Bonus – Powrót do domu

Rzeczywistość się zmieniła. Dawne majątki już nie miały takiego znaczenia jak kiedyś. Nadal koneksje posiadały swoją moc, ale nie były już jedyną siłą poza pieniądzem, napędzającą ten świat. Wiele zła wydarzyło się od epidemii, ale ludzie powoli zaczynali się do tego przyzwyczajać. Wcześniej przyzwyczajeni byli do tego, że sława i pieniądz dyktuje warunki. Teraz o tym, czy było się kimś, świadczyła krew. A co za tym szło — szczęście. Bo można było być szarym pracownikiem, żyjącym z dnia na dzień, znajdującym przyjemność w prostych rzeczach, aby nagle stać się kimś, komu wszystko wolno. Dean Boyer stał się właśnie kimś takim. Nie było też trudne, aby szampan zaszumiał mu w głowie. A przynajmniej tak było na początku.
Teraz, kiedy minęły już cztery lata od apokalipsy, zdążył odetchnąć. Wyszumiał się i bardziej wrócił do tego, co było wcześniej. Co wcale nie wykluczało tego, że wciąż lubił wyrwać się z domu. Dlatego kolejną noc spędzał w klubie. Bawiąc za pieniądze, które zyskał dzięki swojej krwi. To było takie… łatwe. Znacznie łatwiejsze niż szukanie pracy dla kogoś takiego jak on, jeszcze przed apokalipsą. A teraz, jedynym czego tak naprawdę mu brakowało, było dobre towarzystwo.
Klub był stosunkowo ciemny. Reflektory bardziej oświetlały górne kondygnacje niż parkiet, choć i tutaj co raz migały granatowe i niebieskie światełka. Głośna, pulsująca muzyka, alkohol i fajni faceci kręcący dupami na podwyższeniach.
— Tańczysz lepiej niż oni! — usłyszał niespodziewanie przy swoim uchu.
I jak najpierw odwrócił się z uśmiechem, tak ten szybko zrzedł, kiedy zobaczył faceta.
Starszy, z okropnym wąsem, jakby chciał upodobnić się do kolesi z rysunków Toma Finlanda, ale brakowało mu do tego odpowiedniej sylwetki, urody i wystarczająco wysokiego poziomu męskości. Wyglądał tak naprawdę jak jakiś… wujek.
— Wiem — odparł z dumą, nie zrażając się.
Umiał sobie radzić, chociaż pewnie wielu uważałoby inaczej. A na pewno ci, którzy twierdzili, że jako zdrowy powinien być trzymany w złotej klatce. Nie znał chyba nikogo takiego jak on, kto byłby grzeczną owieczką rządu. A na pewno nie po tylu latach bycia dojną krową.
— Naprawdę… Jestem pełen podziwu — dodał mężczyzna, podsuwając się do niego bez oporów, choć w tym tłumie to wcale nie było nic dziwnego. Łatwo było się przypadkiem do kogoś przykleić. Ale na pewno nie przypadkiem położyć mu dłonie na biodrach i ścisnąć.
Dean spojrzał na faceta z niechęcią. Uśmiechnął się sztucznie, położył mu palec na czole i odsunął swój tyłek od dotyku.
— A ja „naprawdę” nie jestem.
Mężczyzna wykrzywił wargi z niezadowoleniem. Chyba nawet miał łysinkę, która Deana absolutnie nie przekonywała. Odsunął się więc i podążył w kierunku baru. Ale… facet poszedł z nim, przeciskając się przez tłum.
— Poczekaj no, panienko — poprosił ze śmiechem, łapiąc go za nadgarstek tuż przed barem.
Dean wziął głębszy oddech. Nie zaczął się szarpać. To nigdy nie pomagało.
— Po pierwsze, nie panienko. Po drugie, jesteś łysy i brzydki. Nie zarywaj mnie, bo na to nie polecę.
— Co? Ty chyba sobie kpisz! Każdy z was potrzebuje dobrego, bogatego faceta, który o was za…
Mężczyzna chciał mówić dalej, gdy znowu położył dłoń na pośladku Deana, ale ta szybko została zabrana. Czyjś silny, miażdżący uścisk złapał ją w przegubie, po czym napastnik szarpnął ciałem mężczyzny i przycisnął go do kolumny przodem ciała.
— Z całym szacunkiem, drogi gościu, ale jak ten uroczy pan mówi, że nie chce, to znaczy, że masz nie dotykać ani skrawka jego ciała, jasne? — zamruczał mu do ucha ochroniarz.
Dean, widząc całe zajście, aż się uśmiechnął. Nie odszedł, by zostawić ochronie zajęcie się natrętem. Poczekał, chcąc popatrzeć, jak ten zaczyna się pieklić i warczeć, że jest zdrowym i że nie życzy sobie takiego traktowania.
— Ten pan też jest zdrowy. Tak jak większość klientów tego klubu, więc twoja wyższość tutaj nie istnieje. On nie chce, więc ty nie dotykasz. A jeśli dotykasz, to stąd wypadasz. Nie jesteś jednym, który płaci za drinki i pozwala zarobić lokalowi — dodał ochroniarz już twardszym tonem. A im bardziej zniżał w groźbie swój głos… tym bardziej zwierzęce wrażenie sprawiał. Marszczył nos, ściągał brwi i zaciskał naprawdę duże dłonie w pięści. Był nieźle zbudowany i na pewno owłosiony, co było widać po jego przedramionach. Miał na sobie tylko czarny, obcisły podkoszulek i jeansy. I oczywiście plakietkę na piersi, mówiącą o jego funkcji.
— Dobra, dobra, okej, zostaw mnie! — natrętny jegomość poskarżył się i w końcu zrezygnował. Miał dość. Nie chciał być wystawiany na agresję tego nadgorliwego ochroniarza.
Dean z czystą przyjemnością oglądał, jak zaczął się płaszczyć. I w końcu też odszedł.
Ludzie wokół, w tym barman, zupełnie olali sprawę, mimo że z początku czujnie się przypatrywali. Ale teraz było po wszystkim. Mogli wrócić do zabawy, zaś ochroniarz podejść do Deana. Miał lekki zarost, dziwnie nieruchomą część twarzy i zaczesane do tyłu włosy. Boki miał wygolone, a szczękę szeroką. Był typowym… samcem.
— W porządku? — zagadał zdrowego gościa klubu.
— Tak. Całkiem, całkiem w porządku. Na pewno lepiej niż chwilę temu — odparł wysoki i szczupły mężczyzna, patrząc na ochroniarza nieznacznie z góry. Ten zresztą miał szczęście że Dean nie założył szpilek. — Fajnie było bezkarnie wyżyć się na zdrowym?
Przez twarz ochroniarza przemknął cień, a jego brwi znów groźniej się ściągnęły.
— To nie wyżycie się, tylko moja praca. Zresztą, obserwuję was wszystkich i płacisz za drinki więcej niż on. Chronię wyższe dobro — dodał z lekkim, jakby droczącym się uśmiechem.
— Chciałeś powiedzieć lepszą dupę? — Dean zaśmiał się. Po tym skinął na niego i zbliżył się do baru, aby zasygnalizować gestem, że chce się napić. — Cała noc?
Ochroniarz obejrzał się na klub, próbując ogarnąć spojrzeniem, czy coś się działo. Było spokojnie, więc zbliżył się do baru i przysiadł na wysokim krzesełku. Barman tylko rzucił mu krótkie spojrzenie, lecz czekał na zamówienie od klienta w stosownej odległości.
— Jak każda. Nie spędzam już nocy w domu — odpowiedział spokojnie ochroniarz.
Dean pokiwał głową i zamówił sobie drinka. Podobnego jak ostatnio. Kolorowego i z palemką. Sam też przysiadł na wysokim stołku i założył nogę na nogę. Miał dziś co prawda długie jeansy, ale bardzo ciasne i bardzo dziurawe. Widać było sporo jego ciała. Tak samo jak przez półprzezroczystą koszulkę.
— Czyli nie mam co liczyć na wcześniej skończoną zmianę.
A jedna brew ochroniarza powędrowała do góry z zaskoczeniem. Podobnie jak kącik ust z rozbawienia.
— Mmm… Mało masz emocji w życiu, że ryzykowałbyś coś więcej z chorym?
— Nie ja pierwszy, nie ostatni. Och… — Urwał, aby podziękować za drinka. Był wyjątkowo ładnie zrobiony. A do tego barman puścił mu oczko. — Dzięki, słodki jesteś! — zawołał za nim. Napił się i dopiero znów zwrócił się do ochroniarza. — I jak pracujesz jako ochroniarz, to chyba całkiem nieźle sobie radzisz z wirusem.
Mężczyzna prychnął i oparł łokieć o blat. Cały czas zerkał na ludzi w klubie, ale jego wzrok też bez skrępowania prześlizgiwał się po ciele Deana. I tylko tyle robił, bo ten wiedział, że ochroniarze mieli stanowczy zakaz dotykania klientów. Chyba że pojawiały się takie przypadki jak tamten „wujek”.
— Bo bardzo dużo pracuję jako ochroniarz — wyjaśnił z krzywym uśmiechem. — A ty ewidentnie szukasz jakiegoś towarzystwa, chociaż ani razu tej nocy nie poszedłeś do darkroomu.
Dean najpierw skrzywił się na samą myśl o miejscu, jakie zostało wspomniane. Po tym jednak szybko się uśmiechnął, kiedy coś zauważył.
— Niby tak, ale… to przywodzi na myśl spostrzeżenie, że zwróciłeś na mnie uwagę już wcześniej.
— No jasne. Masz fajną dupę — odparł ochroniarz prosto i obejrzał go całego. Od szczupłych kostek, przez wytarcia na jeansach, po płaski brzuch, długą szyję i jasne oczy. Bardzo jasne oczy. Już kiedyś widział go w tym klubie, ale do tej pory nie miał okazji aż tak dobrze przyjrzeć się jego twarzy. Szczupłej, o jasnych ustach, lekkich piegach i staranie upiętych w górę, długich włosach.
— A niby siedzę do ciebie przodem — rzucił, uśmiechając się figlarnie. — I codziennie tak ciężko pracujesz?
— Mhm. I niedługo będę musiał zrobić obchód — odmruknął ochroniarz, rozglądając się po klubie. — Jeśli chcesz pogadać poza pracą, możesz na mnie poczekać na parkingu. Ale wiem, że tacy jak ty nie wychodzą z klubów sami… — dodał z ledwie dostrzegalną nutą zawodu w głosie, po czym wstał z krzesła barowego.
Dean znów siorbnął drinka. Widać było, że się zastanawia.
— Do której?
— Piąta — wyjaśnił krótko mężczyzna. — Nie obiecaj i nie mów „nie”. To żadne zobowiązanie. A na razie… uważaj na siebie — dodał niższym głosem i zostawiwszy Deana samego przy barze, zniknął w tłumie.
Dean odprowadził go spojrzeniem. Na ile mógł przez tłumy i jasne światła, które mocno migały w ciemności. Nie zamierzał obiecywać ani mówić „nie” potencjalnym kąskom, ale też nie zamierzał tego robić w stosunku do drinków. Niby nie powinien, ale prawo w ostatnim okresie na tyle złagodniało dla zdrowych, że… sobie folgował.

