Across The Cursed Lands III – 50 – O poprzedniku Smitha i Jessice Orkenzy

Maverick nalał do szklanki alkoholu z butelki i podał Nicholasowi, który chwilę temu opadł ciężko na łóżko.
Kilka minut temu wrócili z kolejnej sesji przesłuchiwania szeryfa. Ten uparcie twierdził, że jest niewinny. Mimo że kilka razy dostał z metalowej protezy i stracił kilka zębów. Był zacięty. Najgorsze było to, że widać było w jego oczach strach. Ale nie strach przed Nicholasem i jego sposobami wydobycia prawdy. To by im wiele ułatwiało. Niestety, to był strach przed tym, kogo krył. A to wróżyło jedynie, że szeryf szybko nie pęknie.
Zmiana nastała tego wieczoru, kiedy Nicholas zapytał go o Jess. Wyraz twarzy mężczyzny nieco się zmienił, co zasugerowało im, że domyślał się, czemu był o to pytany. Ale znów nic nie powiedział. Zaś Maverick musiał niemal siłą odciągać swojego partnera, żeby nie zrobił szeryfowi większej krzywdy, niż powinien.
Mieli trop, ale nie ruszyli z nim szczególnie do przodu, co doprowadzało do szału Małego Nicka. Miał ochotę wycisnąć z szeryfa informacje jak z owocu sok, ale też wiedział, że to im nie pomoże. Musieli czekać na przełom. A jego nie było.
— Wkurwia mnie to. Do tego jeszcze nie mamy i nie będziemy mieć wieści od Lockerbie — zamarudził generał, przyjmując alkohol.
— Sami zrezygnowaliśmy z listów. Musimy czekać — odpowiedział Maverick, wracając do stolika, by i sobie nalać. Najchętniej usiadłby w ciepłej wannie i zmył z siebie zmęczenie tym dniem.
— Mam wrażenie, że nie ma po co.
— Myślisz, że Jeff…? — Maverick zawiesił pytanie w niedopowiedzeniu, gdy napełnił swoją szklankę.
Nicholas skrzywił się paskudnie. Nie było mu w smak to, o czym myślał, ale pamiętał, jak wyglądał Jefferson i jak z każdym dniem było coraz gorzej. Czas tu nie był po jego stronie.
— A masz inną opcję? Lockerbie bez niego nic nie zrobi.
— Trudno mi myśleć o tym w ten sposób…
Maverick podniósł szklankę z bursztynowym płynem i zapatrzył się przez okno na zimowy krajobraz. Waszyngton był piękny, chociaż Maverick wolał pustkowia. Dzikość. Spokój i ciszę. W takich miejscach czuł się bezpieczny. Tutaj… Tutaj był przytłoczony, jakby te liczne budynki miały zaraz runąć prosto na jego głowę. Choć niebo dziś było wyjątkowo piękne…
Napił się i w milczeniu usiadł obok Nicholasa na łóżku. Półmrok w pokoju uspokajał go.
— Mam wrażenie, że nie miałem nawet czasu na opłakiwanie Bena. Na zatęsknienie za Flapem. Trudno jest myśleć, że kolejny kompan przegrał w tej walce — powiedział cicho, patrząc na taflę whisky.
Nicholas wyciągnął się i stuknął swoją szklanką w szklankę Mavericka.
— W takim razie za Bena. Za Jeffersona i za Flapa.
Maverick przytaknął i napił się sporego łyka. Aż naraz coś załomotało w drzwi. Stało się to z taką siłą, że Zwierzak momentalnie poderwał się i sięgnął po broń.
— Kto?! — krzyknął.
— Isaac! — od razu usłyszeli odpowiedź i mocne walenie w drzwi. — Szybko, otwórzcie!
Zaniepokojony Zwierzak odłożył szklankę i broń. Po tym poszedł do drzwi i otworzył je. Po twarzy Hamiltona od razu poznał, że coś się stało. Przez myśl przeszło mu, że może szeryf uciekł.
— Co się dzieje?
— Mamy Smitha. Szybko, ubierajcie się — wydyszał Hamilton. Był zaogniony i spocony. Musiał tu biec. Widać to było po jego rumieńcach i zachrypniętym głosie. Najpewniej dyszał po biegu na tym mrozie.
