Newton’s Balls – 72 – Męska rodzina

Chase obudził się wcześniej niż Courtney. W sumie nie było to takie dziwne, zważywszy na okoliczności, bo gospodarz i właściciel łóżka, w którym teraz spali, napracował się poprzedniego dnia naprawdę dużo w kuchni. Przygotował mnóstwo jedzenia, dużo słodkości, a do tego zafundował swojemu nastoletniemu chłopakowi bardzo miły i aktywny koniec dnia, kiedy tylko Marshall już zszedł na dół do swojej piwnicy. Chase uwielbiał, jak jego kurator zachowywał się podczas seksu, a że sam był strasznie podekscytowany tymi wspólnymi świętami, zapewnił mu intensywne powitanie. Dlatego fakt, że ten teraz jeszcze spał przytulony do jego ramienia, nie był aż taki zaskakujący. Chłopak też nie spieszył się do budzenia mężczyzny, bo myśl o prezentach pod ogromną choinką była ekscytująca, ale też była bardzo stresująca. Trochę odkładał na prezent dla Courtneya, ale i tak obawiał się, czy ten mu się spodoba, czy się nie ośmieszy i czy… ten nie kupił mu czegoś, przez co będzie mu głupio i będzie czuł się jeszcze bardziej zobowiązany. Wolał drobny prezent. W sumie podobny do tego, co kupił psom. I cóż, wypłacił się tylko dlatego, że były to rzeczy do kupienia w fundacji, z którą współpracowało schronisko.
— Eeeej! Śpiące królewny! — Z rozmyślań wyrwał go łomot w drzwi, szczekanie psów i głos Marshalla. — Będziecie spać do południa?
Courtney jęknął, otworzył oczy i podniósł się. Ziewnął głęboko i odkrzyknął chrapliwie:
— Już wstajemy, nie tłucz się!
Po tym zerknął w stronę swojego chłopaka, a widząc, że ten nie śpi, uśmiechnął się do niego lekko i cmoknął go w policzek.
— Siema.
— Siama. — Chase także się uśmiechnął. — Jak się spało?
— Mmm… dobrze. Twoja sperma jest cudownym środkiem usypiającym — odpowiedział Courtney z lekkim uśmiechem i przesunął wierzchem palców po nagim brzuchu chłopaka. — Wesołych świąt — zamruczał.
— Wesołych świąt — odparł Chase tymi samymi słowami, aż czując dziwną nierealność sytuacji. Miał mieć miłe, ciepłe święta z kimś, komu na nim zależało. Do tego ten ktoś właśnie uśmiechnął się do niego tak ciepło, jak ciepłe były świeże bułeczki prosto wyjęte z pieca.
— Wstajemy? — zasugerował Courtney i zaczął się mozolnie zbierać, żeby założyć na siebie jakiś dres. Nie zamierzał dzisiaj wychodzić ani na chwilę. Chyba że potem na spacer z psami.
— No, już nawet Marshall wstał, więc… no… chyba tak. — Chase także się zwlekł z wysokiego, miękkiego łóżka. Sięgnął po dresowe spodnie i założył je na nagie ciało.
Courtney uprzednio założył slipy, potem spodnie i w końcu wyszedł za swoim chłopakiem z sypialni. Przywitał się z psami, klepnął Marshalla w ramię i podążył do łazienki, żeby się odlać i odświeżyć.
Już pod wieczór wszyscy ułożyli swoje prezenty pod choinką i teraz ta wyglądała w stu procentach na świąteczną. Jednak, co było najbardziej zaskakujące i niepokojące, jeden z prezentów był… naprawdę wielki. Trochę wyższy niż Tank, prostokątny i wzbudzał ciarki na plecach Marshalla i Chase’a, bo obaj wiedzieli, że to jeden z prezentów Courtneya. Było też kilka mniejszych, ale całość fajnie wyglądała pod choinką. Jakby naprawdę były to bardzo rodzinne święta.
Każdy inaczej zapakował swoje prezenty. Te od Chase’a wyglądały jak połączenie taśmy klejącej z papierem ozdobnym w równych proporcjach. Marshall poszedł na łatwiznę i jego prezenty były spakowane przez kogoś w miejscu, gdzie robił zakupy.
Gdy każdy z nich był już odświeżony, Courtney na razie, by zabić głód, postawił na stoliku swoje słodkie wypieki. Po tym zabrał się za robienie kawy, co zajęło mu kilka minut.
— Mm… już jestem — rzucił, wchodząc do salonu z tacką z dużymi kubkami z kawą i rogalikiem w ustach.
— Dobra, dajesz. Od którego zaczynamy? — spytał Marshall, siadając na kanapie, którą chwilę temu odwrócił specjalnie w stronę choinki. Nie chciał siadać na podłodze jak małe dzieci.
— Od tych, na rozluźnienie — zasugerował Chase i wyjął spod choinki dwa zawiniątka, po czym zagwizdał. — Tank! Lil! To dla was, no chodźcie! — zawołał i jeden prezent rzucił Courtneyowi. — Rozpakuj to dla Lila.
Mężczyzna złapał w ostatniej chwili, bo właśnie odkładał kubek, z którego siorbnął. Uśmiechnął się i podszedł z prezentem do kanapy, by usiąść na podłokietniku obok brata.
— Lil, chodź, dla ciebie będzie — zawołał do czarnego mieszańca i zaśmiał się, gdy ten rozszczekał się i podskoczył kilka razy na wszystkich łapach, jakby był pięciolatkiem, który już wie, że dostanie wymarzoną kolejkę.
Mężczyzna rozpakował prezent i wyglądał na zaskoczonego, widząc w środku coś materiałowego. Ale kiedy rozwinął materiał, zobaczył, że jest to bluza dla psa z napisem „Don’t Bully My Breed”. Uśmiech na jego twarzy poszerzył się.
— Chase, jesteś szalony!
— Ej, no co? — spytał Chase także z rozbawieniem, bo Tank, który był przy nim klęczącym na dywanie, obwąchiwał z zainteresowaniem nową rzecz. Też dostał taką bluzę. Była zielona z białym napisem i rozpinana z przodu. Miała nawet kaptur.
