Project Dozen – 103 – Bal, jakiego nikt się nie spodziewał

Mark miał za dużo wolnego czasu i przez to za dużo myślał. Dlatego bardzo się ucieszył, kiedy okazało się, że może spędzić część soboty z synem. Nawet jeśli miał im towarzyszyć jego chłopak. Francisco miał jakiś garnitur, który zabrał ze sobą z Argentyny. Sebastian co prawda też, ale na dzień balu szkolnego musiał mieć coś wyjątkowego. Dlatego zamierzał wybrać się z ojcem i Francisco do Newcastle, żeby wypożyczyć coś konkretnego.
— Nie wiem, ile nam to może zająć, ale będę na kolację! — zawołał Mark, ubierając się.
Znów nocował u Fostera i to właśnie tutaj miał podjechać Sebastian. Francisco napisał mu już smsa, że będą za pięć minut.
— Dobrze. Jeśli coś by się zmieniło, to tylko napisz. Zjemy sami z Annie, jeśli ci się przeciągnie — odparł Foster z kanapy w salonie, gdzie siedział z laptopem na kolanach. Trochę czytał regulacje prawne, trochę przeglądał oferty pracy, a poza tym oglądał filmiki w internecie.
— Mhm. — Mark założył buty i zarzucił na ramiona cienką, czarną bluzę z kapturem. Od kiedy nie pracował, nie ubierał się specjalnie elegancko. — I… — zawahał się, przystając, już gotowy do wyjścia, w progu salonu. — Jakbyś znalazł jakąś ofertę też może dla mnie… zapisz, dobrze?
Foster wychylił się, aby go lepiej zobaczyć.
— Jasne. Może coś mi się rzuci. Ale szczerze, to mało szukam. Nie chce mi się. Mam za to kilka fajnych filmików, żeby ci pokazać. — Zaśmiał się sam z siebie.
Moss też się uśmiechnął, ale krótko. Wciąż trudno mu było pogodzić się z brakiem pracy. Miał wrażenie, że marnuje każdą minutę, kiedy nie szuka nowej.
— Wieczorem mi pokażesz. Idę, bo pewnie Sebastian już podjeżdża. Do zobaczenia później — dodał i zapiął zamek bluzy.
— Do zobaczenia. Miłego spotkania, Mark. Pozdrów chłopaków. — Foster jeszcze pomachał mu i wrócił do swojego zajęcia, a starszy mężczyzna poczuł, jak telefon wibruje mu w kieszeni. Syn faktycznie musiał już czekać.
Nie odebrał, tylko pospiesznie wyszedł z domu. Musiał zmrużyć oczy, bo promienie słońca aż uderzyły go w twarz. Wziąłby okulary przeciwsłoneczne, gdyby nie nosił zwykłych.
Tak jak się spodziewał, Sebastian już zaparkował na podjeździe. Szybko podszedł od strony pasażera.
— Hej. Francisco, nie musiałeś siadać z tyłu — powiedział, zajmując miejsce obok syna.
— Ale to żaden problem, panie Moss! — odparł Latynos z uśmiechem. Siedział za plecami Sebastiana i jak zawsze wyglądał na pełnego życia.
— Bał się, że będzie ci ciasno z tyłu. — Sebastian zaśmiał się, zdradzając swojego chłopaka. Powoli ruszył z podjazdu.
— Nie, bo… Oj, bo to z uprzejmości — wytłumaczył Francisco.
Mark uśmiechnął się i zapiął pasy. Otworzył okno po swojej stronie.
— Wreszcie jest ciepło. Bardziej twoje klimaty, Francisco, hm?
— Si! Jeszcze miesiąc i będę się czuł jak w domu! — odparł ze śmiechem.
— Jeszcze dwa i w ogóle będziesz czuł się jak w domu. — Sebastian nie powstrzymał się przed gorzką uwagą.
Jak za dotknięciem magicznej różdżki Francisco posmutniał. Odchylił się na oparcie kanapy i stęknął cicho:
— Sebastian…
— Wybacz. Po prostu w tym roku mniej mi tęskno za latem — odpowiedział, prowadząc spokojnie i tylko na sekundę zerkając we wsteczne lusterko.
Zobaczył tam smutną minę swojego chłopaka, który teraz patrzył przez okno. Wyglądał jak szczeniak, którego ktoś zabierał z domu jego ukochanej rodziny.
Czując ciężki nastrój, Mark postanowił zmienić temat. Wiedział, że nie było sensu rozmawiać o tym problemie, bo jego rozwiązanie nie istniało. Chłopcy musieli po prostu przeżyć związek na odległość.
— Stresujecie się balem czy bardziej cieszycie? — zapytał. — Ktoś wie, że wybieracie się razem?
— Foxy — odpowiedział Sebastian od razu. A kiedy ojciec nie odpowiedział, westchnął i dodał: — Jules Fox, dyżurny gej szkoły jest niemalże zobligowany, aby wiedzieć o każdej parze chłopaków, która idzie na bal. Zresztą, nieźle działa na złość Mosesowi.
— I bardzo dobrze… Chociaż dobrze też, że to ostatni rok Foxa. Moses nie powinien do końca roku wymyślić, jak uprzykrzyć życie homoseksualnym uczniom.
— Myślisz, że Fox by się dał?
— Nie znam go tak dobrze, jak ty. Może by sobie poradził. Ma chyba ten kanał w internecie, prawda? Istnieje nadzieja, że Moses bałby się przyciągnięcia mediów.
Sebastian zaśmiał się, kiwając głową.
— Powinien się tego bać. Chico, pamiętasz, jak gadaliśmy z Foxem o jego rodzicach? — spytał swojego chłopaka, widząc, że ten nadal milczy. Dodał jednak do ojca: — Ponoć są całkiem za nim. I też konkretni.
— I prawidłowo. Szkoła powinna mieć takich uczniów. Może za rok pojawi się znowu jakaś gwiazda walcząca o prawa tych, którzy się o nie nie ubiegają — dodał Mark z zamyśleniem. Po czym uniósł rękę i wskazał zakręt. — Tutaj. Powinny być miejsca parkingowe przy markecie.
— Już, już, widzę — odparł Sebastian i po chwili, kiedy już czekał, aż inny kierowca wyjedzie, zerknął na Francisco. Dziwnie było, kiedy ten nic nie mówił.
Ale Latynos nawet nie dostrzegł jego spojrzenia. Wyprostował się tylko, kiedy spostrzegł, że parkują. Wysiadł z samochodu po zaparkowaniu i wbił ręce w kieszenie bluzy. Jego nie była zapinana, jak Marka, ale miała duży kaptur.
— No to do boju, chłopcy. Może skoczymy później na jakąś kawę? — zaproponował Mark, kiedy zmierzali do przejścia dla pieszych.
— Francisco chyba by się przydała już teraz — skomentował Sebastian. Żałował tego, co powiedział, ale nie chciał, żeby obaj psuli sobie humor na dłużej. Na smutki jeszcze miał przyjść czas.