— Nick! — Maverick obejrzał się na swojego partnera i szybko dopadł do ich płaszczy. Zaczął się odziewać. — Gdzie jest? Trzeba go pojmać?
— Jest w moim pokoju. Betty Colins go schwytała. — Hamilton zaśmiał się na koniec, chyba samemu nie wierząc w to, co powiedział. Nie przypuszczał, że dożyje takiego momentu.
Nicholas najwyraźniej też, bo teraz chociaż ubierał się pospiesznie, zagapił się na Isaaka jak na nienormalnego.
— I na pewno to nie jest zasadzka?
— Smith leży u mnie w pokoju, na łóżku, nagi. Zakneblowany i nieprzytomny, ale nie wiem, na jak długo.
Maverick kręcił głową, nie dowierzając. To brzmiało abstrakcyjnie. Ale nie było co zwlekać. Ubrał się pospiesznie i zabrał swoją strzelbę, na wszelki wypadek.
— Nie pomyliła go z jakimś niewinnym amantem? — zapytał, gdy już całą trójką wychodzili z pokoju.
— Ponoć przedstawił się John i ma bliznę dokładnie tam, gdzie powinien ją mieć — wyjaśnił Hamilton, już wychodząc z pokoju, aby popędzić przez miasto do gospody, w której zostawił Betty ze swoją zdobyczą. Był z niej potwornie dumny.
Nie było co dłużej rozmawiać. Po prostu podążyli pospiesznie za Hamiltonem, mimo że już nastała noc, a ulice Waszyngtonu były puste. Czuli się pobudzeni jak z samego rana. To był przełom, na który czekali. A Nicholas był pewien, że prezydent Grant zezwoli mu na podjęcie wszelkich kroków podczas przesłuchania Smitha, żeby tylko coś z niego wydusić.
Już w głowie układał, co z nim zrobią, gdzie go przetransportują, aby nie uciekł i jak zachowa się szeryf, kiedy dowie się, że jego przełożony także wpadł w ich ręce. Bo czuł w kościach, że to wszystko bardzo ściśle było ze sobą powiązane. Że to właśnie Johna Smitha bał się szeryf, a nawet jeśli istniał ktoś nad nim, to ten był tą karzącą ręką. To on utrudniał im pracę. I przerwanie tego obłędu.
Na miejsce dotarli równie zdyszani jak Hamilton, kiedy pojawił się pod ich drzwiami. Isaac, kiedy otwierał drzwi, dosłownie dyszał jak po maratonie. Był rozogniony także dlatego, że miał nadzieję zobaczyć tam ten sam widok, jaki zostawił, kiedy pognał po generała i Zwierzaka.
I rzeczywiście tak było. Betty siedziała przy toaletce i coś szyła. Zapewne z nudów. Z kolei na łóżku leżał nagi mężczyzna. Nieprzytomny i związany. Nogi miał przytroczone do ramy łóżka, a ręce do wezgłowia. Nicholas i Maverick od razu skojarzyli go z rysopisem Smitha. Długie włosy związane w kitkę i szrama na szyi. Jeśli przedstawił się jako John, to musiał to być on.
— Nie budził się? — zapytał Isaac, zamykając drzwi za dwójką mężczyzn.
Kobieta odwróciła się do nich, nie racząc wstać.
— Jak widzisz. Ma w ustach knebel ze środkiem, którym go powaliłam. Na szczęście więc się nie budzi — odparła, śledząc wzrokiem postać Nicholasa, który podszedł do łóżka, aby przyjrzeć się mężczyźnie.
— Gdzie jego rzeczy? — spytał.
Betty wskazała swoją szczupłą dłonią kupkę z ubrań Johna Smitha, leżącą na stoliku obok płaszcza i broni. Maverick od razu tam podszedł i zaczął szperać w kieszeniach płaszcza. Nie znalazł żadnych papierów, ale był tam… kluczyk. Od razu uniósł go wyżej, by Nicholas mógł zobaczyć.
— Zapewne do jego pokoju. Może w którejś gospodzie nam powiedzą, że to od nich.
— Hamilton? Zajmiesz się tym? — spytał generał, chociaż w jego ustach, kiedy był napięty i gotowy do działania, to zawsze brzmiało jak rozkaz.
