Project Dozen – 101 – Promyczek

Chociaż Sebastian sam chciał porozmawiać z Francisco, niewiele się do niego odzywał, aż do końca dnia. Nie, żeby go unikał. Po prostu był markotny cały dzień i niechętny, żeby zwyczajnie radośnie plotkować. Mówili do siebie, ale te rozmowy były głównie o tym, co muszą, a czego nie muszą w danym momencie zrobić.
Aż w końcu nadszedł wieczór, Sebastian był już po prysznicu i czekał, aż do pokoju wróci Francisco, któremu jakoś dłużej to zajęło. Wbrew sobie sprawdzał, co się dzieje na facebooku, leżąc na łóżku w spodniach od pidżamy.
Dobijało go to, że większość uczniów wydawała się cieszyć ze zmiany dyrektora. Mimo że dotąd bardzo cenili i szanowali jego ojca. I choć nie wiedzieli, jakim dyrektorem będzie Clark Moses. Przecież wszystko mogło zmienić się na gorsze, a Mark Moss naprawdę dobrze się sprawował. Dbał o sprawy uczniów, brał pod uwagę ich prośby i dawał duże pole manewru samorządowi uczniowskiemu. Zresztą, u nich w szkole było duże spectrum zajęć pozalekcyjnych, które sukcesywnie powstawały w ciągu kolejnych lat. Reguły były jasne, a ich egzekwowanie sprawiedliwe. Teraz wszystko mogło się zmienić. A uczniowie cieszyli się, jakby szkołę opuścił tyran, chociaż ten dopiero mógł się pojawić. Irytowało go to i podskórnie chciał, żeby wszystko się popsuło. Żeby okazało się, że nowa władza nie jest taka dobra, jak wszyscy myślą, że będzie. Żeby było jeszcze mniej luzu, większe ograniczenia i aby jego koledzy ze szkolnych ławek zatęsknili za Markiem Mossem.
Sam Mark nie odzywał się do syna od czasu, kiedy opuścił szkołę. Sebastian jednak wiedział, gdzie jest. Foster napisał mu smsa, dlatego teraz nie dzwonił. Nie było sensu.
Przewijał dalej, aż nagle usłyszał otwieranie drzwi. Odruchowo obejrzał się w obawie, że jakiś inteligent wparował do pokoju, żeby jeszcze bardziej zepsuć mu ten dzień. Ale był to tylko Francisco. Ubrany w luźne bokserki, z mokrymi włosami i… smutnym spojrzeniem.
— Nie przeglądaj facebooka… — jęknął, zawieszając ręcznik na drzwiach szafy.
— Zamknij drzwi — odparł Sebastian, nie odnosząc się do tego, co robił i nie wyłączając telefonu.
Latynos cofnął się i przekręcił zamek w drzwiach, po czym powoli podszedł do łóżka swojego chłopaka, jakby nie wiedział, czy ten chciał, żeby się zbliżył. Potarł się nerwowo po szczupłym brzuchu.
Sebastian przekręcił się na bok, robiąc mu miejsce.
— Chico… mam do ciebie takie nietypowe pytanie. Myślałem o czymś, ale najpierw musisz mi coś powiedzieć.
Im bardziej poważnie mówił, tym Francisco mocniej się stresował. Był już wręcz spanikowany, kiedy usiadł obok leżącego Mossa i wpatrzył się w niego.
— Ale nie chcesz mnie rzucić? — wydusił gorączkowo, zaciskając palce na kolanach. — Bo ja wiem, że teraz się tyle dzieje i są takie problemy straszne. I jak wszyscy dowiedzą się o nas, to będzie to dla ciebie taka katastrofa. Ale ja cię kocham i proszę, proszę nie zostawiaj mnie!
Sebastian od razu ściągnął brwi. Nawet nie przeszło mu przez myśl to, co sugerował jego chłopak. Uniósł się więc szybko, złapał go za policzek i pocałował.
— Nie. Nie chcę cię rzucić. Chcę podjąć pewną decyzję, ale chcę znać twoje zdanie. Dlatego, Chico, powiedz mi tak szczerze, czemu zgodziłeś się być w projekcie?
Najpierw Francisco odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał, że Sebastian wcale nie zamierzał go rzucić. Po tym jednak zamyślił się bardziej i zagryzł wargę.
— Nie wiem… Bo myślałem, że to będzie dobra zabawa. Przyjechałem do waszego kraju, żeby zdobyć nowe doświadczenia i myślałem, że u was takie rzeczy się często dzieją. I… i myślałem, że będzie to ciekawe i fajne…
— Czyli… — Sebastian przełknął ślinę. — Nie zależy ci na tym aż tak bardzo? — Musiał wiedzieć, zanim opowie mu o ty, nad czym zastanawiał się od dłuższego czasu.
Po twarzy młodszego nastolatka widział, że ten próbował zgadnąć, do czego może dążyć.
— Nie… Ale o co chodzi, Sebastian?
— Bo chcę odejść z projektu.
