Across The Cursed Lands III – 52 – Zjednoczenie w stolicy

Krótka podróż pociągiem do Waszyngtonu powoli dobiegała końca. Trudno było sobie wyobrazić długą drogę konno w tak naglących okolicznościach. Adela żartowała, że pewnie dojechaliby, kiedy już byłoby po wszystkim. I albo zastaliby wielki chaos w Waszyngtonie z martwym prezydentem i Smithem na czele samozwańczego państwa, albo Nicholasa wymownie patrzącego na nich z miną pod tytułem „Już posprzątane. Gdzie wyście się podziewali?”.
Jefferson poszedł zajrzeć do koni, William z Adelą udali się do wagonu restauracyjnego na posiłek, a Eddie i Malvin przebywali w przedziale wraz z ich bagażami.
Chwilę milczeli, patrząc za okno na mijane widoki, aż Eddie się odezwał.
— Denerwujesz się? — spytał bezpośrednio. Byli coraz bliżej Waszyngtonu. Sam czuł rosnący ciężar na ramionach.
Malvin też nie wyglądał na spokojnego. Siedział u boku kowala, który z kolei zajmował miejsce przy oknie. Wolał tak, by móc czuć jego ramię na swoim, niż siedzieć naprzeciwko bez możliwości dotyku.
— Tak. Ale chyba bardziej tym, że nie wiem, co nas tam czeka — odpowiedział, popatrując na puste tereny.
Pociąg jechał szybko, przez co był też głośny. Za oknem widać było rozsypujący się śnieg, który pociąg wzniecał swoim pędem.
— Chyba nawet Adela nie wie, co nas tam czeka. Ale pewnie, jak reszta, ma nadzieję, że nie będzie to jej ostatni rok.
— Każdy z nas ma taką nadzieję. Jesteśmy wciąż młodzi i piękni! — Malvin zaśmiał się szczerze, mrużąc swoje jasne oczy i pokazując zęby.
— Oj, już nie tacy młodzi. Chociaż nam dane jest tu być tymi młodszymi. Nicholas i Maverick są jeszcze starsi niż Adela, z tego co mi się wydaje.
— Skoro Nicholas Orkenzy jest generałem, to jestem pewien, że musiał mieć już jakąś historię w wojsku. Jeff mówił, że obaj walczyli w wojnie secesyjnej. Mają pewien bagaż historii na swoich barkach.
Eddie zamyślił się, lekko mrużąc oczy.
— Ile miałeś lat, kiedy się zaczęła?
— Czternaście. Właśnie wtedy odkryłem, że pociągają mnie inni chłopcy — odpowiedział Malvin nieco ciszej, jakby nie chciał, żeby ktoś go usłyszał. Mimo że nikt nie przechodził korytarzem, a pociąg był tak głośny, że nawet wtedy zostałby zagłuszony. Zerknął przy tym na Eddiego z lekkim uśmiechem.
— Ja miałem już osiemnaście. Na szczęście mogłem pracować jako kowal, a nie brać udział w wojnie. — Uśmiechnął się trochę smutno. — Z jakiego miesiąca w ogóle jesteś? — spytał, skoro zeszli na temat wieku.
Z jakiegoś powodu Malvin spuścił wzrok na swoje kolana i potarł o siebie dłońmi.
— Z grudnia…
Eddie spojrzał na niego z większym zaciekawieniem.
— Tak? Z którego?
A Malvin do tego wszystkiego jeszcze się zaczerwienił.
— Jedenastego.
— To już były twoje urodziny. Pięć dni temu. — Eddie odwrócił się do niego przodem. — Czemu nic nie mówiłeś? W ogóle, wszystkiego najlepszego. — Chwycił go za dłoń i zaraz też pocałował go w policzek.
Malvin jeszcze się z tego nie otrząsnął, a został mocno przytulony.
— Bo to nieważne — wydusił, zawstydzony, równocześnie czując się bardzo, bardzo… ciepło. Uśmiechnął się i przygryzł dolną wargę. — Dziękuję, Eddie.
— Czemu nieważne? Malvin, obaj wiemy, że teraz się wiele dzieje, ale na pewno Will nie poskąpiłby whisky, by napić się z takiej okazji — odparł kowal, czując że lekarz potrzebował niewiele okazji, aby się napić.
Rozbawiło to Malvina, który chyba myślał podobnie, bo zaśmiał się wesoło.
— Czułbym się chyba nieswojo, kiedy wszyscy piliby na moją cześć. Ale może masz rację. Może potrzeba takich lżejszych chwil w tym, co nas teraz dotyczy.
— Właśnie. Trochę możemy poświętować. — Eddie jeszcze potarł jego ramię swoją dużą dłonią. — Spóźnione wszystkiego najlepszego, Mal.
Jasne, niebieskie oczy trapera spojrzały na niego z wdzięcznością i szczęściem.
— Dziękuję — odpowiedział.
Obejrzał się na wejście do wagonu, a potem szybko cmoknął kowala. Wyglądał na bardzo szczęśliwego, jakby właśnie dostał coś więcej niż tylko słowa.
— Nie masz za co dziękować. — Eddie przeczesał palcami jego włosy — Niedługo będziemy pewnie dojeżdżać — gładko zmienił temat.
— Mhm. Jeszcze nigdy nie byłem w Waszyngtonie — odparł traper z zaciekawieniem, znów patrząc za okno, jakby już teraz miał zobaczyć miasto. — Ciekaw jestem, ile czasu tam spędzimy i czy znajdziemy generała. Choć Adela mówiła, że jakby co, wie, gdzie go szukać.
— Ponoć mają jakiś zasady postępowania, aby się odnajdywać. Wspominała coś o tym, kiedy byliśmy na kolacji w Richmond.
Malvin pokiwał głową, przypominając sobie tamtą rozmowę, a zaraz potem wspomniał tytoń, który palili, wróciwszy do pokoju. Był to miły i leniwy wieczór. Wręcz nie wierzył wtedy, że na drugi dzień z rana mieli jechać na pociąg. Nie żałował, że zaangażował się w tę misję, ale już marzyły mu się wspólne dni w domu we Frankfort. Miał nadzieję, że po wszystkim będą mogli tam wrócić. To był chyba… najszczęśliwszy okres w jego życiu. Kiedy Eddie mieszkał u niego ten krótki czas. Nie powiedział tego na głos, bo wydawało mu się, że kowal uznałby to za głupie i trywialne. Przecież pozornie nie było w tym nic szczególnego, a pewnie sam kowal po prostu traktował ten czas jako… przeczekanie u niego pomiędzy życiem w Kansas a misją dla generała. A on… po prostu niesamowicie cieszył się z tak prostych rzeczy, jak towarzystwo czułego, ciepłego mężczyzny u boku.
