Across The Cursed Lands III – 53 – Wyprawa mięsa armatniego

William brzydził się tym, co robił, ale nie okazywał tego swoją miną ani postawą. Nie wahał się, dłonie mu nie drżały. Od kiedy zaczął pracować dla Tajnej Agencji Bezpieczeństwa i Wynaturzeń, jego dłonie zdobyły wiele doświadczenia w tym, czego nie spodziewały się robić nigdy w życiu. Dzierżyły broń palną i zabijały ludzi. Zamieniły jeden narząd na inny. A teraz jeszcze… torturowały człowieka. Nie miał pojęcia i nawet nie myślał nad tym, czy zmieni go to jakoś na dłużej. Czy za dziesięć lat będzie się budził, zlany potem, myśląc o tym, co robił w 1873 roku. Miał nadzieję, że nie. Ale nawet jeśli, to była to cena za bezpieczeństwo kraju.
Gdy John Smith wydarł się w mokry knebel, William tylko uniósł na niego zimne spojrzenie i mocniej docisnął szczypce. Mężczyzna na szerokim, dużym fotelu przyniesionym tu od najbliższego golibrody, zatrząsł się, próbując się wyrwać. Jego ręce i kostki były przywiązane do oparć i nóg fotela. W pasie też był przewinięty materiałem, by jego ciało było jak najbardziej nieruchome. Był mokry od potu i oddychał bardzo płytko. Lecz William wiedział, że nie straci przytomności, ani nie umrze. Dbał o to.
— Może teraz spróbuje generał zadać mu jakieś pytanie — zasugerował, kiedy odsunął narzędzie i wyprostował się. Miał na sobie skórzany fartuch, a na dłoniach rękawice. Nie chciał się ubrudzić.
Nicholasa te słowa musiały wyrwać z letargu, w jaki wpadł, patrząc z podziwem i strachem na to, co robił lekarz. Wyglądało to potwornie, ale przy tym wyczuwał pewność w czynach Williama.
Odchrząknął i podszedł do Johna Smitha.
— Kto jest twoim szefem. Kto jest twoim przełożonym?
Smith zmarszczył nos, a Nicholas wyciągnął mu z ust knebel. Popatrzył na niego wyczekująco.
— Burton, sukinsynu — warknął.
To było… zaskakujące. Smith wreszcie mówił. Wreszcie pękł. Niestety Nicholas miał nadzieję, że powie coś innego. Bo o Vincencie Burtonie słyszeli już od szeryfa. To go nie urządzało. Nawet jeśli wielkim przełomem było złamanie Smitha po niecałej godzinie oddania go w ręce Williama.
Skrzywił się brzydko i z niechęcią patrzył na ciężko dyszącego mężczyznę. Nie pasowało mu, że ten wymówił to nazwisko. Przez to nic nie trzymało się całości. Burton był przecież przed Smithem, choć skoro zniknął z Waszyngtonu, mógł dowodzić z innego miejsca.
— Jaki jest wasz cel? — spytał, aby nie tracić tego cennego momentu, kiedy Smith miał wszystkiego skrajnie dość.
Więzień uśmiechnął się słabo. Nie miał nawet siły unieść głowy.
— Myślę, że to już wiesz. Mały Nicku.
— A ja myślałem, że chcesz mówić, by nie wrócić w ręce lekarza. — Generał uśmiechnął się krzywo. — Chcę to usłyszeć z twoich ust.
Smith wciąż grał twardego, mimo że zaczął się spowiadać. Ale oczy go zdradzały. Już któryś raz zerknął nerwowo w kierunku Williama usuniętego kawałek w cień, lecz wciąż był obecny w pomieszczeniu. Wciąż w fartuchu, gotów sięgnąć po narzędzia.
— Naszym celem jest obmycie tego kraju. Nie… celem Burtona jest obmycie tego kraju. Ja po prostu brzydzę się wszystkich plugastw chodzących po tej ziemi. — Przekręcił głowę i splunął na drewnianą posadzkę celi. — Czuję, jak powietrze zatruwa się od oddechu brudasów i idiotów czczących swojego Boga. A kutas mi wiotczeje, gdy widzę upośledzone kobiety. Gdy mam możliwość się tego pozbyć, czemu mam tego nie robić? — Sapnął głośniej i przełknął ślinę. Jego rany musiały doskwierać bólem. — Oszczędź mi odpowiedzi.
Nicholas miał ochotę uderzyć go w twarz, ale zrezygnował, wiedząc, że jedynie by zaszkodził. Jeszcze by zemdlał.
— Bardzo w takim razie źle trafiłeś — burknął i pchnął go w ramię, chcąc lepiej widzieć jego twarz, która opadała. — Jak chce tego dokonać? Gdzie teraz jest?
Widząc zawahanie na twarzy Smitha, William zrobił mały krok do przodu. Smith od razu drgnął i odparł:
— Na szlaku do Richmond. Idź i sam się przekonaj, skurwysynu — warknął. — Ale licz się z tym, że nie wrócisz, by opowiedzieć o tym potomnym.
Nicholas słuchał go, ale nie ufał mu. Domyślał się, że właśnie był pchany w pułapkę. I jak faktycznie coś mogło być tam, gdzie wskazywał Smith, to nie spodoba mu się to, co zastanie.
— Co tam jest?
— Burton… i jego zabawki — odpowiedział Smith, jakby z rozbawieniem.
Nicholas zaklął pod nosem, lecz nie zadał kolejnego pytania. Spojrzał na lekarza i wskazał mu Smitha. Musiał go jeszcze nastraszyć, żeby ten wiedział, że nie taką odpowiedź chciał usłyszeć.
William nie zawahał się i podszedł do Smitha. Ten patrzył na niego twardo, niemal nie oddychając. Ale gdy tylko usłyszał szczęk metalowych narzędzi, pospiesznie zwrócił się do generała.
— Jesteś tępy, czy udajesz?! Nie spotkałeś już tego, co trudno zabić? Mało dowiedzieli się twoi zawszeni ludzie?! Burton wie, że trzeba działać siłowo, więc wszystko postawił na bezmózgą moc zaklętą odrobiną upiorytu, mechaniki i medycyny. Niczego nowego się ode mnie nie dowiesz, Orkenzy. Możesz zapytać siostry… — Uśmiechnął się podle na koniec. — Ona w tym siedzi od lat.
Nicholas znowu się skrzywił. Pochylił się do Smitha, czując, że ten mógł go w akcie wrogości opluć, ale zaryzykował.
— Rozkoszą jest słuchanie, jak mówisz ze strachu — wycedził mu w twarz. Nie chciał słuchać o Jess, chociaż może powinien. Smith mógł coś wiedzieć.
Jego suche, drżące usta po raz kolejny wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu, jakby wcale nie przegrał. William za to czekał na kolejny ruch Nicholasa. Właściwie mieli informacje, które wystarczyłyby im, żeby ruszyć w pogoń za Burtonem. Mogli zabić albo osadzić w najciemniejszej możliwej celi Smitha, ale Nicholas miał dla niego inne plany.
— Dlatego jeszcze nas nie opuścisz. Na pewno cieszysz się, że nasz lekarz jeszcze się tobą zajmie, kiedy wspólnie udamy się tam, skąd mam niby nie wrócić żywy.
Więzień wykrzywił usta, lecz nic już nie odpowiedział. Jego głowa ciężko opadła do tyłu. Zaś oprawca zdjął rękawice i zwrócił się do generała:
— Zadbam o to, by był gotowy do drogi. Mam nadzieję, że prezydent nie będzie miał nic przeciwko, by go zabrać.
— Nawet jeśli, to go przekonam — odparł formalnie Nicholas i jeszcze raz popatrzył na wycieńczonego Smitha. — Nie odpuszczaj mu. Takich ludzi nie obejmuje przysięga lekarska — mówiąc to, położył Williamowi dłoń na ramieniu. — Poradzisz sobie? — spytał, chcąc wyjść, aby przekazać dalej wieści.
— Oczywiście.
Nicholas skinął głową i zostawił lekarza ze swoją ofiarą, aby zameldować o postępach w śledztwie i zorganizować wyprawę w stronę Richmond. Czuł, że będą potrzebować dużo broni. A nazwisko Burtona pobrzmiewało mu w głowie jak echo…

