Acoss The Cursed Lands III – 49 – Niebezpieczna kobieta

Dwie noce i cały jeden dzień na przygotowanie do trudnej podróży wydawało się zbyt małą ilością czasu. A jednak, kiedy pakowali się rankiem siedemnastego grudnia, byli już obładowani swoimi wytworami. Eddie zadbał o to, by dorobić ostrza do ich broni. Dlatego rewolwer Jeffersona, Williama i Adeli miał dodatkowe, stalowe ostrze. Tak samo było z krótką strzelbą Malvina, zaś Eddie miał swój toporek. Ponadto mieli ze sobą zestaw broni z mocnym klejem i zapasowe zbiorniki, zaś Adela zrobiła dla nich wybuchające pociski, choć na razie w małej ilości. Zamierzała ukończyć je w trasie.
Koniec końców, byli obładowani amunicją, jakby nagle cały naród znowu się zbuntował, a oni byli jedynymi abolicjonistami walczącymi o wolność. Mieli nadzieję, że nikt nie będzie im robić problemów… bo z tym wszystkim zamierzali wyruszyć pociągiem.
Jefferson trzymał swoją odznakę we w miarę dostępnym miejscu, zaś William i Adela dokumenty świadczące o ich służbie państwu. Byli przygotowani, ale czuli, że jeszcze niegotowi. Droga miała być długa i nawet Jefferson na nią nie narzekał. Jeszcze nie był w pełni sił, a przynajmniej tak mówił. William, który ciągle go obserwował, aż nie wierzył w to, jak szybko jego ciało się regenerowało. Nie dostrzegał jego szczególnego osłabienia, co było jednocześnie pocieszające, jak i… dziwne do obserwacji. Bo w końcu jego Ranger stosunkowo niedawno miał otwieraną klatkę piersiową.
Doktor Quing zapewnił im zapas lekarstw na podróż, dlatego William był jako tako spokojny, choć nie zamierzał tracić czujności.
Zanim Indianie z rodziny Tecumseha porządnie się rozgościli, Malvin i Eddie zakopali ciało w lesie. Było trudno, bo ziemia była twarda, a oni byli pewni, że jakieś zwierzęta w końcu to ciało wykopią. Ale ważnym było, żeby mieszkańcy miasta ich nie odkryli i nie przerazili się ich widokiem. Bo ostatecznie zwłoki potwora były bardzo mocno… naruszone przez ich eksperymenty. Dlatego nie wzbudzało grozy jedynie swoimi protezami, ale i pewnym stopniem zmasakrowania. Nie chcieli, aby rodzina Tecumseha musiała martwić się nieprzyjemnym i na pewno krępującym wywiadem, jeśli ktoś jednak znalazłby ciało. Woleli sami zająć się tym problemem.
— Oficer nie jest zachwycony — mruknął Jefferson.
Niedługo mieli odjazd, a on musiał zająć się końmi wraz z Malvinem, kiedy reszta nosiła ich bagaż do wynajętego przedziału. A konkretnie dwóch. Zarezerwowali jeden sypialny i zgodzili się, że będą tam spać na zmianę. Na wszelki wypadek.
Na stacji we Frankfort o tej porze były tłumy. Przy pociągu kręciło się mnóstwo podróżnych. Wiele rodzin już teraz wyjeżdżało gdzieś na święta. Niektórzy bardziej eleganccy, inni z butami i spodniami ubrudzonymi błotem. Obsługa dworca starała się pomagać, a w tym wszystkim piątka towarzyszy mogła uniknąć nadmiernych obserwacji.
— Widzę właśnie — odpowiedział Malvin ze śmiechem, kiedy Oficer żwawo potrząsnął głową, jakby kręcił nią, mówiąc „Nie, nie, nie ma mowy! Nie wejdę tam!”.
Wagon dla koni był już otwarty, a w środku klacz Eddiego, siwy koń Adeli i Pigment. Został tylko koń trapera i uparty Oficer. Ten ostatni zapierał się kopytami i co raz zerkał na swojego pana z niedowierzaniem, że go do tego zmuszał. Że najpierw musiał tyle dni stać w stajni, a teraz znowu będzie musiał stać, ale w bujającym się i ciasnym wagonie.
— Nigdy nie lubił bezruchu, ale za długo w tę pogodę byśmy jechali konno. Zresztą, nie wiadomo czy nawet pociąg nie utknie w śnieżycy.
Malvin jęknął, kiedy Oficer znów zaprotestował. Inni podróżni, którzy jeszcze nie weszli do pociągu, obserwowali to ciekawie. Grupka trzech, eleganckich kobiet chichotała mało dyskretnie.
— Wczoraj specjalnie wziąłem go na długą przejażdżkę — rzucił traper z roztargnieniem.
— I tak masz szczęście, że daje ci się dosiadać. Musi cię lubić. No już idź, już! HEJ! — Jefferson w końcu klepnął mocniej ogiera w zad, aby nie robił dłużej tej szopki i wszedł do wagonu.
Oficer jeszcze raz głośno zamanifestował swój sprzeciw, ale wszedł do wagonu i ustawił się obok innych koni. Zadowolony Malvin wprowadził za nim swojego rumaka, po czym przetarł czoło rękawem grubej kurtki. Mimo że było chłodno i padał śnieg, jakoś zrobiło mu się gorąco.
Klepnął w ramię Jeffersona.
— Chodźmy do reszty.
Udali się do wagonów, które zostały dla nich wykupione. Chwilę przeciskali się, aż w końcu znaleźli właściwy.
— Już — poinformował krótko Ranger. Rozejrzał się. — Gdzie Adela?
— W sypialnym. Zostawiła tam część mniej cennych rzeczy, jak ubrania, bo tu już się nie mieszczą — wyjaśnił Eddie, siedząc przy oknie.
Nad jego głową znajdowała się długa, kratkowana półka, na której spoczywało trochę ich bagaży. Była tam amunicja, apteczka, a także narzędzia oraz surowce Adeli, z których ta zamierzała wytworzyć dla nich więcej naboi. Siedzenia same w sobie były na szczęście wygodne, bo grube i miękkie. William już siedział naprzeciwko kowala z książką na kolanach. Jego kapelusz leżał na małym, kwadratowym stoliczku, zaś płaszcz wisiał na wieszaku. Uśmiechnął się delikatnie na widok Jeffersona. Lubił podróżować w takich warunkach i znacznie przyjemniej patrzyło mu się na zimowy krajobraz, kiedy sam siedział w ciepłym wagonie o tak przyjemnych, ciemnych barwach. Zauważył, że nawet na ścianach znajdowały się małe złote wzorki.
— Oficer się nie obraził? — zagadał, kiedy Malvin zdjął wierzchnie odzienie i od razu zajął miejsce obok swojego partnera.
— Oczywiście, że się obraził! — Jefferson westchnął. Stojąc między fotelami, zaczął zdejmować z siebie ciepłą kurtkę. Miał też szalik i kapelusz. Ten ostatni rzucił na wierzch waliz nad ich głowami. — Twoja krowa jak zawsze była najspokojniejsza.
— Bo moja „krowa” jest ucywilizowana — odpowiedział William wymownie. Po czym niespodziewanie odłożył książkę na stoliczek i… wyciągnął maść. — Rozbierz się.
Jefferson, który nadal stał na środku przedziału, zrobił większe oczy i zagapił się głupio na lekarza.
— Teraz?
Eddie i Malvin też na niego popatrzyli. William za to już odkręcał pojemnik z maścią. Była kleista, przezroczysta, a jemu brakowało jedynie rękawic lekarskich, żeby Rangera przeszły dreszcze.
— Tak. Musimy smarować to co kilka godzin, a nie zrobiliśmy tego rano w pośpiechu.
Ranger spojrzał na współpasażerów. Nie uśmiechało mu się rozbieranie przed nimi, ale proponować, aby wyszli, też nie zamierzał. To było poniżej jego godności.
— Mogłeś poczekać, aż chociaż pociąg ruszy. Wszystko widać ze stacji — burknął, rozpinając koszulę.
— Nie marudź. Usiądź obok mnie — polecił William, ucinając dyskusję.
Chociaż Jefferson miał rację. Przez szerokie okno w ich wagonie widać było stację i ludzi na niej zgromadzonych. Mało kto interesował się tym, co działo się w pociągu, bo każdy starał się zająć swoje miejsce. Było gwarno i głośno. Więc jeśli jakaś ciekawska młoda kobieta akurat skierowałaby wzrok w stronę pociągu, jednego z jego okien, zobaczyłaby, jak tam przed nią rozbiera się do pół naga młody, bardzo sprawny mężczyzna. I jedyne, co mogłoby budzić jej niesmak, to długa, prosta i czerwona blizna na jego mostku.