Nastolatek powoli uspakajał swojego psa, żeby go w nią ubrać. Oczywiście Courtney miał pod górę, bo miał Lila. Nadpobudliwego Lila, który ani myślał stać spokojnie. Marshall więc z miną cierpiętnika pomógł mu ubrać psa w bluzę i po chwili czarny pies merdał ogonem, siedząc obok w takiej samej bluzie jak jego psi kumpel, tylko że jego była bordowa.
— Dobra, dzieci rozpieszczone. Lecimy dalej? — rzucił kurator, choć trochę się denerwował, czy nie przesadził ze swoimi prezentami. Dlatego na wszelki wypadek miał drugie wyjście.
— Może być — zgodził się Marshall i wyciągnął kwadratowe, spore pudło spod choinki. — Dla ciebie, brat.
— Dzięki. — Courtney uśmiechnął się do niego i przyjął prezent. Zsunął się przy tym po podłokietniku na siedzenie, żeby łatwiej było mu radzić sobie z odpakowywaniem.
Papier rzucił tam, gdzie ten po prezencie Lila, żeby nie śmiecić i po chwili jego oczom ukazało się pudełko kryjące w sobie maszynkę do robienia domowego makaronu. Może była to głupia reakcja mężczyzny w jego wieku, wytatuowanego, z kryminalną przeszłością, ale uśmiechnął się szeroko do tego sprzętu kuchennego.
— O cholera, jednak mnie czasem słuchasz — rzucił żartobliwie do brata, przypominając sobie, że wspominał kiedyś, że chciałby coś takiego.
— Babka w sklepie pytała, czy żona lubi takie prezenty. Więc wiesz, Chase ma teraz konkurencję. — Marshall zaśmiał się tak samo jak nastolatek, który tarmosił Tanka za uszami, kiedy ten siedział obok niego i dawał się obwąchiwać w nowej bluzie Lilowi.
Courtney obdarzył ich sceptycznym spojrzeniem, ale miał do siebie na tyle dystansu, żeby nie obrażać się o takie teksty. Odłożył maszynkę na podłogę obok kanapy i wskazał bratu ten największy, naprawdę duży i ciężki prezent pod choinką.
— To teraz dla ciebie. Otwieraj tego potwora w bałwanki.
Cały jeden papier opakunkowy poszedł mu na ten prezent, więc tylko on był w bałwanki. Marshall spojrzał na wielkie pudło, po czym na brata.
— Dobraaa… — zaczął, trochę obawiając się, co tam znajdzie. I jak z początku chciał unieść prezent, tak poczuł się nieźle zdziwiony, kiedy ten nawet nie drgnął. Był potwornie ciężki. — Jak żeś to tu postawił? — spytał, ale zaczął zdzierać papier z pakunku tam, gdzie ten stał.
— To była niezła walka, tyle powiem — odpowiedział Courtney z lekkim uśmiechem i sięgnął po swoją kawę, żeby ją spokojnie dopić, nim jego brat upora się ze swoim prezentem.
Ten z zawzięciem zdzierał papier, a kiedy okazało się, że pod nim także jest sprzęt AGD, roześmiał się. Tym bardziej, że naprawdę nie miał pojęcia, jak jego brat wtaszczył tu małą lodówkę z zamrażarką. Spojrzał nawet na Courtneya i aż pokręcił głową.
— To sugestia, że mam zostawić twoją dużą w spokoju? — spytał, pozbywając się resztek papieru i czytając napisy na etykietach. Kiedy jednak otworzył ją, by zerknąć, jak wygląda w środku, już całkiem się roześmiał, bo ta była wypakowana piwami po same brzegi.
— Pomyślałem, że dobrze, jak będziesz miał to pod ręką u siebie. Jak już pozbyłeś się rupieci z piwnicy i wyszło, że jest całkiem spora, to chyba to się zmieści. Ale już mi słabo na myśl, że będę musiał ci pomóc ją tam wtaszczyć — odparł kurator, w duchu zadowolony, że bratu się podoba. W sumie nawet nie spostrzegł, że już przeszedł do porządku dziennego nad tym, że jego brat recydywista będzie z nim mieszkał i nawet nieźle mu to ułatwiał.
— Jakoś to z młodym zniesiemy na dół. Aż takie ciężkie pewnie nie jest bez tego piwa w środku — mężczyzna odpowiedział, a wspomniany „młody” zawołał z pretensją, że on się na to nie pisze.
Courtney patrzył na nich z rozbawieniem i znów napił się kawy.
— Chase? Teraz te dla ciebie może? — rzucił, wewnętrznie zestresowany. — Są dwa, jakbyś jednego nie chciał przyjąć — mruknął zapobiegawczo, odstawił kubek i wstał.
Wyciągnął spod choinki dwa prezenty opakowane w taki sam papier i w sumie takiej samej wielkości, ale gdy podał je Chase’owi, ten poczuł, że jeden jest cięższy i twardszy, a drugi lekki i miękki.
— Eee… czemu miałbym nie chcieć przyjąć? — spytał nastolatek z dobrze słyszalną obawą w głosie. Też zerknął na Marshalla, jakby mężczyzna wiedział, co tam jest, ale ten tylko wzruszył ramionami.
— Po prostu otwórz — odparł Courtney.
Wiedział, że Chase mógłby mieć opory przed przyjmowaniem drogich prezentów. Już kilka razy zresztą miał krzywą minę, gdy wychodzili na zakupy do domu i dla psów, a Courtney za wszystko płacił. Ale kurator miał nadzieję, że Chase podejdzie do tego lżej, bo przecież były święta i to, co znajdowało się pod choinką, było prezentem, a nie przysługą.
Nastolatek był jeszcze chwilę nieprzekonany, ale w końcu odłożył cięższy prezent na podłogę. Drugi rozpakował i kiedy zobaczył w środku czarną bluzę z bordowym kapturem od środka, uśmiechnął się z ulgą. Obejrzał ją i od razu zauważył, że była markowa. Była jednak ciuchem i nie była czymś z kosmosu, czego się obawiał.