Kiedy stanęli przy pasach, Francisco zerknął na niego, jak obudzony z nagłego snu.
— Nie, w porządku — zapewnił, chociaż na takiego nie wyglądał.
— Jeśli myślisz o tym, co powiedziałem, to przestań. — Sebastian westchnął i trącił go łokciem w bok. — Jeszcze dużo czasu do tego.
— Ale przypominasz o tym — jęknął Francisco z pretensją.
— Niechcący. Przepraszam.
Latynos wydął wargi, ściągnął brwi i burknął pod nosem „imbécil”, nim ruszył, gdy pokazało się zielone światło. Obserwujący ich Mark uśmiechnął się blado i podążył za nimi. Naprzeciwko przejścia znajdowała się wypożyczalnia garniturów, do której zmierzali.
Sebastian przewrócił oczami, kiedy ruszył za swoim chłopakiem. Spojrzał też na ojca z niemym pytaniem, czy ten go rozumie i może wesprzeć. Ale Mark rozłożył ramiona.
— On chyba już taki jest — szepnął, wchodząc jako ostatni przez przeszklone drzwi.
Salon z garniturami był całkiem spory. Wieszaki rozłożone były półkolami po obu stronach obszernego pomieszczenia. Na środku umieszczone były niskie kanapy bez oparć dla oczekujących. Na wprost wejścia widać było korytarzyk wiodący do przebieralni, a skrajnie po prawej stronie znajdowała się sosnowa lada, za którą stała schludnie ubrana kobieta. Po salonie kręciła się jeszcze jedna, robiąca porządki.
— Dzień dobry. — Sebastian i ekspedientka odezwali się niemal jednocześnie, przez co kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
— Bal maturalny? — spytała, patrząc po chłopcach i zwracając się przy tym bardziej do Marka.
— Tak. Do tego już za cztery dni, więc jesteśmy pewnymi klientami, jeśli tylko znajdzie pani coś na mojego syna — odpowiedział mężczyzna, podchodząc bliżej.
— A dla drugiego chłopaka? — zapytała uprzejmie.
Francisco pokręcił głową i zaśmiał się.
— Nie, ja już mam. Dziękuję. To Sebastiana bal, a ja tylko towarzyszę — wyjaśnił, rozglądając się. Oczami wyobraźni już widział Sebastiana w jednym z tych pięknych garniturów. Mając go takiego dla siebie, bardzo szybko zacząłby go rozbierać. Bynajmniej nie dlatego, że by mu się w nim nie podobał.
— Oczywiście, już czegoś szukamy. — Kobieta uśmiechnęła się i zaczęła zbierać informację, czego będą potrzebować. Czy chciał, żeby była kamizelka, jaki krój miał mieć garnitur. Zmierzyła Sebastiana i poszła po pierwsze propozycje.
Sebastian w tym czasie zwrócił się do Francisco.
— A ty jaki masz? Może byśmy mieli podobne?
— Ummm… ja mam… — Francisco rozglądał się po salonie, szukając podobnego kroju lub koloru. — O, taki! Znaczy, taki kolor. Tylko ma czarne guziki, a nie takie jasne.
Argentyńczyk podszedł do wieszaków blisko lady i wskazał marynarkę. Miała jasnoszary, stalowy kolor.
— Miałem kiedyś podobny garnitur — spostrzegł Mark, stając blisko nich. — Dobrze pasuje do tego biała koszula i ciemnofioletowy krawat.
— To może byśmy mieli takie same krawaty? — spytał Sebastian Francisco i zaraz też zerknął na ojca, upewniając się, czy ten aprobuje taki pomysł. W końcu szli razem na bal. Musieli mieć pasujące elementy.
— Mhm, świetny pomysł. Jeśli stanęłoby na fioletowym, myślę, że nawet do ciemnego garnituru by pasował — poparł Mark, ciekaw, co zasugeruje im ekspedientka. — Francisco, co myślisz?
— Mhm. Mi się bardzo podoba pomysł, by być w czymś podobnym do Sebastiana. Jeśli tak się u was robi — odpowiedział Latynos z ochotą. Uśmiechnął się nawet wreszcie do swojego chłopaka.
— Pary mają zwykle te same elementy. Chłopcy krawaty do sukienek dziewczyn albo te same kwiaty jako stroiki — wyjaśnił Sebastian, aż nie dołączyła do nich sprzedawczyni.
— Kilka modeli już jest w przymierzalni. Chcesz poprzymierzać?
Mark klepnął syna w ramię.
— Idź. Poczekamy tu.
Francisco wyglądał, jakby chciał zasugerować, że pójdzie z Sebastianem, ale na szczęście się powstrzymał.
— Okej. Jak coś, zaraz wyjdę, żeby się pokazać. — Sebastian zgodził się i ostatni raz spojrzał na swojego ojca i chłopaka. Było to specyficzne uczucie widzieć ich razem, ale i miłe. Bo wiedział, że obaj się tolerują. Taki widok byłby miły do obserwowania częściej, a jednak wiedział, że przynajmniej do czasu, aż Francisco nie skończy szkoły, nie będzie mógł na to liczyć.
Kiedy odszedł, Mark wskazał kanapy.
— Usiądziemy?
— Si, si. Ciekawe, czy Sebastian będzie się długo stroił jak księżniczka — odpowiedział Francisco ze śmiechem.
Mark zaśmiał się pod nosem. Potarł nasadę nosa, kiedy siadał.
— Nie wiem. Zobaczymy. Ale chyba nie każe nam długo na siebie czekać. Pewnie się już boi, o czym będziemy rozmawiać.
— Może. On chyba się boi czasem, czy czegoś nie powiem o seksie przy Julesie. Mówił mi ostatnio, żebym o tym z nim nie rozmawiał. — Francisco zaśmiał się. Był zupełnie nieskrępowany przy Marku, jakby byli już najlepszymi przyjaciółmi.
Mark za to był pod wrażeniem tego, co właśnie słyszał.
— A przy mnie możesz to mówić? — spytał, żeby się upewnić, czy Francisco naprawę zapomniał, z kim rozmawia. Tylko po to. Nie chciał wiedzieć, co obaj chłopcy robią.
— Nie, na pewno nie mogę. Sebastian by mnie chyba zabił…
— Pewnie mógłby być zły, to fakt. Bo takie rzeczy najlepiej zachowywać dla siebie. Wtedy się je bardziej docenia — odparł Mark, odpływając przy okazji myślami do ramion Fostera. Nie miał zamiaru nikomu mówić, jak bardzo jest mu dobrze po prostu w nich leżeć, tak zwyczajnie objętym.