— Nie marudzę. Ty znajdujesz fatalne momenty — burknął Ranger i już tylko w spodniach usiadł obok lekarza, zabierając widok potencjalnej obserwatorce.
William nie skomentował tych słów, uznając je za nieważne. Przekręcił się do niego przodem, na ile mógł, po czym nabrał na palce sporą ilość zimnej maści. Zaczął smarować bliznę, czując pod opuszkami nierówności. Ciało było naciągnięte, ale William dał z siebie wszystko, żeby go nie oszpecić. Szew był prosty i schludny, zaś maść miała pomóc mu dobrze się zagoić.
— Boli cię jeszcze, Jeff? — zapytał Malvin, obserwując ich z naprzeciwka.
— Czasami tak. Kiedy się ruszam tak inaczej, czy zginam — odparł, patrząc na trapera, a nie na lekarza, który go smarował. Opierał dłonie o kolana i czuł, jak łaskotał go ten dotyk.
— Jeszcze trochę będziesz się goił. Ale i tak dzieje się to szybciej, niż przypuszczałem — zauważył William, delikatnie wmasowując maść. Przy tym na chwilę położył mu całą dłoń na piersi i wczuł się w bicie serca. — Rytm jest równy.
Jefferson spojrzał na swoją pierś. Skrzywił się.
— Ale nie mój… — mruknął pod nosem. — Dziwne to nadal — dodał już normalnym tonem. I nie miał okazji dodać nic więcej, bo do przedziału wkroczyła Adela.
— Och, dzieje się — rzuciła ze specyficzną miną, po czym skinęła dłonią na Eddiego. — Chodź. Musisz mi w czymś pomóc.
— Dobrze. — Kowal, jak zawsze bez sprzeciwu, uniósł się i wyszedł z kobietą z przedziału.
Na stacji było coraz mniej ludzi, a więcej w pociągu. Tymczasem Malvin wychylił się do dwójki mężczyzn naprzeciwko i zapytał:
— Adela wie o was? Eddie mówił, że należała do Boosy, gdzie była też taka para.
— Na pewno wie o Nicholasie i Mavericku. Nie miała ponoć nic przeciwko — odpowiedział Jefferson, zerkając na Williama, by upewnić się, czy ten długo jeszcze będzie go smarował, czy w końcu da mu spokój.
Lekarz za to miał ochotę smarować go mocniej i trochę niżej. Najchętniej kazałby mu zdjąć spodnie i tam by go posmarował. Nie pamiętał, kiedy ostatnio kochał się z Rangerem. Pragnął go. Wiedział jednak, że nie mógł przesadzać, a nawet dotykanie jego szwów mogło zapewnić mu wzwód. Dlatego wreszcie zakręcił słoiczek z maścią i sam zaczął zapinać mu koszulę.
— Skoro nie miała nic przeciwko nim, to i nas nie powinna osądzać — powiedział spokojnie. — Myślę, że możemy być swobodni. Pytałem nawet Tecu, czy nie ma mężczyzny.
— I co on na to? — spytał Jefferson.
Malvin też się zainteresował. William natomiast z namaszczeniem ubrał swojego partnera i wygładził jego koszulę.
— Że nie ma. Nie ma też partnerki. Nie chce się mieszać z naszymi ludźmi. Więc z tego co zauważyłem, mógłby być albo z trzydzieści lat starszą od siebie kobietą, albo czternastolatkiem — oznajmił. Bo właśnie w takim wieku były osoby, które dziś z rana przyprowadził Tecumseh. Rodzinę Indianina wszak stanowił stary szaman, starsza kobieta i dwie sieroty.
— Może kiedy szaman umrze, gdzieś się przeniosą i kogoś znajdzie. Albo jednak znajdzie w mieście kogoś dla siebie i zapomni o tym, żeby nie mieszać krwi — skwitował Jefferson, zakładając jeszcze kamizelkę.
— Ciekawi mnie, czy ma duże genitalia — rzucił z zamyśleniem William. — Myślę, że może produkować całkiem sporo nasienia, jeśli jądra ma również tak pokaźne jak bicepsy czy piersi.
A Malvin aż się zaczerwienił i spiął. Sam nie był przyzwyczajony nawet do sprośnego rozmawiania ze swoim partnerem o seksie, bo często peszył się, kiedy miał wypowiadać jakieś…. specyficzne słowa. A oto William dumał nad wielkością fallusa olbrzymiego Indianina.
Ranger też popatrzył na niego z nietęgą miną. Powinien, ale nadal nie przyzwyczaił się do tego, o czym czasami myślał i mówił jego partner.
— Może jeszcze myślisz, jak, kurwa, smakuje? — fuknął urażony, ale nie chciał zaczynać kłótni przy… powodzie jednej z ich większych kłótni.
— Pójdę zobaczyć, czy nie trzeba pomóc Adeli i Eddiemu — dodał speszony Malvin i pospiesznie opuścił wagon.
Tymczasem zza okna dobiegło gwizdanie pracowników kolei, nawołujących do odsunięcia się od pociągu. Ten miał ruszyć lada moment. William cieszył się, że nic nie przeciekało, bo widział przez szybę, jak gęsto sypał śnieg.
— Nie interesuje mnie, jak smakuje nasienie Tecu. Jestem tylko ciekaw, czy ma duże predyspozycje do zapłodnienia i czy nie mógłby się przyczynić do powiększenia klanu — wyjaśnił spokojnie William. Schował maść do swojej apteczki, którą musiał ściągnąć z półeczki.
— Mogłeś tak to ująć, a nie ile strzela — prychnął Jefferson, przewracając oczami i opierając się nisko o fotel. — Nie musisz mnie specjalnie wkurwiać. Jestem ci wierny.
William zamrugał i popatrzył na niego uważniej. Dopiero po chwili zrozumiał, do czego pił jego partner. Wyciągnął dłoń i dotknął jego palców.
— Nie chciałem cię zdenerwować. To nie był przytyk tylko… wyrażenie na głos mojej ciekawości.
Zanim Jefferson zdążył odpowiedzieć, do ich przedziału weszła trójka pozostałych towarzyszy. Adela klasnęła w dłonie i rozsiadła się wygodnie obok Rangera.
— Wszystko go… ooo — stęknęła, kiedy pociąg nagle ruszył. Przy tym wydał z siebie głośny, świszczący dźwięk, najpewniej wypuszczając z komina lokomotywy wielkie kłęby pary. — Wszystko spakowane. Jedziemy w drogę do moich kochanych chłopców. Ileż to ja już Zwierzaka nie wiedziałam!
— Właśnie, to dobre pytanie. Ile go nie widziałeś? Nie mijaliście się w kwaterze czasami? — spytał Jefferson, aby na tym się skupić, a nie na tej krótkiej rozmowie z Williamem.
Ten siedział obok niego w tych swoich, nawet w zimę, eleganckich ubraniach. Choć nie był już takim paniczykiem, za jakiego go uważał na początku ich znajomości. Wyraźnie zmężniał.
— Oooj, wieki. Chyba na święta… Przyjechałam do nich na chwilę, odwiedzić ich i przywieźć ciasto. Byłam akurat w drodze, ale to długa historia.
— Nawet jeśli długa, to na pewno Jeff chętnie posłucha — wtrącił William. — Jesteście jego idolami z dzieciństwa.
— Naprawdę? — Adela zaciekawiła się, po czym zaśmiała krótko, widząc, jak młody stróż prawa się zawstydza. — To miło słyszeć. Powinnam wcześniej o tym wiedzieć, to przyszykowałabym kilka historii.
— Czeka nas długa droga. Może coś sobie przypomnisz — zasugerował łagodnie Jefferson.
— Mhm. Na pewno jakieś smaczki mogę opowiedzieć. Żebyście wiedzieli, co Nick i Mav wyczyniali… — zaczęła ze śmiechem.
Po tym wstała i sięgnęła po skórzaną torbę wypchaną z surowcami. Wyglądało, jakby była kobietą nie będącą w stanie usiedzieć na miejscu i muszącą ciągle coś robić. To bardzo logicznie przekładało się na jej częste wyjazdy z domu.
Rzuciła torbę na siedzenie i zaczęła w niej grzebać, najwyraźniej zamierzając już teraz zabrać się za tworzenie pocisków. Mimo że Eddie i Malvin właśnie zabierali się za śniadanie, którego nie zdążyli zjeść w domu, zaś William popatrywał przez okno na białe pustkowia. Opuścili miasto.