— Ale czad, szkoda tylko, że nie ma napisu jak Lila i Tanka. — Zaśmiał się, ale od razu zarzucił ją na nagie ciało. — Super, dzięki.
Courtney uśmiechnął się do niego i obejrzał go sobie. Wiedział, że Chase chodził w takich bluzach i lubił je, a do tego wyglądał w nich seksownie, bo dobrze było widać jego szerokie ramiona. O rozmiar się nie martwił. Wiedział, że dobrze dobrał.
— Nie ma sprawy. To teraz zobacz drugi — dodał z większym wahaniem.
Gdy Chase, głównie przez jego podejście, z oporem sięgnął do cięższego prezentu i odpakował go, kurator wstrzymał na moment oddech. Niby to, co mu sprezentował, nie było jednak niczym wielkim, ale i tak obawiał się, że Chase uzna to za zbyt wiele. Ale już kiedy jego dziadkowie okradli go z jego laptopa, chciał mu dać kasę na jakiś sprzęt, na którym będzie mógł chociaż sprawdzać maile, odrabiać zadania czy chociażby gadać z kumplami na facebooku. I jak wiedział, że w normalnych warunkach Chase nie przyjąłby jego pieniędzy, tak uznał, że na święta może mu coś sprezentować. Kupiłby mu laptopa, ale uznał, że to za dużo i Chase teraz po prostu znalazł mini booka od Samsunga.
— To tańszy prezent niż lodówka Marshalla — rzucił Courtney z napięciem.
Chase za to patrzył na nowiutki sprzęt, czując się teraz bardzo niezręcznie. Na tyle, że nie ciągnęło go od razu do otworzenia go i obejrzenia, a bardziej do wytłumaczenia tego jakoś z Courtneyem.
— Eee… no, nie musiałeś… — mruknął, rumieniąc się lekko.
— Wiem. Ale też wiem, że potrzebujesz tego chociażby do nauki, Chase. Przyda ci się, przyjmij go. Proszę — odpowiedział Courtney, siedząc kawałek od niego, bo po drugiej stronie Marshalla. — Na serio nie był taki drogi, brałem z półki pod pracę, a nie jakieś gry.
Chase uśmiechnął się na siłę.
— No, ale… — chciał zacząć, ale nagle Marshall klepnął go mocno w plecy.
— Już nie zaczynaj, młody, ode mnie nic nie dostaniesz poza piwem, więc się nie nakręcaj.
Kurator uśmiechnął się lekko w podzięce do brata i dopił swoją kawę.
— Potem podepniemy lodówkę i ogarniesz sprzęt, ale nie dam wam zacząć bez zjedzenia indyka. Zaraz go w ogóle zagrzeję, ale może otworzę jeszcze swój.
— No… jasne, jasne, tylko no… to takie nic — odparł Chase z zakłopotaniem i podał swojej „dziewczynie” małe zawiniątko z papieru i taśmy klejącej. Całość mieściła się w dłoni.
— I tak cię kocham, skarbie. — Courtney mrugnął do niego i cmoknął go, nim się odsunął.
Po tym znów odstawił pusty kubek i zabrał się za otwieranie prezentu.
W środku znajdował się mały pokrowiec, a w nim było coś twardego. Courtney wyjął to i jego oczom nie ukazał się żaden kuchenny sprzęt czy zabawka erotyczna, a narzędzie wielofunkcyjne. Składany nóż ze szczypcami, przecinakiem do przewodów oraz kilkoma dodatkowymi śrubokrętami. Wszystko to razem po złożeniu było małe i zakończone tak, żeby końcem można było rozbić szybę w samochodzie.
Courtney był zaskoczony. Na tyle, że w milczeniu sprawdził każde ostrze i każdy element swojego prezentu, a potem popatrzył na Chase’a jakoś przyjemnie chwycony za serce.
— To bardzo męski prezent. Dziękuję, naprawdę… podoba mi się. Dzięki — powtórzył i znów spojrzał na narzędzie. — Zawsze podobał mi się ten Mustang sąsiada… — dodał z lekkim uśmiechem, unosząc wyciągnięte zakończenie do rozbijania szyb.
— Jest w bonusie do prezentu. — Chase zaśmiał się, czując wielką ulgę, że kuratorowi się podoba. I chyba Marshallowi również, bo ten podszedł do brata, patrząc mu przez ramię, co tam dostał.
— Dobry nóż, duży — skomentował, oglądając nową męską zabawkę jego brata.
— Niezły jest, ale dobrze, że jest pokrowiec. Ochrona w biurze nie będzie się czepiać, jak z nim będę chodził — rzucił Courtney z lekkim uśmiechem, wciąż oglądając różne ostrza. Wiedział, do czego jakie służą. Znów uśmiechnął się do Chase’a. — To co? Idę znosić jedzenie, a wy wypijcie kawę.
— Mhm, może być. Trzeba też zebrać te papiery, zanim psy je zjedzą — dodał Marshall, widząc, jak Lil już sprawdza, czy nie ma tu jeszcze czegoś dla niego.
Chase zawołał go, a kiedy ten podbiegł, pogłaskał go za uszami.
— To może jeszcze je wystawię na dosik?
— W porządku — rzucił Courtney przez ramię i zniknął w kuchni.
Dla każdego z nich to, co się działo, było niecodzienne. Szczególnie, gdy jakiś czas później usiedli do zastawionego naprawdę mnóstwem jedzenia stołu. Gdy przy okazji w telewizji leciała świąteczna komedia, gdy na choince świeciły się lampki, a za oknem padały duże płatki śniegu. Niecodzienne było dla nich siedzieć w takiej przyjemnej atmosferze.
— Dostaliście kiedyś świąteczny sweter albo szalik? — zagadał Courtney, stając nad stołem w salonie z nożem w ręce, żeby pokroić wielkiego, pachnącego i gorącego indyka.
— Nie. A ty sobie sprawiłeś? — Marshall zaśmiał się, czekając, aż zostanie mu podany na talerz kawałek indyka.
Chase w tym czasie już podjadał sałatkę ziemniaczaną. Strasznie mu smakowała i nie mógł się doczekać. Lekceważył przy tym zasady dobrego wychowania.
