznie nie uczynił.
— Gdyby James nie powiedział, że była to tylko czwórka i gdybym nie znał nazwisk tej czwórki, to na samym początku podejrzewałbym Chase’a Lasha — wycedził Walter, podchodząc do kuratora. — Jest agresywny, gnębi słabszych i otacza się podobnymi sobie. Więc wybacz mi, Courtney, ale wiele mówi za tym, że jednak wiedział o całej sprawie.
— Zniszczysz mu więc życie?
— A co oni zrobili Jamesowi, myślisz?! Nie widziałeś go, gdy przyszedł po wszystkim do domu! Nie znasz go, Courtney, nie masz pojęcia, jaki jest kruchy! — Walt przetarł twarz dłonią i znów spojrzał na rozmówcę. — Musiałem poprosić Davida, przyjaciela, żeby został z nim dzisiaj w domu, bo boję się, czy James sobie czegoś nie zrobi. On nie jest taki odważny. Nawet gdy nikt nie wiedział, bał się i wstydził samego siebie. Nie zostawię tak tego, co się stało. Pracuję dla prawa. Nie po to, by przechodzić obok takich spraw obojętne.
— Ukaż więc tych, którzy to zrobili. Zostaw innych w spokoju. Niewinni nie muszą cierpieć tak, jak twój mąż.
— Nie mów mi, jak cierpi mój mąż — odpowiedział Walter cicho, nieprzyjemnie. — I teraz wybacz, mam dzisiaj wiele do zrobienia. Ty na pewno też — dodał, ale nie czekał już na uprzejmą odpowiedź, tylko wyszedł z pokoju, zostawiając za sobą otwarte drzwi.
Courtney popatrzył za nim z kumulującymi się w sercu obawami. Nie wierzył, że to się działo i nie wierzył, że akurat musiało trafić na klasę Chase’a i na męża Waltera. I jeśli ten drugi nie odpuści… Musiał coś wymyślić. Może powinien porozmawiać z jego mężem? Kurwa… Liczył, że gdy emocje opadną, Walter pójdzie po rozum do głowy.
Z tymi myślami wyszedł z pokoju, a następnie z sądu. Nie miał teraz czasu myśleć nad rozwiązaniem, bo powoli zbliżała się pierwsza godzina i jego wizyta w więzieniu. Miał nadzieję, że nie dojdzie do tego, że będzie w nim odwiedzał swojego chłopaka.

