Newton’s Balls – 73 – Czas noworocznych niespodzianek

— Pamiętaj tylko, że jakby cokolwiek się działo, to możesz do mnie dzwonić o każdej godzinie. Do sąsiadki też, ona jest obok, jak coś to wam pomoże. — Matka Roya stała w drzwiach i nie dała sobie ich zamknąć przed nosem.
Jej syn słuchał przemówienia z nieszczęśliwą miną, bo jego kumple już byli za nim w jego domu, gdzie mieli robić imprezę sylwestrową. A jego matka panikowała. Jak zwykle.
— Wiem, mamo, dzięki. I też baw się dobrze — odpowiedział Roy z ciężkim westchnieniem, czekając, aż kobieta wyjdzie. Zawsze było mu wstyd, że tak się nad nim pieści. Niby nie wymieniłby swojej matki na babcię Chase’a, ani na fanatyków religijnych, jakimi byli rodzice „aniołków”, ale i tak wiedział, że przy swojej rodzicielce wychodzi na jakiegoś maminsynka. — Damy se radę, luzu trochę, mamo.
— Jestem wyluzowana, Roy. — Kobieta przytrzymała drzwi, kiedy syn chciał je pociągnąć do siebie, aby je zamknąć.
Jego ojciec stał dwa stopnie niżej, już za gankiem i cierpliwie czekał. Patrzył gdzieś w przestrzeń i może rozmyślał, jakie by było jego życie, jakby tych niespełna dwadzieścia lat temu poszedł inną drogą. Czy miałby zespół jazzowy, czy żyłby pod mostem.
— Nie chcę tylko, aby tak jak w tym filmie dom spłonął albo, żeby wzywali tu do was policję. Rozmawiałam z sąsiadami, ale i tak… Roy, bądź rozsądny, synku.
Roy wzniósł oczy w stronę sufitu i poruszył ustami w bezgłośnym „ja pierdolę”. Potem uśmiechnął się sztucznie do mamy.
— Wiem… mamo… Możesz już mi siary nie robić?
— Koledzy na pewno rozumieją — odpowiedziała kobieta, a za plecami Roy usłyszał stłumiony śmiech.
Żałował, że ci debile tym razem przyszli na czas. Pewnie po to, żeby obejrzeć ten cyrk.
— Nie, mamo. Nie zrozumieją. Już możecie pójść? Też macie imprezę… Tato no, weź już stąd mamę! — jęknął do ojca, coraz mocniej się irytując.
— Skarbie, chodź, Roy sobie poradzi. Nie ma dwóch lat — ojciec nastolatka zlitował się nad nim i zawołał małżonkę.
Ta wahała się, jakby chciała zostać z synem na imprezie, ale w końcu wychyliła się i cmoknęła go w policzek.
— No dobrze, ale odbieraj telefon — poprosiła i odsunęła się, puszczając drzwi, a zamiast nich łapiąc dłoń czekającego na nią mężczyzny.
Roy pokręcił głową i bez zbędnych słów zamknął za nimi drzwi, a potem odwrócił się do trójki kumpli i skrzywił się.
— Ani, kurwa, słowa.
Jego groźba nie na wiele jednak się zdała, bo kumple roześmiali się głośno.
— Weź, to było słodziutkie! — Gabriel zarechotał, prawie pokładając się na bracie ze śmiechu.
Chase też chichotał pod nosem, chociaż on czuł dodatkowo dziwny dyskomfort w żołądku, że jego „dziewczyna” mówi do niego tak samo jak ojciec Roya do jego mamy.
Roy każdego z nich trzepnął przez potylicę, przechodząc pomiędzy nimi i wbiegł, pokonując po kilka stopni naraz po schodach na piętro, gdzie mieścił się jego pokój.
— Chodźcie wziąć te browce spod mojego łóżka! Bo trzeba je szybko schłodzić, bo będą obleśne!
Kumple ruszyli za nim, ale żaden nie przestał się śmiać. Mieli więcej radochy z zakłopotania Roya niż z tego, jak zachowywała się jego matka. Każdy z nich miał w swoim mniemaniu gorzej.
— W ogóle, te bliźniaczki to się zgodziły, że będą? — jeden z „aniołków”, ten bez dziewczyny, zaciekawił się przy okazji. Roy wszystkich spraszał, powinien więc wiedzieć.
— Nooo, niby tak, ale wiesz, mówi się, że jedna jest leską, więc raczej nie wylądujesz z obiema w łóżku — odpowiedział czarnoskóry chłopak z kpiną i wpadł do swojego pokoju.
Był spory i cały w barwach jego ulubionej drużyny NBA. Do tego Roy miał sporo niezłych sprzętów i nowych mebli, więc robienie imprezy u niego w domu nie było obciachem. Chase sobie nawet nie wyobrażał, jakiego wstydu by się najadł, gdyby impreza miała odbywać się u niego. Musiałaby być chyba w śniegu na podwórku. Tam chociaż było czysto. W miarę.
— Jak jedna może być les, a druga nie? — kontynuował temat Gabriel, już stojąc nad Royem, kiedy ten wyciągał spod łóżka piwo. Jako pierwszy wziął dużą zgrzewkę.
Raphael spojrzał na swojego starszego brata z politowaniem. Czasem nie wierzył, że IQ w ich rodzinie tak bardzo się podzieliło, chociaż z drugiej strony dzięki temu sam miał więcej mózgu. I klasy, bo dalej nie wierzył, jak Gabriel mógł ubrać na Sylwestra koszulkę w cielistym kolorze z grafiką olbrzymiego owłosienia na klacie.
— Bliźniaczki są często jak przeciwieństwa. Bardziej prawdopodobne, że jedna jest les, a druga ma bonusowego kutasa w spodniach — odpowiedział Roy ze śmiechem i podał Chase’owi kolejną zgrzewkę.
— Zresztą spójrz na nas — dodał Raphael, kiedy Chase zabrał kolejne piwa, przysłuchując się tej rozmowie z jako takim doświadczeniem. Bracia Corn też bardzo się od siebie różnili. Jeden był idealną żoną, a drugi… cóż, Marshall w sumie był jak spoko starszy brat. Kiedy już przestał być dupkiem.
— Niby — przyznał Gabriel, lustrując niższego i szczuplejszego od siebie brata, gdy mijał go w drodze do drzwi z piwem. — Ty jesteś małą pluskwą, a ja mokrym marzeniem każdej dziuni.
— Może na jedną noc, ale nie na związek — odpyskował jego brat, zabierając od Roya piwo.
Kilka minut zajęło im zniesienie piwa do lodówki, aby było już zimne na przybycie gości. Miało przyjść jeszcze pięciu ich kumpli ze szkoły, bliźniaczki, dziewczyna Raphaela z bratem i jego kumplem, a także Lucy i jej… koleżanka. Przynajmniej tak myśleli kumple Chase’a i tylko on wiedział, że to dziewczyna jego udawanej dziewczyny. To było nieźle posrane…
Bliżej dziewiątej Chase poszedł po swoją dziewczynę i Ellen na przystanek. Specjalnie tak się z nimi umówił, aby prawdziwa osoba, która jest w związku z Lucy, poznała się z pozorantem. Mieli też ustalić, co Chase może robić, a czego nie i za co dostanie w pysk. I jak na razie, a zbliżała się już jedenasta, wszystko szło zgodnie z planem. Lucy przesiadywała na kolanach Chase’a, ale gadała głównie z Ellen.
Standardowo Gabriel wgapiał się w biust Lucy i to znacznie częściej niż Chase, więc ten się obawiał, że to prędzej starszy z braci „aniołków” dostanie w pysk. Co było na swój sposób zabawne.
— I ogólnie jazda po całości. Nowa firanka poszła do śmieci, a każdy tylko sobie pluł w brodę, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby jako prezent kupić nowy telewizor. — Shirley, siedząca tuż przy Raphaelu, swoim chłopaku, opowiadała świąteczną, anegdotkę, o tym, jak jej choinka dokonała brawurowego upadku. Dziewczyna dzisiaj założyła kremową, koktajlową sukienkę i co prawda przez to mocno się wyróżniała na tle rozrywkowo ubranych znajomych, ale wyglądało na to, że i tak czuła się z tym dobrze. Chyba lubiła się wyróżniać, a wielkie, hipsterskie okulary dodawały jej w tym wszystkim uroku. — Mówię wam, koty w domu to super sprawa… do czasu.
— Dlatego wolę psy. Tank był grzeczny. I dostał bluzę — pochwalił się Chase swoim psem i już prawie chciał pokazać im wszystkim jego zdjęcie w bluzie, ale przypomniał sobie, że przecież było zrobione u Courtneya. Nie miał jak wyjaśnić tego, gdzie to niby było. Chociaż już miał wrażenie, że piwo i opowieści świąteczne zaczynają wymykać mu się spod kontroli. Bo niby skąd, kurwa, mieliby choinkę u dziadków? Miał nadzieję, że w tym rozgardiaszu nikt się niczego nie doczepi.
— Chase jest słodki z tym dbaniem o swoją czteronożną poczwarę. — Lucy zaśmiała się specyficznie, chrumkając przy tym śmiesznie. — Ja kiedyś, jak mieszkałam na wsi, swojej klaczy na święta sprezentowałam diabelskie różki. Nie podobały się jej… Ale czasem się przydają do łóżka — dodała na koniec, dla zgrywy puszczając oczko swojemu „chłopakowi”. Dla zgrywy przynajmniej w ich świadomości, bo Roy przełknął ślinę tak głośno, że nie było opcji, żeby nie zazdrościł.
— Diablica — odparł Chase, chociaż zamiast wyobrazić sobie Lucy w takich różkach, pomyślał, jak zabawnie Courtney by w takich wyglądał. Nie trudno mu było więc dzięki temu się roześmiać.
— Tylko nie liczcie, że dostaniecie pokój, aby świętować nowy rok w poziomie — wtrącił się Roy zza swojego kubka z alkoholem. Zazdrościł, ale to udawanej parze było bardzo na rękę.
— Nnnn… Oj, ale pierwszy numerek w nowym roku… — jęknęła Lucy z udawanym zawodem, a Gabriel znów wgapił się w jej widoczny pod sporym dekoltem biust, gdy ta westchnęła głęboko.
— Mama Roya by zabiła każdą laskę, która tu dzisiaj jest, gdyby znalazła ślady spermy w którymś pokoju — wtrącił Raphael. — Aby na wszelki wypadek usunąć każdą ewentualność, jaka by mogła go usidlić na dziecko. — Po tym ze śmiechem podniósł się i pociągnął swoją dziewczynę za rękę, żeby z nią trochę potańczyć do bardzo głośnej muzyki.