***

Był wstawiony. Nawet sam to wiedział. W jego odczuciu tłumaczyło go to z winy bycia wstawionym. Przecież się kontrolował. Zaśmiał się sam z siebie, kiedy tłumaczył to sobie w myślach.
Poznał lepiej barmana. Im później się robiło i im mniej klientów było w klubie, tym miał większe szanse z nim pogadać. Tak samo więcej osób miało szansę zmacać go po udach, kiedy coś zamawiali. Ale z nikim nie poszedł do darkroomu. To nie było miejsce, w którym chciał skończyć tę noc. Lubił pieprzyć się bez zobowiązań, ale wciąż wolał robić to w innych warunkach. A im później się robiło, tym bardziej nie chciał tam lądować, bo pewnie teraz było tam dość… brudno. Tak samo jak na parkiecie pusto. Ludzie wychodzili, dochodziła godzina zamknięcia klubu, a on dalej tu siedział.
Trochę potańczył, dużo się napił i ogólnie dobrze się bawił. A kiedy już było bliżej do piątej niż dalej… został już do końca. Trochę dlatego, bo nic mu się nie chciało, trochę dlatego, bo był ciekawy.
— No dobra… zamykamy — odezwał się barman, kiedy już zabrał się za sprzątanie. — Ale jeśli chcesz jeszcze przedłużyć noc, to…
— O, jednak czekasz — przerwał mu ochroniarz, który właśnie zbiegł po metalowych schodach na parter.
Był ubrany w skórzaną kurtkę, przez którą wydawał się jeszcze większy. Przez ramię miał przewieszoną torbę, a na widok siedzącego przy barze Deana uśmiechnął się bokiem ust.
— Miałem na parkingu, ale tam jeszcze zjadłby mnie jakiś dziki — odpowiedział Dean, ziewnął i wstał z barowego stołeczka. Puścił oczko barmanowi i sięgnął do kieszeni. To, co płacił za drinki, szło bezpośrednio z jego karty, a on wolał jeszcze dać napiwek samemu barmanowi. Położył pieniądze na blacie i podał mu dłoń. — Dzięki.
Barman od razu się uśmiechnął i odpowiedział na uścisk. A gdy potem Dean odsunął się od baru i aż nim zachwiało, ochroniarz błyskawicznie podtrzymał go w pasie.
— Dobra… Teraz nie wiem, czy czekałeś, myśląc o mnie, czy dlatego, że straciłeś poczucie czasu przez… — wychylił się do jego szczęki i powąchał skórę — gin.
— Miał być z tonikiem — odpowiedział Dean i poklepał go po klatce piersiowej. Pomachał jeszcze raz barmanowi i wskazał… kierunek. Nie do końca wyjścia, ale zapewne taki był jego zamiar. — Do karocy.
— A masz jakąś? Ja swoją sprzedałem — odpowiedział ochroniarz z rozbawieniem, powoli prowadząc go w stronę wyjścia. Inni klienci też się zbierali, wyganiani przez barmana.
— Mhm, mam. Ale teraz jednak bardziej niż kierowcy, potrzebuję samochodu. Nie czekaj, na odwrót. Potrzebuję kierowcy, więc… Chwila. — Dean jęknął i sięgnął po telefon do kieszeni. Musiał wezwać kierowcę, aby ich stąd zabrał. Wyciągnął więc komórkę w złotym, błyszczącym etui z jakąś zawieszką.
— Wiesz, mam prawko, jakby co. Chcesz jechać do ciebie? — zapytał ochroniarz, pilnując, żeby mężczyzna nie potknął się o próg przy wyjściu z klubu.
— Mmm, jesteś słodki, ale przywieźli mnie, więc nie masz czego prowadzić. — Dean zaśmiał się, obejmując swoimi chudymi ramionami szeroki kark ochroniarza. W międzyczasie wezwał transport, będąc pewnym, że jeśli zapomni, jak iść, to będzie kto miał go łapać.
Ochroniarz mu nie przeszkadzał, chociaż słyszał, że bełkocze. Nie wtrącał się mimo wszystko i po prostu przystanął z nim na ulicy, pod latarnią oświetlającą tę zapomnianą przez wszystkich uliczkę. Zaraz za klubem znajdowało się ogrodzenie z drutem kolczastym, ponieważ kiedyś w tamtej okolicy widziano dzikich. Tereny były wciąż co jakiś czas przeszukiwane. Patrole wojskowych również często jeździły po obrzeżach miasta, by nie dopuścić do pojawienia się dzikich już tutaj, a tym samym zapobiec potencjalnemu owładnięciu miasta. Jak to już stało się z kilkoma mieścinami w całych Stanach.
Powietrze było chłodne o tej godzinie, a Harley widział, że Dean miał przewiewną, prześwitującą bluzkę. Dlatego oparł go stabilniej o latarnię i zdjął swoją kurtkę.
— Masz, marzniesz, nawet jeśli nie czujesz — powiedział, zarzucając ją o na jego ramiona.
Chudy blondyn uśmiechnął się. Jak ludzie bali się dzikich, tak pewnie baliby się jeszcze bardziej, gdyby ci mieli takie zęby, jak ten zdrowy. Ochroniarz teraz mógł to w końcu lepiej zobaczyć. Nie były zwyczajne, lecz ostro zakończone. Przez nie czasami bardziej dokładne musiał przekonywać, że jest zdrowym, a nie chorym.
— W ogóle, kiepska kolejność. Najpierw zapraszam chorego do siebie, a później pytam o jego imię.
— Harley — odpowiedział krótko mężczyzna, gdy już założył mu kurtkę. Sam wsunął dłoń w kieszeń spodni, a drugą wciąż kontrolował Deana. — Gdybyś był dziki, wyglądałbyś na serio jak koszmar dzieci — dodał, skinąwszy na jego usta.
Dean z początku nie zrozumiał, ale zaraz uśmiechnął się i jeszcze pokazał mu swój rozcięty język.
— Ty chyba nie jesteś dzieckiem?
Harley od razu bardziej zaciekawił się jego ustami. Zapatrzył się na nie o chwilę za długo, po czym stanął przodem do mężczyzny.
— Skraść ci pocałunek przed przyjazdem kierowcy, czy nie skraść…? — zamruczał, ogarniając spojrzeniem całą jego twarz. Następnie sam zdecydował i wcałował się w jego usta gorąco, zdecydowanie i pewnie.
Od razu usłyszał przyjemne dla ucha, miękkie stękniecie oraz poczuł dłonie oplatające jego kark. Zdrowy smakował ginem i tonikiem, a także czymś słodkim. Co jednak najbardziej zapamiętał z tego pocałunku, to moment, kiedy jego język został opleciony tym rozdwojonym.
Chwilkę zapomnienia przerwał im przyjazd kierowcy. Ten zatrąbił na nich, a Harley odsunął się od twarzy Deana. Uśmiechnąwszy się bokiem ust, klepnął w pośladek.
— Jedziemy — postanowił, otwierając drzwi przed wyższym mężczyzną.
Ten nie obraził się za ten gest wykonywany głównie do kobiet i wsiadł do auta. Kierowca był mu znany, dlatego tylko poinformował go, że jadą do domu.
— Tak jest, panie Boyer — odparł kierowca, kiedy Harley zamknął za sobą drzwi.
Ochroniarz nie miał pojęcia, dokąd jadą, ani jak wróci stamtąd do siebie do domu. Nie miał zbyt wielu pieniędzy, bo większość szła na lekarstwa. Ale teraz to się dla niego nie liczyło. Skupiał się na mężczyźnie siedzącym obok. Położył mu swoją wielką dłoń na udzie i lekko ścisnął. Lecz nie obmacywał go bardziej w obliczu kierowcy. Nawet jeśli miękko płynący po jezdni i cicho pracujący samochód nastrajał do świntuszenia. Było w nim ciepło, ciemno, a do tego pachniało. Musiał być nowy.
Dean zresztą nie miał nic przeciwko pieszczotom. Znalazł sobie wygodną pozycję z nogą na nodze, opierając się całym ciężarem o bok Harleya.
— To jak? Często dajesz się tak zabierać przez takie panienki do siebie?
— Nie bardzo. Mało która „panienka” chce ryzykować zabranie do siebie chorego, bez uprzedniego wywiadu, w jakim on jest stanie i bez zobaczenia aktualnych badań, czy nad sobą panuje — wyjaśnił Harley z grymasem, wyglądając przez okno.
Nawet teraz, nocą, widział patrole wojskowych. Ciężkie samochody, uzbrojeni mężczyźni. Ulice były strzeżone dzień i noc. Od czasów epidemii armia Stanów Zjednoczonych znacznie się powiększyła.
Dean popatrzył na niego jednym okiem i krótko ziewnął. Był zmęczony dniem i alkoholem.
— A powinienem spytać o twój stan? Bo jak coś, w domu poza kondomami mam też leki.
Jego rozmówca od razu odwrócił spojrzenie od latarni świecących przy drodze.
— Masz kogoś pod swoją opieką?
— Czasami pomagam kumplowi. Ale nie lubi tego, więc to okazjonalnie. A poza tym, pomyśl, potworze, mam też kondomy. Po co mogą mi być awaryjne leki?
— Spoko, nie będziesz musiał nieoczekiwanie ich na mnie używać. Dałem sobie w żyłę przed wyjściem z roboty — wyjaśnił mężczyzna z krótkim uśmiechem i pomasował bardziej wnętrze jego uda. Musiało mu się podobać.
— Mmm… To dobrze — odpowiedział Dean, a kierowca skręcił w już ostatnią prostą. Harley, gdyby nie był tak skupiony na towarzyszu, na pewno poznałby okolicę wcześniej, a nie kiedy kierowca się zatrzymał i oznajmił, że dotarli. — Nareszcie, przysypiałem.
Wysiedli z samochodu, a Harley zastygł. Ogarnął spojrzeniem dobrze mu znany, zbudowany z czerwonej cegły budynek. Potem spojrzał na uliczkę i pobliski sklep, w którym kiedyś codziennie robił zakupy.
— Tutaj mieszkasz? — zapytał pustym głosem.
— Mhm. To jest to mieszkanie na górze, w tymi wielkimi oknami. Zachęca do łażenia nago. — Zaśmiał się, kierując się już chwiejnym krokiem w kurtce Harleya do drzwi wejściowych. — Poprzedni właściciel miał fajny gust.
— Mm — odmruknął ochroniarz, podążając za nim niemalże na miękkich nogach.
Bardzo dobrze znał to mieszkanie. Wiedział, jak wyglądało w środku. Jaki był stamtąd widok. Jak wygodnie mieszkało się w tym lofcie. Ale musiał to wszystko porzucić, sprzedać. Wszystko dlatego, że rząd nie chronił takich jak on. Wolał zasypywać luksusami zdrowych obywateli, a tych potrzebujących zostawić samych sobie. Byli wybrakowani, niepotrzebni. A w obecnych czasach próżno było szukać sprawiedliwości.
I właśnie teraz odczuwał to dobitnie, kiedy spotkany w klubie zdrowy prowadził go do jego wcześniejszego mieszkania. Musiał być tego nieświadomy, bo cały czas luźno z nim flirtował, gadając o wszystkim i o niczym, dodatkowo nakręcony alkoholem. Kiedy byli już przy wejściu do samego loftu, zaparł się, aby otworzyć ciężkie, przesuwne drzwi. Harley mu to ułatwił, kiedy szarpnął je i przesunął. Po tym wszedł za gospodarzem do środka i na sekundę przestał oddychać, kiedy ogarnął spojrzeniem cały loft.
Wiele się nie zmieniło. Na pewno nie było tu żadnego większego remontu. Lodówka była większa, jedna ściana w innym kolorze, jeśli dobrze pamiętał. Podłoga była trochę ciemniejsza. Kominek wciąż był centralnym i ważnym miejscem w tym mieszkaniu, lecz meble bardziej kolorowe niż wcześniej. Przybyło też sprzętu grającego, zaś w wolnej przestrzeni przy oknie zobaczył parkiet taneczny i rurę do tańca. Ale i tak poznawał swoje mieszkanie. Chociażby przez takie szczegóły jak inicjały wydrążone nożykiem w pomarańczowej cegle. S.B.
— Rozgość się. Napijesz się czegoś?
— Nie — odpowiedział od razu, wahając się przed wejściem dalej. Mimo tego, jak seksownym mężczyzną był Dean, teraz ważniejsze było to, co obserwował wokół. Coś, co było mu kiedyś bardzo drogie, a co zostało mu odebrane. I teraz znajdowało w cudzych rękach.
— Prysznic w takim razie? — spytał gospodarz i pokierował się w stronę łazienki. Po drodze już się rozbierał, rzucając ubrania na podłogę. Obejrzał się zalotnie do gościa, kiedy był już bliżej drzwi. Nie złapawszy jednak jego spojrzenia, ściągnął jaśniutkie brwi. — Hmm? Co jest, potworze?
Ochroniarz wciąż stał w miejscu, w którym się zatrzymał, gdy wszedł do środka. Uczucie bycia intruzem w swoim dawnym mieszkaniu wzbudzało w nim mdłości. Nie był w stanie zrobić kroku dalej.
— Sorry, że zepsuję ci końcówkę tej nocy… ale chyba wracam do domu — mruknął, cofając się do drzwi. — Nie rozumiesz, ale… Straciłem ochotę.
Dean, słysząc to, od razu spuścił wzrok. W końcu jednak poprawił włosy do tyłu i pokiwał głową.
— Jasne — zgodził się i już normalnie na niego spojrzał. — Zapędziłem się? — spytał, starając się myśleć mimo bycia wstawionym.
— Nie. To nie twoja wina. Jesteś słodki — odmruknął Harley i znów odsunął ciężkie drzwi. Im dłużej tu przebywał, tym gorzej się czuł. Musiał stąd wyjść, bez znaczenia, jak obcesowe to było z jego strony. — Uważaj na siebie. Nie dawaj się obmacywać jakimś staruchom — dodał i zwyczajnie wyszedł. Zapomniawszy o kurtce, o manierach i o tym, co chciał zrobić z tym mężczyzną tego, już właściwie, poranka.
Zostawił w pustym mieszkaniu zdrowego, który nie był kompletnie świadom, w jakiej sytuacji postawił poznanego w klubie ochroniarza. Niewiedza jednak nie poprawiła mu humoru. Na tyle, że zrezygnował z prysznica i od razu poszedł do łóżka. Niestety w innym celu, niż z początku myślał.