Isaac od razu spełnił polecenie. Zabrał od Mavericka kluczyk i już miał wyjść… ale jeszcze szybko cofnął się do Betty i pocałował ją w policzek. Dopiero po tym wybiegł z pokoju. Maverick nie skomentował tego gestu, tylko podszedł do łóżka i popatrzył z góry na nieprzytomnego mężczyznę.
— Nie wygląda na człowieka, z którego łatwo coś wyciśniemy.
— Najpierw trzeba go stąd zabrać. Jak zacznie się drzeć, kiedy go przyciśniemy i ktoś wejdzie, będzie jeszcze trudniej — mruknął Nicholas pod nosem.
Nie było co się z tym spierać. Kiedy Nicholas odwiązywał nogi Smitha od łóżka, Maverick wydobył spod niego prześcieradło. Musieli go czymś okryć, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
— I co z nim panowie zrobią… jeśli można wiedzieć? — zapytała w tym czasie kobieta, oglądając ich z zaciekawieniem. — I, przede wszystkim, co zrobią z tym, że to dzięki mnie złapaliście swój najbardziej pożądany kąsek?
Nicholas spojrzał na nią i chociaż nie darzył jej zaufaniem, to teraz nie mógł być dla niej wrogi, bo mogła się od nich odwrócić.
— Na pewno będzie pani z tego zadowolona. Państwowe posady są nie raz korzystniejsze niż pakowanie wścibskich paluszków w cudze kieszenie.
Betty wykrzywiła usta wymownie, ale odpowiedziała:
— Będę więc czekać na to… zadowolenie mnie.
Maverick tylko rzucił jej krótkie spojrzenie, po czym wspólnie z partnerem owinął nieprzytomnego mężczyznę w pościel. Smith był całkiem wysoki, ale Nicholas silny jak wół.
— Weźmiesz go? Otworzę ci. Możemy go trzymać w areszcie, jak szeryfa.
Nicholas skinął głową na zgodę. Jeszcze związał nogi oraz ręce Smitha przez pościel i uniósł przestępcę zwiniętego jak prosię. Bez większego wysiłku zarzucił go sobie na ramię, a ten nawet nie stęknął.
— Po jakim czasie od wyjęcia knebla powinien się ocknąć? — spytał jeszcze Betty, która tu zostawała.
— Hm… Trudno powiedzieć, panowie. Nie testowałam tego jeszcze tak dogłębnie. Na pewno bezpiecznie doniesiecie go na miejsce. Ale jeśli będzie trzeba, to mocny cios w tę wulgarną szczękę pomoże w obudzeniu.
— Chętnie skorzystam — mruknął Nicholas, poprawił go na ramieniu jak wyjątkowo ciężki worek kartofli i skinął na Mavericka, aby ten otworzył im drzwi. — Ach… i niech pani w razie co wymyśli jakąś bajkę, czemu nie ma pościeli.
— Spokojnie, panowie. Poradzę sobie! — zaświergotała.
Tymczasem Maverick otworzył drzwi i wypuścił Nicholasa pierwszego. Nie było co zwlekać.
— Nie wiem, jak ona to zrobiła… Ale będziemy musieli później ją wypytać. Może zaobserwowała go w jakiejś ważnej sytuacji — rzucił Maverick, kiedy wychodzili z gospody. Na szczęście było na tyle późno, że nie minęli nikogo na schodach.
Na dole zauważyła ich jedynie młoda kelnerka. Właśnie sprzątała za barem, ale kiedy tylko jej wzrok spotkał się z tym Nicholasa, szybko schyliła głowę, udając, że w ogóle ich nie zauważyła. Wyszli przed zajazd niekłopotani, z nieprzytomnym Johnem Smithem na ramieniu.

***

Dwa dni trzymania Johna Smitha i patrzenia na jego mordę było dla Nicholasa ponad jego nerwy. Maverick widział, jak codziennie, kiedy wracali do swojego pokoju w hotelu, jego partner sięgał po whisky, aby ukoić nerwy. Nerwy, którym na dobrą sprawę się nie dziwił. Schwytali Smitha, ale jak zapowiadało się, że to przyniesie im jakieś rozwiązania, tak tylko cisza i przekleństwa, jakie wydobywały się z ust przestępcy, doprowadzały ich do białej gorączki. Chyba tylko Hamilton jako tako to znosił. Nicholas nie zrozumiał jak, ale cieszył się, że chociaż jedna rzecz jest niezmienna. Mógł w spokoju krzyczeć i irytować się, kiedy Isaac patrzył na niego z kamienną miną i zapewniał, że w końcu zarówno szeryf, jak i Smith pękną. I co do tego pierwszego miał w sumie rację.
