Newton’s Balls – 68 – Piwo, stek i meczyk

Do pracy Courtney tym razem wyszedł później niż Chase do szkoły. Musiał jeszcze rano wydrukować dokumenty przesłane przez znajomego z biura i wypełnić kilka plików, żeby już z gotowymi pojechać do sądu. Po śniadaniu więc pożegnał się z Chasem i wrócił do robienia tego, co powinien. Wszystko we względnej ciszy, bo Marshall spał w najlepsze na kanapie w salonie.
Wyszedł dopiero około dziewiątej. Wszystko spakował do teczki, ubrał się najcieplej, jak mógł, by nie zmarznąć i podążył do swojego samochodu na podjeździe za płotem.
Patrzył pod nogi, szukając najlepszej ścieżki, bo ani on, ani Marshall, ani też Chase nie wpadli na pomysł, żeby odśnieżyć podjazd. Był on więc zasypany śniegiem, a na tym śniegu, tuż przed samochodem było… serduszko. W żółtym kolorze. Z moczu.
Wcięło go. Stał, patrzył, a jego dłoń z kluczykami zawisła w powietrzu.
Dostał wysikane serduszko.
Wysikane.
Dużo czasu mu zajęło, nim się otrząsnął. Gdzieś w środku był nawet rozbawiony, ale chyba szok sprawił, że ciężko było mu to przyswoić. Chase bywał zwyczajnie… debilem.
Obszedł starannie wykonany eksponat, wsiadł do samochodu i napisał do swojego chłopaka: „… Też Cię kocham, skarbie.”. Wysłał i ruszył do pracy, nie wierząc w to, co widział.