— Nie, ale kiedyś Xavier, mój kurator, przysłał mi szalik, zrobiony przez jego żonę na drutach — wyjaśnił Courtney z rozbawieniem. Już miał na sobie golf, a nie paradował tylko w spodniach. — Mój jedyny taki serio klasyczny, świąteczny prezent w życiu — dodał i przełożył na talerz brata duży kawałek indyka faszerowanego warzywami z dużą domieszką tymianku. Pachniał niesamowicie, szczególnie po otwarciu.
— Weź, a ta świeczka zapachowa z Walmartu, co ci ją dałem na święta, to nie typowy świąteczny prezent? — Marshall oburzył się, z rozbawieniem wspominając minę brata, kiedy dostał od niego świeczkę o zapachu świątecznego drzewka.
— Ujęła mnie za serce — przyznał kurator i nałożył kolejną porcję, tym razem na talerz swojego chłopaka. — A ty, Chase? Pochwal się swoim najbardziej świątecznym-świątecznym prezentem.
— Najbardziej? Hm, no, najbardziej świąteczna to była kartka od ojca. Na zajęciach grupowych jakieś robili i mi wysłał z życzeniami, ale taki jako prezent to od kumpli. Kupili mi kalendarz z panienkami na każdy miesiąc. Na grudzień była pani Mikołajkowa, nie? Dlatego pewnie kupili. — Nastolatek zaśmiał się, przypominając sobie, jak komentowali każdy miesiąc.
— A na sierpień? Pamela Anderson w stroju ze Słonecznego Patrolu? — podchwycił Marshall, który już do swojego indyka dokładał dodatki w postaci sałatek i pieczonych ziemniaków.
— Weź, tylko nie mów, że miałeś taki sam? — spytał Chase z zaskoczeniem i niepokojem zmieszanym z rozbawieniem. Mówił niewyraźnie, bo obaj ze starszym Cornem niemalże rzucili się na jedzenie.
Courtney za to dopiero co usiadł ze swoją porcją i nie komentował, ale wewnętrznie czuł się trochę dumny z tego, że tak im smakowało.
— Mieliśmy w pierdlu. Miałem celę z trzema kolesiami i jeden dostał taki kalendarz, ale nie na święta. Nie pamiętam, ale wisiał taki w celi. Po tym, jaka laska akurat była odwrócona, było wiadomo, kto se ostatni trzepał — wyjaśnił Marshall ze śmiechem.
Chase wysilił szare komórki, starając się sobie przypomnieć, jakie były tam laski. Robił przy tym śmieszną minę, bo w policzku miał trochę jedzenia.
— Czekaj… Twój był… czerwiec? — spytał, a raczej strzelił, bo wielu lasek nie pamiętał.
— Ta Azjatka z barwami wojennymi na dupie? Nie. — Marshall zaśmiał się, chociaż też mu się podobała. — Lubiłem tę z kwietnia, przerobioną na ptaszynkę.
Courtney pokręcił głową, jedząc powoli i delektując się tym, jak mięso przeszło smakiem przypraw.
— Nie wierzę, że tego słucham.
Chase zarechotał.
— Ty mógłbyś zastąpić listopad. Taka w szaliczku była — rzucił do kuratora. — By ci ten szalik pasował, co dostałeś.
— Niech zgadnę. Była tylko w szaliczku?
— I bieliźnie… — Marshall westchnął z żalem.
— Jak to listopad, to ja bym był jeszcze w prochowcu, a pod nim w grubym swetrze — rzucił Courtney, co jakiś czas zerkając na wciąż włączony telewizor. Film, który właśnie leciał, widział już kilka razy, ale był jednocześnie tym, który po prostu zawsze puszczano w okresie świątecznym. Był też całkiem miłym tłem do rozmów i mężczyzna wiedział, że kolejny raz, gdy będzie go oglądał, będzie kojarzył mu się z dzisiejszym dniem.
— Bo jesteś zmarzluch. Jak w ogóle chcesz tu mieszkać? — spytał Chase, jedząc ze smakiem. Bardzo wszystko mu pasowało.
— Mam dobrą pracę. Może na emeryturę się przeniosę gdzieś niżej.
— Pamiętaj, żeby dom miał piwnicę — rzucił Marshall z rozbawieniem, chociaż do emerytury jego bratu było daleko. Ale i tak chciał go trochę podrażnić.
Courtney rzucił mu karcące spojrzenie.
— Jak już jesteśmy w tym temacie, co masz tam jeszcze do zrobienia? — zapytał brata, a przy okazji uniósł się i dodał do Chase’a: — Dołożyć ci czegoś?
— Nie, spoko. Wszystko mam — odparł Chase i też z ciekawością spojrzał na Marshalla.
— Już prawie wszystko. W styczniu muszę kupić jakieś meble i w sumie będzie wszystko. Jest dość surowo. I kilka dni będę znowu zajmował kanapę, bo muszę tam pomalować.
— Masz pomysł na kolor? — zapytał kurator, siadając z powrotem i jedząc. — I jakiś zamysł, jakie meble?
— Ogólnie myślałem o takim ciemniejszym, żeby od razu syfu nie było widać. Może taki wiesz… ee, kawowy? Jaśniejszy trochę? — Mężczyzna mówił, jedząc jednocześnie. — A meble… no, takie jak będzie bejca, nie?
— Nie, chodzi mi o to, jakie konkretnie chcesz. Czy tylko łóżko i wieszaki na ciuchy, czy planujesz jakąś szafę, sprzęty czy stolik — sprecyzował Courtney. Pomysłu z kolorem nie zanegował, według niego był okej, ale Marshall musiał mieć do tego dobre oświetlenie, żeby w piwnicy nie było za ciemno.
— No łóżko, jakaś komoda na gacie i skarpety i pewnie szafa. Kupię pewnie na wyprzedaży jakiejś coś. Tak myślę — odparł starszy Corn, powoli zwalniając jedzenie, bo zaczynał się najadać. — Ej, Coney? Może piwa do tego? Tak świątecznie, w kufelkach?
— Może być — Courtney zgodził się z bratem, w duchu zastanawiając się, czy Marshall planuje na tę wyprzedaż zarobić, czy jednak znów będzie go prosił o wsparcie.