***

Betty Colins uwielbiała, kiedy mężczyźni się do niej zalecali. Lubiła też bary i alkohol. Dlatego tłumacząc to Hamiltonowi tym, że pomoże im w śledztwie, teraz przesiadywała i piła na jego koszt w pubie w centrum miasta. Zresztą, nie wykorzystywała aż tak jego pieniędzy. Kolejny drink znowu został zapłacony z kieszeni amanta, który chciał zdobyć jej względy. Przez takie zachowanie zastanawiała się, czy w Waszyngtonie w ogóle były jakieś kobiety. Bo mężczyźni, którzy ją podrywali, nie byli nawet tak brzydcy i biedni, aby byli zdesperowani.
Muzyka w lokalu była bardzo przyjemna dla ucha. Pianino nie było rozstrojone. Z tego co usłyszała od barmana, prezydent lubił tu przychodzić. To dlatego wszystko było najwyższej jakości. Jakby lada moment głowa państwa miała przekroczyć próg, zająć wygodne krzesło, poprosić o pieniste piwo i posłuchać muzyki.
Betty chciała się po prostu dobrze napić i miło spędzić wieczór. Nawet jeśli Isaac przestrzegał przed „niegodziwcami”. Czasami aż bawiło ją, jak grzecznie i wysublimowanie wypowiadał się w towarzystwie… a jak zbereźnie potrafił odzywać się w łóżku. Zresztą, to, co ten mężczyzna wyprawiał w sypialni, było jednym z powodów, dla których w ogóle mu pomagała. Pieniądze z tego były dobre, prezenty też, ale to, jak ten się z nią pieprzył, powodowało u niej chrypkę. Którą teraz zapijała drinkami. Nie pojmowała, czemu ta Adela wolała swojego męża. Ale nie narzekała. Dzięki temu więcej zostawało dla niej.
— Jeszcze jednego dla pani? — spytał mężczyzna w meloniku, obejmując ją bezwstydnie za talię.
Odpowiedziała mu uśmiechem.
— Jeśli taki z pana dżentelmen. Poproszę. Barman, od tego pana to co ostatnio — poprosiła, nie pozostawiając jegomościowi wyboru. Nie zamierzała pić taniego alkoholu, a ten najlepszy. Tym bardziej na czyjś koszt.
Barman polał jej hojnie.
Melodia wygrywana przez młodą, utalentowaną dziewczynę, właśnie się skończyła. Ludzie zaklaskali. Betty, z uprzejmości, także. Po czym dziewczę znów zaczęło grać. Tym razem była to melodia bardziej złowieszcza. Początkowe nuty brzmiały jak skradanie się. Następnie nastąpiło mocniejsze uderzenie klawiszy, niczym łom rozwalający zamek w solidnych drzwiach.
Przez to myśli rudowłosej kobiety powędrowały do tego, co działo się w mieście w ciągu kilku ostatnich dni. Hamilton może wiele jej nie mówił, ale ona umiała słuchać. Nawet niewypowiedziane słowa.
Czuła, że nie wszystko układało się po myśli towarzyszy jej kochanka. Mogło być coś na rzeczy z przesłuchiwaniem szeryfa. Bo wiedziała, że mieli go przesłuchiwać. Prezydent dał na to zgodę, ale ten najpewniej nie był taki łatwy do złamania, jak mieli nadzieję. Dlatego cały czas stali w miejscu. Dobrze czuło się nerwowość. Sama jednak nie dawała się temu zmamić. Spokojnie relaksowała się, zanudzana rozmową mężczyzny, który postawił jej alkohol. Nasłuchała się trochę zbędnych informacji o jego rodzinie żyjącej w Waszyngtonie już wiele lat. O tym, co widział jego ojciec na wojnie. Aż naraz jej wzrok przykuł pewien specyficzny jegomość.
Był sam. Przeszedł całą oberżę, stukając ciężkimi obcasami. Miał gruby płaszcz niemalże sięgający ziemi. Na dłoniach skórzane rękawice i szeroki, czarny, kowbojski kapelusz. Włosy miał związane w kitkę, a wyraz twarzy dość nieprzyjemny. Betty uznałaby go za po prostu jednego z bardziej niezwykłych klientów… gdyby po dojściu do baru i zajęciu krzesełka, nie ściągnął chusty pod szyją. Wtedy jej oczom ukazała się szpetna, poszarpana blizna sięgająca jego ostrego podbródka. Nie widywało się takich ludzi zbyt często. A ona już widziała go drugi raz. Na szczęście on jej nie widział, dlatego szybko opanowała nerwy, aby nie zostać zauważona.
Pamiętała to, co mówił Isaac. Że poszukują mężczyzny z blizną na szyi. Że jest on niebezpieczny i od jego odszukania zależy bardzo wiele. Logicznie rozumując, doszła do wniosku, że Isaakowi bardzo, ale to bardzo zależało na tym, żeby mieć go w swoich rękach. Więc jeśli udałoby się jej go jakoś… przekazać, na pewno Isaac by się jej odwdzięczył. Musiała tylko dobrze to rozegrać. Na pewno w grę nie wchodziło teraz poszukiwanie Hamiltona w całym Waszyngtonie. Bo przecież nie powiedział jej, dokąd udawał się tego wieczoru. Po co? Nadal przecież jej nie ufał, co tylko się wzmocniło, odkąd dołączyli do niego jego towarzysze. W tym jeden z nich był jego przełożonym.
Ale ona miała zamiar pokazać, na co ją stać. Zamierzała udowodnić swoją wielkość. Siorbnęła swojego alkoholu, po czym, udając wypadek, wylała część na swojego rozmówcę. Nie musiała długo go przepraszać i tłumaczyć, aby ten w końcu ją zostawił. Teraz droga do mężczyzny z blizną była otwarta.
Obserwowała go czujnie. Mimo że odwagi jej nie brakowało, to ten mężczyzna wzbudzał w niej pewien niepokój. Może było coś w jego spojrzeniu. Może w całej postawie. Choć nie widziała pasa przez długi płaszcz, była pewna, że był uzbrojony. Popijał ciężki trunek, siedząc przy barze i nic do nikogo nie mówiąc.
Poprawiła biust. Sprawdziła w małym lusterku, czy jej usta były dobrze umalowane. Wszystko było na miejscu. Jej mały pistolet i nóż były pod spódnicą. Miała też w obcasie szpilę, którą mogła zadać śmierć. Wzięła głębszy oddech i podeszła do mężczyzny.
