Newton’s Balls – 71 – Woń lasu i jedzenia

Courtney obudził się pierwszy, gdy budzik zadzwonił. Szybko go wyłączył, nie chcąc słuchać jego irytującego dźwięku. Potem obejrzał się na mamroczącego coś Chase’a, pochylił się do niego i cmoknął go w policzek.
— Śpij jeszcze. Obudzę cię, jak zrobię śniadanie — szepnął i dopiero zwlekł się z łóżka.
Wychodził do pracy mniej więcej w tym samym czasie co Chase do szkoły, co było plusem przy robieniu zbiorowego śniadania. Tym bardziej, że dzisiaj i Marshall musiał wcześniej wstać, skoro chciał zabrać samochód. Musiał go w końcu zawieźć do pracy.
Wyjął z szafy ubrania i bieliznę i wyszedł cicho z sypialni. A gdy ujrzał swojego brata śpiącego pokracznie na rozłożonej kanapie z Lilem w nogach, poczuł napływające do ciała napięcie, bardziej przypominające stres niż podekscytowanie. Serce trochę przyspieszyło w jego klatce piersiowej, bo znów naszła go myśl: „Co będzie, jak Marshall wszystko zapamiętał?”.
Ignorując na razie te ponure wyobrażenia, poszedł do łazienki się umyć i ubrać, a potem już podążył do kuchni. Dolał psom wody do misek i zabrał się za robienie śniadania. Podjadał w międzyczasie tosta, robił kawę, a na patelni smażyły się naleśniki.
Kilkanaście minut później z tacką pełną jedzenia i rozbudzającej kawy podążył do salonu i postawił ją na stoliku. Potem dosunął go bliżej kanapy i foteli i sięgnął do głowy brata.
— Marshall, wstawaj.
— Nnn… — ten zamruczał, nie kwapiąc się, żeby zbudzić się jak ranny ptaszek… albo chociażby jak Lil, który był już na nogach, żeby posępić o naleśniki.
— Nie wolno, Lil — Courtney zwrócił się stanowczo do psa, a potem jeszcze zawinął do sypialni. — Skarbie, śniadanie i kawa gotowe. Wstawaj.
Chase burknął pod kołdrą i przekręcił się na plecy.
— Chodź do mnie, wolę ciebie niż kawęęęę… — zajęczał w stronę drzwi.
Kurator uśmiechnął się, ale odpowiedział:
— Niestety nie ma czasu. I muszę pilnować, żeby Lil nic nie zjadł. — Po tym wyszedł z sypialni, ale zostawił otwarte drzwi. Wrócił do stolika z jedzeniem, usiadł na jednym z foteli i sięgnął po filiżankę z kawą, zerkając przy tym czujnie na brata.
Ten wyglądał, jakby miał kaca albo się nie wyspał. Wstawał mozolnie i pierwsze, co zrobił, to sięgnął do kubka z kawą, nawet nie pytając, czy to dla niego.
— Ja pierdolę. — To też były jego niechlubne pierwsze słowa, po których zaraz potężnie ziewnął, nie zasłaniając ust.
— Cukier cię obudzi — rzucił Courtney, zsuwając widelcem jeden z puszystych naleśników i kładąc go przed bratem. Na tacy był jeszcze syrop klonowy i dżem truskawkowy w osobnej miseczce.
— Mam nadzieję. Czuję się, jakbym miał kaca albo w ogóle nie spał — burknął Marshall, następnie pijąc łapczywie kawę, żeby zaraz zabrać się za jedzenie, które hojnie polał słodkim syropem.
Z sypialni w tym czasie wyszedł Chase. Spojrzał na Marshalla, potem na Courtneya i usiadł na drugim fotelu.
— Joł — rzucił od niechcenia.
Starszy z braci burknął coś w odpowiedzi z pełnymi ustami. Kurator, już też znad swojego naleśnika, zerknął na niego, uśmiechnął się i przełknął kęs.
— Choć trochę wyspany? — rzucił niezobowiązująco.
— Ja? — spytał Chase bez entuzjazmu. — Marnie, ale żyję. Lepiej niż Marshall. — Zarechotał, a ten pokazał mu środkowy palec, napychając sobie policzki i jedząc zachłannie.
Dzięki takiemu typowemu zachowaniu Marshalla Courtney był coraz bardziej pewien, że ten nic nie pamięta. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym kęsem czy łykiem ulga zalewa jego ciało.
— Mm, wypuszczę psy — przypomniał sobie nagle, bo przecież niebawem musieli wyjść. Wsunął więc sobie do ust kolejny kęs, potem gwizdnął na psy i podążył do wyjścia przez kuchnię.
