Across The Cursed Lands III – 47 – Nieradzący sobie w dziczy ziemniak mężnieje

Jefferson odpoczywał w domu, dużo śpiąc. Spałby i teraz, gdyby nie fakt, że w domu było całkiem gwarno. William szykował się do podróży do Gavina, krzątając się po salonie, w którym leżał Ranger. A poza Eddiem i Malvinem obecny był też Indianin Tecumseh. Przybył dziś z samego rana, żeby z ciekawością poobserwować Jeffersona — człowieka z przeszczepionym sercem. Wyglądał, jakby wciąż nie dowierzał, że mężczyzna żyje i ma się dobrze.
— Czy to serce pozwoli mu żyć wiecznie? — zapytał, siedząc przy łóżku Rangera.
William, który właśnie pakował prowiant od Malvina, kucając przy swoich bagażach, uniósł wzrok na Indianina i delikatnie ściągnął brwi.
— Oczywiście, że nie. To samo serce w klatce piersiowej dawcy też nie dawało mu życia wiecznego. Nic nie ma takiej mocy.
— Nie obawiasz się, że przejmie nad nim kontrolę? — pytał dalej Indianin. Był zafrasowany tym, że w ogóle było to możliwe. Nie wyobrażał sobie czegoś takiego nawet w snach. Już realniejsze wydawało mu się to, że jego dusza zamieni się w zwierzę, czy cokolwiek.
— Nnn… Na razie nadal czuję się sobą — mruknął Jefferson, bo chociaż miał zamknięte oczy, jakby spał, przez rozmowy już się zbudził.
— To tylko serce. Zbyt duże znaczenie przywiązujesz do tego organu, Tecu — dodał William, ściągając sznurki w dużym worku. — To w mózgu dzieje się wszystko związane z osobowością.
— Ale jego duch… — upierał się mężczyzna, a Jefferson śmiał się pod nosem, kiedy to słyszał.
Sam myślał bardzo podobnie, a teraz miał w sobie jakieś obce serce. Lecz poza tym, że wszystko go bolało i czuł się wyczerpany, nadal myślał o sobie jak o… sobie.
Tymczasem w kuchni Malvin zalewał zioła dla Jeffersona, obserwowany przez siedzącego na stołku Eddiego. Słyszał strzępki rozmów z salonu i nagle go naszło, żeby zasugerować coś Eddiemu. Obejrzał się więc na niego, czekając, aż woda się zagotuje.
— Eddie, może Tecu zgodziłby się pojechać z Willem?
Kowal popatrzył na niego z zaciekawieniem.
— Możemy go zapytać. Jest dobrym myśliwym. Will raczej nie pogardzi. Ale kto zostaje w takim razie z Jeffersonem?
— Myślałem, że jeśli Tecu pojechałby z Willem… moglibyśmy obaj tu zostać — przyznał Malvin na głos to, o czym myślał od wczoraj. Przy tym całkowicie odwrócił się w stronę kowala i oparł pośladkami o szafkę w kuchni.
Eddie spojrzał w stronę salonu, gdzie William się pakował, a Jefferson odpoczywał.
— Taa… Myślę, że to dobry pomysł. Jeśli mielibyśmy tym bardziej później z nimi jechać do Waszyngtonu.
— Zdążylibyśmy wszystko przygotować do drogi, a ja może pokazałbym wszystko rodzinie Tecu — dodał Malvin z nadzieją. Nie rozmawiali jeszcze o tym z samym Indianinem, ale miał nadzieję, że ten zgodzi się na ich propozycję.
— Brzmi rozsądnie. Chcesz z nim teraz o tym pomówić?
Malvin wciągnął powietrze głęboko do płuc i przytaknął. Nie był pewien, czy w ogóle Tecumseh zgodzi się na takie rozwiązanie, bo przecież z jakiegoś powodu wciąż mieszkał z innymi na uboczu. Nie korzystał z dobrodziejstw nowej technologii ani, jak zrozumieli, nie asymilował się z białymi. Więc jeśli nie chciałby tu sprowadzić swojej rodziny, to Malvin mógłby… bardzo długo nie widzieć Eddiego.
Podszedł do kowala, pochylił się i pocałował go delikatnie.
— Zaraz go zapytam, tylko zaleję zioła dla Jeffa. Myślisz, że się zgodzi? — zapytał, patrząc z nadzieją w piwne oczy Eddiego.
Ten pozwolił sobie na objęcie trapera w pasie. Lubił czuć jego ciało pod palcami.
— Jeśli nie spytasz, to się nie dowiesz. Ale myślę, że może się zgodzić. Przecież nie mieszkasz w centrum miasta, a do tego może potraktuje to jako prośbę pomocy ze zwierzętami, a nie jako próbę przystosowania ich do naszego świata.