Usiadła obok niego, ale nic nie powiedziała. Tylko na niego patrzyła, uśmiechając się oraz trzymając nogę na nodze w swojej eleganckiej, zielonej sukni z mocno ściśniętym gorsetem.
Mężczyzna, poszukiwany jako John Smith, spojrzał na nią. Oczy miał jasne, jakby… wypłowiałe. Ale przy tym mrużyły się mocno, jakby powieki chciały ukryć licznik mordów, których dokonał i które mogły być tam widoczne. Betty była pewna, że były to oczy mordercy.
Napił się whisky i obejrzał całą twarz kobiety, wręcz się przy tym ociągając.
— Jest pani sama — rzucił opanowanym, spokojnym i niskim głosem.
Betty spojrzała w prawo, za mężczyznę. Uśmiechnęła się bokiem ust.
— Nie tylko ja, jak widzę — odparła zalotnie. Także mu się przyjrzała. Była urodzonym kłamcą.
— A może na kogoś czekam — odpowiedział trochę zaczepnie. Jakby z nudów. Nie uśmiechał się, choć spojrzenie go zdradzało, gdy zerknął na jej biust.
— Zbyt długo ze zbyt zamyśloną miną. Nie ma na niej ekscytacji i wyczekiwania. — Betty nadal flirtowała z nim, kręcąc się lekko na stołeczku barowym. Jej biust dzięki temu poruszał się, kusił, hipnotyzował.
— Więc obserwowała mnie pani. Choć jest tu wielu innych samotników szukających gadatliwego towarzystwa.
— Uważa się pan za podobnego do innych? — zapytała, trochę urażona uwagą o gadatliwości.
— Nie. Bo jedyne, co mnie z nimi łączy, to bycie samotnikiem — odpowiedział spokojnie i wlał do gardła ostatni łyk alkoholu. — Jeśli nie będzie pani zimno, możemy porozmawiać przed barem — dodał, odstawiając głośno szklankę i unosząc się ze stołeczka.
Betty zerknęła w stronę wyjścia. Zawahała się, lecz na mniej niż sekundę.
— To się jeszcze okaże, czy będzie mi zimno — odparła, sama dopiła alkohol i wstała z gracją.
Wyszli odprowadzeni spojrzeniami wielu gości. Może ci byli zasłuchani w muzyce i zaangażowani w rozmowy między sobą. Ale widok ładnej, rudej kobiety i wzbudzającego dystans jegomościa dostatecznie przyciągał wzrok.
John Smith wyszedł na ciemne ulice Waszyngtonu. Śnieg przestał padać dziś z rana. Teraz więc niebo było granatowe, a białe ulice oświetlone latarniami. Na zewnątrz nałożył na głowę kapelusz, zaś rękawice wcisnął do obszernych kieszeni płaszcza. Z drugiej wyciągnął cygaretkę, a z niej dwa skręcone papierosy.
— Pali pani?
— Tak, panie…? — spytała, nie przyjmując od razu papierosa, bo jeszcze zakładała rękawiczki. Dopiero po tym chwyciła jednego swoimi szczupłymi dłońmi w cieniutkiej, dobrze wyprawionej skórce. Na ramionach miała kożuszek, ale nadal było widać jej ponętne kształty.
— John — odpowiedział nisko i odpalił jej papierosa. Potem zrobił to samo ze swoim i zaciągnął się. — A jakie imię szepcze się pani do ucha w sypialni? — zapytał wulgarnie.
— Bogini! — Betty zaśmiała się, zmysłowo zaciągając się papierosem. — A przy porannej kawie, Betty.
— Mmm… — zamruczał nisko, paląc i przyglądając się jej. — Betty — powtórzył, postępując krok do przodu.
Musiała się cofnąć, kiedy John Smith zmusił ją do ukrycia się za załomem baru. Znajdująca się tam wąska alejka prowadziła do kolejnej szerokiej drogi. Była jednak długa i ciemna. I jakby… chłodniejsza. A może to wrażenie sprawiły oczy mężczyzny, kiedy ten pochylił się nad kobietą i powąchał pukiel jej włosów.
— Lawenda — wyszeptała, widząc, co ten robił.
Wiedziała, że jej włosy i ubrania mogły tak pachnieć, bo zaopatrzyła się w suszone zioła i spała w nich, aby rankiem jej ciało pachniało kwiatami. Może też dlatego tak przyciągała mężczyzn. A może dlatego, że była ruda. Mężczyźni wierzyli, że takie kobiety były gorące i demoniczne. Chociaż nic nie przebijało Johna Smitha w kwestii demoniczności.
— Więc powinna się pani ubierać we fiolety — powiedział jej do ucha i polizał je. A Betty poczuła, jak odrzucił papierosa na śnieg, by następnie wolną dłonią ścisnąć ją za krocze przez materiał sukni.
Nie czuła się przez to zagrożona. Materiału było dużo, więc wiele nie poczuła poza… lekkim zniesmaczeniem. Ale w końcu chciała go uwieść, dlatego wypełniła ją duma. Stęknęła nisko.
— Fioletową suknię też mam — odparła i zarzuciła mu wolną rękę na kark. Jeszcze raz zaciągnęła się papierosem i wypuściła dym na twarz mężczyzny.
John spojrzał jej w oczy i ścisnął na dole. Po czym z dużą siłą i stanowczością odwrócił ją przodem do zimnej ściany i przycisnął do niej. Od razu poczuła jego ciało na swoich plecach. Jedna ręka mężczyzny mocno trzymała ją w pasie, zaś druga podwijała materiał sukni.
Betty od razu trzepnęła go w dłoń.
— Raczy pan żartować?! — spytała, nie wyrywając się. Była na to za dumna, a on dobrze to widział.
Ale nie był to mężczyzna, który się tym przejmował. Betty poczuła, że wpakowała się w coś, w co jednak nie do końca chciała się wpakować. John Smith brutalnie przycisnął ją całym ciałem do ściany, aż jej piersi zgniotły się na murze.
— Ja? Żartować? To pani nie może powstrzymać chuci — mruknął jej do ucha i szarpnięciem za bieliznę rozdarł ją jej, odsłaniając pośladki.