***

Wdowa, która gościła ich na te kilka nocy, była miłą kobietą. Na tyle miłą, że dawała im dużo prywatności i wiele przesiadywała u sąsiadki. Dzięki temu Eddie, Malvin, Jefferson i William mogli spokojnie przygotowywać się do drogi, kręcić się po całym domu i nikomu przy tym nie przeszkadzali.
William niedawno wrócił z aresztu i teraz, mimo że jeszcze nie było najpóźniej, zażywał kąpieli. Był ubrudzony, a smród celi Smitha przeszedł przez jego ubrania. Adela z kolei udała się z Nicholasem i Maverickiem na rozmowę do prezydenta, podczas której mieli potwierdzić, że jutro wyruszają w kierunku Richmond. Richmond, z którego dopiero co przyjechali.
— Jak skończeni idioci. Mieliśmy pewnie to pod samym nosem! — Jefferson siedział na fotelu w salonie i kręcąc głową, czyścił swoje rewolwery. Musiał być przygotowany, a najgorszą rzeczą, jaka mogła się im przytrafić, to zacinająca się broń. Nawet jeśli mieli inną, specjalnie na te kreatury, to dobry rewolwer nie mógł mu zaszkodzić.
Aż dziwnie było mu teraz rozważać zapowiadającą się rozpierduchę, kiedy siedział w tym urokliwym pokoju gościnnym. Dom całym swoim wnętrzem pokazywał, że należy do starszej, samotnej kobiety, która lubiła kwiatowe wzory. Pochwaliła im się chyba każdym obrusem, który sama wydziergała. A było ich mnóstwo. Firanki miały kolorowe ozdoby, podobnie jak wiszące na ścianach dywany. W żarcie William zapytał jej, czy nie ukradła tego przypadkiem okolicznym Indianom, ale nie zrozumiała jego dowcipu.
— Nie wiedzieliśmy wtedy tego, co teraz — odpowiedział Malvin, z kolei siedzący na drewnianym zydelku przy płonącym kominku. Dopiero co wrócił z dużych zakupów, kiedy z Eddiem przywieźli więcej amunicji, kilka nowych koców i prowiant. Ogrzewał zimne dłonie przy ogniu.
— Za dużo nie wiedzieliśmy. — Jefferson znowu się skrzywił, ale chyba też nie chciał za bardzo drążyć tego tematu. — Teraz na szczęście to mamy. Na długo nie udało się uciec przed śmiercią. — Zaśmiał się, puszczając oczko do Williama, który właśnie wrócił do salonu w ciepłym szlafroku.
— Zastanawiam się, czy powinienem celować do popleczników Smitha, czy kostuchy za twoimi plecami, Jeff — odpowiedział na jego słowa, zajmując kanapę bliższą fotela Jeffersona. Opatulił się szczelniej szlafrokiem.
Ranger zaśmiał się znowu.
— Zaczynam się z nią lubić. Coraz częściej wpada. Niestety nie jest w moim guście. Chociaż ty też byłeś blady jak truposz. — Skinął znowu na lekarza.
Eddie i Malvin przysłuchiwali się temu. Kowal pierwszy raz widział między nimi ten specyficzny flirt, jaki uprawiali. Wcześniej, nim nie wiedzieli, że nie gardził męskimi wdziękami, hamowali się z tym.
— Od kiedy ze sobą jesteście? — zapytał Malvin, zaciekawiony ich kontaktami. Na rzecz rozmowy przesiadł się tak, by teraz plecami siedzieć do kominka, a przodem do pary.
— Trudno to określić w czasie. Ale zaczęliśmy stanowić namiastkę pary jeszcze przed przybyciem do ciebie pierwszy raz — wyjaśnił William, żałując, że nie miał żadnych nasion do poskubania.
— Och… — Malvin niespodziewanie się speszył i popatrzył na Rangera. — To znaczy, że kiedy my…
— Namiastkę, Malvin. Nic wtedy nie było jeszcze nazwane. — Jefferson uspokoił go gestem dłoni. — Już wiem, że to był błąd, ale wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. To była moja wina, ty o niczym nie wiedziałeś — wytłumaczył, sam zaskoczony, jak spokojnie to objaśniał. — Obaj na tej drodze popełniliśmy kilka błędów, ale określenie, od kiedy… — Wzruszył ramionami. — Chyba trochę nam w tym pomogłeś — uzupełnił, bo właśnie przez seks z Malvinem kilka rzeczy sobie z Williamem powiedzieli.
Traper zerknął na lekarza w obawie, że ten w przeciwieństwie do Jeffersona miał mu to za złe. Cóż, właściwie William podskórnie winił też Malvina, ale wiedział, że nie było to racjonalne. Dlatego odpowiedział również bez wyrzutów.