— Mhm. Tak, to rozsądne. Powinno mu się to spodobać — uznał Malvin już bardziej pozytywnie. Uśmiechnął się nawet szczerze i przesunął dłonią po krótkich włosach siedzącego Eddiego. — Oni będą mieli ciepłe schronienie na zimę, a my będziemy się grzać w drodze sobą nawzajem — dodał ze śmiechem.
— Podoba ci się ta myśl, co? — spytał Eddie, pocierając rozgrzewająco bok drugiego mężczyzny. Lubił widzieć uśmiech w jego oczach. I jak z natury był spokojnym człowiekiem, tak trochę ożywał przy przepełnionym energią Malvinie.
— Aż tak to widać? — Traper zaśmiał się wesoło. Podsunął się jeszcze odrobinę bliżej, stając między kolanami starszego mężczyzny. Lubił się do niego przytulać.
— Trochę. Ale poczekaj, aż Tecumseh się zgodzi i będziemy mieli za świadków tylko Jeffa i Willa — zaproponował łagodnie kowal, ale poza werbalnym odsunięciem od siebie na tę chwilę Malvina, nie zrobił tego fizycznie.
Ten westchnął z bólem, choć i tak jeszcze pochylił się po jednego buziaka. Po tym uśmiechnął się do kowala i zalał mieszkankę dla Jeffersona przegotowaną wodą. Z kubkiem parujących i pachnących ziół wszedł do salonu.
— Jeff, jak się czujesz? Uniesiesz się, żeby się napić? — zapytał miękko, przysiadając obok niego na miejscu zwolnionym przez Indianina. Ten stanął znów kawałek dalej i obserwował Rangera, jak kruk siedzący na gałęzi obserwuje zwierzynę na dole.
Jefferson otworzył oczy i ze stęknięciem uniósł się do pozycji siedzącej.
— Powoli wracam do życia — mruknął i przyjął kubek. Trochę się obawiał, że go nie utrzyma, ale nieźle sobie poradził. — Co tam? — spytał, nim się napił.
Widział, jak Eddie wchodzi za Malvinem do salonu. Jak zwykle spokojny i cichy. Przez to czasami wydawało się, jakby go nie było, mimo że był całkiem sporym, rzucającym się w oczy mężczyzną.
— Myślimy, żeby zostać z tobą w domu, gdy Will pojedzie — odpowiedział Malvin, pilnując Jeffersona na wypadek, jakby nie poradził sobie z kubkiem. A kiedy ten zdziwił się, że chcą puszczać jego lekarza samego, dodał: — Bo myśleliśmy, czy Tecu nie zgodziłby się z nim pojechać. — Obejrzał się przy tym pytająco na Indianina.
Ten dopiero po chwili zreflektował, że o nim mowa. Podszedł, aby być częścią rozmowy.
— Chcecie, abym towarzyszył jednookiemu ptakowi?
— Jeśli tylko byś się zgodził. Will nie radzi sobie w dziczy, z tego co mówił Jeff.
Lekarz, o którym rozmawiali i który właśnie zakładał swoje wygodne buty do podróży, od razu ściągnął brwi z urazą. A ta tylko się powiększyła, kiedy Eddie i Jefferson pokiwali głową na potwierdzenie.
— Jeśli nie byłaby to długa droga, to mógłbym przyjąć waszą propozycję. Nie mogę bowiem na długo zostawiać swoich ludzi — odpowiedział z powagą Tecumseh. — Jednooki ptak to dobry, jednak niezbyt wprawny w przetrwaniu człowiek.
Jefferson zaśmiał się z tego. Chyba każdy postrzegał Williama w ten sposób.
— Co racja, to racja, więc dobrze byłoby, gdybyś mu pomógł. Chociaż nadal nie wiem, czemu ptak.
— Myślę, Jeff, że ptak mimo wszystko jest łatwiejszy do wytłumaczenia niż ziemniak — wtrącił sucho William. — Ale skoro zamierzamy razem wyjechać… to powinniśmy już ruszać. Cała podróż zajmie nam zapewne jakieś sześć dni. Wrócimy tu przed upływem tygodnia.
Indianin popatrzył z niepewnością to na lekarza, to na Malvina.
— Nagle przekazaliście mi te wieści i propozycje — mruknął, chcąc pomóc, ale będąc przy tym dość zniesmaczonym, że tak mało czasu dostał na podjęcie decyzji.
Malvin przekręcił się na fotelu i poważniej spojrzał na czerwonoskórego rozmówcę.