Betty, chociaż z początku chciała po dobroci, w końcu jednak kopnęła go obcasem w piszczel. Na chwilę go to zaskoczyło, dzięki czemu mogła odwrócić się przodem.
— Proszę się zachowywać, do diabła! Jeśli chce się pan pieprzyć jak ze szmatą, to proszę robić to ze szmatą. Ma pan za mało samodyscypliny, aby dojść do łóżka? — fuknęła na niego z urazą, poprawiając suknię. Bieliznę mogła odżałować.
Duży, zakrzywiony nos Smitha zmarszczył się, gdy mężczyzna zmierzył ją chciwym, choć opanowanym spojrzeniem. Oparł się ręką o mur obok jej głowy.
— Więc chce mnie pani zaprosić do łóżka? — mruknął nisko i znów zaciągnął się jej zapachem.
Betty zmierzyła go spojrzeniem już z większą rezerwą. Nie mogła grać zdesperowanej kurwy, która oddałaby mu się w byle zaułku.
— Jeśli udowodni pan, panie John, że umie się zachowywać. Jak na razie takim zachowaniem traci pan w moich oczach, zamiast zyskiwać.
— A jednak nie krzyczy pani, ani nie ucieka… — odpowiedział, jakby tym zainteresowany. Nie dziwiło ją, że kobiety krzyczały, kiedy tak się z nimi obchodził.
— Pan nie uważa się za każdego innego. Myśli pan, że ja za taką się uważam? — Betty pochyliła się, po czym ściągnęła i tak porwaną bieliznę. Pięścią z nią uderzyła w pierś Smitha. — Jest mi pan winien bieliznę! — prychnęła i odwróciwszy się na pięcie, wyszła z zaułka, aby pokierować się już do hotelu, w którym powinien prędzej czy później pojawić się Hamilton.
Szła chwilę w ciszy i napięciu… aż usłyszała za sobą ciężkie kroki. John Smith podążył za nią, wiedziony jej urokiem. Wiedziała, że się uda. Żaden mężczyzna nie mógł się jej oprzeć. A ona mogła sobie zaskarbić nieopisaną wdzięczność Hamiltona. Na pewno generał też miał dużo pieniędzy, którymi mógłby wyrazić jej wdzięczność.
— Daleko pani mieszka? — zapytał John, gdy zrównał się z nią. Ściskał w dłoni jej bieliznę.
— Kawałek. Potrenuje pan cierpliwość, panie John — odpowiedziała miękko i seksowne, wypowiadając jego imię. Wiodła go na swój teren, gdzie miała przewagę. I jeszcze jedną rzecz, którą zamierzała użyć przeciwko temu mężczyźnie.
Smith nic już nie odpowiedział. Nie był typem człowieka, który zabijał ciszę zbędnym gadaniem. To jednak było dość… niepokojące. Nasłuchała się od Hamiltona dosyć, by wyrobić sobie jako takie przeświadczenie o tym, jak niebezpieczny mógł być ten człowiek. Nie miała pojęcia, co właśnie działo mu się pod czaszką. O czym myślał, o czym fantazjował. Może chciał ją związać i zgwałcić. Może chciał uszyć sobie z jej skóry płaszcz. A może blizny na szyi nabawił się, kiedy jego ostatnia ofiara broniła się przed tym, jak wrzucił ją żywcem do pieca.
Mimo tych myśli, nadal grała kokietkę. I gadułę, od których została na swój sposób wyzwana.
— Więc co pan robi w stolicy? — spytała, kiedy szli ośnieżonymi ulicami, a ona czuła, że bez bielizny jej krocze bardziej marzło.
— Załatwiam interesy. Co pani robi w stolicy? — zapytał, idąc blisko niej. Czuła na sobie jego spojrzenie.
— Podróżuję z ojcem, który załatwia interesy — odparła, przez chwilę chcąc nazwać Hamiltona swoim narzeczonym, ale granie bardziej rozwiązłej, niż już była, mogło ją narazić na niebezpieczeństwo.
— Ojca nie będzie, czy lubi pani, kiedy patrzy?
Betty zaśmiała się.
— Ojciec, aby patrzył, jak się pieprzę? — prychnęła. — Nie, panie John. To nie są te rzeczy, które mnie podniecają. Za to pana to nęci?
— Nie. Mogłaby patrzeć inna kobieta. Ale wystarczy mi pani — zapewnił, unosząc wzrok na hotel, do którego dotarli. Zmrużył krótko oczy i rozejrzał się. Był czujny.
— To dobrze. Chyba za krotko się znamy na takie ekscesy. — Betty zaśmiała się i poprowadziła go do środka.
Dyskretnie się rozejrzała, upewniając, czy gdzieś na dole przy barze nie było Hamiltona. Niestety go nie widziała. Miała nadzieję, że szybko wróci. Bo czuła, że to, co teraz robiła, to niebezpieczna gra.
Poprowadziła Johna na górę, do pokoju, w którym pomieszkiwała. A gdy weszli do środka, mężczyzna rozejrzał się i zdjął kapelusz.
— Pani ojciec jest elegantem — zauważył, zwróciwszy uwagę na zawieszoną na drzwiach szafy koszulę i modny fular.
— Cóż, musiałam coś po nim odziedziczyć — odparła i podeszła do niego, kiedy tylko zamknął za sobą drzwi. Od razu zabrała się za rozbieranie go z kolejnych warstw ubrań.
John spojrzał na jej palce, ale po tym jeszcze raz omiótł spojrzeniem cały pokój. Gdy Betty zdjęła mu płaszcz, okazało się, że miał pod spodem całkiem grubą kamizelkę dobrej jakości i drogi zegarek kieszonkowy. Oraz, jak się spodziewała, kabury z rewolwerami przy pasie.
— Tym zajmę się sam — powiedział, odpinając je, choć nie odsunął się przy tym od kobiety.
Stali tak blisko, że czuli wzajemny zapach. John pachniał papierosami, goryczką i skórą. Betty wydawało się, jakby ta nuta słodyczy, jaka się od niego unosiła, była zapachem śmierci, ale równie dobrze mogła to sobie wmawiać. Ona za to pachniała lawendą. Mieszanka była dość muląca.
— Często dostaje pan takie zaproszenia? — spytała, zsuwając mu koszulę z ramion.
— Proszę zdefiniować „często”. Mężczyźni mają większe potrzeby niż kobiety — powiedział pewnym, spokojnym głosem, gdy odrzucił kabury na szafkę i pozwolił rozebrać się z górnego odzienia.
