Project Dozen – 100 – Zastąpiony

Od czasu posiedzenia rady rodziców minął tydzień i wiele się przez ten czas wydarzyło. Po oczywistym werdykcie rodziców nadeszła jeszcze fala petycji o usunięcie się ze stanowiska dyrektora. Każda kolejna działała na Marka jak igła wbijana w serce. Włożył w tę szkołę połowę swojej kariery. Pracował nie nad tym, żeby dobrze zarabiać, lecz żeby szkoła dobrze funkcjonowała, a dzieciaki wychodziły z niej z przygotowaniem do życia w społeczeństwie jako dorosłe jednostki. Organizował wyjazdy i wymiany, jak tylko się dało. A teraz miał zostać odsunięty, bo zakochał się w mężczyźnie.
Przez kilka dni nie było pewne, co zmieni się w szkole. Czy Foster Craig odejdzie, czy dyrektor zdoła jakoś naprostować sytuację. Pojawiło się jedynie oświadczenie Marka, w którym tłumaczył, jak bardzo niewłaściwe jest osądzanie go za jego związek z psychologiem. Przeprosił co prawda za to, że pozwalał sobie na czułości w szkole, ale dodał, że cały jego związek nie jest niewłaściwy. Oświadczenie niestety było dość słabe, bo nie potrafił podejść do tego spokojnie. Zresztą, wcale nie uważał, że to by cokolwiek dało…
Nadal temat jego związku z Fosterem był numerem jeden w szkole. Jakby życie uczniów nie toczyło się dalej. Jakby nieważne były ich lekcje. Nauczyciele milkli, kiedy wchodził do wspólnego pokoju. Foster przesiadywał w swoim gabinecie całe dnie sam, aż… pierwszy któregoś dnia przyszedł do Marka z wypowiedzeniem. Jeszcze wtedy uważał, że jeśli sam odejdzie, to coś to pomoże. Że jakoś załagodzą sytuację. Ale nic to nie dało.
Po szkole błyskawicznie rozeszła się wieść, że Foster nie jest już psychologiem szkolnym. Tomas przyjął to szczególnie ciężko, bo wiele razy bywał u mężczyzny i dzięki niemu bardzo dobrze radził sobie ze swoim niechcianym coming outem. Do tego Foster pomagał mu w ujawnieniu się rodzinie. Byli już bardzo blisko wspólnego spotkania… a teraz mężczyzna zniknął. Tomas nieśmiało zagadał Sebastiana Mossa, czy mógłby zapytać go przez ojca, czy jednak nie zgodziłby się mu pomóc. Nawet jeśli miałby zapłacić dodatkowo za spotkanie z rodzicami. Okazało się to niepotrzebne, bo szybko dowiedział się od kolegi, że psycholog kazał Tomasowi przekazać swój numer, jeśli potrzebowałby rozmowy. Ewentualnie osoby, która by czynnie pracowała i mogła mu pomóc. Foster, rezygnując z urzędu, nie opuścił uczniów, jak może i powinien. A przynajmniej nie tych, którzy tego nie chcieli. Obiecał też, że nie będzie brał od nich żadnych pieniędzy, bo w końcu zobowiązał się im pomóc. I to, czy pracował w szkole, czy nie, nie miało znaczenia. Wszystko jednak musiało być za obopólną zgodą. A Tomas chciał, żeby pan Craig go nie zostawiał.
Kiedy Mark Moss jeszcze był dyrektorem, choć już czuło się, że jego rezygnacja jest kwestią czasu, Sebastian sam był mocno nerwowy. Raz o mało nie pobił się z Nakano. Sen oczywiście nie widział nic złego w tym, co zrobił. Takie było zadanie, a on wypełnił je zgodnie z zasadami. Pozostali uczniowie też podzielili się na obozy. Niektórzy gratulowali Azjacie, inni zaś uważali, że zrobił świństwo. Sam Noel nie był w stanie za bardzo stanąć po żadnej stronie. Zasygnalizował Senowi, że uważa jego pomysł za przesadę. Ale ostatecznie umywał od tego ręce.
Dziwnie sprawa miała się w samorządzie uczniowskim i gazetce szkolnej. Patrick Bright otwarcie poparł dyrektora Mossa, nie zważając na to, czy sam przez to nie straci swojej małej posadki. Ale od zawsze szczerze szanował dyrektora, mimo że jego syna nienawidził. Dlatego poczuwał się do obowiązku, aby przynajmniej tak okazać mu wsparcie.
Z kolei w gazetce pojawiały się wielkie oraz rzucające się w oczy informacje o tym, co się działo. Numer był opasły i wypełniony niemalże w całości tematem romansu Marka i Fostera. Ale w tym wszystkim był Cody Solt, który… nie napisał ani jednego artykułu. Jak odpowiadał uczniom, którzy go o to pytali, nie chciał mieć z tym nic wspólnego, bo jego poglądy nie pozwalały mu na mieszanie się w takie sytuacje.
Jules Fox oczywiście toczył własną walkę, w której wypominał wszystkim, jak bardzo głupie było pozbawianie kogoś pracy z powodu jego orientacji i uczuć do innej osoby. Przez niego sprawa stała się dużo głośniejsza, bo nie omieszkał opowiedzieć tego wszystkiego na swoim kanale. Tak naprawdę nie było wcale pewności, czy na dniach do szkoły nie przyjedzie jakaś lokalna telewizja.
Ale zamiast tego, tydzień po spotkaniu rady rodziców, przez radiowęzeł w szkole zostało obwieszczone ogłoszenie, że po dzwonku wszyscy uczniowie proszeni są o udanie się do auli. Nikt nie wiedział, o co chodziło.
— Myślisz, że to kolejne jego żałosne tłumaczenie się? — Jeden z uczniów z pierwszego roku szedł obok kolegi i głośno dyskutował o tym, co miało się odbyć w auli. Do czasu, kiedy nie oberwał w tył głowy z otwartej dłoni. Kiedy się obejrzał, zobaczył, że to Jules Fox mierzył go wkurzonym spojrzeniem.
— Zachowaj te uwagi dla siebie — fuknął, mało delikatnie wyprzedzając pierwszoroczniaka.
Za Foxem szedł jego chłopak, który też obrzucił uczniów chłodnym spojrzeniem. Ci nic sobie z tego nie robili. Prychnęli jedynie. I nie byli jedynymi, którzy w ten sposób komentowali. Właściwie chyba jeszcze nigdy nie było tak głośno na auli, kiedy wszyscy się tam zgromadzili. I jak rzadko, większość uczniów szukała miejsc z przodu, żeby lepiej widzieć.
— Pewnie się ucieszą… — mruknął Francisco cicho, kiedy usiadł z Sebastianem i rozejrzał się na boki. Oni już wiedzieli, co się święciło.
— Nawet mi nie mów — ten odpowiedział, siedząc na samym końcu auli. Nie chciał tu być. Miał parszywy humor, od kiedy to wszystko się zaczęło i nawet Francisco negatywnie to odczuwał. Jego chłopak mało mówił, jeszcze mniej się uśmiechał. Do tego pierwszy raz zobaczył go agresywnego.