— Jeśli obawiasz się o swoich ludzi, mogę obiecać, że będę codziennie do nich zaglądać. Mogę też przywieźć im trochę koców czy jedzenia. I właściwie jest jeszcze coś, o co chcieliśmy cię zapytać… — dodał, uznając, że teraz był na to dobry moment. Upewnił się jeszcze zerknięciem na Eddiego, ale kiedy ten przytaknął, kontynuował. — Chciałem złożyć ci propozycję… sprowadzenia tu swoich ludzi na zimę. Widzisz, że mam duży teren, a tak jak wam przyda się ciepło i dach nad głową, tak mnie przyda się opieka nad zwierzętami, gdy wyjedziemy.
Tecumseh ściągnął swoje ciemne brwi i długo patrzył na Malvina, nim odpowiedział. Analizował.
— Chcesz ustąpić nam na zimę swój dom? — spytał najprościej, jak mógł, będąc przy tym wyraźnie zaskoczonym tą propozycją. — To bardzo hojne, ale też nietypowe dla białych ludzi, aby spraszać na swoją ziemię.
— Nietypowe też dla białych ludzi jest to, żeby byli ptakami czy ziemniakami, zaś dla Indian to, że tak przyjaźnie podchodzą do białych, którzy potrzebują pomocy — wtrącił wymownie William, już właściwie gotowy do drogi. Ale skoro zapowiadała się dłuższa rozmowa, przysiadł na skraju łóżka Jeffersona i chyba bez udziału mózgu głaskał go po łydce przez pościel. — A Malvin jest z natury przyjazny. — Nie wspomniał jednak, że jego zdaniem był zbyt przyjazny, bo aż zanadto chętnie i otwarcie przyjął Jeffersona swego czasu między nogi.
— Zresztą, wolałbym, żeby Will nie jechał sam — mruknął Ranger znad kubka z ciepłymi ziołami.
Indianin wydawał mu się najbardziej bezpieczną osobą, która mogłaby pojechać z jego lekarzem. Jedyne co go bolało… to myśl, że był przystojny. Zastanawiał się, czy jego „ziemniaczek” będzie się gapił.
— Bardzo by nam się też tu przydała opieka twoich ludzi nad zwierzętami. Jedź teraz z Willem, a decyzję podejmiesz do powrotu — dodał Eddie zdecydowanym, ale spokojnym głosem.
Tecumseh wyglądał na zafrasowanego, ale przytaknął z powagą wypisaną na twarzy. I z tą samą powagą dodał:
— Zatem udam się do wychodka i możemy ruszać.
A gdy wychodził, ledwie mieścił się w drzwiach przez swoje szerokie i potężne barki. William aż się za nim zapatrzył i bezmyślnie wydusił:
— Ten mężczyzna jest wielki jak stodoła.
— I co? Jądra ma większe niż kutasa? — burknął Jefferson niechętnie. Cieszył się, że była już zima. Kąpiele w strumieniach odpadały z planu podróży.
Malvin mimowolnie się uśmiechnął i przyjął od Rangera kubek, kiedy ten go do niego wyciągnął.
— Chyba ktoś wraca do zdrowia… — rzucił z rozbawieniem.
— Bo znam już trochę tego kartofla — rzucił Ranger w stronę Williama i uśmiechnął się pod nosem.
Kiedy Malvin się zaśmiał, lekarz wychylił się, podparł dłońmi o łóżko i pocałował Jeffersona.
— Ciało Tecu imponuje, ale to wciąż twoje jest najbardziej harmonijne anatomicznie, jakie kiedykolwiek widziałem — powiedział poważnie i wstał. — Przykro mi, że nie mogę dłużej z wami posiedzieć. Ale Nick naciskał, żeby się pospieszyć, więc ruszam. Zobaczymy się za tydzień.
— Uważaj na siebie — mruknął od razu Jefferson, nie komentując uwag o swoim ciele. Uważał, że teraz, z blizną na klatce piersiowej, już nie był takim ideałem. Ale nie zamierzał teraz kłócić się o to przy Eddiem i Malvinie. Tym bardziej, że właśnie ten pierwszy zabrał rzeczy Williama, chcąc pomóc mu je zanieść do stajni i tam już ostatecznie przygotować się do drogi.
— Będę. Ty też odpoczywaj, bo będziemy za tydzień ruszać w drogę — dodał William, już stojąc w progu i ostatni raz patrząc na Rangera. Był spokojny tylko dlatego, że doktor Quing obiecał zaglądać do pacjenta każdego dnia.
Jefferson puścił mu oczko. Po tym lekarz już mógł wyjść, żeby ruszyć chyba pierwszy raz w swoim życiu w podróż w środku zimy, tylko z nie w pełni znanym sobie człowiekiem. I to konno. Przeżył jednak już dość, że był o siebie w miarę spokojny.