Jego klatka piersiowa była umięśniona i wyćwiczona. Na pewno nie był typem człowieka, który całe dnie przepijał czy przesypiał. Ewidentnie wiele się ruszał i starał się dbać o swoją sprawność. A przy tym miał kilka bardziej widocznych blizn po poparzeniach na ciele. Zarówno na piersi, żebrach, jak i ramionach.
Betty pogładziła jedną z nich swoimi szczupłymi palcami damy, a w jej przypadku też oszustki.
— Chyba dość często, skoro pan to rozważa, a nie zaprzecza — odpowiedziała melodyjnym głosem i złapała go za nadgarstek.
Pociągnęła go w stronę łóżka, na które go pchnęła. John tego chciał na tyle, że nie zaparł się, a usiadł i teraz patrzył, jak ona zaczęła się przed nim rozbierać. Sam nie sięgał gorączkowo do swoich spodni. Może w zaułku sprawiał wrażenie zwierza, który zaraz ją zagryzie, ale teraz wydawał się bardziej powściągliwy. Oglądał ją tylko tak, jakby smakował spojrzeniem każdy skrawek jej odsłaniającego się ciała.
— Nie zapali pani lampy? Niewiele widzę w świetle księżyca. A wygląda na to, że jest na co patrzeć.
Betty przygryzła wargę i pochyliła się do niego, opierając dłonie o kolana. Jeszcze nie zapalała światła.
— Czy jest coś, czego taki pan nie robi? — spytała, specjalnie kierując wzrok na jego usta.
— A ma pani na coś ochotę? — zapytał, wyciągając dłoń do jej biodra. Wciąż było zakryte materiałem, ale i tak je ścisnął, najpewniej chcąc poczuć miękkość jej ciała.
Betty zaśmiała się i odsunęła, aby do końca się rozebrać. Zapaliła lampę oliwną, a teraz John Smith mógł zobaczyć, jak obnażała przed nim swoje piersi, brzuch i w końcu została tylko w halce. Pod nią już nie było bielizny. W końcu ją z niej zerwał. Betty jeszcze dała mu widok na swoje pośladki i krągłe biodra, gdy odwróciła się do swojej torby. Kiedy znów była przed mężczyzną, ten widział, jak oblizała palec i jak trzymała w drugiej dłoni malutki, odkręcony słoiczek z czymś, co przypominało miód.
— Wierzę, że spełni pan moją słodką — cmoknęła ustami — fantazję.
John popatrzył na słoik, a potem na jej krocze.
— Mm… Niewiele kobiet śmie się tego dopraszać…. — zaczął, unosząc się z łóżka. Chwycił ją w pasie i podrzucił, sadzając sobie w pasie. Trzymał ją mocno za uda, a ona mimo halki czuła jego gorące dłonie. — Ale dzięki temu jest pani bardziej pikantna — dodał i ruszył z nią do łóżka.
Betty chwyciła go za kark, aby było jej wygodniej. Dała się rzucić na łóżko. Następnie zsunęła z siebie resztki ubrania. I złapawszy spojrzenie Johna swoim rozognionym, wylała trochę gęstej, słodko pachnącej cieczy na swoją pierś.
— Och, chłodne. Smacznego. — Westchnęła, co chwilę skubiąc wargi.
Duże dłonie Johna przemykały po jej ciele. Czuła, jak rozgrzewał ją, badał i pragnął uczynić swoją. Jego usta zsuwały się po jej szyi. Skubały delikatną skórę, a Betty myślała tylko o tym, żeby wreszcie znalazły się niżej. I w końcu to nastało. Poczuła gorący język liżący jej piersi.
Jęknęła wysoko, prężąc się pod nim.
— Och… John — zamruczała, pomijając formalności. — Jeszcze druga — poprosiła i wylała trochę więcej słodkiej mikstury.
Mężczyźnie musiało się to spodobać, bo lizał ją mocno i też ssał po wrażliwej skórze. Betty raz aż krzyknęła, kiedy ugryzł ją, ale… wylizał wszystko. Jego język powoli zaczął sunąć w dół. Do czasu, aż… uścisk jego dłoni zelżał, a on spojrzał na nią otumanionym spojrzeniem.
— Szo… ty…? — wydusił niewyraźnie.
Uniósł się nagle i zacisnął rękę na jej szczupłej szyi. Musiał użyć całej swojej siły, a raczej jej resztek, bo przez moment Betty czuła, że naprawdę odbierał jej oddech. Że miażdżył tchawicę i sprawiał, że robiło się jej ciemno przed oczami. Ale trwało to krótko. Jej mikstura była mocna, więc uścisk zelżał, zaś John Smith obsunął się bezwładnie na jej ciało.
Betty stęknęła, bo mężczyzna był ciężki. Szamotała się chwilę, nim John przewrócił się na bok, aż była wolna. Pomasowała szyję i spojrzała na niego z grymasem.
Wiedziała, że nie mogła zwlekać. Musiała go czym prędzej unieruchomić, bo jeśli tylko się obudzi, to na pewno zapragnie ukrócić ją o głowę. Zresztą, wyglądał na człowieka, który lubi przed mordem sadystycznie zabawić się z ofiarą.
Myśląc o tym, poderwała się z łóżka i zaczęła szukać czegoś, czym mogłaby go związać. Na szczęście nie była niewinną niewiastą, która nie wiedziała, co w takiej sytuacji zrobić. Ściągnęła mężczyźnie pasek ze spodni i związała mu ręce najmocniej, jak mogła. Najpierw sznurem, potem jeszcze skórzanym paskiem. Tego nie powinien zerwać. Uniosła związane ręce mężczyzny i przywiązała mu je nad głową do belek u wezgłowia łóżka. Następnie znalazła w rzeczach Hamiltona linę i po mniej niż sekundzie zawahania pozbawiła Johna Smitha spodni.
Co chwilę sprawdzała, czy ten się nie budził. Po takiej dawce narkotyku, jaki mu poddała ze swojego ciała, ten powinien być nieprzytomny co najmniej cztery godziny, ale wolała być ostrożna. Przywiązała mu nagie nogi do ramy łóżka. A na koniec, dla bezpieczeństwa, nawilżyła chusteczkę tym samym narkotykiem, który był w jej „miodzie”, ale w lżejszym stężeniu. Zrobiła z tego knebel.
John Smith był nagi i związany jak prosiak. Teraz pozostało jej tylko czekać na Hamiltona.