Już kilka dziewczyn ochoczo tańczyło ze sobą, licząc pewnie na zainteresowanie kolegów, którzy woleli stać albo siedzieć i patrzyć na nie. Roy zerkał tam od czasu do czasu, ale wyglądał, jakby nadal liczył, że dziewczyna Chase’a wystawi go do wiatru. Ta jednak nie opuszczała go na krok. Wstał więc ze swojego miejsca i udał się do kuchni. Tam były bliźniaczki i plotkowały o czymś żywo.
— No mówię ci, ta jej koleżanka na bank jest les.
— Nie, chyba nie. Za dobrze wygląda — siostra odpowiedziała drugiej, za co otrzymała srogie spojrzenie.
Roy za to momentalnie uśmiechnął się szeroko i objął jedną z dziewczyn ramieniem. Jak zwykle był uroczy i przyjacielski i nie przekraczał granicy, dopóki jakaś dziewczyna mu nie pozwoliła. A szybko pozwalały.
— Też tym argumentem uderzyłem, gdy Gabe sugerował, że któraś z was jest les — skłamał, bo to on o tym wspomniał. — Po prostu jesteście zbyt piękne obie.
— Bo jak les, to od razu musi być babochłop — ta bliźniaczka, która nie została objęta, spojrzała na Roya wyzywająco. Jak jej było? Becky? Chyba tak. Nie pamiętał dokładnie.
— No, a pedałki? Też noszą te swoje futerka i malują się jak dziewczyny. — Roy wzruszył ramionami, głaszcząc jedną dziewczynę i podziwiając drugą oraz jej krucze włosy kontrastujące z bielą mebli w jego obszernej kuchni. — Ale seryjnie myślicie, że ta koleżanka jest les?
— Jest tak hetero, jak ty jesteś gejem — znowu odezwała się ta sama dziewczyna. Nadal z założonymi rękami pod biustem. Ładnym biustem, musiał przyznać gospodarz tej imprezy, więc obdarowywał go swoimi spojrzeniami z równą czcią jak włosy dziewczyny.
— To słuchajcie… Możemy to sprawdzić — zasugerował z niecnym uśmiechem. — Spróbuj ją poderwać, Becky.
— Dlaczego ja?
— Dlaczego nie? A może ona ci się podoba? — Roy uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Bliźniaczka spojrzała na swoją siostrę, jakby miała ją uratować. Ta jednak wzruszyła ramionami, na których leżało ramię Roya.
— To podłe by było — odparła Becky, starając się przybrać inną strategię.
— Co by było podłe? I macie jeszcze piwko? — Naraz do kuchni wkroczyła Lucy. Uroczo rumiana na policzkach. Jej zielone oczy szkliły się już od alkoholu, a rude włosy spięte w gruby warkocz częściowo się z niego wyplątały.
Becky lekko się spłoniła na policzkach. Mogła nie zaczynać z siostrą tego tematu. Ale co miała poradzić na to, że miała podejrzenia i chciała się z kimś nimi podzielić? Ale musiał przyjść Roy i podsłuchać.
— Bo Roy twierdzi, że poderwałby każdą dziewczynę, a my twierdzimy, że twojej koleżanki na pewno nie dałby rady. Że on nie jest totalnie w jej guście — Cassie, druga siostra, w końcu się odezwała.
— Aaa, no, bo nie jest! — Lucy zachichotała, jakby to była tak oczywista prawda, że w ogóle głupio było to rozważać. Przy tym zawinęła do lodówki i machając biodrami ukrytymi pod obcisłymi, wytartymi jeansami, wyciągnęła dwie butelki. — Ellen ma już faceta. Irlandczyka. Rudeeeego!
— Rudego? — Dziewczyny spojrzały w stronę wejścia do kuchni z zaskoczeniem. Nie widać było tam ani dziewczyny, ani jej rudego chłopaka.
— A gdzie on jest? — spytał Roy, jakoś nie wierząc, że jakaś ładna dziewczyna mogła woleć rudego od niego.
— Pojechał na święta do Irlandii. Wróci dopiero po Nowym Roku, dlatego ją do was wyciągnęłam. A teraz soooorcia, mój seksowny mężczyzna czeka na piwko — na koniec zaciągnęła końcówki słów, jak to kiedyś robiła na wsi i wymaszerowała z kuchni, a Roy i bliźniaczki spojrzały po sobie z brakiem zrozumienia.
Zabawa trwała w najlepsze i rozkręcała się wraz z kolejnymi butelkami piwa. Po jakimś czasie nawet chłopcy dali się wyciągnąć na parkiet i tańczyli z dziewczynami, choć głównie po to, by przy okazji je zmacać. Te, już podpite, pozwalały im na to ze śmiechem.
Na krótko przed północą, gdy Raphael z Royem poszli do piwnicy poszukać szampana rodziców tego drugiego, Chase, właśnie bujający się w jakimś wolniejszym tańcu z Lucy, poczuł wibracje w kieszeni. Wyciągnął komórkę i odczytał wiadomość ponad ramieniem dziewczyny. Była od Courtneya.
„Potem może nie być zasięgu. Szczęśliwego Nowego Roku, skarbie. Z dala od paki. I nie macaj tam żadnej. Masz co macać w domu :*”
Chase uśmiechnął się i przytulił do siebie bardziej Lucy.
— Życzysz mi właśnie szczęśliwego Nowego Roku. I obiecujesz macanko w domu. Też masz plany na potem? — spytał Chase, mówiąc do ucha koleżanki. Schował na razie telefon do kieszeni, nie chcąc puszczać dziewczyny. Byłoby głupio zostawić ją nagle na korzyść telefonu.
— Nooo, jedziemy z Ellen do mnie i ja serio mówiłam o tym, że konieczny jest noworoczny seksik — odpowiedziała Lucy z chichotem, trzymając ręce zarzucone na szyję Chase’a. Nie krępowało ją trzymanie się z nim blisko, tak że zgniatała sobie biust na jego klatce piersiowej. — Ale to jak będziemy mieć siłę. Najwyżej rano.
— Ja tam nie wiem jak ty, ale ja na moją dziewczynę zawsze mam siłę. Nawet jak nie mam. — Chase zarechotał. Też już był trochę pod wpływem i naprawdę z chęcią znowu wkradłby się przez okno do sypialni swojego kuratora i przeznaczyłby dla jego tyłka swój pierwszy noworoczny wytrysk.
— Młodszy jesteś, to jasne, kurka, że masz! Młode psiaki zawsze łażą i gwałcą każdy krzak, jaki się poruszy na wietrze — Lucy plotła trzy po trzy, śmiejąc się z własnych głupawych żartów i zupełnie ignorowała spojrzenia, jakie męska część imprezy rzucała jej pośladkom.
— Nie każdy. Nie obsikuję każdego — odparł Chase w swojej głowie całkiem logicznie, ale to, że tak nie było, dotarło do niego dopiero po chwili. — Znaczy, jest tylko Coney. Moja słodka Coney. — Zaśmiał się. — Muszę do niej napisać, trzymaj się — dodał i objął dziewczynę i za jej plecami zaczął pisać smsa.
„Też wszystkiego dobrego <3 I jak jestem teraz tak grzeczny, tak w nocy chcę być tak niegrzeczny z tobą.”
— Coney… — Lucy w tym czasie powtórzyła, bujając się z nim powoli i trochę nim kierując.
Courtney za to bardzo szybko odpisał. Chyba nie był zajęty niczym bardziej szałowym niż oglądaniem telewizji. „Mam nadzieję :) Ale Lil chyba umiera ze strachu, nie mogę się iść nawet odlać. Przylepił mi się do kolan :(”
Chase pomiział Lucy nosem po boku głowy. Szkoda mu było Lila.
„To idź z nim albo daj mu leki :(”
„Dałem, może jeszcze nie zaczęły działać. Jakoś razem przetrwamy :) Baw się dobrze. Do zobaczenia w domu ;)”
— Lil się boi — powiedział Chase, wysyłając Courtneyowi buźkę. — Tank chyba ma to bardziej w dupie. Biedne są w Sylwka. I w ogóle, która już?
— Eee… Za siedemnaście północ. Pewnie już gdzieś debile puszczają petardy i słyszy — zatroskała się Lucy, po czym odsunęła się kawałek. — To skołuję jakieś kieliszki. Bo, kuźwa, nikt nie pomyślał o tym, bo ani widu, ani słychu.
— No, pewnie nie. Dobrze kminisz — zgodził się Chase, także ją puszczając. Zawołał do reszty przy tym: — Ej, młotki, niedługo północ!
— Co? CO?! — Gabriel najpierw rzucił głupio, wcześniej zagadany z kumplem i bliźniaczkami, a potem spojrzał na zegar i zrobił wielkie oczy. — O kurwa, o kurwa, starzejemy się o rok za chwilę, capy jebane! Ogarniamy kieliszki!
Lucy, która już wychodziła do kuchni, tylko obejrzała się na niego z politowaniem i uśmiechem.
— No dawaj, dawaj, Coney, rozstawiaj to szkło! Jak świętować, to z pełną kulturką — zawołał Roy do Lucy, kiedy pokazał się z butelką szampana na Nowy Rok.
Każdy powoli zaczął się zbierać, ktoś włączył telewizor, żeaby zobaczyć, jak w Nowym Jorku i w innych miastach celebrują przyjście Nowego Roku. Shirley pomagała Lucy ustawić kieliszki, a Gabriel „czuwał” nad wszystkim i głośno liczył, ile zostało do wybicia północy. Roy walczył z korkiem i czekał na odpowiedni moment, by strzelić.
— Teraz uwaga, uwaga, to, co zobaczycie, niektóre z was mogłyby zobaczyć w sypialni, jakby mnie tam wpuściły — rzucił z szerokim, głupawym uśmiechem.
— Przedwczesny wytrysk? — Chase zaśmiał się i nie mogąc się powstrzymać, trącił Roya tak, że ten, kiedy było dziesięć sekund do północy, wypuścił korek.
Szampan strzelił, piana się potoczyła po podłodze, ale na szczęście trochę alkoholu trafiło do kieliszków i na stół.
Gabriel i trójka ich kumpli zarechotała głośno. Lucy też. Nie mogła się powstrzymać. Roy burknął do Chase’a „chuj ci w dupę”, ale był zbyt skupiony na rozlewaniu szampana do kieliszków, żeby się z nim kłócić. Po chwili więc każdy miał w dłoni częściowo napełnione szkło, w telewizji już pokazywano wybuchy petard, a oni mniej czy bardziej synchronicznie zawołali:
— Szczęśliwego Nowego Roku!