***

Raphael i Gabriel zwiali z ostatnich dwóch lekcji po to, żeby podjechać pod komendę i odebrać Roya i Chase’a. W całej szkole szumiało o tym, co się stało. Nawet nauczyciele wyglądali przez okna, gdy policja przyjechała po całą klasę i zabrała uczniów na przesłuchania. Wszyscy uważali to za wielką przesadę, ale zamiast tego bardziej na językach było to, co stało się z profesorem Petersonem. Plotki, jak to plotki, urastały do wielkich rozmiarów. Niektóre wersje mówiły o tym, że to Peterson sprowokował chłopaków, a potem wezwał policję. Inne, że został zgwałcony kijami do baseballa i powstał przy tym film porno. Inne z kolei, że jest męską prostytutką i jednym z czwórki napastników był jego niezadowolony klient.
— O, Roy napisał, że sam już ma za sobą i tylko czeka, aż Chase’a wypuszczą — rzucił Raphael z miejsca pasażera, gdy jego brat, który prowadził, już zbliżał się do komendy.
— Pewnie będą go maglować jak ma kuratora na karku — odparł Gabriel mrukliwie, bo źle mu się kojarzyło czekanie na kumpla w samochodzie pod komisariatem. Czuł podobny ścisk w żołądku jak wtedy, kiedy Chase miał rozprawę w sądzie.
— Taaa, pewnie tak — Raphael niechętnie przyznał mu rację. Schował telefon do kieszeni swojej czerwonej, za dużej bluzy i wyjrzał przez okno. Dzisiaj dobrze widział, bo założył soczewki. — Dobra, zatrzymaj się za tym szarym vanem. Nie będziemy sterczeć pod samym komisariatem, bo nas jeszcze odwiozą do szkoły. Jesteśmy na wagarach.
— No, byłaby niezła siara. — Drugi chłopak zaśmiał się, chociaż na samą myśl mina mu zrzedła. Ciężko byłoby im się wytłumaczyć rodzicom. Już i tak to wszystko, co wydarzyło się w szkole, przenikło do świadomości sąsiadów. I cóż, bracia nasłuchali się trochę o różnych rodzajach grzechu.
Zaparkowali przy krawężniku kawałek od komisariatu, a Raphael powiadomił o tym Roya w esemesie. Poczekali jeszcze kilka minut, ale dość szybko zobaczyli dwie znajome sylwetki kierujące się w ich stronę. Na końcu Roy trochę przyspieszył i wpadł do samochodu z głośnym:
— Ale jazda, kuuuurwa! Pierwszy raz mnie przesłuchiwano, ale nigdy, kurwa, więcej!
Chase przewrócił oczami i usiadł obok niego na tylnym siedzeniu auta.
— Jarasz się, kurwa, jakbyś zjadł robala. Jak pieprzony pięciolatek — burknął i założył ręce na klatkę piersiową. Był wkurzony i ogólnie podminowany. Czuł się, jakby ktoś nasrał mu do owsianki, której i tak nie lubił. Nie mieszał się w żadne kłopoty, a i tak był przesłuchiwany jak winny całego zajścia.
— Dobra, jedziemy do Scotty, bo jesteśmy blisko i tam pogadamy — poinformował ich Gabriel, mając na myśli pizzerię i odpalił samochód.
Drogi były zaśnieżone, a z nieba wciąż padał śnieg. Do tego jednak było stosunkowo ciepło, więc szybko powstawała nieprzyjemna ciapa. Roy już zdążył zamarudzić, że jego nowe Levisy są całe mokre w nogawkach.
— Ale jak tu jesteście, to jeszcze żadnych zarzutów wam nie dali? — Gdy już ruszyli, Raphael odwrócił się do kumpli siedzących z tyłu.
— Dali, ale, kurwa, nie zatrzymają całej klasy w areszcie. Mamy nakaz nieopuszczania miasta.
— A moi starzy już grożą im, kurwa, prawnikami — dodał Roy z dużo większym entuzjazmem i podekscytowaniem całą aferą niż Chase, który zachowywał się jak burza gradowa.
— Przejebane i tak! Weźcie, nic pedałowi sami nie zrobiliście, a oni chcą was posadzić? — Gabriel burzył się, ale mimo to dobrze prowadził. Co raz jednak rzucał kumplom z tyłu spojrzenia przez wsteczne lusterko. — Jakby to o Obamę chodziło, to dobra, ale to tylko kurwa lachociąg! Pewnie mu się należało.
Chase wzruszył ramionami. Nie chciało mu się tego komentować, a nawet obawiał się to komentować. Nie chciał znowu słuchać, że powinien zareagować, że jego zachowanie było skandaliczne, że pewnie o wszystkim wiedział, ale powstrzymała go kuratela. I może to wszystko było prawdą, ale miał tego po dziurki w nosie.
— No, weźcie, jaka z niego pizda. Widzieliśmy, jakie se ze swoim drugim pedałem pisali smsy. Jakieś kochania, skarby, bo jak dwie takie pizdy. — Roy zarechotał, trzymając się trochę przedniego fotela i wychylając się do przodu do „aniołków”.
— Ale kojarzę tego waszego Petersona, on w ogóle wygląda tak, jakby nie wiedział, od czego jest, kurwa, przymierzalnia w sklepie. Co on, lustra nie ma? Pewnie w domu nosi różowe rurki i cekinowe bluzeczki, a jak trzeba się ubrać jak praworządny mineto-bot, to nie wie, co do czego pasuje — odpowiedział Gabriel z głośnym rechotem.
Raphael za to skrzywił się i odwrócił wzrok za okno.
— Dla mnie i tak przegina. Wyzywać kolesia okej, ale napadać? Posrane to — mruknął.
— Co? Współczujesz mu? — Roy zarechotał. — Może jeszcze sympatyzujesz?
— Pieprz się, Roy. — Młodszy z braci „aniołków” od razu obejrzał się na niego. — Mówię tylko, że, kurwa, zaciąganie faceta do łazienki i golenie mu głowy to jakaś przegina i więcej to szkody kolesiom zrobi niż zrobiło temu psorowi!
— Bo jak pizdy poleciały od razu. Powinni go złoić po szkole tak jak młodego Newtona — Roy pociągnął swoją wypowiedź.
— Taaa, bo to faktycznie, kurwa, wiele zmieniło — burknął Chase z tyłu, nadal podminowany.
Na chwilę urwali temat, bo zaparkowali pod pizzerią. Wysiedli, pospiesznie przeszli do środka, by nie moknąć na śniegu i zajęli stolik na samym końcu. Z kurtek, które powiesili na wieszaku na ścianie, kapały krople wody, ale w środku było przyjemnie ciepło. Zapach też był niczego sobie, a z racji stosunkowo wczesnej pory, mało klientów. Zamówili swoje standardowe dwie pizze i gorący temat znowu wrócił.
— To co mu w końcu tak na serio zrobili? — zagadał Gabriel z zaaferowaniem. Zerkał małymi oczkami to na Roya, to na Chase’a, którzy siedzieli naprzeciwko.
— Zwyzywali go, poszarpali mu ciuchy, obcięli mu włosy i trochę obtłukli o ściany. Chyba grozili mu też, że go podpalą, jak tak jara się kutasami — burknął Chase, sięgając po telefon, który był wyłączony od czasu, jak zabrali ich na przesłuchanie. Ale kiedy pomyślał, że Courtney mógł pisać, chęć na włączanie go minęła mu bardzo szybko.
W tym czasie Roy pochylił się nad stolikiem do kumpli.
— Słyszeliście, że czasem jakieś traumy czy coś mogą pozmieniać coś w mózgu człowieka, nie? Może to naprostuje trochę tego homo-niewiadomo — zażartował, pokazując swoje białe zęby w szerokim uśmiechu. — Ble, w ogóle, powinni byli mu dziurę zaszyć.
— Co nie? Branie chuja w dupę, oblecha.
— Bo wy wcale nie jaracie się analami z laskami! — Raphael przerwał ich rechot z krzywą miną. — Ja pierdolę… Jak ich tylko wyleją ze szkoły, to będą mieli fuksa.
— No, ale z laską to co innego, nie, Chase? — Roy spytał kumpla, niezrażony ich jedynym głosem rozsądku.
Chase spojrzał na nich nadal z ponurą miną.
— Są cycki, to wiele zmienia — burknął, chociaż poza uczuciem dyskomfortu, jaki się w nim zbierał, kiedy słuchał tej rozmowy, powoli, ale nieustannie kiełkował w nim strach, co jego kumple by mu zrobili, gdyby dowiedzieli się, że Lucy to nie jest jego dziewczyna, a on naprawdę dyma swojego kuratora.
Roy wskazał Raphaelowi Chase’a, jakby był jego asem w rękawie i przekazał sedno tego, co tkwiło w teorii, że dymanie laski w dupę jest w porządku, a za dymanie faceta należy się zaszycie dziury i zgnojenie.
— No, dobrze gada — Gabriel poparł, kiwając głową, choć ostatnio dorobił się tak masywnego karku, że nie były to obszerne ruchy. — I masz cipeczkę, którą sobie możesz w trakcie pomacać.
— Ja pierdolę, jesteście upośledzeni. Gadka w stylu „czarnych trzeba gnoić, bo są czarni” — zaryzykował Raphael, mając ostatnią nadzieję, że kumple trochę zmądrzeją. Nie popierał ani tego, co stało się nauczycielowi, ani tego, że ten to robił, ale musiał dać im jakiś silny bodziec,
— Hej! — Roy oburzył się, ale ignorując, że właśnie kelnerka podeszła i zaczęła stawiać na ich stoliku zamówione napoje, odpowiedział Raphaelowi. — Weź mnie, debilu, nie porównuj nawet do tego pedała! Ja bym faceta patykiem poniżej pasa nie dotknął!
— Och, jak zaznaczyłeś. A wyżej jest okej? Dałbyś se obciągnąć? — młodszy z braci ciągnął dalej, a Gabriel poszturchiwał go w bok, żeby przestał.
— Pojebało cię?! — Roy zacietrzewił się jeszcze bardziej, a kelnerka odeszła tak szybko, jak tylko mogła. — Czy ja ci wyglądam na ciotę? Wszystkie laski w szkole chcą mi ciągnąć, a nawet jakby nie chciały, to wara od mojego chuja każdemu pedałowi!
— Ej dobra… Cicho, bo siarę robicie — Gabriel, który miał połowiczny ubaw z tej rozmowy, burknął na nich, oglądając się za dupcią kelnerki. Może by ją wyrwał, gdyby jego kumple nie robili wstydu.
— Ja tylko przedstawiam inny punkt widzenia, którego jak zwykle, kurwa, żaden z was nie widzi. Zresztą, co by było, jakbyście młotki też poleźli z tymi debilami? — dodał Raphael i sięgnął po colę, żeby się napić. Aż się zagotował z tego wszystkiego.
— Już byście mnie nie odbierali spod komendy — mruknął posępnie Chase.
— Chase musi uważać, każde przewinienie może go wpakować za kraty — podchwycił Raphael. — Kurator siedzi mu na dupie i…
Gabriel i Roy jak na zawołanie roześmiali się głośno, najwyraźniej uważając taki dobór słów za wyjątkowo zabawny w omawianym temacie.
— Ciesz się, pało, że nie dosłownie — rzucił do Chase’a Gabriel, wciąż rechocząc.
— Ano… — mruknął Chase na zgodę. Czuł, że musi uważać na słowa i na pewno nie wychylać się tak, jak Raphael, który miał prawdziwą dziewczynę. — Ale i tak przez tę jebaną akcję będę miał u niego przejebane. To typ prawego obywatela — skłamał pośrednio, bo Courtney chciał taki być, ale nie był idealny i obaj to wiedzieli.
— To bądź grzeczny. Może to wszystko jakimś cudem was obu ominie… — odpowiedział Raphael ciężkim tonem.
— No i pizza przyszła w urodziwym towarzystwie! — przerwał mu jego starszy brat na widok wędrującego do nich jedzenia, niesionego przez młodą, trochę zestresowaną ich głośnym zachowaniem kelnerkę. I na ten moment, na szczęście Chase’a, urwało to niekorzystny temat.