Francisco napiął się.
— Myślisz, że możemy?
Moss prychnął pod nosem.
— Nawet jak nie możemy, to ja już nie zamierzam im pomagać.
Jego chłopak chwilę to analizował, ale w końcu żywo pokiwał głową, co już dało sygnał, że w pełni popierał Sebastiana. Usiadł po turecku, skierowany w jego stronę. Wyglądał, jakby nagle pobudził się mocną kawą.
— Tak! Bo teraz już twój papa nie jest dyrektorem, więc nie zaszkodzimy mu.
— Nam też nie zaszkodzą. Chociaż teraz, jak Moses jest dyrektorem, to może nas zawiesić za byle gówno. Ale mam dość tego cyrku. Colin oberwał w nos, Tomas został wyoutowany wbrew sobie, mojego ojca i pana Craiga wywalili. Nie na to się pisałem. Ty chyba też nie. Dlatego nie chcę się w to już mieszać, ani przykładać do tego ręki. — Sebastian z każdym słowem, jakie wypowiadał, coraz bardziej się nakręcał.
— Si! Inni dalej nie wiedzą, że my tylko obserwujemy. Dlatego też nas mogą atakować, prawda? — podłapał Francisco. — To jest niebezpieczne, a ja na początku myślałem, że będzie to tylko zabawa. Zostały tylko dwa i pół miesiąca szkoły. Może nic nowy dyrektor nie zdąży nam złego zrobić.
— Nie mam pojęcia, ale naprawdę mam tego dość. Ojciec chciał dobrze, a przez Sena go wylali. To chore. Jules też już się z tego wykręcił. I bardzo dobrze. — Chłopak dalej się ekscytował i był przy tym dużo żywszy niż przez cały dzień. Powód tego ożywienia nie był niestety pozytywny.
— Ja myślę, że już dawno powinni ten projekt zamknąć — powiedział Francisco i wyciągnął dłoń do Sebastiana, żeby pogłaskać go po kolanie. — A mówiłeś papie, że chcesz odejść?
— Nie. Jeszcze nic mu nie mówiłem, ale teraz nawet nie ma nic do powiedzenia. Jego już z tego wypisali — burknął i położył swoją dłoń na dłoni Francisco. — Mogą się nas czepiać, Francisco. Wiesz o tym?
— Si. Si. Ale nie chcę pracować dla kogoś, kto cię skrzywdził — odpowiedział Latynos tak szczerze i prosto, jak tylko on potrafił.
Sebastian spojrzał na niego czujniej i moment tak patrzył, aż w końcu uśmiechnął się łagodnie, po czym wychylił się po lekki pocałunek.
— Chyba chcę się zemścić. Chcę się na nich odegrać, Chico — wyszeptał w usta drugiego chłopaka.
Usłyszał głośniejsze przełknięcie śliny.
— Jak? — zapytał cicho Argentyńczyk.
— Jeszcze nie wiem, ale chcę im utrudnić życie. Aby im też nie szło nic według planów.
Francisco znów pokiwał głową i w końcu wdrapał się na Sebastiana. Usiadł mu na kolanach i objął go mocno, jakby chciał go zamknąć w swoich ramionach.
— Mi naprawdę strasznie przykro, że to wszystko się stało.
— Ja jestem wściekły. — Sebastian objął go w talii i pociągnął na siebie, kiedy opadł na plecy na materac łóżka. — To wcale nie miało tak wyglądać. Do tego wszystkim odbija. Już nawet nie wspomnę o Kevinie. Patrick i ta jego straż. Koszmar.
Poczuł palce Francisco, kiedy ten delikatnie pogłaskał go po policzku. Wpatrywał się przy tym w jego twarz zbolałym spojrzeniem.
— To taki piękny rok, bo poznałem ciebie. A taki smutny dla ciebie.
— Zapominałeś chyba, że też cię poznałem. Całkiem intymnie. Więc nie jest to taki smutny rok dla mnie. Nie załamuj się tak. To po prostu dołek, żeby nie było zbyt dobrze — odpowiedział Sebastian, masując Francisco po bokach i obserwując jego szczere i ciepłe oczy.
— Mhm… Chyba już najgorsze za twoim papą. Bo… on nie chce zerwać teraz z panem Craigiem?
— Nie. I ja też nie chcę zrywać z tobą. I tak jak ci pisałem, chcę iść z tobą na bal. Oczywiście, jeśli ty nadal chcesz? — spytał Sebastian, bo nie był pewien, czy Francisco na poważnie, a raczej czy w pełni przemyślał tę zgodę, którą wyraził, kiedy ostatnio o tym wspomniał. On jednak był pewien, że chce. Bez znaczenia, co ktoś o tym powie. Nawet jeśli ktoś miałby uważać, że cała jego rodzina jest spedalona. Miał to wszystko gdzieś. Spędza tu ostatnie dwa miesiące. Potem nie zamierzał mieć nic wspólnego z ludźmi, którzy nazywali jego ojca lachociągiem.
