Project Dozen – 96 – Zgejony wodospad i inne uroki Yellowstone

— Jeśli kiedykolwiek ktoś z was zastanawiał się, jak działa kawiarka, jak parzy się w takiej kawę, to wizyta w Parku Yellowstone jest idealną okazją, żeby zrozumieć zarówno jej działanie, jak i poznać skutki komory magmowej, która znajduje się pod naszymi stopami na głębokości około siedemnastu kilometrów… — Tak zaczynał się wykład przewodnika, który miał oprowadzać całą grupę szkolną po parku narodowym, mówić im o faunie i florze oraz o historii najstarszego parku narodowego na świecie.
Wszyscy słuchali go jednym uchem, wciąż rozmawiając o jeleniach, które widzieli jakiś czas temu niedaleko jeziora Yellowstone. Jelonki zostały sfotografowane wiele razy. Cody nawet bawił się w profesjonalnego fotografa i starał się wydobyć ze zwierząt jak najwięcej piękna.
Obecnie zbliżali się do West Thumb Geyser Basin. Czyli do tego, na co wszyscy najbardziej czekali – do gejzerów.
— … niech słowo gejzery nikomu źle się nie kojarzy. Nie ma się co śmiać. To wina gejzeru na Islandii, który właśnie nazywa się Geysir, a pochodzi to od słowa gjósa, czyli tryskać, wybuchać. Wszystkie tego typu źródła geotermalne teraz nazywają się właśnie w ten sposób. Jednak to nasze gejzery są tymi, które przyciągają najwięcej turystów. Wybuchy wody odbywają się regularnie, jednak mają różne siły i ten czas też jest inny. Ktoś z was wie, czemu tak się dzieje? — Przewodnik, całkiem młody mężczyzna w służbowym stroju i z zadbaną brodą, naprawdę starał się, żeby dotrzeć do uczniów, kiedy prowadził ich ścieżką do jednej z głównych atrakcji parku.
— Mało rozumiem… — poskarżył się Francisco, kiedy szedł u boku Sebastiana.
Okolica była niesamowita. Parująca woda w niewielkich zbiornikach była wręcz turkusowa, za to przy brzegach mieniła się kolorami z przewagą ciemnej żółci. Czyste niebo wzmacniało efekt, podobnie jak liczne iglaste drzewa. W oczach nastolatków, którzy byli tu po raz pierwszy, wszystko wyglądało jak w magicznej krainie.
— Więc musisz uważnie słuchać. Ale może testu z tego nie będzie — odparł młody Moss, naprawdę na to licząc. Nie chciał, żeby jego chłopak oblał tylko dlatego, że nie znał po angielsku naukowych słów.
W tym czasie któryś z uczniów próbował zgadnąć, czemu wybuchy są regularne. Niestety nie udało się mu, ale i tak został pochwalony za próbę. Przewodnik za to tłumaczył, że chodzi w tym o kumulację zbierającej się wody, podgrzewania i faktu, że źródło ciepła pod nimi jest stałe, dlatego woda może gotować się pod powierzchnią w regularnym tempie.
— Si, si… — odmruknął Francisco, a kiedy prowadzący ich mężczyzna powiedział, że zaraz dotrą do bardzo znanego gejzaru o nazwie Old Faithful, od razu spojrzał w przewodnik. Starał się wszystko śledzić w taki sposób, kiedy nie nadążał za słowami mężczyzny. — Ooo! Zobacz zdjęcia, Sebastian! Będzie jak chmura na ziemi.
— Hej, chcecie zapozować? Zbieram foty do relacji — odezwał się do nich Cody, który krążył wokół i cykał zdjęcia zwiedzających uczniów. — Tu jest spoko widok na góry z tyłu.
— Ale nie do gazetki? — spytał Sebastian z brakiem przekonania, bo wolał mieć takie zdjęcie z resztą, z całą wycieczką, a nie tylko z Francisco. Te wolał mieć na własny użytek.
— Do gazetki będą widoczki i cała grupa. Będziemy wrzucać kilka zdjęć na stronę szkoły — wyjaśnił Cody, ustawiając aparat. — No i pan Moss mówił, że będzie można wybrać sobie któreś dla siebie. Będziemy drukować.
— Dobra, to dajesz. — Sebastian zgodził się i gdy większość uczniów już minęła ich na ścieżce, ustawił się z Francisco tak, żeby za plecami mieć ładny widok na góry. Naprawdę było tu pięknie.