***

Jak na ranczu Mavericka Williamowi wydawało się, że czas płynął niesamowicie wolno, tak od czasu, kiedy z niego ruszyli, jakby zaczął ich gonić. Może i nie wisiało nad nim widmo śmierci Jeffersona, ale miał wrażenie, że mają wiele do zrobienia. Wolałby teraz siedzieć w domostwie Malvina i badać ciało zmutowanego człowieka, niż spędzać dni w drodze do kolejnego celu. Był jednak świadom, że to musiał być on. Że nikt inny nie mógł pojechać do Gavina. Miał więc nadzieję, że Eddie, Malvin i może doktor Quing spróbują odkryć, jak łatwo pozbawić życia ich trudnych do zabicia wrogów.
— Myślę, że już powoli dojeżdżamy — powiedział, rozglądając się po okolicy.
Gdy ostatnio tu był, nie było śniegu, ale i tak miał wrażenie, że poznawał okolicę. Dom Gavina Halla musiał znajdować się niedaleko, a on po trzech dniach drogi już naprawdę chciał dotrzeć do celu.
Tecumseh był dobrym towarzyszem drogi, ale jednocześnie było w nim coś takiego, że czasami William miał wrażenie jechania przez bezdroża samotnie. Indianin był potężnie zbudowany, silny i można było się przy nim poczuć bezpiecznie. Ale jednocześnie zawsze zachowywał stosowny dystans i… oddawał się naturze. Wpatrywał się w przestrzeń, pozostając w ciszy i najpewniej w swoich myślach. Dopiero kiedy nadchodziła noc, rozmawiał z Williamem. To była dla lekarza dziwna podróż.
— Najprościej dla nas by było, gdyby w domu Gavina była jego żona. — William zauważył, że mówi nawet nie po to, by uzyskać odpowiedź, lecz by po prostu nie jechać w zupełnej ciszy. — Nie mamy zbyt wiele czasu, żeby jeździć po kraju i jej szukać. A ty, Tecu? Masz jakąś partnerkę lub partnera? — zaryzykował, ciekaw, czy u Indian homoseksualizm jest negatywnie postrzegany.
Indianin trochę bardziej zrównał się z lekarzem.
— Jednooki ptak jest znużony drogą, że się tym interesuje. Ale odpowiem. Nie mam nikogo. Nasza grupa jest mała. Nie mam w planach wiązać się z nikim z miasta.
— Och. No tak. Choć gdy ja wyobrażam sobie, że miałbym związać się z kimś z twoich ludzi — William zerknął na niego i mimowolnie obejrzał jego masywne, imponujące ciało — to nie wykluczałbym takiej możliwości.
— Nie wykluczać, a nie zakładać, to dwie różne rzeczy, jednooki ptaku. Ty zapewne wiele rzeczy też nie zakładałeś, kiedy opuściłeś swój dom — mówił spokojnie, nie zauważając albo nie zważając na analizujące go spojrzenie.
— Nie zakładałem większości tego, co spotkało mnie po wyjeździe z Austin. Ale to jedynie dowodzi tego, że może i ty kiedyś zwiążesz się z kimś z miasta — zauważył rezolutnie.
— To już sprawa duchów, gdzie mnie poprowadzą. — Tecumseh uśmiechnął się pod nosem i znowu wpatrzył w okryte śniegiem pustkowia.
Było już późno, ale śnieg odbijał ostatnie promienie słońca i sprawiał, że nie było tak dobijająco ciemno. Czuli jednak chłód.
— Zatem wierzysz w przeznaczenie — podsumował spokojnie William.
Sam nie pokładał wiary w siły wyższe. Był zwolennikiem twierdzenia, że każdy jest kowalem swojego losu. Choć gdyby to przeznaczenie miało mieć władzę nad jego życiem, wydawało mu się, że wtedy życie byłoby łatwiejsze. Wystarczyłoby poddać się nadchodzącym wydarzeniom. Ale przecież tak nie było. Przecież musieli walczyć o każdą chwilę, o swoje szczęście, o siebie nawzajem. Walczyli o życie, o zdrowie i o sprawiedliwość. Musieli zdobyć to własnymi działaniami. Jemu udało się zdobyć serce Jeffersona. Ale wiedział, że muszą jeszcze przeżyć ten ciężki czas i utorować sobie drogę do spokojnego, wspólnego życia. Przeznaczenie tego za nich nie załatwi.
— Och. Chyba jesteśmy — zauważył, kiedy zobaczył dach domostwa Gavina Halla.
— Los doprawdy szczęśliwie nas tu doprowadził. Miejmy nadzieję, że poszukiwana kobieta jest tu także. — Indianin uśmiechnął się do Williama. Widać było, że nie lubił niepotrzebnych trosk. Że walczył o swoje życie i chciał, żeby było szczęśliwe. Lecz w nieszczęściach szukał przeznaczenia, a nie swojej winy. To na pewno ułatwiało.
Dojechali pod sam dom. Williamowi wydawało się tu dziwnie cicho. Może dlatego, że ostatnim razem natknęli się na dzieci Gavina. Słychać też było wtedy zwierzęta. Zima sprawiła, że to miejsce stało się bardziej ponure.
Zeskoczyli z siodeł i przywiązali konie do belki na ganku. Nie wiedzieli, czy nie zostaną na ciepły napitek, nawet jeżeli Adeli Allen nie będzie. Na wszelki wypadek przykryli wierzchowce derkami i dopiero zapukali do drzwi.
Wyglądali u swego boku bardzo osobliwe. Szczególnie że Indianin był wyższy od lekarza o więcej niż głowę, nie wspominając już o szerokości ramion. Ich stroje też mocno się różniły. I nawet jeśli lekarz nie lubił zwierząt, to trochę zazdrościł swojemu towarzyszowi ciepłych skór, jakie ten miał na plecach.
Pod drzwiami czekali tylko chwilę. Najpierw zobaczyli, jak firanka w oknie najbliżej szyby poruszyła się, a dopiero po tym drzwi otworzyły się przed nimi.