***

Albert dobrze wspominał wspólne święta. Ridley dopasował się, jak tylko mógł, Albert postarał się o to samo, ale głównie skupił się na pełnym ich przeżywaniu, a nie obsypywaniu się prezentami i ozdobami świątecznymi, od których robiło mu się niedobrze, gdy tylko widział je w supermarketach. Teraz już było „po wszystkim” i każdy nacieszywszy się tym, co znalazł pod choinką, szykował się do Sylwestra. Oni też to robili, ale ze stonowanym entuzjazmem. Mieli dziś spędzić ostatni wieczór w pracy, co Albert uznał za kiepski żart, ale i tak się na to zgodził.
Pojechali do budynku redakcji taksówką, żeby móc skosztować lampkę szampana w gronie pracowników. Nie planowali siedzieć tam długo. Woleli wrócić do domu wcześniej i świętować nadejście Nowego Roku wspólnie, nie tak hucznie.
Nie było zaskoczeniem, że sporo pracowników patrzyło na nich z pozytywnym zaskoczeniem, gdy weszli do środka. Osobno, bo nie chcieli wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń, ale zarówno Albert, jak i Ridley dziesięć minut później, gdy weszli, zobaczyli spojrzenia pełne podziwu. Albert głównie ze strony żeńskiej części, bo jak zwykle ubierał się dość formalnie, na czarno, tak w jeszcze bardziej eleganckiej formie sprawiał, że te tylko ostatkiem sił woli powstrzymywały się przed piskami zachwytu. Ridley z kolei wzbudzał zaskoczenie dlatego, że tutaj jeszcze nikt nigdy nie widział go w garniturze. Tym bardziej, że ten był całkiem nieźle dopasowany, jasnoszary i wzbogacony w złoty krawat. Oczywiście Ridley miał soczewki zamiast okularów i włosy mocno przygładzone do tyłu. Wyglądał na tyle dobrze, że jego partner długo myślał, czy w ogóle wypuścić go z domu. Uznał jednak, że jego małe pragnienia mogą poczekać, a koszula Ridleya może przesiąknąć jego zapachem.
Rozmyślając nad tym, skierował się po lampkę szampana, która była serwowana w przystrojonej sylwestrowo jadalni przyległej do bufetu. Większość stolików została wyniesiona, żeby środek był pusty i można było potańczyć. Po bokach stały przekąski i właśnie alkohol.
— Aaalbert… — Gdy już sięgał po kieliszek, usłyszał za plecami kobiecy głos. Po odwróceniu się, ujrzał dziennikarkę z działu gospodarczego. Młodą i ambitną Veronicę w przykrótkiej, ale prostej sukience o skromnym dekolcie, z lekkim, pełnym podziwu uśmiechem. — Zawsze, gdy na ciebie patrzę, mam wrażenie, że urodziłeś się w czerni — skomplementowała, oglądając go z góry na dół i w końcu sięgnęła do kieliszków.
— Niektórzy już mają to szczęście — odparł Albert z uprzejmym dystansem. Jak na siebie oczywiście. — Z kim przyszłaś? — spytał, zauważając dopiero po wypowiedzeniu tych słów, że mogły być błędem. Kobieta mogła spytać beztrosko „a ty?”, a on musiałby skłamać, że z nikim.
— Z narzeczonym, jeśli zechcesz, to ci go przedstawię, ale może potem, bo rozgadał się z Rupertem — odpowiedziała Veronica, wciąż z uśmiechem i obejrzała się gdzieś w tłum. Ludzi było bardzo wielu, spora część już się bawiła na parkiecie. — A gdzie twoja towarzyszka? Dziewczyna…?
— Przyszedłem sam — Albert odparł tak, jak się umawiali z Ridleyem. W takich momentach żałował, że nawet sam nie jest kobietą, byle to wszystko było prostsze i bardziej chrześcijańsko poprawne.
— Och… To dobrze wybrałeś. — Veronica wzniosła kieliszek i delikatnie uderzyła nim w szkło Alberta. — Gdy musi się samotnie spędzać Sylwestra, dobrze spędzić go z innymi samotnymi. — Napiła się odrobinę i wskazała na tłumek. — Wielu tu dziś takich. Oliver Shultz, Patty Kennedy, Ridley West, Fiona Dawson… Taką mamy pracę, że trudno o życie towarzyskie, czy to fatum redakcji?
— Wydaje mi się, że wszyscy, którzy piszą, mają za dużo do powiedzenia i uważają, że ich zdanie jest najważniejsze, dlatego z nikim nie mogą znaleźć wspólnego języka — odparł Albert poważnie. — To ich problem, żeby zawiązać jakiś związek — skwitował, mając siebie w dużej mierze na myśli. Był trudnym partnerem. Nie wiedział, jak to się stało, ale Ridley kochał go mimo to.
Na myśl o nim rozejrzał się po tłumie. Nie był zaskoczony, gdy ujrzał swojego partnera przy drugim szwedzkim stole, samego, stojącego pod ścianą i gapiącego się na telefon.
— Przepraszam, Veronica, porozmawiamy może później. Jak twój narzeczony nie będzie zajęty Rupertem — dodał i minął młodą kobietę, dotykają jej ramienia i zwyczajnie ją przesuwając na bok.
Nie bezpośrednio, ale zahaczywszy o jeden stolik, Albert ruszył do Ridleya. Ten nie zauważył go zbyt szybko. Dopiero kiedy Albert stanął już obok. Uniósł wzrok na jego twarz, za to dziennikarz zobaczył na ekranie telefonu… roznegliżowaną kobietę trzymającą w dłoni penisa. Ściągnął od razu brwi i z jawnym wyrzutem spojrzał na twarz swojego partnera. Nie musiał pytać „Co to, na Boga?”, aby było to widać po jego minie.
— To Simone Peach — wyjaśnił Ridley i szybkim ruchem wygasił telefon. Schował go do spodni i rozejrzał się, jak zwykle patrząc czujnie na każdego z otoczenia. — Pod moim wczoraj opublikowanym rozdziałem ktoś napisał, chyba drwiąco, że to było „głębokie jak pizda Simone Peach” — Ridley zacytował w tym samym tonie, w jakim mówił i znów spojrzał na Alberta. — Nie wiedziałem, kim ona jest. To gwiazda filmów porno.
— I wykorzystałeś moment na sylwestrowej imprezie, aby sprawdzić, kim ona jest? — spytał Albert, nie pojmując, jak ktoś tak prostacko mógł skomentować coś, czego pewnie w pełni nie rozumie. Sam niesamowicie zaczytał się w pierwszym rozdziale książki, jaką opublikował jego partner pod pseudonimem. Była bardzo dobrze napisana, ale nawet nie spodziewał się czegoś innego.
— Przed chwilą mi przyszło powiadomienie o komentarzu. Musiałem sprawdzić — wytłumaczył Ridley. Sięgnął po koreczek z oliwki i sera pleśniowego ze stolika i podskubując ser, dodał z zamyśleniem: — Ale nie rozumiem, dlaczego ktoś porównał „głębię” tego, co piszę, do faktycznie głębokiej waginy. Tym porównaniem potwierdza, że to, co piszę jest głębokie… Więc chcąc ukazać, że chciałem według niego napisać coś głębokiego, ale mi nie wyszło, nie powinien porównać tego do czegoś właściwie płytkiego?
— Może było to dla niego realnie głębokie, ale niedostępne, tak jak ta wagina — Albert odpowiedział z rezygnacją, nie chcąc o tym rozmawiać. — Nie było ciekawszych komentarzy? Ten jest niesmaczny.
— Było jeszcze kilka pochlebnych. Ktoś już się zastanawia, dlaczego Francis tak dziwnie reaguje na tragedię w kamienicy — odpowiedział Ridley z widocznym tylko w oczach napięciem. Albert wiedział, że przejmował się swoim debiutem w internecie bardziej niż to okazywał. — Cieszę się, że pod symboliką, jaką zapełniam tekst, ktoś doszukuje się trzeźwych rozwiązań. — Po tych słowach znów spojrzał na ludzi na sali, a konkretnie tych na parkiecie. Nie rozmawiali o tym, ale najwyraźniej przewidział opinię Alberta, bo rzucił: — Dobrze, że nie chcesz tańczyć.
Albert też spojrzał na tańczące pary.
— Też się cieszę, że nie tańczę. Ty też nie planujesz, jak rozumiem? — spytał jeszcze, chociaż znał odpowiedź. — I lubię postać Francisa, dobrze ją wykreowałeś.
— Dzięki. Mam nadzieję, że uda mi się zaskoczyć cię nim, mimo że jest tobą inspirowany — odpowiedział Ridley szczerze i równie szczerze podziękował. Albert może nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak zależało mu na jego opinii. Szczególnie, że wiedział, że ten może być szczery do bólu.
— Tak, dlatego nie wiem, czy dobrym posunięciem było mówienie mi o tym. Co, jak odkryjesz przez jego postać jakąś moją cechę, o której nie wiedziałem?
— Nie wiem. To wciąż fikcja. Nie powinna wpłynąć ani na moje postrzeganie ciebie, twoje postrzeganie mnie, czy nasz stosunek do tej postaci — Ridley mówił spokojnie i przy okazji odrzucił wykałaczkę z koreczka.
— Okaże się z czasem — skwitował Albert. Odsunął się, żeby samemu sięgnąć po przekąskę. — A odbiegając na moment od tematu, jak w ogóle ci się tu podoba?
— Jest interesująco. Dobrze widzieć, że nie jesteś podatny na nastrój otoczenia i jesteś sobą nawet wtedy, kiedy inni schodzą przy tobie z pracowniczego podejścia na towarzyski — odpowiedział Ridley z lekkim uśmiechem. Musiał widzieć, jak Albert zachował się w stosunku do Veroniki i kilku osób, które przed nią go zagadały. — Szkoda tylko narzeczonego Veroniki. Zdradzi go dzisiaj.
— Nie jest zupełnie sobie winien. Nie spotykają się długo, a nie spędził z nią nawet pół godziny, odkąd tu przyszli — rzucił Albert sucho i chłodno, nie okazując specjalnie współczucia.
— Tak, nie docenia jej, ale ona i tak będzie miała wyrzuty sumienia. Kobiety zawsze je mają — dodał Ridley na koniec z głębszym zamyśleniem.
— Są narzeczeństwem. Powinien je mieć każdy, kto zdradza kogoś, z kim zgodził się tworzyć związek. — Albert poparł słowa kochanka, oczywiście wyostrzając je. — Ja nawet miałbym wyrzuty sumienia, gdyby nie podobała mi się twoja powieść.
Ridley uśmiechnął się do siebie i zapatrzył na chwilę na swoje buty, równie eleganckie jak całość jego ubioru.
— Lubię, gdy tym szorstkim głosem mówisz takie miłe rzeczy.
— Od razu miłe. To tylko stwierdzenie — odparł Albert sucho i bez entuzjazmu w głosie. — Podoba ci się tu chociaż?
Ridley rozejrzał się i sięgnął po kolejny koreczek.
— Nie. Ale jest dobre jedzenie.
Jego rozmówca nie zdążył odpowiedzieć, bo naraz nastało dziwne poruszenie. W kieszeniach pracowników redakcji zaczęły wibrować komórki, a u tych, którzy mieli włączony dźwięk, wydawać sygnały powiadomień. Było to podejrzane, bo działo się synchronicznie. Ridley nic nie poczuł, ale Albert już tak. Nie zdążył jednak sięgnąć do kieszeni, nim usłyszał okrzyk jednej z dziennikarek kawałek obok, która właśnie oblała się szampanem, czytając coś na telefonie.
Albert ściągnął brwi i także sięgnął po swój telefon. Miał dziwne przypuszczenie, że jeśli sprawdzi swój, to dowie się, co jest na innych.
Nie pomylił się. Powiadomienie nadeszło z serwera należącego do redakcji, do którego miał wgląd każdy dziennikarz, korektor, recenzent i inny członek zespołu tworzącego całą gazetę. Nie było więc zaskoczeniem, że Ridley, pracujący w ochronie, nie otrzymał powiadomienia.
— Co się dzieje? — zapytał jednak z zainteresowaniem.
Albert za to zobaczył po przejściu w odnośnik z powiadomienia, że główna strona wyglądała znacznie mniej formalnie niż zawsze. Ktoś zdolny stworzył animację w postaci wybuchających w tle, maleńkich fajerwerków, zaś sam tytuł gazety zmienił się w wielki napis „Czas noworocznych niespodzianek” z grafiką upiornie szczerzącego się klauna na boku. W nagłówku znajdował się pokraczny napis.