I teraz tylko mógł liczyć, że kiedy to wszystko się skończy, będą mieli jeszcze chwilę dla siebie u niego do domu. Że nie zginą w Waszyngtonie.
— Już prawie jesteśmy, panowie! — Adela wyrwała ich z zamyślenia, kiedy żwawo wkroczyła do przedziału. — Zwarci i gotowi na przygody?
Zaraz za nią był William, który właśnie zapinał swój gruby płaszcz. Musiał już przygotowywać się do wyjścia na mróz.
— Tak, prawie gotowi — odpowiedział od razu Malvin, unosząc się, żeby sięgnąć po swoje odzienie. — Czy Jeff wie, że już się zbliżamy?
— Po drodze do niego zajrzeliśmy. Wyjdzie razem z końmi — wyjaśnił William.
— Dobrze. Więc ściągam rzeczy. — Eddie także wstał, aby pomóc kobiecie i lekarzowi postawić bagaże na podłodze.
William z zaciekawieniem to oglądał. Jego juki były maleńkie, jeśli porównywało się to z wielką walizką, która miał, pierwszy raz poznawszy Jeffersona. Teraz przypominały bardziej to, co miał wtedy Ranger. Zmienił się dla niego.
Skończyli przygotowywać się do wyjścia akurat w momencie, kiedy pociąg zaczął zwalniać. Na korytarzu zrobiło się tłoczniej, a Malvin, Adela i William podążali za Eddiem, który dzięki swojej posturze trochę torował im przejście. Zrobiło się jeszcze głośniej, gdy zatrzymali się na stacji.
Wraz z otwarciem drzwi wagonu uderzyło w nich rześkie powietrze. Waszyngton był biały. I wielki. Malvin starał się rozglądać i równocześnie nie zgubić w tym tłumie kowala. Niemal stracił go z oczu, ale po krzyknięciu jego imienia Eddie pomachał do niego. Malvin więc szybko dołączył do swoich towarzyszy, którzy z kolei próbowali dostać się do koni i Jeffersona. Wychodzącego z wagonu niemal jak jeden z rumaków.
— Szzz… Spokojnie. — Ranger uspokajał wierzchowce, prowadząc je pewnie.
Reszta jego towarzyszy zajmowała się bagażami, a on trzema wierzchowcami i nie wyglądało, jakby sobie nie radził.
— Jeszcze tylko Oficer i twój koń, Ad — zwrócił się do kobiety, kiedy ci dołączyli do niego, aby przypilnować Pigmenta oraz koni kowala i trapera.
Zwierzęta niecierpliwiły się przez tłumy ludzi i hałas pociągów. Nie ociągali się więc i szybko zabrali konie z dala od największych skupisk ludzi. Chociaż już teraz widać było, że w środku dnia, w stolicy kraju próżno było szukać pustych uliczek, jak chociażby w małych mieścinach na południu. Tutaj życie toczyło się bardzo intensywnie. Choć William miał wrażenie, że inaczej niż w Chicago, również pełnym ludzi mieście.
— Musimy się gdzieś ulokować. Nie będziemy chodzić na poszukiwania chłopaków z tym wszystkim! — zawołała Adela przez ramię, kiedy kroczyli skrajem jednej z głównych ulic miasta. Na dachach domów było sporo śniegu, lecz drogi były wydeptane przez przechodniów, konie i wozy.
Otaczała ich potęga Waszyngtonu. Drogi były wyraźnie zaplanowane, budynki, czym bliżej centrum, tym bardziej bogate. I co dla Malvina było najbardziej niezwykłe, wiele z nich było z cegły. W jego rodzinnym Frankfort tylko te w centrum miasta takie były i nie było ich wiele. Nie były też tak wysokie.
— Jakieś pomysły? Bywałaś tu na tyle często, aby polecić jakiś hotel? — spytał Jefferson, siedząc swobodnie w siodle.
Oficer był ożywiony tym, że w końcu nie był w wagonie, ale mężczyzna nie pozwalał mu szaleć na ulicach, którymi chadzały damy w długich sukniach, kołnierzach z futra, z mufkami na rękach. Choć oglądały się z zaciekawieniem na takiego pięknego, karego konia.
— Tak, znajdę nam coś przystępnego. Mam tu znajomą. Jest wdową, ale ma dużą rezydencję po mężu i synu, który zginął na wojnie. Zawsze chętnie użycza pokoi. Uwielbia moje opowieści z czasów Boosy! — odpowiedziała Adela ze śmiechem.
— Nie dziwię się jej… — Jefferson pozwolił sobie na westchnienie. Sam cieszył się bardzo, że spędzili tych kilka dni z Adelą. Ona zdecydowanie bardziej skora była mówić o swojej przeszłości, niż chociażby Nicholas czy nawet Maverick.
William też trochę zaraził się fascynacją Jeffersona i chętnie słuchał opowieści. Malvin i Eddie byli bardziej wycofani w tym względzie, ale nie przeszkadzało im to. A teraz ucieszyli się, że będą nocować u jakiejś zaufanej osoby, a nie w hotelu, w którym aż takiej prywatności nie było.
— Daleko mieszka ta osoba? — zainteresował się William.
— Nie, właściwie nie. I nie martwcie się o konie. Ma dużą stajnię.
— Właściwie o nie się nie martwiłem…
— Mów za siebie — odparł Jefferson partnerowi, kręcąc głową z politowaniem. — A kiedy ruszymy w poszukiwaniu Nicka i Mavericka? — spytał, a Eddie pokiwał głową na zgodę, by rozważyć to szybciej niż później. Nie spieszno było mu do przygód, ale niepokój też nie był czymś, co dawało dobry sen.
— Oj panowie, spokojnie! Zostawimy rzeczy, pozwolimy się poczęstować herbatą mojej znajomej i ruszamy. Jest wczesna pora. Głowa do góry!
Cała czwórka mężczyzn nie miała nic do gadania. Musieli spełniać rozkazy jedynej kobiety w towarzystwie. Ale nie marudzili. Adela miała rację. Było jeszcze dość wcześnie, a oni potrzebowali ciepłego napoju w ten chłodny dzień. Nicholas i Maverick, jeśli wciąż tu byli, musieli poczekać jeszcze chwilę.
Nie było na to innego wyjścia.