Niepokoiło go to, chociaż bardzo dobrze rozumiał, dlaczego Sebastian tak się zachowywał. Wszystko się sypało, a on nie wiedział, jak mógł mu pomóc i wesprzeć go.
Nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w scenę, czekając, aż wszyscy usiądą, a po mikrofon sięgnie… nowy dyrektor.
Gdy nastała cisza, wreszcie zamiast spodziewanego Marka Mossa na scenie pojawił się Clark Moses. Właściwie nikt nie znał jego twarzy i nie wiedział, kim jest. Poza członkami projektu eksperymentalnego. Oni doskonale wiedzieli, że stał za tym wszystkim wraz ze swoimi kolegami profesorami.
— Witam drogą mi młodzież! — zaczął oficjalnie i nie doczekał się ciszy.
Każdy nadal rozmawiał. A Mark Moss stał z boku i nie wtrącał się. Nie pomagał i nawet nie przypuszczał, że jego pomoc w ogóle byłaby skuteczna. Patrzył gdzieś w przestrzeń, kiedy Clark nadal próbował uspokoić tłum.
— Kochani, kochani! Mamy ważne informacje do przekazania. Możecie łaskawie skupić na mnie swój wzrok? Na mnie, tutaj? Na tego łysego faceta na scenie?
A kiedy wreszcie uczniowie zaczęli cichnąć i uważniej przyjrzeli się jego postaci, Clark uśmiechnął się. Ubrany był nienagannie. Garnitur musiał kosztować fortunę. A każdy, kto stał stosunkowo blisko, czuł od niego też drogie perfumy.
— Cudownie. No to teraz, moi drodzy, wysłuchajcie chwilę, co mam do powiedzenia. Może najpierw się przedstawię. Moje nazwisko Clark Moses i od dzisiaj będę waszym nowym dyrektorem.
— Zajebiście. — Sebastian, który, chcąc nie chcąc, słuchał tej przemowy, fuknął ironicznie. — Teraz to w ogóle wszystko będą mogli, kurwa, zrobić w tej szkole na korzyść eksperymentu.
Francisco wydął wargi i smutno pokiwał głową. Kiedy Clark dalej się produkował, mówiąc o swojej ścieżce zawodowej i tłumacząc, dlaczego nadaje się na to stanowisko, wychylił się do Mossa i szepnął:
— Wygląda, jakby sam gwałcił dzieci w furgonetkach.
— Może dlatego właśnie tu jest — mruknął posępnie Sebastian. — Ej, w ogóle, pogadamy później o czymś?
— O czym?
— O projekcie. Ale to później.
Francisco pokiwał głową twierdząco. Chciał jeszcze dopytać, o co chodzi, ale Clark powiedział coś, co szybko zwróciło jego uwagę znowu na scenę.
— Teraz chętnie oddam głos panu Mossowi. Na pewno chce się z wami pożegnać.
A kiedy Clark obejrzał się na Marka, tak jak inni uczniowie… po minie byłego dyrektora było widać, że to było nieplanowane i Mark chyba jednak nie chciał występować.
— Zapraszam, zapraszam panie Moss! — Moses zachęcił go, uśmiechając się, jakby to była cudowna sprawa.
Mark zacisnął szczęki, ale ruszył do przodu. Nie wyglądał wcale gorzej, jeśli chodziło o ubiór. Również miał na sobie garnitur, mimo że przez kilka ostatnich tygodni chodził w swetrach i koszulach. Ale świadom, że dziś ma się skonfrontować z jednym z twórców przeklętego projektu, poczuł potrzebę dobrej prezencji.
Przejął mikrofon, poprawił okulary i wymusił uśmiech.
— Witajcie, moi drodzy — zaczął bardziej zachrypniętym głosem, niż zamierzał.
Widział, jak uczniowie gapili się na niego. Ostatni raz miał z tego miejsca widzieć ich twarze. Ta myśl była dobijająca.
— Nie będę ukrywał, że ta sytuacja jest bardzo niekomfortowa. Nie jesteście pierwszymi rocznikami, które tu na swój sposób wychowałem. Jestem dyrektorem już kilka ładnych lat. I nigdy nie spodziewałbym się, że moja kariera tutaj zakończy się w taki sposób. — Uśmiechnął się blado i poszukał wzrokiem syna. Kiedy go dojrzał, w sercu coś go ścisnęło. — Ale ta szkoła jest dla was, nie dla mnie. Więc jeśli nie chcecie mnie tu… to nic tu po mnie — zakończył chrapliwie.
Na koniec powiedział „przepraszam”, lecz było to już poza mikrofonem, więc niewielu usłyszało. Ale Mark już schodził ze sceny pospiesznie, żeby następnie wyjść z sali, nie patrząc na żadnego z uczniów.
Słyszał za plecami w mikrofonie głos swojego następcy. Coś mówił, ale on nie chciał go słuchać. Zabrał wszystkie swoje rzeczy i uznając, że resztą zajmie się swoim czasie, udał się na parking. Chciał wrócić do domu i o tym zapomnieć.
Wstydził się tego, co się stało, nawet jeśli umysł podpowiadał mu, że nie miał czego. Że nie powinien. A jednak czuł się źle. Szedł przed siebie, patrząc pod nogi i nie zważając na nic, aż stanął przy swoim samochodzie. I zauważył, że czekał tam na niego drugi „współwinny” ich problemów.
— Hej.
Sapnął na jego widok. Nie spodziewał się.
— Hej… — wydusił, podchodząc bliżej. Czuł się jak wyrzutek. Ale to nie było tylko to.
Poza żalem i smutkiem ogarniała go też… wściekłość. Pierwszy raz zalała go na widok Clarka, kiedy ten przyjechał dziś rano. A do tego mężczyzna kompletnie nie miał wyrzutów sumienia. Aż zaczął myśleć, czy to nie było ich planem od samego początku. Przejąć władzę nad szkołą, jakkolwiek idiotycznie to brzmiało w jego głowie.
— Dasz się zaprosić na kawę? Wyglądasz na zmęczonego, przystojniaku. — Foster wymusił uśmiech na ustach, nadal stojąc przy samochodzie Marka. Był lekko i bardzo luźno ubrany. Może i miał jeansy, ale do tego tylko sportową, lekką kurtkę i wygodne buty.
Mark przytaknął.
— Tak. Pieprzyć to. Napijmy się kawy i spróbujmy o tym nie myśleć. Teraz nic nas nie wiąże. Mogę być twoim facetem, a ty moim. Poszukaniem pracy będziemy się martwić jutro.
— Jest to jakiś plus. Wolałbym się tym nie pocieszać, ale cóż. — Foster wzruszył ramionami. — To kawa na wynos? Może zamówimy potem pizzę i zapomnimy o tym wszystkim chociaż do jutra? Albo póki ktoś nie zadzwoni?
Mark pokiwał głową na zgodę i otworzył samochód. Wrzucił do środka teczkę, po czym usiadł na miejscu kierowcy. A kiedy Foster też zajął siedzenie, odpalił silnik.