Lil trochę zwlekał, bo liczył na jakiś smaczny kąsek, ale po tym jak Chase go pogonił, pobiegł za Courtneyem na tyły domu. Chase w tym czasie popatrywał na Marshalla, aż ten przełknął i burknął:
— Co?
— Masz odgniecione na twarzy — skłamał nastolatek, bo cieszył go fakt, że poranna atmosfera jest normalna, a nie wroga.
Marshall skrzywił się i spojrzał po sobie.
— Nie cierpię zasypiać w ciuchach — burknął, ewidentnie czując się nieświeżo. — Ale nie, nie żałuję, że żaden z was mnie nie rozebrał.
— No, chyba brata się nie wstydzisz, nie? — spytał Chase z zaciekawieniem i łobuzerskim uśmieszkiem w kąciku ust.
Marshall prychnął i dopił kawę.
— Powtórzę, nie żałuję, że żaden z was mnie nie rozebrał.
Courtney wrócił do salonu, usłyszał końcówkę i odrobinę się zaniepokoił.
— Aż szkoda cię było ruszać. Padłeś jak zabity — powiedział i usiadł, żeby dokończyć śniadanie.
— To piwo było zwodnicze. I narobiłem się jak głupi osioł. A wy co? Poszliście się pewnie pieprzyć? — spytał z kwaśną miną, już odsuwając talerz, bo dosłownie wrzucił w siebie dość jedzenia.
— I tu jest plus twojego zezgonowania. Nie słyszałeś, jak jęczę — odpowiedział Courtney bratu wymownie, nie patrząc na swojego chłopaka, bo miał wrażenie, że wtedy mocno spłoniłby się na twarzy. Marshall nawet nie miał pojęcia, że nie tylko słyszał, ale i widział, jak jego młodszy brat bierze w dupę.
— Na szczęście, kurwa. — Marshall przewrócił oczami. — Ale nie chcę o tym słuchać, chujowo się czuje, idę wziąć prysznic.
— W porządku. Za dwadzieścia minut powinniśmy wyjść. Podrzucamy Chase’a w okolice szkoły — Courtney rzucił za bratem i wrócił do jedzenia.
Marshall tylko machnął mu ręką i zaburczał pod nosem, a po chwili usłyszeli trzaśnięcie drzwiami.
Chase spojrzał w tamtym kierunku.
— Chyba się udało, nie?
— Na to wygląda… — Mężczyzna wypuścił głośno powietrze z płuc i na moment zakrył twarz dłonią. Uśmiechnął się. — I nigdy więcej.
— No wiem przecież, umawialiśmy się. — Chase jęknął nisko, po czym uśmiechnął się. — Ale ten, jak? Co teraz o tym myślisz?
— Że to był poryty pomysł, ale było bardzo, bardzo gorąco. I tak, wciąż czuję w sobie twojego kutasa — Courtney odpowiedział i dopił resztki swojej kawy. Kiedy już był pewien, że jego brat nic nie pamięta, mógł podejść do wczorajszego wydarzenia znacznie luźniej. I co by nie mówić… kręciło go to, że dużo z Chasem eksperymentowali. Lubił brak rutyny w łóżku.
Chase zaśmiał się krótko i jeszcze wytarł naleśnikiem talerz z syropu.
— To zajebiście. Będzie okazja na nowe… harce.
— Mhm. A teraz idź się ubrać i umyć, niedługo wychodzimy — przypomniał mu Courtney z ciężkim sercem i wstał, żeby posprzątać talerze i trochę tu pościelić, kiedy dwójka bardziej ociągająca się od niego zbierze się wreszcie do wyjścia.
— Dobra, dobra — odparł Chase bez zadowolenia, ale już posłusznie wstając i zostawiając wszystko na stole. — Wpuszczę tylko bestie — dodał, ale zatrzymał się. — Czy ty?
— Daj im jeszcze chwilę. Zaraz je wpuszczę — zapewnił Courtney, już przekładając brudne talerze z powrotem na tackę.
— Dobra, to idę — odparł chłopak i udał się do sypialni, chcąc się ubrać. Nie chciało mu się koszmarnie, ale nie miał wyjścia. Przy Courtneyu wagary nie wchodziły w grę. I wiedział, że nawet seksem niespodzianką go do tego nie przekona. Miało to swoje plusy, bo co by nie mówić… podciągnął się w nauce. Wcześniej totalnie olewał prace domowe, a wszelkie testy zdawał tylko dzięki temu, że udało mu się ściągnąć. Teraz znacznie więcej się uczył, co czasami wydawało mu się największą wadą bycia pod kuratelą Courtneya. Chociaż z drugiej strony… przyjemne było, że mu zależało. Tak jak z takimi śniadaniami, których nigdy nie dostawał od dziadków. Jego życie od czasu znalezienia się pod opieką Courtneya Corna niewątpliwie mocno się zmieniło.