***

Był już bardzo późny wieczór, kiedy wyszli z mieszkania znajomej Adeli. Ciepła herbata, wino i chwila wytchnienia po podróży dobrze im zrobiły i zapewniły właścicielkę domostwa, że gościła pod swoim dachem prawych ludzi, którzy nie sprowadzą na nią kłopotów. To ostatnie nie musiało być prawdą i Adela o tym widziała, ale w duchu liczyła, że jednak tak będzie. Że nie przysporzą jej kłopotów, a jedynie zostawią u niej konie i bagaże.
— Idziecie? — zawołała, kiedy już wyszli na ciemne ulice Waszyngtonu.
Latarnie były pozapalane, a śnieg odbijał ich światło, dzięki czemu nie podążali przez całkowity mrok. Nie było bowiem widać księżyca. Adela za to wydawała się wiedzieć, dokąd zmierzała.
Musiała chwilę zaczekać, aż każdy pozapinał się pod szyję. Nikt nie spodziewał się, że pod wieczór zerwie się tak silny wiatr. William zmrużył oko, czując, jak śnieg uderzał w jego twarz. Nie było to przyjemne. Ale zamiast marudzić na pogodę, ochoczo podążył za towarzyszami, ciekaw, czy faktycznie znajdą Nicholasa i Mavericka.
Wyglądało na to, że Adela domyślała się, gdzie mogła zatrzymać się dwójka jej przyjaciół z dawnych lat. Po kilkunastominutowym spacerze dotarli do hotelu i weszli do sali restauracyjnej. A przynajmniej tam kazała im czekać kobieta, kiedy sama poszła do recepcji. Czwórka mężczyzn nie słyszała i nie widziała rozmowy, którą toczyła z właścicielem hotelu. Czekali już przy dużym stole usytuowanym nieopodal wielkiego kominka. Z tego co widzieli, klientami byli ludzie raczej średniej klasy, jednak dania, które spożywali na kolację, nie wyglądały źle. Z kuchni też przyjemnie pachniało.
Adela wróciła do nich po kilku minutach. Stanęła przy stoliku i zaczęła rozpinać swój gruby płaszcz.
— Nicka i Mava jeszcze nie ma w pokoju, ale właściciel powiedział, że gdy tylko wrócą, pokieruje ich do nas — powiedziała, po czym zarzuciła płaszcz na oparcie krzesła. — Zamówiłam nam po kuflu piwa. Możemy trochę poczekać.
— To dobra myśl — pochwalił Jefferson ze swojego miejsca. Już ubierał się normalniej, niż kiedy jego serce umierało. Nadal jednak nie był takim zmarzluchem jak jego jasnowłosy partner.
— Skąd wiedziałaś, że tu są? — zagadnął Eddie, zdejmując ciepłą czapkę. Myślał, że od razu gdzieś pójdą, dlatego dopiero się rozbierał.
— W ramach działania agencji TABiW mamy ustalone miejsca pobytu w wypadku pojawienia się w jakimś mieście. W Waszyngtonie mamy takie trzy, ale cieszę się, że już pierwsze okazało się trafione — wyjaśniła kobieta. Poprawiła swojego koka i wyciągnęła nogi pod stołem. Wyglądała na całkiem rozluźnioną, choć Jefferson zauważył, że zanim usiadła, uważnie przyjrzała się każdej osobie w pomieszczeniu.
— Ciekawe, czy zdziwią się, że Jeff wciąż z nami jest — rzucił William z zaciekawieniem w głosie. Był świadom, że Nicholas i Maverick domyślali się choroby Jeffersona.
— Nic im nie mówiłeś? — spytał Ranger z zaskoczeniem, bo był niemal pewien, że tylko on był niewtajemniczony we własną, zbliżającą się śmierć. Eddie w końcu wiedział.
William pokręcił głową, a do ich stolika podeszła kelnera niosąca okrągłą tacę pełną kufli z pienistym piwem. Postawiła przed każdym z gości po jednym i odeszła. Lekarz najpierw napił się kilka dużych łyków, nim znów się odezwał. Może w oczach Jeffersona często zachowywał się jak wymuskany paniczyk, ale… umiał pić po męsku.
— Nikt nie wiedział poza Eddiem. Nie chciałem, żebyś się dowiedział, a Nick i Maverick mogliby coś powiedzieć. Ale myślę, że na koniec się domyślali.
— Cóż, na koniec nawet ja się domyślałem — prychnął Ranger i znów umoczył usta w pianie.
Adela patrzyła na nich z pytaniem w oczach. Aż do czasu, kiedy żaden z nich nie poratował jej i nie wyjaśnił, o co chodziło.
— Dobrze. Ale o czym mówicie?
— Jeff był zarażony wirusem, którym ludzie przez was poszukiwani likwidują niewygodne osoby — powiedział Malvin, czując się całkiem dobrze, że nie był tak do końca najmniej poinformowanym.