***

Było zimno i wiało, a jego podły nastrój wcale nie sprawiał, że lepiej mu się to znosiło. Chase po tym, czego nasłuchał się na pizzy z kumplami i po tym, co wydarzyło się z Jamesem Petersonem, czuł się oszukany i bardzo niepewny swojej przyszłości. Kiedy był Nowy Rok, był przepełniony nadzieją, że to wszystko jakoś będzie, że w końcu widzi ten błysk nadziei, ale teraz ten mocno zanikł, a jego związek z kuratorem jawił mu się jako jedno wielkie zagrożenie, przez które może i czasami było dobrze, może i bardzo dobrze, ale… obawiał się, że jednocześnie może go to zniszczyć. Wszelkie obawy z samego początku wróciły do niego jak bumerang. Był w fatalnym nastroju.
Komórkę włączył dopiero dobrą godzinę po powrocie do domu z pizzy z kumplami. Od razu spostrzegł, że Courtney trzy razy próbował się do niego dodzwonić, a ostatecznie zostawił mu dwie wiadomości tekstowe.
„Hej, oddzwoń, jak dasz radę.”
„Chase, żyjesz? Daj znać, martwię się. Wiem, co się stało w szkole.”
Odpisał po tym, że tak, żyje i jest okej. Aby się nie martwił. Następnie poprosił go, żeby spotkał się z nim na spacer z psami w parku. W tym, w którym aktualnie siedział i trochę marzł. Nie wiedział jeszcze, jak zareaguje na swojego kuratora, ale na razie wolał się z nim widzieć na neutralnym gruncie.
Courtney napisał, że będzie do dwudziestu minut, bo dopiero wraca do domu i musi skoczyć po Lila i Tanka. Chase miał więc jeszcze sporo czasu na przemyślenie tego wszystkiego w towarzystwie dużych płatków śniegu padających z nieba i chłodnego wiatru. Miał wrażenie, że mu to pomaga. Że ma dzięki temu chłodniejszy osąd, chociaż prawdopodobnie nieważne, jaka byłaby pogoda, jego myśli tak czy inaczej zdążałyby w tym samym kierunku.
W pewnym momencie skierował się pod orientacyjny punkt w parku, którym była fontanna, teraz zasypana śniegiem. Tam umówił się z Courtneyem. Poczekał może dwie minuty, nim usłyszał radosne, podwójne poszczekiwanie. Odwrócił się i ujrzał dwa psy biegnące na łeb na szyję w jego stronę. Courtney spuścił je ze smyczy, bo zapewne mocno ciągnęły, gdy tylko dojrzały nastolatka.
Chase chętnie by kucnął, ale wiedział, że skończy się to wylądowaniem w śniegu, a na to nie miał ochoty. Pochylił się tylko, ale i tak się zachwiał, kiedy Lil skoczył w jego kierunku, a zaraz po tym upadł na bok, uderzając ogonem w nogi nastolatka.
— No już, już. — Chase zaśmiał się, kucając jednak, aby go pogłaskać po odsłoniętym brzuchu.
Tank też dopraszał się uwagi i lizał twarz Chase’a, gdy tylko udało mu się do niej sięgnąć. W trakcie tego czułego powitania Courtney podszedł do nich. Jak zwykle dłonie miał w kieszeniach i nie wyglądał, jakby zamierzał je wyciągać. Był też cały skulony, zapewne w pozycji obronnej przed wiatrem. Policzki i nos miał czerwone od zimna.
— Siema — przywitał się. — Długo tu jesteś?
— Trochę — odparł Chase, podnosząc się i otrzepując spodnie. Niby nie chciał się za bardzo ubrudzić, ale psy i tak miały własny plan na to, jak będzie wyglądał.
— Przejdziemy się? — zasugerował Courtney, a Chase cmoknął na psy, żeby szły za nimi i nie rozpraszały się byle czym. Ruszyli szeroką ścieżką w jedną z alejek parkowych. — Jak było na przesłuchaniu?
— Chujowo, a jak inaczej miałoby być?
Mężczyzna westchnął ciężko. Chwilę szedł noga za nogą, ewidentnie nad czymś myśląc, aż w końcu spojrzał na swojego chłopaka i uśmiechnął się krzywo.
— Jestem ci winien małe wyjaśnienie. Cisną tak was na policji nie dlatego, że normalnie wszyscy poszlibyście siedzieć za rzekomy współudział, ale dlatego, że mężem profesora Petersona jest prawnik. Ten, którego poznałeś. Walter Mason — wyjaśnił ciężkim tonem. Już nie było co ukrywać.
Chase ściągnął brwi i aż przystanął.
— Czekaj? Ten laluś, co był w klinice? — spytał, wspominając dzień, kiedy Courtney zaciągnął go na badania, czy nie ma jakichś chorób wenerycznych albo innych i czy mogą pieprzyć się bez gum.
Kurator podarował sobie upomnienie Chase’a za to określenie. Również się zatrzymał i odwrócił do niego.
— Tak, ten sam. Jest zawzięty i zna się na prawie, więc chce wycisnąć z tego najwięcej, ile się da. Chodzi o zemstę. Ale sprawcy są znani, więc mam nadzieję, że nie uda się pociągnąć reszty waszej klasy do odpowiedzialności.
— Byłby skończonym chujem, jakby chciał, żebyśmy wszyscy za to odpowiadali. Co, laski miały, kurwa, wypaść z klasy i powiedzieć „ech, koledzy, nie róbcie niczego złego”? No kurwa, wyśmialiby je i chuja by to dało. Zawsze tak jest — oburzył się Chase i znowu zrobiło mu się gorąco, mimo że pogoda była raczej lodowata.
Courtney jednak miał co do tego inne zdanie. Zawsze uważał, że trzeba reagować. Nie mówił tego jednak głośno, bo wiedział, że nastolatek jest świadom jego teorii. Zamiast tego spojrzał mu czujniej w oczy i zadał pytanie, które go cały czas męczyło.
— Wiedziałeś, co zamierzają zrobić?
— A skąd miałem niby wiedzieć? Dowiedzieli się, bo barany zajebały mu telefon. Nie trudno się było ogarnąć, że psor jest pedałem, jak, kurwa, tam jakieś jawne smsy. I nawet, kurwa, tak na mnie nie patrz. Myślisz, że co? Wyskoczyłbym na środek i stanął w jego obronie? Nie, dzięki, miło jest jednak przetrwać szkołę — fuknął i ruszył znowu przed siebie.
Szybko usłyszał za sobą kroki mężczyzny, ale nie widział na jego twarzy skrzywienia po wypowiedzianym słowie „pedałem”. Courtney tylko w milczeniu za nim poszedł, czując coraz większy ciężar tego, co się działo.
— Chase, spokojnie. Jesteś cholernie spięty — zauważył.
— A jak mam nie być spięty?! — nastolatek prawie krzyknął, odsuwając się i wołając psy, które za bardzo się oddaliły. Musiał ich pilnować.
Przez jego ostrą reakcję kurator jeszcze bardziej się napiął. Wyciągnął rękę z kieszeni i położył ją na ramieniu Chase’a, by odwrócić go do siebie.
— Chase, spróbuję coś zdziałać i nie będziesz miał problemów z oskarżeniem. Jako twój kurator wiele mogę w tej kwestii zrobić.
Chase spojrzał na jego dłoń i spiął się wyraźnie.
— Właśnie… jako mój kurator. O tym też w sumie chciałem pomówić.
— Okej. O co chodzi? — Courtney puścił go, schował dłoń w bezpieczne, ciepłe miejsce w kieszeni i znów przystanął wraz ze swoim chłopakiem na środku parkowej alejki. Był jeden plus tej parszywej pogody. Wokół nie było żadnego spacerowicza.
— No… bo myślę, aby… — Chłopak odwrócił wzrok i odetchnął głęboko, aż było to słychać. — No…
Courtney ściągnął brwi pytająco.
— Hm?
— No, abyś był już jednak tylko tym kuratorem. Ja, kurwa, nie piszę się na takie coś, co Petersona, kurwa, spotkało. Wolę mieć życie, wiesz, nie? — wyrzucił z siebie Chase, także wciskając dłonie w kieszenie kurtki i oglądając się na wszystkie strony, żeby tylko nie patrzeć na Courtneya.
Było tu trudne, bo przez chwilę w ogóle nie słyszał odpowiedzi. Gdyby spojrzał na jego minę, zobaczyłby tylko niedowierzanie. Jakby Courtney, idąc tu na spotkanie z nim, nie spodziewał się, że to usłyszy i nie wierzył, że usłyszał.
— Zrywasz… ze mną…? — pobrzmiało w końcu cichym, trochę drżącym głosem.
Chase zgubił nagle myśl, kiedy zauważył w końcu wyraz twarzy Courtneya. Nie chciał go takiego zobaczyć.
— No… to trochę jednak nie tego, abym się… no, z facetem. Po tym co się wydarzyło, nie?
Courtney rozchylił wargi i wciągnął powietrze, które wręcz zadrżało mu w przełyku. Wyciągnął dłoń z kieszeni i sięgnął nią do kurtki Chase’a.
— Nie. Nie rób tego — wydusił.
Chase aż się obejrzał i odsunął, odtrącając jego dłoń.
— Courtney… nie, weź mnie nie łap — jęknął, ostrzegając jednocześnie mężczyznę, żeby nie robił niczego głupiego. Jego samego nagle też coś zakłuło w środku, bo nie chciał widzieć tego faceta w takim stanie, ale też co innego miał zrobić? — Kurwa no, nie będę miał życia, jak ktoś się dowie, a teraz każdy jest jakiś wyczulony.
Mężczyzna, który zastygł z wyciągniętą ręką, odtrącony i coraz bardziej czujący się jak zbędny papierek po batonie, zagryzł policzek od wewnątrz i patrzył na swojego podopiecznego.
— Czemu mają się dowiedzieć? — zapytał zachrypniętym głosem. Nie mógł się skupić na racjonalnych argumentach. Kompletnie. — Nikt się nie dowie.
— Bo każdy, kurwa, jeździ teraz po pedałach, a ja, kurwa, nie mogę tak sam… — Chase wskazał go ręką, denerwując się tą rozmową coraz bardziej. Jakby nie było mu zimno, już dawno by się cały spocił. — No Courtney. Ja pierdolę, nie mów, że nie łapiesz. To się prosi o kłopoty.