— To jest najlepszy plan, jaki możemy teraz zrealizować. Martwi mnie tylko jeszcze jedno — powiedział, kiedy przejeżdżali przez bramę kampusu. Nie chciał myśleć o tym, że właśnie opuszczał ją już nie jako dyrektor. — Muszę powiedzieć siostrom i teściom. Ale już chyba gorszej reakcji niż dotychczasowa być nie może — mruknął.
— Chyba nie. Ale na pewno się nie ucieszą, że straciłeś przez to pracę. — Foster westchnął i oparł głowę wygodnie o zagłówek. — Dobrze, że mam oszczędności. Będzie można coś pomyśleć na spokojnie, a nie szukać pracy jako kelner czy w bibliotece publicznej. Ale dość. Kawa, Mark. Kawa!
Kierowca przytaknął. Wzrok miał skupiony na drodze i starał się myślami nie podążać w żadnym kierunku związanym ze szkołą. Teraz istniał tylko Foster, kawa, pizza i odpoczynek. I żaden Clark Moses nie mógł dzisiaj już bardziej zepsuć mu tego dnia.
W obecnej sytuacji dobra pogoda nie poprawiała Markowi humoru, ani tym bardziej fakt, że jeszcze nie było ciemno, jak przez ostatnie zimowe miesiące. Teraz dni były coraz dłuższe ale i tak były już dyrektor szkoły czuł się, jakby najlepszym wyjściem było schowanie się przed światem w jakimś ciemnym kącie. Ciepła i słodka kawa, którą trzymał między udami, tylko pomagała na żołądek, na nic więcej. I obecność Fostera, który wiózł go do swojego domu.
— … dlatego pomyślałem, że dobrym pomysłem byłoby… — mówił, ale Mark ledwo go słuchał. A raczej słuchał bardziej jego głosu niż tego, co mówił.
Zapatrywał się na kubek i błądził myślami niewiadomo gdzie. Aż w pewnym momencie odłożył kawę na podstawkę w samochodzie, przekręcił się do Fostera i położył mu palec na wargach, uciszając go tym samym. Akurat stali na światłach, więc mógł nawet wychylić się i pocałować go.
— Nie mów już o tym. Mów o czymś innym — szepnął.
Foster dopiero po chwili uśmiechnął się ciepło.
— Chciałeś kiedyś mieć psa? Ja mam Annie i nie wiem czemu nigdy ciebie nie spytałem o to, czy chciałeś zwierzę. Albo Sebastian? Nie nękał cię?
— Trochę. Ale wiedział, że nie mamy na to szans, kiedy ja pracuję całymi dniami, a on chodzi do szkoły. Może byłoby inaczej, gdyby miał rodzeństwo… — Mark zamyślił się, zapatrując się przed siebie. Już chciał być w domu. — Ciekawe, jak wychowałbym córkę…
— Byłaby dobrą kucharką. — Foster zaśmiał się pod nosem, kiedy ruszyli.
Mark też delikatnie się uśmiechnął, choć jeszcze nie był to uśmiech osoby, która przeszła do porządku dziennego po tym, co ostatnio przeżyła.
— Myślisz, że dbałaby o mnie i Sebastiana jak Lisa?
— Na pewno. Jeśli byłaby podobna do Sebastiana, to jestem tego pewien. Chyba że Sebastian by ją rozpieścił. — Foster myślał na głos. — I wtedy moglibyście mieć psa. Bo psa, nie kota, nie? — mówił, aby mówić. Czerpał z tej rozmowy przyjemność, chociaż czuł, że była tylko zastępstwem tego, o czym obaj nie chcieli myśleć.
— Tak, na pewno psa. Może z psem i z jeszcze jedną osobą Sebastian nie byłby taki samotny, jak tylko ze mną…
— Samotny? Skąd ten pomysł? Nigdy nie słyszałem, żeby coś takiego mówił.
Mark skrzywił się i odwrócił wzrok na boczną szybę. Nie mówił nic przez kilka sekund, aż w końcu mruknął:
— Nie sądzę, że byłem wystarczająco dobry.
Foster zwyczajnie parsknął śmiechem, kiedy to usłyszał.
— Przepraszam. Po prostu to akurat było głupie. — Westchnął i sięgnął do jego uda, po czym na chwilę je ścisnął. — Jesteś świetnym ojcem, Mark. Naprawdę mówię to z pełnym przekonaniem. Nie mogę wchodzić w szczegóły, ale to, co niektórzy uczniowie opowiadają i co sam czasami słyszę przez telefon… Ech, szkoda nawet mówić.
Moss nie wiedział, czy chciał o tym dywagować, chociaż był świadom, że sam trochę wywołał ten temat. Znów niechciane myśli wracały do niego jak bumerang. A do tego czuł, że przez te kilka dni stracił kilogramy, które zdążył nabyć dzięki zdrowszemu jedzeniu. Na myśl o tym zerknął na swoją nogę, którą ściskał Foster.
— Gorzej wyglądam, nie?
Foster znowu się do niego uśmiechnął i pomasował jego udo.
— Jesteś zestresowany. Będzie lepiej.
Mark na chwilę zacisnął wargi i westchnął.
— Czyli gorzej wyglądam — mruknął cicho. Nie wierzył, że ostatnio było tak dobrze. I że znowu wrócił do stanu, w którym czuł się, jakby wszystko waliło mu się pod nogami.
Drugiemu mężczyźnie łamało się serce, kiedy widział Marka w takim stanie. Zawsze chciał go wspierać. Być dla niego podporą, a teraz znów nie miał pomysłu, jak naprawić to, co ten czuł.
— Już prawie jesteśmy. W domu powiem ci, co o tym myślę.
Pasażer tylko pokiwał głową i nic więcej nie dodał. Dzień dopiero się rozkręcał, a on już porannym wystąpieniem Clarka Mosesa czuł się tak wymęczony, jakby od poranka minęło kilka godzin ciężkiej pracy. I jak starał się myśleć o czymkolwiek niezwiązanym z tym problemem, tak nie potrafił znaleźć nic, co by go od tego odciągnęło.
Foster także zamilkł. Włączył radio, ale nie wysłuchali nawet trzech piosenek, a już zatrzymywali się na podjeździe domu, byłego już, szkolnego psychologa. Obaj bezrobotni mężczyźni wysiedli z auta z poczuciem przegranej. Stanęli na linii startu, aby wspomóc szkołę i uczniów, a właśnie zostali pozbawieni szansy dotarcia do mety.
Mark bezwiednie rzucił swoją torbę na podłogę w przedpokoju i rozebrał się z lekkiego płaszcza. A kiedy spojrzał na swoje oblicze w dużym lustrze, aż prychnął z pogardą wobec tego, co ujrzał. Mimo garnituru, we własnych oczach wyglądał żałośnie.
Nie zdążył odsunąć się od lustra, bo poczuł, jak w miejscu zatrzymują go ramiona, które od tyłu oplotły go w talii. W lustrze zobaczył też twarz Fostera, jak przysuwa się do niego i jak całuje w policzek.