***

Kiedy David rozpalał w kominku, Shane pilnował, żeby dzieciaki nie podeszły do niego i się nie poparzyły. Na szczęście bardzo pomagały w tym nowe zabawki, które od nich dzisiaj dostały. Timmy miał zabawkę-robota swojego ulubionego Transformersa, a Marg pluszowego kucyka.
— Wiecie, że nie tylko wy musicie uważać na ogień? — Shane zwrócił się do dzieciaków, siedząc z nimi na dywanie przed kanapą. — Święty Mikołaj też będzie musiał na święta czaić, czy David nie zapalił przypadkiem w kominku, bo jak nie sprawdzi i wpadnie, a tu jeb, ogień, to nie tylko se tyłek podfajczy, ale i moje prezenty pójdą się paść.
— Nie strasz ich, Mikołaj nie może się spalić. — David wtrącił się do rozmowy, kiedy Marg już robiła zasmuconą minę. Uważał, że w ogóle kochanek używa nie najlepszego słownictwa, ale już nic na to nie mógł poradzić. I wiedział to od dawna.
— A co, myślisz, że ma zmrożony tyłek? — Shane zaśmiał się i oparł się plecami o kanapę, bo Marg zaczęła na niego wchodzić. — A może jakiś wiatraczek ma tam przyczepiony? Co myślisz, Marg?
— Myślę, że to magia — odpowiedziała dziewczyna z zapałem, a David uznał, że to dobre wytłumaczenie.
— Widziałaś kiedyś tak w bajce, co nie? Mikołaj na chwilę wygaszał kominki.
— Ale możemy ustawić pod kominkiem mojego Bumblebee, to będzie strzegł Mikołaja! — zaproponował Timmy, wstając i zaczynając skakać swoją zabawką po stoliku i fotelach.
— No, trzeba o tym, kurcze, pomyśleć — przyznał Shane. Nauczył się już nie kląć przy dzieciach.
David był pod wrażeniem, chociaż uważał, że Shane’a nie zabiłoby, gdyby nie mówił przy nich nawet tego „kurcze”. Ale cóż, zawsze wiedział, że jego facet życia nie jest idealny. I za to go kochał.
— Tylko nie za blisko Timmy, żeby się nie popsuł — ostrzegł go, w końcu się prostując.
— Wiem, tato, wieeem — odpowiedział Timmy z miną cierpiętnika, jakby David oznajmił mu jakąś prawdę oczywistą.
Marg w tym czasie dalej wspinała się po wujku, próbując przedostać się z jego torsu na głowę, a z niej na kanapę. David, widząc to, uśmiechnął się do nich.
— Ktoś chce gorącą czekoladę?
— Ja! — cała trójka odezwała się równocześnie.
David zdążył się tylko uśmiechnąć, kiedy przy okazji rozległ się dźwięk „Hell’s Bells” z telefonu Shane’a, leżącego na stoliku.
— Czekaj, Marg… Uch… — Mężczyzna spróbował podsadzić dziewczynkę i pomóc jej szybciej pokonać „górę”, by dostać się do swojego telefonu.
David zerknął jeszcze na dzieci, czy czegoś głupiego nie robią i wszedł do kuchni, żeby zagrzać mleko na czekoladę.
Shane nie wyszedł z telefonem, żeby dalej pilnować, co robią dzieciaki. Stanął tylko bliżej kominka i oparł się o małą kolumienkę.
— Siema, Ivan, co jest? — zagadał, bo dzwonił jego kumpel z pracy.
— Hej, Shane. Masz moment, żeby pogadać?
— No, chyba tak. W domu jestem, więc spoko — odpowiedział, trochę zaskoczony poważnym tonem kumpla z pracy. Z drugiej strony Ivan był tym najpoważniejszym w pracy, więc może nie powinien tak panikować.
— To dobrze, bo chodzi o Darrena. Już z nami nie pracuje.
— Co…? Jak to? — zapytał Shane z większym napięciem i przeszedł w stronę części kuchennej. Do Davida powiedział bezgłośnie „weź luknij na dzieciaki”.
Kochanek skinął głową, uznając, że skończy robić czekoladę, jak Shane skończy rozmawiać.
— Szef go wywalił, ale nie miał też w sumie innej opcji, bo policja go zgarnęła. Chyba pójdzie siedzieć.
— Co?! — Shane zareagował większym szokiem, a dzieci z salonu aż się na niego obejrzały. — Pier… Co ty mówisz? Ale że co odwalił ten pojeb?
— Shane! — krzyknął na niego David. — Jeśli chcesz tak mówić, to idź na górę!
Shane trochę się zaczerwienił, mruknął „już, już” i podążył na piętro pospiesznie po schodach. Wchodząc co drugi schodek, jeszcze raz zwrócił się do swojego rozmówcy.
— Sorry, mój facet się wkurwia, że klnę, bo dzieciaki przyszły. To co z tym pojebańcem? — zapytał już luźno, gdy był na górze.
— Ponoć rzucił się na… — odchrząknął Ivan — jakiegoś faceta. Dostał oskarżenie o molestowanie i gwałt.
Ta informacja z jednej strony zaskoczyła Shane’a, ale z drugiej wcale. Sam nie umiał stwierdzić, co czuje, ale… tak, jeśli ktoś by go zapytał, czy podejrzewałby o to Darrena, to bez wahania by potwierdził.
— Ja pierdolę… Współczuję facetowi… — mruknął i jakoś go zmroziło na samą myśl, co kiedyś odwalił Davidowi.
— Darrenowi? — spytał Ivan podejrzliwie i z niedowierzaniem w głosie.
— Nie! Posrało cię? Temu, którego zgwałcił!
— A, no jasne, bo dziwnie zabrzmiałeś. — Ivan odetchnął z ulgą. — Ale koleś się doigrał. I tak na ciebie jeździł, a sam rzucił się na jakiegoś kolesia.
— Nooo — przytaknął żywo Shane i oparł się plecami o ścianę w przedpokoju obok wejścia do sypialni. Co prawda domyślał się, czemu Darren to zrobił, ale wolał nie mówić tego głośno. Tym bardziej, że wtedy musiałby powiedzieć, co jemu robił. — Ale teraz mi jebłeś tą informacją… Wiadomo już coś więcej? Wiesz, ile dostanie, co z tamtym kolesiem i w ogóle?
— Nie, nic dokładnie nie wiem. Przyjechali, zgarnęli go w pracy i tyle go widziałem. Potem a to jeden, a to drugi popytał i okazało się, że łaził za jakimś chłopakiem, a potem jak się uwalił, to gdzieś na mieście go napadł i zgwałcił. Ten poszedł na policję i teraz Darren czeka na proces. Ale że nie stać go na lepszego adwokata niż z urzędu, to raczej trochę posiedzi.
— Taa, pewnie tak. Dzięki za informacje, bym miał inaczej niezły szok w robocie. Ciekawe tylko, jak takich w pierdlu traktują, nie? — prychnął pod nosem.
— Pewnie tak, jak on traktował tego chłopaka — mruknął Ivan, ale w jego głosie Shane nie czuł satysfakcji tylko zawód, że tak się wszystko potoczyło.
— No. Niby ta… karma, nie? — Shane westchnął i przekręcił karkiem, aż mu w nim strzyknęło. Z jednej strony czuł się teraz dziwnie spokojnie i bezpiecznie, że ten facet nie będzie już miał szans do niego uderzać, a z drugiej… czuł się trochę winny. Kurwa. — Dobra, to ten, bo ja bym spadał do dzieciaków. Pogadamy już w robocie.
— Tych tego twojego? — Ivan jeszcze spytał głosem, po którym Shane nie był w stanie odgadnąć intencji.
— No…
— A, to spoko. To do zobaczenia w robocie.
— No, do zobaczenia. Dzięki jeszcze raz. Narka — pożegnał się Shane, rozłączył i… zbiegł jak słoń po schodach na parter.
Marg pomachała do niego, chcąc dalej go męczyć. Shane zawsze się dawał i był bardziej odporny. Lubił też nosić ją na barana czy na rękach.
— Kto dzwonił? — spytał David, już chcąc wracać do czekolady.
— Ivan, kumpel z pracy. Darren poszedł… napadł i zgw… — Shane kilka razy próbował wyjaśnić, ale nie chciał, żeby dzieci słyszały, więc skrzywił się i zastygł bezradnie w miejscu. — Darren zrobił komuś coś, co mi próbował i już go w pracy nie zobaczymy. Co najwyżej na widzeniu w pace.
David aż zatrzymał się w połowie kroku.
— Aresztowali go? — spytał ze zdumieniem.
— No. Czaisz? W ogóle tak nagle zaczął odwalać te wszystkie… dziwne rzeczy. Akurat po tym, jak ja wyszedłem z szafy — jęknął Shane i usiadł na fotelu, żeby trochę popilnować dzieci, ale te nagle uznały, że zajmą się sobą i były w miarę grzeczne.
— Może już wcześniej to robił, ale teraz uznał cię… za… — David wsunął ręce w kieszenie spodni i przełknął ślinę. — Za cel.
— No niby, ale tamten koleś, którego napadł, to co? Co mu niby winny był? — Shane skrzywił się boleśnie i zjechał niżej na siedzeniu.
— Może też był out. Nie wiem, ciężko mi powiedzieć, ale może tylko się dowalał do tych, co był pewien ich orientacji?
— No… — przytaknął Shane, ale bez przekonania. Potem przekręcił głowę bardziej do Davida i wyciągnął do niego rękę. — Chodź tylko mnie pocałuj.
David zerknął krótko na dzieci. Marg właśnie biegała ze swoim kucykiem, udając, że ten umie latać, a Timmy ze skupieniem rozbierał pancerz swojego Transformersa. Mężczyzna uśmiechnął się więc do siebie i podszedł do kochanka. Objął go w talii i pozwolił się pocałować, bo to Shane jak zwykle pierwszy wyciągnął głowę. Do tego posmakował wnętrze jego ust językiem.
— Trochę fajnie, że będę już miał go z głowy — rzucił Shane i pogłaskał go po włosach.
— Trochę jednak smutne, że musiało aż do tego dojść, abyś mógł tak powiedzieć. Nie dobrze jest jednak życzyć nikomu ani śmierci, ani więzienia. Ale cóż, będzie musiał zapłacić za to, co zrobił — podsumował David i jeszcze raz cmoknął kochanka, nim się odsunął od niego. — Zrobię w końcu tę czekoladę.
— Spoko — zgodził się z nim Shane i jeszcze odprowadził go wzrokiem. Robiło mu się cholernie ciepło, gdy na niego patrzył i nie potrzebował do rozgrzania ani kominka, ani gorącej czekolady.
Spokojne myśli szybko jednak go opuściły, gdy Timmy przypuścił na niego atak swoją nową zabawką i musiał udawać, że ucieka. Zaśmiał się przy tym i poddał się zabawie, pozbywając się z głowy Darrena. Już chyba na dobre.