Kurator znów drżąco wciągnął powietrze do płuc. Spojrzał w stronę psów, które kawałek dalej obwąchiwały drzewa. W końcu sięgnął do smyczy w kieszeni i wyciągnął tę Tanka. Wcisnął ją Chase’owi do ręki.
— Lil! Lil, do nogi! — zawołał chrapliwie, a kiedy pies swoim zwyczajem go olał, pospiesznie poszedł w jego kierunku.
Chase spojrzał na smycz w dłoni. Zrobiło mu się na raz i zimno, i gorąco. Nie chciał, żeby tak to wyglądało, nie chciał widzieć Courtneya takiego roztrzęsionego, ale siebie też nie chciał widzieć jako ofiary. A do tego jakby ktoś się dowiedział, to nie tylko on miałby problemy, ale też i Courtney. Straciłby pracę i reputację. Dostałby lincz nie tylko za to, że jest gejem, ale też dlatego, że pieprzył się ze swoim niepełnoletnim wychowankiem. Po tym, co się stało z Petersonem, widział konsekwencje tego wszystkiego aż nazbyt wyraźnie, żeby to ciągnąć.
— To… do zobaczenia — rzucił trochę pod nosem, przez co mężczyzna prawie na pewno go nie usłyszał.
Gwizdnął na Tanka dopiero, kiedy kurator zapiął smycz Lila, aby i ten nie przybiegł do niego. Musiał wrócić do domu, chociaż ostatnio coraz częściej myślał tak o mieszkaniu Courtneya niż tym jego dziadków. Głupi był, że w ogóle się w to wplątał.
Kurator uniósł się, chwycił pewniej smycz swojego psa i rzuciwszy szybkie, nerwowe spojrzenie na Chase’a, bez słowa poszedł szybkim marszem w stronę wyjścia z parku. Jeśli jeszcze pół godziny temu wydawało mu się, że na zewnątrz jest zimno, to teraz miał wrażenie kroczenia po wnętrzu wulkanu. Serce bolało go od szybkiego bicia, płuca piekły od gwałtownie wciąganego, zimnego powietrza, a przez głowę przechodziło mu tyle chaotycznych myśli, że żadnej nie był w stanie na chwilę złapać i przetrawić.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób dotarł do domu i ile to trwało. Jakim cudem prowadził samochód, też było dla niego zagadką. Ale w końcu wszedł do domu, pozbył się szalika, czapki, płaszcza i butów i na drżących nogach wszedł głębiej. Lil już pobiegł do kuchni w poszukiwaniach miski z wodą.
— Już jesteś? — Z oszołomienia wyrwał go głos brata, który wyłonił się z kuchni, do której wpadł pies. Był nagi, a w dłoni trzymał miskę, najpewniej z jakimś jedzeniem. Był zaskoczony szybkim powrotem Courtneya.
Ten, już tylko w koszuli, krawacie i eleganckich spodniach, pokiwał głową. Chciał coś wydusić, ale nic nie wydostało się z jego ust. Patrzył więc tylko w oczy Marshalla, nie wiedząc, co zrobić, aż w końcu kucnął w miejscu, w którym stał, ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się.
Marshall, jak z początku chciał sobie spokojnie usiąść na kanapie i skończyć płatki z mlekiem, tak widząc dziwne zachowanie brata, zostawił jedzenie na najbliższej szafce i podszedł do niego. Pochylił się nad nim, kładąc mu dłoń na ramieniu.
— Ej, Coney, co jest, kurwa? Ktoś nie żyje? Gdzie Tank?
Courtney nie odpowiedział, bo dławiący go płacz nie pozwalał mu wydusić słowa. Dopiero po chwili odsunął dłonie od twarzy i spojrzał na brata. Miał przekrwione, wilgotne oczy i ślady łez na policzkach.
— Z Chasem — wykrztusił. — Zerwał ze mną właśnie.
— Ja pierdolę, już myślałem, że go coś potrąciło… Ale czekaj, jak to, kurwa, zerwał? — Marshall najpierw odetchnął, bo wpierw, widząc tylko jednego psa i płacz brata, myślał, że coś się stało właśnie Tankowi, a nie, że jego właściciel zerwał z jego bratem.
Courtney podniósł się nagle i przetarł mokrą twarz dłonią. Jego oddech znowu przyspieszył i znów stał się słyszalnie drżący. Mężczyzna miotał się, chodząc w kółko, aż w końcu krzyknął, złapał mały głośniczek z biurka i oderwawszy go wraz z kablem od laptopa, cisnął nim z całej siły w przeciwległą ścianę. Głośnik rozpadł się na kilka części, a sam mężczyzna odwrócił się do ściany, przytknął do niej czoło i przedramiona tuż przy głowie i oddychał tak, jakby z trudem łapał oddech.
— Ja pierdolę… — to był jak na razie jedyny komentarz nagiego Marshalla, który nie spodziewał się, że jego brat wróci tak wcześnie, a od czasu do czasu lubił przewietrzyć to i owo. A teraz bał się go zostawić samego, aby założyć coś na tyłek. — Courtney… może… usiądziesz? — spytał niepewnie, podchodząc do niego i patrząc z jawnym szokiem na roztrzaskany głośnik. Szkoda mu go było, musiał trochę kosztować.
Zamiast usiąść kurator uderzył mocno pięścią w ścianę, aż na jego kostkach zrobiły się czerwone ślady. Wiedział, że musi się ewakuować do ciemnego, cichego miejsca, a że najbliżej miał drugą, nieużywaną, małą łazienkę, właśnie tam wszedł. Nie zapalił światła, tylko po omacku usiadł przy toalecie i skulił się mocno, chowając głowę między kolanami. Starał się uspokoić oddech, powstrzymać agresję, która w nim rosła i pozwolić, żeby znów ogarnął go płacz. Tak było bezpieczniej, zdrowiej, a on mógł przy okazji skupić się na tym, by zapanować nad swoim stanem, a nie na tym, że właśnie zostawił go ktoś, kogo kochał jak jeszcze nikogo dotąd.
Marshall w tym czasie kompletnie sobie nie radził. Nie miał pojęcia, jak ma zareagować na ten emocjonalny wybuch brata. Zawsze uważał, że Courtney jest tym bardziej zrównoważonym, ale jednocześnie miał tę swoją zjebaną psychikę, kiedy agresja mieszała mu w głowie i powstawał właśnie taki obrazek kogoś, kto jednocześnie wyje z bólu i chce zniszczyć pół świata. Patrzył więc teraz z zaskoczeniem na zatrzaśnięte mu przed nosem drzwi. Nie słyszał, żeby Courtney rozbijał się w łazience, więc szybko poszedł założyć dresy na tyłek.
Cała sytuacja musiała zaalarmować Lila, który już nie dobierał się do misek w kuchni, tylko stał w salonie i zerkał z ogłupiałą miną to na drzwi do łazienki, to na Marshalla. Marshall także na niego spojrzał i pogładził go po głowie. Chwilę jeszcze poczekał, po czym sam wsunął się do łazienki. Nie mówiąc słowa, zasłonił jedyne małe okienko ręcznikiem, sprawiając, że w środku zrobiło się ciemniej. Przykucnął naprzeciwko brata, a Lil rozchylił sobie drzwi pyskiem i też wszedł, aby zaraz zacząć wciskać łeb między kolana swojego pana.
Courtney pociągnął nosem i przytulił czoło do głowy Lila pomiędzy uszami. Pies pachniał parkiem i sobą i był przyjemnie ciepły. A kurator powoli, bardzo powoli wracał do siebie, siedząc w tych ciemnościach, w ciszy pozwalającej mu opanować nerwy. Nadmiar emocji, których nie był w stanie zatrzymać w sobie i które wybuchały w bardzo niebezpiecznej postaci.
Nie wiedział, ile czasu tak spędził, ale w końcu usłyszał, jak jego brat wychodzi. Zaraz po tym wrócił i tym razem już zapalił światło. Kiedy Courtney spojrzał na niego zbolałymi oczami, które nieprzyzwyczajone były do światła, zobaczył, że ten trzyma duży kieliszek pełen przezroczystego płynu i puszkę piwa. Postawił jedno i drugie na umywalce, a potem otworzył puszkę i dodatkowo zrobił w niej dziurę scyzorykiem.
— Masz lekarstwo — mruknął, podając kuratorowi kieliszek i puszkę.
Jego brat przyjął to bez słowa i najpierw wlał w siebie zawartość kieliszka, odstawił go głośno na podłogę, a potem przyssał się do piwa. Pił z zamkniętymi oczami i przerwał dopiero, gdy zostały same resztki. Odetchnął, zabrał kieliszek i uniósł się powoli. Lil przez to musiał się odsunąć, bo dotąd leżał pyskiem na jego stopach.
— Dzięki — mruknął Courtney do brata.
— Wóda i bąbelki szybko powinny ci pomóc się trochę znieczulić — odparł Marshall, zabierając „lekarstwo”. Nie było co teraz analizować, tylko na moment zapomnieć o wszystkim i odgrodzić się od rzeczywistości.
— Mam nadzieję. Leci coś odmóżdżającego w telewizji? — zapytał pustym głosem, licząc, że położy się na kanapie i odpłynie.
Przy okazji podszedł do małej umywalki i opłukał twarz z łez.
— Nie wiem, ale są duże szanse. Popatrz, a ja przyniosę jeszcze jednego browara. Napijesz się z bratem ku mojej radości.
Courtney mruknął tylko „mm”, które zapewne miało oznaczać zgodę. Po tym wytarł twarz w ręcznik, cmoknął na Lila, by za nim wyszedł i na miękkich nogach podążył do kanapy. Po drodze rozluźnił krawat i jak nie on, rzucił go na podłogę, nim położył się na boku na kanapie. Włączył telewizor i wpatrzył się w ekran z apatią.
Po kilku chwilach skakania bez sensu po kanałach dostał w dłoń kolejne piwo. Marshall usiadł sobie na fotelu bliżej jego głowy i zawoławszy Lila, żeby nie chuchał Courtneyowi na twarz, sam zaczął leniwie pić piwo, zastanawiając się, czy najpierw wpierdolić Chase’owi, czy spytać jednak o powody tego, że tak załatwił jego brata.
A zaczynał gówniarzowi ufać…