Latynos uśmiechnął się do zdjęcia, ciesząc się, że będzie miał pamiątkę. Bo wiedział, że na pewno poprosi o takie zdjęcie dla siebie.
Kiedy Cody już je cyknął i ruszyli dalej, zagadał swojego chłopaka:
— Napiszesz mi coś miłego z tyłu tego zdjęcia?
Sebastian zaśmiał się ciepło.
— Mogę. Ale to będzie taka oficjalna pamiątka. Co byś mógł pokazać rodzicom, gdzie byłeś.
Tego najwyraźniej Francisco nie wziął od uwagę, bo jego mina mówiła „ale jak to…?”. Skapitulował jednak, bo rzeczywiście dobrze byłoby pokazać rodzicom takie zdjęcie.
Oderwał od tego myśli, kiedy usłyszał z przodu pełen entuzjazmu okrzyk. Ci, którzy byli dalej, już musieli zobaczyć ten imponujący gejzer. Przyspieszył więc i cudem powstrzymał się przed pociągnięciem Sebastiana za rękę.
— Ale to wielkie! Strzela mocniej niż ja! — Śmiał się jakiś chłopak… do czasu aż nie zauważył, że stoi obok dyrektora.
Ten popatrzył na ucznia wymownie, z jedną brwią uniesioną w górę. Chłopak od razu się zaczerwienił, a jego kumple próbowali zdusić śmiech w dłoniach.
Sebastian i Francisco zdążyli w sumie w ostatniej chwili, bo inaczej musieliby czekać na kolejny słup wrzącej wody. Cody robił zdjęcia, a przewodnik czekał, aż gejzer skończy swój pokaz, żeby opowiedzieć uczniom, jak do tego doszło. Prawie wszyscy zasmucili się też tym, że aby zobaczyć to jeszcze raz, musieliby czekać tu ponad godzinę.
— Pierwszy raz coś takiego widzę — powiedział Noel. Był przebrany w fioletową, przylegającą do ciała, ale grubą bluzę. Do tego adidasy na grubej podeszwie i ciasne spodnie w pączkowy wzorek. Było mu wygodnie ze związanymi w kok włosami. — Ale… nie mogę normalnie przestać gapić się na dyra — dodał półgłosem do swojego towarzysza.
Bo może i gejzery były niesamowite, ale przecież istniało wielkie prawdopodobieństwo, że to dwójka opiekunów dziś w nocy planowała tryskać. W swoje odbyty.
Sen nie odwrócił wzroku na dyrektora stojącego obok jednej z nauczycielek.
— Przynajmniej nie będzie się nudził — mruknął i na końcu jęknął, bo pokaz natury właśnie się skończył. — Już koniec. Szkoda. Ale — w końcu skupił się na Noelu — naprawdę cię to interesuje?
— Weź, a ciebie nie? — szepnął rudzielec i trącił go łokciem. — Dyro i psycholog się króliczkują! Myślisz, że Sebastian wie?
— Raczej nie. Kto by o tym powiedział dzieciakowi? Ja nie mówię twojemu żuczkowi, co robisz pod prysznicem.
— I bardzo dobrze. Mój żuczek musi pozostać niewinny i nieskazitelny najdłużej, jak tylko się da — odpowiedział Noel z powagą, podążając dalej za grupą.
Z przewodnika wiedzieli, że dzisiaj mieli zaplanowane oglądanie głównie „wybuchających” terenów parku. Plan był odpowiednio rozłożony. Jutro z kolei czekało ich bardziej mobilne zwiedzanie wzbogacone w liczne zwierzęta. Istniała nadzieja, że zobaczą wilki, niedźwiedzie grizzly, jelenie, antylopy, kojoty i bizony. Do tego mieli ujrzeć wodospad Tower Fall i piękny kanion. Wszyscy byli podekscytowani, ale dziś leniwie spacerowali. Każdy uważał to za dobry plan, bo byli na tyle wymęczeni wczesną pobudką i długą jazdą, że nawet pod koniec spaceru, gdy co chwilę coś obok nich wybuchało i świszczało, trudno im było wykrzesać z siebie entuzjastyczne reakcje.