— Pamiętasz, jak wyglądałeś, kiedy pocałowałem cię po raz pierwszy?
Zastygł i wstrzymał powietrze w płucach. A kiedy przemknął spojrzeniem po swojej szczupłej postaci, cieniach pod oczami i zmęczonej twarzy, zacisnął na moment szczękę.
— Tak jak teraz.
— Mhm. Więc jak myślisz? Chcę cię teraz pocałować, czy nie? — spytał Foster, obejmując go nadal ciasno, z nosem tuż przy jego policzku. A jego głos był niski i cieplejszy niż kołdra w zimny poranek.
Mark wręcz się tym upijał. Bo właśnie tak teraz działał na niego ten mężczyzna. Sprawiał, że było mu coraz gorącej w środku.
Wtulił się w niego plecami i przekręcił głowę, chcąc spojrzeć na niego zwyczajnie, a nie przez lustro.
— Jesteś cudowny, Foster — szepnął.
— A ty jesteś mężczyzną, który skradł mi serce i twoje sińce pod oczami nie sprawią, że będę patrzył na ciebie inaczej — zamruczał czarnoskóry mężczyzna i sięgnął dłonią do jego brody. Przekręcił ją mocniej w swoją stronę i pocałował jego wargi.
Poczuł gorące westchnienie. A potem były dyrektor odpowiedział na pocałunek i jeszcze mocniej do niego przylgnął. Jakby chciał się w nim schować. Foster pomógł mu w tym, jakby tylko czekał na taką możliwość. Objął go ciasno ramionami, trochę okręcił do siebie i jeszcze śmielej pocałował. Gładził go palcami niespiesznie i smakował jego usta. Czuć było w tym troskę.
A im intensywniejsza stawała się ta pieszczota, tym Mark coraz bardziej zauważał, że to… był jego azyl. Że Foster swoim ciałem i swoim podejściem potrafi odsunąć wszystkie jego myśli od nieprzyjemnych uczuć.
— Boże… Foster, aż boję się przerwać — wyznał na wydechu, kiedy miał już czerwone usta.
Naprawdę się bał. Bał się, że gdy się odsunie, wszystko znów zacznie do niego wracać. Dlatego objął Fostera w pasie i mocno, wręcz desperacko ścisnął w dłoniach jego ubranie. Po chwili poczuł dłoń na swojej głowie, jak ta przycisnęła ją bliżej torsu psychologa. Czuł, jak mężczyzna bawi się jego włosami.
— Chodź. Zapomnijmy na chwilę o tym wszystkim — poprosił Foster, nie puszczając jednak Marka.
Moss pokiwał głową, wdychając jego zapach. Potarł też nosem po jego ubraniu, wczuwając się w tę bliskość i pragnąc jej jeszcze więcej. Bardziej intensywnie.
Foster potraktował to jako zgodę. Pochylił się i pocałował Marka, nim chwycił go za dłoń i, trochę lekceważąc małą Annie, poprowadził go do sypialni. Chciał mu pokazać, że na pewno nie wyglądał gorzej. Chciał mu dać chwilę ukojenia tego dnia. Chciał po prostu z nim być.
Zamknęli za sobą drzwi, a Mark poczuł, jak atmosfera zgęstniała, kiedy popatrzył w jego ciemne oczy. Stali blisko siebie, a on sięgnął do swojego krawata i zaczął go rozwiązywać.
— Pieprzyć to wszystko, Mark. Jeśli tą pracą mam zapłacić za to, że mogę cię mieć, to naprawdę… nie żałuję. — Foster nie wytrzymał i nie pozwolił Mossowi na spokojne zbliżenie i rozebranie się. Złapał go mocno za twarz i pocałował z pasją.
A Mark stęknął głośniej i dla równowagi chwycił jego bok. Czuł się coraz bardziej oszołomiony. Tego mu było trzeba. Zapomnienia i tak słodkich słów. Sam nie potrafił znaleźć dla nich odpowiednio godnej odpowiedzi, więc po prostu oddał pocałunek. Równie mocny, równie pożądliwy i pokazujący, że nie chciał na nim poprzestać. Foster chyba też nie zamierzał dalej wchodzić w jakąś dyskusję, bo zaraz jedna jego dłoń znalazła się na karku Marka, a druga na jego pasie. Powoli, nie przestając się całować, zbliżyli się do łóżka. Gość pierwszy na nie upadł, ale Foster znów był przy nim.
Leżący na plecach mężczyzna miał już częściowo rozwiązany krawat i pomiętą koszulę. A do tego te okulary… Mógł mówić i myśleć o sobie, co chciał, ale w oczach Fostera teraz wyglądał jak mokry sen, do którego ten zamierzał się właśnie dobrać. Ile razy myślał o Marku w ten sposób, kiedy był sam w domu, tak teraz w końcu miał go przed sobą. Prawdziwego, wpatrzonego w niego. Musiał go dotknąć, pocałować, posmakować.
— Och, Mark — stęknął i pochylił się do jego brzucha. Podciągnął koszulę w górę i cmoknął nagą skórę.
Brzuch Mossa był szczupły, a do tego napiął się po pocałunku. Sam mężczyzna zmrużył oczy i poddał się.
— Zawsze mnie to zastanawia… jak tak czule i chętnie mnie dotykasz, a tak długo ukrywałeś przede mną te pragnienia — rzucił głucho.
— Myślałem, że robię to dla ciebie. To pomagało — odparł Foster, kolejne pocałunki kierując niżej.
— Dobrze, że doszliśmy do tego, że to też okazało się mi pomagać. Bo teraz, Foster… nie istnieje lepsze lekarstwo od twoich ust — szepnął Mark, wodząc za nim spojrzeniem.
Czarnoskóry mężczyzna spojrzał w górę na jego twarz, uśmiechnął się i rozpiął mu spodnie, aby tymi ustami dać mu jeszcze chwilę zapomnienia.
Seks w garniturze był jedną z fantazji, jakie kiedyś Mark miewał. Wyobrażał sobie, że jest w takim ubraniu i pieprzy się z kobietą, przytrzymując ją za biodro, a ona wypina się do niego tyłem, opierając się o biurko. Nie powiedział tego na głos, bo wydawało mu się to bardzo głupie i mało oryginalne. Ale nie spodziewał się, że będzie się kochał w taki sposób z innym mężczyzną i że sam będzie tym bardziej biernym. Miało to coś w sobie. Był naprawdę nieźle obsługiwany przez Fostera, który wydobył jego penisa z bielizny i właśnie trzymał go w dłoni. Popatrzył mu w oczy, zmierzył jego członek jak smaczny kąsek i w końcu polizał. Od spodu, od jąder, aż po samą główkę.
Mark za to stęknął cicho i błogo. Aż niespodziewanie wyciągnął ręce i objął Fostera za policzki.
— Nie musisz… Nie musisz tylko dbać o to, żebym to ja się dobrze czuł, żebym zapomniał.