18 thoughts on “Newton’s Balls – 75 – Ze strachu…

  1. Shivunia pisze:

    Maty >> Cóż można powiedzieć że nikt tu nie jest idealny. To ja pewno. Chase ma swoje za uszami i nawet trudno go jakoś sensownie bronić. Ale to jak wielu z nas. Taka przykra codzienność że jeszcze nie jesteśmy idealni XD
    Co do układania się to na święta było całkiem „ułożone”…no ale cóż.
    Własnego Walta też bym chciała. Chociaż jako przyjaciela bo faktycznie jako wsparcie jest idealny.
    Dzieki za komentarz :*

  2. Matt pisze:

    Będzie krótko: Chase, jesteś idiotą. Courtney… Nie wiem, ale obrona chłoptasia dobrym pomysłem nie była. Zawsze można tłumaczyć tych, którzy nie reagowali, że nie mogli wiedzieć, co się stanie. No ale mogli. Więc i kuratorek jest idiotą. I ten jego wybuch nawet nie zrobił żadnego wrażenia. Mógł się nie pakować w „związek” z gówniarzem :) A pomyśleć, że wierzyłem, że to może się wszystko między nimi dobrze ułożyć. Aj ja naiwny.
    Za to Raphael chyba okazał się jedynym myślącym. Chyba że ze zmęczenia pominąłem jakieś dialogi i czegoś nie wiem.
    Nie wspominając Waltera. Oj, każdemu by się przydał taki ktoś. I oby udało mu się osiągnąć to, co chce.
    I tylko psorka w tym wszystkim szkoda :(

  3. Katka pisze:

    Tazkiel, na początek – baaaaaaaaardzo lubimy takie komentarze! Szczególnie po zakończeniu jakiegoś opowiadania, kiedy przychodzi czas podsumowania. I może NB jest dopiero zakończone w jednej części, ale to już jest ten moment, że można podsumować.
    Nie chcę teraz jakoś szczególnie rozwijać się na temat tego jak my patrzymy na nasze postacie, ale podoba nam się to, jak Ty to przedstawiłaś. Zapewne każdy będzie miał inne spojrzenie na sprawę, bo kiedy dzieje się coś przełomowego, zawsze pojawiają się skrajne reakcje. Ale bardzo podoba mi się, że starasz się wejść głębiej i bardziej ich zrozumieć. Szczególnie to, co piszesz na temat Jamesa. „Przez cały czas bał się, że zostanie ukarany za to, że jest gejem i faktycznie tak się stało.” – dokładnie tak się stało. Jego najgorsze lęki stały się rzeczywistością, dlatego nie było szans, żeby zareagował inaczej. Każdy z nas na pewno ma coś takiego, czego cholernie mocno by nie chciał. A gdyby to się jednak stało, to na pewno nie bylibyśmy twardzi. Tak jak piszesz, nie każdy jest silną jednostką, pewną siebie i potrafiącą sprostać problemom. Niektórzy potrzebują kogoś obok siebie, żeby dać radę. I James ma wielkie szczęście, że ma Walta, ale nawet on nie był w stanie uchronić go przed agresją dzieciaków.
    Wracając do wcześniejszej części komentarza, reakcja Chase’a była skrajna, to prawda. Ale on często już uciekał od trudnych sytuacji, wypierał je, jak się dało i tym razem również była to taka sama sytuacja. Kiedy nie potrafił inaczej tego załatwić niż ucieczka, bo on po prostu chce mieć spokój. Nie połowicznie, nie bać się na każdym kroku, czy coś się spierdoli, ale w całości chce mieć święty spokój, dlatego ucieka. Co oczywiście nie jest najlepszą reakcją, ale nigdy nikt nie nauczył go walczyć z problemami emocjonalnymi, bo nigdy wokół siebie nie miał kogoś, kto go darzył jakimś ciepłym uczuciem i tego nauczył. Ale nie tłumacze go, żeby nie było, bo sama piszę Courtneya i razem z nim byłam zraniona XD Ale cóż… rozumiem Chase’a. Miał cholernie trudno i nie nauczył się inaczej. Chociaż, haha, masz rację, że ma kumpli debili i trudno by im było powiązać fakty XD Chociaż Raphael to już nigdy nie wiadomo…
    Bardzo nas cieszy, że Marshall wprowadził trochę pozytywnych emocji do tego rozdziału :) To zaskakujące, że na koniec to on okazuje się tym największym wsparciem.
    Och, jeszcze raz wielkie dzięki za ten cały komentarz! Bardzo miło i DŁUGO się go czytało :D Uprzyjemniłaś mi kilka minut zapierniczu w pracy :) Mamy nadzieję, że nie zawiedziesz się drugą częścią! :)
    Pozdrawiamy :)

  4. Tazkiel pisze:

    No to zafundowałyście wszystkim na koniec niezłą mieszankę :D. Może się w głowie zakręcić. Ale po kolei :D. Przede wszystkim Chase. Faktycznie można się było domyślić, na podstawie jego reakcji w poprzednim rozdziale, że wymięknie w kwestii związku, jednak nie spodziewałam się jednak, że będzie takim tchórzem. I nawet nie to jest najgorsze, że spanikował, że się przestraszył – najgorsza jest jego hipokryzja. Teraz nagle widzi, że z powodu relacji z nim Corn mógłby mieć spieprzone życie i pracę? Dlaczego od samego początku nie powiedział „nie”? Gdyby był stanowczy, to Courtney nie jest takim typem człowieka, który nalegałby na swojego podopiecznego i namawiał go do związku ze sobą. To wszystko działa w dwie strony. A wracając do reakcji Chase’a to nie sądziłam, że będzie taka skrajna, bo i dlaczego miałaby taka być? Rozumiem, że się boi, że nie chce się wychylać, bo faktycznie jego towarzystwo jest takie, że raczej (chociaż nie na pewno) jego kumple by go potępili niż zrozumieli, ale przecież nie musiał z Cornem zrywać! Mógł po prostu poprosić go o przerwę, wytłumaczyć, że chce przystopować, powiedzieć, dlaczego tego chce. Courtney na pewno by go zrozumiał i nie potępił a wręcz ośmielam się twierdzić, że wręcz przeciwnie, chociaż nie twierdzę, że byłoby to dla niego łatwe. Trochę by odczekali i byłoby po krzyku. A tak? Czasami strach po prostu ma wielkie oczy. Niby dlaczego ktokolwiek miałby podejrzewać twardziela Chase’a o kontakty seksualne z facetem, zwłaszcza że żadnego specjalnie inteligentnego kolegi to on nie ma. No, umówmy się, że bracia aniołki i Roy nie są Sherlockiem :D. Nie domyślą się, że sypia ze swoim kuratorem na podstawie obserwacji. Chase nie przemyślał, i to kompletnie, swojej decyzji. W efekcie zranił Courtneya i zranił też siebie, bo nie minie wiele czasu, kiedy uzmysłowi sobie, nawet pomimo tego że jest głąbem, że źle zrobił. Ze strachu odrzucił mężczyznę, który go kochał. Żal mi Courtneya. Nie podobało mi się to, że zaangażował się w związek ze swoim podopiecznym, bo tak nie powinno być. Jednak tak bardzo się starał i tak bardzo się troszczył o Chase’a, że nie zasłużył na taką zapłatę z jego strony. A Chase’a bardzo szybko jego decyzja ugryzie w tyłek, kiedy znowu nie będzie mieć nikogo, kto by się o niego zatroszczył. Nie wiem, czy Courtney zdecyduje się na zmianę i odda swojego podopiecznego innemu kuratorowi. Na razie to zbyt świeża sytuacja a on jest za bardzo zraniony. Może, jednak wtedy musiałby to jakoś uzasadnić, bo kurator nie może się pozbyć podopiecznego bez konkretnego powodu. Cóż, zobaczymy :D.