Na twarzy swojego gorącego chłopaka zobaczył uśmiech. Francisco nawet ukrył twarz w jego klatce piersiowej i zaśmiał się ze skrępowaniem.
— Ja bym bardzo chciał.
— Więc oficjalnie czuj się zaproszony. Idziemy, Chico, na bal wspólnie, choćby się waliło i paliło. — Sebastian przytulił go mocno, czując w sobie wyjątkowo wojowniczego ducha. Chciał zaangażować w to jak najwięcej par, jakie były w szkole i pokazać, że ma w głębokim poważaniu, co kto mówił.
A Francisco chciał go w tym wpierać. Nie miał tu nic do stracenia, ale nie tylko o to chodziło. Nie mógł znieść widoku podłamanego Sebastiana i problemów w jego rodzinie. Uważał, że to, co się stało, było bardzo niesprawiedliwe. Dlatego jeśli mógł, zamierzał walczyć razem z nim.

*

Tomas chciał, żeby rozmowa z rodzicami wypadła spokojnie i bez stresu. Ale trudno było mu znaleźć odpowiedni termin. Obojgu jego rodzicom pasowało przyjechać do Newcastle w poniedziałek. Weekend mieli z jakiegoś powodu zajęty. Był więc nie tylko zestresowany tym, że mieli przyjechać i rozmawiać z nim na temat, o którym jeszcze nie mieli pojęcia, ale też wszystkie zajęcia w szkole jakoś bardziej go stresowały. Kiedy był na historii, dostał smsa od mamy, że ci już są w mieście i właśnie idą na jakiś obiad. A on miał przed sobą jeszcze dwa angielskie. Jak miał się na nich skupić?
O czwartej po południu, kiedy wreszcie zabrzmiał dzwonek na koniec lekcji, wypadł z sali jako pierwszy. Ręce mu się trzęsły. Miał teraz pojechać na stację kolejową, gdzie obiecał być Foster Craig i jego rodzice. Tomas cholernie się cieszył, że psycholog nie zrezygnował z obiecanej mu pomocy. Nie miał w końcu teraz z tego żadnych korzyści finansowych, więc robił to całkowicie dobrowolnie. A Tomas… potrzebował tego. Nie potrafiłby rozegrać tego wszystkiego samemu. Nie wspominał rodzicom, że to Foster był kochankiem dyrektora. Ci już wiedzieli, że zmieniła się władza w szkole, ale nie znali szczegółów. Jedyne, co było dla nich tak naprawdę ważne, to czy nowy dyrektor był dobry. O tym jednak Tomas nie mógł ich zapewnić. Nie znał go jeszcze.
Zapiął zamek cienkiej, niebieskiej bluzy z kapturem i podążył na parking. Po odnalezieniu swojego Porsche wrzucił plecak na tylne siedzenie i usiadł za kierownicą. W lusterku wstecznym widział, jak silne miał rumieńce ze stresu.
Rozmawiał z panem Craigiem wiele razy o tym, jak to będzie wyglądać. Ten zapewniał go, że rozumie jego zdenerwowanie, ale to jego rodzice muszą zrozumieć, że w jego orientacji nie ma niczego ich krzywdzącego. Ćwiczyli nawet, jak im to powie. Ale to nie pomagało. Denerwował się przez całą drogę i poczuł jedynie minimalną ulgę, kiedy najpierw zobaczył psychologa, a nie swoich rodziców.
Mężczyzna czekał na murku przed kawiarnią. Miejsce było duże, bo dużo osób tędy przejeżdżało. Miało przy tym wnęki gwarantujące prywatność. A do tego dzisiaj było na tyle ciepło, że mogli usiąść na zewnątrz, przy wystawionych stolikach. Zawsze wtedy dźwięk się bardziej rozchodził.
Zgasił silnik, wcisnął portfel i kluczyki do kieszeni w jeansach i z trudem uśmiechnął się do psychologa.
— Dzień dobry! — zawołał, podchodząc.
Rozejrzał się ukradkiem, ale nie zobaczył rodziców. Ci wiedzieli, że będą mieć towarzystwo. Wiedzieli, że Tomas zamierzał się im zwierzyć z jakiegoś „problemu”, więc częściowo byli przygotowani.
— Witaj, Tomas. Jak samopoczucie? — spytał mężczyzna, podchodząc do niego i ściskając jego dłoń.
— Dobrze. Chyba — odparł nastolatek z krótkim śmiechem i zabujał się na piętach. Mimo że był całkiem wysoki i dobrze zbudowany, czuł się jak mały chłopczyk. — Stresuję się strasznie, ale cieszę się, że już dziś będziemy mieć to z głowy. Bo chyba nie może pójść źle… prawda?
— Będzie dobrze. — Foster położył mu dłoń na ramieniu i krótko, pocieszająco ścisnął. — Twoi rodzice jeszcze nie dawali znać, że są?