Foster zaśmiał się, uniósł i pochylił tym razem do ust Marka.
— Lubię, gdy się rumienisz, kiedy o ciebie dbam. Zaraz dam ci też trochę miejsca, ale pozwól mi sobie possać. Seksownie wyglądasz w tym garniturze.
A mimo że Mark jeszcze kilka chwil temu mówił o sobie bardzo niekorzystnie, to chyba… trochę uwierzył w ten komplement, bo uśmiechnął się subtelnie i nawet zaczerwienił z zażenowania.
— Okej. Jeśli chcesz — sapnął więc i przesunął dłonią po czaszce przyjaciela.
Ten zamruczał nisko i znowu zsunął się do jego krocza. Mark go pociągał. Chciał z nim wiele robić, ale teraz to „wiele” musiało poczekać na korzyść posmakowania jego penisa. Zwyczajnie Foster chciał poczuć, jak ten twardniał w jego ustach i jak drżał, tak samo jak jego właściciel.
Całkiem nieźle mu się to udawało. Wręcz nie wierzył, że jeszcze kilka miesięcy temu kompletnie nie dopuszczał do głowy myśli, że Mark może osiągać orgazm podczas stosunku z mężczyzną. Że może czuć pociąg do kogoś tej samej płci. A teraz miał go pod sobą naprawdę rozgrzanego jego zabiegami. Coraz bardziej czerwonego i chyba rozpalonego, bo gdy Foster mu lizał, Mark zaczął się bardziej desperacko pozbywać krawata i rozpinać koszulę.
— Jeszcze chwilę, Mark. Zostań w tym. — Psycholog na chwilę przerwał swoje zabiegi.
Pomasował pachwinę byłego dyrektora i jeszcze raz wziął go głębiej do ust. To, jak jego członek był sztywny i gorący, sprawiało mu ogromną przyjemność. Nawet fakt, że był zakrzywiony, jakoś mu się podobał. Był dzięki temu jedyny w swoim rodzaju.
Obciągał mu dalej, widząc z ulgą, że Mark nie oponował na jego prośbę. Zostawił w spokoju swoje ubrania i po prostu polegiwał, poddając mu się. A do tego coraz głośniej oddychał, kiedy osiągał pełną erekcję.
Foster nie chciał skończyć na oralnym seksie, dlatego w końcu zostawił penisa Marka, uniósł się i usiadł mu na udach. Przesunął dłońmi od brzucha, aż po klatkę piersiową i złapał krawat, który jeszcze przed chwilą Mark chciał zdjąć.
— Chciałem cię też tak. Tylko zamiast łóżka było biurko. Zastanawiam się, czy byś mnie walnął, jakbym zaczął ci teraz mówić, gdzie i jak cię chciałem.
Mark przełknął głośno ślinę, zapatrując się na niego. Pokręcił głową i pomasował mu uda.
— Nie. Chcę wiedzieć. Powiedz mi, o czym jeszcze myślałeś — poprosił.
Foster odetchnął. Po co zaczynał, skoro nie był pewien, czy chciał wszystko mówić? Nadal nie wiedział.
— Mmm… Na pewno? Na pewno chcesz wiedzieć, co myślałem o twoim kutasie, kiedy pierwszy raz go zobaczyłem w łazience? Że potem marzyłem o szybkiej akcji, do diabła, nawet w szkole.
Ze swojej pozycji dobrze widział leżącego mężczyznę i jego członek, który doprowadził do wzwodu. I który po jego słowach jeszcze bardziej drgnął. Sam Mark za to wydawał się zarówno speszony takim wyznaniem, jak i nakręcony.
— O Boże… I nic mi przy tym nie mówiłeś. Myślałeś o tym, jak mnie za niego łapiesz w toalecie?
Foster na chwilę zasłonił sobie twarz dłonią. Po tym roześmiał się, wyraźnie skrępowany.
— Tak. Daj spokój, nawet wyobrażałem sobie, że pomagam ci po prostu się wysikać, byle tylko móc go dotknąć. Objąć cię od tyłu i go potrzymać.
I znów rozległ się głośniejszy dźwięk przełykania śliny. Mark był zauroczony tym, jak Foster o nim marzył. A równocześnie było mu głupio, bo wcale nie czuł się wart takiego zachodu. Jednak… ten mężczyzna, teraz nad nim klęczący, skutecznie upewniał go, że jednak może być odwrotnie. Że nic nie było stracone, a on był w stanie znów przeżyć wielką miłość i namiętność.
— Boże… Kochaj się ze mną — stęknął, podnosząc się do siadu i całując mocno Fostera.
Ten głośno westchnął i oddał pocałunek. Był skrajnie zakochany w Marku. Czuł, jak wszystko się w nim unosiło dzięki temu, jak jego serce rosło, ale i… trzepotało ze strachu, że coś jednak zepsuje. Że to będzie porażka. Ale codziennie przy tym chciał wpierać Marka, być przy nim i dawać z siebie sto procent. I nie popsuć tego, co dostał od losu.
— Ooch, tak… Jak chcesz? — spytał, kiedy ich usta oderwały się od siebie.
Mark nie musiał się zastanawiać, bo właściwie od dłużej chwili miał pewną chęć. Chciał czegoś spróbować, choć nie wiedział jeszcze, czy było to wygodne i możliwe.
— Co powiesz na to, żebym spróbował cię trochę poujeżdżać? — zaproponował, wpatrując się w jego oczy z bliska. — Jeszcze tego nie robiliśmy.
Foster stęknął, słysząc to.
— Nie, nie próbowaliśmy. I… Och, Mark. Tak, tak, spróbujmy. — Przekonał siebie samego, że to dobry pomysł dopiero w trakcie całej swojej odpowiedzi. Bo jak zawsze, obawiał się, czy nie będzie to zbyt niekomfortowe dla drugiego mężczyzny, ale w końcu ten chciał. Musiał w niego i w siebie uwierzyć.
— Mhm. Weźmiesz żel, a ja się rozbiorę? — zasugerował Mark i przesunął dłonią po policzku Fostera. Coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że chciał patrzeć na tę twarz każdego dnia.
Foster lekko zmarszczył nos. Chciał widzieć, jak Mark się rozbiera.
— Nnn… Jednak nie. Wezmę żel, ale chcę widzieć, jak to z siebie zdejmujesz. Taki mały striptiz?
Do jego uszu dobiegł cichy, pełen skrępowania śmiech.
— Jeśli chcesz… — odpowiedział Mark i klepnął go w udo. — To najpierw żel.
Foster mruknął na zgodę i wstał najpierw z Marka, a po chwili z łóżka. Musiał wyjąć nawilżenie i prezerwatywy. Chciał, żeby było przyjemnie i Mark, nie daj Boże, nie zniechęcił się do nowej, zaproponowanej przez siebie pozycji.
Kiedy grzebał w szufladzie, Moss w końcu zsunął się na skraj łóżka i wstał. Foster obejrzał się na niego, a kiedy mężczyzna złapał jego spojrzenie, uśmiechnął się kątem ust i odchyliwszy głowę na kark, szarpnął poluzowanym krawatem. Ten rozwiązał się, a Mark oblizał wargi i zaczął powoli, guzik po guziku, rozpinać koszulę.