    Dobra, teraz sprawa Jamesa i Waltera. Doskonale rozumiem reakcję Waltera i popieram go w całej rozciągłości. Ma rację, że chce aby wszyscy winni odpowiedzieli za krzywdę wyrządzoną jego mężowi. Inna sprawa, czy faktycznie uda mu się osiągnąć swoje cele. Jeżeli chodzi o bezpośrednich sprawców, to raczej tak, bo to prosta sprawa, jednak jeżeli chodzi o resztę klasy, to już nie takie pewne. To prawda, że za współudział też się odpowiada, ale to nie takie proste żeby udowodnić zamiar. Nie wiem, jak jest w amerykańskim prawie, ale w polskim przestępca musi działać z zamiarem popełnienia przestępstwa. Przypuszczam, że w amerykańskim jest podobnie, ponieważ praktycznie wszystkie systemy prawne oparte są na prawie rzymskim. Trudno będzie Waltowi udowodnić, że cała klasa wiedziała, co chcą zrobić sprawcy oraz popierała ich w tych działaniach a tym właśnie jest zamiar. Może mu się udać doprowadzić do zasądzenia jakichś prac społecznych, ale wątpię czy to będą jakieś dotkliwsze kary. Jeżeli jednak chodzi o Chase’a to sprawa jest bardziej skomplikowana, bo on faktycznie ma już nadzór kuratora i możliwe, że jego kara będzie jednak dotkliwsza. I jeszcze jedna sprawa jeżeli chodzi o Chase’a. Chodzi o słowa Walta, który stwierdził, że gdyby nie wiedział, kto skrzywdził Jamesa, to podejrzewałby właśnie jego. Cóż, muszę się z nim zgodzić, niestety. Może teraz, kiedy Courtney zaczął mu pewne sprawy wyjaśniać Chase zrozumiał, że popełniał błędy i zachowywał się nie tak, jak powinien, ale wcześniej był dokładnie taki, jak powiedział Walt : „Jest agresywny, gnębi słabszych i otacza się podobnymi sobie.” To przykre, ale to prawda. Wiem, że są okoliczności łagodzące, że Chase wyrastał w takiej a nie innej rodzinie, ale są też osoby, które mają nieszczęście urodzić się w patologicznej rodzinie a nie popełniają przestępstw i nie znęcają się nad słabszymi.

    A teraz James. Czy tylko mnie uderzyło, że spełniły się wszystkie jego obawy? Przez cały czas bał się, że zostanie ukarany za to, że jest gejem i faktycznie tak się stało. Od samego początku, kiedy się ujawnił, miał problemy z rodziną z tego powodu. Nie chciał, żeby ktokolwiek w szkole też o tym wiedział i, jak się okazało, miał rację. Miał rację ze wszystkimi swoimi lękami. Trudno teraz będzie Waltowi czy komukolwiek innemu przekonać go, że jest inaczej. Nigdy nie czuł się bezpieczny ze swoją orientacją, jednak nigdy też jej nie kwestionował. Był gejem i godził się z tym, jednak nie chciał, żeby inni szydzili z niego z powodu orientacji. I miał do tego pełne prawo. W jednym z komentarzy czytelniczka napisała: „Ja wiem, że James to ciota, i nie, nie nawiązuje do jego orientacji, tylko jak można aż tak bardzo nie ogarniać życia i pozwalać by inni układali je za Ciebie…” A ja zastanawiam się, czy na tym świecie wszyscy muszą być drapieżnikami? To już nie można żyć sobie spokojnie, swoim własnym życiem, bo przyjdzie jakaś banda nabuzowanych agresją nastolatków i wszystko spieprzą! Nie wszyscy są przebojowi, nie wszyscy są asertywni i nie wszyscy umieją walczyć o siebie. James nikomu nie szkodził, radził sobie ze swoim życiem tak, jak umiał. I wcale nie uważam, że jest tchórzem czy że nie ogarnia swojego życia. Wręcz przeciwnie, doskonale rozumiem jak wiele razy musiał ze sobą walczyć, żeby funkcjonować w miarę normalnie. To taka cicha odwaga, której wielu nie rozumie, dzień po dniu stawać naprzeciwko swoich demonów i mimo tego iść do przodu. James miał swoje życie ogarnięte, normalnie funkcjonował jako nauczyciel i mąż. Radził sobie. Nie radzi sobie natomiast z agresją, bezpośrednim atakiem i homofobią. I śmiem twierdzić, że nawet super odważni twardziele nie poradziliby sobie ze jednoczesnym atakiem czterech napakowanych, agresywnych nastolatków. Naprawdę nie dziwię się, że James też sobie nie poradził. Uważam, że prawa do oceny czyjegoś zachowania nabywamy dopiero wtedy, gdy sami znajdziemy się w takiej samej sytuacji i możemy powiedzieć : tak, złoiłem im skórę wszystkim czterem; nie jestem taką ciotą jak James. Agresja dotyka wszystkich w podobny sposób, czy jesteśmy odważni czy nie. Może tym odważnym łatwiej później dojść do siebie, ale to też nie jest regułą.

    Ok, bo widzę, że rozpisałam się straszliwie :DD. Ale skoro to ostatni rozdział pierwszej części, to chyba mam prawo, zwłaszcza, że był tak bardzo napakowany emocjami, i tymi złymi i tymi dobrymi. Tak, mam teraz na myśli Marshalla, który zachował się po ludzku i po raz drugi (no, może trzeci :)) okazał swoje braterskie uczucia. To taki pozytywny akcent na koniec, oby prognostyk na przyszłość :DD.

    Cóż, pozostaje czekać na następną część i serdecznie podziękować za wszystkie emocje związane z czytaniem obecnie zakończonej :DD.
    Pozdrawiam i do poczytania.

  5. Shivunia pisze:

    kamaija >> Oj, życia można jeszcze bardziej nie ogarniać niż James. Słowo XD Co na pewno nie jest pocieszeniem, ale on po prostu już taki jest. Nie każdy jest takim dzielnym jednorożcem jak Walt który akurat wygrał życie. No ale, nie wszyscy są tacy dzielni.
    Czy przesadził… to się okaże co sąd powie. W końcu chce zemsty ale musi o nią powalczyć, więc i tak małe są szanse aby uzyskał 100% tego czego chce. To chyba też kwestia natury, że chce więcej bo wie, że nie zawsze mu się uda, a dzięki temu i tak udaje mu się brnąć do przodu. A ludzie jak James już w swojej głowie zakładają, że nie osiągną 100% więc… dostają jeszcze mniej. Dość przykre jak się tak człowiek nad tym głębiej zastanowi…
    Czy dobrze Chase zrobił to się z czasem okaże, ale faktycznie ich związek nie był jednym z tych którym przyklaskuje cała rodzina i sąsiedzi razem wzięci. Dlatego to takie łatwe w ocenie nie jest. Ale cóż, Coneya szkoda. To nie zaprzeczę.
    Ludzie to czasami takie debile… ciekawe aż dla ilu my jesteśmy takimi „debilami”….eh eh eh