— Pisali, zanim wyjechałem z kampusu, że muszą dojechać z drugiego końca miasta. Ale zaraz będą — zapewnił Tomas. — I w ogóle… Fajnie, że zgodził się pan tu być. Wiem, że pan nie musi, więc to mega spoko, że jednak pan jest. Teraz w szkole nawet nie ma nikogo na zastępstwo za pana — dodał z grymasem. Uważał to za wielki problem, bo w szkole psycholog był bardzo potrzebny.
— Będą musieli niedługo kogoś zapewnić. To ich obowiązek. Ale nie chciałem cię zostawiać, Tomas. W końcu razem przez to przechodzimy. — Uśmiechnął się — Zajmiemy jakiś stolik i poczekamy na twoich rodziców?
— Mhm. Nie ma co kwitnąć.
Weszli przez bramkę kawiarni i rozejrzeli się za jakimś wolnym stolikiem. Foster zasugerował jeden czteroosobowy stolik znajdujący się prawie na skraju małego płotku ogradzającego teren kawiarni. Stał akurat przy dużej, prostokątnej, ciężkiej donicy z bujnym kwiatem. Najbliżsi klienci siedzieli dwa stoliki dalej, dlatego mieli tutaj ciszę i spokój. Zamówili po białej kawie, wypatrując rodziców Tomasa. Rozmawiali chwilę o tym, co dzieje się teraz w szkole, aż oczom nastolatka ukazała się znajoma para. Od razu bardziej się spiął, ale z uśmiechem pomachał zbliżającym się rodzicom.
Ojciec Tomasa był trochę starszy od żony. Miał na sobie koszulkę polo, która zaznaczała mu się na brzuchu, beżowe spodnie i wygodne, ale eleganckie buty. Na ramionach miał jeszcze sweter o ton ciemniejszy niż niebieska koszulka. Matka za to była uśmiechniętą od ucha do ucha blondynką, aktualnie w wąskich spodniach, wysokich butach i białym golfie. Miała też broszkę na piersi. Oboje wyglądali na uradowanych widokiem syna i… spiętych. Foster nie był pewien, czy ubrali się tak specjalnie na to spotkanie, czy po prostu mieli taki styl. Ale na pewno uśmiech po części był wymuszony.
— Witaj, Tom. — Ojciec pierwszy podał dłoń synowi. Zaraz spojrzał na czarnoskórego mężczyznę. — Dzień dobry. Charles Eng.
— Dzień dobry. Patty — dodała kobieta, witając się z psychologiem.
A kiedy ten odpowiedział na ich uściski dłoni, Tomas też przywitał się z rodzicami.
— Poczekajcie na mnie sekundkę. Zamówię nam kawę — dodał Charles. Pomasował żonę po plecach i wszedł do kawiarenki.
— Niech pani siada. Jak minęła droga? — Foster wskazał kobiecie miejsce. Widział przy tym, że Tomas był cały spięty.
— Bardzo, bardzo dobrze. Nie mogę narzekać na pogodę. Po tej ciężkiej zimie taka wiosna jest jak odświeżająca maseczka — zażartowała. Zerknęła na Tomasa i z ciepłym uśmiechem pomasowała go po ramieniu. — Tommy wiele u nas czasu nie spędził na święta, bo tutaj jednak warunki pogodowe były nieco lepsze.
— Faktycznie, w tym roku zima była bardzo ciężka. Groziło, że trzeba będzie na długo zamknąć szkołę. — Foster pociągnął ten zawsze wygodny temat pogody. Jedyne, co mogło go popsuć, to mowa o dziurze ozonowej albo globalnym ociepleniu, ale on nie zamierzał tego poruszać. Kobieta chyba też nie.
Rozmawiali chwilę na temat informacji o zgonach, jakie przedstawiane były w telewizji. Aż wrócił Charles z dwiema filiżankami. Postawił jedną przed żoną, po czym zajął miejsce i spojrzał uprzejmie na psychologa.
— Dowiemy się już, o czym będziemy tu rozmawiać?
— Oczywiście. Tomas jest tu po to, żeby państwu coś powiedzieć. Ja, na jego prośbę, jestem tu razem z wami, żeby… hm, trochę zachować równowagę. — Foster uśmiechnął się uprzejmie, bardzo profesjonalnie.
Spojrzał na Tomasa i napił się kawy, aby trochę odsunąć się od tej rozmowy. Rodzice chłopaka też skupili wzrok na synu.
Tomas wiedział, jak to będzie wyglądać. Foster nie miał się wtrącać. Miał być tylko ewentualną podporą na wypadek, gdyby rodzice zareagowali negatywnie. Głównie jednak miał stanowić psychiczne wsparcie dla Tomasa, który dzięki niemu czuł, że nie był tu sam.
Odchrząknął i odsunął dłonie od swojej kawy, mając wrażenie, że za bardzo mu drżały, by mógł utrzymać filiżankę.
— Chodzi o to, że chciałem wam coś wyznać — zaczął. — Bo tak jakby od tego nie ucieknę, bo musiałbym udawać całe życie. Ukrywać swoją tożsamość jak superbohater — dodał z nerwowym śmiechem.