— Tak, dzięki temu nasz związek stał się związkiem. Nie czuj się z tym źle.
Traper powoli wypuścił powietrze i przytaknął. Uśmiechnął się z rozluźnieniem, choć nie czuł się w pełni swobodnie. Uprawiał seks z zajętym mężczyzną. A teraz nie dość, że siedział naprzeciwko niego, to jeszcze przy tym był ten poniekąd zdradzony partner. I na domiar złego był tu Eddie, który słuchał o tym, jak oddał się Rangerowi. Miał wrażenie, że wypadał dość blado, a na pewno tyczyło się to jego moralności. Było mu przez to gorąco, nie tylko od ognia z kominka.
— Właśnie. Ja za to mam uraz do korbarów. — Jefferson zaśmiał się i zerknął na Williama z wrednym uśmieszkiem.
— Ma to jakiś związek z polowaniami na nie? — spytał Eddie, bo nie widział związku między tematami.
— Raczej z właściwościami, jakie dają ich czaszki — wyjaśnił oględnie lekarz. — Ale to nieistotne. Obaj wybaczyliśmy sobie swoje małe grzechy. Choć ja i tak jestem na minusie przez wszystkie te razy, kiedy Jeff nazywał mnie jakimś zwierzęciem… Albo kiedy raz udał, że mnie porzucił w dziczy… — dodał chłodniej, patrząc na swojego partnera przeszywająco.
Ten od razu wybuchnął śmiechem. Aż musiał odłożyć broń, aby zasłonić usta.
— „Jeff? Och, Jeeeff? Gdzie jesteś? Jeff!” — przedrzeźniał go, nadal się śmiejąc. Był taki żywy, oczy uśmiechały się przy tym do lekarza, jak cała jego twarz.
A ten choć z urazą wspominał tamtą sytuację, poczuł, jak jeden kącik ust wbrew jego chęciom uniósł się wyżej. Wszystko przez to, że gdyby nie operacja, nie mógłby go takiego oglądać. Radował się, kiedy miał go zdrowego przy sobie.
— Wiesz co jest najlepszym dowodem na to, że inne serce w twojej piersi cię nie zmieniło? To, że wciąż jesteś dupkiem, Jeff — oznajmił z powagą.
Nawet Malvin, który po poprzednim temacie czuł się nieswojo, uśmiechnął się.
— Oooo… — Ranger wskazał Williama palcem i pogroził nim. — Nawet mi nie przypominaj o nim. To nadal numer w stylu tego z Kansas. Kompletnie wbrew mojej woli — wypomniał mu, ale nadal z uśmiechem na ustach.
— Will jednak ma rację. Nic się nie zmieniłeś, Jeff. Poza tym, że… chyba jesteś silniejszy? — spytał Eddie, niepewien, czy tylko on miał takie wrażenie, czy ktoś inny także to zauważył. Jakby nie patrzeć, poznał Rangera, kiedy ten był już zarażony.
— Oj jest… — dodał ciszej William. I założył nogę na nogę. Zupełnie jakby chciał zasłonić coś, co mogłoby tam za chwilę zanadto widać.
Jefferson przewrócił oczami, kręcąc głową z niedowierzania wobec swojego partnera, a Eddie z klasą to zignorował i spytał:
— Myślisz, że co jest powodem?
— Mam nadzieję, że nie to, co mi wepchnęliście do piersi. Bo wybacz, ale nadal wydaje mi się to mocno… nie do końca. Nawet jeśli tylko dzięki temu żyję — odparł Ranger i powstrzymał się przed dotknięciem swojej klatki piersiowej, gdzie była ciągnąca się przez mostek blizna.
— Nie wiem, czego to zasługa, bo akurat ta dziedzina medycyny nie jest powszechna. Takich operacji się nie wykonuje, ale jestem pewien, że skoro nam się udało, to na pewno inni będą w przyszłości próbować — dodał William, samemu mając ochotę dotknąć piersi Jeffersona. Darował jednak sobie i grzał się jedynie ciepłem od kominka, a nie drugiego ciała. — Ale… moja mama chyba byłaby dumna.
— Chyba? — Jefferson prychnął i popatrzył na lekarza z lekkim niedowierzaniem. — Na pewno byłaby dumna. Mieliście takiego samego medycznego świra.
William przytaknął, myśląc nad tym. Jefferson miał rację. Marion Lockerbie też miała zapędy do medycznych eksperymentów i na pewno z chęcią przyjrzałaby się klatce piersiowej Rangera.
— Chyba rzeczywiście…
Nie skończył swojej myśli, ponieważ niespodziewanie rozległ się dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Zaraz po tym dobiegły ich głosy Adeli, Mavericka i Nicholasa, którzy musieli wrócić ze spotkania z prezydentem. Cała czwórka w saloniku od razu z uwagą spojrzała w tamtym kierunku. Byli ciekawi i było to naturalne, bo teraz mieli ostatni moment wytchnienia.