Foster, już ze wszystkim w dłoniach, zapatrzył się na Marka. Prawie potykając się o własne nogi, znów wszedł na łóżku i usiadł na nim. Obserwował, jak facet, w którym się zakochał, teraz się dla niego rozbierał.
Powoli jego oczom ukazywało się szczupłe ciało. Widział je bardzo dobrze, bo wciąż był dzień i dobre światło. Gdyby usiadł bliżej, zobaczyłby każdy pieprzyk na ciele mężczyzny, bo ten właśnie pozbył się marynarki, by następnie zrzucić koszulę. Nic przy tym nie mówił, a jedynie sięgnął do już rozpiętych spodni i zaczął je powoli zsuwać.
Czuł na sobie spojrzenie Fostera. Ten obserwował go z napięciem i… po prostu czuło się jego wzrok na sobie niczym muśnięcia opuszków palców. Przez to Mark aż miał gęsią skórkę. Miał nadzieję, że podobał się drugiemu mężczyźnie, bo jego zdaniem to Foster wyglądał lepiej. Ale skoro chciał go oglądać, to dawał mu ten mały striptiz. Zdjął powoli spodnie, a na samym końcu skarpetki. Kiedy był już nagi, nie podszedł do niego od razu, lecz najpierw uśmiechnął się lekko i sięgnął dłonią pod swoje jądra. Nie tylko nieco je uniósł, ale i pomasował się pod nimi.
Foster zmierzył go wzrokiem, po czym skinął na niego dłonią, żeby się zbliżył. Przy tym nadal siedział na łóżku. I był sztywny od obciągania i tego, co wiedział. Chciał dalej.
Mark uklęknął na łóżku i wyciągnął rękę.
— Daj mi żel. Nawilżę się, a ty się rozbierz. Też chcę cię zobaczyć.
— Nie chcesz, żebym ci pomógł? — spytał gospodarz i w końcu uświadomił sobie, że też faktycznie wypadłoby się rozebrać. Było ciężko zdjąć bokserki, bo miał je mocno wypchane, ale zrzucał z siebie ubrania, jakby nagle zaczęły go parzyć.
Był przy tym obserwowany z nie mniejszym zaangażowaniem, niż przed chwilą Mark przez niego. A gdy był już nagi, starszy mężczyzna bez słowa uklęknął nad nim, ujął go za nadgarstek i położył sobie jego dłoń na szczupłym pośladku.
— Możesz mi pomóc — szepnął.
— Och, tak — westchnął Foster i już po sekundzie obie dłonie miał na pośladkach Marka. Ścisnął je, patrząc mu w oczy. Utrzymywanie kontaktu wzrokowego wydawało mu się w ich relacjach czymś… czego pragnął jak powietrza. — Piękny — pochwalił, nim wycisnął żel na palce, żeby pomóc Markowi w nawilżeniu.
Gdy smarował mu rowek, Mark przymknął na chwilę oczy i poddał się temu. Wilgoć i ciepłe palce pobudzały go, a on już trochę stresował się tym, co mieli zrobić. Chciał tego spróbować. Podniecała go wizja ujeżdżania Fostera.
Wziął głębszy oddech, a gdy psycholog wykorzystał to i wsunął mu jeden palec, jęknął nisko.
Przyjemność za każdym razem wydawała się większa. Jakby organizm już teraz, wiedząc, co nadejdzie później, dawał mu sygnał, że może dać się ponieść i czerpać z tego, a nie obawiać się takich pieszczot. Foster był cierpliwy i naprawdę dbał, żeby Markowi było dobrze, więc kolejny palec dołączył dopiero, kiedy mężczyzna był na to gotowy.
Podczas całej palcówki dużo się całowali i dotykali. Mark głaskał Fostera po głowie i karku. Wpatrywał się w jego oczy i naprawdę czuł się dobrze w takiej pozycji.
A gdy jego dziurka była już lekko rozwarta, psycholog jeszcze założył prezerwatywę i mocniej nawilżył swojego penisa. Zaś Moss uniósł się trochę na kolanach i położył obie dłonie na ramionach drugiego mężczyzny. Uśmiechnął się zadziornie i pchnął go na plecy.
— Teraz moja kolej na działanie — powiedział, prostując się i powoli opuszczając biodra.
— Nie mogę się doczekać — odparł Foster na wydechu. Gardło miał mocno ściśnięte, a penisa sztywnego i cholernie twardego. Aż rozpierało go pożądanie, jakie czuł do mężczyzny, który właśnie chciał go wziąć na jeźdźca.
Obserwował, jak Mark ze skupieniem się obniżał. Jak sięgał za siebie, żeby unieruchomić jego penisa. Aż w końcu czubek zetknął się z dziurką.
— Prawie jak pocałunek — rzucił ze śmiechem Mark, choć szybko zamilkł, bo główka zaczęła go otwierać. Ściągnął więc brwi i zmarszczył nos, kiedy czuł, jak jego ciało poszerzało się.
Foster obserwował to ze skupieniem. Bał się odezwać w obawie, że coś źle powie. Jednocześnie też nie umiał wydusić słowa w podziwie wobec tego, co Mark robił i chciał z nim robić. Podtrzymywał go na tyle, na ile mógł i czuł, jak powoli, milimetr po milimetrze, obejmowało go ciepłe wnętrze ukochanego.
Aż Mark oparł się dłońmi o twardą pierś Fostera i spojrzał na niego, czerwony niemal na całej twarzy.
— O… mh… nie będzie… cały na raz… Wybacz — wydusił, czując się już niemożliwie rozepchany, a wydawało mu się, że doszedł dopiero do połowy. Przez brak doświadczenia ściskał swoimi ściankami członek. — Mnn…
— Tak też jest dobrze. Nie przejmuj się. Spróbuj… spróbuj się poruszać — zaproponował Foster, nie odrywając wzroku od nagiego ciała. Masował uda Marka i kontrolował się, aby nie pociągnąć mężczyzny w dół.
Ten pokiwał głową i wziął głęboki oddech. Jego uda drżały, kiedy się unosił. Zaś gdy główka czarnego, twardego i szerokiego penisa była już za zwieraczem, ale wciąż w środku, Mark powoli się opuścił. Otworzył szerzej oczy i głośniej wypuścił powietrze. Po tym ponowił ten ruch i powoli zaczął przyspieszać.
— Mm… Cholera… — Cały czas stękał, czy cicho coś mruczał, kiedy czuł, jak członek go rozpierał i jak udawało mu się, co kilka ruchów, zejść jeszcze niżej. — Je… jesteś naprawdę wielki! — Zaśmiał się.
Foster przygryzł usta.
— Dzięki. Ale to też… och, kwestia tego, że jesteś ciasny. Cudnie ciasny — odparł, rozkoszując się bliskością i widokiem.
Kiedy Mark opadał na jego kutasa, aż bolało go w klatce piersiowej. Serce tak mocno mu w niej waliło.