***

W domu niesamowicie pachniało. Chase poczuł to, gdy tylko wszedł ze swoimi rzeczami w większym plecaku do domu swojej „dziewczyny”, w którym miał spędzić święta. Nawet nie wiedział do końca, czym tak pachnie. Chyba trochę cynamonem, wanilią… Ale był też pewien, że musiało się już piec mięso, bo jego zapach też docierał do nozdrzy.
Poza cudownym zapachem, były jeszcze… pudła. Marshall walczył z rozplątywaniem lampek choinkowych, psy nieźle mu to utrudniały, a w rogu pomieszczenia, obok bieżni, stała goła, ale żywa choinka. Courtneya nie widział, ale zapachy i dźwięki dochodzące z kuchni jasno mówiły, gdzie jest.
Marshall może i pierwszy by spostrzegł przybycie nastolatka, gdyby nie był na straconej pozycji w stosunku do psów. Te zostawiły mężczyznę na chwilę, chociaż Lil, chcąc nie chcąc, pociągnął go za sobą, zaplątując się w lampki. Starszy Corn musiał więc za nim pognać, aby te się nie zniszczyły.
— Hej, diabły! Cześć, parówo! — Chase roześmiał się z całej sceny, od razu kucając, żeby się przywitać. Zawsze to lubił. Witanie się z psami, nawet jeśli te nie widziały go jedynie pięć minut.
— Ja pierdolę… — Marshall pokręcił głową z grymasem, kucając przy Lilu i odplątując mu lampki z łapy. — Co za debil. Wiesz, że rano na spacerze próbował zgwałcić słup ze znakiem? — rzucił do Chase’a sceptycznie.
— Pomagałeś mu w tym? — spytał nastolatek uszczypliwie z szerokim uśmiechem. Musiał mocno przekrzykiwać popiskiwanie wniebowziętych jego przybyciem psów.
— Raczej odciąganiem go, bo to trochę słabe, jak mijasz na chodniku dupę jak milion dolarów, a twój pies dyma słup.
Chase zarechotał, a Lil, jakby chciał się do niego dołączyć, zaczął wyć. Dotknął jego pyska, by go uciszyć, ale nie na wiele się to zdało.
— Ma to po wujku. Ruchałby, co się rusza i nie rusza — zażartował i w końcu uspokoił się na tyle, że pewnym tonem nakazał czarnemu psu ciszę.
Marshall więc mógł spokojnie wrócić do wyjmowania świecidełek, girland i bombek, a Chase rozebrać się i zrobić coś ze swoimi rzeczami.
— Dobrze, że mamy w domu jedną babę, bo za dużo testosteronu tu i wszyscy wszystko zaczną jebać — rzucił jeszcze starszy Corn w odpowiedzi. Był ubrany tylko w dres, bo w domu jak zwykle mocno szło ogrzewanie. Courtney nie oszczędzał. Obaj już się przekonali, że kurator był ciepłolubnym stworzeniem, które chyba na przekór sobie mieszkało w północnych stanach.
— Noo i byłby klops — powiedział Chase i w towarzystwie psów udał się do sypialni, chcąc tam zostawić swoje rzeczy. Rzucił plecak pod szafę, pragnąć już przywitać się ze swoją „dziewczyną”.
Kuratora zastał przy stole, właśnie wałkującego ciasto. Obok w misce znajdował się jakiś krem, a jedna blacha pełna już była malutkich, ładnie zawiniętych rogalików. Piekarnik był włączony i piekło się tam jakieś… duże mięso, a na szafkach pełno było produktów, opakowań i brudnych naczyń. Chase jeszcze nie widział tu takiego bajzlu.
— Siema. Słyszałem, że przyszedłeś, ale nie miałem się jak przywitać — rzucił Courtney, gdy tylko go zobaczył i uniósł ręce z mąki w geście wyjaśnienia.
Chase podszedł do niego, chwycił za biodra i cmoknął w usta.