— I jak? — Jefferson pierwszy nie wytrzymał, aż poprawiając się na swoim miejscu z podekscytowania.
Trójka, która właśnie weszła do salonu, wyglądała na… przejętą. Jakby rozmowa potoczyła się inaczej, niż się spodziewali.
— Nie uwierzycie… — zaczął Maverick, rzucając swój kapelusz na najbliższą szafkę. Na jego rondzie widać było śnieg. — Burton, o którym mówił Smith, to nie ten sam Burton, o którym mówił szeryf! Tylko jego zawszony bratanek!
— Czyli jest dwóch Burtonów? — spytał Jefferson. — Gdzie jest ten drugi? Kto to?
— I to jest najzabawniejsze — odparł kwaśno Nicholas, także pakując się do salonu, prosto do ognia w kominku. — To człowiek w rządzie.
— Już od dawna jest w rządzie i Grant miał go za zaufanego człowieka — dodała Adela, która wyglądała na najbardziej oburzoną. Rozpinała swój długi płaszcz, jakby chciała rozerwać wszystkie guziki. — Opowiadamy prezydentowi, czego się dowiedzieliśmy. Że Smith coś wypaplał, że Burton wszystkim steruje… i Grant na to „Michael Burton”? Wiecie kim jest? Czarnoskórym albinosem! Nic dziwnego, że ma hopla na punkcie swojej skóry!
— Zgadzałoby się to z tym, co mówił Show i czego się dowiedział. — Nicholas psyknął pod nosem. Był wyraźnie wkurzony. Też na siebie, że od razu nie spytał Smitha, o jakiego Burtona chodzi. W końcu, gdyby prezydent nie naprowadził ich na tego drugiego, to goniliby swój ogon.
— Dobrze, ale skoro ten człowiek jest w rządzie i już wiemy, jak się nazywa, to czy nie możemy od razu go przymknąć? — zapytał w końcu Malvin, obok którego stanął Nicholas. Obaj byli najbliżej kominka.
— Tu jest pies pogrzebany — odpowiedział Maverick, siadając ciężko na jednej z kanap. — Grant mówił, że Burton często jeździł do Richmond w sprawach służbowych. Ponoć nieopodal ma rodzinę i ją odwiedza. To by się zgadzało, jeśli na tym trakcie znajduje się ich… siedziba. Dowiedzieliście się czegoś z przeanalizowanych map? — dopytał kowala i trapera, którzy mieli za zadanie rozpatrzeć możliwą podróż na południe.
— Jest kilka różnic między niektórymi, tym bardziej w latach, ale to nic za bardzo nam nie daje. Chyba że uznamy, że to podejrzane, że znikła pewna droga z upływem lat? — zapytał Eddie, bo wcale nie był pewien, czy to dobra poszlaka.
— Burton też znika i nic dobrego z tego jak do tej pory nie wynikło. Musimy go znaleźć, więc może to jest jednak poszlaka. — Nicholas grzał się przy ogniu, bo czuł, jak od metalu bardziej się wychładzał. Choć emocje i adrenalina od środka mocno go rozgrzewały.
— Oczywiście Burtona obecnie nie ma w Waszyngtonie. Prawdopodobnie jest właśnie tam, gdzie „jego rodzina” — dodał Maverick. — Mamy rozkazy wyruszyć z samego rana. Nie ucieszycie się tylko, jak powiemy, że…
— Że jesteśmy mięsem armatnim — skończyła za niego Adela z krzywym uśmieszkiem. Rzuciła płaszcz na fotel i założyła ręce pod biustem. — Grant się boi, i słusznie, że gdy wyśle z nami oddział wojskowych, to Burton szybko się o tym dowie i przygotuje się, zanim zdążymy tam dojechać. Dlatego jedziemy tylko my. Mamy go powstrzymać, unieszkodliwić i… i w sumie tyle. Grant uznał, że jeśli nam się nie powiedzie, to Burton i tak się dowie, że już wszystko wyszło na jaw i dopiero wtedy puści w ruch oficjalne oddziały.
Eddie zrobił trochę większe oczy.
— Czyli za ojczyznę? Jest nas ósemka. Z kilku ludzi, jakby dał, to chociaż byśmy zdążyli zapukać do drzwi — mruknął, bo nie było mu na rękę ginąć w sprawie, w którą wkręcił się tylko dlatego, że był kowalem i znał się na protezach.
— Jeśli ma więcej ludzi niż w Charleston, to będzie pogrom. — Jefferson też się śmiał, ale mniej gorzko. Jego po prostu to bawiło.
William za to westchnął cichutko.
— Naprawdę miałem nadzieję na ten dom na południu…