— Do diabła, czyli jednak istnieje lekarstwo?!
— Nie — odparł od razu William i zerknął krótko na swojego partnera. — Wykonałem operację zamiany serca w ciele Jeffa, ale to nie jest coś, co może udać się za każdym razem.
— A ja nie piszę się jako materiał do kolejnych badań. Nie jest mi to na rękę, że podmienił mi serce, ale… — Ranger wzruszył ramionami. Nie miał innego wyboru. Mógł umrzeć albo… Tak naprawdę w ogóle nie miał wyboru. William dokonał go za niego. I nie miał mu tego za złe.
— Serce jest w połowie mechaniczne i naturalne. Trochę jak Nicholas — dodał Eddie dla robiącej wielkie oczy kobiety.
Adela w szoku zapomniała o swoim piwie. Potem wyraziła duże zainteresowanie tym, czego William użył do operacji. Czas oczekiwania upłynął im więc głównie na rozmowie o nowym organie znajdującym się w piersi Rangera.
Niecałą godzinę później nadeszli ci, na których czekali. Maverick i Nicholas wpadli do restauracji jeszcze w płaszczach. Na ramionach i kapeluszach mieli płatki śniegu, a policzki i nos czerwone od mrozu. Obaj na widok Rangera w całkiem niezłej formie zrobili zaskoczone miny. Szok odbijał się w ich oczach.
— Chłopcy! — Adela poderwała się z krzesła i z uśmiechem ruszyła w ich kierunku.
Nawet kiedy podeszła do nich, aby przytulić swoich towarzyszy z dawnych lat, ci patrzyli z konsternacją na Rangera, spinającego się pod ich spojrzeniem.
— Może usiądziecie? — zaproponowała kobieta, wskazując stół.
Nicholas ze zmarszczoną twarzą i dziwnym oporem podszedł do stołu. Nie spuszczał wzroku z Jeffersona. Zupełnie, jakby widział teraz upiora, a nie żywego człowieka.
— Żyję. Też mnie to dziwi. Ale usiądźcie może.
Maverick dosunął sobie krzesło obok Rangera i zdjął kapelusz. Usiadł, po czym ścisnął jego ramię.
— Wyglądasz bardzo dobrze.
— Dzięki. Czuję się też dobrze — odparł Jefferson i spojrzał na Nicholasa, który nadal nic nie mówił. Napił się więc piwa, nietypowo przytłoczony dla siebie, nawet w takiej sytuacji. — To naprawdę ja, Nick.
— Też mi się tak wydaje — wydusił w końcu generał, ale wyglądał na niewierzącego we własne słowa. — Niemniej nadal mam wrażenie, jakbym patrzył na ducha. Znaleźliście lekarstwo? — Skierował wzrok tym razem na lekarza, swoim pytaniem upewniając wszystkich, że domyślali się, co się działo z młodym mężczyzną.
— Nie. Usunąłem serce Jeffa i wstawiłem mu nowe — wyjaśnił William najprościej, jak potrafił.
A dwójka przybyłych mężczyzn zaniemówiła. To było coś ponad ich granice pojmowania. Wiedzieli, że w medycynie nigdy coś takiego się nie wydarzyło. Brzmiało to jak… jak mrzonka szaleńca. I jakkolwiek czasami uznawali Williama za szalonego… tak nie sądzili, że był w stanie czegoś takiego dokonać.
— Gdyby Ben żył, odbylibyście długą rozmowę — wydusił w końcu Maverick.
— Zapewne. Ale jeśli mowa o życiu i nieżyciu… Skoro tu jesteście, to rozumiem, że sprawa wciąż jest w toku — przerwała im Adela. Już dość się dziś nasłuchała o operacjach i wirusach serca, by chcieć przerabiać to kolejny raz.
— Tak. Naczekaliśmy się na was — mruknął Nicholas cierpko, ale zaraz westchnął i zwyczajnie zabrał kufel Jeffersona. Wypił wszystko, co jeszcze tam było, po czym odstawił go głośno na blat. — Ale powiedzmy, że macie wybaczone przez powody. My też nie próżnowaliśmy. Mamy Smitha. Ale o tym, myślę, że lepiej pomówić na osobności.
— Macie Smitha?! — wydusiła Adela i Jefferson równocześnie.
William też zrobił zdumioną minę. A Malvin w tym wszystkim popatrywał z zaciekawieniem po Nicholasie i Mavericku. Nie wtrącał się i nie przypominał pozostałym, że nie został przedstawiony. Sam domyślił się, który z mężczyzn, kim był i widział, że sprawa, którą omawiali, była znacznie ważniejsza niż jego obecność.
— Tak, ale w takim razie chodźmy do nas do pokoju. Tam porozmawiamy — dodał Maverick.