Mężczyzna uśmiechnął się do niego. To było w tym wszystkim najlepsze. Że Mark tego naprawdę chciał. I, do diabła, było mu dobrze. Przy każdym ruchu jego sztywny penis unosił się i opadał. Do tego były dyrektor miał twarde sutki i pięknie zarumienioną klatkę piersiową.
— Mn… aa… ale chyba powoli… się przyzwyczajam — wydusił, czując, że może przyspieszyć. Wykorzystał więc to. Nie zauważał tylko, że czasem bez udziału mózgu naciskał paznokciami na skórę Fostera, kiedy tak się nad nim podpierał i coraz szybciej podskakiwał.
— Nigdzie nam się… mm, nie spieszy — odparł drugi mężczyzna, nie przejmując się tym małym dyskomfortem.
Po kolejnych kilku ruchach Marka sięgnął do jego penisa, aby go popieścić i przy okazji lepiej zobaczyć, jak mężczyzna się na niego nabija.
Od razu usłyszał niski pomruk zadowolenia. Po nim nastało kilka stęknięć, kiedy Mark znów trochę przyspieszył. A Foster mógł ujrzeć, jak jego twardy, szeroki kutas zagłębia się w tym białym, ciasnym tyłku. Jak dziurka nasuwa się na niego, pochłania go. Aby następnie wysunąć się i znów go w siebie wziąć.
W środku było wspaniale. Gorąco i, tak jak powiedział, ciasno. Dobrze czuł, że Mark był niedoświadczony. Chociaż ostatnio starali się to nadrabiać i dużo „trenowali”. A Mark coraz częściej i chętniej mu się oddawał . Pomijając ostatnie dni, które niemal całkowicie wyparły z nich myśli o seksie.
Teraz nadrabiali to i korzystali z siebie nawzajem. W końcu mogli rozkoszować się bliskością, a nie myśleć o tym, jak inni ludzie chcieli ich nieszczęścia.
— Mmm… Mark. Jesteś genialny. Jak… jak ci? — spytał Foster po kolejnych minutach, obmacując jasną skórę mężczyzny i pożerając go wzrokiem. Było mu przyjemnie. Zatracał się z każdym ruchem coraz bardziej.
— Pełno… — wydusił Mark ze śmiechem.
Po tym niespodziewanie się zatrzymał, a Foster zarówno z podnieceniem, jak i przestrachem patrzył, jak mężczyzna opuszczał się jeszcze niżej. Zrobiło się jeszcze ciaśniej, a sam Mark zacisnął mocno zęby. Jego mina wskazywała na wysiłek. Foster już chciał go zatrzymać, ale Mark wreszcie… całkiem usiadł na jego udach. I chyba był tym równie zaskoczony co drugi mężczyzna, bo tylko sapnął głośno i popatrzył na jego twarz. Chociaż okulary, których zapomniał w tym wszystkim zdjąć, już zaparowały mu od gorąca.
Foster przełknął głośno ślinę. Dosłownie gapił się na Marka, zapominając języka w ustach. A sam Moss czuł, jak penis, na który się nadział, nie był całkiem nieruchomy w jego tyłku. Podrygiwał, jakby zaraz miała z niego wytrysnąć sperma. Cholernie go to podniecało. Sam w to nie wierzył, ale naprawdę kręcił go ten czarny, wielki kutas. Chciał go w sobie.
Zdjął okulary, odrzucił je dalej na łóżko i pochylił się nisko, żeby mocno pocałować Fostera. Przy tym penis poruszył się w nim, a on jęknął w wargi drugiego mężczyzny.
— Naprawdę cię kocham. Całego — wydyszał.
Foster szybko złapał go za twarz i oddał pocałunek. Patrzył na niego z zapamiętaniem.
— Ja ciebie też. Nawet sam nie wiem, jak bardzo! — jęknął i jeszcze raz cmoknął jego usta.
Następnie chwycił go za biodra, podkulił swoje nogi i podrygnął biodrami w górę, żeby znowu mocniej wsunąć się w tego mężczyznę, który, jak już kiedyś skradł mu serce, tak teraz chyba pozbawił go też rozumu.
Całowali się gorączkowo i chaotycznie, bo przy tym starali się poruszać. Mark unosił się tyłkiem, na ile był w stanie, a Foster pomagał mu. Czerpali z tej penetracji równie wiele przyjemności. Ciasnota dla Fostera była ogłupiająca, zaś wypełnienie dla Marka jak najbardziej intensywne doznanie.
Aż w pewnym momencie starszy mężczyzna odsunął się trochę i złapał swojego penisa. Przyspieszył też, równocześnie trzepiąc sobie. Jego płytki oddech i drżenie zwiastowały niedługi finisz.
Foster obserwował to, nadal chaotycznie się z nim poruszając. Pocierał jego boki, sutki, ramiona. Byli ze sobą blisko i w końcu przez chwilę było im dobrze tego koszmarnego dnia.
— Mm… Mark, och jesteś fantastyczny.
I wreszcie Moss doszedł. Przez to nie był w stanie odpowiedzieć. Jęknął tylko głucho, a z jego penisa wystrzeliło nasienie. Skapnęło na pierś i ramię Fostera oraz odrobina na pościel. A Mark opadł na wciąż twardego penisa psychologa.
— Ju… już… się ruszam… — wydyszał, próbując się podnieść na drżących udach.
Nie udało mu się nie tylko dlatego, że był już wymęczony, ale też dlatego, że Foster pociągnął go za ramię do siebie. Opadł więc swoją klatką piersiową na jego, a zaraz po tym został mocno pocałowany. Na tyle żarliwie, że aż ciężko było mu jęknąć, kiedy penis Fostera wysunął się z niego z krępującym dźwiękiem. Sam psycholog, nie pozwalając mu się ruszyć i nie puszczając jego ust, poruszył biodrami, tylko ocierając się o rowek. Po chwili też pomógł sobie dłonią.
To było jedno z przyjemniejszych doznań po orgazmie dla Marka. Był wciąż bardzo blisko Fostera, a do tego całym swoim ciałem czuł jego drżenie. Zaś kiedy Foster osiągnął rozkosz, Mark uśmiechnął się na widok jego miny. Pocałował te pełne wargi i ułożył głowę na ramieniu psychologa. Starał się nie myśleć o swojej otwartej dziurce. Byli tu sami, bezpieczni. Nie musiał się obawiać, co ktoś o nim pomyśli. Nawet jeśli niektórzy uczniowie czy ich rodzice kpili sobie z takiego seksu na najbardziej podłe sposoby. Ale dla nich był przyjemny. W żaden sposób nie szkodził nikomu. Sebastian w końcu szybciej niż on znalazł sobie chłopaka, więc nie wywarł na niego żadnego wpływu, nie był niczemu winny. Foster tak samo. Czemu płacili za to karę, nie miał pojęcia, ale bolało go to. Dużo bardziej niż coś fizycznego.
Myśli na chwilę znowu uciekły, kiedy Foster pogładził go po włosach. Pocałował lekko w czubek głowy i przycisnął do siebie.