— Pan Lockerbie. Co za niespodzianka! Tym bardziej w taką pogodę.
— Gdybym miał wybór, nie podróżowałbym. Dzień dobry, panie Hall. To mój chwilowy towarzysz, Tecumseh.
— Witam. — Indianin skinął głową także niższemu od niego mężczyźnie.
— Miło mi poznać. — Gavin wyciągnął do niego dłoń na powitanie i cofnął się w drzwiach, — Wejdziecie? Domyślam się, że praca sprowadza?
— Tak. Mam rozkazy od generała, żeby skontaktować się z pana żoną — odpowiedział od razu lekarz, gdy weszli do ciepłego wnętrza.
W salonie nie było dzieci, ale słyszeli ich głośną rozmowę i śmiech z sąsiedniego pokoju. Tutaj za to drewno paliło się w kominku, a na stole stał imbryk z parującym płynem. William ostatnio całkiem przyjemnie się tu czuł i wcale się to nie zmieniło.
— To właściwie świetnie się składa. Ale zapraszam, usiądźcie i porozmawiamy. Napiją się panowie herbaty?
— Ja bardzo chętnie — przytaknął William, odwieszając płaszcz i kapelusz.
Jego towarzysz był dużo bardziej powściągliwy i trzymał się z tyłu, ale obserwując Williama, starał się robić dokładnie to samo co on. Też poprosił o herbatę.
— Więc potrzebujecie Ad. Ostatni często mam tu gości.
— Był u pana Edward Hill, z tego co wiem — odparł William, siedząc obok Indianina przy stoliku. Kiedy Gavin postawił przed nimi dwa kubki i nalał naparu, podjął: — Mam nadzieję, że od tamtego czasu nikt pana nie niepokoił?
— Poza jednym bezdomnym psem. Adela pojechała do miasta, by sprawdzić, skąd się przybłąkał. Powinna niedługo wrócić. Ale wy też jesteście tu z jakiegoś powodu. Nie tylko po to, aby nie słać jej tu listów. — Gospodarz mówił spokojnie, ale Indianin zauważył, że zerkał w stronę drugiego pokoju. Nie chciał, żeby dzieci się wtrącały.
— Potrzebujemy jej pomocy. Nick i Maverick są w Waszyngtonie. Jesteśmy już blisko znalezienia sprawcy tego całego zamieszania, ale okazało się, że… potrzeba więcej ludzi, byśmy mogli sobie z tym poradzić.
— To tłumaczy obecność nowego towarzysza? — zapytał uprzejmie Gavin, popatrując na Tecumseha.
— Nie. Ja tu jestem z chęci pomocy, aby jednooki ptak nie umarł w dziczy.
William spojrzał na niego koso, niezadowolony, że nawet Indianin tak go oceniał. Gavin za to uśmiechnął się pod nosem.
— Panie Lockerbie, ma pan w sobie chyba już coś takiego. A co się a propos tego dzieje z panem Blackiem? Flo nawet o niego pytała swego czasu.
— Och, tak? To miłe. Przekażę mu to. — William uśmiechnął się delikatnie. Napił się herbaty, nim odpowiedział na pytanie. — Jeff znajduje się obecnie we Frankfort. Odpoczywa po operacji. Ale proszę się nie martwić. Już wszystko jest pod kontrolą. Jeśli pani Adela będzie skłonna z nami wyruszyć, to Jeff do nas dołączy.
— U kogoś we Frankfort? Nic mi nie wiadomo, abyśmy mieli tam punkt.
— Nie mieliśmy do niedawna. Jest pewien traper, który nam sporo pomaga.
William zaczął wyjaśniać dokładniej całą sprawę. Jeżeli dobrze zrozumiał, wystarczyło, żeby chwilę zaczekali, aż Adela wróci. Dlatego rozgadał się trochę. Temat zszedł również na wioskę Tecumseha.
Po jakimś czasie zaczęli się trochę niepokoić, że jednak będą musieli przenocować u Gavina, zanim wrócą z Adelą. Wszystko dlatego, że robiło się późno. Ale nagle usłyszeli wesołe rżenie konia, który najwyraźniej w ten sposób witał dwa stojące pod domostwem.
— Mama, mama! — rozległ się dodatkowo głośny wrzask, kiedy dzieci wybiegły z sąsiedniego pokoju i nie przywitawszy się nawet z gośćmi, przebiegły przez salon do drzwi.
— Chyba doczekaliście się tej, której szukacie — rzucił Gavin z uśmiechem na połowie ust, a goście patrzyli, jak drzwi otwierają się i do domu wchodzi ubrana w grube, męskie ubrania kobieta.
Zdjąwszy jedynie rękawiczki, kucnęła, aby powitać dzieci. Chłopiec rzucił jej się na szyję, a dziewczynka czekała obok grzecznie na swoją kolej.
Dopiero po nich nadeszła kolej na jej męża. Podszedł do niej, a kiedy Adela wstała, uściskał ją mocno.
— Dzień dobry, kochanie — powiedziała. — Jak wam minął dzień?
— Dobrze. I jak widzisz, mamy gości. — Gavin wskazał na siedzących mężczyzn.
Na ich widok kobieta od razu spoważniała.
— Nick was przysyła?
William wstał i podszedł do niej. Wyciągnął dłoń, żeby się przywitać.
— Tak. William Lockerbie. Miło mi panią poznać. To jest mój towarzysz Tecumseh. Przyjechaliśmy z rozkazów generała.
Przyglądał się jej uważnie. Z jakiegoś powodu myślał, że będzie wyglądała na starszą. Wiedział, że nie miała jeszcze czterdziestu lat, ale chyba dałby jej mniej. Mimo że nie miała wiele makijażu. Brązowy koczek dodawał jej uroku, choć nie był tak starannie związany, jak niektórych mieszczanek. Ale co trzeba było jej przyznać, była bardzo ładna. Isaac miał co podziwiać, a Gavin o co być zazdrosnym.