Jefferson nie musiał już dopijać swojego piwa, więc jako pierwszy wstał z krzesła. Po nim Nicholas i Maverick, a reszta gdy tylko dopiła swoje trunki. Całą grupą udali się na piętro, nie bacząc na to, że tylko dwójka miała tu swój pokój. Zresztą Nicholas wyglądał na takiego, któremu nie odmawiało się niczego.
Kiedy weszli do pokoju, zrobiło się przez chwilę bardzo ciasno, ale po krótkim zamieszaniu większość siedziała na łóżku, reszta zajmowała krzesła, a Maverick opierał się o komodę.
— Dobrze, to może po kolei. — Nicholas spojrzał na Malvina. — Pan to niejaki Malvin Berry?
Traper, który przysiadł obok Eddiego, niemalże za nim schowany, od razu uśmiechnął się i uniósł. Wyciągnął rękę do generała.
— Tak. To zaszczyt poznać, generale.
— Jak się miewa Clover? — zagadał Maverick, na co młodszy mężczyzna zaśmiał się przyjaźnie.
— Cudownie! Ma swój ciepły dom, a jego nóżka wyzdrowiała. Trochę kuleje, ale dobrze się zagoił.
— Później o tym pomówicie, jeśli będzie sposobność — przerwał im sucho Nicholas. Maverick wiedział, że nadal był nie w humorze przez Smitha.
— Właśnie, jak źle jest? — Adela za to przerwała swojemu dawnego kompanowi, nie bacząc na jego humory.
Malvin więc od razu usiadł z powrotem obok Eddiego, nie chcąc przeszkadzać. Tym bardziej, że reszta oczu spojrzała na Nicholasa z nadzieją na jakieś dobre wieści.
— Smith nadal milczy — powiedział Maverick zamiast partnera. Opierał się pośladkami o komodę i patrzył na tych wszystkich, zgromadzonych w małym pokoju ludzi. Już pozbył się płaszcza, a wprawne oko Williama spostrzegło na jego kraciastej koszuli plamki krwi. — Ale mamy pewien trop od tutejszego szeryfa. Sprawdziliśmy go i jeśli tylko uda się go potwierdzić przez Smitha, to chyba wiemy, gdzie możemy szukać dalszych poszlak. Pewien trakt handlowy został zamknięty kilka lat temu. Prowadził w kierunku Richmond, lecz objeżdżał go i wiódł dalej na północ. Na tej trasie prawdopodobnie znajduje się coś podejrzanego.
— Można go sprawdzić. Tylko co ze Smithem? — spytał od razu Jefferson, bo z jednej strony najlepiej byłoby, aby tylko część z nich sprawdziła tę informację, ale jeśli coś w niej było, to tylko traciliby czas. A ruszenie całą grupą i zostawienie ich numeru jeden, na którego polowali, nie wchodziło w grę.
— Nick jest bezsilny — powiedział niechętnie Maverick. — Może go złamie, ale Smith to typ, który może tak wytrwać nawet kilka tygodni. Nie mamy na to czasu. Do tego prezydent jutro chciał się z nami spotkać i omówić postępy. Których nie ma.
Adela skrzywiła się wyraźnie.
— Poważna sprawa… Może…
— Może ja spróbuję — przerwał jej niespodziewanie William. — Wiem, jak może najbardziej zaboleć.
Jefferson najpierw się skrzywił, po czym jednak poparł kochanka.
— Will może mieć rację. I nie pozwoli mu zemdleć. W końcu jest lekarzem. Jak pokaże mu na żywca jego własne jelito, to może zacznie mówić. — Zaśmiał się na koniec, wyobrażając sobie coś takiego. I był w sumie nielicznym, któremu było do śmiechu, bo Eddie aż nietypowo zbladł.
— Chyba nie…?
— Będę tylko potrzebował stołu lub większego fotela — dodał William, nie odpowiadając Eddiemu.
Ten za to czuł, że siedzący obok niego Malvin aż zesztywniał. I chyba nawet przestał oddychać.
— Nick? — Maverick tymczasem popatrzył na kochanka, do którego należała decyzja, a ten skinął głową.
— Mogę ci go załatwić nawet w godzinę. I chętnie popatrzę — odparł okrutnie, a Jefferson uśmiechnął się, ale szybko zakrył to dłonią.
William, który na samym początku ich wędrówki był tylko lekarzem i spowalniał wiele rzeczy, teraz stawał się bardzo ważnym członkiem ekipy. Każdy to zauważał, więc teksty na temat jego nieogarnięcia w dziczy były tylko żartami dla rozluźnienia atmosfery, a nie poważnym zarzutem.
— Ben ma chyba dobrego następcę… — skomentowała Adela z krzywym uśmiechem. Była pewna, że Show też posunąłby się do tego, co właśnie proponował William. A sytuacja była na tyle poważna, że nie miała nic przeciwko temu.