***

John Smith był związany, zakneblowany i wyglądał, jakby był już tym wszystkim zmęczony. Opatulili go ciepło, związali ręce, na głowę naciągnęli okrycie, kaptur i jeszcze bardziej go związali, tak że Smith nie za bardzo miał jak się ruszać. Miał zatkane usta, był przywiązany do siodła, ale przynajmniej mógł odpocząć, bo nawet kiedy nie pilnował się, aby siedzieć równo w siodle, liny trzymały go na swoim miejscu. Konia też nie mógł zmusić, by po prostu razem z nim uciekł, bo ten został przytroczony lejcami do siodła wałacha generała. Nie miał szans ucieczki, ale było mu względnie ciepło, a przecież był wykończony przesłuchaniami. Na lekarza nie mógł patrzeć, więc przysypiał, kiedy reszta zbierała się do drogi.
Był bardzo wczesny ranek, a słońce dopiero niedawno się pokazało. Niczym przez mgłę słyszał, jak siodłano konie, jak te niecierpliwiły się przed drogą. Słyszał też krótkie rozmowy. I co najgorsze, miał wrażenie, że usłyszał nawet „daj buziaka, nim ruszymy”. Na pewno wypowiedziane męskim głosem. Do innego mężczyzny. Gdy analizował go z niesmakiem, Adela z politowaniem patrzyła, jak Isaac Hamilton żegnał Betty Colins stojącą w progu hotelu.
— Tylko wracaj, bo jak wiem, jaki masz kod do sejfu, to poza nim jeszcze chcę tego twojego skarbu, którego trzymasz w swoich eleganckich spodenkach. — Betty mówiła, pocierając dłonią w rękawiczce całkiem nisko po biodrze Isaaka.
Adela wręcz nie potrafiła uwierzyć, że ktoś mógł tak midgalić się do Hamiltona. Przecież był on potwornie irytującym człowiekiem. Czyżby naprawdę był taki dobry w łóżku…?
— Wrócę, gdy tyko wszystko załatwimy — zapewnił Isaac, choć nie mógł być pewien, czy w ogóle przeżyje tę wyprawę. — Nie uwiedź zbyt wielu mężczyzn w mieście… Dobrze wiesz, że żaden nie zapewni ci tego, co ja.
— Ale kilku na raz już może, więc się pospiesz i… — Betty zauważyła nad jego ramieniem, że byli obserwowani. I to przez kobietę będącą swoistą słabością jej obecnego kochanka. Pociągnęła go więc bliżej i szepnęła do ucha, nie tracąc kontaktu wzrokowego z Adelą. — I nie przystawiaj się do niej. Dowiem się.
Adela wywróciła oczami i wskoczyła na swojego konia. Opatuliła się szczelniej chustą pod szyją i szarpnęła lejcami, by dołączyć do Mavericka mającego prowadzić całym ich pochodem. Nie zamierzała dłużej obserwować tych zalotów.
Tymczasem William obejrzał się na Isaaka całującego się na pożegnanie z Betty Colins i szepnął do Jeffersona:
— Kobiety mają dziwny gust. Ja bym go nie dotknął skalpelem.
— Przynajmniej w czymś się zgadzamy. Obślizgły kutas z wąsikiem. — Jefferson nie oszczędził, i tym razem, mężczyźnie epitetu.
Wszyscy wiedzieli już, jak bardzo ta dwójka się nie lubiła. Nawet nowi, w tym Malvin i Eddie. Nicholas nie mówił, że posłałby go na pierwszy ogień, bo nie miało to sensu. Udawał więc, że nawet lubił Isaaca, który pewnie i tak miał to w poważaniu.
Kilka minut później ruszyli już w drogę. Ich bagaże w większości pełne były amunicji i wszelakiej broni mającej im pomóc przeżyć tę ostateczną wyprawę, jak i unicestwić to, co czyhało na nich u celu. Musieli też zabrać sporo koców, ponieważ zima w tych rejonach była bardzo biała i mroźna.
— Na razie kierujemy się wzdłuż rzeki Potomak — powiedział Maverick, który uzgodnił to jeszcze wczorajszego wieczora z Malvinem. — Potem będziemy odbijać na zamknięty szlak na zachód.
— Ciekawe, że w sumie znowu chodzi o czarnych — zauważył Jefferson i popatrzył po nich. Brakowało im w grupie kogoś, kto jeszcze bardziej swoją osobą mógłby zirytować ich przeciwnika. Głośno jednak nie mówił, że na pewno z poglądami Burtona co do nienawiści do mniejszości i tak nieźle wpasowywali się w grupę docelowych ofiar Burtona.
— Nie tylko czarnych. Ale między innymi — wtrąciła Adela, jadąca z przodu z Maverickiem. Miała nadzieję, że zamknięty szlak nie będzie nieprzejezdny dla koni.