***

Minął tydzień od czasu, kiedy Dean pośrednio dostał kosza od dużego pana ochroniarza. Jeżeli w ogóle można było tak na to patrzeć. Nie rozumiał, dlaczego ten wyszedł, ale nawet nie chciał tego analizować. Dalej żył swoim życiem. Pełnym rozrywek, swobody i lekkości ducha. Dwa razy widział się z przyjacielem, kilka razy nasłuchał się od lekarzy, że powinien bardziej uważać na dietę. Dostał też reprymendę za to, że nie pojawiał się na badaniach. Nie przejmował się tym, ale i tak wiedział, że od czasu do czasu powinien grać grzecznego zdrowego, by mieć z tego pieniądze.
Wszystkie te wyrzuty i kazania musiał sobie jakoś zrekompensować. Dlatego udał się na zakupy. Spędził na nich połowę dnia, aż późniejszym, całkiem słonecznym sobotnim popołudniem wracał do domu z siatkami pełnymi ubrań. Był zadowolony i już chciał poprzymierzać to wszystko u siebie w domu. Nie spodziewał się jednak, że ktoś będzie na niego czekał…
Ochroniarza poznał od razu. Ten był duży i umięśniony, dzięki czemu było go widać już z daleka. A teraz siedział na murku przy jezdni, tuż pod budynkiem, w którym mieszkał Dean. Na oczach miał ciemne okulary, więc zdrowy nie wiedział, czy już został dostrzeżony.
Obejrzał się za siebie, upewniając się, czy to na pewno o niego mogło chodzić. Było to głupie, skoro Harley był pod jego mieszkaniem. Ale zwyczajnie nie spodziewał się, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczy.
Podszedł do niego pewnym krokiem.
— Hej? — zagadał z naręczem zakupów. Także miał okulary na nosie, ale uniósł je, zaczesując nimi włosy, spięte w napuszony, dobierany warkocz.
Harley uniósł na niego spojrzenie, ale nie wstał. Z ruchu jego głowy Dean zobaczył, że zlustrował go z góry na dół.
— Hej — odpowiedział sztywno i skinął na torby. — Coś fajnego złowiłeś?
Dean także popatrzył na torby. Kupił sporo, ale lubił zakupy. Bardzo.
— Kilka fajnych rzeczy. Ale… co tu robisz? — przeszedł do rzeczy.
Wargi ochroniarza skrzywiły się. Ten wreszcie zdjął okulary i zawiesił je sobie na kołnierzyku czarnej podkoszulki.
— Masz moją kurtkę.
— Aha…
— Dobra, serio to wpadłem przeprosić za to ostatnie. Chciałem to zrobić w klubie, ale cię nie było. A wiem, że zachowałem się jak dupek.
— Lekarze za bardzo jęczeli, więc sobie na ten tydzień odpuściłem. Inne rozrywki za to były. — Pokazał mu jeszcze raz torby i nie skomentował przeprosin. Nie było za co przepraszać, ale czuł się kolejnego dnia na tyle niepozytywnie wydymany, że nie umiał teraz odnieść się pozytywnie do tych słów. — Chcesz wejść?
Harley popatrzył krótko na wielkie okna loftu.
— Pomyślałem, że może dasz się wyciągnąć gdzieś na kawę. Mogę poczekać, aż zostawisz torby. Chyba że masz plany albo nie chcesz, to nie ma problemu — dodał spokojnie.
Dean zmarszczył zabawnie nos i pokręcił ustami na boki.
— Nie, poczekaj. Zaniosę to tylko na górę.
— Okej. Dzięki. — Harley uśmiechnął się do niego krótko. — Sorry, ale jeszcze powiedz… jak w ogóle masz na imię?
Dean zaśmiał się, słysząc to pytanie.
— Wybacz, to w sumie moja wina. Dean, ale nie mam ręki, aby ci ją podać. W ogóle, nie chcesz mi pomóc z tym, czy wolisz poczekać?
Drugi mężczyzna skrzywił się, jakby miał zrobić coś, czego bardzo nie chciał. Myślał chwilę, ale wreszcie uniósł się z murku i zabrał od niego dwie torby z butami.
— Dobra, prowadź. Ale potem spadamy do kawiarni.
— Jasne. — Dean podziękował mu i pierwszy ruszył na górę. Z racji, że Harley uwolnił jedną jego dłoń, już na schodach poszukał klucza do mieszkania. Kiedy je otworzył, Harley odsunął je, puszczając zdrowego przodem. Ten tylko wszedł do środka i odstawił torby pod ścianę. — Jeszcze sekundkę — poprosił i na chwilę pobiegł w stronę sypialni. A raczej przestrzeni będącej sypialnią, którą dobrze było widać z każdego zakątku loftu. Harley stał więc w progu i oglądał się za nim, czekając. Nie chciał wchodzić głębiej.
Dean wrócił po dosłownie chwili. Nie przebrał się. Nadal był w krótkich spodenkach do kolana, luźnej bluzce i kardiganie w kolorze musztardy. Na ramieniu miał skórzaną torebkę pasującą do śmiesznych vansów, które wyglądały jak arbuzy. Miały zieloną podeszwę, a całe były czerwone w czarne „pestki”.
— Już jestem. Idziemy.
Kącik ust Harleya uniósł się w rozbawieniu.
— Dobra, to chodź. I sorry, ale będzie kawiarnia, do której wpuszczają też chorych — dodał, kiedy wychodzili z loftu. Zasunął drzwi za gospodarzem.
Ten jeszcze zamknął je, ustawił alarm i schował klucz do zielonej torby na ramię.
— Spoko. Nie lubię za bardzo zdrowych tak naprawdę. Znaczy nie wszystkich, ale wielu jest takich… — Wzruszył ramionami, zbiegając na dół. Harley widział, jaki był zarówno energiczny i jak lekko się poruszał.
Podążał za nim, nieustannie go oglądając.
— Chorzy nie lubią zdrowych, zdrowi nie lubią zdrowych… Jesteście chyba mało lubiani, chociaż konieczni do przetrwania tego pieprznego świata. Choć nie wiem, po co. Wszystko i tak wygląda, jakby się miało rozpierdolić — rzucił, gdy wyszli na świeże powietrze.
Założył okulary na nos i wsunął ręce w kieszenie. Wiedział, dokąd prowadzi, bo dobrze znał tę okolicę.
Dean też nasunął duże, kolorowe okulary na nos. Słońce mocno raziło go w jasne oczy.
— Pesymista z ciebie? — spytał, idąc tuż obok niższego od siebie, ale dużo szerszego w ramionach mężczyzny.
— Raczej realista. Populacja ludzi jest coraz mniejsza. Rządy różnych krajów odpierdalają jakieś czystki. Kwarantanny w wielu krajach to po prostu zrzucanie „koniecznych” bomb. Sama wojna w zachodniej Europie mówi, że mocno się pierdoli. — Harley mówił swoim niskim, poważnym głosem. Przeszli na skos po prawie pustej ulicy, choć w oddali widzieli zaparkowany przy markecie, wojskowy wóz. — I nawet ty, jako zdrowy, nie możesz być pewien, czy jakiś dziki nie zaatakuje cię w nocy. Szczególnie gdy nie masz kogoś, kto cię obroni — dodał już trochę żartobliwie.
Dean słuchał tego, ale trochę wypuszczał to drugim uchem. Nie chciał się zagłębiać w takie tematy. Choć jako zdrowy miał wiele wspólnego z rządem, lekarzami, naukowcami i wszystkimi tego pokroju ludźmi, to nie chciał się za bardzo mieszać w te podziały.
— I z tego powodu, że źle się dzieje, powinienem nie wychodzić z domu i bać się? — spytał z lekkim prychnięciem. — Przestań. Chyba nie po to wyciągasz mnie na kawę?
Harley ściągnął brwi, kiedy popatrzył na niego uważniej.
— A gdzie ja powiedziałem, że masz nie wychodzić z domu i się bać?
— Odczytałem to z tej wzmianki o dzikim atakującym mnie w nocy.
Ochroniarz zaśmiał się krótko.
— Nie, nie takie było przesłanie — odparł i skinął na szyld kawiarni widocznej na rogu. Była mało wytworna, lecz dzięki temu też tania. A mimo wszystko nie podawano tam złej kawy. Czasami zdrowi przychodzili do takich miejsc, ponieważ w menu nie było żadnych… obostrzeń, jak w knajpach dla zdrowych. Zdecydowanie przywilej spożywania tego, co się chciało, był dla chorych olbrzymią przewagą. — Po prostu dobrze mieć przy sobie pałkę, broń albo silnego faceta.
— Mam broń — odpowiedział Dean mimochodem i wychylił się na bok, aby lepiej obejrzeć sobie knajpkę, do której wchodzili. — Znasz to miejsce? Wygląda przytulnie.
— Zanim zapanowała apokalipsa, często tu chodziłem — przyznał Harley i wszedł za Deanem do kawiarni.
Główny zapach poza kawą, jaki się tu roznosił, to woń świeżego pieczywa. Po kawiarence kręciły się dwie kelnerki w brązowych fartuszkach, zaś za ladą stał brodaty barrista. Dwójka gości zajęła krągły stolik przy wąskiej kolumience, a kelnerka od razu podała im menu.
— Dzięki. — Dean odpowiedział dziewczynie, która jak każdy odruchowo zmierzyła go wzrokiem. Miał bardzo jasną karnację i ubierał się kolorowo, co było rzadkie od czasu epidemii. Zupełnie jakby ludzkość przybrała swoistą żałobę. — Coś polecasz? — spytał Harleya, kiedy wygodnie się usadowił, a kelnerka odeszła.
— Lody. Nie wiem, co jest w ich recepturze, ale nie pożałujesz. I nie mówię dlatego, że lubię patrzeć na twój język — dodał, samemu przeglądając menu tylko pro forma, bo już wiedział, co chciał.
Blondyn zaśmiał się i zaraz spojrzał na listę lodów. Pewnie były pełne cukru i nie mógł ich jeść, ale i tak zamówił owocową mieszankę. Oraz latte.
Kiedy czekali na swoje zamówienie, Harley wrócił do tematu ostatniej nocy. Okulary znów zawiesił na kołnierzyku, a przedramiona oparł o krawędź stolika.
— Nie jesteś do mnie jakoś uprzedzony po ostatnim razie?
— Cóż… — Dean wzruszył ramionami. — To było słabe. Ale domyślam się, że dalej nie chcesz o tym gadać, nawet jeśli przyszedłeś przeprosić. Za co nie musisz, to było w końcu nic.
Harley ściągnął brwi i przyjrzał się uważniej jego minie.
— Ej. Masz jakąś teorię, dlaczego nie chciałem kontynuować?
— Bo byłem najebany i obawiałeś się, że jak mnie przelecisz, to później mi coś odwali i cię o coś oskarżę? — zapytał Dean z uśmiechem rozbawienia, bo szczerze nie miał pojęcia, o co mogło chodzić.
Jego rozmówca zaśmiał się krótko.
— Nie. Nie o to chodziło. Powinienem wyjaśnić, a nie wychodzić w taki denny sposób. Dlatego przyszedłem przeprosić — wyjaśnił, choć urwał, kiedy podeszła kelnerka z ich zamówieniem.
Przed Deanem postawiła pucharek owocowych lodów, zaś przed Harleyem czekoladowo-orzechowych. Do tego dwie kawy w wysokich, wąskich szklankach. Obaj podziękowali im, chociaż Harley zauważył, że Dean nie uśmiechał się do niej tak, aby było widać jego zęby. Mógł tylko się domyślać, ile nieprzyjemnych sytuacji miał przez nie. Choć były urocze, jego zdaniem.
— Okej. W takim razie, jeśli tak mówisz, to czemu tak wyszedłeś?
— Chodzi o twoje mieszkanie — odezwał się spokojnie mężczyzna, skrobiąc łyżeczką po lodach. — Kiedyś było moje.
Dean od razu zrobił większe oczy, patrząc na niego z niedowierzaniem. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Jakie było prawdopodobieństwo, żeby coś takiego się wydarzyło? Nie poczuł się z tym komfortowo. Nie był przygotowany na taką wieść.
— Och… Dlatego kawa?
— Mhm. Sorry. Po prostu… trudno mi było wejść do mieszkania, którego nie chciałem oddawać.
Dean pokiwał głową i siorbnął kawy. Powyginał palce na blacie stolika i w końcu uśmiechnął się do Harleya.
— To bardzo fajne mieszkanie. I przykro mi, że przytrafiło ci się, że zachorowałeś. Może jakoś ciebie pocieszy fakt, że… Może jednak nie. To po przemyśleniu mało pocieszające.
— Hm? — Harley wpakował do ust łyżeczkę lodów. — No co?
— Nic. Po prostu, jakby ci to powiedzieć? Apokalipsa chyba zamieniła nas miejscami. Ale jednak myślę, że to żadne pocieszenie.
— Żadne — przyznał Harley z krzywym uśmiechem i skinął na lody drugiego mężczyzny. — I jak? Smakują?
Ten pokiwał głową i jeszcze oblizał łyżeczkę, którą chwilę temu napełnił.
— Mhm. Pyszne — zgodził się, zadowolony z zaproszenia w to miejsce… ale też bardziej wyciszony po tym, co usłyszał. Lubił przebywać z chorymi, byli bardziej naturalni, ale teraz czuł się jak złodziej. A nie było to przyjemne uczucie nawet dla osoby, która swego czasu miała konflikt z prawem.
— Nie mówiłem też dlatego, żebyś nie czuł się źle. Bo wiem, że to nie twoja wina. Miałem po prostu… zgryz — mruknął Harley trochę pocieszająco. Stuknął Deana pod stolikiem w łydkę. — Ej. Nie rób takiej miny. Masz śliczny uśmiech, więc się nie spinaj.
Od razu otrzymał na to odpowiedź w postaci uśmiechu. Ale takiego, jaki ten blondyn pokazywał innym. Jak chociażby tej kelnerce.
— Nie spinam się. Wybacz. Zamyśliłem się nad tym. — Machnął ręką i znowu zjadł łyżeczkę lodów. — Pracujesz dziś?
— Taa… Już się totalnie przestawiłem na niespanie nocą i odsypianie w dzień — prychnął. Wrócił do jedzenia lodów. — Dalszy ciąg pilnowania, by nikt nie zaczepiał zdrowych, by nie robił burd i nie szmuglował leków w darkroomach. Nie masz pojęcia, ile razy musiałem sprawdzać w dupach klientów, czy czegoś nie mają. I jak często coś tam na serio było.
Dean zaśmiał się, chociaż aż tak do końca nie było mu do śmiechu. Przypominały mu się czasy, kiedy ochrona wywlekała go z klubów. Tak, w czasach przed apokalipsą bardzo by się różnili.
— To stwarza dobre okazje, jeśli ci się spodobają.
— Ty mi się spodobałeś. A może coś więcej… Zaintrygowałeś. Mam wrażenie, że w przeciwieństwie do wielu zdrowych nie pławisz się w swoim szczęściu i nie afiszujesz nim, tylko… — Harley zamyślił się i uśmiechnął specyficznie jedną połową twarzy — tylko się tym bawisz. Jak beztroski ptak. To… słodkie i seksowne.
— I zabrałem ci twoje mieszkanie. Bardzo słodkie i seksowne — odparł Dean, wycofując się.
Ten mężczyzna też mu się spodobał. W końcu nie czekałby dla byle jakiego typa tyle godzin w klubie. Ale to było za wiele. Może faktycznie był beztroskim ptakiem i chciał, aby tak zostało. Bez zmartwień o to, że ktoś, z kim flirtował, zastanawiał się, jak tu wrócić na swoje włości.
Ochroniarz zaśmiał się krótko. Tak, jak potrafili się śmiać chorzy – bardzo… zwierzęco. Zawsze przypominało to szczekanie psa.
— Dobra. Widzę, że siadł ci nastrój. Mogłem nie mówić. Ale sorry, chciałem być szczery. Nawet jeśli się nie znamy. Ale uwierz, nie stanąłby mi, nawet jak masz tak dobry tyłek, jak widać było w spodniach.
— To znaczy, że aż tak dobry chyba nie jest — odparł Dean lekko i figlarnie, ale faktycznie „siadło” mu to na nastrój. Nie umiał ot tak się w tej chwili z tym odnaleźć.
— Nie, po prostu trudno byłoby mi nie myśleć o tym, gdzie jestem. Ale… rury wcześniej tam nie miałem. Tańczysz? — zapytał z zaciekawieniem.
Nieustannie obserwował Deana, kiedy ten jadł lody. Podobał mu się jego jęzorek.
— Trochę. Kiedyś dla hajsów, teraz dla siebie. Ale tam w klubie też macie pewnie nieźle tańczących facetów? W ogóle, chcesz mówić o tym, co było przed, czy nie? Umiem to uszanować.
— Nie, w porządku. Prowadziłem kiedyś klub i byłem w tym całkiem niezły. Ale to są rzeczy, do których się nie wróci. Ale może ty mi powiedz coś o sobie. Poza tym, że lubisz zakupy i taniec.
— To w sumie tyle. Lubię też lato, chociaż moja skóra tego nie cierpi. Włosy są w naturalnym kolorze. A zęby i język to modyfikacje jeszcze sprzed apokalipsy. Chyba o to najczęściej ludzie pytają — wyjaśnił, dojadając lody. Złożył nogę na nogę i przekręcił się bardziej bokiem do stolika, opierając o niego jednym łokciem.
— Szukasz kogoś na stałe czy wolisz wolność? Podejrzewam to drugie, ale jestem ciekaw, czy jednak nie znalazłem się w twoim życiu pomiędzy jakimiś związkami.