Kiedy starszy Corn wstał, chcąc przynieść im chłodne piwko na lepsze trawienie, Chase spojrzał za nim i zwrócił się do gospodarza.
— Całkiem spoko jednak się z nim mieszka, nie? Myślałeś, że będzie gorzej.
Courtney, który właśnie maczał indyka w sosie z borowików, obejrzał się w stronę kuchni i na chwilę się zamyślił.
— Tak, jest zaskakująco lepiej. Nie wiem, co go tak zmieniło, ale daje mi żyć. Chociaż wciąż nie ma pracy — dodał na koniec z lekkim grymasem.
— Znajdzie coś. Nawet taki debil jak ja coś w końcu znalazł — odparł Chase z prychnięciem, zadowolony w sumie ze zmiany w swoim życiu na coś trochę mniej fizycznego.
— Nie mów tak o sobie. Mam nadzieję, że praca w schronisku ci podpasuje. Ale co do Marshalla, wiem, że on może coś znaleźć. Ma nawet fach w ręku. Pytanie czy chce.
— A, to jasne, że nie chce. — Chase zaśmiał się i wpakował do ust ogromną porcję sałatki. — Szesz by my se ne szczało — wymamrotał z pełnymi ustami, a do nich wrócił Marshall, niosąc dwa zimne piwa. Postawił je w kuflach przez bratem i jego młodocianym chłopakiem.
— Zaraz będę i zrobimy toast za święta — dodał i zawinął do kuchni po ostatnie piwo, swoje.
Courtney spojrzał za nim z rozbawieniem i wytarł usta w serwetkę.
— Przynajmniej jest miły.
— A ja? Też jestem miły? — spytał Chase, popatrując z błyskiem w oczach na swoją „dziewczynę”. Co by nie mówił Marshall czy Courtney, chciał się trochę zrewanżować za ten prezent.
— Bardzo, nawet więcej bym powiedział… — Courtney uśmiechnął się, oblizując dolną wargę. Podobało mu się to, że patrząc ponad tym stolikiem pełnym jedzenia, widzi swojego chłopaka. Widzi kogoś, kto jest dla niego bliski i z kim może tu siedzieć. — Kocham cię, wiesz?
Chłopak zarumienił się i skinął głową. Wiedział. I było mu z tym cholernie miło.
— No, co tak pannice się tu uzewnętrzniają beze mnie? — Marshall wkroczył nagle między nich i usiadł do stołu z trzecim piwem. — To co? Za te święta?
— Za te święta — potwierdził Courtney, sięgnął po swój kufel i stuknął się w toaście z bratem i swoim chłopakiem.
Towarzyszyło temu szczeknięcie Lila, który uznał ten dźwięk za alarm, że powinien dać głos, więc cała trójka obejrzała się na niego i uśmiechnęła na widok wyszczerzonej mordy psa wciąż ubranego w bluzę z kapturem. Przyjemniej być chyba nie mogło. A przynajmniej tak myślał Courtney, do kiedy Chase nie zabrał głosu, zwracając się do braci, ale bardziej do starszego, jakby bał się zerknąć na kuratora.
— E… i może… Może jeszcze za Courtneya, za Coneya, no, bo wszystko to ogarnął i obu nam w sumie ogarnął święta i w ogóle jest… no… kochany. I no… nas… kocha. Jak ja w sumie jakoś jego też. Na zdrowie — koniec wyrzucił z siebie jak z karabinu, uniósł piwo i nie czekając na resztę, napił się kilka dużych łyków, jakby te miały zmyć rumieniec z jego twarzy.
Marshall się na niego zagapił, a Courtneya wcięło w fotel. Patrzył na Chase’a ponad stolikiem szeroko otwartymi oczami i przetwarzał kolejny raz to, co usłyszał. Miał wrażenie, że gdyby jego serce działało jak penis, to właśnie nie tylko osiągnęłoby pełną erekcję, ale zaczęłoby tryskać spermą na wszystkie strony. Skarcił się w myślach za to porównanie, zwalił je na nadmiar obecności brata i nastolatka i szybko sam napił się piwa, żeby nie krępować swojego chłopaka tą przedłużającą się ciszą.
— Dziękuję, skarbie — wydusił zachrypniętym od emocji głosem i wręcz sam świadom swojej nerwowości i poruszenia, dopytał szybko: — Komuś dokładki?
Chase nie odpowiedział, tylko uniósł dłoń, nadal czerwony jak burak. Marshall spojrzał to na jednego, to na drugiego i w końcu prychnął pod nosem.
— Doniosę piwa, jak tak szybko idzie — rzucił i kiedy wstawał, klepnął nastolatka w ramię, jakby gratulował mu, że ten w końcu się odważył i pokazał jaja.
A Courtney, gdy tylko jego brat wyszedł, wychylił się ponad stolikiem do swojego chłopaka i pocałował go czule, z całym uczuciem.
— To, co powiedziałeś, było znacznie więcej warte niż ten cholerny Samsung — szepnął.
— Ale ej, nie powiedziałem tego dlatego, że mi go dałeś… — burknął Chase pod nosem, nadal zmieszany. Już jakiś czas wydawało mu się, że czuje to, co powiedział, ale ciężko było to wydusić. I kiedy już coś zostało powiedziane, nie dało się tego cofnąć.
— Nie, nie to miałem na myśli. Cholernie się cieszę, że to powiedziałeś. Naprawdę, Chase. Dziękuję — dodał kurator, uśmiechnął się do niego czule i odsunął się trochę, pełen niesamowitego ciepła. — To czego ci dołożyć, hm?
— Może… jeszcze indyka i tej sałatki z ananasem — poprosił nadal zestresowany i rumiany na twarzy.
Marshall nic nie mówił, nie śmiał się, tylko podał kolejne zimne piwo. Było tak, jakby nic się nie stało, a jednocześnie jakby właśnie człowiek wylądował na księżycu. Nikt z nich nie mówił o tym, co zostało powiedziane, a jednak każdy o tym myślał i było oczywiste, że ten akcent całkiem dopełnił atmosferę świąt.