— Spoko. Zajebiście pachnie — zauważył i jednocześnie pochwalił, bo aż go skręcało w żołądku od tych wszystkich zapachów. — I jest żywa choinka. W chuj wielka.
— Mhm, bałem się, że jest za wysoka, by szpic wszedł i nie zahaczył sufitu, ale jak ją postawiliśmy, wyszła tak akurat. Musisz pomóc Marshallowi ją ubrać — odparł Courtney, nie dotykając go, żeby go nie ubrudzić. Chociaż już sam miał na swoim zaroście na podbródku trochę mąki, zaś na szarym podkoszulku zielono-żółty fartuszek kleił się od kolorowego lukru.
— Pomogę… ale zaraz… — Chase zaśmiał się przebiegle i cmoknął jeszcze raz Courtneya w usta, a zaraz po tym w szyję. — Rzuciłem plecak w sypialni — dodał i skubnął zębami jego skórę na zgięciu z ramieniem.
— W porządku. Twoi dziadkowie pytywali, gdzie znikasz na święta? — dopytał Courtney, odchylając głowę do pocałunku, ale też nie bardzo jak mając odpowiedzieć na te pieszczoty. Wolałby, żeby Chase jednak teraz z tym zaczekał. Był cały w mące. Dla chłopaka jednak było to kuszące, bo kurator był jak związany własną wolą, nie chcąc go nie ubrudzić.
— Mieli to w dupie. Kazali się tylko nie zabić, żeby nie mieć glin na karku.
— Jak miło z ich strony… — odpowiedział Courtney z lekkim skrzywieniem, po czym westchnął i trącił Chase’a kolanem. — Skarbie, pobrudzę cię. Potem. Pomóż Marshallowi.
Chase zerknął na niego prosząco, ale w końcu skinął głową i cmoknął go w usta.
— No, jak tak mówisz, ale powiedz mi jeszcze, co mogę ukraść, bo głodny jestem.
— Marshall kupił dwa burgery, ale takie gotowce ze sklepu niestety. Jeden jeszcze jest, wrzuć go sobie do mikrofali — zasugerował Courtney, wracając przy okazji do wałkowania ciasta na rogaliki. — Nie zapewniam, że walory smakowe będą zajebiste.
— Nie masz nic takiego, co bym mógł podkraść? — spytał Chase z krzywą miną. Pachniało niesamowicie, a on miał jeść fast-fooda? Normalnie by nie pogardził, ale był w kuchni Courtneya. To wiele zmieniało.
Gospodarz westchnął i rozejrzał się.
— Nie bardzo, skarbie, indyk się jeszcze piecze, ciasteczka robię. Sałatkami się nie najesz… Chyba że chcesz zjeść trochę tej z pieczonymi ziemniakami, jest jeszcze ciepła. Zrobiłem ją na ostro, to ta w tej największej misie. Wygląda jak zapiekanka bardziej. — Courtney wskazał mu blat, na którym stało już kilka potraw gotowych do włożenia do lodówki.
Chase spojrzał na sałatkę.
— To może jej trochę zjem i se to faktycznie odgrzeję. Ale jak się coś zrobi, to zawołaj —dodał i jeszcze raz go cmoknął. Całe święta z dala od domu. Czuł przyjemne coś wzbierające mu w trzewiach.
— Jasne. Tylko, Chase… ozdóbcie choinkę ze wszystkich stron, a nie tylko z tej, z której ją widać.
Chase zaśmiał się, sięgając po talerz, żeby podgrzać sobie burgera.
— A co? Ktoś będzie ją oglądał z drugiej strony?
— Nieważne, chcę, żeby to nie było na pół gwizdka. — Courtney mówił spokojnie, odkładając wałek i sięgnął po nóż, by wyciąć kwadraciki na rogaliki. Z wnętrza domu z radia płynęły świąteczne piosenki, dopełniające nastrój. — Kupiłem nawet wieniec na drzwi, żeby było po całości — dodał z lekkim uśmiechem. — Bo te święta będą trochę inne niż… takie, jakie dotąd miałem.