Nikt im się nie dziwił. Nauczyciele byli w podobnym stanie, chociaż bardziej starali się trzymać fason. Dzień zwiedzania skończył się tak, jak planowali. Znowu byli w ośrodku, z nową wiedzą o gejzerach. O tym, jakie są największe gejzery na świecie. Czemu te w Yellowstone są niezwykłe. Jak działają takie punkty gorąca oraz jak to wszystko łączyło się z wysokością płaskowyżu, na którym położony był park. Na stołówce wszyscy jedli z ochotą i było całkiem cicho. Znacznie ciszej, niż kiedy jeszcze wszyscy mieli energię z rana po rozbudzeniu.
Już w pokoju, kiedy Mark i Foster wzięli gorący prysznic i zamknęli się na kluczyk, psycholog sprawdził, kto wykonał zadanie. Bo był pewien, że podmienienie rzeczy było zadaniem. Nie było mowy, żeby chodziło o coś innego. I miał rację. Leżąc na łóżku w piżamie, czytał dzienniczek Tylera Page’a.
— To było zadanie? — zapytał Mark, który wyszedł przed chwilą z łazienki. Miał na sobie ciepły szlafrok i wilgotne włosy. Właśnie wieszał ręcznik na oparciu krzesła.
— Tak, ale jak wiesz, nie mogę ci powiedzieć czyje — odparł Foster beznamiętnym głosem, czytając wpis kolejny raz. Był krótki. — Ale z tego co widzę, to nie przeszukiwał mi rzeczy, tylko je przełożył. Nic w dzienniku nie wspomniał o tym, co znalazł, ani że cokolwiek znalazł — dodał uspokajająco. Teraz tylko Sen albo Noel byli podejrzani o małe szpiegostwo.
— To dobrze… — Mark westchnął i zapalił dużą, nocną lampkę stojącą na stoliku. Miała spory, owalny, żółty klosz z brązowymi troczkami. Po tym zgasił górne światło i od razu zrobiło mu się przyjemniej. — Ale to duże mieszanie się w cudzą prywatność. Moim zdaniem takie zadania to przesada.
— Nie podawał, jaka jest jego treść — odparł psycholog i wyłączył dzienniczki. Odwrócił się do Marka. — Ale zgadzam się, to przesada. A oni chyba chcieli sprawdzić, kiedy przesadą będzie to dla tych dzieciaków.
— Chyba nieprędko. Dali im niezłą nagrodę… — Mark podszedł do łóżka przyjaciela. Pochylił się, podparł o materac i pocałował go delikatnie. — Dopiero dziewiąta… ale już chce mi się spać.
Foster uśmiechnął się do niego ciepło. Odsunął się na łóżku, robiąc więcej miejsca dla drugiej osoby.
— Okna mamy zasłonięte, drzwi zamknięte. Połóż się.
Zawahanie odbiło się na twarzy dyrektora, ale nie było się co dziwić. W końcu piętro wyżej była całkiem spora grupa jego uczniów. Tylko że Foster miał rację. Tutaj byli bezpieczni. Nie było też kamer, tak jak w szkole. A do tego łóżka były szerokie, dlatego wsunął się obok psychologa i uśmiechnął do niego delikatnie.
— Dopiero gdy zdjąłem okulary, zauważyłem, jak inaczej widzę. Gdy ich nie nosiłem, wszystko wydawało się jakby normalniejsze, mimo że nie widziałem dobrze — rzucił, nie chcąc rozmawiać o projekcie i pracy. Mimo że był tu przecież zawodowo, chciał chociaż trochę mieć coś… relaksującego z tego wyjazdu.
Foster chyba był podobnego zdania, bo łatwo wszedł w luźny, niezobowiązujący ton rozmowy o niczym. Leżał na boku i teraz jakby od niechcenia przesuwał dłonią po ciele Marka. Musiał do tego rozchylić trochę jego szlafrok. I jak na złość, pod nim mężczyzna miał ciepłą piżamę, więc i tak mógł tylko dotykać go przez materiał.
— Tak już jest. To tak jak ze spodniami, kiedy się tyje. Gdy nosi się cały czas coś luźnego, nie zauważysz, jak stare spodnie nagle robią się małe. To jest najstraszniejsze, kiedy przychodzi lato i nagle w nic się nie mieścisz.