Nie skupił się przez to za bardzo na tym, że Francisco żywo pokiwał głową i chyba odpowiedział nieopatrznie coś po hiszpańsku. Po tym obaj obejrzeli się, kiedy do salonu wszedł klient. Znów był to jakiś chłopak, ale tym razem z matką. Okazało się, że także szukali garnituru na bal, ale Mark go nie kojarzył. Musiał być z publicznej szkoły w Newcastle.
— O, Sebastian! — zawołał nagle Francisco, widząc, że jego chłopak zmierzał w ich kierunku.
Ten właśnie wyszedł z przymierzalni. Był ubrany w dobrze dopasowany garnitur. Miał kamizelkę i był mocno podpięty pod szyją.
— I jak? Nie za formalnie? — spytał, dotykając czarnego materiału.
Mark obejrzał go z uznaniem, ale Francisco wykrzywił wargi.
— Wyglądasz ponuro… Może nie tak bardzo czarny? — zapytał z nadzieją.
— Francisco ma rację. Jeśli chcesz stawiać na ciemny garnitur, może coś o ton jaśniejszego niż taka absolutna czerń — dodał Mark.
— Właśnie też tak myślę. Że jednak fajny krój, nie? Ale za oficjalnie i ciemno. Okej, to idę się przebrać — odpowiedział Sebastian i puścił im oczko. Najbardziej skierowane do Francisco.
Ten od razu uśmiechnął się pod nosem, a ekspedientka asystująca Sebastianowi już zaczęła szukać kolejnych garniturów w tym kroju, a w innym kolorze. Francisco chciałby, żeby jego chłopak był elegancki, ale czerń źle mu się kojarzyła. Chociaż musiał przyznać, że na Sebastianie wyglądała niesamowicie dobrze.
Po chwili znowu Francisco i Mark zostali sami, a Sebastian zniknął w przymierzalni. Tym razem ich rozmowa już nie zeszła na nic prywatnego. Jakby obaj obawiali się, że Sebastian coś usłyszy i będzie dawał im lekcje. Dlatego przegadali o szkole te kilka minut, aż znowu wrócił do nich młody Moss. Już w jaśniejszym garniturze, do którego też pasowałby fiolet.
Krój był bardzo podobny do poprzedniego. Wąskie mankiety, dwa guziki w marynarce i wąskie spodnie. Francisco się wydawało, że Sebastian ma w nich aż dziwnie długie nogi. Był… seksowny.
— No! Teraz jest znacznie fajniej — powiedział z zachwytem.
— Mhm. Chyba nawet będą do tego pasować te twoje eleganckie buty — dodał Mark.
— Też tak myślę. — Sebastian spojrzał na swoje stopy, w tej chwili tylko w skarpetkach. — Powinny być okej, co nie? Jeszcze pani przyniosła mi jeden do przymierzenia, ale ten na razie jest na pierwszym miejscu — mówił, oglądając się przy tym w dużym lustrze na ścianie.
Inni klienci też już wybierali garnitur, ale nie przeszkadzali sobie nawzajem.
— Wyglądasz naprawdę świetnie. Patrząc na obecną modę, za to, jak ja wyglądałem na swoim balu, dzisiaj inni uczniowie wrzuciliby mnie w krzaki — rzucił Mark z rozbawieniem, wstając i podchodząc do syna. Dotknął jego ramienia, chcąc poczuć, jaki w dotyku był materiał.
— Czemu? — spytał chłopak, dając ojcu obejrzeć garnitur. Chciał już przymierzyć ostatni, zdecydować się i iść wspólnie na kawę. Nie był typem, który lubił marnować czas na zakupach.
— Wtedy garnitury na nas po prostu wisiały. Ten podkreśla twoją budowę. No i… chyba swoim genom muszę podziękować, że jesteś taki wysoki — pochwalił Mark.
— A ostatni? Jaki jest ostatni? — wtrącił Francisco.
— Jeszcze jaśniejszy. Idę przymierzyć. — Sebastian uciekł spod ręki ojca i poszedł szybko się przebrać. Chyba naprawdę się spieszył, bo po chwili znowu był z nimi i prezentował się w najbardziej luźnym garniturze, ale też najjaśniejszym. Był wręcz zadziorny. Większe klapy marynarki oraz proste spodnie, ale o wysokim stanie. Podkreślały jego szczupłe biodra, a szeroka marynarka ramiona.
— Nie — uznał Mark momentalnie. — Dobre na zwykłą, tematyczną imprezę, ale nie na bal.
— Czyli też myślicie, że drugi? — spytał Sebastian z nadzieją, patrząc na ojca i Francisco.
— Si! Jesteś bardzo przystojny w ciemnym kolorze. I był taki elegancki, że wyglądałeś bardzo dojrzale — skomentował Francisco z zaangażowaniem.
Aż jedna z ekspedientek uśmiechnęła się kątem ust. Z kolei drugi chłopak, który dyskutował z matką na temat kamizelek, obejrzał się na nich z niedowierzaniem.
Sebastian odpowiedział Latynosowi uśmiechem.
— Dzięki. To w takim razie ten drugi weźmiemy. I kupisz dwa takie same krawaty? — spytał jeszcze na koniec ojca, który już nawiązał kontakt wzrokowy z ekspedientką, pokazując jej, że będą wypożyczać ten drugi.
— Jasne. Idź się przebierz, a my coś dobierzemy — zapewnił Mark.
Ekspedientka od razu zaprosiła go do gablotki, w której trzymano krawaty. I chwilę później Moss z pomocą Francisco wybierał odpowiednie. Nim Sebastian przebrał się z powrotem w swoje ciuchy, wybór został dokonany. On więc musiał tylko potwierdzić, a Mark zapłacić. Ale po uśmiechu Francisco wiedział, że nie może marudzić. Wyraźnie podobały mu się ciemnopurpurowe krawaty, a Sebastianowi uśmiech na jego twarzy. Kiedy tu wchodzili, nie widział go i już usychał z tęsknoty za nim, nawet jeśli jego chłopak tylko kilka minut się smucił. Po prostu, kiedy Francisco nie był sobą, sam czuł się dziwnie. A teraz znów rzucał mu te pełne słońca spojrzenia. Chciał je widzieć jak najczęściej. I miał nadzieję, że wspólnie spędzony bal szkolny da mu możliwość zaobserwowania ich jeszcze więcej.
Mark zapłacił, po czym całą trójką wyszli ze sklepu na kawę, a po drodze Francisco już wypytywał starszego Mossa, jak wyglądał jego bal maturalny. Sebastian zupełnie nie musiał się martwić o krępującą ciszę, a i po ojcu widział, że trochę się rozluźnił. Miłe było uczucie, że w tym szalonym, pełnym nieprzyjemnych niespodzianek roku szkolnym zdarzały się takie relaksujące dni.