***

Courtney wracał z wielkich zakupów, na które wybrał się samemu, bo Chase dzisiaj po jego namowie poszedł do Raphaela, by pouczyć się z nim i jego dziewczyną do dużego testu z matmy, który czekał ich w przyszłym tygodniu. Co prawda chłopak radził sobie coraz lepiej, ale Courtney wiedział, że nie może spoczywać na laurach. Obiecał mu za to co prawda masaż w wannie następnego dnia i danie mu tam dupy, ale… cóż, każda motywacja była dobra, jeśli działała. A on dzięki temu, że nie będzie rozpraszany w tę sobotę przez swojego chłopaka, będzie mógł zająć się wszystkimi papierami, jakie piętrzyły mu się na biurku.
Zaparkował pod domem i spróbował na raz wziąć wszystkie ciężkie reklamówki z zakupami, jakie znajdowały się w bagażniku, bo nie chciał kursować z domu do samochodu kilka razy, kiedy było tak koszmarnie zimno. Ruszył więc pospiesznie cały obładowany i łokciem przycisnął dzwonek do drzwi, mając nadzieję, że Marshall jest i mu otworzy. Tym razem ku swojemu szczęściu nie rozczarował się bratem. Ten otworzył mu po chwili i uniósł brwi, widząc, jak ten jest obładowany.
— Była promocja w Walmartcie? — spytał z rozbawieniem, odsuwając się z przejścia.
— Ty, Chase, Tank, Lil i ja… pięciu facetów na utrzymaniu, to wszystko tłumaczy — wyjaśnił Courtney z lekkim uśmiechem i wszedł do środka. — O cholera, zamknij szybko za mną, bo zimno.
— To zrób se coś ciepłego. I gdzie tak zmarzłeś? W drodze z samochodu do drzwi? To pięć kroków — zdziwił się Marshall, idąc za bratem, który dalej sam niósł rzeczy.
Psy mu w tym nie ułatwiały. Plątały się między nogami, chcąc się przywitać. Dotarcie do kuchni więc było nie mniejszym wyzwaniem niż z samochodu do drzwi. Kuratorowi jednak udało się wszystko bezpiecznie położyć na blacie. Odetchnął i dopiero zaczął się rozbierać.
— Nie znoszę zimy. Nigdy nie lubiłem — odpowiedział bratu. — Wypakuj część chociaż.
— Mhm — mruknął Marshall ze zrezygnowaniem i niechętnie zabrał się za wyjmowanie rzeczy. Był głodny, więc przy okazji liczył, że coś znajdzie. — A w ogóle, młodego nie będzie?
— Dzisiaj nie. Jest u kumpla, zakuwają do matmy. — Courtney wcisnął szalik i rękawiczki w czapkę, a ją w rękaw ciepłej kurtki. — A ty? Pracujesz na dole?
— Dziś nie. Myślałem, żeby sprosić kumpli. Obejrzeć mecz, napić się, wiesz, jak cywilizowany człowiek — odparł luźno Marshall i oparł się biodrem o blat, zaprzestając na razie rozpakowywania na korzyść sugestywnego patrzenia na brata i przekonania go w ten sposób, że to genialny pomysł.
Ten jednak wyglądał, jakby uważał odwrotnie. Ściągnął brwi i zatrzymał się w pół kroku, bo już miał iść odwiesić kurtkę.
— Tutaj? Kumpli? Nie masz skończonej piwnicy…
— Dlatego powiedziałem tutaj. Młodego nie ma, co masz do stracenia? I tak nic nie robisz. — Marshall starał się być miły, żeby jego brat zaraz nie zaczął jeszcze bardziej negować tego pomysłu.
— Ilu kumpli? Marshall, widziałeś, że mam dużo pracy na biurku… I dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej, hm? — Courtney spoważniał, mierząc się z bratem na spojrzenia.
— Kiedy wcześniej? Nie planowałem tego jak daty ślubu.
Gospodarz skrzywił się. Miał tu mieć zgraję wrzeszczących do telewizora facetów i butelki walające się po całym salonie? Jak niby miał pracować w takich warunkach?
— Skąd ci kumple w ogóle? Jak z paki, to sorry, Marshall, ale nie chcę tu więcej szkód niż te, które już zrobił Lil.
— Nie z paki. — Marshall przewrócił oczami, a Lil patrzył na nich teraz z większym zainteresowaniem, odkąd usłyszał swoje imię w rozmowie. Jakby zaraz miał coś dostać. — Kumple, nie rozniosą ci domu. Zresztą, tobie też nie zaszkodzi, jak poznasz jakiegoś normalnego faceta, w sensie jako znajomego, a nie żeby się pieprzyć. Żeby ci gejoza nie odwaliła do mózgu. — Zaśmiał się na koniec i wrócił do wypakowywania rzeczy.
— A skąd myśl, że nie mam „normalnego” faceta jako znajomego, co? — zapytał Courtney z westchnieniem i wyszedł w końcu z kurtką, żeby odwiesić ją w przedpokoju. Czuł się tak, jakby na jego twierdzę miał nastąpić najazd Wikingów. Nic nie mógł poradzić na to, że kumple Marshalla wydawali mu się… nieokrzesani. Co z tego, że ich nie znał? Kumplowali się z Marshallem. To wszystko tłumaczyło.
— Bo odkąd tu mieszkam, nie widziałem tu nikogo poza psami i Chasem! — odkrzyknął z kuchni Marshall, czekając, aż brat wróci.
Ten odwiesił kurtkę, zdjął buty i jeszcze poszedł po szmatkę do łazienki, żeby wytrzeć ślady, które zrobił butami. Dopiero po tym dołączył do Marshalla, żeby wypakować rzeczy z toreb i ewentualnie przestawić na właściwe miejsce te, które brat źle wsadził. Jak na przykład jogurty z szafki do lodówki.
— Nie mam czasu zapraszać tu znajomych. Ale nie martw się o moje życie towarzyskie, w pracy mam kilku, a moja „gejoza” przeszkadza chyba tylko tobie.
— Chyba że reszta o niej nie wie — dodał Marshall dobitnie i teraz już zamiast samemu wkładać rzeczy, podawał je bratu, żeby ten stawiał je według swojego jakiegoś tam porządku. — Ale to jak? Jesteś na to spoko? Zrobiłbyś może jeszcze jakieś żarcie, co?
Tym razem Courtney obejrzał się na niego z kucek, bo właśnie chował płatki do szafki. Jego twarz miała jeszcze bardziej srogi wyraz, niż kiedy Marshall mu oznajmił o przybyciu kumpli.
— A to nie byłoby za bardzo „gejowskie”, że twój brat robi kolację do twoich kumpli? — zapytał z przekąsem. — Dlaczego nie zamówicie sobie pizzy, hm?
— Bo lepiej gotujesz — odparł mężczyzna, jakby była to największa oczywistość świata. Jakby Courtney spytał, czy chce piwo do meczu i popcornu. — I Fred będzie — dodał nagle, podając bratu puszki tuńczyka. Może był to cios poniżej pasa, ale musiał jakoś przekonać go do swojego pomysłu.
Courtney zastygł na ułamek sekundy i z jakiegoś powodu zrobiło mu się głupio. Miał ochotę zapytać, czy to „ten przystojny Fred”? Powstrzymał się jednak.
— I ilu jeszcze poza nim?
— Tylko czterech.
— Hm… to ty, Fred i jeszcze czwórka? Sześć osób, tak? — dopytał, licząc, co w takim razie mógłby im zrobić. Cholera, może jak faktycznie pozwoli bratu na tę posiadówę, to ich kontakty jakoś się zacieśnią? Marshall poczuje, że wyciąga do niego dłoń… jakby wcale dotąd tego nie robił. Westchnął w duchu i po prostu przyznał przed sobą, że chętnie popatrzyłby jeszcze na tego jego przystojnego kumpla.
— Siedem, bo ty też będziesz z nami siedział, a nie nad jakimiś papierami — odparł Marshall w końcu, podając bratu ostatnią rzecz i zwijając torby, żeby wyrzucić je do kosza. — Masz już pomysł, co zrobisz?
— Kupiłem trochę mięsa, więc mogę zrobić steki i frytki. Chyba nic bardziej „męskiego” nie ma. Żebyście mnie nie oskarżyli o „gejozę” w sałatce — odpowiedział Courtney, nie zauważając nawet, kiedy zgodził się nie tylko na sprowadzenie tu kumpli brata, ale i na zrobienie im jedzenia.
— Sałatka też by uszła — zbagatelizował Marshall. — Ale może byś coś jakiegoś takiego jeszcze pod piwo wymyślił. Nie wiem, takie wiesz, żeby mogło leżeć na jednym talerzu i by se chłopaki brali? — zasugerował, szukając już czegoś do zjedzenia na szybko w lodówce.
Courtney przy tym zamyślił się, bo nie chciało mu się drugi raz iść na zakupy, więc musiał zrobić coś z czegoś, co miał.
— Mogę wam zrobić takie paluszki a’la grissini. Kruche, w przyprawach na słono lub ostro — zaproponował w końcu. — I powiedz, kiedy mają być, bo muszę mieć czas to zrobić.
— Później, około ósmej, bo o dziewiątej jest mecz — wyjaśnił starszy Corn, zabierając w końcu chleb do tostera i masło orzechowe.
— W porządku. Ale w takim razie ty wyprowadź psy na spacer, bo czując mięso, będą mi się tu pałętać pod nogami.
— Dobra, jak tam se chcesz — odparł Marshall niby zlewczo, ale Courtney już zauważył, że nawet mimo tego tonu robił, co mu polecił. Głównie jeśli chodziło o psy. Miał dobre przeczucie, że brat naprawdę je lubi. To go wyjątkowo cieszyło. Tym bardziej, że Lil już był całkiem jego dzięki wstawiennictwie Chase’a w schronisku. Mieli więc dwa psy na głowie, a on sam dużo pracy, więc co by nie mówił, Marshall był nieoceniony, jeśli chodziło o pomoc z psami.