— Więc? — Nicholas z założonymi rękoma na piersi spojrzał na Woodrowa Winstona, który siedział związany na krześle w odizolowanej celi.
Był spuchnięty na twarzy. Miejsca po uderzeniach były sine. Związane dłonie też miały nienaturalny kolor, ale generał nie zamierzał litować się na więźniem.
Maverick siedział w rogu pomieszczenia na starym, skrzypiącym krześle. Nie przebywał tu tak długo jak Nicholas, bo to ten zajmował się przesłuchaniem. Był w tym znacznie lepszy. Maverick jedynie go wspierał swoim towarzystwem. Ale teraz znacznie uważniej i chętniej się przysłuchiwał, bo wyglądało na to, że szeryf zamierzał w końcu puścić parę z ust.
— Daj mi wody… Mam suche gardło. Powiem, tylko daj mi wody — wykrztusił niewyraźnie więzień.
— Zacznij mówić, to dostaniesz wody. Mamy już dość twojego jęczenia! — zagrzmiał Nicholas niskim tonem. W jego głosie naprawdę było słychać zmęczenie. Miał dość szeryfa i tego, że ciągle milczał. A jeszcze bardziej Smitha. Jego irytacja nie była ukojona nawet tym, że szeryf miał w końcu dość.
Prezydent także się niepokoił, bo rozumiał rozmiar problemu. Ale teraz, wreszcie w tym ciemnym, małym pomieszczeniu z drobnym, zakratowanym okienkiem, szeryf miał w końcu coś powiedzieć.
— Wszystko zaczęło się, kiedy miałem szansę zostać szeryfem… — zaczął Woodrow chrapliwym głosem. Miał suche gardło.
Nick skinął głową na Mavericka. Nie lubił wydawać mu rozkazów, ale w tej chwili, podczas tego przesłuchania, jego kochanek był jego podwładnym i właśnie został oddelegowany po nieszczęsną wodę.
— Mów dalej. — Nicholas zwrócił się do więźnia.
Maverick w tym czasie bez słowa wyszedł z pomieszczenia. Szeryf odprowadził go tęsknym spojrzeniem, jakby marzył o tym, aby samemu też móc wyjść. Jeszcze więcej cierpienia pojawiło się na jego twarzy, kiedy znowu popatrzył na swojego kata.
— Miałem aspiracje… Wtedy przyszedł do mnie mężczyzna i… zaproponował mi współpracę niosącą dla mnie wiele korzyści. Musiałem tylko siedzieć cicho.
— Smith?
— Nie… Smith pojawił się później. To był jego poprzednik.
— Co ci oferował? Kim był ten człowiek? — spytał Nicholas, stojąc przed szeryfem z marsową miną. Jego pięści tak często spotykały się z twarzą mężczyzny, z jego ciałem, że już pamiętał, gdzie zaboli najbardziej.
— Nie wiem. Na początku mi się nie przedstawił. Dopiero kiedy zdobyłem jego zaufanie, przedstawił się jako Vincent Burton. Miał dużo pieniędzy… Myślałem, że jest kimś ważnym…
Kiedy drzwi zaskrzypiały, Winston aż się poderwał. Maverick wszedł do pomieszczenia, zaryglował za sobą wejście i podszedł do więźnia. Bez słowa podał mu do ust szklankę z wodą, a szeryf zaczął łapczywie pić.
Nicholas czekał, aż ten zwilży gardło. W końcu zaczął mówić. Miał nadzieję, że teraz nie przestanie. Ale mieli nazwisko. Znajomo mu brzmiące, ale było dźwięczne, więc to mogło być złudne.
— Co było dalej? Co kazał ci zrobić? — ponaglił.
— Zanim zostałem szeryfem, powiedział, że pomoże mi objąć ten stołek… — Winston sapnął. Mówił już z większą łatwością. — Pod warunkiem, że będę spełniać wszystkie jego polecenia. Zgodziłem się bez zawahania… I kilka tygodni później John Brown zginął.
— Poprzedni szeryf? — upewnił się Maverick, który nie wrócił na swoje miejsce, lecz przystanął obok Nicholasa.