*

Colin czasami zastanawiał się, co mu strzeliło do głowy, że z początkiem roku szkolnego był tak ambitny i gotowy na nowe wyzwania. Teraz bowiem, kiedy przypominał sobie moment o dostaniu nowego zadanie z projektu, mdliło go i zwyczajnie nie miał na nic ochoty. Nie chodziło nawet o sam fakt tego, co musiał zrobić, a gdzie przez to musiał być…
Szkolny bal na zakończenie roku dla ostatniej klasy był czymś, co jawiło mu się dopiero jako widmo za kolejne dwa lata. Teraz jednak był na balu wcześniej i aby nie wybijać się za bardzo z tłumu, musiał ubrać się podobnie do świętujących uczniów. Jedyną pociechą w tym trudzie był fakt, że Tomas, najwyraźniej znudzony swoim życiem, postanowił mu pomoc. Ponoć Woody był dziś zajęty, a gra nie była tak dobra, jak blondyn myślał. Ciężko było Colinowi w to uwierzyć, ale kumpel nadstawiający z nim wspólnie karku był swoistą otuchą i powodem, dla którego Colin jeszcze nie wrócił do pokoju, żeby grać na przenośnej konsoli.
— Ale potem ty mi pomożesz — powtórzył Tomas po raz setny, kiedy szedł u boku przyjaciela korytarzem. Miał na sobie swój najlepszy garnitur, chociaż nie uważał tego za wygodne ubranie jak na wykonywanie tajnej misji.
— Tak, tak, pomogę, panie Bond. Chodź lepiej. Trzeba zabrać te cholerne głosy — mruknął Colin i wychylił się na korytarz, żeby zobaczyć, czy ktoś idzie.
Miał ciężkie zadanie. Musiał uniemożliwić koronację króla i królowej balu. A to nie mogło się przecież stać, kiedy nie będzie głosów.
Słyszeli muzykę płynącą z sali, na której odbywał się bal. Tomas trochę zazdrościł starszoklasistom. Nowy dyrektor musiał wynająć jakąś kapelę, bo było słychać graną na żywo muzykę. Gitary, basy, perkusja i całkiem dobre głosy członków zespołu. Drzwi do auli były otwarte, bo uczniowie co raz wychodzili do toalet. W korytarzach może paliły się światła, za to aula była przyciemniona i rozświetlona kolorowymi światełkami.
— Serio myślisz, że nikt ich nie pilnuje? Pewnie Patrick kogoś tam postawił, chociaż już przynajmniej tej straży nie ma.
— A powiedź mi, skąd mam wiedzieć, czy ktoś tego pilnuje? Musimy potajemnie sprawdzić. Tylko bez kartonów Snake’a z Metal Gear. — Colin prychnął na kumpla, mając nadzieję, że uda im się i szybko wykonają to zadanie. Już chciał rozebrać się z tej niewygodnej marynarki i koszuli zapiętej pod samą szyję.
— No dobra. Dzisiaj robimy wszystko po twojemu — zgodził się Tomas. Czuł podekscytowanie tym, co robili, chociaż ostatnimi czasy coraz bardziej sceptycznie podchodził do projektu. — Ale ty, Colin, wiesz, że ja co najwyżej mogę ci na czatach stać, nie? Bo sam musisz wykonać zadanie — dodał, kiedy minęli wejście do auli niezauważeni i podążyli do sąsiadującej z nią salki, gdzie asystował samorząd uczniowski. I gdzie zapewne stała urna z głosami.
— Tak, wiem. To w takim razie patrz, czy ktoś nie idzie — odparł niższy chłopak, idąc w stronę drzwi.
Po drodze na ścianie minęli plakat ze strzałką. Obwieszczał, że podążają w dobrą stronę, jeśli chcą zagłosować na króla i królową balu. Colin już czuł przypływ adrenaliny na myśl, że zajrzy do sali, chwyci pudło i ucieknie z nim. Niestety szybko podekscytowanie zastąpiła złość, kiedy ujrzał, że poza ozdobną skrzynką, na stole, w otwartej klasie było też trzech uczniów. Poznał ich od razu jako byłych członków straży, a do tego vice przewodniczącego. Obawiając się, że ktoś z nich pozna, że nie są w ostatniej klasie i nie powinni głosować, pospiesznie minął wejście, ruszając dalej szkolnym korytarzem, aż za jego załom. Musieli przeorganizować plan.
Tomas, który dostrzegł jego odwrót, ściągnął brwi pytająco. Po tym obejrzał się za siebie i pobiegł za kumplem.
— Ej, co jest?! — szepnął głośno. — Ktoś czatuje?
— Tak, trzy osoby. Aby ich coś… — Colin oparł się o ścianę i przetarł twarz. Chyba nie był to jego dzień. — Masz jakiś pomysł, jak ich stamtąd wykurzyć?
— Hm, w sumie można by…
Tomas nie skończył, bo nagle rozległy się jakieś rozmowy. Obaj z Colinem wychylili się zza ściany i popatrzyli w stronę wejścia do salki. Starali się pozostać niezauważeni. Dostrzegli Patricka rozmawiającego z nauczycielką fizyki. Patrick oczywiście nieźle się odstawił. Chyba nawet zmienił fryzurę. Kobieta też wyglądała zupełnie inaczej niż w szkole. I, co gorsza, oboje weszli do sali z losami.
— Za dużo ich tam jest… Nie wykurzymy ich stamtąd — powiedział Tomas, znów chowając się za ścianą. — Lepiej jakoś inaczej to zrobić.
— Inaczej przerwać koronację? Zamach stanu normalnie. — Colin marudził dalej, myśląc intensywnie. Może i nie chciało mu się, ale nie chciał też ot tak sobie odpuszczać. — Kurcze, może by znowu coś zrobić, żeby przerwać, tak jak ostatnio, całą imprezę? Ale pewnie tego bardziej pilnują. Co by tu…?
Obaj myśleli usilnie, kiedy starsi uczniowie się bawili. Bal zaczął się już jakiś czas temu… i facebook pełen był zdjęć Sebastiana z Francisco. Sam Tomas był w szoku, że syn dyrektora okazał się być gejem. Oczywiście komentarze były różnorakie. Jedni śmiali się, że jest to wreszcie dowód na genetyczne przekazywanie homo-genu. Inni, że Mark pewnie molestował syna i dlatego ten jest spaczony. Było też zdjęcie, na którym Jules otwarcie gratuluje Sebastianowi i jego chłopakowi odwagi.
Ale ani Colin, ani Tomas teraz nie myśleli o tym, czy do końca balu tę dwójkę spotka jakaś przykrość, czy będą się dobrze bawić do samego końca. Dumali nad rozwiązaniem, aż Tomas powiedział poważnie:
— Możemy spróbować stricte z tą koronacją. Wiele razy grałem na tej scenie, więc w sumie wiem, jak się tam dostać, żeby nikt nas nie zauważył.
— Ale to co? Na scenie gdzieś jest ta korona? Można ją, myślisz, zabrać? — spytał Colin, nadal nie będąc pewnym tego rozwiązania. Bo w końcu najlepiej byłoby, żeby nikt nie wiedział, kogo wybrano na ten tytuł. Ale głosowanie już się zakończyło, losy były liczone, a oni, chodząc wokół tego problemu jak pies wokół jeża, nadal nie mieli złotego środka.
— Nie wiem jak z koroną. Ale możemy zrzucić kotary i wyłączyć wszystkie reflektory. Oba mechanizmy, które za to odpowiadają, są właśnie za sceną — zasugerował Tomas. — Tylko musisz uważać. Wtedy możemy skorzystać z zamieszania i ukraść koronę i kopertę z wynikiem. Ja mogę śledzić ludzi z samorządu, żeby wiedzieć, gdzie z tą kopertą pójdą, a ty zajmiesz się wyłączaniem świateł i kotarami. Bo ja nie mogę przecież bezpośrednio nic zrobić, nie?
Colin zastanawiał się. Nie pamiętał, tak dokładnie nie czytał regulaminu. Przejrzał go tak naprawdę.
— Chyba nie, nie wiem w sumie. Dobra, robimy po twojemu. Nie mam innego pomysłu.
— I czas się kończy, a gry na czas są stresujące — dodał Tomas, który czuł się podenerwowany, mimo że to nie było jego zadanie. Nie miał też pojęcia, jakie konsekwencje wyciągnąłby Moses, gdyby ich tu zobaczył. Marka Mossa już jako tako znali, a nowy dyrektor był nieprzewidywalny. — Dobra, to słuchaj. Musisz pójść…
Zaczął tłumaczyć Colinowi, co ma zrobić, którędy przedostać się za scenę i co tam powyłączać. Wciąż mieli przy sobie telefony w razie czego, ale dobrze było ustalić jakiś plan. Tomas w końcu miał tu zostać i śledzić samorząd.
Colin był mu wdzięczy. To nie był jego dzień, a dzięki wskazówkom przyjaciela udało mu się po kilku minutach dostać za scenę. Chyba nigdy nie przypuszczał, że będzie tam tak ciasno i ciemno. W końcu przygotowywali się tu aktorzy oraz mniej lub bardziej sławny Jude Wagner, który jawił mu się jako szkolna gwiazda. Ze swoimi wymaganiami także. Dlatego podejrzewał, że ten będzie potrzebował lepszych warunków, których na pewno tu nie widział. Było klimatycznie, ale nie przytulnie, to na pewno. Jeszcze bardziej klaustrofobicznie zrobiło się, kiedy dostał się do części, w której znajdowały się urządzenia do obsługi technicznej. Nie zdołał znaleźć żadnego włącznika świata, więc poświecił sobie telefonem.
— Wooow… — wydusił, patrząc na ogromny panel pełen dźwigni, guzików i przekładni.
Wszystko musiało służyć do sterowania światłem i kotarami. Nie miał przy tym pojęcia, za co odpowiadała połowa tych przycisków. Tomas wspomniał mu coś, że teraz prawie nikt tu nie zaglądał, bo cały proces został zautomatyzowany, ale i tak główny panel dowodzenia był właśnie tu. Colin czuł się jak w jakimś filmie. Wszędzie był kurz i może mógł tym sterować pilot, ale to było jak stare serce tej sceny. A on nie czuł się nijak jak kardiochirurg.
Miał sporo czasu, żeby rozeznać się w tym, co ma zrobić. Miał szczątkowe informacje, ale zaufał własnym zdolnościom analizowania. Podejrzewał, że nawet jeśli na chybił trafił coś powyłącza, to osiągnie swój cel. Chodziło w końcu o to, żeby przerwać zabawę, zgasić światło i narobić trochę chaosu.
Ze swojego miejsca miał widok na to, co działo się na auli. Co prawda bardzo ograniczony, ale była tu szpara, przez którą dostrzegł parkiet i kawałek sceny. Widział więc, jak wszyscy dobrze się bawią. A przynajmniej na to wyglądało. Próbował dostrzec Sebastiana Mossa i Francisco Moreno, ale niestety uczniów było zbyt wielu.
Zerknął jeszcze raz na telefon, upewniając się, czy Tomas nie pisał. Nie było od niego żadnej wiadomości, za to on zapatrzył się na parkiet jak tajny agent. Na swój sposób w końcu zaczęło być to ekscytujące.
Dla innych, w tym dla Julesa Foxa, ekscytujące było brać udział w imprezie, którą Colin obserwował. Sam Foxy poza bawieniem się na całego nagrywał wszystko, jak się śmiał, „dla potomnych”. Wszystko tak naprawdę szło jednak jako materiał na jego kanał. Na snapchacie miał wielu obserwujących, którym udostępniał filmiki na żywo.
— Ciekawe, czy w tym roku wybory króla i królowej balu były wzięte na poważnie, czy nie — rzucił Eric, kiedy zeszli z parkietu, żeby odsapnąć i chwilę okupowali stoły z przekąskami.
Eric wyglądał dzisiaj wyjątkowo dobrze. Przedłużana marynarka, złota muszka, biała kamizelka na białej koszuli i wąskie spodnie. Nie wstydził się już tego, że był z innym chłopakiem. Zresztą, nie oni byli tu główną atrakcją.
Miał wrażenie, jakby każda impreza szkolna w tym roku została zawładnięta przez inną parę gejów. Był zaskoczony, że jemu i Julesowi żadna nie przypadła na wyłączność. Z drugiej strony, wystarczał mu ten mały skandal na początku roku z jego udziałem.
— Szczerze? Wątpię. Ale i tak jestem ciekaw, kto wygra. Osobiście uważam, że ładnie byłoby ci w koronie. Zresztą, już pasuje. Książę Eric. Mnie brakuje tylko rudych włosów i ogona! — Zaśmiał się Jules, uświadamiając sobie, że takie porównania były na porządku dziennym, kiedy spotykał się z Tomasem.
Eric uśmiechnął się bokiem ust i przechylił do ust kieliszek z bezalkoholowym ponczem.
— Mhm. Masz już piegi. W ogóle, która jest godzina? — zagadał i podwinął rękaw. Równo o północy miało się odbyć uroczyste ogłoszenie króla i królowej balu.