    Kan >> No proszę, Walt już nie ma pełnego poparcia. I pewnie w tekście też się trafią osoby które tak uważają. Mam też wrażenie, że będzie więcej niż zwolenników, ale to jeszcze się wszystko okaże.
    Co do Jamesa, rozumiem argumenty ale też ciut inaczej podchodzę do jego postaci bo sama go pisze. W sumie taki efekt powinien wywoływać, ale mam nadzieje że z czasem jego rozwój postaci będzie satysfakcjonujący. Nawet jeśli nadal będzie nielubiany XD Chociaż będzie się o nim mówić :P
    Coney ma pod górkę, to fakt, ale chyba też czasami się trochę sam o to prosi… Ten związek już na dzień dobry to nie był najlepszy pomysł ale cóż, stało się ;p zobaczymy co dalej z tego się wykluje
    Marshall i Lil wygrali rozdział? Oh, bardzo dziękujemy, tym bardziej jak pamiętam jak wiele osób było bardzo na nie co do Marshalla. A tu taka niespodzianka :P

    Luana >> Cieszy nas to bardzo. Dawaj znać jak idą ci postępy jak już będziesz czytać. Oby się spodobało :D

  6. kan pisze:

    Również uważam, że Walter przesadza. Rozumiem chęć ukarania sprawców, jestem jak najbardziej za, jednak zemsta na całej klasie to już przesada. Jak kiedyś lubiłem Petersona tak teraz denerwuje mnie ta jego ciapowatość życiowa, no ile można bać się otaczającego świata i własnej orientacji? Do końca życia będzie taki nieporadny? Aż strach się bać co by się stało gdyby teraz Waltera zabrakło.

    Chase, spodziewałem się tego, spodziewam się również, że do siebie wrócą, obawiam się tylko, że ich związek ujrzy światło dzienne i kuratorek będzie miał problemy. Lepiej nie, już dosyć się nacierpiał.

    Niby rozdział dramatyczny ale Marshall i Lil wygrali ten rozdział, rozbawiło mnie zwłaszcza to:”,,,,a od czasu do czasu lubił przewietrzyć to i owo. „. Dobrze, że są, to pomoże Coney.
    Dobrze, że nie czeka nas dłuuuga przerwa :)

  7. kamaija pisze:

    Czy tylko moim zdaniem Walter przesadził? Ja wiem, że James to ciota, i nie, nie nawiązuje do jego orientacji, tylko jak można aż tak bardzo nie ogarniać życia i pozwalać by inni układali je za Ciebie…

    Chase to tchórz, ale myślę, że dobrze zrobił, bo nie dojrzał jeszcze do tej relacji. Dopóki nie zaakceptuje sam siebie ciągnięcie tego dalej, nie ważne czy Courtney skakał by wokół niego jak „dużego” skarbu, nie mialo racji bytu. Nie popierałam ich „związku” od samego początku, ale teraz trochę mi szkoda Kukurydzy. No jednak się facet zaangażował uczuciowo, a pewnie jak miłość miesza w głowie to ludzie robią różne głupie rzeczy. Jak uprawianie seksu z niepełnoletnim podopiecznym pod własną kuratelą…

    I nie ważne jakie masz poglądy: po lgbt czy neutralne. Jak w szkole są anty debile i idioci to nie przegadasz. Na przykładzie moich ludzi z poprzedniej klasy wiem, że jak wypływa tęczowy temat to mogę bronić praw mniejszości rękami i nogami a oni i tak mnie wyśmieją… więc w niektórych beznadziejnych sytuacjach naprawdę nie da się za wiele zrobić.

  8. Katka pisze:

    Kaczuch_A, dokładnie, wykrakaliście XD Na pewno, gdybyście tak nie przewidywali, to by było zuuuupełnie inaczej XD A tak na serio, to wydaje mi się, że po prostu przez te 75 rozdziałów już tak dobrze poznaliście Chase’a, że łatwo było przewidzieć, jak zareaguje. „Fakt mógł młody zareagować, ale od razu poszłaby fama, że też jest pedałem, bo pomaga Jamesowi.” – nooo, tego się własnie bał i niestety było duże prawdopodobieństwo, ze tak się stanie, bo klasa Chase’a nie jest specjalnie inteligentna… „Kurator nieźle to będzie przeżywał.” – oj, niestety tak. On nie jest zbyt… stabilny emocjonalnie, więc takie porażki w życiu osobistym bardzo źle na niego oddziałują. Marshall i Lil bohaterami :D Jak to słodko brzmi. Ale masz rację, gdyby nie oni, to Courtney byłby z tym absolutnie sam…
    Dzięki za wenę oczywiście. Druga część już niebawem, ale początki… och tak, dobrze się do nich wraca i poznaje wszystko na nowo, wyłapując szczególiki :)

    Roka, zdecydowanie nie da się porzucić żadnego opowiadania XD Już nie raz to udowodniłyśmy, hehe. Więc nie musisz się bać o to, że nie będzie ciągu dalszego :) A jeśli chodzi i o konkretne informacje, jak tam kontynuacja, to początkiem lipca damy znać o szczegółach. Więc zaglądaj koniecznie! :D
    Dziękujemy za wenę, zawsze się przydaje :)

    Kasia, na miejscu Courtneya generalnie postąpiłabyś bardzo radykalnie XD Ale nie mówię, że nie popieram, bo chyba już pomijając Chase’a, dla Courtneya by było lepiej, gdyby całkiem się od niego odciął. Może by się wyleczył… Chociaż trudno powiedzieć tak naprawdę. „Teraz będzie mu ciężej bo zobaczył jak może być rodzinnie.” – to prawda. Chase już zaznał takiego normalnego domu i teraz będzie miał mocno pod górę… Im obu szykuje się mało radosny okres. I spokojnie, postaramy się nie zwlekać z kontynuacją :D Jesteśmy dla Was dobre XD

  9. Shivunia pisze:

    Luana >> Nie do końca. To ostatni rozdział pierwszej części. Co do tego kiedy będzie kolejna jeszcze będziemy informować ;)

    Tess >> Niestety zgadzam się. Dla niego to takie abstrakcyjne, że coś jest inne niż było zawsze i u każdego. Nigdy nie uważał się za wyjątek od reguły a co za tym idzie nie chciał nawet być wyjątkowy. Wręcz przeciwnie chciał mieć dom jak inni uczniowie, rodzinę jak inni i dziewczynę jak inni. A tu naglę wszystko się dziwnie porobiło kiedy pokochał swojego kuratora. Nie tak zakładał że będzie. A teraz zwyczajnie o tym wszystkim sobie przypomniał i spanikował. Jak piszesz, koledzy też nie pomogli. Przemoc eskaluje, jest jak fala, która nie zatrzymana tylko nabiera na sile. To takie smutne, ale w tamtym środowisku takie naturalne przez co Chase wiedział jakby się skończyło jakby teraz ktoś się dowiedział.
    Jimmy jest faktycznie biedny, ale lepszego faceta sobie nie mógł w tej chwili wymarzyć. „jednak wiedząc jak to wyglądało z trochę innej strony, pociągnięcie całej klasy do odpowiedzialności to według mnie za dużo” – podobnie myślę, ale pytanie jak to się skończy? Walt umie pociągnąć za dobre sznurki. :( Ogólnie smutno sie na koniec porobiło. Nieciekawie. A Marshall widzę, że wielu zaskoczył. Co jest CAŁKIEM kochane :D

    Maruda >> Taaa, James nie jest zbyt silny psychicznie i nie za bardzo boi się bólu… ale mimo wszystko nie widzę go aby zrobił sobie coś… nieodwracalnego. Chociaż kto wie. Wcześniej nie stało mu się nic aż tak poważnego. Walter ma powody do troski. I złości. Szkoda tylko, że to wszystko nie jest takie czarnobiałe. Było by pewnie łatwiej tylko nienawidzić… Tak samo Courtneyowi było by łatwiej gdyby to się wydarzyło wcześniej. W końcu brał taka opcje pod uwagę. Ale… niestety jest to ale. Na szczęście tak jak piszesz od tamtego czasu zyskał naprawdę porządne wsparcie brata. No i ma Lila. Psy są w takich sytuacjach cudowne.