— Co tym razem chce? — spytała, ale nim William otworzył usta, uniosła dłoń. — Nie, chwila. Najpierw się rozbiorę, porozmawiam z dziećmi. Nieustannie nie ma mnie w domu. Nawet jeśli świat płonie, wciąż jestem matką. Niech panowie siadają i piją tę herbatę. — Po tym minęła lekarza i Indianina. Pociągnęła za dłoń syna i zniknęła w pokoju, w którym wcześniej bawiły się dzieci.
Gavin uśmiechnął się wymownie pod nosem i wskazał stolik. Usiedli więc ponownie, słysząc, jak Adela rozmawia z dziećmi. Musieli dać jej chwilę, więc znów zaczęli dyskutować o pracy w domu, o podróżach i o tym, co aktualnie działo się w polityce.
Gdy Adela wróciła, William ucieszył się wewnętrznie, bo nie chciał już dłużej zwlekać. Nie okazał jednak tego po swojej twarzy.
— Chętnie przekażę pani wszystko, co kazał powiedzieć Nick. Ale muszę od razu uprzedzić, że jeśli będzie pani skłonna, będziemy pani potrzebować w drodze do Waszyngtonu.
— Znowu w drogę? — Adela westchnęła ciężko i spojrzała na Gavina. Ten uśmiechnął się smutno. Widać było, że wiedział, że może tak być, gdy tylko zobaczył gości na swoim ganku. — Maverick jakoś może w takich sytuacjach zostać na tym swoim ranczu. Czemu to nigdy nie tyczy się reszty z nas? — mówiła zrezygnowanym tonem. Nie miała pretensji do gości. Była najpewniej zwyczajnie zmęczona.
Usiadła ciężko po stronie swojego męża, który od razu objął ją w talii i pomasował po plecach.
— Maverick wyjechał z nami — powiedział od razu William, a Adela otworzyła szeroko oczy.
— Słucham…?
— Tak. Sprawa jest na tyle poważna. Potrzebujemy każdej pary rąk. Nawet nie mogłem tu przyjechać z moim towarzyszem, lecz musiałem prosić o pomoc Tecu — dodał William, zerkając na Indianina. Skinął mu delikatnie głową. — Któremu jestem bardzo wdzięczny za wsparcie.
Ten odpowiedział podobnym gestem.
— Ad, mówili też, że nie tylko Black i pan Lockerbie ruszają później do Waszyngtonu. Ponoć w Kansas City na tyle się wydarzyło, że zabrali stamtąd też zaufanego człowieka — wtrącił Gavin. — On też był tam w niebezpieczeństwie. Pamiętasz, jak ci mówiłem o wizycie Hamiltona?
Kobieta pokiwała głową. Sprawa wydawała jej się już wcześniej gardłowa, ale później Nicholas przestał pisać listy. Niepokoiło ją to, ale też nie mogła panikować, więc wmawiała sobie, że po prostu nie musi, a nie, że nie może.
William dodał swoje trzy grosze odnośnie niebezpieczeństwa państwa i podejrzenia, że osoba, która za tym wszystkim stała, właśnie przebywała w tym samym mieście co prezydent. Wspomnienie o osobnikach, których nie dało się zabić zwyczajnymi pociskami, jeszcze bardziej wzmogło uwagę Adeli.
— Niech to diabli! — zawołała i uderzyła pięścią w stół. — Jak kocham ten kraj, po tym wszystkim przynajmniej rok spędzę w tym domu, nie ruszając się na krok!
Gavin uśmiechnął się blado.
— Jeszcze będziesz wypluwać te słowa, gdy zacznie ci się tu nudzić.
— Może. Lecz dopiero co wróciłam, psia jego mać! — Adela zaklęła głośno, a z sąsiedniego pokoju wszyscy usłyszeli pełne pretensji „MAMO!”. — Przepraszam kochanie, ale nie podsłuchuj! — odkrzyknęła swojej córce.
Gavin uśmiechał się.
— Druga ty.
— Widziałem wiele w ciągu kilku dni, kiedy jednooki ptak z innymi walczyli o życie przyjaciela — odezwał się niespodziewanie Tecumseh. Jego dłonie były tak wielkie, że nawet duży kubek całkowicie się w nich chował. — A mówiono mi, że czeka ich coś znacznie gorszego. Widziałem ciało kogoś, kogo nie da się zabić. Złe duchy miotają białymi ludźmi, przeciw którym walczycie. Jednooki ptak i jego przyjaciele nie podołają temu sami.
Adela westchnęła ciężko.
— Niestety, drogi przyjacielu, nie pierwszy raz słyszę, że sytuacja jest zła. Jedyne, co mnie martwi, to że najmłodsza nie jestem, ale… — Spojrzała na Gavina. — Maverick ruszył ze swojej pustelni. Mnie nie wypada się tu zaszywać. Szkoda tylko, że znowu, kochanie, zostaniesz tu z dziećmi sam.
— Tu jesteśmy bezpieczni. I zawsze trafisz do nas ze swojej drogi. Będziemy czekać, aż wrócisz — zapewnił Gavin, choć chyba i on wyczuł, że sprawa była poważna.
Dwójka siedząca naprzeciwko tylko słuchała. Właściwie William poczuł, że powinni na chwilę zostawić ich samych. Dlatego uniósł się i poprawił ciepłą kamizelkę.
— Poczekamy na zewnątrz.
Tecumseh także wstał i podziękował za herbatę oraz gościnę. Nic nie radził, nic nie dodał. Myślał podobnie jak William, że nie był to moment, kiedy powinien się wtrącać. Ubrali się i wyszli na ciemną noc.
Słońce już zaszło. Gdyby nie czas, rozsądnie byłoby nocować i ruszyć rankiem. Nie mieli jednak takiego komfortu. William nie naciskał dodatkowo z powodu zostawionego u Malvina Jeffersona. Zbyt długo nie był pewien, czy w ogóle będzie mógł spędzić z nim swoją przyszłość. Ba, nawet kolejny miesiąc. Tęsknił do jego uśmiechu, ciemnych oczu, nawet złośliwych komentarzy. Chciał go już znowu zobaczyć. Dlatego nie marudził, a nawet cieszył się, kiedy kilkanaście minut później już ruszyli w drogę. W ciemność na horyzoncie, głuszę i dzicz. Czuł się jak zupełnie inny William Lockerbie niż kiedyś.