— Tak, tak. Poprzedni szeryf. Ale nie ja go zabiłem. Burton wynajął kogoś do tej roboty. Nie zdradzał mi kogo dla mojego bezpieczeństwa — mówił dalej skory do współpracy szeryf.
— A ty miałeś siedzieć cicho — podsumował Maverick.
Więzień przytaknął i skrzywił się. Któraś z ran musiała go mocniej zaboleć.
— Tak. Miałem też zamknąć sprawę i przygotować raport… Pisałem w oświadczeniu, że nie da się znaleźć sprawcy i że poza szeryfem zginął też jego zastępca. To była kobieta. Ale ona żyje — zastrzegł szybko. — Nikt nie zabił zastępcy. Nie wiem tylko czemu, przysięgam. Kazali mi tylko napisać, że znaleziono ciało.
— Podrzucono ponoć jakieś zwłoki, aby ludzie też myśleli, że nie żyje. To już wiemy. Nie wiemy po co. Nic nie słyszałeś? Czy ta kobieta — Nicholas specjalnie nie wspominał, jak się nazywała — jakoś kontaktowała się z Burtonem? Bo Brown to robił?
— Tak. Tak, widziałem ich kilka razy przy rozmowie. Nie wiem, dlaczego się go pozbyli, ale Burton mówił, że chcą kogoś bardziej zaufanego. Więc pewnie Brown nie był tak bardzo posłuszny, jak chcieli. Mnie życie było miłe, więc współpracowałem.
— A kobieta?
— Kobietę potem widziałem kilka razy z Burtonem, dopóki nie opuściła miasta. Nie mogła tu być, kiedy wszyscy myśleli, że nie żyje.
Nicholas spojrzał na Mavericka z gniewną miną. Nic do niego nie powiedział, ale ten i tak widział, że był zły na siostrę. I zdołowany tym, co właśnie słyszał.
— Wiesz, jak się nazywała? — spytał więźnia, aby wszystko złożyć w całość, nawet jeśli wcześniej miał już jakieś puzzle. Chciał je jeszcze raz usłyszeć.
— Jessica Orkenzy — odpowiedział od razu szeryf, jakby był zadowolony, że może im więcej powiedzieć i miał nadzieję, że go puszczą. — Burton mówił, że mam się nią nie przejmować. Że jeśli kiedyś się tu pojawi, powinienem jej słuchać, bo jest po ich stronie. Ale ona nigdy nie przyjechała. Za to pojawił się Smith.
— Właśnie. Czemu on się w ogóle pojawił, skoro był Burton? — spytał Nicholas, wypierając ze świadomości to, co były szeryf mówił o jego siostrze. Nie chciał po prostu, aby to była prawda.
— Burton mówił, że musi zająć się czymś w innym mieście. Że nie będzie go już w Waszyngtonie. Ale nie wiem, gdzie pojechał. Tego mi nie zdradził. Ale wolałem Burtona… Smith jest nieprzewidywalny i agresywny.
— Wiesz, co robił? Nie było go cały czas w Waszyngtonie, prawda? — pytał dalej Nick. Stracili mnóstwo czasu na tego człowieka, a jak na razie dowiedzieli się tylko nazwiska poprzednika Smitha i tego, co im przekazał Hamilton.
— Nie do końca… — Woodrow oblizał suche usta i zerknął na Mavericka z nadzieją, że dostanie więcej wody, ale ten tylko stał i czekał. Szeryf więc kontynuował. — Wiem, że nie spotykał się tylko ze mną. I nie przyjeżdżał jako samotny jeździec z jukami. Był zawsze z obładowanym wozem. Miał tu jakieś spotkania, bo po rozmowach ze mną zawsze gdzieś mu było spieszno. A potem jechał na południe.
— Gdzieś z kimś? Potrzebujemy nazwisk bardziej niż ty wody, Woodrow — burknął generał gniewnie, czym od razu wywołał większe napięcie w całym ciele skatowanego mężczyzna.
— Nie mam już nazwisk! Prawie. Był kiedyś pewien klecha, którego jeszcze Burton sprzątnął. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale wiem, że przestrzegał ludzi przed zapuszczaniem się w jakieś tereny… Chyba był nawiedzony, czy coś, bo strasznie bredził o mutacjach, ale ludzie go słuchali. To było dawno temu. Cholera, to się ciągnie kilka lat.