Jules spojrzał na telefon. Używał go cały wieczór i tylko dlatego, że Eric był do tego przyzwyczajony, nie był zły o to, że czasami ten zabierał uwagę jego chłopaka.
— Już prawie. Mają jakieś piętnaście minut. Chyba mają w planie najpierw coś ogłaszać. Znając Mosesa, pewnie coś pochwalnego dla samego siebie.
— Zapewne… Podziwiam Sebastiana — dodał Eric, odnajdując wzrokiem młodego Mossa, który wyglądał, jakby się dziś świetnie bawił. Zresztą, jego chłopak też. — Nie daje się nowej władzy.
Jules cmoknął pod nosem z odrazą do „nowej władzy”.
— Też podziwiam. Dziś już widziałem, jak ten typ patrzył na nas kątem oka. Chyba brakuje mu, że w szkole nie ma młodych dziewczyn, aby miał gdzie pchać swoje łapy.
— Albo jest krypto i chciałby cię przelecieć — dodał Eric swoim spokojnym i łagodnym głosem. Choć jego dłoń wcale łagodna nie była, kiedy chłopak objął Foxa w pasie i patrząc na innych uczniów, ścisnął mu pośladek.
Jules, czując to, aż bardziej się napiął i spojrzał z napięciem na Erika.
— Sweet-focia? — poprosił, przygryzając usta.
Eric uśmiechnął się i odstawił kieliszek. Po tym przytulił się do boku Julesa, obejmując go w pasie, z dłonią wciąż na jego pośladku. Kiedy Foxy uniósł telefon, spojrzał w obiektyw, czując się teraz naprawdę szczęśliwym.
A kiedy Jules nacisnął guzik aparatu z samowyzwalaczem nastawionym na dwie sekundy, nim telefon zrobił im zdjęcie, nagle w całej sali zgasły światła. Ostatnim rozbłyskiem był flesz, który rozjaśnił ich zaskoczone twarze na zdjęciu.
— Co jest? — Foxy, podobnie jak inni uczniowie, szybko zaczął przyświecać sobie telefonem.
To nie było jedynym zaskoczeniem. Nagle rozległ się huk, kiedy na scenę upadły ciężkie, długie zasłony. Dziewczyny towarzyszące uczniom na balu krzyknęły z przestrachem. Każdy odwrócił się w stronę sceny, lecz niewiele było tam widać.
— E… Ej! Wyciągnijcie go! Ktoś jest pod kotarami! — krzyknął jeden z uczniów stojących bliżej sceny.
W ogólnym rozgardiaszu faktycznie słychać było szamotanie i stłumione krzyki, kiedy ktoś próbował spod ciężkiego materiału.
— Co się dzieje?! — Do tego rozległ się głos Clarka Mosesa ruszającego w tamtą stronę od drzwi auli i próbującego bez skutku przedrzeć się w ciemnościach pomiędzy uczniami.
Na pomoc uczniowi pod kotarą ruszyła blondwłosa postać, która, co zaskakujące, wybiegła zza sceny. Zaczęła sprawnie odgarniać materiał… aż nagle zapłonął ogień.
Bez trudu przez ciemność dało się go zobaczyć. Pierwsze iskry, które spadły na kotary, były dobrze widoczne, tak jak kolejne ogniki próbujące trawić ciężki, stary materiał. Zaczęły tworzyć więcej dymu niż ognia.
Rozlegały się coraz głośniejsze krzyki. Ktoś już szamotał się z drzwiami. Ktoś, biegnąc do wyjścia, przewrócił stolik z przekąskami, które upadły na parkiet, robiąc mnóstwo hałasu. A Jules, nadal trzymając w dłoni telefon, zamiast biec do wyjścia, kiedy dymu i ognia zaczęło tworzyć się coraz więcej, wszystko to nagrywał.
— Bez paniki! — wrzasnął Clark Moses, ale nie było go dobrze słychać. Wszyscy krzyczeli.
Jak z początku okrzyki były jedynie pełne strachu, tak potem… rozległ się rozdzierający wrzask bólu. Na scenie kotary już zupełnie zajęły się ogniem. Nie wiadomo było, w którą stronę uciekać. I choć przerażony, uwolniony spod materiału chłopak krzyczał, że się poparzył, jasnowłosy, przebrany za jednego z uczestników balu chłopak nie zdołał, tak jak on, zbiec ze sceny. Ciężki, płonący materiał przygniótł go i nie pozwalał uciec.
— Jezu… Jules, to Tomas… — wydusił Eric.
— Hej, pomóżcie! — Obok nich nagle przebiegł Patrick Bright, przepychając się i potrącając uciekających uczniów. Próbował dostać się do sceny. — Weźcie wodę, cokolwiek!
— Gdzie są nauczyciele?!
— Czemu nie włącza się system pożarowy?!
— Dzwońcie po straż!
Te i inne krzyki rozlegały się na filmie, który wciąż kręcił telefon Julesa. Aż ten tknięty impulsem, jakim był Patrick, schował komórkę do kieszeni i razem z innymi uczniami przy stolikach z jedzeniem zaczął łapać butelki wody, aby spróbować zgasić ogień. Ktoś, kto chłodno myślał, zdążył już zbić szybkę od alarmu, ale ten… nadal nie działał. Na szczęście wąż z wodą już tak. I chociaż uczniowie odkręcili wodę, ciężko było go utrzymać, aż wreszcie ta trysnęła na palące się kurtyny.
Kiedy inni próbowali zgasić pożar, Cody, który był obecny na balu, żeby zrobić materiał do gazetki, dopadł do dyrektora, stojącego pod ścianą i w szoku patrzącego na to, co się działo.
— Panie Moses! Dzwonił pan po ambulans?!
— A czy ktoś na pewno jest ranny?
Cody zrobił wielkie oczy. Wciąż nic nie było widać, było ciemno, tłocznie i śmierdziało. A on rozmawiał z dyrektorem, który właśnie pytał, czy aby na pewno trzeba było wzywać służby medyczne. Kiedy przed chwilą jeden uczeń został przygnieciony płonącym materiałem.
— TAK! — wrzasnął histerycznie i sam roztrzęsionymi rękami wyciągnął z kieszeni telefon.
Colin w tym czasie… zwyczajnie nie wierzył w to, co się działo. Nie chciał doprowadzić do czegoś takiego, ale czuł, że to wszystko działo się właśnie przez niego. To w końcu on uszkodził kurtyny. To przez niego zgasło światło. Ale nie spodziewał się, że uszkodzenie i poprzestawianie tych wszystkich wajch spowoduje wystrzelenie korków i spięcie, od którego powstanie pożar. Wybiegł więc zza sceny jak wcześniej Tomas i próbował pomóc, jak mógł, nawet jeśli w ogóle nie powinno go tu być.