Patty spojrzała na męża z pytaniem wypisanym na twarzy, czy ten cokolwiek rozumiał. Nie rozumiał. Pokręcił tylko głową.
— Ale o co chodzi, Tom? Musisz mówić nam jaśniej. Co niby jest takiego, co chcesz przed nami ukrywać?
— No właśnie już nie chcę. Chciałem, bo się bałem. Ale zaczynam być bardziej, no wiecie… tak zgodny ze sobą — dodał Tomas i spojrzał panicznie na Fostera. Następnie zacisnął dłonie na kolanach, wpatrzył się w blat stolika i wydusił: — Jestem homoseksualny.
Rodzice Tomasa od razu na siebie spojrzeli. Jakby trenowali te spojrzenie. Charles odezwał się pierwszy.
— Patty…
Kobieta przystawiła szczupłą dłoń do ust, delikatnie je zasłaniając. Znowu skupiła wzrok na synu.
— Tommy, och, kochanie… — jęknęła, jakby z żalem dla niego.
Chłopak zacisnął wargi i popatrzył na nich. Chyba pękł, bo… miał łzy w oczach. A gdy szybko zamrugał, te zamiast zniknąć, spłynęły po jego policzkach. Zobaczył jak przez mgłę, że jego matka wstała i podeszła do niego. Objęła ramionami jego głowę i przyciągnęła do swojego chudego brzucha.
— Och, kochanie. Miałam taką nadzieję, że jednak się mylę, moje biedne dzieciątko.
W tym czasie Charles, siedzący naprzeciwko, zerknął szybko na psychologa. Wyglądało, jakby wolał przeczekać te kilka pierwszych chwil po wyznaniu syna, aż będzie po wszystkim. I dopiero na spokojnie to obgadać.
— Znaczy… wiedziałaś? — wydusił Tomas, który zamiast poczuć się pocieszonym, jeszcze bardziej się rozkleił. Pociągnął nosem.
Kobieta nie odpowiedziała od razu. Pocałowała za to syna w jego jasne włosy, aby zaraz je pogłaskać.
— Kochanie, mój skarbeńku, nie wiedziałam, ale… Och, mówiłam tacie, że tak może być. — Westchnęła w końcu płaczliwym głosem.
Foster widział, że nie płakała jak syn, chociaż była wzruszona. Przez chwilę przeszło mu przez myśl, czy powstrzymywała to jakoś ze względu na makijaż. Rodzice Tomasa byli… dziwnie sztuczni. Ale nie atakowali syna, więc skinął krótko głową jego ojcu i wstał, aby kupić jeszcze jakieś ciastko do kawy i na chwilę się odsunąć, żeby nie przeszkadzać.
Tomas od razu spojrzał za nim trochę panicznie. Ale zaraz potem zerknął na matkę w górę, kiedy ta znów przyklapnęła mu włosy.
— To nie jest jakieś straszne, mamuś… Tylko ja się bałem, czy nie będziecie źli — spróbował się wytłumaczyć i przy tym też wytrzeć trochę zapłakaną twarz.
— Nie jesteśmy źli, Tom. Kiedykolwiek byliśmy na ciebie źli? — spytał ojciec, kiedy jego żona nadal zmieniała rozburzone włosy syna w coś na kształt garnka.
A Tomas coraz mniej wycierał twarz, a bardziej starał się odgonić od jej dłoni.
— Mamuś, przestań — jęknął. — Usiądź. Wszyscy się patrzą…
Miał rację. Para siedząca dwa stoliki dalej właśnie obserwowała ich z konsternacją, nieudolnie chowając twarze za kubkami.
— Ależ, kochanie… Słoneczko. — Patty jęknęła z żalem i kucnęła obok jego krzesła, Obtarła mu kciukami mokre ślady spod oczu. — Czemu myślałeś, że będziemy źli? My się o ciebie, Tommy, martwimy. A takie życie… och, jest takie ciężkie. Nie chcieliśmy, żebyś był nielubiany, promyczku.
— Colin mnie lubi… I mam kilku kumpli w szkole, w ogóle — dodał, nie wspominając jednak o chłopakach z klubu pływackiego. Oni w większości się go wyparli i ostentacyjnie okazywali mu, że nie chcą z nim pływać. Ale nie chciał mówić o tym rodzicom i martwić ich. W tym pomagał mu pan Craig. — Teraz jest dużo tolerancyjnych ludzi w szkole — dodał, zerkając też na Charlesa.
— No w naszych czasach to miałbyś nieźle pod górę, Tom — ten powiedział, patrząc na niego z niepewnością. Jakby oceniał, czy syn go nie okłamywał.
— Wiem, ale teraz jest serio inaczej. Samorząd mnie wspiera, dużo innych uczniów też. Mam znajomych i przyjaciół. — O chłopaku wolał na razie nie wspominać.
— Ale nadal się martwię. To jest takie pewne? — spytał mężczyzna, pochylając się nad stolikiem.