    Damiann >> Chyba jednak jesteśmy trochę przewidywalne skoro wszyscy wiedzieli, że Chase z nim zerwie. A jednak wywołało to emocje, dawno nie było u nas tyle komentarzy. Bo tak jak mówisz, z jednej strony całkiem realne zagrożenie, Chase przekonał się na własnej skórze jak to może być jak wyjdzie że jego dziewczyna jest jednak facetem. Z drugiej strony jakby całe życie się obawiać… to by się skończyło jak młody Philip Newton, który bał się każdego i dlatego był nękany. Patowa sytuacja. Chase na pewno tego dość długo nie analizował. Zwyczajnie stchórzył. A Coney za dobrze też tego nie przyjął.
    Taaa, jeśli chodzi o paczkę Chase’a to nie pomogła mu za bardzo a raczej nie pomogła w zachowaniu tego związku. I zgadzam się, ze anal to anal. To niestety z nich wychodzą takie zaściankowe przekonania i myśli. A jeszcze się wzajemnie nakręcają. W takiej grupie ciężko wyjść przed szereg, za co osobiście podziwiam Raphaela.
    Taaa… Walt się ostro wkurzył. Oto dowód że on wcale takim milusim pączusiem nie zawsze jest. Marshall na natomiast. Cóż, wg mnie to dłuższa rozprawka odnośnie jego akceptacji brata. Ale prawdaaaaa, słodki bywa :D

  10. Kasia pisze:

    Moja złość na Chasea trwa nadal, a nawet się powiększyła po reakcji Courtneya. Niby wiem że to gówniarz, ale do dupy bladej dlaczego jest takim tchórzem? Na miejscu Courtneya załatwiłabym mu zmianę kuratora. Chce być sam, to niech zobaczy, a właściwie przypomni sobie jakie to fajne. Teraz będzie mu ciężej bo zobaczył jak może być rodzinnie. Courtney ma wsparcie brata i to mnie trochę pociesza, choć nie sądzę żeby Marshall rzeczywiście coś zrobił Chasowi. Jeśli już to skończy się na pyskówce. Ech no nie za ciekawa ta sytuacja. Dzięki dziewczyny i błagam nie zwlekajcie z tą drugą częścią. Buziaki 😚

  11. Roka pisze:

    Strasznie sie ciesze, ze kolejny rozdzial sie pojawil, ale z drugiej strony smutno ze ostatni :( mam wielka nadzieje, ze nie porzucicie tego opowiadania, bo to jedno z waszych lepszych. Bede z niecierpliwoscia czekac na jakies informacje odnosnie kontynuacji, bo jest w planach kontynuacja? :D

    Duzo weny zycze :))

  12. kaczuch_A pisze:

    No to się porobiło. Większość z nas zakładała taki scenariusz po ostatnim rozdziale, że Chase stchórzy. No i wykrakane. W ogóle popieram Waltera, żeby wpakować gnojków do paki, ale nie wiem co on chce zrobić, z resztą klasy. Ta gadka, że podejrzewałbym Chase’a to było trochę poniżej pasa. Mam nadzieję, że jednak trochę ochłonie. Fakt mógł młody zareagować, ale od razu poszłaby fama, że też jest pedałem, bo pomaga Jamesowi. Fajnie wspomniane w komentarzach było, że Chase ma niedojebane środowisko w okół siebie, nie ma co się dziwić, jakby wyszło na jaw że Coney to facet, byłby koniec. Zmieszaliby chłopaka z błotem. Szkoda mi Kukurydza, cholernie, po prostu Chase zachował się szczeniacko, jego „kocham cię” w cale nie miało pokrycia. Kurator nieźle to będzie przeżywał. Marshall i Lil to bohaterowie tego rozdziału, bardzo przyjemne i miło dla serducha się zrobiło, jak pomogli ogarnąć Courtneya. Teraz niech jeszcze Tank zacznie smutać, bo nie będzie się z nim widział i będzie komplet. Mam nadzieję, że braciszek młodemu co nieco nagada. I z jednej strony mogliby wrócić do siebie, ale jakby kurator ułożył sobie z kimś innym życie to byłoby mu lepiej…

    Chociaż, ta rodzinka którą stworzyli i w Nowy Rok pokazali, to było swoją drogą całkiem przyjemne.

    Czekam na drugą część, duuużo weny~! I zabieram się za czytanie od początku~! <3

  13. damiannluntekurbus17 pisze:

    Tess w sumie dobrze napisala. Przeczytalem sobie jeszcze raz rozdzial i uznalem, ze Chase sie obraca w niekorzystnym dla siebie towarzystwie. Koledzy najlepiej by go wmieszali znowu w jakies gowno pewnie, namawiali do przemocy… Tyle mowili o popieraniu agresji, a ja ich tolerowalem? Moze to przez pozna pore? :OO

  14. Luana pisze:

    Małe pytanka. :) Czy to już ostatni rozdział? Czy jeszcze coś będzie dalej? Zamierzam się zabierać za ten tekst jeżeli to już koniec. Jeżeli nie to jeszcze poczekam. :)

  15. Tess pisze:

    Ech, wiedziałam, że tak będzie… Chase się nawet nie uważa za homoseksualistę, nawet ciężko mu przyjąć do wiadomości, że jest bi i może zdał sobie sprawe z tego, że kocha Coneya, ale to nadal dla niego takie… Abstrakcyjne. Z jego obecną mentalnością było dosyć oczywiste, że tak to się skończy. Koledzy także nie pomogli, to trzeba przyznać. Raphael jako jedyny zachował się normalnie, reszta jak jakieś zwyrodnialce najgorszego sortu. Ja rozumiem takie środowisko, brak tolerancji dla innej orientacji, ale żeby taką ciężką przemoc fizyczną tolerować? To jest już dla mnie wyższy level idiotyzmu.
    Cholernie żal mi Petersona, ale Walt się już nim zajmie… Chociaż do szkoły to już na pewno nie wróci. Na miejscu prawnika dążyłabym do takiego samego rozwiązania sprawy, jednak wiedząc jak to wyglądało z trochę innej strony, pociągnięcie całej klasy do odpowiedzialności to według mnie za dużo. Tak się tylko mówi, że trzeba reagować, ale rzeczywistość nie jest taka kolorowa. Chociaż przyznam, że ktoś mógł jednak zawiadomić nauczycieli, a nie koniecznie działać w pojedynkę…
    Przykro mi no. Jedynym pozytywnym elementem tego rozdziału to był chyba Marshall. Jestem ciekawa czy coś zrobi.

  16. Maruda pisze:

    Żadnej innej reakcji nie spodziewałam się po Walterze. Dobrze, że poprosił Davida o spędzenie z Jamesem czasu bo też uważam, że mógłby coś sobie zrobić (przez chwilę nawet pomyślałam, że do tego nawiązuje tytuł).. jednak dość oczywistym było, że Chase zerwie z Coneyem ze strachu. Ta relacja po prostu nie mogła się dobrze skończyć. Chase to dzieciak i szkoda mi Coneya, że został tak bardzo przez niego zraniony. Marshall sprawdził się jako brat. On i Courtney mają teraz całkiem dobry kontakt. Poza tym kumple Chasa to idioci.. jedynie Raphael wykazał się zdrowym rozsądkiem i plus za staranie się przemówić reszcie do rozumu. Jestem bardzo ciekawa jak to się skończy..

  17. damiannluntekurbus17 pisze:

    Odliczalem sekundy i w koncu sie doczekalem.
    Wiedzialem, ze Chase z nim zerwie, ni to bylo takie oczywiste. Z jednej strony racja, ze moga jego gnoic, ze Courtney straci prace i w ogole, a z drugiej strony szkoda, bo jakby tak myslec, to cale zycie obaj powinni byc sami. A ciagle nie mozna patrzec na to, co mowia inni. Moga tez zerwac kontakty z toksycznymi znajomymi albo sie wyprowadzic…
    Z calej paczki chyba tylko Raphael jest w porzadku. Mysle, ze w sumie nawet moglby zaakceptowac Chase’a. Moze tamci tez, ale co do tego jednego jestem na 80% pewny :D W ogole te gadanie, ze anal z dziewczyna jest inny… dupa to dupa. Co za roznica czy meska czy damska. W srodku jest to samo prawie… Hipokryci. Polowa populacji uprawia seks analny, wiec czemu ludzie tak bardzi sie czepiaja, ze geje sobie wsadzaja. To tak jakbym ja sie przyczepil i powiedzial, ze ssanie piersi podczas seksu jest chore, bo tylko dzieci moga ssac z nich mleko.
    I podoba mi sie zawzietosc Walta. No i reakcja Marschalla. To slodkie, ze w koncu zaakceptowal orientacje brata i jeszcze tak go broni i martwi sie o niego…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s