7 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 47 – Nieradzący sobie w dziczy ziemniak mężnieje

  1. Shivunia pisze:

    Kasia >> Taaa, to ten moment kiedy komuś wraca humor i zachowuje się normalnie i już wiedz, że jakoś to będzie :D Że znowu jest z nami. Willcio za to faktycznie się wyrobił ale jeszcze mu sporo brakuje aby polubić włóczęgostwo. Jednak da rade cos takiego praktykować od czasu do czasu. Byle nie za często!
    Geograficznie Ad nie jest po drodze. Jest od nich na północ, a oni ruszą na południowy wschód, więc lepiej nie było robić kółek. Jak skończy się ta cześć, postaramy się ogarnąć mapkę jak i kiedy jechali, aby widać było jak się przemieszczali. To takie będzie pewnie też mocno poglądowe, ale tak mniej więcej.
    Maverick ruszył tyłek z rancza to taki synonim do apokalipsy XD I masz racje, nie świadczy to o nim dobrze. Ale obaj z Nickiem mieli swoje gorsze czasy. Można im to chyba wybaczyć.
    Pamiętamy ;) Dzięki za komentarz :D

  2. Kasia pisze:

    Cieszy mnie że Jefferson dochodzi do siebie :) Skoro zaczyna marudzić to znaczy że z nim lepiej ;) Taak – i mnie też się podobało to podejrzliwe spojrzenie na Indianina, no ale nie mógł protestować bo jego ziemniaczek potrzebuje jeszcze trochę wsparcia w podróży, chociaż jak tak dalej pójdzie to kto wie… może nawet polubi włóczęgostwo 😉
    Nie wiem dlaczego ale spodziewałam się że wszyscy już ruszą do Waszyngtonu i zgarną Adelę po drodze, no ale w sumie to trochę czasu na rekonwalescencję przyda się naszemu rangerowi na pewno.
    Adela jak się zdziwiła kiedy usłyszała że nawet Maverick ruszył tyłek z rancza :) Nie trzeba było nic więcej tłumaczyć, żeby wiedziała że to poważna sprawa 😆W sumie to niezbyt dobre świadectwo dla Mava… No ale najważniejsze że się ogarnął bo jak sobie przypomnę jak chodzili z Nickiem na około siebie i nie mogli się dogadać to od razu przykro mi się robi.
    10 rozdziałów mówicie… I znowu trzeba się żegnać będzie. Tylko pamiętajcie – mają żyć długo i szczęśliwie 😆
    Dziękuję dziewczynki 😊

  3. Shivunia pisze:

    kaczuch_A >> Widzę, że zazdrość Jeffa wzbudziła niezłą sensację na scenie. Kluczowy temat tego kawałka. Ale cóż, rozwijają się chłopaki. Na pytanie kto zginie oczywiście nie mogę odpowiedzieć, ale była to dla nas też batalia, tyle mogę zdradzić. Ile do końca… tak w małej tajemnicy XD zdradze że 10 jeszcze rozdziałów nas czeka. Włącznie z epilogiem
    Dziękujemy i pozdrawiamy

    Tess >> Trzeba gdzieś na pewno z osobną datą ;) Ranger i kartofelek dojrzewają, to nie podchodzi nawet pod dyskusje. Ale fajnie, że to widać. A flirty…. wszystko się okaże w naszym gejlandzie XD

    Luana >> Boooo się o niego martwią. To z miłości mu tak jadą że sobie nie poradzi! I prawda prawda, to kompletnie inny Willcio. Teraz jest już dużo dzielniejszym ziemniaczkiem. Jeździ konno. Umie strzelać z broni palnej. Jest z czego być dumny. A do tego znalazł sobie kogoś kto w końcu jak mówicie też jest o niego zazdrosny. Jak tu nie być skoro Will wyrusza w drogę z takim duuuuuużym Indianinem.
    Też ostatnio patrzyłyśmy ile czasu ATCL piszemy. LATA! Cieszy nas że nie zmarnowane i się Wam podoba. Cieszymy się też, że do nas wróciłaś ;)