***

Ciemno zrobiło się bardzo wcześnie, ale dopiero około ósmej zaczęli pojawiać się goście Marshalla. Courtney jeszcze był w kuchni, skąd dochodziły cudowne zapachy smażonego mięsa, a na stoliku stały świeżo upieczone i nie gorzej pachnące paluszki. Jeszcze delikatnie ciepłe.
— Co by wkład jakiś był — tymi słowami przywitał się z Marshallem już czwarty kumpel, który pojawił się w domu. Czekali już tylko na Freda, a ten, jasnowłosy Mark, z dużym brzuszkiem, ale sympatyczną twarzą, wyciągnął do starszego Corna czteropak piwa.
— Super, nada się. Wchodź — zachęcił go Marshall, a gość przystanął, kiedy tylko chciał się ruszyć, bo w jego stronę biegły dwa psy. Były zmęczone i szczęśliwe. W domu było pełno ludzi i co chwila znajdowała się chętna ręka, żeby je pogłaskać.
— O cholera, ale mordy fajne. — Zaśmiał się, kiedy Tank i Lil dopadli do niego, merdając ogonami i szczekając na powitanie.
W tym czasie Marshall chciał już zamknąć drzwi, ale czyjaś ręka go je zatrzymała. Gdy się obejrzał, zobaczył Freda w swoim długim płaszczu i ze śladowym uśmieszkiem na ustach.
— Co, zamknięta impreza? Nie jestem zaproszony?
— No, nareszcie. Tylko na ciebie czekaliśmy. Właź. Co cię tak długo zatrzymało? — spytał, na moment odsuwając Lila, bo ten postanowił sprawdzić jeszcze nosem, co jest na zewnątrz, a przez to starszy z braci Corn nie mógł zamknąć drzwi.
— Camile, musiałem pomóc jej wnieść nową szafkę — wyjaśnił Fred krótko, wchodząc i rozbierając się. I od razu ściągnął brwi i rozejrzał się, niuchając. — Pachnie. Twój brat w domu?
— Tak, zrobił nam żarcie — odparł Marshall i w końcu puścił Lila, który dosłownie wił się i skomlał między jego nogami, kiedy go tam trzymał. — No już, idź, nie zabij nikogo swoim szczęściem — mruknął do czarnego psa.
Tank także nie był spokojny, ale nie obijał się jak szalony o wszystko. Było trochę rabanu, nie tylko przez dwa szczekające psy, ale też przez sam fakt, że właśnie szóstka mężczyzn starała się znaleźć sobie miejsce. Marshall poszedł po piwo do lodówki, a z kuchni w końcu wyłonił się Courtney, żeby przywitać kumpli brata. Z racji, że gotował i to z użyciem tłuszczu przez wybór frytek i steków na kolację, jego szary, stary bezrękawnik był trochę ubrudzony, podobnie jak spodnie.
— Siema — przywitał się. — Courtney, brat Marshalla. Ale chyba widać podobieństwo — rzucił do nich, zbliżając się i podając każdemu rękę. Fredowi nie musiał. Freda kojarzył i zatrzymał na dłużej spojrzenie na jego twarzy, gdy się z nim witał.
— Hej.
— Siema, spoko chata. — Te i podobne odpowiedzi powtarzały się, aż ostatni, Fred, nie wystrzelił z komplementem i seksownym uśmiechem.
— Miło znowu widzieć. Zajebiście pachnie — pochwalił, siedząc na jednym z foteli. Marshall skombinował dodatkowe pufy, żeby wszyscy mogli się zmieścić przed telewizorem. I tylko z dwa razy spojrzał na kanapę z niepokojem w żołądku, widząc na niej swoich kumpli, a wiedząc, co się na niej działo w tym domu.
Courtney najpierw usłyszał „zajebiście pachniesz”, ale szybko się połapał, że chodziło o zapachy z kuchni.
— Marshall przekonał mnie do zrobienia czegoś więcej niż ta ostatnia sałatka owocowa — odpowiedział, pamiętając, że właśnie tym częstował brata i Freda, gdy ten przyszedł tu z pomocą. — Zaraz będzie gotowe. Tylko uważajcie na psy. Tank nie podjada, ale Lil jeszcze pakuje mordę do talerzy — dodał do wszystkich.
— To może na ten czas wypuszczę je na moment na zewnątrz. Może się dodatkowo wylatają, a tak to będzie istny burdel tu — zaproponował Marshall, idąc z pomocą Courtneyowi z żarciem. Odwrócił się jeszcze do gości. — Ej, Fred włącz pudło. Niech już coś gra.
— Jasne — ten przytaknął i wstał po pilota, a Courtney podchwycił pomysł Marshalla.
— Dobry pomysł. Wypuść je, ja zaraz przyniosę jedzenie.
— Spoko — zgodził się Marshall i zawołał psy, idąc do drzwi kuchennych, żeby tamtędy je wypuścić. Liczył, że dzięki temu przetrwają czas jedzenia.
Lil był niechętny, żeby wyjść. W końcu w środku było tyle nowych osób do poznania, ale dał się przekonać. Marshall więc mógł wrócić do brata, żeby brać od niego talerze.
I wystarczyło samo spojrzenie na talerze, żeby przekonać się, że Courtney nie odwalił fuszerki. Frytki były złociste, grubo pokrojone z dodatkiem jakichś przypraw. Steki za to miały piękny kolor i pachniały tak, że ślinianki pracowały na wzmożonych obrotach. A gdy wszystkie talerze znalazły się w salonie przed gośćmi, ci aż się zagapili. Tylko Fred uśmiechnął się półgębkiem i pierwszy nabił kawałek frytki.
— Nie dziwię się, że ten kutas tu zamieszkał — rzucił żartobliwie, z sympatią do Marshalla.
— Wal się, Fred — odparł Marshall ze śmiechem, także biorąc się za jedzenie, ale z piwem przy sobie. — To też całkiem spoko okolica — dodał kolejny argument, śmiejąc się z powodów, przez które chciał tu zamieszkać.
— Okolica, taaa… Chyba ta najbliższa — skomentował Mark z rechotem, rozglądając się po całym domu.
Courtney, słuchający ich, uśmiechnął się słabo. Wiedział, że Marshall był tu z czystej wygody. Miał pełen komfort i prawie nic nie musiał z siebie w to wkładać. To było trochę przykre, a on nie chciał za bardzo o tym słuchać, więc planował po sprzątnięciu po jedzeniu pójść z laptopem i papierami do siebie do sypialni, żeby trochę popracować.
— Najbliższa byłaby, jakby była tu jakaś fajna sąsiadeczka — odparł Marshall, także się śmiejąc i jedząc szybko. — Kurwa, jak zwykle zajebiste. Grill koniecznie w lato — rzucił do Courtneya, już o tym marząc.
— Jak do tego czasu wytrzymasz na wolności — ten odpowiedział trochę poważniej, patrząc w oczy brata ponad stolikiem. Sam nie spieszył się z jedzeniem, ale z tego samego powodu, z którego Marshall wrzucał w siebie następne kęsy. Smakowało mu.