— Gorący jesteś. Dosłownie, to nie tylko komplement.
Mark uśmiechnął się do siebie słabo. Był wymęczony i cudownie spełniony.
— Mam zejść? Ciężko ci?
— Nie. Zostań jeszcze chwilę. — Głos Fostera był spokojny, trochę bardziej zachrypnięty, ale też przyjemnie niski. Taki… łóżkowy. — Bardzo, bardzo, bardzo mi się podobało.
— Cieszę się. Mnie też — przyznał Mark szczerze. Pocałował go w szyję delikatnie i przesunął palcami po jego mostku. — Nasz seks jest naprawdę cudowny… Bycie z tobą jest cudowne. Jestem szczęśliwy, że mnie wtedy pocałowałeś. Nie żałuję tego wszystkiego. Chcę, żebyś to wiedział — mówił spokojnie i cicho.
— Dobry seks w zamian za pracę. Trochę innego nabiera to teraz znaczenia. — Foster westchnął, ale nie puścił Marka, tylko nieustannie, czule gładził jego ciało. — Myślisz… Mark, to trochę chyba nie w porę, ale… myślisz, że jak już wszystko się spieprzyło z naszym życiem zawodowym i prawie wszyscy wiedzą, to czy nie chciałbyś więcej razem pomieszkać?
Ku jego uldze Mark nie zareagował nerwowo. Wciąż delikatnie go dotykał.
— Chciałbym. Kiedy porozmawiam z siostrami i teściami, to możemy o tym pomyśleć. Chcę tego i… i cieszę się, że to proponujesz. Mam nadzieję, że Sebastian nie będzie miał nic przeciwko.
Foster zamruczał na znak, że się zgadza. Nie chciał się spieszyć.
— Mhm… tak. Na spokojnie. — Westchnął na tyle głęboko, że Mark poczuł, jak uniósł się razem z jego klatką piersiową. — A na razie… kąpiel? — spytał zapraszająco.
— Chętnie. I może zjemy w końcu jakiś porządny obiad? — zaproponował Mark, już odsuwając się, żeby wstać i założyć bieliznę.
Foster zaśmiał się.
— Kawa na wynos wcześniej, to może teraz pizza? — spytał, także się unosząc. Ten seks wyraźnie im obu pomógł. Czuł to. Nie zeszło z nich całkiem napięcie, ale widział mały błysk w tunelu. Bliskość była kojąca.
Mark zgodził się na pizzę. Dlatego Foster poprosił go, by nalał wodę do wanny, a on tymczasem zamówił im obiad. Woleliby teraz, w ten zwykły dzień roboczy, być w szkole i spokojnie pracować… ale nie chcieli o tym myśleć. Mogli spędzić czas w swoim towarzystwie i spróbować zapomnieć o troskach. I jak na razie, zapowiadało się, że nawet im się uda.

4 thoughts on “Project Dozen – 100 – Zastąpiony

  1. Katka pisze:

    Kaczuch_A, taak, początek dobijający, a nowy dyrektor na pewno ma równie wiele za uszami jak pozostali organizatorzy tego eksperymentu. Szkoda tylko, że Mark wcześniej tego nie wyczuł. Ale jeśli chodzi o Marka, to masz rację, że duży plus, że ma w tym wszystkim Fostera, bo zwyczajnie sam by sobie nie poradził. Niby to dorosły facet, ale jednak za dużo się przejmuje i zbyt wiele bierze na siebie. A Foster trochę tego ciężaru z niego ściąga. A co na koniec się wydarzy z projektem… będzie duże ŁUP!

    Luana, dokładnie tak! Najgorzej by było, gdyby ich związek się rozpadł przez tę aferę i obaj zostaliby bez siebie nawzajem i pracy. Chyba żaden z nich by tego dobrze nie przeszedł. A w takich eksperymentach zawsze chodzi o jakieś drugie dno, co jest w sumie koszmarne, kiedy się na to spojrzy z dystansu. Ale wszystko dla dobra nauki…
    Co do PS, nie spiesz się :) już niebawem koniec, więc będziesz miała co na raz pochłonąć.

    Wadera, zbyt duża presja była, żeby Mark też nie odszedł. Pewnie zresztą nie miałby życia w tej szkole, nawet jakby się uparl, więc moim zdaniem lepiej dla jego psychiki, że już go tam nie ma. Pod warunkiem, że znajdzie sobie coś w zamian, jakąś inną, równie ważne dla niego pracę. „Bo nie mogę ścierpieć jak beztrosko rujnują ludziom życia.” – mocny brak empatii się wkrada w umysły naszych profesorów. Chyba chęć władzy i jakichś innych naukowych pobudek robi ludziom papki z mózgu, a potem inni obrywają rykoszetem.

  2. Wadera pisze:

    No nie wierzę! Autentycznie nie spodziewałam się! Dopuszczałam możliwość, że wywalą Fostera, albo właśnie on sam zrezygnuje, ale że wywalą Marka? Serio? Toż to jest… Nawet słów nie mam.
    I jeszcze ten profesorek, awansował sam siebie na dyrektora. Toż to wszystko jest tak grubymi nićmi szyte że strach. Mam nadzieję, że tym sukinsynom się nie upiecze i dostaną za swoje. Bo nie mogę ścierpieć jak beztrosko rujnują ludziom życia.
    Dobrze że Mark i Foster mają siebie i się wspierają. Uwielbiam ich razem i mam nadzieję że rodzina Marka nie będzie im robiła kłopotów.
    Pozdrawiam, Wadera.

  3. Luana pisze:

    Jak dobrze, że obaj mają siebie. Najgorzej by było gdyby przez to ci się dzieje ich związek też się psuł. Na szczęście na to się nie zanosi, a ich bliskość jest cudowna. Dobrze, że dali sobie trochę wytchnienia.
    Zaskoczyło mnie to kto ma być dyrektorem. Możliwe, że cały ten projekt był właśnie po to, aby przejąć szkołę. To by też znaczyło, że zabawili się uczestnikami projektu i tak naprawdę nic ich oni nie obchodzą. Ech, ciężkie chwile przyszły. :/

    Weny dziewczyny.
    Ps. ATCL na razie nie czytam. Jednak poczekam na całość. :)

  4. kaczuch_A pisze:

    Rozdział początkowo był bardzo dobijający, nowy dyrektor ma na pewno dużo za uszami. Szkoda, że Sen nie oberwał i w ogóle cała ta sytuacja z odsunięciem ze stanowisk osób homoseksualnych jest tak prawdziwa, że aż boli. Cieszę się, że dużo osób poparło Mossa, w szczególności uczestnicy projektu. Pod koniec było gorąco, jednak dobrze, że Mark ma Fostera, bo jednak to on potrafi go odstresować, a co tu dużo ukrywać dyrcio tego potrzebuje. W ogóle jestem ciekawa tego nowego dyrektora i co się odwali z projektem przez te ostatnie rozdziały.

    Weny~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s