    Wadera >> Ziemniaczkowe tytuły zawsze najlepsze! W ogóle ta ksywa jest taka jednocześnie zła i dobra. Ale, ale, gratulujemy przewidzenia naszych planów. Ciekawe czy to dlatego, że jesteśmy oczywiste, czy dlatego, że nas tak dobrze znasz?
    Zazdrość Jeffa chyba jest tematem numer jeden tego rozdziału. W sumie trochę się z tego cieszę, bo widać że nie tylko ziemniaczek mężnieje ale i ranger zaczyna mieć ludzkie uczucia XD Gavin na pewno cieszy się z twoich słów. Też uważam go za jednego z fajniejszych facetów jakich wykreowałyśmy. Dusza człowiek. Więcej takich nam na świecie trzeba ;)
    W ogóle te zmiany. Tak z perspektywy czasu to faktycznie najbardziej widać. Wszyscy jakaś drogę pokonali aby znaleźć się w tym punkcie. Oh, jak nostalgicznie się zrobiło – masz całkowitą rację.
    Ostatni puzelek już bliżej niż dalej. Wytrwałości w czytaniu i dziękujemy ślicznie za komentarz.
    p.s. Bonus już bliżej niż dalej ;)

  4. Wadera pisze:

    Tytuł mnie rozwalił. Na drobne kawałeczki. Bardzo drobne XD
    Ha! Przewidziałam kto z kim gdzie pojedzie. Jestem z siebie taaaka dumna ;)
    Chociaż z tego co czytałam komentarze to chyba większość coś przeczuwała :)
    Wreszcie doczekałam się momentu kiedy to Jeff jest zazdrosny o Willa. Rzadko mu się zdarza to okazywać, ale jak już się zdarzy to napawam się tym momentem. Will chyba też :D
    Gavin. Już wcześniej gościa lubiłam, ale teraz naprawdę podziwiam. Zostaje sam z dziećmi na całe miesiące, nie marudzi, kocha żonę i akceptuje że chce walczyć dla kraju (kobieta – w tamtych czasach, trudne do pojęcia). Serio zazdroszczę Adeli, gdzie szukać takich facetów?
    Mimo całego tego napięcia czuć, że historia zbliża się do końca i uderzyło mnie to jak wszyscy się zmnienili. Nie tylko Will. Zmienił się Jeff, który porzucił swoją poważną maskę rengera na rzecz przygody i miłości; zmienił się Maveric, który wyszedł nie tylko ze swojego rancza, ale też z budowanej przez wiele lat skorupy; Nick, który po latach pogodził się z jedną stratą by nie dopuścić do drugiej. Nawet Malvin i Eddie postanowili opuścili to co znane i bezpieczne by mieć szansę na zyskanie czegoś ważniejszego od bezpieczeństwa. Aż mnie nostalgia wzięła!
    Jednak to jeszcze nie koniec tego opowiadania, dlatego z niecierpliwością wyczekuje kolejnego rozdziału. Jestem strasznie ciekawa o co w tym wszystkim chodzi. Brakuje nam jeszcze tylko tego jednego, najważniejszego puzzla z tej układanki, który połączy te kawałki w jedną całość. Nie mogę się doczekać tego obrazu ;)
    Pozdrawiam, Wadera.
    P.S.: Bonusu też się nie mogę doczekać ;)

  5. Luana pisze:

    Mimo, że Will się wkurza, ale słodkie to jest kiedy mówią, że on potrzebuje pomocy, bo sobie w drodze nie radzi itp. Tamten Will który wyruszył w drogę, a ten to zupełnie dwie inne osoby. On chyba najbardziej z nich wszystkich przeszedł przemianę. Zdecydowanie na lepsze. Do tego Jeff jest zazdrosny o niego zazdrosny. :D Już się nie mogę doczekać kiedy wszyscy wyruszą. W dodatku z Adelą.
    Skończyłyście pisać ten tekst i czuję, że będzie mi żal kiedy dobiegnie końca. Z ciekawości sprawdziłam kiedy wyszedł prolog. Był to 13 września 2011 roku. Nie wydaje się, że to już tyle lat upłynęło. :)
    Powoli wracam do komentowania. Bo kiedy laptop wyzionął ostatniego ducha czytałam tylko na tablecie, ale pisać tam to nie bardzo. Życzę Wam weny. :)

  6. Tess pisze:

    Jeff zazdrosny! No Bogowie! Gdzie to zapisać?!
    Nie no, słodko, ale chce już ich razem w drodze… I to jeszcze z Malvinem i Eddim, ciekawe czy się będą krępować z tymi flirtami, haha :D

  7. kaczuch_A pisze:

    Dzieje się, dzieje. I Jeff dochodzi do siebie, i pojawiają się u niego przejawy zazdrości, a to niespodzianka :) W ogóle jestem ciekawa kto jeszcze zginie, bo na pewno rozlewu krwi nam nie poskąpicie. Ale tak się wczuwam w bohaterów, że będzie to strasznie ciężkie do przejścia.

    W ogóle ile rozdziałów do końca zostało?

    Weny~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s