— Ja miałem ostatnio odwrotnie. Potrzebowałem ciaśniejszego paska — odparł Mark z krzywym uśmiechem. — Ale ty masz całkiem ładny brzuch. Chyba że na zimę przybierasz?
— Zawsze z dwa kilo niestety. — Foster skrzywił się, ale oczy nadal miał uśmiechnięte. Sam był w ciepłych spodniach od pidżamy i dzięki temu Mark faktycznie mógł widzieć jego brzuch. — Na lato jakoś zawsze bardziej chce mi się ruszać. A tobie może w tym roku uda się też nie dopiąć. Obiecałem ci, że cię dożywię.
Mark zaśmiał się i wychylił do jego pełnych warg po pocałunek.
— Próbuj, próbuj. Już idzie ci lepiej. To ostatnie spaghetti… — rozmarzył się, przy tym zamykając oczy i powoli wciągając powietrze, jakby właśnie czuł zapach pomidorowego sosu i mięsa.
— Też mi smakowało. Tak samo jak deser po obiedzie. — Foster odpowiedział na pocałunek, ale jeszcze długo trzymał usta tuż przy ustach Marka.
A ten zamruczał cicho. Po tym sam obrócił się bardziej, żeby być przodem do mężczyzny. I kiedy tak patrzył na jego twarz i czuł się naprawdę luźno, zdał sobie sprawę, jak daleko to zaszło. Że to już nie było tylko eksperymentowanie. Że było to czymś poważniejszym i… pewniejszym. Stabilnym przez to, że obaj chcieli tego równie mocno.
— Wiesz, że już na dobre jesteś moim partnerem, a ja twoim? — powiedział na głos swoje myśli.
— Chyba…. — Foster zająknął się. — Tak, znaczy wiem. Wiem i chcę, ale… Czemu akurat teraz mi to mówisz? — spytał, bo stanowiło to dla niego zagadkę. Nie spodziewał się, że to usłyszy w momencie, kiedy leżeli po prostu razem w hotelowym pokoju i gadali o traceniu i przybieraniu wagi.
— Bo wydaje mi się, że właśnie to zrozumiałem. Że chciałbym kiedyś wyjechać z tobą na wspólne wakacje i razem wrócić do jednego domu. A to… chyba dość dosadnie pokazuje, że to trochę poważne. — Na koniec Mark zaśmiał się cicho.
I kiedy mrużył przy tym oczy, poczuł, jak Foster pocałował go najpierw w czoło, a następnie w usta, powstrzymując objaw przypływu radości i skrępowania. Całował Marka długo. Na tyle, że obaj w pewnym momencie potrzebowali oddechu.
— A ja cały czas zapominam, że zakochałem się w najwspanialszym facecie. Już cię chyba nie puszczę.
— Bardzo dobrze — odmruczał Mark, oblizując wargi po tym słodkim pocałunku.
Był pewien, że na górnych piętrach też był spokój. Bardziej obawiał się, że to jutro dzieciaki będą szaleć. Teraz byli zbyt zmęczeni dzisiejszym dniem. Tak samo jak on, dlatego wiedział, że albo pójdą wcześniej spać, albo spędzą ten wieczór bardzo, bardzo leniwie.
Foster myślał podobnie, bo znowu go pocałował i pogładził po boku.
— Chcesz spać na tym małym łóżku ze mną? Tak, jakbyśmy byli nadal na studiach i to była jedyna okazja?
— Sprawiasz, że jest to jeszcze bardziej kuszące — odparł Mark ze śmiechem.
Zszedł z łóżka tylko po to, żeby zdjąć szlafrok. Zabrał jeszcze ze swojej walizki książkę, którą wziął do czytania i wreszcie wsunął się pod pościel obok Fostera. Ten w międzyczasie pozbył się komputera i przysunął się bliżej brzegu, kładąc się na plecach.
— Jakbym chrapał ze zmęczenia, to mnie obudź — poprosił Marka, widząc, że ten jeszcze chciał poczytać.
— Mhm. Dobranoc. — Dyrektor cmoknął go w usta i usiadł nieco wyżej, żeby było mu wygodniej.
Tym razem zapomniał o okularach, ale zapewne jeszcze nie raz mu się to zdarzy, nim na dobre przyzwyczai się do nich. Na razie więc męczył wzrok na literkach, świadom, że kilka stron i pójdzie w ślady Fostera.