— Jak sam mówiłeś. Wolny ptak. Lubię też niezobowiązujący seks. — Uśmiechnął się lekko, popijając kawę. Nie flirtował tak, jak wtedy w klubie, ale wciąż był uroczy. I zdobywał swoim urokiem Harleya. Ten był oczarowany, choć kwestia mieszkania wciąż go bolała.
Odsunął swój pucharek po lodach i wyciągnął dłoń do drugiego mężczyzny. Przesunął palcami po jego nadgarstku.
— Masz przyjemną skórę… Dean, jeśli chcesz gdzieś… pójść, to ja mam dziś wolne popołudnie.
Blondyn popatrzył na jego dłoń na swojej. Umiał flirtować, ale nie tak. Tak było dziwnie… romantycznie. A on nie wiedział, jak rozgryźć cała tę sytuację.
— Masz… jakąś propozycję?
— Mógłbym zaprosić cię do siebie, jeśli się nie boisz. Jeśli tak, moglibyśmy wynająć jakiś pokój w motelu, chociaż to cholernie głupie… — Harley prychnął i zabrał rękę. Przesunął swoją dużą dłonią po włosach, odgarniając je do tyłu.
Dean zaśmiał się, uniósł ze swojego miejsca i wychylił nad stolikiem. Cmoknął mężczyznę w policzek i zaraz znów usiadł.
— Chętnie do ciebie wpadnę. To daleko?
— Kawałek, ale możemy zamówić taksówkę. Samochodem będzie dosłownie z pięć minut. I też mam kondomy. Odpowiednie — dodał już trochę żartobliwie, bo podejrzewał, że ostatnim razem Dean zwyczajnie mógł mieć za małe.
— A spacerem? W sumie to już popsułeś sprawę i po prostu nie będzie to bzykanko z nieznajomym. Moglibyśmy pogadać po drodze? — zasugerował, dopijając kawę i prosząc o rachunek.
— Spoko. Możemy się przejść.
Drugi mężczyzna wyciągnął przy tym portfel z saszetki, którą miał przy tyłku. Dean, widząc to, od razu wstał.
— Zostaw. Co innego mi postawisz. — Puścił mu oczko, po czym, aby uprzedzić Harleya, samemu podszedł do kasy, chcąc zapłacić. Może i ten chciał go zaprosić, ale uważał, że za taki żart mu wybaczy.
Na samym początku mężczyzna się skrzywił, lecz nie robił szopki. Wstał po prostu i podążył za Deanem. Poczekał na niego przed wejściem, a gdy ten już do niego wyszedł, mężczyzna znów mimowolnie go zlustrował. Wiedział, że było to widać, więc nawiązał do tego, gdy podążyli w stronę głównej ulicy.
— Jesteś cholernie w moim guście, wiesz?
— Chyba się domyślałem, ale już lubię, kiedy to mówisz. Coś ci się szczególnie we mnie podoba? — spytał Dean, wsuwając same końcówki palców w kieszenie spodni. Trącił Harleya w bark z uśmiechem już szczerszym niż na początku rozmowy.
Ten też odpowiedział uśmiechem i obejrzał go całego. To był dobry pretekst, żeby znowu się pogapić.
— Piegi po oczami. Są nieziemsko urocze.
Dean aż ich dotknął i zaśmiał się, rumieniąc się.
— Myślałem, że powiesz coś innego.
Drugi mężczyzna wydał z siebie cichy pomruk. Podobał mu się ten rumieniec. Był… słodki.
— Nie takie komplementy słyszysz w klubach, co?
— Nie — przyznał Dean szczerze.
Powoli szli wzdłuż ulicy. W zaułkach było widać wysokie płoty. Powstały, kiedy zaczęła się epidemia. I wiele z nich od tamtego czasu nie była wymieniana. Właściwie Dean był jedynym kolorowym akcentem na tej ulicy. Co prawda bardziej w centrum miasta znajdowały się kolorowe sklepy, witryny, czy parki, ale obrzeża zawsze wydawały się dziwnie zaniedbane.
— Częściej, że mam ładną, chudą dupę.
— Też jest ładna, choć nie widziałem nago. Ale masz niecodzienne, ładne oczy, urocze piegi i seksowny języczek. Gdybyśmy teraz byli w czterech ścianach, to już bym cię dotykał. Mam ochotę naprawdę zrobić ci dobrze — dodał Harley niskim głosem, nie patrząc na Deana, jakby przez to hamował się przed rzuceniem się na niego.
Ten oblizał usta, popatrując na mężczyznę. Przysunął się bliżej niego.
— Już jestem nakręcony, ale plener w obecnych warunkach odpada. Ale ręka… — sięgnął po jego dłoń, aby się nią objąć — nie zaszkodzi.
Harley od razu uśmiechnął się pod nosem i przyciągnął go do siebie za talię. Delikatnie go po niej pogładził.
— Mhm. Niezobowiązujący seks na szybko jest gorący, ale takie… powolne budowanie atmosfery małymi gestami naprawdę może pobudzić — mruknął cicho i nisko.
Myślał już tylko o tym, by znaleźć się z nim sam na sam w jednym miejscu. A przez wirus wszystkie jego instynkty wydawały się być jeszcze bardziej wzmocnione. Cudem było to, że mimo niebezpieczeństwa jeszcze nie zaciągnął go w krzaki. Zależało mu, żeby już nic nie schrzanić. Żeby nie zostawić go znów z zawiedzioną miną i siebie z wyrzutami sumienia, że coś spieprzył.
— Jak mowa o małych gestach, to jak lubisz to robić? — Dean zaciekawił się, przytulony do silniejszego i bardziej umięśnionego mężczyzny. Ten do tego naprawdę dobrze pachniał. Ciężko, ale przyjemnie. I żaden z nich nie przejmował się spojrzeniami, kiedy szli szerokim chodnikiem, mijając przechodniów.
— Jestem dość ograniczony, nie z własnej woli. Jakby to powiedzieć… mam dużą pałę. Więc musi być powoli — wyjaśnił Harley z krzywym uśmiechem.
Dean zaśmiał się krótko i zatkał usta dłonią.
— Okej, powiedzmy, że ci wierzę. A poza tym? — spytał, a Harley nie mógł się dziwić, że nie za bardzo w to wierzył. Wielu facetów po prostu tak mówiło.
— Nie wiem, jak lubię… bo to zależy od tego, w jakiej jestem sytuacji, ale kiedy na ciebie patrzę, chcę cię wziąć od przodu, by widzieć twoją twarz i mieć twoje nogi wokół bioder — odpowiedział bez skrępowania, patrząc na jego ładną twarz.
Dean na chwilę oparł nos o jego ramię, śmiejąc się ze skrępowaniem.
— O cholera, jestem aż za bardzo nakręcony. Daleko jeszcze? — spytał i przesunął nosem po płatku ucha Harleya. Chyba czasami miewał w sobie coś z dzikiego, a raczej z ich niecierpliwości.
A mężczyzna poczuł, że już mu staje. Jeszcze chwila, a naprawdę odznaczy się to w jego spodniach.
— Kawałek. Wytrzymaj, żmijko — odpowiedział z rozbawieniem, skręcając pomiędzy dwiema kamienicami, by skrótem dostać się na teren swojego mieszkania. Może było to bardziej ryzykowne, ale był środek dnia. Liczył, że nic się nie wydarzy.
— Wytrzymam. Pytanie, czy taki potwór wytrzyma? — Dean flirtował z im, zakładając ramię za jego kark. Pomiział go po karku, a Harley od razu zmrużył oczy i zamruczał. Trochę zwierzęco.
— Sam nie wiem, czy… — zaczął, przy okazji uchylając powieki, żeby spojrzeć na Deana. A kiedy zobaczył z bliska jego śliczną twarz… nie wytrzymał. Zwyczajnie szarpnął nim, przycisnął do zimnego, kamiennego muru w tym wąskim zaułku i wcałował się w jego wargi zachłannie.
Blondyn stęknął i z większymi oczami odruchowo ugryzł go w język. Harley na sekundę syknął ze zmarszczonymi brwiami, ale też pytającą miną, czy właśnie został odrzucony. Dean nie zobaczył jednak w nim jakiegoś braku kontroli, więc sam sięgnął znowu do pocałunku.
Na odpowiedź długo nie musiał czekać. Poczuł nie tylko gorące wargi i język Harleya, ale też jego ręce, które właśnie spoczęły mu na pośladkach i zaczęły je miętosić. A kiedy mężczyzna przy tym przycisnął się do niego… Dean faktycznie poczuł duży wzwód.
Zamruczał nisko i przesunął palcami po jego karku, tak jak wcześniej. Drugą dłonią potarł go po kroczu.
— Mm… — Odsunął usta na bok. — Aż tak daleko jest do ciebie, że nie możesz się powstrzymać?
— Już właściwie jesteśmy… — przyznał Harley rozgorączkowanym głosem. — Dobra, chodź, bo zaraz zedrę z ciebie ciuchy.
Po tym odsunął się z wielkim oporem i pociągnął Deana za rękę. Musieli tylko wyjść z zaułku, przejść przez plac zabaw, na którym od czasu epidemii żadne dziecko się nie bawiło i byli pod jego kamienicą.
Dean szedł za nim, a raczej był przez niego ciągnięty i… nie sprzeciwiał się temu. Podobało mu się to na swój sposób. Dawno nie był tak nakręcony na nikogo. Może to chodziło o zapach Harleya albo o to, jaki ten był zarówno delikatny i jakim był zwierzem, ale… już chciał, aby zamknęły się za nimi drzwi.
Nie rozmawiali już o żadnym czczym temacie po drodze. Przeszli przez złowieszczo pusty plac zabaw. A gdy już podążali do odrapanych drzwi kamienicy, Dean czuł na sobie spojrzenia niektórych sąsiadów z okien. Okolica wcale nie była zachęcająca. Domyślał się, że nie mieszkał tu żaden zdrowy. Zresztą, od kiedy znaleźli się w tej bardziej… zaniedbanej części miasta, Dean spostrzegł, że i patroli było tu mniej. Mimo że zagrożenie przecież istniało większe… to nie było za bardzo o kogo się starać. To był kolejny pokaz, jak bardzo rząd nie dbał o chorych.
Weszli na klatkę schodową i podążyli w górę. Harley miał mieszkanie na trzecim piętrze.
— Nie jest duże, ale sprzątam. Jest czysto — odezwał się w końcu gospodarz, kiedy wsuwał klucz do zamka.
— Na pewno jest urocze, tak jak ty — odparł Dean figlarnie, wisząc mu na ramionach.
Chciał już zobaczyć wnętrze, ale chyba jeszcze bardziej upewnić się, że łóżko będzie dość wytrzymałe.
Weszli do niedużego przedpokoju. Od razu dało się dostrzec, że nie będzie tu luksusów, ale Harley miał rację. Dbał o porządek. Nie było czuć stęchlizny. Mieszkanie musiało być cały czas wietrzone i czyszczone.
— Tutaj jest salono-sypialnia. Mam tylko jeden pokój — wyjaśnił, pokazując mu wejście do pokoju po lewo.
Szeroki łuk wiódł do niedużego pomieszczenia. W nim stało rzeczywiście spore łóżko, duża szafa, stolik, dwa fotele i było też wyjście na balkon. Łóżko było zaściełane granatowo-srebrną pościelą, a na fotelu wisiała sportowa bluza. Dean zobaczył też takie szczegóły jak magazyn samochodowy leżący na szafce czy… zdjęcia jakiegoś nastolatka na niedużym, wiszącym na ścianie regale. Bardzo podobnego do Harleya. Nie spytał jednak o to, tylko pierwsze co zrobił, to znowu pocałował Harleya w policzek.
— Ładnie tu. Nadal masz dobry gust. — Zaśmiał się, zanim pomyślał, że może nawiązywanie do lofru to nie najlepszy pomysł. Ale było za późno, aby ugryźć się w język.
Dlatego postanowił zająć myśli Harleya swoją dłonią, którą położył mu na kroczu. I podziałało. Na twarzy gospodarza nie doszukał się grymasu, za to zobaczył uśmiech. Mężczyzna od razu sięgnął do jego kardiganu, chcąc zsunąć mu go z ramion i zobaczyć więcej.
— Mam nadzieję, że nie jesteś strasznie zawiedziony… ale postaram się, żebyś pozytywnie wspominał ten dzień.
Gość uśmiechnął się i jeszcze obszedł go, nim pocałował, obejmując za szuję.
— Słodki z ciebie potwór. Chodź na łóżko.
Harley zamruczał na potwierdzenie i odwrócił się do niego. Po tym chwycił go za szczękę, pocałował mocno i pchnął go, by ten upadł na plecy na łóżko. Od razu zlustrował swoją seksowną zdobycz. Aż trudno było mu to opisać. Ale na szczęście nie musiał. Mógł po prostu pochylić się nad nim, klęknąć i pocałować, wsuwając mu język między wargi. Chciał poczuć jego zęby i język.
Dean wyciągnął się pod nim i zamruczał z przyjemności na dotyk. Lubił uczucie dotyku męskich rąk na swojej skórze. Zawsze go to elektryzowało i miał wrażenie, że jest na swoim miejscu, kiedy mężczyźni go dotykali. Dominująco i pewnie. A Harley właśnie taki był. Mimo swojej niższej pozycji w społeczeństwie, wciąż zachowywał się jak stanowczy mężczyzna.
— Mmmm. Wielki… silny facet — sapnął i liznął jego wargi.
Harley uśmiechnął się groźnie i podciągnął mu bluzkę. Po tym pochylił się i ugryzł go w płaski brzuch.
— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko śladom, bo dużo ci ich zostawię — zamruczał do jego skóry.
Dean sapnął i głośno przełknął ślinę.
— Tylko mnie nie zjedz, a będzie okej — odparł i zaraz zaśmiał się, aż musząc zakryć usta dłońmi.
— Nie mogę…? — drażnił się z nim Harley, coraz wyżej podciągając mu bluzkę i kąsając jego skórę. A kiedy odkrył jeden różowy sutek, aż sapnął z podniecenia. — Mmm… Piękny — wyburczał i polizał go mocno.
Gość stęknął wysoko i seksownie.
— Mmmm… Nie. Możesz skosztować, ale nie zjeść. Jeszcze jest kilku, którzy mnie chcą — śmiał się dalej, chociaż w spodniach miał już ciaśniej.
Harley zmarszczył nos i mocniej zacisnął palce na jego biodrach.
— Teraz nie myśl o żadnych innych, tylko o mnie — zamruczał groźnie i ugryzł jego brodawkę. Nie zwlekał też długo z pozbawianiem go spodenek, bo szybko zaczął je rozpinać.
Dean dalej się z niego śmiał. Mrużył przy tym mocno oczy.
— Mówiłem o lekarzach. Oni też mnie chcą. — Zachichotał, nie mogąc pozbyć się z głowy ich min, kiedy cały w malinkach przyjdzie na kolejne oddawanie krwi i badania.
Po tych słowach Harley spojrzał na niego łagodniejszym wzrokiem. A nawet bardziej podnieconym, bo podobała mu się myśl, jak ci lekarze zobaczą ozdobionego różowymi śladami mężczyznę. To było seksowne wyobrażenie.
— Postaram się, by byli zażenowani — zapewnił, zsuwając mu spodnie. Od razu spojrzał na dół, kiedy krocze i szczupłe biodra odsłaniały się. Podobała mu się jego alabastrowa skóra. Chciał sprawić, by była czerwona od pocałunków, ugryzień i obijania się o nią drugiego ciała.
Dean zarumienił się po jego słowach i oblizał usta, widząc, jak nisko był Harley.
— To… postaw mi — zachęcił go, wracając do tego, co mówił w kawiarni. Może i był już w dużej mierze sztywny. Jego penis w końcu mocno wypychał kusą bieliznę, ale i tak chciał, aby ten wielki facet mu polizał.
I na szczęście wcale się tego nie bał. Przytrzymał sobie jego biodra, po czym wysunął język i polizał delikatny materiał bielizny. Gdy poczuł na języku ciepłe ciało, zaburczał i kilka razy ponowił ten ruch, aż bielizna była na tyle wilgotna, że coraz bardziej widać było przez nią penisa.
Dean już był rumiany, a jego piegi jakby bardziej widoczne. Wyglądał na bardzo tym podnieconego. Zresztą, taki był. Gotował się w środku, czując ten ciepły język i oddech na bieliźnie.
— Mmm… Ale ty wyglądasz — wydyszał, podziwiając potężne ciało chorego.
Wielu z nich spadało z wagi przez wirusa i kłopoty finansowe. A Harley nadal wyglądał jak… zwierz. Musiał dużo ćwiczyć i mimo wszystko starać się dużo jeść. Albo po prostu jego organizm dobrze sobie radził z walką z wirusem. Był silny.
— Jak…? — zamruczał mężczyzna, rzucając mu drapieżne spojrzenie z dołu. I nie spuszczając go z oczu Deana, wysunął język oraz końcówką polizał wystającą zza gumki bielizny główkę jego twardego członka.
Dean znowu jęknął, tym razem dużo głośniej.
— Mmmm… Jak zwierz. Jesteś… taki wielki. Jak ty to robisz? — wydyszał, co raz przełykając ślinę, bo naprawdę był pod wrażeniem.
— Dużo mięsa i ciężarków — wyjaśnił Harley z lekkim uśmiechem.