Matka wciąż była przy synu, nie przejmując się spojrzeniami. Aby trochę uszanować wcześniejsze słowa Tomasa, kucała przy nim i jak to matka, głaskała go pocieszająco. Jakby ten powiedział, że umiera, a nie, że jest gejem.
— Oj, mamuś, weź… Jest okej. I mówię poważnie, tato. Nikt mnie nie pobił, ani…
— Zaraz… Czyli inni już wiedzą? — zapytał Charles ostrzej. A kiedy Tomas przestał oddychać i przytaknął, uderzył płaską dłonią w stół. — I nam mówisz jako ostatnim? — syknął.
— Promyczku? Czemu? — Patty zawstydzała syna dalej. Znowu też stała i przytulała go do siebie. — To dlatego, że nie daliśmy ci dość ciepła? Może… o Boże, Charles. — Kobieta spojrzała panicznie na męża. — Myślisz, że to dlatego, że przedstawialiśmy mu Jane? — spytała, znowu zasłaniając palcami usta i wspominając córkę ich bliskich sąsiadów, którą rodzice często razem z nimi zapraszali do siebie do domu, nim jeszcze Tomas przyjechał tu do szkoły.
— Na bogów, mamuś, to nie to! — jęknął Tomas, starając się od niej odsunąć. Przez ciągłe głaskanie włosów te aż mu się naelektryzowały i teraz przylepiały do czoła. — Ja po prostu jestem gejem i już. A nie powiedziałem wam, bo w sumie w szkole to wyszło przez przypadek. Nie miałem na to wpływu, a to nie jest tak, że można życie wczytać od jakiegoś save’a… Przepraszam, że nie powiedziałem wcześniej.
Charles znowu popatrzył pytająco na syna, na żonę i znowu na syna.
— Czyli… Nie boisz się tego, kim jesteś? Bo, Tom, jeśli potrzebujesz naszego wsparcia, chcesz, abyśmy załatwili ci jakiegoś psychologa… jeszcze, to powiedz tylko słowo.
Tomas bardziej się zaczerwienił. Chciałby, żeby pan Craig wrócił i powiedział jego rodzicom, że dobrze sobie radzi ze sobą. Bo miał wrażenie, że jemu nie uwierzą.
— Nie, nie trzeba. Pan Craig jest super. Dzięki niemu jest okej i nie martwię się tym tak. I… jak tylko powiecie, że i dla was jest okej, to będzie już w ogóle czadersko.
— Oczywiście, słoneczko, że dla nas „okej”. — Patty ostatnie słowo wypowiedziała, jakby pierwszy raz miała je w ustach. Przy tym jednak brzmiała na nadal zmartwioną. Jakby wcale nie było „okej”.
— Tom, dla nas najważniejsze jest, żebyś był szczęśliwy. Nie możemy ci powiedzieć, że źle robisz, jeśli tak wybrałeś, znaczy… że tak jest. Myślę, że lepiej byłoby, gdybyś nie nosił tego brzemienia, ale chyba teraz faktycznie już jest bezpieczniej. — Ojciec jeszcze wysilił się na przemowę.
Po obojgu było widać, że woleliby, aby ich syn prowadził życie serialowego nastolatka, rozpieszczanego przez rodziców, a potem przez swoją głupią, ale ładną żonę. Ale mogli z miłości do niego trochę zmodyfikować swoje oczekiwania.
Tomas wolał obecny scenariusz, niż żeby wyrzekli się go, wyrzucili z domu i oświadczyli, że nie będą go utrzymywać. Miał wrażenie, że trochę ich zawiódł, ale przy tym czuł, że wciąż go kochają. To było najważniejsze. Chociaż chciałby jeszcze troszkę naprostować ich myślenie o samym… byciu gejem.
— Dzięki. Cieszę się, że nie macie mi tego za złe czy coś — powiedział, uśmiechając się do nich blado. Był ciekaw, czy wśród jasnych włosów nie miał teraz kilku siwych. A nawet jeśli nie miał, to na pewno jego fryzura dzięki matce przypominała czystą rozpacz.
— Jedynie boimy się o ciebie, promyczku nasz kochany. — Patty jeszcze raz pocałowała syna w policzek. Zostawiła mu na nim ślad szminki.
— Nie chcesz do nas na trochę przyjechać? — spytał Charles i w końcu, ku uldze syna, złapał małżonkę za nadgarstek oraz przyciągnął do siebie, nakłaniając, aby już usiadła.
To był dobry moment dla Tomasa, żeby poprawić włosy. Napił się też kawy i rozluźnił się, wręcz nie wierząc, że ma to za sobą. Miał nadzieję, że jeśli kiedyś będzie przedstawiał Woody’ego swoim rodzicom, to nie zrobią mu takiego wstydu.
— Przyjadę dopiero na wakacje, bo teraz dużo jest roboty w szkole… A ja się zawsze muszę więcej uczyć niż inni, żeby nadążyć — poskarżył się z grymasem.