— Już o tym gadaliśmy. Nie wracam tam.
— Ale nie tak, jak nie wracasz do tej laski? Co ją pukłeś dwa razy, chociaż z mordy to taki kalafior, że przebacz? — rzucił jeden z kumpli z pełnymi ustami, a Courtney zauważył, że Fred zerka na niego, jakby ciekaw jego reakcji na te słowa.
Sam więc mimowolnie popatrywał na niego nad talerzem. Fred naprawdę był przystojnym facetem i w sumie nie zachowywał się aż tak głośno jak pozostali.
— W ogóle ja nie łapię, co z tego, że miała zajebiste ciało? — prychnął drugi z kumpli Marshalla, niejaki George, zdaje się najmłodszy z nich wszystkich.
— Bo Marshall często idzie na łatwiznę, mimo że ma masę atrybutów, które pozwoliłyby mu uderzać wyżej — wtrącił Courtney, chociaż niespecjalnie kręciły go podboje miłosne brata. Ale wiedział, że ten jest przystojny, ma świetne ciało, więc gdyby miał trochę ogłady, mógłby sobie znaleźć naprawdę fajną kobietę.
— Och, jesteś słodki, brat! — Marshall zaśmiał się głośno. — Ale nie martw się, na razie nie zapowiada się na przedszkole w twojej piwnicy — dodał, co wywołało śmiech w salonie.
— Najpierw ją skończ, pierdolisz się z tym w chuj czasu — rzucił Fred, a potem od słowa do słowa potoczyła się rozmowa. Nie była spójna i zajmująca, bo do meczu naprawdę została chwila, a kiedy ten już się zaczął, wszyscy skupili większą uwagę na nim, na sprośnych żartach i komentarzach.
Marshall jedyne co zrobił, to poszedł wpuścić znowu psy, bo jak sam się zaśmiał, „jeszcze trochę, a jajka im tam odmrozi”.
Courtney w tym czasie wkładał w kuchni naczynia do zmywarki i wyrzucał resztki. Gdy wszystko było posprzątane, a z salonu dochodziły coraz żywsze reakcje na to, co działo się na stadionie, poszedł do salonu i zaczął zbierać z biurka wszystkie swoje papiery, nie przeszkadzając reszcie. Przy okazji zerknął na telefon, który tam zostawił. Sprawdził, czy może coś dostał, jakąś wiadomość, w sumie nie spodziewając się żadnej. I został przyjemnie zaskoczony, bo czekała tam wiadomość od Chase’a.
„To jest trudne i nudne jak cholera. Co robisz?”
Uśmiechnął się mimowolnie, zerknął na oglądającą mecz zgraję i odpisał: „Idę do sypialni z papierami. Marshall ma kumpli, oglądają mecz. Ucz się, niech Ci Raph tłumaczy.”
I po tym, że od razu nie otrzymał odpowiedzi, chociaż chwilę wpatrywał się w telefon, uznał, że faktycznie jego chłopak się uczy. Zabrał więc wszystkie rzeczy razem z laptopem i wzrokiem dał Marshallowi znać, że idzie do pokoju popracować. Zamknął się w sypialni i rozłożył wszystko na łóżku, a w tym czasie w salonie rozległ się kolejny ryk euforii, gdy drużyna, której kibicowali goście, zdobyła kolejne przyłożenie.
— I to się, kurwa, nazywa siła! — wrzasnął Mark, omal nie oblewając się piwem. — Widzieliście, jak daleko to podanie poszło? Kurwa! Jak wpycha swojego kutasa równie mocno, to pewnie wychodzi laskom przez usta — śmiał się, na przemian pijąc, mówiąc i jedząc jeden z paluszków upieczonych przez Courtneya.
Wszyscy byli bardzo głośno, tak że Courtney w sumie dużej różnicy nie widział, czy był zamknięty u siebie w sypialni, czy siedziałby w salonie. Dodatkowo skupić się nie mógł, bo dostał w końcu smsa od Chase’a.
„Tłumaczy, ale to jest pogrzane. I czemu idziesz pracować, jak jest mecz?”
„Chcę trochę nadrobić papierków. Nazbierało się.” — wyjaśnił kurator w smsie, leżąc na brzuchu i wypełniając kolejny dokument zgodnie z danymi, które miał w komputerze.
Naraz, po kilku chwilach, zamiast smsa usłyszał pukanie do drzwi. Ściągnął brwi i uniósł głowę. Marshall chyba by nie pukał…
— Proszę! — zawołał i zatkał długopis.
Drzwi się otworzyły, a do środka wszedł… Fred.
— Hej — rzucił i podszedł do łóżka, na którym leżał kurator, po czym już bez pytania usiadł na nim bokiem. — Co tak zwiałeś?
Courtney zapatrzył się głupio i dopiero po chwili podniósł się trochę. Nie spodziewał się go tutaj, na swoim łóżku. Przecież był mecz…
Wskazał na otwartego laptopa i teczki z aktami podopiecznych.
— Jak lubię swoją pracę, tak ma wady, jak każda. W tym przypadku pieprzone papierki. Nie mam na to czasu w tygodniu — wyjaśnił i skinął na drzwi. — Jak mecz?
— Spoko, dlatego zaciekawiłem się, czemu poszedłeś. Marshall mówił, że lubisz te drużyny. — Fred ściągnął brwi, patrząc na brata kumpla pytająco i nie rozumiejąc, czemu ten się izoluje.
Courtney sam nie wiedział. Gdzieś podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że praca to tylko wymówka. Unikał kumpli Marshalla, bo… Nie wiedział.
— Lubię — przyznał. — Ale nie wiem… to wasza paczka, nie chcę się wcinać, a wiem, że jestem tu tylko z konieczności, bo to moja chata — spróbował wyjaśnić, przy okazji nie mogąc oderwać wzroku od Freda.
Jasne włosy, dobrze uczesane, ten zadziorny, lekki zarost. Był już tylko dzięki temu przystojny, a jeszcze te kości policzkowe i usta perfekcyjnie pasujące do jego twarzy. No i był miły.
— Jakby tak było, Marshall pewnie by coś ci rzucił. I serio, chyba się nie alienujesz, bo jesteś inny, co? — spytał niemalże z wyrzutem.
Courtneya zatkało.
— Um… Nie, nie dlatego — odpowiedział w końcu ze słabym uśmiechem. — Choć zakładam po waszych niektórych żartach, że fraza „chuj mu w dupę” ma bardziej szyderczy wydźwięk niż przyjemny, jak dla niektórych.
— Nie wyglądałeś mi na takiego, co się tym przejmuje. — Fred znów ściągnął brwi, przez co wyglądał jeszcze seksowniej. Taki groźny i tak… blisko. — Chodź lepiej, a nie zachowujesz się jak pracoholik.
Courtney wahał się, bo sama ilość dokumentów, które leżały teraz na łóżku, wydawała się chcieć zatrzymać go tutaj na siłę i kazać skończyć, co zaczął. Z drugiej strony mecz, relaks… a do tego to Fred prosił. Nagle Courtney wpadł na to, dlaczego to akurat on z nich wszystkich tu przyszedł.