— Dobrze. Więc wrócę po swoje narzędzia i możemy się spotkać w miejscu, w którym przetrzymujecie Smitha — zaproponował William, już unosząc się z łóżka.
— Ja chyba nie chcę popatrzeć — wtrącił szybko Malvin, kiedy wszyscy wyglądali, jakby zamierzali zabrać się z tą dwójką.
— Możecie w tym czasie zająć się mapami. Jesteś ponoć traperem, powinieneś się na tym znać. A my potrzebujemy analizy tego zamkniętego szlaku — powiedział Nicholas i odwrócił się, aby dać nowo poznanemu mężczyźnie mapy.
Nie było to trudne zadanie, ale czasochłonne. A jeśli traper pomagał im już dość długo, to ufał osądowi Jeffersona i Eddiego co do jego zaangażowania w sprawę.
Malvin przytaknął z ochotą i przyjął dokumenty. Chwilę jeszcze spędzili nad rozmową na temat tego, czego najstarsza para dowiedziała się w bibliotece. Malvin więc dostał archiwalne dokumenty i usiadł ze wszystkim do okrągłego stolika znajdującego się przy oknie. Taka praca odpowiadała mu znacznie bardziej niż obserwowanie, jak partner Jeffersona torturuje jakiegoś mężczyznę.
— A ja wam potem pokażę, co ciekawego wymyśliliśmy jako broń przeciwko tym nieludzkim potworom — dodała Adela, już wychodząc za Maverickiem z pokoju.
Jefferson i William udali się za byłymi członkami Boosy, zostawiając w pokoju parę kowala i trapera. Ci zdecydowanie woleli pracować nad papierami i z nich wyciągać informację niż z ciała jakiegoś mężczyzny. Nicholas nie obawiał się, że ich zostawiał. I tak nic cennego nie było w pokoju.
— W ogóle, dawno go złapaliście? I jak? — Jefferson zainteresował się, kiedy już wyszli z hotelu na zimne powietrze Waszyngtonu.
— Betty Colins — wyjaśnił krótko Maverick.
Teraz to Jefferson i William zrobili miny takie jak oni, kiedy ujrzeli żywego Rangera. Starsi mężczyźni musieli im przypomnieć, że mają iść, bo ci zatrzymali się z zaskoczenia. Adela, która nie miała pojęcia, kim była Betty, również chętnie się im przysłuchiwała.
— Unieszkodliwiła go jakimiś specyfikami — mówił Maverick, kiedy ruszyli dalej. Szli pieszo, bo do domu znajomej Adeli było stąd blisko. — Zaciągnęła go do pokoju, który wynajmuje razem z Hamiltonem.
— Isaac tu jest?! — jęknęła Adela, unosząc oczy ku rozgwieżdżonemu niebu.
— Ad, jedyna dobra wieść, jaką mam dla ciebie, to że ta kobieta zawróciła mu w głowie. Dla nas, nie jestem pewien, czy to jest dobra wiadomość — mruknął Nicholas, trochę spokojniej mówiąc, kiedy chłód uspokajał jego gorącą głowę.
— Nie? A kim jest ta kobieta? — dopytywała Adela i dodatkowo zgłupiała, kiedy Jefferson zaśmiał się pod nosem.
— Betty Przepiórka Pieprzona Colins? Jest złodziejką, na którą wpadliśmy w czasie naszej drogi ze trzy razy. Ale z Hamiltonem chujem są chyba siebie warci.
— Boże… Gavin by się ucieszył, że wreszcie ma swoją pannę! — Adela roześmiała się głośno.
Maverick uśmiechnął się do siebie, choć jego myśli krążyły teraz głównie wokół Smitha.
— Najważniejsze, że nam pomagają. Zaskakująco Hamilton nawet dowiedział się, jak Jess trafiła w kręgi tej organizacji.
— Tak? — Adela zaciekawiła się, a kiedy szli, Maverick i Nicholas na zmianę opowiedzieli jej wszystko, czego się dowiedzieli.
Jefferson i William także słuchali, chociaż ten ostatni zastanawiał się w międzyczasie, co mógł zrobić ze Smithem, aby ten zaczął mówić. Oraz co już do tej pory zrobił z nim Mały Nick. Domyślał się, że ten użył siły pięści, ale to nie zawsze działało. Były inne rodzaje bólu. Bardziej punktowe, uporczywe i przechodzące przez całe ciało. Nie chciał tego robić. Nie dlatego, że miał wyrzuty sumienia. Czuł się teraz podobnie jak przed pierwszym swoim zabójstwem. Że robił coś niewłaściwego. Ale jeśli miało to pomóc… to był gotów w tym celu użyczyć swoich zdolności.
Teraz chciał skupić się na tym tak samo, jak Jefferson z byłymi członkami Boosa skupiali się na zlepieniu wszystkich poszlak w jak najbardziej spójną całość podczas rozmowy po narzędzia aż do aresztu, w którym przetrzymywali Smitha.