— Dzielny chłopak. — Patty uśmiechnęła się do niego łagodnie. Zaraz po tym spojrzała na męża i złapała go za dłoń. — Popatrz, jak nasz syn wyrósł. Taki odważny i gotowy stawić czoła światu.
Tomas trochę się skrzywił, bo matka mówiła do niego dokładnie tak samo, kiedy miał pięć lat i latał po domu z czerwoną peleryną. Zawsze traktowała go jak małego chłopca. Nawet kiedy był już od niej wyższy.
— Jest dzielny. Oceny też ma całkiem w porządku — dodał Charles, kiwając głową.
Jego syn tylko żałował, że ojciec nie miał pojęcia, jak naprawdę mocno musiał zakuwać, żeby mieć te przyzwoite oceny. Nigdy nie miał szans, żeby być wybitnym uczniem.
— Nom. Dzięki — wydusił tylko, speszony. Szurał butem po ziemi pod stolikiem.
Aż nagle poczuł dłoń na ramieniu. Foster musiał ich obserwować, skoro dopiero teraz, w tak idealnym momencie, wrócił do stolika.
— I jak udała się rozmowa? — spytał ciepło, zajmując swoje wcześniejsze krzesło. Miał ze sobą talerzyk z kruchymi ciastkami z czekoladą. — Ktoś chętny? — zaproponował, przesuwając go na środek stołu.
Tomas od razu sięgnął po jedno.
— Udała się. Chyba. Znaczy, mama i tata mówią, że jest okej.
— Bo jest okej? — Charles od razu wtrącił, zwracając się do psychologa. — Prowadzi pan problem naszego syna, tak?
Foster uśmiechnął się łagodnie z pełnym urokiem osoby, która nie zgadza się z drugą, ale nie powie jej tego wprost, żeby jej nie urazić.
— Panie Eng, jeśli ma pan na myśli, czy pomagam Tomasowi w zaakceptowaniu swojej orientacji, to tak. Staram się też podpowiadać mu, jak radzić sobie z brakiem akceptacji ze strony innych. I Tomas naprawdę dobrze sobie radzi, to twardy zawodnik — wyjaśnił, trochę koloryzując, ale czuł, że to pomoże jego rodzicom.
Na pewno pomogło matce, która uśmiechnęła się z ulgą i wreszcie zabrała się za kawę. Ta już na pewno była chłodna.
— Dobrze, że ma wsparcie. Jeżeli będzie trzeba przedłużyć terapię po skończeniu jego szkoły, to na pewno opłacimy wszystkie spotkania.
— Mamuś, to nie terapia — wydusił zawstydzony Tomas. Czuł się jak debil, że jego rodzice mieli takie starodawne poglądy.
— Też wolę nazywać to spotkaniami. Ale naprawdę, niech się państwo nie martwią. Jeśli tylko ma państwa wsparcie, to na pewno sobie ze wszystkim poradzi — zapewniał ich Foster, wiedząc, że to pomoże im bardziej niż teraz chłopakowi.
Zaproponował również, jeśli będzie to konieczne, kilka wspólnych sesji, na których dokładniej porozmawiają o przyszłości ich syna. O tym, co może go spotkać, jak powinien walczyć z dyskryminacją i tak dalej.
— Och, ale rozumiem, że szkoła tak czy tak jest zamknięta w wakacje, więc to dopiero we wrześniu? — zapytała Patty.
Foster uśmiechnął się, chociaż nie było mu do śmiechu.
— Nie będzie raczej z tym problemu, bo jak lubię pracować w szkole, tak w planach jest własny gabinet. W końcu nadszedł ten moment, więc teraz przez to, że trwa okres przejściowy, proszę się niczym nie przejmować. A potem, kiedy już będę miał swój gabinet, Tomas na pewno wszystko państwu przekaże.
— Tak chyba będzie nawet lepiej, Patty — zwrócił się do żony Charles. — Takie sprawy lepiej omawiać prywatnie. Przyjeżdżanie do szkoły mogłoby narobić Tomowi więcej problemów.
Tomas od razu pokiwał głową na potwierdzenie. Pan Craig wspominał mu, że teraz będzie rozważał prywatną działalność. Wolał nie dopytywać z uprzejmości, czym zajmie się w tym czasie pan Moss, ale jeśli dobrze zrozumiał, obaj zamierzali zostać w Newcastle i tutaj prowadzić swoje życie. On jeszcze miał szkołę, więc nie widział problemu, żeby prywatnie chodzić do pana Craiga na wizyty. Zresztą, miał dziwne wrażenie, że rodziców to jakoś uszczęśliwi. I z jednej strony chciał im się przeciwstawić, z drugiej nie chciał ich bardziej rozczarować.
— Bardzo rozsądnie. — Foster pochwalił małżeństwo. — Mają jeszcze państwo jakieś pytania? Czy chcą zostać sami z synem?