***

Po świątecznym posiłku wszyscy byli na tyle ociężali, że jakby tylko usiedli na kanapie, to zasnęliby całą trójką, a psy zrobiły w domu istne pobojowisko. Chase zaproponował więc, żeby wszyscy wyszli na długi spacer. Każdy na tym skorzysta. Psy wypróbują swoje nowe bluzy na śniegu, a oni trochę się ożywią na mrozie.
Courtney z początku był oporny, bo sam widok śniegu przyprawiał go o dreszcze. Uznał jednak, że spacer jest też dobry po to, żeby mieć trochę ruchu w tym świątecznym obżarstwie. Ubrał się więc w gruby sweter, ciepły płaszcz, szalik, czapkę i rękawiczki. Lila wziął na smycz, tak samo jak Chase zrobił z Tankiem i za Marshallem podążyli w kierunku najbliższego parku.
— W chuj tego napadało — Marshall podzielił się swoim spostrzeżeniem, kiedy przyglądał się, jak Lil wpakowuje łeb w śnieg, aby zaraz wyjąć go całego białego i otrzepać się.
— Są niby święta. Miał być śnieg, nie? — odparł Chase, prowadząc Tanka, który merdał żywo ogonem, jakby wcale nie było mu zimno w łapki.
— Dla mnie mógłby być dzisiaj i jutro, a potem zniknąć. Choć okres przejściowy, gdy robi się papka, też jest ciężki, szczególnie do jazdy samochodem — dodał Courtney, co raz przystając, gdy Lil poczuwał się do zabarwienia śniegu na żółto.
Na oknach domów, które mijali, świeciły się lampki, a na drzwiach zawieszone były wieńce świąteczne. W kilku ogrodach stały też choinki ładnie udekorowane lampkami.
— Tam jazdy samochodem… Wycieranie psich łap to jest najgorsze — prychnął Chase. — Kiedyś Tank, ale to na wiosnę, postanowił pobawić się w prosiaczka. U sąsiadów pozwolili mi go umyć w ogrodzie. Był cały ujebany błotem — opowiadał, prowadząc swojego psa wzdłuż ulicy. Musieli dotrzeć do parku, aby mógł go spuścić ze smyczy i ogrzać drugą dłoń w kieszeni ciepłej, puchatej kurtki.
Courtney spojrzał na niego czujniej, ściągnął brwi i zwrócił się do swojego brata.
— Uważaj na Lila. Jak będzie coś takiego planował podczas odwilży, to ma zakaz wstępu do domu.
— A co? Nie chcesz mieć tapety w psie łapy? — Marshall zaśmiał się chrapliwie, jako jedyny czując rozkosz trzymania obu dłoni w kieszeniach. Dobrze, że nie mieli trzeciego psa.
— Dobrze, że ściany pomalowane tą farbą można myć… — odpowiedział Courtney z niskim westchnieniem i skręcił za Chasem w prawo.
Znaleźli się przy wejściu do parku, gdzie w oddali ujrzeli kilkoro dzieci robiących bałwana ze śniegu. Courtney tego nie rozumiał, bo na samą myśl, że miałby dotknąć zimnego śniegu, przechodziły go dreszcze. Cieszył się, że nie wieje, a czapka była na tyle duża, że zakrywała mu uszy przynajmniej częściowo.
— Na razie jest tylko śnieg — Chase zbył to marudzenie swojej „dziewczyny” machnięciem ręki i kiedy byli dość daleko od wejścia, pochylił się, aby odpiąć smycz Tankowi.
Pies od razu się ożywił i pobiegł najpierw przed siebie, a potem okrążył całą trójkę dwa razy. Lil w tym czasie pociągnął mocno Courtneya, tak że ten o mało się nie wywrócił. Dla własnego bezpieczeństwa też odpiął smycz od obroży psa i pozwolił mu dołączyć do swojego przyjaciela. Miał gwizdek i wierzył, że w razie czego siła przebicia Chase’a pozwoli im przywołać Lila do porządku.
— Podobno w parku Washington otworzyli lodowisko — rzucił po jakimś czasie, gdy szli powoli odśnieżoną ścieżką, z dłońmi grzejącymi się w kieszeniach. — Kolega z pracy chciał mnie wyciągnąć — dodał, wspominając ostatnią propozycję Waltera Masona.
— Nie chcesz się wybrać? — spytał Chase, idąc po prawej od kuratora. Marshall zajął jego lewy bok i oglądał się za samotnymi kobietami. Większość była z rodziną. Tak jak on. Co z tego, że ją tworzyło trzech facetów i dwa psy? Które mógł pożyczyć i na nie w parku poderwać jakąś kobitkę, kiedy zrobi się cieplej.
— Póki co nie wymyśliliśmy żadnego terminu, kiedy i on, i ja mamy wolne — przyznał Courtney. — Ty pewnie nieźle jeździsz, co?