— Co ty nie powiesz! — Chase zaśmiał się. Dla niego w ogóle święta wyglądające jak święta były czymś niespotykanym. Zwykle spędzał je na oglądaniu telewizji albo przeglądaniu internetu. Zdecydowanie wolał Sylwestra, bo można było się wyrwać z domu, a święta każdy spędzał z rodziną.
W czasie rozmowy jego burger już się nagrzewał w mikrofali, a on patrzył na swoją „dziewczynę”. Określenie „doskonała pani domu” już nie raz mu przemknęło przez głowę.
— Więc postarajcie się z tą choinką. Możecie też ozdobić karnisze lampkami. I spróbuj trzymać psy z dala od kuchni. Tylko ty nad nimi panujesz, a już kilka razy coś mi podwędziły — odpowiedział Courtney spokojnie, choć ze śladowym grymasem, przy okazji nakładając na każdy kwadracik masę czekoladowo-orzechową.
— Tyle obowiązków, a ja tylko jeden — prychnął Chase z rozbawieniem, ale też pokiwał głową, że zgadza się na taki plan. Nałożył jeszcze sobie sałatki i z talerzem i widelcem wyszedł do salonu, żeby zjeść. Psy towarzyszyły tam Marshallowi w rozplątywaniu lampek, które jak na złość zwijały się w supły.
Starszy Corn nie od razu zwrócił na niego uwagę. Jego mina dodatkowo świadczyła o tym, że nie podobało mu się zadanie, jakie wyznaczył mu brat, ale przynajmniej nie marudził głośno. Co raz wstawał i układał lampki i kolorowe łańcuchy na oparciu kanapy, by te się nie plątały, ale to było ryzykowne, bo Lil co jakiś czas doskakiwał do nich, by je ściągnąć w dół.
— Co tam, młody? Pierwsze święta z kuchnią Courtneya, co? Jutro będziesz miał orgazm kubków smakowych. Jego indyk jest zajebisty — rzucił Marshall, szurając kartonem z bombkami po podłodze, żeby te były bliżej choinki.
Chase zaśmiał się i ogarnął wzrokiem salon, jakby pierwszy raz tu był. Po tym podszedł i zabrał Lila, który czaił się na lampki jak na jedzenie. Tank był bardziej chętny to odprowadzania Marshalla od pudeł do choinki i z powrotem, węsząc i oglądając wszystko ciekawsko.
— Zajebiście. Ale aż ciężko mi to ogarnąć. I w ogóle to wszystko… Nawet, kurna, tę choinkę. Jest w dupę wielka — skomentował nastolatek, patrząc na śliczne, wysokie i idealnie równe drzewko w donicy. Było jak ze sklepu.
— Nieźle też pachnie — dodał Marshall, wychylając głowę, by powąchać drzewo. — Courtney postarał się o klimat. I chodź, pomóż z tym ubieraniem, to dostaniesz browca. Sam się z tym drzewem pierdolić nie będę.
— Już, już, tylko zjem — odparł Chase, siadając na brzegu kanapy i wręcz pochłaniając w kilku gryzach odgrzewanego burgera. Sałatka, musiał przyznać, była od niego lepsza, ale jedno i drugie zapychało.
W tym czasie Marshall już dosunął wszystkie pudła z bombkami i w oczekiwaniu na pomoc nastolatka, z wiarą, że ten będzie miał jakiś zamysł co do ubrania drzewka, zaczął stawiać inne ozdoby świąteczne w salonie, chociażby dużą, kartonową gwiazdę z dziurkami, wyposażoną w środku w małą żarówkę, która podświetlała całość. Przywiesił ją do jednego z karniszy.
Chase w końcu odstawił talerz, a psy jeszcze chwilę wąchały go. Tank nie odważył się do niego sięgnąć, za to Lil dostał dziś kolejną reprymendę. Po tym nastolatek z bratem swojego faceta zaczął ozdabiać choinkę. Zaczęli od lampek, które zwyzywali, na czym świat stoi. Plątały im się bez przerwy, ale w końcu zakryły całą choinkę.