*

Drugi dzień wycieczki zaczęli wcześnie, ale nie tak, żeby wszyscy czuli się jak żywe trupy. Pojechali autokarami, ponieważ trasa była bardzo długa. Gdy dojechali do doliny Lamar, zatrzymali się i wysiedli, żeby móc przejść się kawałek i dokładniej obejrzeć urokliwe otoczenie wraz z żyjącymi tam zwierzętami.
Uczniowie i opiekunowie nie byli jeszcze porządnie rozbudzeni, więc spacer początkowo był spokojny i leniwy. Kroczyli zielonymi terenami, podziwiając wyższe wzgórza, drzewa i zbiorniki wodne. Do czasu, aż ktoś nagle dostrzegł… rodzinę niedźwiedzi. Pan Knopper i trzech uczniów mieli ze sobą lornetki, które od razu zaczęły krążyć z rąk do rąk, żeby wszyscy mogli zobaczyć te spore zwierzęta. I rzeczywiście — widać było niedźwiedzicę i dwa niedźwiadki podróżujące powoli wokół jeziora.
Przewodnik ostrzegł ich, żeby za bardzo nie hałasowali, bo to w końcu ludzie wprosili się do domu niedźwiedzi. Oczywiście niewiele dało uciszanie tego tłumu, ale zwierzęta nie oddaliły się od razu, kiedy tylko ich zobaczyły. Matka pozwoliła młodym się napić i chwilę pobawić.
— Fajne, co nie? — Sebastian zagadnął Francisco, kiedy ten z żalem przekazał lornetkę kolejnej osobie.
— No! Szkoda, że są groźne i nie można ich dotknąć. Pewnie są puszyste — odpowiedział podekscytowany Argentyńczyk. Mimo że widział niedźwiedzie w zoo, to jednak w naturze znacznie przyjemniej się jej obserwowało. — Mają taki wielki dom, a my się jako ludzie gnieździmy w małych mieszkaniach — dodał ze śmiechem, oglądając wszystko rozmarzonym spojrzeniem.
— Tylko że w ich domu czasami pada. A ich jaskinie nie są jednak największe, tak jak reszta domu — odparł Sebastian i po chwili, kiedy niedźwiedzia rodzinka oddaliła się, znikając za drzewami, cała wycieczka ruszyła dalej. Prawie każdy o czymś rozmawiał albo robił zdjęcia jak Cody.
Po kilku minutach spaceru zobaczyli inne zwierzęta. Stado antylop od razu rzuciło się w oczy i zatrzymało ich wszystkich na obserwacji. Nie mogli spędzić tu za dużo czasu, bo plan był zapchany atrakcjami, ale nawet przewodnik na chwilę się zapatrzył i pozwolił nastolatkom oglądać ten spektakl natury.
— Tu piszą, że często w parku są pożary, ale nawet się ich nie gasi, bo podobno nie robią szkód — wyczytał Francisco, cały czas chodząc z papierowym przewodnikiem w ręce. — Ale przecież te zwierzęta muszą w nich ginąć…
— Niestety tak, ale pewnie jeśli jest to tak częste, to umieją przed tym uciekać.
Sebastian zrobił kilka zdjęć. Po pewnym czasie mieli się rozdzielić. Wcześniej już każdy miał się zdeklarować, czy woli iść czarnym szlakiem i pokonywać setkę schodów, czy wybiera bardziej wygodną opcję, ale z mniej atrakcyjnymi widokami. Dawanie im wyboru było rozsądne, bo nie każdy był tak samo sprawny. Nauczyciele też się podzielili. I oczywiście Knopper szedł z tymi, którzy wybrali oryginalną trasę szlaku Uncle Tom.
To był czas, kiedy mieli zobaczyć Wielki Kanion Yellowstone, a szlak, na który się zdecydowali, zapewniał najładniejsze widoki. Był on mozolny i trudny do przejścia, ale kiedy wszyscy ujrzeli wodospad Lower Fall, nie żałowali swojego wyboru. Tym bardziej, że dziś było wyjątkowo słonecznie, a dzięki temu…
— Hahaha, ale zgejony wodospad! — Śmiali się chłopcy, kiedy przewodnik powiedział, że tęcze, które widzą, są tu praktycznie cały dzień.