14 thoughts on “Acoss The Cursed Lands III – 49 – Niebezpieczna kobieta

  1. Katka pisze:

    Tigram, nie, nie było nigdzie opisane. Tylko w narracji wspomniane :) Pozostawiamy imponujące zdolności łóżkowe Isaaka w niedopowiedzeniu XD

  2. TigramIngrow pisze:

    Jestem taka dumna ze swojej imienniczki! Madre dziewcze. A czy bylo opisane zblizenie miedzy nia a Issakiem? Umknelo mi czy po prostu tylko rozmowa i myslami jest sygnalizowane?

  3. Shivunia pisze:

    Tess >> Taaaa, tylko on umie robić to w tak „dyskretny” sposób XD pod tym względem jest mistrzem i jego autentycznym znakiem rozpoznawczym. Bo komu przyjdzie coś takiego do głowy jak nie Willciowi?
    Betty zawsze była sprytną i zaradną kobitką. A że Hamilton jest czymś na czym jej zależy, to wychodzą właśnie z niej takie lepsze strony. W końcu nie robi wszystkiego tylko dla siebie. To wiele zmienia :)

  4. Tess pisze:

    Borze zielony, Will i te jego rozważania xD Kocham. Tylko on potrafi rozmawiać o członku innego faceta pod kątem rozmnażania i przedłużenia życia klanu xD

    Betty odkąd jest z Hamiltonem bardzo zyskała w moich oczach, jak widać oszustka jest bardziej przydatna i sprytna niż niektórzy stróże prawa :D Oby tak dalej Betty! Oby tak dalej!

  5. Katka pisze:

    Omega, uwielbienie dla Betty jest jak najbardziej na miejscu po tym, co dzisiaj pokazała, wiec cieszy nas, że ją doceniasz XD Ale akurat to, ze nic się jej nie stało, to duuużo szczęścia. Bo chyba jednak do konca nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo niebezpiecznym człowiekiem jest John Smith. Dlatego tutaj zarówno zaradność, jak i fuks. „Jego „dumanie nad wielkością fallusa olbrzymiego Indianina” jest czymś, co sprawia, że Will jest Willem xD” – dokładnie XD To jest nasz stary dobry William i to się nigdy nie zmieni XD Jefferson na pewno ma powody, żeby czasem się za niego wstydzić. Dzięki za komentarz i bardzo nas cieszy, że się podobało :)

    Jelis, nie wiem, czym jeszcze Betty może się zrehabilitować w Twoich oczach ponadto to, co dzisiaj zrobiła XD Ale może kiedyś, może. Chociaż jej rolą jest być wkurzającą panią przepiórkową, więc w sumie wcale nie musi XD Zaś co do Willa to takie „William strikes again” XD On też ma takie momenty od czapy, że przypomina, jaki jest nieokrzesany XD

    Yaoistka, chyba nikt się nie spodziewał, że Smitha dorwie właśnie Betty… Po tym, jak długo chłopcy się starali…