— Sprawdzałeś, czy się świecą? — spytał Chase, kiedy sięgał po kolejne ozdoby.
— Taa, dwie były do wyjebania. Jedna nie świeci, to wszystkie bunt robią — prychnął Marshall, ale jeszcze pro forma włączył do kontaktu te, które już wisiały na drzewku. Na szczęście się zaświeciły. — Psy chyba nie będą skakać na choinkę, nie? Albo Lil, kurwa, lać pod nią?
— A to nie wiem. — Chase spojrzał na psa. Nie był co do tego pewien. — Trzeba będzie go dziś jeszcze przypilnować i jak coś upomnieć. Nie wieszaj jednak łatwo tłukących się rzeczy na dole.
Marshall westchnął i zabrał się do pracy. Nie widział się w tym i już wiedział, że drzewko będzie wyglądało fatalnie, ale może chociaż Chase ma jakiś ukryty talent do ozdabiania choinek. Nie chcieli, żeby Courtney miał jakieś wąty co do ostatecznego wyniku.
Na ich szczęście jednak wszystkie ozdoby pasowały do siebie. Jedyne, czego musieli się trzymać, to aby wieszać je na choince we w miarę równych odstępach.
— A ty? Jak u was w ogóle wyglądały święta? — zagadał Chase, kiedy stał na krześle i wieszał bombki wysoko, a Marshall kucał i wieszał nietłukące się ozdoby niżej.
— Ostatnio większość w pierdlu, więc średnio jest co opowiadać. Jak akurat byłem na wolności, to Courtney coś tam pichcił, ale nie było takiego zajebistego drzewka.
— Ale zawsze było żarcie. To już coś — prychnął Chase, pamiętając, jak kiedyś kupił sobie na święta chrupki o smaku pieczeni. — A wcześniej jeszcze? Zanim poszedłeś pierwszy raz siedzieć?
— W sensie jak byliśmy dzieciakami? — Marshall spojrzał na niego z uniesionymi w rozbawieniu brwiami. — Spędzaliśmy je w piwnicy w domu, gdzie mieliśmy pralnię. Na chlaniu i gadaniu o niczym. Były chujowe, pewnie nie lepsze niż twoje.
— Hmm, brzmi znajomo. Chociaż ja nie miałem w ogóle towarzystwa. — Chase parsknął pod nosem. Tak, posiadanie rodzeństwa miało jakieś plusy.
— To teraz masz swoją laskę, jej brata i dwa psy. Które może zaczną gadać o północy — rzucił Marshall ze śmiechem, po czym wyciągnął rękę i chwycił szczękę Lila siedzącego kawałek od nich i obserwującego ich poczynania. — I co powiesz, czarnuchu? Taaa, ja już wiem, co powiesz. Że dobrze było ruchać głowę Courtneya — zakończył z rechotem.
Chase także się roześmiał. To wspomnienie było jednym z zabawniejszych. Lil chyba uważał podobnie, bo zamerdał ogonem i spróbował polizać Marshalla po twarzy. Tank szczeknął, też podchodząc do mężczyzny, żeby dostać trochę atencji.
Starszy Corn odsunął twarz, podrapał oba psy za uszami i wrócił do ozdabiania drzewka.
— Cholerne zboczone szczekacze — prychnął, ale Chase nie wyczuł w jego głosie niechęci.
— Chciałeś kiedyś mieć psy? — spytał, wchodząc i schodząc ze stołka. Musiał go przesuwać, żeby ozdoby nie były tylko z jednej strony.
— Mieliśmy jednego, jak byliśmy szczylami. Potem nie myślałem o tym — przyznał Marshall. — Ciebie nieźle jarają, co? Jakiś fetysz? — dodał z wrednym uśmieszkiem. — Taka szkoda, że Courtney ich do sypialni nie wpuszcza…
— Ja od tyłu, Lil od przodu? — odparł Chase z kpiącym uśmieszkiem. — Ta, nie dziwię się, że ich nie wpuszcza. Ale, kurna, jak się jest samym jak palec, to czasami dobrze mieć psa, żeby nawet na ciebie się gapił, jak do niego mówisz.