Po tym już zaczął obsuwać mu bieliznę w dół, bo chciał nie tylko polizać jego penisa, ale też jądra. Więc gdy tylko pozbawił Deana ubrania, ponownie pochylił się do jego krocza, wypchał sobie policzki jego jądrami i pomlaskał na nich z lubością.
Były ciepłe i gładkie, jak całe krocze jego gościa. Pachniał intensywnie i seksownie. Czuł, że był czysty, a to była jedna z większych zalet wirusa. Przed apokalipsą był facetem, który nie miał problemów z potencją, ale… abstrakcyjnie seks, kiedy stał się chory, stał się lepszy. Odczuwał wszystko znacznie mocniej, intensywniej. Ale przez to też trudno było mu się hamować przed wzięciem tego mężczyzny bez żadnego przygotowania.
— To będziesz miał siłę… mnie sobie wziąć — zamruczał Dean z przyjemnością i też się wyprężył, trochę popisując się swoim ciałem. Gibkim i szczupłym. Nie zamierzał po prostu leżeć.
Harley w duchu mu za to dziękował, bo ciało Deana było zwyczajnie piękne. Mógłby podziwiać je nieustannie. Nie tylko na łóżku, ale też zwyczajnie, idąc obok niego po parku, czy patrząc, jak tańczy. Jak siedzi z nogą założoną na nogę, zerkając na niego kokieteryjnie.
Po kilku chwilach zabawy z jego kroczem, odsunął się i sam popisowo zdjął przez głowę koszulkę. Gość od razu zauważył, jak bardzo był owłosiony i umięśniony. Mocne bicepsy, wyrzeźbiona klatka piersiowa i gęste futro znikające za paskiem spodni.
Westchnął i uniósł się do siadu.
— Ale samiec… — wydusił i przesunął dłonią po jego klacie. Oddychał ciężko i głęboko, cały napalony.
Harley był miło połechtany taką reakcją. Pozwolił się dotknąć, po czym wykorzystał to, że Dean siedział i rozebrał go z koszulki. Dzięki temu miał już pod sobą całkowicie nagiego mężczyznę.
— Zaraz zaskoczysz się, jak bardzo samiec… — uprzedził z rozbawieniem, choć też ledwo słyszalną… obawą.
Jakby nie patrzeć, zdarzyło mu się już nie raz, że po prostu był za duży. Niektórzy faceci, a szczególnie kobiety, wolały zupełnie zrezygnować z seksu, bo nie potrafiły się odpowiednio rozluźnić na jego rozmiary i przyjąć go bez bólu. I jak był dumny z tego, co miał w spodniach, tak czasami było to kłopotliwe. Ciekaw był, jak będzie z tym totalnie uroczym chudzielcem.
— Pokazuj to monstrum.
Mężczyzna przytaknął, czując, że to był właśnie ten moment. Cmoknął jeszcze Deana w jego blade, ale soczyste wargi, po czym sięgnął do spodni i rozpiął rozporek. Zsunął jeansy w dół, sięgnął do swojej bielizny… i wyciągnął twardego, napompowanego krwią kutasa.
Dean, jak na początku się uśmiechał, tak teraz zmroził krew w żyłach Harleya, bo przestał. Zamiast tego zrobił większe oczy i wydał z siebie głuche „ooo”.
— Nie żartowałeś — wydusił, biorąc głęboki oddech, ale i sięgając palcami do penisa. — Prawdziwe monstrum — zamruczał, już dysząc na widok tego wielkiego członka.
Gdy tylko poczuł go w dłoni, jeszcze bardziej zdał sobie sprawę, jaki był wielki. Do tego naprawdę gorący, a w odpowiedzi na dotyk drgnął. Harley za to zamruczał nisko z przyjemności.
— Teraz bardzo by nam pomogło, gdyby okazało się, że wczoraj kogoś miałeś — powiedział to, chcąc nie chcąc.
— Dildos się liczy? — Dean zaśmiał się, przesuwając dłonią po penisie trochę jak po zabawce, którą dopiero musiał poznać, a która już mu się podobała. Harley na to nie narzekał.
— Mm… Zdecydowanie się liczy — odmruczał z zadowoleniem. — Połóż się. Mam lubrykant w szafce. Będziemy go dużo potrzebować — dodał z uśmiechem.
Dean jeszcze przesunął opuszkami palców po samej główce.
— Nie będę cię pocieszać, że jakoś sobie poradzimy, bo wyjdzie ze mnie straszna szmata. — Zaśmiał się i położył się, a po chwili zgrabnie przekręcił na brzuch i bezwstydnie wypiął. Aby zaraz się zaśmiać. — Chociaż i tak chyba niewiele mi teraz pomoże.
Nie widział uśmiechu na twarzy drugiego mężczyzny, ale usłyszał go w jego pomruku. A potem dłoń gospodarza zamiast sięgnąć do szuflady, najpierw znalazła się na jego jasnym pośladku i ścisnęła go. Po to, by następnie odchylić go na bok. Harley chciał ujrzeć jego dziureczkę. A gdy tylko ją zobaczył, wziął głęboki oddech i kciukiem drugiej dłoni pomasował go z zewnątrz jak małe, urocze stworzonko.
Dean sapnął i zamruczał. Ale nie tylko, bo jeszcze pokręcił pośladkami na zachętę.
— Poocieraj się — zaproponował.
— Skoro nalegasz — odpowiedział podniecony mężczyzna. Przysunął się na kolanach i obsunął sobie bieliznę pod pośladki. Po tym podparł się jedną ręką z boku ciała Deana i wciąż trzymając jeden jego pośladek, potarł swoim gorącym chujem o jego rowek. — Kurwa… Ale mnie jarasz, żmijko…
— Tylko nie dojdź przez to za… szybko — odpowiedział Dean ze śmiechem i mocniej się wypiął, aby samemu trochę poocierać się o tego wielkiego kutasa. Był taki ciepły, twardy i… aż czuł jego ciężar. Trudno było powiedzieć, co będzie, gdy w niego wejdzie.
— Spokojnie… Od kiedy jestem chory, mogę wiele razy — zapewnił go mężczyzna, lecz cofnął biodra, żeby rzeczywiście za bardzo się nie podniecić.
Sięgnął do szafki i wyciągnął dużą, czarną butelkę. Odłożył na chwilę na pościel, żeby zejść z łóżka i całkiem się rozebrać. Okazało się, że nogi miał równie mocno owłosione jak przedramiona. Nie był taki przed wirusem. Nie aż tak. Ale akurat taki „objaw” mu nie przeszkadzał, nawet jeśli znalazło się kilku takich, którzy uważali to za „zbyt wiele”.
— Dobra, już się tak nie chwal — odparł Dean, czując się wyjątkowo luźno i swobodnie w towarzystwie tego mężczyzny, nawet jeśli stresował się tym, jak ten się w niego zmieści. Był naprawdę wielki.
Poczuł, jak materac się zagłębił, kiedy ten znów klęknął za jego tyłkiem. Potem na jego rowku pojawił się chłód. Harley nie oszczędzał na lubrykancie. Wylał go całkiem sporo, by następnie pomasować zwieracz z zewnątrz i wsunąć jeden palec. Musiał zobaczyć, ile miał tam miejsca i jak szybko Dean potrafił się rozluźnić.
I jak z początku tyłek gościa się zacisnął, tak po chwili ufnie przyjął palce, które się w niego wsunęły. Dean nawet zamruczał nisko, bo co by nie mówił, lubił rożne cielesne przyjemności, ale najbardziej, kiedy ktoś się nim zajmował. Mężczyźnie za jego plecami bardzo się to podobało. Podziwiał ciało swojego seksownego gościa i powoli masował jego wnętrze. Czuł, jakie było miękkie i ciepłe. Zapragnął też dotknąć jego szczupłych pleców, dlatego wolną dłonią przesunął po nich, a konkretnie po kręgosłupie. Od kości ogonowej, aż pomiędzy łopatki. Rozgrzewał go, masował i pieprzył palcami. A Dean coraz głośniej postękiwał. Kręcił się pod jego dłonią i sam poruszał biodrami. Było mu dobrze i chciał więcej. Nawet jeśli to więcej było bardzo dużym więcej.
— Mmm… Dasz radę powoli? — spytał, co raz oblizując usta rozdwojonym językiem.
— Już? Zachłanny jesteś — skomentował rozbawiony Harley, chociaż słowa Deana mu się spodobały. Bo i sam już chciał się wsunąć. — Pamiętaj o równym oddechu i w razie czego mnie stopuj — dodał jeszcze, nim sięgnął po butelkę, by nasmarować swojego penisa. Nawet jeśli cały rowek Deana już był bardzo mokry.
— Brzmi jak, kurwa, poród… — wymamrotał Dean do siebie i oparł się wygodniej głowę na przedramionach, nim rozsunął nogi, gotowy, aby w końcu naprawdę zabawić się z tym facetem.
Ten prychnął z rozbawieniem po jego słowach. Nic nie odpowiedział, bo chciał nie tylko czuć, czy coś jest nie tak, ale też słyszeć. Powoli przytknął penisa do dziurki i przytrzymał Deana za biodro. Powoli zaczął napierać z nadzieją, że Dean nie ucieknie i nie stwierdzi, że się przeliczył.
Na razie tylko oddychał głęboko i prężył się na jego łóżku. Harley już wiedział, że będzie sobie do tej myśli trzepał. Widok był genialny, a to, że ten chudy, blady tyłek go przyjmował, oszałamiało.
— Mmm… Faktycznie… kawał kutasa.
— Jest dobrze? — upewnił się, masując jego pośladek i patrząc na to, jak kutas się zagłębiał. Jak wchodził coraz dalej i poszerzał dziurkę. Na razie był pod wrażeniem. Nie czuł, żeby ta zaciskała się spazmatycznie.
— Jest duuu… dużo — stęknął Dean i trochę zmienił kąt swoich bioder, aby poeksperymentować z tym, jak i ile może go wziąć. Nigdy tak wielkiego w sobie nie miał, ale było całkiem dobrze.
Czuł, że mężczyzna za nim się nie spieszył, mimo że miał do tego prawo. Dało się czuć, że był cholernie podniecony. Ale nauczył się cierpliwości w łóżku. Znów wsunął dalej kilka centymetrów i sięgnął do obu pośladków. Rozwarł je na boki, by bardziej poszerzyć dziurkę. I ponownie pchnął.
Dean w końcu krzyknął, ale bardziej z zaskoczenia, niż dlatego, że zabolało. Chociaż to też. Ale było do wytrzymania.
— Mm… oż… nie … chwila — jęknął, łapiąc powietrze. Musiał się przyzwyczaić.
Harley i jego kutas od razu się zatrzymali. Mężczyzna, który już głęboko oddychał i najchętniej wbijałby się w jego tyłek ja zwierz, tylko pomasował boki zdrowego.
— Spokojnie. Obejrzysz się na mnie? Za daleko, by cię pocałować, ale chcę cię zobaczyć.
— Mmm… Pewnie wyglądam jak homar — wydyszał Dean, już bardziej mogąc mówić, kiedy udało mu się złapać kilka głębszych oddechów. Odwrócił głowę i uśmiechnął się bokiem ust do Harleya. — I jak?
— Jesteś śliczny — odpowiedział od razu mężczyzna. Nie mógł sięgnąć do niego ustami, bo wtedy bardziej by się wsunął. Ale mógł wyciągnąć rękę i dotknąć jego rozgrzanego policzka. Przez jasną skórę Deana rumieńce były naprawdę mocno widoczne. I bardzo piękne.
— Myślałem, że powiesz coś o tym, jak dobrze twojemu kutasowi… ale… okej — Dean zaśmiał się, mrużąc oczy. Sam poruszył biodrami, chcąc, żeby już zaczęli, a nie żeby Harley go peszył.
— Mmm, mojemu kutasowi jest jak w niebie. Gdyby mógł, to nie opuszczałby twojej dupy — odpowiedział mężczyzna.
I skoro dostał sygnał, że może pójść dalej… znów przytrzymał jego biodra i poruszył się. Na razie nie był w nim cały, ale już spróbował pieprzyć go na takiej długości, do jakiej dochodził. I było mu z tym cholernie dobrze, bo tyłek tancerza dobrze sobie radził z jego kutasem.
Zresztą jemu samemu też było dobrze. Nie słyszał tylko zduszonych stęknięć osoby, która zmuszała się, aby z nim być. Dean prężył się i pojękiwał. Bardzo dobrze było mu z tym, kiedy był posuwany. Czasami słychać było, że jeszcze całkiem nie mógł się rozluźnić, ale i tak Harley wiedział, że było mu dobrze.
To go podniecało. Lubił widzieć, jak kochanek czerpał rozkosz dzięki jego kutasowi. Czuł się dzięki temu… spełniony.
— Dean… Możemy cię odwrócić, co? Chcę na ciebie patrzeć. Mówiłem ci… mmm, jak lubię. Kurwa… chcę widzieć twoją twarz, gdy weźmiesz go całego. Bo wiem, że dasz radę.
Blondyn zamruczał nisko, pokręcił biodrami na boki, jakby sprawdzał, czy na pewno da radę, po czym sam się z niego zsunął. Opadł na bok i uśmiechnął się figlarnie do mężczyzny, kiedy na niego spojrzał.
— Chyba naprawdę ci się podobam, hmm? — zamruczał, skrępowany jednocześnie pochwałami, ale także ich pragnąc. Pomasował się przy okazji po własnym penisie, przekręcając się na plecy.
Harley, zanim odpowiedział, niemalże na niego opadł. Podparł się po bokach jego głowy i pociągnął zębami za dolną wargę.
— Tak bardzo, że nie wiem, czy cię wypuszczę, gdy z tobą skończę — zamruczał groźnie… a Dean wcale nie mógł powiedzieć, czy żartował, czy nie.
I nie miał jak nic dodać, bo nie dość, że Harley niespodziewanie ugryzł go w sutek, to dodatkowo szarpnął jego biodrami, docisnął do siebie i znów otarł się mocno o jego rowek. Poczekał więc z dyskusjami na moment, kiedy już skończą. Na razie tylko się temu oddał. Złapał więc Harleya za kark. Trochę dla bezpieczeństwa wplótł mu też palce we włosy i objął go w pasie nogami. Chciał dalej.
I dostał dosłownie dalej. Bo tym razem kutas nie wszedł w niego tak jak ostatnio, lecz głębiej. Zaczął się przeciskać pomiędzy ciasnymi ściankami, szukając sobie miejsca. Harley przy tym kręcił biodrami, wpasowując się w jego tyłek i mrucząc przy tym. A gdy był już dostatecznie daleko, uznał, że ostatnie centymetry po prostu przepcha. Dlatego zaczął poruszać biodrami w przód i w tył, pieprząc swojego seksownego gościa i trzymając go przy tym pewnie.
Dean prężył się pod nim i jęczał. Krzyczał i stękał, nie mogąc nawet na chwilę zamknąć ust, bo Harley miał nie tylko grubego, ale jeszcze mocno nim poczynał. Aż krew mu szumiała w uszach od tego, jak był brany. Bo sam miał w tym niewielki wkład.
Może z początku mężczyzna był ostrożny i wręcz powolny. Ale kiedy zrobił miejsce dla swojego kutasa, narzucił duże tempo. Ściskał pośladki Deana, pieprzył go mocno i głęboko. Uderzał swoimi wielkimi jądrami o jego dupę i co raz pochylał się, by go pocałować czy ugryźć. Wszędzie, gdzie mógł. W szyję, w sutki, obojczyki, ramiona… Dean nawet nie spostrzegł, kiedy mężczyzna uniósł go, trzymając w pasie pod kątem i napinając bicepsy, rżnął go w tej pozycji. Jakby nie sprawiało mu to wysiłku, choć powarkiwał przy tym niemalże zwierzęco.
Zdrowy wolał o tym nie myśleć. Nie chciał, aby ten zaraz rzucił mu się do szyi i go skrzywdził, ale tak było bardzo często, kiedy miał seks z chorymi. Kiedy byli już skrajnie nakręceni, zachowywali się w łóżku jak zwierzaki. Harley sprawiał teraz takie wrażenie, przez co Dean mógł się niepokoić. Lecz gdy tylko o tym pomyślał, poczuł, jak mężczyzna przytula go do siebie i trochę zwalnia.
— Jak się czujesz? — wyburczał mu przy uchu. — Dobrze ci?
— Mmm… Bardzo pełny i rozgrzany… — wydyszał, tuląc się do jego umięśnionego i gorącego ciała. Oplatał go swoimi długimi nogami i rękoma. I teraz, kiedy na chwilę zwolnili, bardziej czuł, jak gorąco było mu w kroczu. — Nie wiem, czy po tym wstanę — zażartował.
— Nie będę cię wyganiał z łóżka, jeśli będziesz chciał odpocząć — odmruczał Harley, podskubując jego szyję. Przez szybkie tempo sprzed chwili jego ciemne włosy rozburzyły się. A z racji na to, że były całkiem długie, choć dotąd zaczesane, teraz wyglądały wręcz dziko. — Mmmm, Dean… strzelę tak dużo, że będziesz cieknąć — zaburczał, kręcąc biodrami i tym samym masując jego ścianki. Zupełnie w tym wszystkim zapomnieli o kondomach.
Nie uzyskał odpowiedzi innej niż długie i błogie jęknięcie. Dean chyba był przygotowany na taką ewentualność. Lubił taki seks. Zresztą, gdyby nie lubił, to nie oglądałby się łakomie za tak dużymi facetami jak Harley.
Mężczyzna odczytał to za zgodę, dlatego znów mocniej go przytrzymał i również mocniej pchnął. Gdy usłyszał jęk, ponowił ten ruch. Chciał więcej. Brzmiało to dla niego jak cholernie pobudzająca muzyka. Jak wibracje wprawiające jego penisa w drżenie. A Dean w pewnym momencie zaczął czuć to drżenie, gdy mężczyzna chaotycznie się w niego wsuwał i… zaczął strzelać. Sperma w dużej ilości napełniała jego tyłek, a mężczyzna trzymał go w stalowym uścisku, dochodząc.