8 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 52 – Zjednoczenie w stolicy

  1. Katka pisze:

    Wadera, w sumie dobrze Cię rozumiem, bo też lubimy sceny, w których jest więcej postaci. Czy to w FDTS, czy tutaj, czy w ogóle w innych opowiadaniach. Choć przy tym trudno się je pisze XD Bo wymagają dużego skupienia, by o nikim nie zapomnieć i z reguły się rozwlekają. Ale są przyjemne. Można pokazać różne interakcje. I tak jak mówisz, nie wszyscy wszystko wiedzą i to nadaje pikanterii. „Po stracie matki i ryzyku utraty Jeffa pewne hamulce Willa zniknęły bezpowrotnie pozostawiając jedynie ślady.” – to prawda. William bardzo sie zmienił. I mimo że w dużej mierze na plus, tak równocześnie trochę jego człowieczeństwa została utracona. Ale tak zawsze jest w przypadku osób z pewnymi traumatycznymi doznaniami. A trudno jest tak nie nazwać tego, co doznał przy zamordowaniu mu matki.
    Hm, hm, co do FDTS… jeszcze dokładnie nie wiemy, kiedy je wypuścimy, bo chcemy mieć jakiś zapas. Ale optymistyczne wersje to takie, żeby w sierpniu czy wrześniu już się pojawiło. Pozostaje trzymać kciuki! :D Na pewno stanie się to w tym roku :D

  2. Wadera pisze:

    I kolejny rozdział :D
    Spotkanie całej ekipy wreszcie się dokonało! Uwielbiam moment kiedy Nick i Mav zobaczyli rangera! Mam przed oczami te ich zszokowane miny. Bezcenne! I jeszcze ten komentarz Jeffa: „Żyje. Też mnie to dziwi.” Z takim totalnym spokojem z odrobiną speszenia. Po prostu genialne!
    W ogóle uwielbiam dynamikę tej grupy. W sumie nie wiem dlaczego, ale mam uciechę jak są wszyscy razem. Choć może to wynikać z tego jak różne i wielowymiarowe każde z nich jest. Za każdą postacią kryje się historia, której nie znają inni. Niektóre znamy my, ale też nie wszystkie i chyba dlatego tak mnie przyciągają ;)
    Przyznam, że nie spodziewałam się po Willu takiego „zaangażowania”, choć czego jak czego umiejętności nie można mu odmówić. W tym względzie bardziej stawiałam na Jeffa 2.0
    Tutaj chyba najwyraźniej pokazałyście co cierpienie robi z ludźmi. Po stracie matki i ryzyku utraty Jeffa pewne hamulce Willa zniknęły bezpowrotnie pozostawiając jedynie ślady.
    Akcja, mimo że powoli nieubłaganie zbliża się ku końcowi i wychodzę ze skóry chcąc dowiedzieć się jaki będzie finał :)
    P.S.: Widzę że praca nad FDTS trwa w najlepsze! :D Wiecie kiedy mniej więcej pierwsze rozdziały trafią na stronę (w wakacje? po wakacjach? w tym roku?)? Już nie mogę się doczekać! Zwłaszcza Jasona i jego papierosowej aury ;P
    Pozdrawiam, Wadera.