Witajcie, witajcie, drodzy współpracownicy!
Dziś, w tę piękną noc, otrzymacie niezapomniane prezenty prosto z rozgwieżdżonego sztucznymi ogniami nieba! Co 4 minuty… maleńka tajemnica… każdego pracownika… dosięgnie Waszych oczu…

Poniżej w chmurce migoczącej jak fajerwerki pojawił się pierwszy „prezent”. Albert już wiedział, dlaczego Patty chwilę temu oblała się szampanem. Z chmurki dowiedział się, że w pracy lubi znaleźć czas dla swojej „myszki”, jak to określił autor tego kiepskiego żartu, co poparł zdjęciem zrobionym z ukrycia, na którym w kabinie toalety było widać, jak kobieta z odchyloną głową siedzi na toalecie, ewidentnie przeżywając orgazm, kiedy trzyma dłoń między nogami. Deska klozetowa była przy tym zamknięta, więc nie było możliwości, aby się załatwiała.
Albert podał swój telefon Ridleyowi.
— Ktoś włamał się do naszego systemu i zabawia się w złego ducha na koniec roku. Zaraz rozpęta się tu burza — ocenił i nie pomylił się.
Wszyscy już patrzyli na Patty, a ona właśnie starała się wybiec z budynku, aby nie musieć się teraz z tym mierzyć. Ridley za to czytał spokojnie, ale ze skupieniem. Ignorował dźwięki oburzenia, okrzyki „Co to za kutafon?!”, „Boże, zróbcie coś i niech ktoś idzie za Patty!” i podejrzliwe spojrzenia. Nastał istny rumor, który groteskowo dział się na tle żywej, skocznej, sylwestrowej muzyki.
— To ktoś z ekipy… — mruknął w końcu i spojrzał na zegarek. — Za dwie minuty będzie kolejna wiadomość.
— Też tak myślę — odparł Albert, oglądając kolejne reakcje imprezowiczów. Pewnie gdyby patrzył z boku na całą sytuację, uznałby siebie za podejrzanego. — Ridley, nie uśmiecha mi się myśl, żeby zaraz zobaczyć tu swoje czy twoje zdjęcie — syknął.
— Nie jestem hakerem, nie sprawdzę, kto to — odpowiedział Ridley z równym napięciem. Nie miał pojęcia, czy na Alberta i jego samego ktoś nie ma jakichś informacji, ale skoro zbierał je skrzętnie, to przyglądając się im dokładnie, mógł dojść do odpowiednich wniosków.
W sali panowało istne poruszenie, każdy próbował wejść na swoje konto na serwerze, ale wszystko było zablokowane. Panowała panika i coraz większa agresja, szczególnie ze strony redaktora naczelnego, który właśnie darł się na wszystkich razem i każdego z osobna, że nie tylko wywali sprawcę, ale postara się o kratki dla niego.
— Wiem, że nie, trzeba jednak znaleźć tego kogoś i jakoś to powstrzymać — odparł Albert spokojnie, ale skinął na Ridleya, żeby poszedł za nim. Sam ruszył wprost do naczelnego, który cały się gorączkował. Na sto procent ten, kto im to robił, miał coś na niego. — Kto zajmuje się serwerami? — spytał, kiedy szarpnął go w swoją stronę, aby zwrócić na siebie uwagę.
Już prawie całkiem siwy mężczyzna, choć wciąż młody, bo ledwie po czterdziestce, zmarszczył się i poluzował sobie żywo fioletowy krawat pod szyją. Był poczerwieniały na twarzy.
— Serwerem jako takim Phil i Karl, ale każdy ma dostęp! Wrzucacie te swoje tematy, aktualki… Kurwa mać — na koniec zaklął i przetarł twarz dłonią.
— Trzydzieści pięć sekund… — mruknął tymczasem Ridley, trzymając telefon Alberta i przy okazji rozglądając się po ludziach i ich twarzach.
— A gdzie są Phil i Karl? — pytał Albert dalej, starając się w tym chaosie znaleźć rozwiązanie i mając nagle szaloną myśl, czy nie jest właśnie w jakiejś sensacji napisanej przez swojego faceta. — I z kim pracowała Patty? Kto mógł chcieć jej zaszkodzić?
— Nie sądzę, by ktoś chciał jej konkretnie zaszkodzić, Albert — Ridley znowu mruknął zza jego pleców.
— Karl jest, do cholery, we Włoszech u rodziny na święta i Sylwestra! Phil… Phil jest tam — naczelny wskazał wysokiego, chudego mężczyznę w garniturze niczym poborcy podatkowego, kucającego przy ścianie, ze sterczącymi nad nim dziennikarzami i próbującego coś zrobić z tym zamieszaniem.
— A sam serwer? — spytał Albert i obejrzał się na Ridleya. — Można to zwyczajnie wyłączyć?
— Phil próbował — zamiast Ridleya odezwał się jeden z nowych korektorów, Ian McKenzzie, który właśnie do nich podszedł. — Dalej próbuje.
W tym czasie Ridley poczuł, jak telefon w jego rękach wibruje. Odświeżył więc stronę i przeczytał na głos:
— „Ian McKenzzie sympatyzuje rasistami. Jego nick na nazi-power-whiteruler.com to Śnieżna Plamka.” — Po tym spojrzał na tłum i uznał: — To ktoś z ludzi tu obecnych. Na pewno chce widzieć nasze reakcje.
Stojący obok nich Ian nie wyglądał na najszczęśliwszego, że jego tajemnica została wyjawiona. Na szczęście przed nim stali sami biali, więc nie uciekł ani nie spłonił się na policzkach, tylko brzydko skrzywił.
— Ale nikogo z tego powodu nie pobiłem — burknął. — I jak więc myślisz, kto to jest? Myślisz, że jest tu na sali, Sherlocku?
— Na pewno. Kamery osobiście wyłączałem dzisiaj rano — odpowiedział Ridley z pewnością w głosie. — Na pewno nas obserwuje. Ale zrobił błąd — dodał, znów patrząc na tekst, gdzie brakowało jednego słowa, a pomiędzy „sympatyzuje” a „rasistami” znajdowała się podwójna spacja. — To niby nic, ale może nie jest sprawnym pisarzem… Może to nie korektor i nie dziennikarz… — myślał głośno, ale redaktor naczelny szybko mu przerwał i wydarł się panicznie:
— Idź sprawdź jeszcze raz te kamery!
Albert przytaknął. Nie zaszkodziło ich jeszcze raz sprawdzić, chociaż uważał, że ktoś powinien iść z Ridleyem. Każdy teraz powinien pilnować drugiej osoby.
— Niech pan z nim idzie — zwrócił się do swojego przełożonego, a potem, aby utrudnić działanie ich prześladowcy, zawołał: — Proszę o uwagę! Ej! Słuchać!
Kilkadziesiąt ludzi zebranych w dużej sali odwróciło do niego głowy. Sam Ridley też, mimo że już podążał za naczelnym w stronę wyjścia.
— Wszyscy ustawcie się w jednej linii. Jak chcecie to wszystko rozwiązać, to nie dyskutować! — warknął na nich wszystkich.
— Ale po co?
— Ej, a ty?
— Jezu, to wszystko zaczyna być chore!
Takie i inne słowa rozlegały się po sali, ale ludzie zbierali się w rządku, co raz tylko zerkając na zegarki czy komórki. Każdy oczekiwał, aż miną kolejne cztery minuty i następna wiadomość pojawi się na stronie.
Tyczyła się jednej z dziewczyn z działu modowego. Zdjęcie pokazywało ją z jej kolegą z pracy i jego dłońmi na jej pośladkach. Problem polegał na tym, że dziewczyna miała męża, który właśnie patrzył na nią z niedowierzaniem.
Albert nie chciał tego akurat teraz, potrzebował zrealizować swój plan. Ktoś musiał popełnić ten błąd.
— Wyspowiadacie się, kurwa, później. Stańcie w linii. A teraz co piąta osoba dobiera się w pary i każdy się pilnuje. Ktoś, kto to publikuje, jest wśród nas.
Momentalnie rozległy się głośne okrzyki, przekleństwa i kolejny wybuch paniki. Uspokoił ich wszystkich może po dobrych dwóch minutach. W końcu jednak każdy miał parę i patrzył na tę osobę jak na snajpera ukrytego w chaszczach.
— A może złożymy komórki do jednego worka? — ktoś zasugerował, ale większość nie wyglądała na chętnych. Każdy chciał wiedzieć, czy na jego temat właśnie coś się nie pojawi.
— Pewnie posty są ustawione automatycznie — odpowiedział ktoś inny. — I tak nic to nie da.
— Będziesz może wiedział, czy masz obok siebie śmieszka, czy ten ktoś się stresuje, że zaraz o nim coś wyjdzie — powiedział Albert, a obok niego na podłodze siedziała Amelia Kocenko. Nie był wyjątkiem bez pary.
Na chwilę zapadła dłuższa cisza. Napięcie było tak wielkie, że atmosferę można by było ciąć nożem. Nikt nawet nie zważał na to, że dziś był Sylwester, że powinni niebawem szykować się do świętowania północy. Każdy tylko patrzył nerwowo na ekran telefonu i twarz przed sobą. Tak samo Albert, który odświeżył stronę po raz kolejny i usłyszał przed sobą, od strony Amelii, krótkie „o Boże, naprawdę…?”. Przeczytał następną chmurkę.

Albert Feist tak bardzo pobożny… a może już nie? Zmówmy zdrowaśkę nad jego zagubioną duszą, gdyż zrzucił on sutannę. Amen.