Nicholas nie słyszał wcześniej o tym, dlatego ta informacja go zaintrygowała.
— I nie znasz ani jego imienia, ani nazwiska? Ani gdzie mieli nie jeździć? — warknął. — Mów wszystko, co wiesz! To jest nic. Żaden trop, Woodrow! — syknął na niego. Chciał się tego w końcu złapać, bo jeśli ktoś mówił, że gdzieś nie można jeździć, to on tam właśnie chciał się udać.
— Południe! Wiem, że chodziło o południe, pod Waszyngtonem! To był jakiś szlak handlowy, który przez tego klechę został zamknięty! Boże, człowieku, to było lata temu. Nie pamiętam, czytałem tylko w gazetach. W bibliotece w archiwum może będzie! — wydarł się i niespodziewanie wpadł w atak płaczu. Wyglądał na człowieka na skraju wytrzymałości.
Nicholas zaklął pod nosem.
— Skup się. Sprawdzimy tę informację. Módl się, aby coś tam faktycznie było — zagroził, nadal stojąc nad szeryfem jak kat. — Coś jeszcze wiesz? Z kim pracował Smith i Burton?
— Nie wiem. Nie wiem, przysięgam. Kontaktowali się ze mną, wydawali rozkazy. Miewali pomocników, ale oni zawsze wyglądali jak wynajęci bandyci.
Nicholas pokiwał głową, ale nadal nie wyglądał na zadowolonego. Aż pewna myśl pojawiła mu się w głowie. W końcu Jefferson i William opowiadali mu o tym, jak znaleźli martwych ludzi Smitha w lesie.
— Byli to ci sami ludzie? Czy za każdym razem inni?
— Inni. Zawsze inni. Burton czasami nawet nie pamiętał ich imion, kiedy się do nich zwracał.
Maverick pokiwał głową i zerknął na partnera.
— Pewnie po prostu od ręki kogoś zatrudniali, a potem się ich pozbywali.
Nick mruknął na znak, że rozumie, do czego zmierza jego partner.
— Słyszałeś coś o tym, jak oni giną? — spytał skatowanego mężczyznę.
— Nie do końca… — Woodrow skrzywił się. Wyglądał, jakby bardzo chciał znaleźć w pamięci coś użytecznego, co tylko załagodzi podejście Nicholasa. — Na początku… kiedy rozmawiałem z Burtonem i bałem się, że ktoś powiąże mnie z tym wszystkim… on mówił, że nie mam się czego obawiać. Że pozbywają się niewygodnych ludzi tak, że nikt nic nie zauważy. Mówił, że opracowali coś, co powoli, w naturalny sposób… działa.
— Oni w ogóle cię znaleźli? — Nick jeszcze dopytywał, ile mógł, póki przesłuchiwany mówił. Ale na razie wszystko się zgadzało. Metody się nie zmieniały. Ludzie umierali, jakby nic nigdy się nie wydarzyło, chociaż tak naprawdę umierali z ich ręki. To było cwane.
— Tak, lata temu… Szukali chyba kogoś zaufanego… Byłem młody i chciałem być szeryfem…
— To nas nie interesuje — mruknął Maverick. — Nick, trzeba potwierdzić te informacje o zamkniętym trakcie. Najpierw Smith czy biblioteka?
— Najpierw Smith — odparł generał i ostatni raz spojrzał na przesłuchiwanego. Zabrał wodę z dłoni kochanka i przechylił tak, aby wylać resztki na podłogę. — Masz jeszcze do powiedzenia coś, co pogrąży Smitha?
Woodrow przełknął ślinę z trudem i rozkaszlał się. Maverick i Nicholas musieli poczekać, aż się uspokoi i odpowie.
— Nie. Naprawdę nie wiem. On niewiele mówi, a ja nie naciskam. Tylko wykonuję rozkazy.
Nicholas zaklął pod nosem, ale po tym tylko podszedł do mężczyzny i dał mu wypić wodę, którą mógł wylać, jakby nie spodobała mu się odpowiedź. Woodrow musiał być tego świadomy. Do tej pory generał, postawy mężczyzna o srogim spojrzeniu, ukazał mu się jako człowiek nieznoszący kompromisów.