— Kiedy jeszcze nie było was wszystkich w Waszyngtonie — odezwał się Isaac — poza szukaniem informacji o pannie Orkenzy prześledziłem dokładnie wszystkie doniesienia związane z Klanem. Niepokojąco nasilały się w kraju od kilku miesięcy.
— Nawet jeżeli uda nam się pochwycić Burtona i zniszczyć wszystkie jego twory i plany, Grant musi zorganizować większą łapankę wszystkich ludzi powiązanych z Klanem — spostrzegł Maverick, a Adela roześmiała się jakby z rozbawieniem.
— Och, Mav. Dobrze wiesz, na kogo to zrzuci. Na TABiW.
— Tak… TABiW, które trzeba prześwietlić przez tego starego dziada, Lunda. Potrzebuję ludzi, Ad, on też musi to zrozumieć. — Nicholas mówił na tyle swobodnie, na ile można było rozmawiać z jeńcem za plecami. Smith na jego szczęście spał, wymęczony przebywaniem w areszcie.
— Musi, musi…
Adela mówiła dalej, nie zwracając uwagi na to, że Isaac chętnie jej się przy tym przypatrywał. A kiedy polityczne rozmowy toczyły się z przodu, na samym tyle całej wyprawy, gdzie Malvin i Eddie jechali spokojnie u swego boku, ten pierwszy poruszył dręczący go temat.
— Im więcej ich słucham, tym bardziej obawiam się, że tam… zginiemy, Eddie.
Kowal uśmiechnął się smutno bokiem ust.
— Niestety nie odpowiem ci, że wszystko będzie dobrze. A chciałbym. W sumie byłbym zaskoczony, gdyby to się naprawdę dobrze dla nas skończyło.
Drugi mężczyzna zadarł głowę, żeby spojrzeć na niebo mimo szerokiego ronda kapelusza. Ciemne, pofalowane kosmyki włosów spływały mu po bokach głowy, ale policzki miał ogolone. Zdążył to zrobić jeszcze wczoraj przed snem.
— Smutno mi, gdy myślę, że mógłbyś umrzeć. Albo ja. Chciałbym móc być z tobą dłużej…
— Postaramy się to przetrwać. Mamy nową broń, jakiś plan. Myśląc tak o śmierci, czuję, jakby była nieunikniona. A Nick czy Jeff są dowodem, że można ją oszukać. — Eddie spróbował go pocieszyć, ale nie był przy tym kłamcą dającym złudne marzenia. I jemu też było przykro, kiedy myślał, że ten nieszkodliwy, wesoły traper mógłby stracić życie w miejscu, do którego dążyli.
Niebieskie oczy Malvina spojrzały na niego i zmrużyły się w uśmiechu, kiedy mężczyzna spróbował nabrać pozytywnego podejścia.
— Masz rację. Możemy wyjść z tego z życiem. Mamy przewagę, że wróg się nas nie spodziewa.
Eddie nie chciał wspominać już o tym, że ich przeciwnicy byli i tak silniejsi, że wiele to nie zmieniało w ich sytuacji. Ale fakt był faktem. Mieli w rękawie element zaskoczenia.
— Malvin! — W pewnym momencie rozmowę przerwał im Maverick, który, nie zatrzymując pochodu, poczekał, by o coś zagadać. Na czoło został wydelegowany Jefferson cieszący oko Williama swoim ożywieniem.
Kiedy wszyscy poza Malvinem i Eddiem pojechali do przodu, Maverick wskazał młodemu traperowi coś, co ujrzał na śniegu.
— Podobno wiele wiesz o zwierzętach. Kojarzysz te ślady? — zapytał, choć nie po to, by dowiedzieć się od Malvina, o jakie stworzenia mogło chodzić. Sam doskonale znał te zagłębienia w śniegu, lecz był ciekaw, czy drugi mężczyzna również.
Eddie nie wtrącał się, kiedy Malvin wychylił się w siodle, aby spojrzeć na ślady. Było ich wiele. Prowadziły prostopadle do traktu, którym podążali.
— Mhm. To helpiki. Bardzo duże stado. Nie wiedziałem, że aż tyle ich może tu być.
Choć nazwa brzmiała dość przyjaźnie, twarz Mavericka wyrażała czujność i powagę.
— Lepiej uważać. Są też mięsożerne, a my potrzebujemy naszych koni… — mruknął Maverick. — Chociaż potrafią sobie radzić i głodne raczej nie są. Zjadają nawet członków własnego stada.
— Przykład jak to świnia może być niebezpieczna, kiedy za bardzo wyrośnie. — Malvin zaśmiał się ponuro, bo nie chciałby trafić na stado tych zwierząt. Mieli inne zmartwienia na głowie.
— Mhm. Po śladach widać, że biegły w innym kierunku. Mam nadzieję, że ich nie spotkamy — podsumował Maverick i szarpnął lejce klaczy, by ruszyć dalej, za resztą ich kompanii.
Musieli ich nadgonić bo nikt na nich nie czekał, kiedy badali ślady. Malvin i Eddie pokiwali głowami i także ruszyli za resztą. Spieszyli się. Chcieli dotrzeć na miejsce tak, aby zdążyć zapoznać się z sytuacją, nim wkroczą do akcji.