— Kurwa — wyrwało się Albertowi. Jego przeszłość nie była czymś, do czego w tej chwili chciał wracać. — To skomplikowana i długa historia, o której nie chcę rozmawiać —warknął do dziewczyny, która patrzyła na niego tak samo jak reszta, która w przeciwieństwie do niej mogła między sobą na ten temat poplotkować.
— O… oczywiście — wydusiła Amelia.
Siedzieli dalej w ciszy, każdy próbował każdego przejrzeć i kilka razy zrobiło się gorąco, gdy ktoś kogoś oskarżył, bo zrobił „podejrzaną” minę. Siedzieli naprawdę długo i kolejne sześć tajemnic wyszło na jaw. Dwie skończyły się płaczem pracownic. Aż w końcu Albert ujrzał na swoim telefonie następną chmurkę.

Ridley West mógł być kimś. Jeden dzień, jedna więcej dziura na drodze do ominięcia. Jeden manewr. I jedno życie mniej. Tylko dlaczego uniewinniono naszego mordercę-dozorcę?

— Dozorcę? West to ten blondyn, czy ten gruby? — Albert usłyszał gdzieś z boku. Nie wszyscy kojarzyli Ridleya z nazwiska.
Nie odpowiedział im na to, tylko chwycił swoją towarzyszkę za dłoń i pociągnął w górę. Musiał pogadać z Ridleyem i to natychmiast. Do tego nie było go z naczelnym redaktorem zdecydowanie za długo. A on nie mógł ot tak siedzieć i nic nie robić.
Nie zdążył jednak wyjść z sali, bo naraz wkroczyła do niej dwójka, która wcześniej zniknęła. Ridley rozejrzał się, ignorując jednak Alberta i w końcu wskazał kogoś naczelnemu. Ten zmarszczył się brzydko i potrącając wszystkich siedzących na podłodze pracowników, dotarł do jednej młodej dziewczyny. Stażystki, która pracowała w ich gazecie dopiero drugi miesiąc. Podobno najpierw studiowała informatykę, ale przerzuciła się na dziennikarstwo i próbowała dawać z siebie wszystko.
— Wstawaj, ty żmijo. Policja już jedzie — syknął naczelny, łapiąc ją za łokieć i podnosząc w górę.
Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, a mężczyzna wyszarpnął jej z ręki telefon. Gdy spojrzał na niego, zaśmiał się histerycznie i podniósł, by pokazać wszystkim ekran. Ci najbliżsi widzieli, że ona, jako jedyna, była na serwerze teraz zalogowana. Inni już wcześniej sprawdzali, ale konta były zablokowane.
Naraz też poderwała się inna kobieta. Jedna z tych, które przez post przed chwilą płakały. Rzuciła się jak ranne zwierzę na stażystkę.
— Ty szmaaaatooo! — wydarła się, łapiąc ją za włosy, a stażystka krzyknęła głośno z bólu i ze strachu.
— To nie jaaaaaaaa, to nie ja! — krzyczała, starając się wyrwać zarówno wściekłej kobiecie, jak i naczelnemu redaktorowi.
Dołączyło się jeszcze dwóch innych pracowników, którzy pomogli w odciągnięciu zranionej dziewczyny i utrzymaniu sprawczyni. Reszta też wstała, wymieniano głosy pełne oburzenia i nikt nie próbował już zachować spokoju i ciszy.
Ridley szybko podszedł do swojego partnera.
— Włączyliśmy kamery. Dobrze, że kazałeś im usiąść i obserwować. Mogliśmy zrobić zbliżenia na telefony — wyjaśnił, zwilżając swoje blade wargi językiem.
— Ona jednak to publikowała? Jak to zatrzymać? — spytał Albert, od razu przechodząc do rzeczy, bo już miał dość tej farsy. I nawet to, że znaleźli wariatkę, która chciała im wszystkim zaszkodzić, nie mogło go jeszcze całkiem uspokoić.
Ridley nie obejrzał się, bo widział, że Phil, od ich serwera, już przejął telefon sprawczyni.
— Phil wszystko zatrzymał. Już po problemie. Policja pewnie zaraz będzie.
Albert przytaknął, patrząc za wyprowadzaną, szarpiącą się dziewczyną. Po tym jednak srogo spojrzał na Ridleya.
— Wiesz, jakie były ostatnie wpisy?
— Nie. Patrzyliśmy na kamery — wytłumaczył mężczyzna, potem ledwo dostrzegalnie ściągnął swoje jasne, grube brwi i bardziej stwierdził niż spytał: — Było coś na mój temat.
— Było. O czym ja nie miałem pojęcia — syknął Albert, bo irytowało go to prawie tak samo jak to, że teraz cała redakcja wiedziała, że kiedyś był duchownym.
— Porozmawiajmy więc gdzieś indziej. Jesteś wściekły, zwracasz na siebie uwagę — odpowiedział Ridley i zaraz po tym minął Alberta, aby wyjść z sali jadalnej i porozmawiać chociażby w magazynku z żywnością przylegającym do kuchni.
Albert miał teraz trochę w dupie to, że zwraca na siebie uwagę. Jeszcze kilka minut temu cała sala gapiła się na niego jak na kosmitę i szeptała do siebie. Teraz każdy rozmawiał z ożywieniem, dzielił się odczuciami, odreagowywał i naprawdę nawet jakby zaczęli na siebie krzyczeć, pewnie mniej osób by to zauważyło, niż zwykłe rozmowy na korytarzu podczas normalnego dnia pracy. Poszedł jednak za Ridleyem, chcąc to jak najszybciej wyjaśnić.
Przeszli przez pusty bufet, gdzie było aż nienaturalnie cicho. Bez słowa podążyli dalej, a Ridley zatrzymał się dopiero w jednym z pomieszczeń, w których przechowywano suche składniki, takie jak przyprawy, mąki, cukry, a to wszystko na metalowych regałach.
Odwrócił się do swojego kochanka. Już miał rozpiętą marynarkę, a kilka kosmyków wymknęło się z jego uczesania. Wyciągnął dłoń do Alberta.
— Mogę zobaczyć komórkę i tę wiadomość?
Albert podał mu telefon bez słowa, założył dłonie na klatce piersiowej i czekał na wyjaśnienia.
Ridley przeczytał tekst i napiął się trochę. Potem uniósł spojrzenie na Alberta i popatrzył mu prosto w oczy.
— Jesteś zły. Ale… przez to, że nie powiedziałem? — upewnił się w swojej ocenie, ewidentnie ostrożnie stąpając po tym lodzie. Nie przechodził do rzeczy szybko i dosadnie, jak zazwyczaj to robił.