— Chińczycy wynaleźli po to poduszki w kształcie babek z kreskówek. A może to Japońce. Jebać. Też jakaś opcja.
— One bardziej chyba są do ocierania się, a nie aby z nimi gadać, nie? — spytał Chase, patrząc na Marshalla z zamyśloną miną, jakby ta rozmowa była poważna.
— Cholera wie, może ktoś do nich mówi. Powinni je rozdawać w pace.
— Co roz… Wow. — Courtney, który wszedł do salonu i już chciał zapytać, o czym rozmawiają, zatrzymał się nagle, gdy ujrzał już prawie ukończone dzieło swojego chłopaka i brata. Choinka była już nieźle przepełniona bombkami i bardzo kolorowa. Znacznie żywsza, niż kiedy ją tu z Marshallem przywieźli. — Dobra. Jestem pod wrażeniem.
— Tak? Nie jest chujowo? Marshall obawiał się, że będziesz marudził. — Chase ucieszył się z pochwały. Był tym wszystkim podekscytowany i sam obejrzał choinkę po tym, jak zeskoczył na ziemię. Podobała mu się.
Przeważała tu czerwień, bo było najwięcej takich ozdób i chyba kolorystycznie spieprzyli, bo z jednej strony było bardziej czerwono, z innej niebiesko, a na dole z kolei złoto, ale i tak całość wyglądała bardzo żywo i efektownie.
— Nie, jest na serio świetna — potwierdził Courtney i podszedł do swojego chłopaka, wciąż patrząc na drzewko. Już był bez fartuszka, a ręce miał czyste, więc objął Chase’a w pasie, gdy przy nim stanął i pocałował go w policzek. — Byle Lil jej nie obsikał — dodał, nieświadom tego, że jego brat powiedział dokładnie to samo.
Chase przez to zaśmiał się i spojrzał na Marshalla.
— Jak obaj tak mówicie, to coś boję się, że będę musiał latać ze ścierą — prychnął, a starszy Corn wzruszył ramionami.
— W końcu to twoje psy.
Courtney uśmiechnął się kątem ust i puścił Chase’a.
— Jeszcze nie skończyłem w kuchni, ale na razie piekarnik zajęty, więc na chwilę znikam w sypialni. Nie właźcie mi tam. Obaj — dodał, zwracając się też do Chase’a i podążył do sypialni, po czym zamknął się w niej.
— To brzmi jak zachęta! — krzyknął za nim Chase i spojrzał na Marshalla. — Po co on się tam niby schował? — spytał ze ściągniętymi brwiami, nie domyślając się powodów takiego zachowania.
— Normalnie bym powiedział, że se trzepie, ale skoro tu jesteś, to ta opcja odpada — uznał Marshall i uniósł się, bo zawiesił już wszystkie bombki, jakie miał. — Nie wiem. Może coś ukrywa. Wypuszcza oknem kochanka.
Nastolatek skrzywił się brzydko i prychnął.
— Słyszałbym. Włażąc przez nie, nie da się nie wyjebać.
— To nie wiem. O, może prezenty pakuje — rzucił Marshall z uniesionymi brwiami, po czym pokierował się do kuchni. — Ale ja zamierzam to wykorzystać na piwo i podjedzenie mu ciastek. Wiem, gdzie jedne schował.
Chase obejrzał się na drzwi sypialni, a chwilę później na mężczyznę.
— Prezenty… — wymamrotał. Miał nadzieję, że nie będzie to nic wielkiego. Sam kupił drobiazg, bo nie miał kasy na nic innego. — I jakie ciastka?
— Widziałem, jak z czymś kombinował i zrobił jakieś przekładane czymś chyba sezamowym czy coś i połowę zamaczał w karmelu. Ani jednego, sknera, nie dał spróbować. — Marshall pokręcił głową i zatrzymał się w progu kuchni. — To co? Chcesz, czy nie?
Chase’a korciła sypialnia, ale skoro Coney zabronił wchodzić…
— Chcę — odparł i ruszył za Marshallem.
Ciastka z karmelem. Mniam.