Nikt nie wiedział, jak zapalić światło. Wszyscy krzyczeli. A gdy Colin wbiegł na scenę, zobaczył, że Patrick z jakimś innym uczniem ciągną Tomasa z dala od płomieni na scenie. Colin nie widział, co się stało, nie widział w ciemnościach jego ciała. Widział za to, że jego kumpel drżał i chyba… świszcząco oddychał.
— Colin! Biegnij do gabinetu pielęgniarki! Weź kogoś ze sobą i jak trzeba, wyważcie drzwi! Przynieś cokolwiek znajdziecie na oparzenia! — krzyknął do niego Patrick, dusząc się dymem z kotar.
— Tak! — odpowiedział krótko Colin i mimo że jedynie jego postacie w grach zwykle biegały, a nie on, sam tym razem pognał na złamanie karku, żeby przynieść coś, co pomoże Tomasowi, zanim przyjedzie karetka.
Złapał po drodze tak naprawdę pierwszego lepszego ucznia, który za bardzo się ociągał i pociągnął go do gabinetu pielęgniarki.
W całej szkole było ciemno. Paliły się tylko zielone znaki „exit”. A on biegł obok rosłego futbolisty, na którego chwilę później krzyczał, żeby wywarzył z nim drzwi. W normalnej sytuacji bałby się w ogóle do niego odezwać.
Nie miał pojęcia, czego szukał, ale nawet jakby wiedział, to i tak nic nie widział. Po prostu wcisnął w dłonie futbolisty wszystko, co tylko wpadło mu w ręce, po czym sam zabrał kilka opatrunków. Z tym wybiegł z powrotem na aulę, ale tam znowu trudno było przedostać się do sceny. Jedyną ulgą, jaka go ogarnęła, było to, że pożar został już prawie w całości ugaszony.
Nauczyciele uspokajali uczniów, którzy i tak nie wiedzieli, co mają zrobić. W większości uciekli z sali. Panował istny chaos.
— Kiedy oni przyjadą? Nie powinni już być? — mamrotał Francisco, trzymając się blisko Sebastiana. Obaj chwilę temu pomagali ugasić pożar, a teraz tylko patrzyli, jak ktoś pomagał Tomasowi.
Sebastian nie odpowiedział swojemu chłopakowi. Właśnie ogarniał wzrokiem, kto jest tu potrzebny, a kto nie. Najbardziej zbędny jego zdaniem był Moses, który w tej chwili kompletnie nie sprawdzał się jako dyrektor. Gapił się tylko na to, co się działo. Wiedział, że ojciec miałby więcej zimnej krwi i jakkolwiek był przerażony tym, co się działo, to też był… dumny ze swojego taty.
— Niedługo będą, Francisco. Zrób coś dla mnie, proszę. — Chwycił go za dłoń. — Przebiegnij się po szkole i jeśli ktoś jeszcze tu jest poza aulą, powiedz mu, żeby poszedł do internatu. Okej?
— Si. Dobrze, zrobię to. Sebastian, a ty zadzwoń do papy. Może się martwić, a na pewno się dowie, że był pożar — dodał Argentyńczyk. Po tym złapał obiema dłońmi twarz swojego chłopaka i pocałował go z rozmachem. — Znajdę cię później.
— Dobrze, idź już. — Sebastian jeszcze go pogonił i podbiegł do innych uczniów siedzących na podłodze.
Niektórzy byli jedynie cali mokrzy. Dlatego Sebastian nie zamierzał pozwolić im tu siedzieć.
— Hej, coś cię boli? — pytał kolejne osoby, które jeszcze były w sali. — Nie? Okej, to musisz stąd wyjść. — Wyprowadzał uczniów z auli, wiedząc, że tutaj tylko przeszkadzali. Na podłodze wciąż było mnóstwo szkła. Wolał, żeby nikt więcej się nie skaleczył.
Widział, jak Patrick i jeszcze trzech nastolatków, w tym Colin i ktoś, kogo kojarzył z drużyny, ale nie z imienia, pomagał przy Tomasie. Jeszcze dwóch innych uczniów siłowało się z wężem. Ale dymu było nadal bardzo dużo. Nikt nie mógł tu zostać, nawet nowy dyrektor.
Minuty mijały i chaos trochę się uspokajał, lecz czas oczekiwania na ambulanse i straż wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Kiedy wreszcie rozbrzmiały syreny, wszyscy odetchnęli z ulgą, a Patrick poderwał się z podłogi, dotąd siedząc przy Tomasie.
— Proszę go pilnować. Ja ich tu przyprowadzę! — zapewnił dwójkę nauczycieli, którzy asystowali przy rannych. On za to po drodze do wyjścia dostrzegł Sebastiana i klepnął go w ramię. — Chodź ze mną! Zaprowadzisz tych ze straży pożarnej do instalacji?
— Pożarnej? — spytał Moss i jeszcze krzyknął do tych od węża, żeby już to zostawili i wyszli z zadymionej sali. Razem z przewodniczącym biegł w stronę wyjścia. — Powinien się włączyć alarm.
— Cody ich sprowadził przez telefon. Nie wiem, co było nie tak z alarmem — wydusił Patrick, biegnąc z młodym Mossem przez korytarz do wyjścia od strony dziedzińca.
To tam musiały zaparkować wozy. Zarówno karetki, jak i straż. Korytarz był ciemny, ale już przez oszklone drzwi widzieli migające światła. Poczuli ulgę na ich widok. Wreszcie jakieś dorosłe osoby, które mogły coś zrobić. Mogły pomóc.
— To nie Moses zadzwonił? — spytał Sebastian, nie wierząc. Był wściekły, ale i zaniepokojony. Wszystko mogło się tragicznie skończyć. A on czuł, że to nie była zwyczajna awaria, tylko wynik projektu. Teraz nie wiedział, z czyjej winy, odkąd zrezygnował.
— Nie. Nie wiem, jak to się skończy, Sebastian, ale ten dupek zasługuje na najgorsze — burknął Patrick i wybiegł jako drugi przez drzwi.
Teraz musieli jak najszybciej sprowadzić ratowników do rannych uczniów, a straż poprosić o pomoc z włączeniem światła. Nie mieli przecież pojęcia, czy gdzieś w tym wszystkim nie leżał ktoś nieprzytomny. Może ktoś zasłabł od dymu, może ktoś został stratowany przez uciekających uczniów. Musieli coś widzieć, żeby móc wszystkim pomóc i przywrócić ład. Skoro nawet dyrektor nie był w stanie tego zrobić…