— Ridley, nie wypytuj mnie o coś, co już wiesz. Wyjaśnij mi, o co w tym chodzi, abym wiedział więcej niż ta wariatka — odparł Albert oschle i srogo.
Blondyn zacisnął swoją szeroką szczękę wzbogaconą w dołeczek w podbródku i w końcu cofnął się o krok, by oprzeć pośladki o niską szafkę. Podparł się dłońmi o jej krawędź.
— Byłem młody, było ciemno, ślisko, a dwóch pijanych studentów wyszło mi przed samochód. Jednego potrąciłem i zmarł — mówił spokojnie i powoli, ale patrzył przed siebie na opakowania z płatkami owsianymi. — Uniewinniono mnie, bo wszystkie warunki sprawiły, że nie mogłem temu zapobiec, a dodatkowo było to tydzień po wypadku moich rodziców, więc inaczej na mnie patrzono. Och… pewnie to „Ridley West mógł być kimś” dotyczy tego, że oszczędności na studia poszły na odszkodowanie dla rodziny zmarłego.
— Dlaczego wcześniej mi o tym nie wspomniałeś ani słowem? I skąd ona mogła się tego dowiedzieć? — spytał Albert, chociaż już mniej ostro. Nadal jednak był rozdrażniony.
— Te informacje są w moich papierach, chociażby u szefa. Myślę, że się do nich włamała — wytłumaczył Ridley z napięciem ukierunkowanym w stronę Alberta, a nie złością na sprawczynię całego tego zamieszania. — Albert… Spowiadałem się z tego — zaznaczył. Chciał, żeby jego kochanek to wiedział.
— Nie oceniam. Tylko Bóg może osądzić, czy faktycznie była to twoja wina, czy nie. Bardziej w tej chwili mnie interesuje, czemu nie powiedziałeś mi o tym. Planowałeś w ogóle kiedyś wspomnieć chociaż słowem?
— Nie — odpowiedział Ridley wprost, ale przy tym odsunął się od szafki i podszedł do swojego kochanka. Stanął tuż przed nim. — Zabiłem człowieka, nie jest to coś, do czego lubię się przyznawać. To było bardzo dawno temu. Nie chciałem brudzić wizji siebie w twoich oczach, skoro jestem już kimś innym.
— Czyli kłamcą? — spytał Albert oschle. Nie podobała mu się ta rozmowa. On powiedział Rileyowi o sobie wszystko. Ten wiedział, że jego wiara była prawdziwa, ale założenie sutanny było ucieczką od własnej orientacji. Znał jego przeszłość, a teraz na przeklętym Sylwestrze, przez zrządzenie losu, dowiadywał się, że kochanek chciał coś zataić, bo… — Uważasz, że bym nie zrozumiał? Jesteśmy ze sobą tydzień? Traktujesz mnie cholernie niesprawiedliwie w tej chwili, Ridley.
Brwi blondyna ściągnęły się, a sam mężczyzna nie wyglądał, jakby teraz tak dobrze wiedział, co odpowiedzieć.
— To… to jest grzech ciężki — wydusił w końcu i zacisnął na moment swoje specyficznie blade ust. — Bałem się ciebie.
— A mówi ci coś „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”? — wycedził Albert. — Z tego też się spowiadasz?
— Oceniasz teraz kłamstwo jako gorsze, bo dotknęło ciebie. Zabójstwo jest jednak dotkliwsze — Ridley dalej się tłumaczył, ale wzrok Alberta sprawił, że znowu bardziej się napiął. — Przepraszam… Wstydzę się tego.
Albert patrzył na niego jeszcze przez chwilę ostro, potępiająco, ale w końcu odetchnął głębiej i uniósł ramię, otwierając się na Ridleya zachęcająco.
— Pan jest od tego, aby ocenić nasze winy, nie ja. My mamy sobie wybaczać, a że okazujesz skruchę, to nie mogę cię jeszcze bardziej pogrążać. Chodź do mnie.
Jego kochanek od razu skorzystał z oferty, przytulił się do niego i wsunął przy tym dłonie pod marynarkę Alberta. Twarz oparł o jego ramię.
— Przepraszam i dziękuję — powiedział w ubranie byłego duchownego.
— I nie kłam mi — Albert jeszcze wycedził, w bardzo mało chrześcijański sposób grożąc swojemu kochankowi.
Ridley mruknął coś, potarł twarzą o jego ramię, nim uniósł ją i pocałował Alberta. Jako potwierdzenie jego słów i nadzieję, że dzięki temu uzna już, że wystarczy tej roli kata. Było mu koszmarnie, kiedy Albert się na niego wściekał.
Drugi mężczyzna odpowiedział na pocałunek i odetchnął po raz kolejny ciężko.
— Porozmawiamy o tym jeszcze później. Już na spokojniej. Odetchnij, nie denerwuj się, nie spodziewałem się, że coś takiego przeczytam, więc mi się nie dziw.
Ridley pokręcił głową i pomasował jego plecy przez koszulę.
— Nie dziwię się, dowiedziałeś się tego w zły… — urwał, bo nagle mimo murów budynku usłyszeli głośne i liczne uderzenia petard. Mężczyzna szybko cofnął dłonie i spojrzał na telefon Alberta, który wsunął wcześniej do kieszeni spodni. — Północ.
— Idealny moment — mruknął Albert z ironią i pretensją do wyczucia czasu, jaki mieli i jaki miał Nowy Rok. — Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, Ridley — dodał jednak od razu i pocałował kochanka lekko.
Ten uśmiechnął się blado, znów schował komórkę i przytulił mężczyznę.
— Dla ciebie też, Albert. Postaram się uszczęśliwić cię w tym roku — odpowiedział szczerze, samemu czując, że w jego głosie przebija się wdzięczność, że kochanek go nie odrzucił po tej informacji. Że kochał go mimo wszystko. Naszło go, że może po to tamta stażystka opublikował te informacje. By wraz z końcem roku zakończyć też szczęście innych ludzi. Tutaj jej się nie udało. Może miał oschłego, trudnego kochanka, ale dla niego Albert był najlepszym z ludzi, jakich znał. Był świadom jego wad, ale zalety sprawiały, że był dla niego idealnym partnerem. Ridley kochał go i wiedział, że teraz już chce go zabrać do domu. Nawet jeśli miał tłumaczyć mu się ze wszystkich swoich grzechów jak podczas spowiedzi.
— I vice versa — odparł Albert krótko i znowu lekko pocałował kochanka, aby w ten sposób przekazać mu swoje wsparcie. Czasami oschłe i chłodne, ale na pewno oddane.