— Marshall kazał ci po mnie przyjść?
— Nie. Jest zajęty darciem się, bo prawie przegrywa jego drużyna. Kumplujemy się, ale kibicuję przeciwnej, ale się tym za bardzo nie chwalę. — Zaśmiał i wstał. — Chodź — dodał, już nie prosząc, a prawie że nakazując.
Przez to kurator nie miał za bardzo wyboru. Spojrzał w oczy tego przystojnego faceta i w końcu wstał. Telefon jeszcze wcisnął do kieszeni jeansów i zebrał w kupkę dokumenty, żeby nie leżały tak rozwalone.
— To chodź, bo mam wyrzuty sumienia, że omijają cię przeze mnie cenne minuty meczu — poddał się i podążył za Fredem do salonu.
Tam od razu usłyszeli dyskusję, a konkretnie komentarze na temat jednej z reklam.
— Ja pierdolę, obczaj, co puszczają jako przerywnik. Ta homopropaganda jest jak jebany nowotwór — powiedział jeden z gości Marshalla, wskazując telewizor.
Fred obejrzał się na Courtneya i z lekkim wzruszeniem ramionami usiadł na swoim miejscu. Gospodarz za to zajął skrajnego pufa i sięgnął po butelkę piwa z tych, które stały na podłodze. Najwyraźniej nikomu się nie chciało kursować do kuchni.
— Jeszcze na tańczące laski by człowiek popatrzył, ale zobacz, jak ten cioteks wygląda i co on robi z tym drugim, kurwa — dodał Mark, z niesmakiem kręcąc głową.
Marshall nic nie mówił i na razie patrzył tylko na telewizor, popijając piwo. Fred bardziej przysłuchiwał się reszcie.
— Jak, kurwa, jakaś baba z fiutem. Bardziej to już spedzić się nie mogło. Gotuje, sprząta, daje dupy — kumple śmiali się, popijając piwo.
— No, ej, Marshall, nie? — kumpel obok zawołał starszego Corna i wskazał brodą jego młodszego brata.
Na to od razu Marshall ściągnął brwi w groźnej i niesympatycznej minie.
— Co masz, kurwa, na myśli?
— No, że może gosposia też pedzio — odpowiedział Mark półszeptem z głośnym rechotem, wychylając się do starszego Corna.
I na pewno nie spodziewał się, że za swoją wypowiedź dostanie z pięści prosto w twarz. Wrzasnął z bólu i poderwał się tak samo jak Marshall. Ten złapał go za ubranie i znowu posadził, wręcz rzucając na kanapę.
— Coś ty, kurwa, powiedział?! — syknął, gotując się w sobie.
Reszta zareagowała szeroko otwartymi oczami, a Courtney poderwał się i odsunął swojego brata od jego kumpla, trzymając go za ramię i tors.
— Marshall, przestań!
— Aua! Kurwa! Pojebało cię?! — Mark trzymał się za nos, z którego ściekała krew. Jednym okiem patrzył na Cornów i mrugał szybko, bo łzy pojawiły mu się w oczach.
— Wypierdalaj stąd, a nie, kurwa, że mnie pojebało! Pierdolisz jak połamany, kurwa, to cię zaraz ja połamię! — Marshall wyrywał się Courtneyowi. — Nie będziesz obrażał mi brata! — dodał, a kiedy któryś z jego kumpli spróbował się w to wtrącić, Fred powstrzymał go, kładąc mu dłoń na ramieniu i kręcąc głową, że to nie jest najlepszy pomysł.
Sam Mark był przerażony tym niespodziewanym wybuchem, a Courtney szarpnął brata jeszcze kawałek dalej, stanął przed nim, położył mu obie dłonie stanowczo na policzkach i popatrzył mu twardo w oczy.
— Uspokój się! To twój kumpel i chyba zrozumiał. Nie rzucaj się tak!
— Kurwa, bo insynuuje, że jesteś jakąś pizdą! — warknął Marshall, patrząc za brata na kumpla i wskazując go dłonią. Wyglądał na poirytowanego, ale już się opanowywał.
Fred w tym czasie poszedł do łazienki po jakiś papier, żeby Mark nie zakrwawił wszystkiego. Courtney za to wręcz przerabiał i powtarzał w głowie co chwilę to, co powiedział Marshall. I patrzył na tę pasję i rozgorączkowanie, z jakim reagował. Mimo bardzo niefortunnej sytuacji, zrobiło mu się niebywale ciepło w środku. Chyba ostatnio czuł coś takiego przy Marshallu, gdy ten sprezentował mu na trzynaste urodziny skradzioną spluwę. Miał wręcz ochotę go teraz przytulić, ale zamiast tego tylko patrzył w jego ciemne oczy i trzymał go.
— Dobra, żyję, kurwa! — Mark odsunął rękę jednego z kumpli, a od Freda wziął papier.
Courtney dopiero teraz się opanował i puścił brata.
— Uspokój się, kutas mi od tego nie odpadł. Ale… — przygryzł wnętrze policzka i dodał ciszej — dzięki.
Marshall spojrzał w końcu na brata z surową miną i moment na niego tylko patrzył, aż w końcu fuknął pod nosem i uśmiechnął się bokiem ust.
— Sam powinieneś mu przyjebać — mruknął prawie że do siebie, po czym obszedł brata i zwrócił się do Marka. — Mam nadzieję, że ci go nie złamałem, ale zrobię to na pewno, jeśli jeszcze coś pedalskiego palniesz znowu. Reszty też to się tyczy — zagroził.
Kumple wznieśli obronnie ręce, Mark tylko mruknął coś butnie, a Fred nie skomentował, a jedynie usiadł na fotelu i sięgnął po swoje piwo. On nie był głupi, wiedział, że Courtney jest gejem i nie chciał narażać się Marshallowi. Kurator za to teraz nie bardzo miał ochotę siadać tu z nimi znowu. Stuknął więc brata w plecy i wskazał sypialnię.
— Wrócę do siebie.
Ten jednak chwycił go za rękę i zatrzymał.
— Zostajesz — warknął, chociaż nie chciał, żeby tak ostro to zabrzmiało. — Zostajesz — dodał już spokojniej. — Masz piwo, siadaj i… nie wiem, powiedz, na kogo stawiasz. — Wskazał brodą telewizor, podając mu sekundę wcześniej piwo.
Courtney westchnął, usiadł, napił się i popatrzył na ekran telewizora, gdzie minęła już przerwa i znów pojawiła się relacja z meczu. Odpowiedział bratu i dał się wciągnąć w dyskusję na temat tego, jak dobrze im szło ostatnio i dlaczego w tym meczu dają dupy. To sformułowanie na szczęście nie zostało w żaden sposób skomentowane, choć niektórzy spięli się dziwnie, jakby obawiali się, że Marshall znowu z czymś wyskoczy. Ten niedługo później już zachowywał się normalnie, jakby nic się nie stało. Rozmawiał zwyczajnie, śmiał się i tylko raz Courtney złapał wzrok Freda, który z przeciwległej strony pokoju uśmiechnął się i wzruszył ramionami, jakby chciał mu powiedzieć „właśnie takiego masz brata”