— No, trochę. Też bym mógł się w ogóle wybrać, ale nie no, że z twoim kolegą. To by było dziwne. — Chase zaśmiał się głupkowato, lekko skrępowany. — W ogóle co to za kumpel?
— Właśnie brat, co za kumpel? Twój chłopak się martwi. Nie jesteś z tych, co to wypad na piwo z kumplami brzmi bezpiecznie. Już bardziej babski wieczór z koleżankami — dodał Marshall, obserwując, jak Lil z Tankiem udają lisy i próbują coś złapać w śniegu.
Courtney skrzywił się do Marshalla. Był ciekaw, czy ten kiedyś przestanie z tymi żartami.
— Walter, poznałeś go kiedyś — zwrócił się do Chase’a. — Jest prawnikiem — dodał do brata. — I nie uwierzysz, zdarzało nam się chodzić na piwo.
— Uuuuuu! — Marshall zaśmiał się, a Chase spojrzał na niego groźnie.
— Nie pomagasz. Koleś jest jak milion dolców. Byś się ustawił lepiej, gdybyś wolał kolesi, niż jakbyś uganiał się za laskami bez kasy.
Courtney zaśmiał się z tego komentarza i wskazał brata.
— No, Chase dobrze trafił. Zresztą spójrz na statystyki. Faceci lepiej zarabiają. Związek dwóch mężczyzn to lepsze wakacje, lepszy sprzęt w domu, samochód… Rozważ to, Marshall.
— Ale też w takim związku jest statystycznie mniej cycków — odparł pewnie, bo jakkolwiek kasa nie była kusząca, to za grube tysiaki zgodziłby się na numerek z kolesiem.
— Celnie — podsumował Courtney z lekkim uśmiechem i zerknął, czy aby psy wciąż są w zasięgu wzroku. Były i zajmowały się sobą, więc spokojnie kroczył dalej. — Ale kolejny plus u facetów, nie musisz słuchać o sukienkach i chodzić po sklepach za swoją laską. Pomagać jej w dylematach, czy coś ją pogrubia.
— Ooo, tu też mam spoko. Mam od tego brata. Jak już laska będzie dość długo, to będę posyłał ją na zakupy z gejem. Jesteście w tym lepsi — odparł starszy Corn, a Chase zaśmiał się. Jeśli sam miał cokolwiek z geja, to na pewno nie chęć łażenia po sklepach.
— Nie będę jej mówić, czy jej cycki dobrze leżą w tej czy w tamtej sukience, Marshall. Wiem, że moje imię jest unisex, ale nie zapędzaj się — uprzedził go Courtney i skręcił w ścieżkę wiodącą do zamarzniętego stawu.
Chase zagwizdał na psy, aby te nie pobiegły prosto. Zaraz po tym te przemknęły im prawie że między nogami.
— No, ale ogarnij. Bardziej radzisz se w kuchni, nie lubisz zakupów? — Marshall ciągnął dalej ten luźny temat, a Chase słuchał.
— Nie, nie lubię zbyt długo chodzić za ciuchami i zwykle wiem, czego szukam. I gdzie chcę to znaleźć.
— To marny z ciebie pedał — skwitował najstarszy z trójki i roześmiał się, aby zaraz klepnąć brata w ramię. — Nie burz się, zgrywam się.
— Ale obiad ci smakował, co? — rzucił Courtney ze zmrużonymi niby mściwie oczami.
— Oj, nawet nie próbuj mnie podejść. Chase’owi też obiad smakował.
— Chase nie ciśnie mi, że dogadałbym się z laską na zakupach.
— Ale nazywa cię laską.
— Ej! — Chase w końcu wtrącił się do tej rozmowy. — To ma głębsze dno.
— Naprawdę będziemy to rozważać? — Courtney popatrzył po nich z rozbawieniem, ale musiał też pochylić się i pochwalić Lila podrapaniem za uchem, gdy ten przyleciał zaszpanować znalezionym korzonkiem. Nie miał pojęcia, gdzie w tym śniegu go wykopał, ale był tak z tego dumny, że zasługiwał na krótkie drapanko.
— On zaczął — fuknął Chase dziecinnie, wskazując brodą Marshalla, a Courtney znowu się roześmiał. I naraz spostrzegł, że naprawdę nie pamiętał świąt, w trakcie których miałby taki dobry humor.
— To zostawmy mnie i moje mniej czy bardziej gejowskie ja. Spodziewacie się w schronisku po świętach szczeniaków po nieudanych prezentach? — kurator zwrócił się do Chase’a.
— Niestety tak. Weź, to mega chujowa sprawa — Chase od razu podjął zmieniony temat.
Po chwili obaj bracia słyszeli, jak się tym przejmuje i jak się w to angażuje. Długo mówił o akcjach, jakie organizowali przed świętami, aby ludzie myśleli, co robią. Potem mówił o jakichś psach, które znał z imienia. Spacer był więc bardzo z psami i o psach. A oni wszyscy mimo mrozu miło spędzali czas.