9 thoughts on “Newton’s Balls – 73 – Czas noworocznych niespodzianek

  1. Shivunia pisze:

    Wadera >> W końcu wolny weekend? Mi fejs wypomina, ze rok czy dwa lata temu coś robiłam… no ale nie o tym.
    Fajnie, że masz głoda. Pracujemy dzielnie jak tylko możemy aby waszego głoda zaspokoić. Niestety jednocześnie jest potwornie mało czasu na pisanie. Ale nadal się staramy i dzięki komentarzom jak twój udaje się do czasu do czasu zakrzywić czasoprzestrzeń.
    „Chase i spółka jak zwykle chaseowaci.” – dobre określenie. Dla mnie to zawsze ta grupa nastolatków której nie do końca rozumiałam. Ale zabawnie za to się ich pisze. Lucy natomiast, masz całkowitą rację, zachowała się bardzo przytomnie. Dobra historia.
    Akcja u Ridleya i Alberta była bardziej z dreszczykiem. Ale koniec końców chodziło o ich wzajemne reakcje. Bo jak Ridley wiedział o tajemnicy Alberta tak Albert o Ridleya nie. I to było… cóż, już trochę się znali, mogły być różne reakcje. A coś wyciągane nagle z kapelusza nigdy nie prowadzi do dobrych konsekwencji. Ridley miał prawo się obawiać. Ale jak mówisz, Albert nieźle zareagował.
    Co do ciągu dalszego… nic nie mogę powiedzieć XD
    Pozdrawiam :*

  2. Wadera pisze:

    Ach, wreszcie trochę oddechu mam to komentuje ;)
    To był suuuper długi rozdział co strasznie mi się podoba! Ostatnio mam głoda na Wasze opowiadania i po tym rozdziale poczułam się zaspokojona ;P
    Chase i spółka jak zwykle chaseowaci. Podziwiam Lucy, nie dość że wytrwała to jeszcze ułożyła cały scenariusz o chłopaku swojej dziewczyny. Laska ma potencjał :D
    Nawet nie wiecie jak wyszczerzyłam się jak zaczęłam czytać drugą część. Nie spodziewałam się Alberta i Ridleya. Lubię o nich czytać, a tutaj przeszłyście same siebie. Podziwiam Waszą wyobraźnię! To że wyszło że Albert był księdzem to się w sumie spodziewałam, chociaż bałam się że w następnej kolejności wyjdzie jego związek albo chociaż orientacja. Mimo wszystko z Walterem aż tak nie uważał. Tajemnica Ridleya zaskoczyła chyba wszystkich. Przyznam, że sama bałam się reakcji Alberta więc jak najbardziej rozumiem reakcje obronną „spowiadałem się z tego”. Cieszę się że Albert jednak zareagował lepiej niż się spodziewałam.
    Poza tym, tak jak nie spodziewam się że ktoś będzie mieć coś do Alberta, tak zastanawiam się czy nie wywalą Ridleya. A nawet jeśli nie, to może mieć nieprzyjemności. Mam nadzieję jednak że to tylko moje gdybanie i nic złego się nie stanie.
    Pozdrawiam, Wadera.

  3. Katka pisze:

    Tazkiel, czy celowy zabieg? Przyznam, że pisałyśmy to tak dawno, że nie jestem pewna, haha, ale możliwe. Zawsze wydaje mi się, że przez kontrast bardziej się widzi różnice/szczegóły/emocje. Ale w ogóle mega fajnie widziec, że Ridley jest tak przez Ciebie lubiany. W sumie to postać, której mało było w naszych opkach. Alberta było znacznie więcej, bo miał wiele swoich chwil jeszcze z Walterem.
    „Każdy ma jakieś tajemnice, które nie powinny być wyciągane na światło dzienne i strasznym chamstwem jest ich ujawnianie” – zgadzam się po całości. Czasami niewiedza jest błogosławieństwem… A Ridley musiał się nieźle nastresować tego niby radosnego dnia.
    „Albert jest przynajmniej szczery, mówi co myśli, od razu wyjaśnia jeśli coś mu się nie podoba, stawia sprawę jasno. Ridley nie musi się zastanawiać, stresować.” – kolejne dobre zdanie. Albert ma dużo wad, ale jego szczerość (czasem do bólu) jest niewątpliwą zaletą. Dzięki temu Ridley po prostu czuje się z nim bezpieczny. Wie, czego od niego oczekuje Albert i czuje się przy nim swobodnie. A do tego czułośc Alberta na tle jego zwykłej oschłości jakoś tak bardziej jest odczuwalna :)
    ” Rozumiem, dlaczego Ridley nie chciał mówić o wypadku, jednak chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że ten wypadek bardzo na niego wpłynął i nie chodzi tylko o stronę materialną, ale też o podświadome samooskarżanie się.” – niestety tak. Jedno wydarzenie potrafi nieźle namieszać w życiu. Ridley sie przez to mocno marnował, a potem jakoś nie było nikogo i niczego, co by go z tego wyciągnęło. Teraz może będzie miał łatwiej z Albertem.
    „Co mnie rozśmieszyło, to wspomnienie o komentarzu do opowiadania Ridley’a. To coś z Waszego własnego doświadczenia ? :DDD” – hahaha, starałyśmy sie nie inspirować, ale mimo wszystko dobrze rozumiemy ból różnych dziwnych komentarzy, więc po prostu dobrze się utożsamiałyśmy z Ridem w tym momencie XD Publikowanie swojej twórczości jest cudowne, ale też niebezpieczne XD
    Dzięki za komentarz! I to tak wyczerpujący :D I bardzo nas cieszy, że komentujesz przynajmniej od czasu do czasu :D Doceniamy to!