7 thoughts on “Newton’s Balls – 68 – Piwo, stek i meczyk

  1. Katka pisze:

    Damiann, a cóż głupiego mógłby zrobić Courtney w stosunku do super-extra-mega-wspaniale-przystojnego kumpla brata? XD

    Tess, zgadzam się, że podniesienie się po ewentualnej zdradzie byłoby dla nich MEGA trudne. Chase ma mnóstwo problemów w życiu, a ludzie wokół generalnie się na niego wypinają i nigdy nie jest dla nich tym kimś najważniejszym. Więc gdyby się okazało, że dla Courtneya też nie… to mielibyśmy wielki dramat…
    hehe, a porównanie Marshalla i Chase’a jakoś mi się spodobało. Szczególnie ten fragment o tym, że Chase przynajmniej ogarnia swoją kasę XD To aż zabawne czasami, że nastolatek potrafi być bardziej odpowiedzialny od kogoś dorosłego…
    Shane z dzieciakami to zdeeecydowanie cudowny widok :D David na pewno ma zaciesz, że tak lubi jego dzieci :)

    Erwina, Marshall ma dobre intencje (co mam nadzieję było widać w tym rozdziale), ale też trochę jest tak jak mówisz. Że mimo wszystko trochę powoduje dziwne sytuacje. No ale, ale, każdy może się jakoś zsocjalizować. Choć mógłby bardziej pomagać bratu, a mniej go wykorzystywać XD
    „Courtneya i David wybrali sobie na partnerów ‘wieczne dzieci’” – doookładnie tak. Courtney i David mogliby sobie tak usiąść przy piwku i powymieniać się doświadczeniami z takimi facetami. To zdecydowanie coś, co ich łączy i jest to na swój sposób zabawne :)

    Noe, haha Fred i Marshall… Potrzebuję fika XD A mnie wcale nie dziwi, że lubisz Marshalla, bo on niby taki zły, ale jednak nie do końca… XD

    Kasia, Noo, to taki mały dowód akceptacji był, choć pewnie sam Marshall nie zdaje sobie z tego sprawy XD Zadziałał impulsywnie, ale odpowiednio. Hm, a gdyby Fred był homo… to w sumie możemy tylko gdybać, chociaż to by mogło być ciekawe… Lecz chyba Chase woli, żeby jednak pozostał hetero XD Marshall na pewno też… Courtney może się tylko gapić, ale więcej mu nie trzeba. Iii dziękujemy za komentarz! :)