— Dla waszej informacji, tęcza w wielu religiach ma bardzo pozytywny przekaz. Chociażby w Biblii jest symbolem przymierza Boga z człowiekiem. W mitologii greckiej natomiast była drogą dla posłanki Iris, właśnie między niebem a ziemią. A poza tym jest idealnym przykładem rozproszenia światła i na pewno doskonale wiecie, jak to działa. — Przewodnik spokojnie kontrolował sytuację. Przez jego uwagi też kilka osób przestało się głupio śmiać, a tylko przewracało oczami.
Foster w tym czasie zwrócił się do Marka.
— Do tego ta optyczna tęcza ma siedem kolorów, a nie sześć.
— Mhm… — odmruknął dyrektor, żałując, że wybrał schody. Jeszcze nie przeszli całego szlaku, a on już czuł, że wszystko go boli. Chyba nie miał dobrej kondycji, ale na szczęście widoki to rekompensowały. Byli tak… wysoko. Widok na kanion oszałamiał. I to huczenie wody z wodospadu… — Aż zapomniałem, jak tu pięknie.
— Wybrałbym się tu jeszcze kiedyś prywatnie. Ale… jak popracujemy nad naszą kondycją. — Foster zaśmiał się, bo chyba to fakt, że szli po schodach, był tak obciążający dla kolan i ud.
Niektórzy uczniowie też cierpieli, ale obaj widzieli, że na przodzie był Francisco. On chyba był stworzony z czystej energii. Kompletnie nie okazywał zmęczenia, mimo że miał wypieki na policzkach. A właśnie teraz próbował zrobić sobie selfie z wodospadem, kiedy Sebastian wyciągnął sobie z plecaka przekąskę i próbował doładować jedzeniem swoje siły.
— To na pewno. Powinniśmy byli dodatkowo zatrudnić masażystę — zażartował Mark, idąc z Fosterem w stronę syna, bo widział, że ten miał Snickersy. Może dla niego też by jakiegoś znalazł.
Chłopak, gdy tylko zobaczył ojca, popatrzył na niego pytająco.
— Jeśli chcesz wody, to nie mam więcej niż tylko dla siebie. Nie podzielę się.
— Mam wodę, chcę Snickersa — odpowiedział Mark, przystając tuż przy nim. I bezczelnie zajrzał mu do plecaka. — Na pewno masz ich za dużo.
— Nie mam ich za dużo — zamarudził Sebastian i pokręcił głową. — Powinieneś się lepiej przygotować. Ojciec — podkreślił szczególnie mocno ostatnie słowo, pozwalając mu jednak ukraść jednego batona.
Mark uśmiechnął się i poczochrał mu włosy jak dziecku, mimo że właściwie Sebastian był wyższy od niego.
— Nie marudź. I dzięki — dodał, po czym otworzył batona. — Foster, chcesz połowę?
— Nie, dziękuję. Nie będę objadał Sebastiana. — Psycholog zaśmiał się, kiedy zobaczył, jak chłopak przewraca oczami i bez zbędnego słowa oddala się od nich, żeby już nie musieć opiekować się ojcem.
Kilku innych uczniów też zawiesiło na nich wzrok, bo mimo wszystko Mossowie unikali kontaktu w szkole, chyba że na krótką rozmowę. Wiadome też było, że wiele dzieciaków zazdrościło Sebastianowi rodzica dyrektora, uważając, że dzięki temu miał łatwiej.
— Chodźmy. Mamy jeszcze dziś do przejścia dolinę Hayden. Wreszcie dzieciaki zobaczą bizony — rzucił Mark do swojego partnera. I podążył dalej za całą grupą oraz przewodnikiem, zajadając się Snickersem.

*

Wycieczka była niesamowita. Ilość zdjęć, która powstała, zapewne stworzyłaby po wydrukowaniu całą encyklopedię dotyczącą Yellowstone. A przynajmniej część zobaczonego przez nich parku, bo… pod koniec wycieczki złapała ich ulewa. Wszyscy pochowali swoje telefony i aparaty. Niektórzy wyposażyli się zawczasu w cienkie peleryny, ale były to nieliczne osoby. Dlatego zanim autokary zdążyły po nich podjechać, zmokli na tyle, że każdy, chodząc, dosłownie pluskał wodą z butów. Zapewne niektórzy mieli też mokrą bieliznę.