10 thoughts on “Newton’s Balls – 72 – Męska rodzina

  1. Katka pisze:

    Tess, taaak, zdecydowanie szczere. Na pewno nie powiedziałby tego tylko po to, by powiedzieć. Czuł to i chyba miał potrzebę wyrażenia swojego uczucia. Courtney się cieszy :D

    Kaczuch_A, Chase zaskoczył XD A Tank i Lil… teeeż uwielbiam. Nie pogardziłabym takimi psiakami! Mega dużo pozytywnych emocji wnoszą do tej rodzinki :D A Marshall to taki trzeci pies, tylko bardziej upierdliwy XD Dzięki za wenę! :D

  2. kaczuch_A pisze:

    Chase kocha Kukurydza, ale jaja xD znaczy nie sądziłam, że powie to już teraz. Tank i Lil takie słodkie misiaki, normalnie aż ich uwielbiam. O dziwo nawet Marshall nie był wkurwiający z tym rozdziale xD

    Taka przyjemna sielanka~!

    Weny~!

  3. Tess pisze:

    „— Mmm… dobrze. Twoja sperma jest cudownym środkiem usypiającym”
    Ach ten romantyzm! Nic dodać, nic ująć :D

    Święta cudowne… I to wyznanie! No nareszcie!
    Pomimo, że Chase powiedział to w dosyć zawiły sposób, to jednak miało to swój urok… To takie w stylu Chase’a, ale wiadomo, że szczere.
    Jak zaczął to swoje wyznanie, to miałam takie „aww, jaki kochany” ;)

  4. Katka pisze:

    Jelis, haha, dobrze wyczułaś Chase’a XD Święta to taki wdzięczny czas na zwierzenia. Ludzie mają tendencje do otwierania się, a Courtney na to bynajmniej nie narzeka XD Najlepsze święta ever XD

    Kasia, „ chciałabym żeby u nas padał w odpowiednie święta” – haha, święte słowa XD Dobrze im. Pieseły tez nie narzekają, że jest śnieg. Atmosfera dopełniona. „Aż się obawiam jaką bombę na nich zrzucicie” – dum dum dum… XD Dziękujemy za komentarz i ściskamy!

    Erwina, właśnie, Chase wyznał miłość tak bardzo w swoim stylu XD W sumie dzięki temu Courtney wie, że było to szczere wyznanie :) A co do końca, to uspokoję tym, że rozdziałów będzie znacznie więcej niż jest na razie w spisie treści. Musimy go zaktualizować, ale na to potrzebujemy niestety troszkę czasu… :(

    Wadera, nooo, udane święta i fajne prezenty to jest to… Mnie zawsze na święta boli to, że z kimś z rodziny trzeba się spotkać, że coś tam trzeba zrobić i generalnie wszystko „trzeba”. Dlatego zazdroszczę im, że mają takie święta, jakie chcą. A BUM… no cóż, będzie. Ale nic więcej powiedziec nie mogę… Pozdrowionka! :D

  5. Wadera pisze:

    Wspaniałe Święta i dobrane prezenty czego chcieć jeszcze? Miło poczytać o takiej sielance, ale znając Was ten spokój długo nie potrwa. Będzie wielkie BUM! czuję to!
    Współczuję trochę Chase’owi, bo pewnie najmocniej walnie w niego, na co z kolei na pewno nie jest gotowy.
    Pozdrawiam, Wadera.

  6. Erwina Smith pisze:

    Ale suuper!
    Jestem tak bardzo szczęśliwa, że Chase powiedział tak ważne słowa. I to w święta a co najważniejsze był takim sobą XDD
    Trzeba się tym rozdziałem nacieszyć, co? Niedługo koniec a przed nim jeszcze będzie nieciekawie :/
    Ale świetny rozdział i Marshall nawet nie jest już dużym problemem.
    ;D

  7. Kasia pisze:

    No, no rzeczywiście rodzinnie :) Naprawdę miło i ten śnieg za oknem – chciałabym żeby u nas padał w odpowiednie święta 😉 No i Chase takie wyznanie poczynił 😆 Rozpływam się 😍Aż się obawiam jaką bombę na nich zrzucicie … Dzięki dziewczyny, pozdrawiam 😚

  8. Jelis pisze:

    No jak rozdział się zaczął to byłam pewna że że strony Chase’a coś się szykuje. I się nie pomyliłam haha taka fajna rodzina się z nich zrobiła więc mam nadzieje ze nie zamierzacie im tego w najbliższym czasie popsuć xd już starczy że w pd maja pod górkę 😂

  9. Shivunia pisze:

    Kan >> Dzięki za literówkę. Już poprawiona. A wyznanie…. cóż. Ono MUSIAŁO być pokrętne. W końcu to Chase ;p

  10. kan pisze:

    „”Dobrze, że ściany farby pomalowane tą farbą można myć…” – chyba malutki błąd :)
    Miły i uroczy rozdział i Chase w końcu zdobył się na wypowiedzenie tych magicznych słów, chociaż w pokrętny sposób.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s