8 thoughts on “Project Dozen – 103 – Bal, jakiego nikt się nie spodziewał

  1. Wadera pisze:

    Wspólny wypad po garnitur i krawaty był słodki. Uwielbiam dynamikę Marka i Sebastiana :)
    Szczerze to mam nadzieję, że teraz Mosesa wywalą! Noż zero jakiejkolwiek inicjatywy czy wzięcia odpowiedzialności za, jakby nie patrzeć, jego szkołę.
    Fajnie widzieć, że mimo wszystko uczniowie nie w ciemie bici i sami się zorganizowali w awaryjnej sytuacji.
    P.S.: Wreszcie mam trochę oddechu, więc nadrabiam ;)
    Pozdrawiam, Wadera.

  2. Katka pisze:

    Kaczuch_A, nooo, mega nieogar. Chyba po prostu go sparaliżowało i nie spodziewał się, że takie rzeczy mogą się dziać. Z jednej strony źle dla uczniów, z drugiej przynajmniej zobaczył, na co naraził Marka…

    Damiann, oj tak, jak dla nastolatków w Stanach generalnie bal jest wielkim wydarzeniem i wiele się wspomina z tego dnia, tak oni będą mieli jeszcze… bardziej wybuchowe wspomnienia. Hehe, no i cieszy nas to Twoje wyczekiwanie. Tyle się dzieje obecnie we wszystkich opkach! Uroki ostatnich rozdziałów XD

    Maruda, tak, Moses może i jest dobrym profesorem (a może i nie), ale na pewno takie odpowiedzialne stanowisko nie jest mu pisane… Już teraz się okazało, że Mark był lepszy. A co do Frania i Sebcia to bardzo nas cieszy, ze się ich miło czyta. Są bardzo… cieplutcy XD
    Cieszy nas, że przebieg projektu Cię zaskoczył :D Nie jesteśmy chyba aż tak przewidywalne, jak się czasami boimy, że jesteśmy XD

    Jelis, dokładnie, trudno teraz będzie cokolwiek ukryć, kiedy Jules wszystko nagrywał i nawet pojawiły się karetki i straż… No cóż, chyba ogon Mosesa wreszcie zaczął się palić.

    Luana, tak, Moses to idiota i sam się prosił o kłopoty. Więc… chyba musi zacząć przyswajać najgorsze scenariusze. „ Szkoda Tomasa, mam nadzieję, że nic mu nie będzie. Colin będzie się pewnie obwiniał.” – to się okaże już w następnym rozdziale. Ale tak, Colin na pewno teraz nie czuje się całkiem dobrze z samym sobą. No i masz rację – smutno z Franiem i Sebciem… Będą musieli jakoś przetrwać :(

    Kamaija, gdyby nie konsekwencje w postaci obrażeń uczniów, to Mark by zacierał rączki z myślami „no i co teraz, skurwielu?”.

  3. Luana pisze:

    Fakt, takiego balu to i ja się nie spodziewałam. Moses to idiota. Stoi, patrzy na to co się dzieje zamiast coś robić, dzwonić po karetkę. Długo nie zabawi na stanowisku dyrektora, a ta sytuacja prawdopodobnie oznacza koniec projektu. Szkoda Tomasa, mam nadzieję, że nic mu nie będzie. Colin będzie się pewnie obwiniał.
    A Franio i Seba… Serce się łamie na myśl, że już niedługo ten pierwszy będzie musiał wyjechać. :/
    Pozdrawiam.

  4. Jelis pisze:

    Czyżby to miało zakończyć projekt? Bo zostało tylko kilka rozdziałów 😂😂 a po takim czymś to ciężko już byłoby cokolwiek ukryć w szkole xd szkoda Tomasa bo tylko pomagał a wyszło jak wyszło

  5. Maruda pisze:

    Noo.. tego się nie spodziewałam. Ten nowy dyrektor to straszny dupek.. w ogóle nie nadaje się na to stanowisko. Sebastian i Francisco są bardzo fajną parą.. hmmm.. taką przyjemną do oglądania i czytania. Biedny Tomas.. Woody pewnie będzie nieźle przerażony jak się dowie. Podsumowując: nie myślałam, że ten projekt może wyrządzić tyle problemów. Teraz muszę tylko wytrzymać do następnego ;D

  6. damiannluntekurbus17 pisze:

    Niezapomniany bal. Beda mieli co opowiadac xd
    Nie moge z tego Mosesa. No jak teraz ludzie nie zrozumieja jaki to jest beznadziejny dyrektor to bede w szoku. Cos spadlo na chlopaka, byl pozar, ludzie sie przepychali, a on pyta czy w ogole karetka jest potrzebna.
    No nie moge sie doczekac nastepnego rozdzialu i NB. Juz odliczam dni😱

  7. kaczuch_A pisze:

    Ha….ale jaja! Tego się nie spodziewałam xD Moses nie pobawi się za długo na stanowisku dyrektora, ku*wa jaki nieogar, magia~! Brawo Franio i Seba, szkoda mi trochu Thomasa.

    Weny~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s