Po dotarciu przed hotel wszyscy byli już na tyle zrezygnowani, że wcale nie biegli z autokaru do hotelu, tylko mozolnie szli w swoich przemoczonych ubraniach. Poza Codym Soltem, który z obawy przed uszkodzeniem aparatu biegł co sił w nogach.
— Ale pogrom…! — jęknął Noel, który miał wrażenie, że jego mokre, długie włosy były koszmarnie ciężkie.
Przystanął przed wejściem do hotelu, już pod daszkiem opartym o białe kolumienki. I próbował wykręcić włosy najmocniej, jak się dało, bo wiedział, że dosłownie lałoby mu się po dupie. Tak jak przez całą drogę, kiedy szli w deszczu.
Przed wejściem do autokaru próbował coś z nimi zrobić, ale niewiele to pomogło. Miał zbyt gęste włosy, żeby te zaczęły ot tak szybko schnąć. Zresztą, w autokarze też było koszmarnie. Parno i chłodno. Nim ogrzewanie odpowiednio się rozkręciło, wszyscy zmarzli.
— Masz suszarkę. Chodź, trzeba się rozebrać i zapakować cię w słoneczniki. — Sen popędził kumpla.
Ten jąknął, ale wiedział, że czym prędzej muszą się osuszyć. Dlatego jako ostatni weszli do hotelu i już w holu Noel zdjął swoje przemoknięte adidasy na koturnie. Niosąc je w ręce, szedł za kumplem. Czuł, że i tak z włosów mu kapie. Przy tym wyglądał całkiem zabawnie. Jego długie włosy zwykle były bardzo puszyste, a teraz wyglądały jak rude strączki zwisające mu z głowy.
— Wyglądasz jak taki mokry piesek.
— A wiesz, czym cię zaskoczę? Nawet czuję się jak mokry piesek — poskarżył się rudzielec, kiedy weszli do pokoju. Od razu podążył do łazienki, chcąc położyć tam buty i wszystkie mokre ubrania. — I chodź tu się rozbierz, bo wszystko pomoczymy!
— Mmm, chcesz być jak pan dyrektor. — Sen zaśmiał się, ale wszedł za kumplem do łazienki, od razu zaczynając zdejmować z siebie mokre rzeczy. Kurtkę wrzucił nawet pod prysznic, bo ciekło z niej. — Jak mokre koty. Nie lubię być mokrym kotem.
— Ale pasowałyby ci takie kocie uszka, jak w tych twoich hentaicach — zauważył Noel.
Sam już był prawie nagi. Właśnie zdejmował skarpetki, a zaraz po nich pozbył się bielizny, którą wrzucił do umywalki. Wszystko się do niego lepiło, nawet majtki, więc cały musiał się osuszyć i przebrać. Z włosów nadal kapało mu na szczupłe ciało. O dziwo nie było tak potwornie blade jak niektórych rudzielców, ale na pewno widać było gdzieniegdzie na piersi drobne piegi.
— Ty za to byłbyś zjawiskiem nadprzyrodzonym na ulicach — prychnął Sen i rzucił w niego ręcznikiem. Dopiero po tym sam rozebrał się do końca oraz chwycił swój, chcąc się wytrzeć.
Osuszali się, a przy tym wszystkich Noel zawiązał drugi ręcznik na włosach, żeby jego wycieranie ciała nie było syzyfową pracą. Po chwili, już suchy i przewiązany ręcznikiem w pasie, wyszedł do pokoju.
— Ooo! Mój kochany żuczek strzegł suszarki! — zawołał.
— Dzielny żuczek! — odkrzyknął Sen z łazienki. Przerzucił wszystkie mokre rzeczy w jedno miejsce, żeby je wycisnąć, po czym zaczął rozwieszać je do wyschnięcia. Kiedy mu się to udało, wrócił do pokoju w ręczniku na biodrach. — Pomóc ci?
Rudzielec, który właśnie podłączył suszarkę do kontaktu i postawił krzesło blisko ściany, od razu pokiwał głową. O mało turban na włosach mu przy tym nie spadł.
— Tych z tyłu sam chyba nie wysuszę, więc chwała ci będzie, jeśli użyczysz swej łaski.
— Zwykle sam je suszysz, ale trwa to godziny. A ja jestem głodny. Kolacja jeszcze na nas czeka na dole, a chcę jeszcze coś dziś zjeść — pomarudził Sen i podszedł do kolegi, żeby pomóc mu z suszeniem włosów.