7 thoughts on “Newton’s Balls – 71 – Woń lasu i jedzenia

  1. Katka pisze:

    Wedera, nom, taki trochę spokojny, akurat jak wygaszenie czujności przed jakimś dramatem XD Ale tak już serio to masz rację, zasługują na takie spokojne święta. Zaden z nich łatwo w życiu nie miał. Hahaha a jakby psy gadaly to by w sumie było ciekawie XD

  2. Wadera pisze:

    Po poprzednim rozdziale ten wydaje się wyjątkowo spokojny i sielankowy. W sumie cieszę się z ich powodu, bo co by nie mówić całą trójką (a może i piątką) zasługują na prawdziwe Święta, których wcześniej nie doświadczyli. Przyda im się trochę tych małych normalnych niepokojów o obsikaną choinkę i przypalonego indyka.
    Jednak mam nadzieję, że psy gadać nie zaczną, bo jeszcze się dowiemy że są bardziej pochrzanione niż ich właściciele ;)

  3. Katka pisze:

    Damiann, dzięki za błąd, poprawione :) A co do choinki, haha, chyba wiele osób właśnie tak robi, co jest w sumie zabawne XD Ale zawsze mi się kojarzy nie wiem czemu z wystawianiem kwiatków na parapet, żeby to sąsiedzi widzieli, zamiast do domu, żeby cieszyły oczy gospodarzy XD I dokładnie tak, Marshall mógłby zepsuć im święta, gdyby za dużo pamiętał XD

    Tess, złaaaa dusza z Ciebie XD Jakby musieli kombinować to by było zabawnie, ale jeśli by się im nie udało, to już gorzej XD Matko, ale serio miałaś jeszcze śnieg? Masakra… Ale jestem w stanie w to uwierzyć. Maj, jak na maj, jest koszmarny… Hehe a czy będzie drama… Zooobaczymy XD

    Kasia, no jakoś tak nigdy nie wiadomo, kiedy nagle wypadnie rozdział ze świętami czy inną specyficzną datą. Bo pisanie pisaniem, ale nie da się niestety tak wyliczyć wychodzenia rozdziałów, by nie stało się tak, że o Bozym Narodzeniu czytamy na wiosnę XD A co Chase kupił… o tym niebawem :D

  4. Kasia pisze:

    Święta. .. tęsknota za choinką włącza mi się dopiero gdzieś w październiku ale i tak przyjemnie było poczytać o wypiekach Courtneya :) No i chłopakom udało się stworzyć fajną atmosferę; ) Jestem ciekawa co Chase kupił swojej dziewczynie?
    I cieszę się że Marshall nic nie pamięta 😊
    Dziękuję i pozdrawiam 😚

  5. Tess pisze:

    No to chłopaki chyba naprawdę odetchnęli z ulgą… Ale jako, że ja jestem wrednym chochlikiem to liczyłam, że jakieś wspomnienie mu zostanie i będą musieli kombinować xD
    I kurcze niby już maj, a jednak dało się poczuć te świąteczną atmosferę. Szkoda, że nie opublikowałyście tego z tydzień wcześniej, to nawet i śnieg za oknem by się znalazł (południe Polski pozdrawia). Plus jest dawno po 3 w nocy, a wy mi tu o ciasteczkach w karmelu! To powinno być karalne~!

    Jestem mega ciekawa kolejnych rozdziałów, bo po tytułach wnioskuje, że będzie drama :D

    Pozdrawiam!

  6. damiannluntekurbus17 pisze:

    ,,— Co ty nie powiesz! — Chase zaśmiał się. (…) Zwykle spędzał je na oglądaniu telewizji albo przeglądaniu iInternetu.” – maly bladzik.
    ,,— Jasne. Tylko, Chase… ozdóbcie choinkę ze wszystkich stron, a nie tylko z tej, z której ją widać.” – ja tak zawsze robie, wydaje sie wtedy taka… pelniejsza xd
    I ten problem z lampkami. Jeden za wszystkich, wszyscy z tym jednym zepsutym… i trzeba wydac pieniazki na nowe lampki.
    Moze to i lepiej, ze Marschall nic nie pamieta. Zepsuliby sobie atmosfere swiateczna jeszcze i nie byloby ubierania choinki ani podjadania ciastek, a Chase znowu mialby smutne swieta jakby Marschall sie wkurzyl i im cos zrobil? Xd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s