    C., to aż dziwne, że ona ma dobre momenty i potrafi nie wkurzać XD Ale tylko dlatego, że jest przydatna. A na wątek Tecu niestety mało zostało miejsca. Może kiedyś bonusowo jakoś… :)

    Wadera, haha, William mam wrażenie często wyskakuje z tymi tekstami w momencie, w którym nikt się tego nie spodziewa XD A i też lubię tę zazdrość u nich. Jest urocza na swój sposób. Widać wtedy, jak bardzo im na sobie zależy. A Smith teraz ma marne szanse, żeby uciec, bo Nicholas nie wypuści go tak łatwo ze swoich szponów XD Byle Hamilton zdążył się pojawić… I dzięki za błąd! Poprawione :D

    Linerivaillen, cieszymy się, że się podobało :D Dzisiaj gwiazdą była Betty :D

    Aoi, oj tak, Will nie przestał być sobą. Może się zmienił od początku opowiadania… ale jednak dalej ma swoje durne zachowania. To go wręcz definiuje XD Jeff jedynie może się za niego czerwienic ze wstydu XD I fajnie, ze Betty zaskoczyła :) Jest nieprzewidywalna niemal tak samo jak William. Nie wiadomo, kiedy czymś zaskoczy. I też życzę udanego weekendu oraz łączę się w bólu, bo moja majówka też nie istnieje…

  6. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    Uhuhuuuu dzieje się oj dzieje, super że ekipa znowu jest w trasie. I cieszę się że Will nie wyszedł z wprawy i jak zawsze potrafi walnąć tekstem. Ta scena z kremikiem mnie rozwaliła, bo momentalnie pomyślałam o tym że Will stracił wszelkie blokady przez długą abstynencję.
    Ohhhhh Jeff mnie w tym rozdziale jakoś tak rozczulił, miło że jest wierny Willowi i że się o tym mówić nie wstydzi, mój mały chłopiec w końcu dorasta, ahhhhhhhhhhhhhhh :D
    Powiem szczerze że aż się sama zaczęłam zastanawiać cóż to pan Indianin skrywa w spodniach.
    A Betty była zaskoczeniem, któż wie co ona jeszcze odwali na koniec :D.
    Weny dziewczyny i udanego długiego weekendu( ja pracuje wiec mam smuteczek) :D

  7. Wadera pisze:

    Jak tylko przeczytałam tytuł pomyślałam o Betty.
    Jednak prawdziwe zagrożenie dla otoczenia stanowi wyposzczony Will. Jak przeczytałam o tym zainteresowaniu genitaliami Tecu tak się zaczęłam śmiać, że mało nie upuściłam kubka z herbatą. Mimo wszystko uwielbiam jak tych dwóch jest o siebie zazdrosnych. Zwłaszcza Jeff, który wcześniej raczej tego nie okazywał.
    Tak jak myślałam, jak Betty czegoś chcę zrobi wszystko by to mieć, a w tym momencie chcę Hamiltona więc działa. Mam nadzieję, że Smith nigdzie nie ucieknie i nasza drużyna będzie miała jeden problem z głowy.
    W ogóle to się nie mogę doczekać opowieści Adeli (mam nadzieję, że zaserwujecie chociaż jedną) i reakcji na nie. Mam przeczucie, że byłaby to świetna rozrywka dla zestresowanych chłopaków.
    Znalazłam też mały błąd:
    „Nie zapali pani lampy? Niewiele widzę w słońcu księżyca” raczej powinno być „świetle księżyca”.
    Pozdrawiam, Wadera.

  8. C. pisze:

    Jak rzadko Betty mnie nie wkurzała swoją osobą i trzeba oddac jej że jest zaradna xD! Mega za to mnie rozbawilo że Will tak wprost spytał Tecu o preferencje xD gdzies w srodku licze ze i jego watek bedzie pociagniety :3
    Weny!

  9. Yaoistka^^ pisze:

    Jest w końcu!! Huehue dorwała go =)
    Nie jestem w stanie nic więcej napisać do mam tyle pytań… Mam nadzieję że wszystkie się ułoży.
    Weny y =)

  10. Jelis pisze:

    Chciałabym powiedzieć że na coś się w końcu przydała ale mam wrażenie że narobi wiecej problemów 😂 nie wiem czemu może się zrehabilituje w moich oczach później. A co do Willa to już zdążyłam zapomnieć jakie rzeczy jest w stanie powiedzieć 😂😂

  11. Omega pisze:

    Już po samym tytule spodziewałam się Betty, ale później sobie przypomniałam, że Adela też nie jest do końca bezpieczną istotą, więc zaczęłam się wahać, ale jak widzę pierwsza myśl często jest tą trafną xD Jestem pewna, że już kiedyś wspominałam, że uwielbiam tą rudą panią od przepiórek, ale ten rozdział sprawił, że moja miłość do niej pogłębia się jeszcze bardziej – plus cieszę się, że nic się jej nie stało przy tej całej akcji :3 Mam nadzieję, że Hamilton szybko wróci, żeby zająć się Smithem, bo jednak choć nie powinien się wyrwać, to lepiej nie ryzykować. Miałam przeczucie, że coś będzie w tym „miodzie” i serio cieszę się, że wszystko poszło zgodnie z jej planem, bo jednak nie chciałabym, aby cokolwiek złego się jej stało.
    Wracając do początku rozdziału… William! Za to właśnie go uwielbiam xD Jego „dumanie nad wielkością fallusa olbrzymiego Indianina” jest czymś, co sprawia, że Will jest Willem xD (nie mam pojęcia, czy to co właśnie piszę ma sens xD) Tak samo fakt, że prawie dostał wzwodu przez dotykanie szwów kochanka ♥ Ogólnie chyba to ta jego bezpośredniość w wielu sprawach sprawia, że go uwielbiam, choć nie jestem pewna, może po prostu to jakaś nieuzasadniona miłość xD. Dobrze, że Jeff wraca już do formy (choć mam nadzieję, że fakt, że dzieje się to naprawdę szybko nie jest jakimś złym omenem).
    Ogólnie dzieje się sporo dobrego w tym rozdziale – Jeff zdrowieje, nikt nie musi się tak stresować obecnością Adeli, bo w końcu znosiła Nicka i Mavericka przez długi czas, więc nie będzie zrażona drobnymi gestami xD, Betty złapała Smitha (i dostanie pewnie sporą finansową nagrodę później :3), wszyscy znów się spotkają i pewnie za niedługo poznamy motywy Jess :3
    Tradycyjnie – Dużo weny życzę ♥

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s