Dean korzystał z przyjemnego doznania bycia tym, który doprowadził kogoś do orgazmu. Uśmiechnął się nawet do siebie i poczekał, aż Harley trochę go puści, aby samemu jeszcze się poruszać i też dojść. Był już blisko. Nie chciał, aby to monstrum się z niego od razu wysuwało. Lubił czuć tam ciepło.
Dyszący głośno mężczyzna patrzył na niego i wydawał się spijać z niego emocje. Ściskał przy tym jego pośladki, sam ruszał biodrami, by na koniec dać mu jeszcze trochę przyjemności. Dean zaufał jego silnymi ramionom i swojej ręce, którą trzymał się go za kark. Drugą sięgnął między ich ciała, chcąc popieścić się po penisie. I im było mu lepiej i im bliżej był spełnienia, tym bardziej wił się jak żmija, którą został ochrzczony.
— Mmmm… Och, tak… — jęczał, kiedy chwilę później już znaczył spermą owłosiony brzuch gospodarza.
Ten popatrzył na swój tors. Bez problemu utrzymując mężczyznę jedną ręką, sięgnął do śladu po spermie, by następnie zebrać go palcem. Po tym otarł go o wargę Deana i wsunął go do środka, chcąc poczuć jego język i zęby. Blondyn sapnął i oblizał palec, ale też na chwilę oparł o niego swoje ostre zęby.
— Będę — wymamrotał z pełnymi ustami, po czym cofnął głowę. — Będę cały pachniał seksem.
Harley od razu wychylił się, by powąchać jego skórę.
— Masz szczęście, że jesteś u mnie w mieszkaniu. Każdy chory teraz miałby ochotę się na ciebie rzucić i cię wziąć — zamruczał i powoli się pochylił, żeby położyć go na plecach. — Uwaga… wysuwam.
Dean zgodził się, mrucząc. Nie skomentował kwestii chorych, bo w sumie faktycznie istniało takie niebezpieczeństwo, że ktoś ich tu poczuje. Słyszał, że ponoć zdrowi inaczej pachnieli dla zarażonych. Nie wiedział, ile w tym prawdy, ale wolałby teraz nigdzie nie uciekać, bo miał miękkie nogi i rozruchaną dupę.
Po chwili wydawała się też jakby… pusta. Kiedy ten mięsisty członek ją opuścił, nie zamknęła się do końca. Harley za to położył się obok niego. Jego masywny tors poruszał się w głębokich oddechach. Był zaspokojony.
— Kurwa… Naprawdę mnie zmieściłeś.
— Magia. — Dean, leżąc na plecach, rozłożył ręce i palce, śmiejąc się z tego. Miał nieźle rozluźniony tyłek, ale było mu wyjątkowo dobrze. — Będziesz chciał jeszcze kiedyś się spotkać? — spytał, póki był dość rozochocony.
A mężczyzna uśmiechnął się od razu i przekręcił się na bok, by lepiej go widzieć.
— Cholera, naprawdę ci się podobało.
Dean zaśmiał się i klepnął go wierzchem dłoni w tors.
— A nie chciałeś, żeby tak było? — prychnął, urażony, że zostało mu to wypomniane.
— Chciałem. I będę chciał jeszcze. I jeszcze. Jeśli tylko jesteś za — odpowiedział mężczyzna, sięgając dłonią do jego zarumienionej twarzy. Dotknął palcami jego piegów od oczami i delikatnie pogładził.
I kiedy tak na niego patrzył, widział, jak twarz zdrowego rumieniała coraz bardziej. Aż nagle zamarła, kiedy obaj usłyszeli głośny trzask, a następnie uderzenie.
— Co to…? — spytał Dean z lekkim przejęciem, bo nie była może noc, ale to wcale nie znaczyło, że byli bezpieczni.
Harley zastygł. Wyciągnął głowę, jakby węszył, po czym zaklął.
— Kurwa. Przez nasz pot nie poczułem — sapnął, podrywając się z łóżka. Sięgnął po swoją bieliznę i założył ją na tyłek. — To dzicy.
— No ja pierdolę! — jęknął Dean i też zsunął się z łóżka. Nogi prawie ugięły się pod nim, ale ustał. Był wykończony. — Ten numerek był dobry, ale nie chcę, żeby był ostatnim! — dodał, szybko się ubierając.
Usłyszeli kolejne walnięcie. Brzmiało, jakby ktoś tłukł w mur koszem na śmieci. Harley wiedział, że dobijają się do drzwi. Podszedł do szafy, otworzył ją i wyciągnął… baseballa.
— Jesteś zdrowym. Zadzwoń na numer alarmowy i podaj swój numer identyfikacyjny. Szybciej się tu pojawią — zasugerował, nie tracąc zimnej krwi. Choć teraz obawiał się o swojego gościa. Nie powinien był go tu zaciągać. To był idiotyczny błąd.
Dean wiedział, co robić, ale jeszcze musiał znaleźć swój telefon. Kiedy go miał i wybierał numer, zobaczył, jak czyjeś dłonie łapią za barierkę na balkonie.
— Harley! — zawołał, po czym szybko zaczął przekazywać informacje osobie, która odebrała jego telefon.
Obaj patrzyli teraz w stronę okien i balkonu. Harley zaklął, żałując, że nie przewidział takiej drogi. Przecież z balkonu na balkon łatwo było się tu dostać. Nie mieszkał jakoś przesadnie wysoko.
— Zamknij drzwi do sypialni! — krzyknął, samemu podchodząc do drzwi balkonowych. Otworzył je i zamachnął się, bo jeden dziki już wspinał się po barierce. Zaś Harley nie miał żadnych oporów, żeby zdzielić go w twarz i tym samym zrzucić jego ciało trzy piętra w dół. Niestety, ten dziki nie był sam.
Musiał przywołać ich tu zapach. Czasami, szczególnie po dużym wysiłku fizycznym, był cholernie silny. Naprawdę był głupi, że tego nie przewidział. Z drugiej strony nigdy nie miał seksu ze zdrowym w swoim mieszkaniu. A do tego ta grupa mogła po prostu być w okolicy. Jakkolwiek by nie było, nie mógł dopuścić, żeby dorwali Deana, który zamykał drzwi i cały czas był na linii. Już podał adres i swój numer, każąc wojsku się spieszyć.
— Mówiłeś, że masz broń. Masz ją w torebce?! — zawołał do niego Harley z balkonu. Obejrzał się przy tym na niego i to był jego błąd.
Poza dzikim, którego już się pozbył, była jeszcze dwójka. Jeden właśnie wspinał się po barierce, zaś drugi wchodzący po drugiej stronie złapał go za kostkę i szarpnął. Harley przewrócił się do przodu, uderzając torsem i twarzą w deski swojego balkonu, zaś dzicy przeskoczyli przez barierkę.
Dean krzyknął do telefonu i zostawił go już tylko włączonego. Miał dość, tym bardziej, że drzwi od sypialni też się zatrzęsły, bo najwidoczniej zarażeni ludzie nie tylko oknem się tu dostali.
Z paniką dopadł do reszty swoich rzeczy, chcąc wyciągnąć stamtąd wspomnianą broń. Nie miał jeszcze okazji ani razu z niej korzystać i był z tego niezwykle dumny. Aż do teraz, kiedy zesztywniałe po seksie nogi załamały się pod nim, a on upadł na klęczki. Wydobył broń i kiedy już się odwracał, przez drzwi wpadł pierwszy dziki. Strzelił.
— Dean! — krzyknął Harley, widząc zagrożenie z drugiej strony.
Naładowanie adrenaliną wywołało w nim więcej siły, niż by się po sobie spodziewał. Przekręcił się na plecy i zamachnął się. Siła ciosu pięścią była tak wielka, że roztrzaskał żuchwę dzikiego, który na niego wpadł. Po tym skopał go z siebie i uderzył drugiego. Wszystko po to, by móc jak najszybciej znaleźć się z powrotem w sypialni i dosłownie rzucić się na dwójkę dzikich, którzy próbowali dostać się do Deana.
Ten na szczęście po pierwszym fatalnym trafieniu drugie już oddał dobrze. I teraz obok niego upadło jedno z ciał atakującego go dzikiego. Kolejny został powalony, kiedy Harley dosłownie się na niego rzucił. Ten walił go rękoma, próbował gryźć i drapać. Harley, choć czuł uderzenia i ugryzienia, miał wrażenie, że nic go nie bolało. Adrenalina i dzikość szalały w nim. Też był chory, też jego organizm trawił wirus, więc potrafił być drapieżny. Jednemu dzikiemu skręcił kark, zaś drugim rzucił na szafkę. Łokciem doprawił, uderzając go w krtań.
Po tym cofnął się pospiesznie po swojego baseballa i trzymając go w jednej ręce, szarpnął Deana za przegub.
— Na dach! — zawołał. — Tam jest właz, stabilniejszy niż te jebane drzwi!
Dean zgodził się bez marudzenia. Wstał i zabierając zarówno telefon, jak i broń, ruszył za nim. Miał tylko buty i spodenki. I miał wrażenie, że aby tego było mało, miał też mokrą dupę. Małym pocieszeniem było to, że nim dzicy go rozszarpią, to pewnie jeszcze zgwałcą, a on nawet nie będzie mógł się zacisnąć.
Harley biegł z nim boso. Cały czas trzymał go mocno za nadgarstek. Wręcz miażdżąco.
Gdy gnali po schodach na górę, słyszeli powarkiwanie i szybkie kroki. Wiedzieli, że dzicy byli tuż za nimi. Nie musieli nawet mówić tego głośno. Oszczędzali oddech na bieg.
— Ty przodem! — rzucił Harley, kiedy znaleźli się na górze, a on szarpnął drabinkę. Byli na wąskim kawałku klatki schodowej, z którego wchodziło się na dach. Nie było tu żadnych innych drzwi do sąsiadów, ale i tak nie liczył na pomoc. Był pewien, że wszyscy, słysząc dzikich, pozamykali się na cztery spusty.
Odsunął się, żeby Dean mógł wyjść na górę, a sam stanął w rozkroku z baseballem.
Pierwszy dziki wbiegł po schodach, z rozpędu uderzył barkiem w ścianę, kiedy Dean był już w połowie drabinki. Zdrowy nie zwlekał i szybko wszedł na samą górę. Tam od razu przewalił się na bok i widząc, jak Harley był atakowany, wycelował i strzelił. Trafił, ale tylko w bark wściekle warczącego mężczyzny, który próbował wydrapać Harleyowi oczy.
Ten już był tak pocharatany, że krwawił z kilku miejsc. Mimo to rzucił się z dzikim na ścianę, a gdy ten osłabł, rąbnął go baseballem w głowę. Kolejnego kopnął w brzuch i zrzucił tym samym po schodach. Teraz miał kilka sekund, by wdrapać się po drabince. Gdy tylko to zrobił, szarpnął włazem, zatrzasnął go i zakręcił mechanicznym kołem.
Byli… bezpieczni.
— Nic ci nie jest?! — zapytał szybko, na klęczkach podchodząc do Deana i łapiąc go zakrwawioną dłonią za policzek. Dzięki temu, że słońce dopiero zaczęło zachodzić, jeszcze dobrze widział jego twarz.
Zdrowy popatrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
— Na pewno mniej niż tobie. Dobrze się czujesz? Cały krwawisz! — jęknął i drgnął, kiedy usłyszeli głośne łupnięcie we właz. Na szczęście nie tylko to, bo z dala też dobiegał dźwięk syren. Jechało wsparcie.
— Tak… — sapnął mężczyzna, nawet nie patrząc na swoje ciało. Czuł, że niektóre rany miał głębokie, ale nic go nie bolało. Na razie.
Przez kilka minut po prostu milczeli. Nie byli w stanie nawet się ruszyć. Sam seks ich zmęczył, a ucieczka i walka o życie dodatkowo powaliła na kolana. Nie potrafili też jeszcze się uspokoić, kiedy słyszeli warczenie i wycie dzikich, wciąż nieudolnie próbujących przedostać się do nich na dach. Na szczęście słyszeli też wsparcie.
— Zjebałem, wybacz… Nie powinienem był cię zapraszać. Teraz mam przejebane — odezwał się niespodziewanie Harley z krótkim, gorzkim śmiechem. Władze i wojsko obarczą jego całą winą. Wiedział to. Był chory i naraził zdrowego.
Dean jeszcze raz spojrzał na właz. Nadal trzymał, a oni słyszeli pierwsze strzały już w budynku i wokół niego.
— Co? Czemu masz przejebane, Harley? Ej! — niemalże krzyknął na niego, nadal mocno zdenerwowany napaścią, ale jednocześnie też przestraszony tą nagłą pesymistyczną myślą. Złapał mężczyznę za twarz, aby na niego spojrzał.
Ale ten chyba właśnie tracił siły. Jakby cała adrenalina i siła, której potrzebował do tej ucieczki i obrony Deana, właśnie z niego schodziły. Osunął się na tyłek i podparł o zimne płyty płaskiego dachu.
— Naraziłem cię… Już kiedyś tak było. Czeka mnie karcer — wyjaśnił z krzywym uśmiechem.
Dean bardzo chciał wiedzieć, o czym mówił Harley, ale w tej chwili bardziej martwiło go słowo „karcer”, więc zareagował odruchowo.
— Mów, że jesteś mój. Słyszysz? Proszę cię. Jak dotrze tu wojsko, to nic nie mów, słuchaj się tylko mnie, dobrze?
Nim Harley odpowiedział, coś nagle uderzyło we właz. Nie byli pewni co to, dopóki nie odezwał się żołnierz.
— Dean Boyer! Jest pan na górze?!
Harley szybko spojrzał na swojego gościa, potem na właz i znowu na Deana.
— Jestem twój? — upewnił się.
— Proszę. — Dean uśmiechnął się przepraszająco i zaraz odkrzyknął do żołnierza. — Tak! Jestem ze swoim chorym! Nikogo tu nie ma poza nami! — dodał i podszedł, aby otworzyć właz.
Harley już nic nie dodał. Jeśli tak miało to działać, to musiał siedzieć cicho. Trzymał się więc za Deanem, kiedy ten otwierał właz. Żołnierz jeszcze z dołu zapytał go o numer identyfikacyjny, a kiedy zdrowy go podał, odsunął się od drabinki.
— Proszę zejść na dół. Kamienica jest już bezpieczna. Zabierzemy pana i pana chorego na badania.
Dean pokiwał głową i wiedział, że będzie musiał się nieźle tłumaczyć, bo Harley nie był na niego przypisany. Miał jednak teraz większe szanse. Nie dostanie na pewno na powitanie strzału w głowę.
— Chodź — wyciągnął do niego dłoń, żeby obaj zeszli na dół.
Mężczyzna przytaknął i słabo za nim podążył. Baseballa zostawił na dachu, żeby nie wzbudzać żadnej agresji wojskowych. Choć ci i tak byli czujni, kiedy zobaczyli wielkiego, umięśnionego, prawie nagiego mężczyznę we krwi.
— Czy jest pan ranny? — zapytał od razu wojskowy. I to bynajmniej tego mniej zakrwawionego mężczyznę.
— To tylko zadrapania. Nic mi nie jest. Zajmijcie się nim — odparł Dean już pewniejszym głosem.
Harley widział jak inaczej się zachowywał, kiedy naprawdę miał władzę. A raczej kiedy ją wykorzystywał. Do tej pory zachowywał się, jakby byli niemalże równi. Teraz jednak dysponował wojskowymi. I kiedy jeden zasugerował mu, aby już szedł na dół, wyrwał mu się i pokierował do mieszkania Harleya po swoją torbę. Ciągnął przy tym swojego chorego za rękę, mimo sprzeciwów żołnierzy.
— Pięć minut! Nie będę chodził nagi! — syknął na niego i pchnął Harleya, aby wszedł pierwszy. Przy okazji szepnął mu do ucha: — Wrzuć mi szybko najważniejsze rzeczy do torebki. Nie wiem, czy tu wrócisz.
Mężczyzna jedynie przytaknął, ale nie odzywał się. Grał cały czas chorego należącego do Deana. Więc kiedy żołnierze czekali pod drzwiami, gdy tylko ubrał się w pierwsze lepsze ciuchy, do torebki Deana wrzucił portfel, telefon i jedno zdjęcie z regału. To było tym, co potrzebował. Nic więcej.
Dean w tym czasie powolnie się ubierał. A kiedy widział, że Harley jest gotowy, zabrał jego rzeczy w swojej torebce i wyprowadził go z mieszkania. Po tym już bez marudzenia zeszli na dół i pojechali na obowiązkowe badania. W samochodzie Dean jeszcze przekazał mu szeptem, co miał mówić albo czego nie mówić. Sam jednak wiedział, że bardzo niechcący właśnie w dużej mierze związał się z tym mężczyzną. Uważał, że opłacało się to, bo uratował mu życie.
Nie spodziewał się, że jednorazowy numerek tak się skończy, ale… to właśnie były takie czasy. Ryzyko wisiało w powietrzu, a on po prostu był głupi, dając się zaciągnąć do takiej dzielnicy. Ale przecież zawsze był ryzykantem. Teraz musieli się z tego wylizać i… zobaczyć, co dalej.