Napił się pospiesznie, jakby generał miał mu zaraz odebrać szklankę. Sapnął z ulgą. Maverick, który to wszystko obserwował, milczał. Nie lubił takich sposobów zdobywania informacji, ale ani chwili nie poddał w wątpliwość tego, co robili. Może było to brutalne, ale przecież innych środków nie mieli. A czas ich gonił.
Na tyle, że znów zostawili więźnia w jego celi, przywiązanego do krzesła, aby nawet nie myślał o ucieczce. Mieli jeszcze wiele do załatwienia. Musieli sprawdzić zapisy ze starych gazet w bibliotece i… podjąć kolejną próbę wymuszenia czegoś z Johna Smitha. Maverick widział, jak jego partner zamiast rozluźnić się zdobytymi informacjami, bardziej się spinał, najpewniej właśnie myśląc o nowych sposobach wyciśnięcia informacji z ich więźnia.
John Smith znajdował się w osobnym pomieszczeniu. Nie chcieli, żeby ta dwójka się porozumiewała. Obecność Smitha mogła mieć na Winstona zły wpływ i hamować go przed mówieniem czegokolwiek. Nie chcieli, żeby szeryf był tak zacięty jak ten przeklęty mężczyzna z blizną na szyi.
Gdy weszli do jego celi, uderzył w nich zapach krwi i potu. Nicholas nie oszczędzał pięści, ale… niewiele to dawało. Maverick skrzywił się na widok więźnia, który na pewno po tych przesłuchaniach będzie nosił więcej śladów na swoim ciele.
Smith nie zareagował na ich nadejście tak nerwowo jak Woodrow Winston. Nie był przestraszony, chociaż uchylił spuchnięte powieki i popatrzył na nich. Maverickowi bardzo nie podobało się jego spojrzenie, od kiedy pierwszy raz je ujrzał. Należało do mężczyzny, który miał wiele na sumieniu i nawet ta ilość ciosów, jaką zasmakował na ciele, nie była w stanie zmazać chociaż części jego przewinień.
— Jakieś głębsze przemyślenia, John? — spytał Nicholas od razu, kiedy wszedł do celi i trzasnął metalowymi kratami.
Maverick słyszał, jak wcześniej rozmawiał z Woodrowem i już brzmiał, jakby gardził nim każdym kawałkiem swojego jestestwa. Teraz ton partnera był jeszcze bardziej nieprzyjemny do słuchania.
Zwierzak przystanął przy kratach, dając Nicholasowi przestrzeń. John zresztą nie zwracał na niego uwagi. Patrzył tylko na generała. A teraz, zamiast odpowiedzieć, zebrał ślinę w ustach i splunął mu pod nogi.
— Czyli nic nowego — burknął Nicholas. Chwilę patrzył w milczeniu na Smitha. — Woodrow miał dość. Cieszysz się?
I znowu nic. Tylko zimne spojrzenie obitego, zakrwawionego i spuchniętego więźnia. Maverick zaklął pod nosem. Jego samego irytował ten opór. A przecież był nieco bardziej cierpliwym człowiekiem niż Nicholas.
Ten z klasą nie pokazał po sobie, że John Smith ma nad nim przewagę w kwestii opanowania się. I wyprowadzania siebie nawzajem z równowagi.
— Powiedział nam o Burtonie. Że do niego jeździłeś przez Waszyngton — zaryzykował, dokładnie patrząc się na twarz Smitha, aby wyłapać, czy miał rację w tym strzale w ciemno, czy nie.
A Smith zareagował ochrypłym, szyderczym śmiechem. Odchylił się na krześle i potrząsnął głową, by pozbyć się z twarzy posklejanych krwią włosów. Gdy zamilkł, wciąż pobrzmiewało echo jego śmiechu.
Nicholas miał ochotę wbić mu ten uśmiech w czaszkę. Zamiast tego także się uśmiechnął.
— Wiesz, że będziesz tu siedział, dopóki czegoś nie powiesz? Śmierć z głodu jest najgorsza.
John Smith nie zamierzał współpracować, ani dać się zastraszyć. Nie błagał, nie prosił o spełnienie jego potrzeb. Nie wspominał o tym, że chciałby się położyć, napić czy odlać do wiadra. Po prostu siedział i przyjmował to wszystko, co zgotował mu los.
Nicholas po kolejnych minutach gapienia się na jego zawziętą, obitą i spuchniętą twarz, zaczął się nagle gorzko śmiać.