 

7 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 53 – Wyprawa mięsa armatniego

  1. Katka pisze:

    Kamaija, nie ma co współczuć Smithowi, bo to dupek jest XD Ale dokładnie, mógł się liczyć z faktem, że zawsze nie będzie różowo niestety. Och, a te bitwy historyczne mają w sobie coś. Poświęcenie jest piękne… XD Chociaż tak, wiem, że chłopakom na pewno lepiej by zrobił odpoczynek i szczęśliwe życie po wojnie, niż duma, chwała i pośmiertne odznaczenie.

  2. kamaija pisze:

    Ciemniejsza strona Williama <3
    Ani trochę nie współczuję Smithowi. Skoro on może nidzczyc sam też powinien liczyć się z faktem, że zostanie kiedyś pojmany. Zagadka powoli nam się rozwiązuje. Mam nadzieję, że to mięso armatnie nie będzie takim jak na tych wszystkich bitwach historycznych. Nie gińcie ku chwale ojczyzny. No chyba, że Hamilton…

  3. Katka pisze:

    Jelis, nooo, śmieją się z biednego Willcia, a on przecież taki dzielny jest…! Ale też, trzeba to przyznać, jest takim wdzięcznym powodem do żartów. Na szczęście jakos specjalnie się o to nie obraża XD „wszyscy już zdecydowaaaanie zasługują na spokój” – zdecydowanie zasługują. Zbyt wiele już przeszli, ale trzeba doprowadzić sprawę do końca. Bo niestety nikt inny tego nie zrobi…
    Dzięki za komentarz!