***

Deana zwolniono wcześniej, ale nie marnował tego czasu. Musiał pochodzić i powyjaśniać, czemu twierdził, że Harley jest jego, skoro nie zatrudniał go, nie był do niego przypisany, ani nic ich tak naprawdę nie łączyło poza jednym numerkiem. To nie było nawet dla zdrowego przyjemne i łatwe, ale w końcu to jemu oddano dokumenty Harleya. I w sumie też stał się jego, czy mężczyzna tego chciał, czy nie. Wszystko w dokumentach musiało się zgadzać, nawet jeśli data, kiedy mężczyzna stał się jego utrzymankiem, została wpisana jako wcześniejsza. Mówiło się trudno. Musiał tylko przekazać to ochroniarzowi.
Udał się do poczekalni, w której ten miał już na niego czekać.
Mężczyzna był opatrzony i nie miał najszczęśliwszej miny. Na pewno nie został miło potraktowany na badaniach, ale to było normą w tym świecie. Kiedy było się chorym, społeczeństwo patrzył zupełnie inaczej. Nawet jeśli przed epidemią było się szanowanym obywatelem.
Kiedy usłyszał kroki, uniósł spojrzenie i odetchnął cicho na widok Deana. Uniósł się z małej ławeczki, na której wyglądał na naprawdę dużego faceta.
— Hej — powitał go Dean, zbliżając się.
— Hej — odpowiedział starszy mężczyzna. Pod jego ubraniem było widać różne opatrunki, ale nie kulał. Dobrze się trzymał. — Mówili, że wrócisz i mam na ciebie zaczekać.
— Mhm. Mam twoje dokumenty — wyjaśnił Dean i sięgnął do torby. Nic jednak z niej nie wyjął, tylko znowu spojrzał na Harleya. — Wyjdziemy stąd najpierw?
Mężczyzna popatrzył na papiery i skrzywił się. Ale Dean miał rację. Lepiej było rozmawiać poza uszami personelu szpitala. Podążył więc za zdrowym wzdłuż długiego korytarza o miętowych ścianach. Zeszli po wąskich schodkach na parter, po czym wydobyli się na świeże powietrze. Szpital, tak samo jak inne ważne instytucje w mieście, był obstawiony żołnierzami, lecz na szczęście najbliższy patrol stał kilkanaście metrów dalej i nie miał szans ich podsłuchać.
Dean przystanął przy ścianie szpitala kawałek od drzwi. Znowu sięgnął do swojej torby. Wyjął z niej teczkę.
— Musiałem trochę pokombinować, ale to jest druk wpisania cię pod moją opiekę. To w sumie głównie w przypadku takich sytuacji, ale za jakiś czas można to skasować. Tylko… — mówił dalej, aż wziął głęboki oddech i spojrzał w oczy Harleya. — Wiesz, że twoja kamienica będzie zamknięta przez jakiś czas?
Już „jego” chory musiał się tego spodziewać, bo Dean nie zobaczył zaskoczenia na jego twarzy. Zobaczył za to zawód i zrezygnowanie.
— Zajebiście… — burknął Harley i rozejrzał się. — Jaką funkcję mi wpisałeś jako twoja własność, żmijko? — zapytał prześmiewczo.
Dean przewrócił oczami.
— Nie to co myślisz. Ochrona — odparł, bo w sumie to najszybciej przyszło mu do głowy. Harley bronił go przed dzikimi i… i już był ochroniarzem w klubie. — Ale jest inna kwestia, o którą chcę cię spytać.
— Mm? — Mężczyzna zachęcił go, chociaż wyglądał, jakby miał duże wyrzuty sumienia i nie bardzo chciał o nich rozmawiać.
— Czy… — Dean, nie mając za bardzo co zrobić ze swoimi dłońmi, znowu wpakował teczkę do swojej torby. — Czy nie chcesz może… Jakby to? Zamieszkać ze mą? Wiem i nadal pamiętam, co mówiłeś o tym, co czujesz o tym, że je tobie zabrałem… Ale nie bardzo mam inny pomysł, co teraz zrobisz.
Harley skrzywił się brzydko i zapatrzył się na opustoszały parking przed szpitalem. Było już późno. Słońce zaszło, zrobiło się chłodniej, a on nie miał domu.
— Nie musisz się mną przejmować. To i tak moja wina, że cię do siebie zabrałem. Nie powinienem.
Dean także popatrzył w tamtą stronę. Zrobiło się dość niezręcznie.
— Na pewno, nie chcesz?
Drugi mężczyzna wsunął palce we włosy i jęknął nisko. Nie podobało mu się to wszystko. Ale naprawdę nie miał się gdzie podziać. Poza tym Dean był teraz jego właścicielem. Pośrednio przynajmniej.
— Nie będzie to dla ciebie problemem? — zapytał w końcu. Nie chciał mu robić jeszcze bardziej pod górę. I tak czuł się winny, że tak go naraził.
Dean nie krył się z tym, że odetchnął z ulgą.
— Nie. I tak jestem za ciebie teraz odpowiedzialny. — Stuknął go palcem w klatkę piersiową. — Więc… Dobrze będzie mieć cię na oku. A ty…
— Mm? Mogę się jakoś odwdzięczyć? — mruknął Harley, drapiąc się po karku ze skrępowaniem.
— W sensie, chciałem powiedzieć, że trochę byś wrócił do siebie, ale w sumie po prostu miło by mi było, gdybyś spróbował ze mną pomieszkać. — Dean wsunął dłonie do kieszeni. Uśmiechał się bez pokazywania zębów do niższego od siebie faceta.
Widział, że dla nich obu ta sytuacja była krępująca, ale to było jakimś rozwiązaniem. Nawet jeśli tymczasowym.
Harley myślał chwilę, po czym prychnął i rozejrzał się po tej ciemnej okolicy. Zdążył już zadzwonić do pracy, że się nie pojawi. Na szczęście nie robili dużych problemów.
— To właściwie możemy iść. Nie mam ze sobą nic swojego — powiedział z krzywym uśmiechem. A gdy wraz z powiewem wiatru poczuł mocniej wszystkie zapachy, przypomniał sobie o czymś. — Właśnie, Dean. Jest jeden problem… Moje leki są w kamienicy.
— Mówiłem ci za pierwszym razem, że mam też trochę u siebie. Jutro może spróbujemy włamać się do twojego starego mieszkania i zabrać więcej. I jakieś ubrania, bo swoich ci nie pożyczę. — Zaśmiał się i klepnął go w klatkę piersiową.
Harley spojrzał na siebie i uśmiechnął się kątem ust. I od razu wykorzystał okazję, żeby zlustrować wzrokiem Deana.
— Czyli spadamy? Godzina policyjna już niedługo.
— Mhm. Zadzwonię po transport. — Dean uśmiechnął się do niego, mając szczerą nadzieję, że uzyska na to odpowiedź. Nie chciał, aby jego pierwszy chory, jakiego miał pod oficjalną opieką, był zdegustowany tym faktem.
— Okej — odparł Harley ze zrezygnowaniem i odsunął włosy do tyłu. Nie miał wyboru.
Dean, nie mogąc odpowiedzieć, bo już dzwonił, tylko popatrzył na niego z zaciekawieniem. Podobał mu się. Mężczyzna podchwycił jego spojrzenie i prychnął z uśmiechem. Pokręcił głową, nie komentując, tylko czekając, aż Dean wreszcie zabierze ich spod tego szpitala.
Słuchał, jak ten rozmawiał przez telefon. I patrzył. Bo było na co. Dean nie umiał stać w miejscu i kiedy zamawiał im transport, kręcił się, bujając na boki. W końcu schował telefon i zarzucił ręce na ramiona Harleya.
— W sumie to zabawne.
A mężczyzna uniósł brwi z rozbawieniem i zaskoczeniem po tym geście. A i tak automatycznie położył dłonie w pasie Deana.
— Co?
— Że najpierw mi uciekłeś, a teraz na siłę cię sobie przywłaszczyłem. Ale na dobry początek… Najgorszy nawyk?
— To nie będzie ani nieopuszczanie deski w toalecie, ani wstawanie o szóstej rano. Nie wiem, czy już kiedyś żyłeś z jakimś chorym, ale lubimy mięso. Ja do tego dużo wyciskam i codziennie się masturbuję. Sporo samca we mnie — odpowiedział prześmiewczo, masując boki Deana.
Ten przez to obejrzał się na swój tyłek.
— To… to będzie w takim razie dla mnie strasznie ciężko — odparł, a kiedy znów spojrzał na Harleya i zobaczył jego poważną twarz, roześmiał się. Oparł się po tym głową o jego ramię.
Ruchomy kącik ust mężczyzny od razu uniósł się w górę.
— Już nie dramatyzuj, żmijko. Szybko nauczysz się ze mną funkcjonować — zamruczał mu do ucha ni to jako obietnicę, ni to jako groźbę.
Dean poczuł przyjemne dreszcze przebiegające po plecach. Nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo podjechał do nich samochód z kierowcą, który dotąd czekał na drugim parkingu, po zachodniej stronie szpitala. Zamiast więc ciągnąć ten flirt, spytał:
— To jak? Gotowy wracać do domu?
Przez to, że ujął to w ten sposób, Harley na sekundę zastygł. Myśl o tym lofcie jako o własnym mieszkaniu była… gorzko-słodka.
Przytaknął jedynie, przywracając powagę na swojej twarzy. A gdy Dean wsiadł do samochodu, zajął miejsce obok i wziął głęboki oddech. Wracał do domu.