  3. Katka pisze:

    Omega, no tak, haha, trudno było wierzyć pannie Betty, skoro pokazała się dotąd raczej od swojej złej strony. Ale jak widać, okazało się, że jej zdolności mogą być plusem. Zaskoczyła wszystkich :D fajnie, że spodobało Ci się jej pojawienie. Jakoś tak okazała się całkiem wdzięczną postacią do pisania XD Adelka i Gavin nie narzekają, że wpadła na Hamiltona XD

    Tess, to aż zaskakujące, że taka postać jak Betty może być lubiana, haha, ale w sumie jest dość zabawna, więc czemu nie. W tej części nabrała większego znaczenia, to racja. Hehe, a co do flaków Smitha… cóż, Will na pewno wymyśli coś skutecznego :)

    Jelis, haha o jedne tortury za szybko XD No niestety, tak trzeba było urwać. I masz rację, teraz sprawy zostaną pchnięte do przodu. Zbliża się wielkie apogeum!

    Kaczuch_A, oj bardzo się dobrała z Hamiltonem. Oni pasują do siebie idealnie. Powinni razem rządzić Piekłem XD Co do czułostek Eddiego i Malvina to się zgadzam. Są tacy cieplutcy :3 Haha a czy Ziemniaczek zostanie szamanem, to nie wiem, ale na pewno progresuje XD „I uroczyście proszę o kolejną część tego opowiadania~! Jest zbyt zajebiste by się z nim żegnać.” – nam też bardzo trudno się żegnać z chłopakami… ale to niestety nie jest telenowela jak FDTS. Jest za bardzo fabularne XD Trzeba było to zamknąć…

  4. kaczuch_A pisze:

    Końcówka opowiadania trzyma w napięciu, jestem cholernie ciekawa jak wszystko się skończy~! Betty Przepiórka Pieprzona Colins – mistrzowskie określenie i faktycznie się z Hamiltonem dobrała xD Te czułostki Marvina i Eddiego w pociągu były urocze. Will i Jeff będą nową BOOSĄ, a do tego nasz ziemniak zostanie jakimś szamanem, magiem i będzie chwała i sława na cały kraj~!

    Weny~!

    I uroczyście proszę o kolejną część tego opowiadania~! Jest zbyt zajebiste by się z nim żegnać.

  5. Jelis pisze:

    Rozdział skończył się o jedne tortury za szybko :( chciałam wiedzieć w którym miejscu sobie Will pogrzebie xd no nic pozostaje czekać 😂 Dobrze że są już wszyscy razem teraz sprawy powinny szybko pójść do przodu.

  6. Tess pisze:

    Ja wierzyłam w Pannę Betty!
    Jak na początku jakoś nie zwracałam na nią uwagi, bo myślałam, że jest jakąś epizodyczną postacią, tak odkąd się dobrali z Hamiltonem, tak ją naprawdę polubiłam. Nie mogę się doczekać jej konfrontacji z Willem i Jeffem. Ciekawe czy uznają jej wyczyny, haha.
    No i zastanawiam się co tam Will wymyśli, mam nadzieję, że jednak nie będzie wyciągać Smithowi flaków, a wymyśli jakąś bardziej wyszukaną torturę xD

  7. Omega pisze:

    Betty Przepiórka Pieprzona Colins – jak ja kocham to przezwisko xD Ogólnie bawi mnie fakt, że nikt w nią (poza „Hamiltonem chujem”) nie wierzył, choć w sumie Willowi i Jeffowi się aż tak nie dziwię bo 3 razy mieli już z nią do czynienia i trochę ją poznali. Ale dla mojego uwielbienia dla tej kobiety i tego, że Gavin i Adela mogą w końcu od Hamiltona odetchnąć, cieszę się że ta ruda, pyskata i zaradna istota pojawiła się w tym opowiadaniu.
    W sumie to tak od razu jak złapano Smitha to sobie pomyślałam, że fajnie, gdyby Will go przesłuchiwał. Co prawda zastanawiałam się nad tym jakby Smith zareagował na obecność lekarza i czy serio musiałby zrobić cholernie bolącą rzecz, żeby zaczął mówić. Ale coż, o tym jak moje skryte pragnienie się potoczy, dowiem się w następnym rozdziale :3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s