    Maruda, Jeff z każdym dniem jest coraz bardziej dumny z Willa :D Och, domek na południu… tak, to takie ich marzenie i mocno mentalnie trzymają kciuki za tym, żeby się to ziściło. Bo chyba troszeczkę sami w to nie wierzą, ale mają nadzieję, że jakoś z tego wyjdą… A czyja śmierć byłaby najłatwiejsza… hm, no to jest trudne pytanie. Bo ciężko powiedzieć, kto na nią bardziej nie zasługuje czy zasługuje, albo kto by mniej cierpiał itd. Takich wyborów nie powinno się musieć podejmować i na szczęście Wy tego nie musicie robić XD A co do nas, to już inna sprawa… XD

    Tess, jakie to były tortury, to postanowiłyśmy zostawić Waszej wyobraźni XD Sprawa ze „zdradą” wyjaśniona, dokładnie tak. Wydaje mi się, że oni już i tak widzą, że mają dość innych większych problemów (jak np. widmo śmierci XD), żeby rozpamiętywać coś takiego. Może w naszych czasach i w innych warunkach taka zdrada byłaby godna wielkiej awantury i trudnością z wybaczeniem sobie tego, ale oni w obliczu tego, z czym muszą się uporać, wiedzą, że to błahostka. Tym bardziej, że Jeff nie zrobił tego z premedytacją, żeby Willa skrzywdzić.

    Damiann, hahaha, nooo, lepiej uważać na słowa XD Bo nie raz zdarzało nam się podłapywać coś od czytelników. Ale tak już poza tym, to rozumiem trochę Twoje rozumowanie. Pewnie Malvin i Eddie mimo że znają się krótko, wcale nie wiedzieliby, czy to jest dobre podejście… XD No ale trochę jest to prawdą, że jeszcze nie zdążyli stać się sobie AŻ TAK bliscy, jak dwie inne pary, które już wieeeele ze sobą przeżyły…

  4. damiannluntekurbus17 pisze:

    Czuje, ze kogos zabijecie. Na pewno ktorys z nich nie wyjdzie z tego zywy. Najbardziej szkoda mi chyba Eddiego i Malvina, bo oni to tacy zwykli i dopiero co sie poznali :( Chociaz moze jakby ktorys z nich umarl to lepiej, bo znaja sie krocej niz tamta czworka i latwiej byloby im zniesc bol po smierci swojego kochanka. Ale dobra, cofam wszystko co mowilem, bo moze jeszcze wezmiecie to sobie do serca xd

  5. Tess pisze:

    Ach, ten Will! Jak nam się chłopak zmienił. Ciekawe jakie tortury wykorzystywał, co Smith dał się tak złamać D:
    A tym domku było tak miło, aż za miło, czuję, że nam zrzucicie jakąś bombę… No i fajnie, że Will i Jeff wyjaśnili sobie do końca te sprawę z traperem. Super, że potrafią rozmawiać o tym tak otwarcie i już bez pretensji. Widać, że już są na innym levelu związku.

  6. Maruda pisze:

    William świetnie wykorzystał swoje umiejętności. Bardzo wydoroślał! Jeff na pewno jest z niego dumny. Uhh.. mam nadzieję, że nikt nie zginie, wszystko skończy się pięknie i wszyscy będą sobie szczęśliwe żyć (Jeff i William oczywiście w swoim domku na południu). Przyzwyczaiłam się do nich i nie mam pojęcia kogo śmierć byłaby dla mnie najłatwiejsza do przełknięcia. A i jeszcze bardzo fajnie jest widzieć Jeffa takiego żywego szkoda jakby zaraz umarł xDD w ogóle Isaak i Betty na swój dziwaczny sposób do siebie pasują.. (współczuję też reszcie że znowu z nim wyruszają). To chyba tyle. Pozdrawiam !

  7. Jelis pisze:

    „— Wiesz co jest najlepszym dowodem na to, że inne serce w twojej piersi cię nie zmieniło? To, że wciąż jesteś dupkiem, Jeff — oznajmił z powagą. ” nie no i to jest miłość 😂 oni to jednak są specyficzni oboje a wszyscy się z biednego Willa śmieją. Kurde idą na śmierć. Więc jeśli ktoś ma umrzeć to lepiej żeby to nie byli Mav i Nick ani Will i Jeff bo wszyscy już zdecydowaaaanie zasługują na spokój 😁 a Hamilton mimo że znalazł chętną kobitkę to nadal ma bzika na punkcie Adela. Biedna xd czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział i dom na południu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s