Małżonkowie spojrzeli po sobie, ale chyba zgodnie, bez słów, stwierdzili, że wolą porozmawiać z Tomasem sam na sam. Podzielili się tym przekonaniem, a kiedy Foster się uniósł, Tomas zrobił to samo. Uścisnął mocno jego dłoń, mając nadzieję, że nie miał już zbyt dużych wypieków, przekrwionych oczu ani tym bardziej idiotycznej fryzury.
— Dziękuję, panie Craig, że pan tu był. Ja… jeśli mogę, to się do pana odezwę.
— Oczywiście. Jeśli tylko byś czegoś potrzebował, to masz do mnie numer. Miłego popołudnia. — Foster oddał uścisk dłoni i przy tym znów ścisnął pokrzepiająco ramię chłopaka. Kiedy go puścił, podał dłoń jego rodzicom. — Miło mi było państwa poznać.
Ci odpowiedzieli tym samym, a Foster mógł już się oddalić i zasiąść za kierownicą swojego samochodu. Czekał go powrót do domu, do Marka. Przykre było, że nie mógł już oferować takiej pomocy w szkole. Choć teraz tak naprawdę nie zrobił wiele poza asystowaniem Tomasowi. Ale takie było jego zadanie. I cieszył się, że akurat w przypadku tego chłopaka coming out nie przeszedł tragicznie. Sytuacja w szkole jako tako się wyprostowała, a rodzice Tomasa… cóż, kochali go i nie wyrzekli się. To było miłe. Smutne jednak było to, że jego i Marka wyrzekło się tak wielu rodziców i uczniów, którym się poświęcali…

3 thoughts on “Project Dozen – 101 – Promyczek

  1. Katka pisze:

    Wadera, Sebcio o Franio wkraczają na niestabilny grunt, ale może im się jakoś powiedzie i wyjdą z tego bez szwanku. Ale muszą uważać, bo Moses ma dużą władzę jako dyrektor niestety. Sebastian nie powinien się za bardzo poddawać emocjom. Co do rodziców Tomasa, to tak, nie do końca łapią, że to, ze jest gejem, to nie coś złego. Chętnie by go pewnie z tego wyleczyli, gdyby się dało, ale na szczęście akceptują go też takim, jaki jest. Co do Marka, to nie, nie jest po zarządzaniu niestety XD Ale myślę, że tez doświadczenie na takim stanowisku wpisane w CV coś ułatwia. Ale na razie nawet nie umie się za bardzo pozbierać :(

    Luana, dokładnie, tym którzy się cieszą z nowego dyra, powinno nagle coś pójść nie tak. Może wtedy by zobaczyli, ze jednak Mark nie był taki zły, a tak naprawdę to był całkiem fajny… Hehe, a u Tomcia na szczęscie nie było armagedonu. Chyba jego rodzice są wobec niego zbyt nadopiekuńczy, żeby się go wyrzec. To taki ich promyczek XD Dziękujemy za wenę! :D

  2. Luana pisze:

    Bardzo dobrze, że Franio i Sebastian chcą odejść z projektu. Jak widać obaj to sobie inaczej wyobrażali. Mnie to bardzo ciekawi o co tak naprawdę w tym projekcie chodzi. Liczę na to, że Sebastian pewnie przy pomocy Frania się pięknie zemści. Oby tylko im się nie oberwało. A tym uczniom, którzy tak się cieszę z nowego dyrektora życzę, aby jego ostrze rządy poczuli na własnej skórze i aby zatęsknili za dyrektorem Mossem.
    Uff, z Tomasem i jego ujawnieniem się przed rodzicami jakoś poszło. Może oboje nie jeszcze są w szoku, mimo że się czegoś domyślali i coś tam wspominają o terapii, ale raczej to po co, aby pomóc synowi, a nie go „wyleczyć”. Sądziłam, że będzie armagedon. Ale nie jest tak źle. I biedne włosy Tomasa. :DD
    Pozdrawiam i weny życzę. :*

  3. Wadera pisze:

    Cieszę się, że Franio i Sebastian chcą odejść z projektu. Zaczyna być on coraz bardziej niebezpieczny. Mam tylko nadzieję, że obecny dyrektor nie zechce ich jakoś ukarać. Pójście razem na bal to wspaniały pomysł żeby wesprzeć swojego ojca. Jednak pytanie czy z nową władzą będą mogły się na nim pojawić pary niemieszkalne.
    Z jednej strony fajnie, że rodzice Tomasa się go nie wyrzekli, kochają go i próbują pomóc. Z drugiej chyba jeszcze nie do końca łapią skoro chcą żeby chodził na terapię. Widać są mocno nadopiekuńczy i mam nadzieję że i z tym Tomas sobie poradzi.
    Nadal nie mogę przeboleć, że wywalili Marka. Pytanie co on teraz pocznie. Znaczy nie wiemy nawet czy jest nauczycielem czy coś bardziej po zarządzaniu. Jak to drugie to przynajmniej znajdzie pracę, choć pewnie będzie tęsknić za młodzieżą. Jeśli to pierwsze to niestety marnie widzę jego przyszłość zawodową :(
    Pozdrawiam, Wadera.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s