— Skurwielu jebany — burknął pod nosem, po czym poszedł po wiadro, które zostawiali na noc pod krzesłem, do którego więzień był przywiązany. Było puste, ale i tak śmierdziało.
Zarzucił je na głowę Smitha, zdjął rękawiczkę z metalowej dłoni i zadzwonił nią po metalu.
Widzieli po ciele związanego mężczyzny, że napiął się cały. Jego pięści się zacisnęły, a kolana trochę podkuliły. Nie wydał jednak z siebie żadnego dźwięku. Nie zaprotestował. Maverick niestety uważał, że dzisiaj go nie złamią.
Nicholas znów walnął metalową dłonią o wiadro. To zadzwoniło na głowie Smitha jak dzwon, ale ten nie zawył, ani nawet nie jęknął. Nick miał ochotę ścisnąć nasadę wiadra tak, aby zamknąć mu głowę w środku. Zamiast tego tylko warknął i postukał w nie z góry.
— Spokojnie, znajdziemy na ciebie sposób, John.
A z wnętrza wiadra, jak echo, rozległ się cichy, krótki śmiech.
Maverick już wiedział, że dziś nic nie zdziałają. Czekał, aż Nicholas odpuści. Na szczęście mieli już inny trop, który mogli sprawdzić w bibliotece. Gdyby nie to, Johna czekałby długi wieczór z Nicholasem.
Generał znów walnął w wiadro i zostawiwszy je na głowie Johna, doszedł do Mavericka i drzwi. Bez słowa wyszedł z celi. Jego partner nic nie powiedział. Nie było co.

3 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 50 – O poprzedniku Smitha i Jessice Orkenzy

  1. Katka pisze:

    Tess, upioryt ma tutaj duże znaczenie, bo bez niego nic by tak szybko do przodu nie szło. Zarówno te dobre rzeczy, jak rozwój, jak i niestety złe, bo można go wykorzystywać do złych celów. Ale w ogóle fajnie, że kminisz :D Kminienie jest dobre. No i widać, że przynajmniej opowiadanie jakoś pobudza do myślenia :) Chociaż nie wiem, czy tak długi twór można nazwać jeszcze opowiadaniem… XD ale to inna kwestia.”Ale już tak poza tym… Nick i Maverick to się zdziwią jak przyjedzie pełna ekipa wraz z Jeffem” – haha, oj zdecydowanie! XD

    Wadera, taaak, Smith zdecydowanie jest twardym zawodnikiem. Nicholas i Maverick będą musieli się nieźle postarać. A połączenie drużyn już tuż tuż :D Pozdrowionka!

  2. Wadera pisze:

    Dzieje się!
    Mam dziwne wrażenie, że Smitha łatwo nie złamią. To taki typ człowieka co prędzej sobie w łeb strzeli niż coś powie. Mam nadzieję że przynajmniej w bibliotece coś znajdą. No i nie mogę doczekać się kiedy nasze drużyny się znów połączą.
    Pozdrawiam, Wadera.

  3. Tess pisze:

    Sprawa jest tak skomplikowana, że nawet nie mam tropu o co może chodzić tej „złej” stronie. To znaczy, tak. Powiedzmy, że to co mnie najbardziej zainteresowało i to co jest najbardziej istotne (według mnie) to fakt, że upioryt jest szkodliwy zarówno dla środowiska, ludzi i innych zwierząt, przez jego obecność istoty mutują, ale z drugiej strony jest świetnym środkiem i na pewno można na tym wiele zarobić. Jakby chciano zakazać wydobywania upiorytu, to pewnie kilka osób, które się tym zajmują, tj. posiadają jakieś największe udziały w tym przedsięwzięciu, wiele, wiele by straciło i to w tych właśnie osobach szukałabym głowy tej całej grupy przestępczej. Ale z drugiej strony, po co by tworzyli tych nadludzi? Zamach stanu, by w razie czego mieć pełną władzę i nie dopuścić do zakazania używania upiorytu? Bo jedno czego jestem na tym etapie pewna, to to, że te organy były na 90% tylko po to by stworzyć armię tych nadludków xD

    Ale już tak poza tym… Nick i Maverick to się zdziwią jak przyjedzie pełna ekipa wraz z Jeffem xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s