***

Harley widział, że Dean się denerwował. Kiedy tylko wysiedli przed budynkiem z loftem na piętrze, zaczął się na niego co raz oglądać. Tak jak ostatnio poprowadził go na górę. Tym razem bez słowa i bez flirtów.
Sytuacja była bardziej poważna, a Harley spięty. Szedł ciężkim krokiem i na koniec pomógł Deanowi w odsunięciu ciężkich drzwi. Gdy sam wszedł za nim do środka, a loft został rozświetlony jasnymi żarówkami, odetchnął głośno.
— To cholernie dziwne uczucie — skomentował, zdejmując buty i powoli wchodząc głębiej.
— Nie dziwię ci się, ale pomyśl o tym, że… Hmmm… — Dean zamyślił się, jak to najlepiej ująć. Zamknął ciężkie drzwi na zamek. Tak na wszelki wypadek. — Że ja się do ciebie sprowadziłem?
Harley zacmokał.
— Nie wiem, czy zadziała — przyznał.
Przy okazji spaceru po wielkim pomieszczeniu, zdjął koszulkę przez głowę. Było mu w niej gorąco. Szczególnie przez liczne opatrunki po ugryzieniach i zadrapaniach, które miał na całym ciele. Rzucił ubranie na oparcie krzesła w części jadalnej i podszedł do wielkiego okna, z którego kiedyś często popatrywał na miasto. Teraz ciemne, oświetlone jedynie rzadko stojącymi latarniami i światłami z samochodów wojskowych.
Dean chwilę na niego popatrywał, aż w końcu zaszedł go od tyłu. Objął go w ramionach, opierając się lekko o jego plecy. Przesunął nosem po boku jego głowy.
— Napijesz się ze mną czegoś?
Poczuł, jak ciało pod nim powiększyło się znacznie, kiedy Harley wciągnął głęboko powietrze.
— A… Sorry, ale mogę cię najpierw prosić o leki? Oddam ci, gdy tylko dorwę się do swoich rzeczy.
Dean zamruczał na zgodę.
— Przyniosę i wstawię wodę — odparł i odsunął się.
Chciał klepnąć go w pośladek, ale sobie darował. Udał się za to do sypialni i sejfu w szafie, gdzie trzymał leki. Miał kilka strzykawek na czarną godzinę, tak jak miał też wielkie pudło z kondomami różnych rozmiarów.
Tymczasem Harley dalej zwiedzał jego mieszkanie. Cieszyło go, że Dean wiele nie zmienił, choć równocześnie przywodziło to wspomnienia.
Gdy Dean już wracał do niego ze strzykawką, Harley skinął na rurę.
— Pokazałbyś mi, jak się ruszasz?
— Mogę. Ale nie dziś? — Podał mu ją i lekko musnął jego dłoń palcami, nim zawrócił do kuchni. Chciał się napić czegoś ciepłego i odetchnąć. Tak naprawdę odetchnąć. To był długi, bardzo długi dzień.
W tym czasie Harley odczepił zabezpieczenie i nadstawił sobie rękę. Wstrzyknął lekarstwo i przymknął oczy, czując, jak to przebiega mu po ciele. Uspokajało go, robiło z niego kogoś bardziej… ludzkiego. Miał większą kontrolę nad swoimi zmysłami.
Podszedł do kanapy stojącej naprzeciwko kominka i uśmiechnął się smutno na widok pustego miejsca na podłodze. Dobrze pamiętał leżący tu kiedyś dywan z koziołka.
— To kawy czy herbaty? — usłyszał z kuchni zawołanie. Dean nie przeszkadzał mu w poznawaniu swojego mieszkania na nowo.
— Hm… Chyba herbaty! — odpowiedział Harley głośno. Przesuwał dłońmi po materiale kanapy. — Niewiele zmieniałeś!
— Bo mi się podobało. Ma w sobie to coś. I dobrze się tu dźwięk roznosi! — odparł Dean głośno z kuchni. Zalał im obu po herbacie. — Coś wyjątkowo się zmieniło? — spytał, idąc już do niego z dwoma kubkami. Aż tak dobrze nie pamiętał.
— Mówiłem już, że na pewno ta rura — odparł Harley z uśmiechem. Przyjął kubek i zamruczał na potwierdzenie. Od razu się napił i z ulgą poczuł, jak smak herbaty zastępuje nieprzyjemny smak leków, jakimi uraczono go w szpitalu. Nawet nie wiedział po co. — Nie ma też dywanu z koziołkiem.
— Tego białego? — spytał Dean, aby się upewnić. — Jest w sypialni. Był jakiś ważny?
A Harley o mało nie zalał się herbatą.
— Poważnie go masz…? — wydusił z szeroko otwartymi oczami.
— Eee… No tak. Miły jest. Jest w sypialni.
Mężczyzna odstawił kubek i bez słowa się podniósł. Nie zważając na prywatność swojego gospodarza, podążył do części sypialnej. Wszedł na podwyższenie i zaraz obok łóżka zobaczył biały dywan z koziołka syberyjskiego. Był położony tak, aby osoba schodząca z łóżka, boso mogła na niego stanąć.
Klęknął i wsunął palce w miękkie futro. Przymknął oczy błogo, jakby zanurzył się w gorących źródłach po długim, zimowym spacerze. Wspomnienia ścisnęły go za serce.
Dean ostrożnie wszedł za nim do sypialni. Nie zbliżał się, czując, że nie powinien zakłócać tego momentu. A mimo to spytał.
— Umm… Wszystko okej?
Harley tylko pokiwał głową i wciągnął głęboko powietrze przez nos.
— Dziękuję, że go nie wyrzuciłeś — mruknął cicho.
— Um, spoko. Jak… jak chcesz, możesz go gdzieś indziej przełożyć — zasugerował, obawiając się, czy czegoś źle nie zrobił. W końcu… wiele było tu rzeczy po poprzednim właścicielu.
Ten nie odpowiedział, tylko jeszcze chwilę wczuwał się w dotyk dywaniku. Po tym uniósł się i uśmiechnął blado do Deana.
— Nie trzeba. Może tu zostać. Chodź, napijmy się herbaty. Chyba obaj jesteśmy zmęczeni.
— Mhm. Spoko, tylko… to będzie nietaktowne jak spytam, o co chodziło z tym futerkiem?
— Nie, nie jest nietaktowne. Ale dzisiaj było zbyt wiele emocji, Dean. Zostawmy to na następny raz, hm? — zasugerował mężczyzna, ruszając w jego stronę. Złapał go za dłoń i pociągnął z powrotem do kanapy. Gdzie był kubek z gorącą herbatą i miękkie siedzenie, na którym mógł odpocząć z tym słodkim i miłym blondynem.
Ten uśmiechnął się do niego, już bardziej drapieżnie.
— Okej. Daruję ci. Teraz — zgodził i wrócił z nim na kanapę. Podziękował losowi za to, jak była wygodna. A kiedy i Harley przysiadł obok niego, przytulił się z kubkiem w dłoniach.
Mężczyzna uśmiechnął się do siebie bokiem ust i objął go silnym ramieniem. Choć to miejsce przynosiło wspomnienia, to jednak… dobrze było tu być. Tak spokojnie i swojsko. I zupełnie mu w tym nie przeszkadzała obecność innego mężczyzny. Może nawet pomagała. Przypominała, że czasy były inne, że nie wróci już do tego, co było, co utracił, ale może spróbować zacząć coś innego od nowa. Tym bardziej, kiedy czuł w kościach, że całkiem nieźle dogada się z tym chudzielcem o niespotykanej urodzie i jeszcze bardziej niespotykanym uzębieniu. A co było naprawdę miłą myślą, to że nie brał tego pod uwagę tylko dlatego, że ten był zdrowy…

10 thoughts on “Bonus – Powrót do domu

  1. Katka pisze:

    C., yey, mega nas cieszy, że tak się bonusik podobał :) Zawsze jest większa presja, kiedy piszemy coś w zamian za challenge, więc nas bardzo cieszy, kiedy jesteście zadowoleni. No i chciałyśmy dać i trochę Deana i trochę Harleya, więc fajnie, że się spodobało takie podzielenie ważności. Och, a że za krótkie, to wiem. Nam też do nich tęskno XD Dzięki! :D

  2. C. pisze:

    Bonus byl absolutnie mega <3 I nie tylko dlatego, że zawierał jedną z moich ukochanych par.
    Bardzo podobało mi się to pewne odwrócenie ról ale bez uszczerbku dla charaktery samych postaci. Także fajnym zabiegiem bylo skupienie sie na Harleyu, z tym wstepem dot. Deana. Brawo za płynną zmianę nacisku ważności.
    Oczywiście narzekać moge że 'za krotkie' mimo swojej obszernosci, ale to tez gratki za tak fajny bonus i zakończenie, po ktorym chce sie wiecej.
    Weny! ( i czasu ;) )

  3. Katka pisze:

    Kasia, tak, w sumie bonus bardziej się skupiał na Harleyu mimo że w sumie dużo było pisane okiem Deana. Ale chcialysmy pokazać te różnice w traktowaniu chorych i zdrowych, a ze to się głównie odbija na chorych to tak wyszło. I w ogóle fajnie, ze polubilas bardziej Harleya. To taki ludzki facet XD jeśli można tak powiedzieć. I masz rację, dobrze ze trafił na Deana. On jako zdrowy zdecydowanie nie jest interesowny i materialistyczny więc powinno im się dobrze żyć razem :)

    Wadera, hehe dzięki za słowa uznania! Miło szczególnie ze udało się zachować charakteru postaci :) no i tak, dalszego ciągu nie będzie, ale to tak w sumie na plus żeby zostawić kwestie rodziny Harleya w niedopowiedzeniu. Niech pozostanie troszkę tej goryczy.

  4. Wadera pisze:

    Wow. Przyznam, że nie sądziłam że wyjdzie AŻ tak dobrze. Zrobiłyście genialne odwrócenie ról, a przy tym całkowicie zachowałyście charaktery postaci. Po każdym takim przedsięwzięciu podziwiam Was bardziej. Najmocniej uderzyło mnie to, że jak skończyłam czytać to pomyślałam, że nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału i rozwinięcia temu z koziołkiem i co się stało z synem. A tu nagle takie BUM! To bonus! Kolejnego rozdziału nie będzie! I rozpacz czarna. W każdym razie bonus pochłonął mnie i teraz zabieram się za nadrabianie rozdziałów ;)
    Pozdrawiam, Wadera.

  5. Kasia pisze:

    Ach Dean… uwielbiam tą żmijkę :) Chyba najbardziej za jego szaleństwo z jednej strony a z drugiej za pragnienie uczucia. I znowu miał długie włosy…mrr cudowny warkocz…😊 No ale ten bonus bardziej skupiał się mam wrażenie na Harleyu i w sumie fajnie bo jakoś ta postać nie była mi do tej pory bliska a teraz go niesamowicie polubiłam. Bardzo mi się podobało w jaki sposób traktuje Deana, to że przyszedł przeprosić i wyjaśnić :) Może wyczuł wrażliwość w Deanie? No seks był również fajowy, lubię te gadki przed 😆
    Trochę przykra była natomiast cała otoczka, jakoś w tej historii bardzo było widać interesowność ludzi, to przykre że chorych tak naprawdę pozostawiono samych sobie z założeniem że nie będzie wielkiej straty jeśli coś im się stanie. Harley stracił rodzinę , ta scena z dywanikiem bardzo mnie poruszyła… Dobrze że trafił na Deana, bo on jest może i nieco szalony ale ma w sobie dobro i już było to widać że zadba o teraz już swojego chorego. Bardzo dziękuję dziewczynki :) Super się czytało 😘

  6. Katka pisze:

    Damiann, całkiem trafne. Tym bardziej, że ostatnio jakoś ten temat mnie bardziej męczy. Póki człowiek ma władzę i to „gorsze” nie może mu zaszkodzić, to się czuje całkiem usatysfakcjonowany swoim zachowaniem. Bo może i już. Nikt mu nie zabroni, bo ten inny ktoś też z tego czerpie korzyści i udaje, że nic złego się nie dzieje. Smutne, ale prawdziwe.

  7. damiannluntekurbus17 pisze:

    A wedlug mnie klimat trafiony idealnie. Harley cierpi, bo zostal odrzucony i wladze maja gdzies takich jak on, nikt sie nie interesuje losem chorych, zyja w zlych warunkach, a zdrowi zyja w luksusach, nie musza sie tak naprawde niczym martwic. Tak samo jest przeciez ze zwierzetami, masowo mordowane w rzezniach byle zaspokoic potrzeby ludzi i nikogo to nie obchodzi, a w Wielkanoc pewnie zabija sie ich wiecej, jak w kazde swieta. Zadne wladze sie tym nie interesuja, ludzie siedza spokojnie w domach nie przejmujac sie tragedia innych stworzen. Prawie jak epidemia :)

  8. Katka pisze:

    Damiann, noo, smutne to było :( W sumie mimo że nie napisałyśmy wprost, co się stało z rodziną Harleya, ale chyba właśnie da sie domyślić, że nic dobrego. A taka wizja w ogóle rzeczywistości takiej, w jakiej oni się znaleźli, moim zdaniem jest całkiem prawdopodobna, znając naturę człowieka. Tak jak mówisz.

    Yaoistka, fajnie, że niespodzianka się spodobała :) To taki mało świąteczny klimat, ale cóż XD Zawsze jakaś bonusowa rozrywka, hehe.

  9. Yaoistka^^ pisze:

    Mrau… Cudowny prezent! Bardzo wam dziękuję. Cudowna niespodzianka z rana ;)
    Powiem szczerze… bardzo mało jest takich opowiadań o zombi i apokalipsie… i wiecie co? xD Najlepsze są same homo xD

    Weny :3
    Pozdrawiam!

  10. damiannluntekurbus17 pisze:

    Ten moment z tym koziolkiem byl smutny i wzruszajacy :(
    Biedny Harley. Przez epidemie stracil pewnie rodzine, szacunek i normalne warunki do zycia.
    To w sumie przykre, ze takie sytuacje pokazuja prawdziwa nature wiekszosci ludzi, ktorzy dbaja tylko o swoja dupe, a tych ktorzy sa najbardziej poszkodowani odstawiaja na bok, bo sa juz niepotrzebni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s