  4. Tazkiel pisze:

    Dobija mnie różnica pomiędzy tymi dwoma imprezami. Luzik i zabawa w nastoletnim stylu u Chase’a, zabawne sms-y z Coney i faktycznie prawie kryminalna afera u Alberta i Ridley’a. Tak z ciekawości – to celowy zabieg? Bardzo żal mi Ridley’a, który w ogóle jest jedną z moich ulubionych postaci. Nie powinien w taki sposób przeżywać początku Nowego Roku, zresztą nikt nie powinien. Każdy ma jakieś tajemnice, które nie powinny być wyciągane na światło dzienne i strasznym chamstwem jest ich ujawnianie. Ridley nareszcie ma partnera, któremu na nim zależy i to jest naprawdę miłe. Można nie lubić Alberta za jego oschłość i poglądy, ale na pewno kocha Ridley’a, w przeciwieństwie do jego poprzedniego partnera, który był tak toksyczny, że asfalt powinien się pod nim topić. Albert jest przynajmniej szczery, mówi co myśli, od razu wyjaśnia jeśli coś mu się nie podoba, stawia sprawę jasno. Ridley nie musi się zastanawiać, stresować. Myślę, że to dobrze, że Albert dowiedział się o jego tajemnicy, bo teraz nie ma już między nimi żadnych barier, wszystko sobie wyjaśnili. Rozumiem, dlaczego Ridley nie chciał mówić o wypadku, jednak chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że ten wypadek bardzo na niego wpłynął i nie chodzi tylko o stronę materialną, ale też o podświadome samooskarżanie się. Może właśnie z tego powodu sam siebie nie doceniał. Inaczej dlaczego byłby z tym kretynem, (och, nie pamiętam jak się nazywał), który mu do pięt nie dorastał.
    Co mnie rozśmieszyło, to wspomnienie o komentarzu do opowiadania Ridley’a. To coś z Waszego własnego doświadczenia ? :DDD. Cóż, cieszę się, że tym razem mogłam poczytać o Albercie i Ridley’u. Przynajmniej oni są w normalnym związku, który mogą ujawnić w każdej chwili, jeśli tylko tak postanowią, czego nie można powiedzieć o Chase’e i Cornie. I nie chcę się zastanawiać nad ewentualnymi komplikacjami w życiu Chase’a. Pomyślę o nich, kiedy się wydarzą :D. Bo śledzę to opowiadanie na bieżąco. Może nie komentuję zbyt często, ale czytam regularnie :D.
    Pozdrawiam i do poczytania.

  5. Shivunia pisze:

    Damian >> Ludzkiej natury nie pojmiesz. Dlatego też nie umiem odpowiedzieć na pytanie co trzeba mieć w głowie. Co nie zmienia faktu, że było całkiem ciekawie i emocjonująco, to na pewno. Mamy nadzieje, że dla was też. Ludzie mają w końcu różne tajemnice i niektóre po prostu nie powinny wychodzić na światło dzienne. Nie tylko dla ich dobra, ale tak ogólnie.
    A Albert i jego chrześcijaństwo… Cóż mogę powiedzieć. Żyje według takich a nie innych zasad i nie można go za to winić. Aż tak bardzo nikogo tym nie krzywdzi. Więeeec… chociaż jest ciekawiej.

    Tess >> Wielki plan cesarza zła jest w fazie realizacji, więc spokojnie, jeszcze dramaty będą. Chociaż może faktycznie one juz teraz będą. W końcu to taki dobry moment. Ale nic nie potwierdzam, nic nie zaprzeczam ;)
    Tak to czuć, że za nimi nie przepadasz, ale chociaż trochę wiesz co się u nich dzieje, więc sens jest zachowany.
    sms’y zawsze fajnie im wychodzą. Są takie uroczo głupie.

    Kasia >> Trochę pojechałyśmy u Alberta i Ridleya hahaha, faktycznie można nazwać wątkiem kryminalnym. I podobnie myślę, niektóre rzeczy nie chce się mówić nawet bliskim. Bo… jednak nie. Wiele to nie zmieni już, a jednak może zaszkodzić. Tym bardziej jak mówisz, Albert nie należy do łatwych ludzi. Ma on tam swój twardy światopogląd i nie jest łaskawy ani do siebie ani do innych. Ale wyszło całkiem … spoko. Że tak powiem.
    Wszyscy czują kłopoty na tej imprezie XD To niemalże coś znaczy. Ale wszystko wyjdzie w praktyce. Jak zawsze.
    Także dziękujemy za komentarz i pozdrawiamy

  6. Kasia pisze:

    Ha! Normalnie wątek kryminalny u Alberta i Ridleya :) Już myślałam że wyjdzie że są parą, a tu takie zaskoczenie. W sumie to chyba się nie dziwię że Ridley nie powiedział Albertowi o tym co się stało. Albert jest rzeczywiście często bardzo surowy w swoich osądach, opiniach i pewnie też bym mu się nie przyznała gdybym była na miejscu Ridleya. Tym bardziej że to na pewno siedzi w Ridleyu i sprawia że źle się czuje z samym sobą więc po co jeszcze dokładać czyjąś dezaprobatę? No ale jak już się wydało to muszę przyznać że Albert nie zareagował tak źle, może to dodatkowo uświadomiło mu że Ridley obawia się jego opinii? Ciekawe czy pociągniecie jeszcze ten wątek?
    Co do Chasea i imprezy to też jakoś pasują mi jakieś kłopoty, może Chase się sam wygada? No kłopoty nadciągają to pewne, teraz tylko pytanie kiedy i w jaki sposób wyjdzie na jaw ich tajemnica?
    Dzięki dziewczyny i pozdrawiam :)

  7. Tess pisze:

    Mam nadzieję, że jeszcze będzie kontynuacja imprezy Sylwestrowej Chase’a, bo coś mi się wydaje, że jakby ktoś się miał dowiedzieć, że młody chodzi ze swoim kuratorkiem, czy że tak naprawdę bycie z Lucy do podpucha to właśnie teraz :D

    Tak się cieszyłam, bo długi rozdział, a tu ponad połowa o Albercie, ech.
    Na szybko przeczytałam dialogi i nie spodziewałam się, że Ridley ma taką przeszłość, ale no cóż. Mało to empatyczne z mojej strony, ale było minęło ;)
    I zastanawiam się jaki powód miała ta laska by robić takie zamieszanie, głupota, albo się na kimś mściła.

    +Smsy Chase’a i Courtney’a mega urocze!

  8. damiannluntekurbus17 pisze:

    ,,— Pamiętaj tylko, że jakby cokolwiek się działo, to możesz do mnie dzwonić o każdej godzinie. Do sąsiadki też, ona jest obok, jak coś to wam pomorze.” -,,pomoże”
    Nie wiem dlaczego ktos chcial zaszkodzic wszystkim pracownikom. Co trzeba miec w glowie, zeby bawic sie w takie rzeczy? Xd
    Chociaz moze to dobrze? Niby sie wydalo, ze Albert byl ksiedzem, Ridley nieumyslnie kogos zabil, ale wydalo sie tez to, ze jedna kobietka zdradzala swojego meza, wiec to akurat na plus.
    A Patty wspolczuje. Nie chcialbym byc na jej miejscu. Ale czy to naprawde takie trudne powstrzymac sie od masturbacji w pracy? Xd
    I Albert i te jego poglady. Bog to, Bog tamto, poprawnos chrzescijanska. Dobrze, ze chociaz w zwiazku jest, bo jakby sobie tego tez odmawial to uznalbym go za stuknietego do reszty juz. I w ogole to mnie smieszy jego postawa, bo jako tako Bog toleruje kazdego, ale nie toleruje czynow homoseksualnych czyli seksu, a Albert go przeciez uprawia. Moze jak sie jeszcze troche zestarzeje to mu sie odmieni, w sensie poglady, a nie ze stanie sie hetero xd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s