    Wadera, co do Darrena, to zgadzam się, że on potrzebuje jakiejś dobrej pomocy. Możemy naiwnie, bądź nie naiwnie wierzyć, że w więzieniu mu pomogą. W końcu tam też są psychologowie, ale czy sensowni, to nie mnie oceniać. Ale niestety istnieje bardzo duże ryzyko, że więzienie zrobi z Darrena jeszcze większego brutala. Tak to raczej w większości przypadków bywa.
    „Zastanawiam się czy Courtney serio nie czuł potrzeby reakcji po tym jak go obrażono czy po prostu tak nad sobą panował.” – hmmm… mnie się wydaje, że po prostu nie chciał wchodzić w konflikt. Ma tego dość w pracy, żeby dokładać w prywatnym życiu, ale też nie jest fajne to, że trochę daje tak po sobie jechać. Na pewno ma to jakieś przyczyny wewnętrzne.
    Podobają mi się Twoje rozkminy, jak zawsze :) Fajnie się je czyta :D

  2. Wadera pisze:

    Chase to Chase, więc pierwszego fragmentu nie będę jakoś specjalnie komentować ;)
    Za Shane’em i Davidem bardzo się stęskniłam, więc cieszę się że był o nich chociaż kawałek. Shane jest genialny z dziećmi Davida.
    Darren ma poważne problemy i przydałby mu się przede wszystkim psycholog. Z jednej strony dobrze, że poszedł do więzienia po tym co zrobił (Shane powinien mieć spokój o ile nie wpadnie na głupi pomysł żeby go odwiedzać), a z drugiej mam przeczucie że ten pobyt tylko Darrena uagresywni.
    Meczyk. Podejrzewałam, że skończy się na rozrubie. Zastanawiam się czy Courtney serio nie czuł potrzeby reakcji po tym jak go obrażono czy po prostu tak nad sobą panował. Chyba mam nadzieję, że to drugie bo w innym przypadku oznaczało by to że nie szanuje się zbyt mocno. Mam wrażenie, że zbyt często odpuszcza takie komentarze bez żadnej próby obrony.
    Z drugiej strony. Niby fajnie że Marshall broni brata i chce mu pomóc się socjalizować (na swój własny sposób), ale martwi mnie trochę to napięcie między nimi. Zwłaszcza od strony Courtneya. To niezdrowe jest.
    No i ciągle mam zagwozdkę z Fredem. Sam fakt, że przyszedł po brata swojego kumpla żeby wyciągnąć go z pokoju. . .
    Czuję że za osobą Freda ukrywa się osobna historia i nie mogę się doczekać, by ją poznać.
    Pozdrawiam, Wadera.

  3. Kasia pisze:

    Ależ obrońca z tego Marshalla :) To było naprawdę miłe :) Widać że naprawdę zaakceptował Courtneya :) A sam Courtney za bardzo się daje wykorzystywać. To chyba świadczy o jego niedowartościowaniu, zresztą nie tylko to. Kilka miłych słówek i Courtney siedzi u kogoś w kieszeni. Gdyby Fred był homo to nie wiem jak skończyłaby się ta wizyta w sypialni, taki był zapatrzony w kumpla brata… Ciekawe czy by sobie przypomniał że ma chłopaka?
    Natomiast bardzo mnie ucieszyła wiadomość że Darren poszedł siedzieć, nie muszę już się obawiać o Shane’a :)
    Dziękuję bardzo 😚

  4. Noe pisze:

    Jeju zaczęłam shipowac freda i Marshalla😂 ale braciszek z niego super nwm czemu ale zaczynam go coraz bardziej lubić ❤

  5. Erwina Smith pisze:

    Marshall niby ku*as jak to Fred powiedział(niby w żarcie, ale on nim jest naprawdę) W obronie brata stanął i nie tylko dlatego żeby ratować swoje dobre imię, ale też młodszego brata.Ale wyprowadzić to on powinien się już dawno.Bo gdyby go w domu nie było, nie byłoby jego kolegów a przy tym żartów przed którymi starszy musi ’stawać w jego obronie’ więc do niczego by się nie przydał.
    Co do relacji Courtneya i blondyna to raczej się tego nie obawiam, bo Fred nie zachowuje się jakby chciał uwieść kuratora a ten tylko cieszy oczy przystojniakiem.
    A co do reszty ‘zabaw’ to on ma Chase’a i dobrze o tym wie XD
    Poza tym te uśmieszki kiedy pisze wiadomości że swoim chłopakiem wymuszone nie są ;) Courtneya i David wybrali sobie na partnerów ‘wieczne dzieci’ Chase nie dorośnie.Nigdy.
    Ciekawe czy Shane odwiedzi Darrena w więzieniu.Ten jego zawód i brak satysfakcji z kary, która poniesie były kolega z pracyXD Chciałabym wiedzieć co w jego głowie siedziało jak robił te złe rzeczy.
    Co do serca czytam i myślę ‘tak ten słodziak wydeptał mu serduszko jak słodko’ no nie tutaj i nie Chase ;)

  6. Tess pisze:

    Wysikane serduszko było urocze, na pewno lepsze niż jakiś tam Fred… Pff.
    Mam nadzieję, że Courtney się na nic nie złapie i nie zainteresuje zbytnio tym blondasem, w końcu to on pierwszy stwierdził, że czuje coś więcej do Chase i moim zdaniem byłoby to mega głupie, jakby dał się ponieść, czy coś. Na pewno trudno byłoby im się podnieść po ewentualnej zdradzie.
    Marshall z jednej strony zachował się ładnie, że stanął w obronie barta, ale drugiej (nie wiem czy dobrze zrozumiałam) zaprzeczył przy wszystkich jakoby jego brat był gejem, więc no mam ambiwalentne uczucia co do tego jego aktu heroizmu. Też coraz bardziej przestaje mi się podobać to jego pasożytowanie na Courtneyu. Dorosły facet, żyjący na garnuszku młodszego brata… Do tego w porównaniu do Chase wypada mega blado, skoro nastolatek potrafi jakoś sam zadbać o swoją kasę, a on nie. I absolutnie nie podoba mi się, że gra tak na emocjach Courtneya i go jednym słowem wykorzystuje. Liczę, że się chłop zmieni, bo jak dalej tak będzie to jedyne co mu będę życzyć to powrotu do paki xDDD

    A propos paki… No Darren się doigrał, jednak nie spodziewałam się, że rzuci się na jakiegoś obcego faceta, dla mnie świr i dobrze, że Shane ma go już z głowy.

    Tak już poza tematem. Shane z dzieciakami to musi być cudny widok :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s