Były niesamowite. Takie inne od jego, ale też inne niż wszystkich chłopców w szkole. Z tej perspektywy były jak włosy jakiejś dziewczyny. Noel od tyłu zresztą całkiem nieźle mógł udawać uczennicę, a nie ucznia. Z przodu w sumie też dałby radę, gdyby się umalował i wypchał sobie cycki.
Po zdjęciu ręcznika włosy od razu opadły w dół i sięgały niemalże za całe oparcie krzesła. Przez to, że były mokre, wydawały się jeszcze dłuższe. A Noel zadrżał, czując, jak chłodne kosmyki opadają mu na nagie ramiona.
— To kolacja, to pewnie nie będzie nic ciepłego… Zjadłbym pizzę — jęknął, zadzierając głowę i patrząc w górę na Sena za fotelem, niemalże sarnio.
Ten właśnie roztrzepywał jego włosy, żeby łatwiej się suszyło.
— Może jednak będzie coś ciepłego. Ja bym zjadł pizzę z jajkiem i brokułami… — Westchnął i włączył suszarkę.
Był głodny. Dzień był długi, schodzili się jak bezpańskie psy i chyba tylko widoki im to rekompensowały. Ale obaj nie czuli stóp albo raczej za dobrze je czuli. Do tego zmokli, jak wszyscy. Chyba cieszyli się, że wracają kolejnego dnia. A sam Sen był aż zaskoczony tym, jaki ten wyjazd był spokojny. Pomijając małą niespodziankę z walizkami. Ostatecznie doszedł do wniosku, że teraz wydawało mu się to takie spokojne dlatego, że to w szkole od początku roku ciągle coś się działo. Wszystko przez projekt.
— Mmm… jajka… Pan Craig dzisiaj może jakieś possie. Może chcesz dołączyć? — zagadał Noel z lisim uśmieszkiem, ale siedział grzecznie i nie ruszał się, kiedy kumpel suszył mu włosy.
— Chyba podziękuję. Ty za to chciałeś coś ciepłego. — Sen zaśmiał się i przysunął suszarkę trochę za blisko głowy kolegi.
A ten syknął i odsunął głowę.
— Jak je spalisz, to przysmażę ci twoje jajka tą suszarką! Będę je trzymał jak imadło i przypalał, a ty będziesz piszczał jak Japonki w pornosach!
Sen od razu się roześmiał, zabierając suszarkę i unosząc obie dłonie do góry.
— Yamete, yamete! — zapiszczał jak błagające o litość postacie z anime. — Spoko, nie przypalę ci ich. Boże, zabiłbyś chyba, gdyby ktoś ci je w nocy uciął, co? Jak temu typowi w Grecji było, co laska mu obcięła włosy i stracił moc?
— Nie wiem, nie oglądam greckich bajek… Ale tak, zabiłbym. W męczarniach. Nie jestem jak Jude. A w ogóle, to jemu już odrastają blond włosy. Aż gościa nie poznałem na korytarzu — dodał Noel, już się relaksując, kiedy Sen znów zabrał się za suszenie.
— Mhm, inaczej wygląda. Ciekawe, czy teraz będzie lansował się na dobrego chłopca, czy znowu się pofarbuje.
— A ty się kiedyś farbowałeś?
— Ja? Kiedyś tak, ale to na niebiesko i różowo, robiłem sobie pasemka. Tlenienie się kompletnie mi nie wyszło. Wyglądałem jak zjeb — odparł Sen, wspominając incydent z któryś wakacji.
— Aaa, czyli tak jak zwykle — podsumował Noel. A kiedy Sen przypadkiem skierował suszarkę na jego ramię, zamiast włosy, aż przymknął oczy. — O Boże, to było cudowne… Nie chcesz mnie całego tak posuszyć? Nie tylko włosy?
Sen znowu się zaśmiał.
— Kiedyś chyba widziałem takiego pornosa, gdzie tak właśnie laskę koleś suszył suszarką, a potem coś jej robił — podzielił się tym, co widział w internecie i mimo swojej opowieści trochę ogrzał Noela.
A ten od razu zamruczał z rozkoszą i nadstawił szyję po więcej.
— Mmm… I co? Bzyknął ją w łazience?
— Ten typ? Tak, a potem jeszcze w pokoju chyba. Śmieszna była, jak suszył jej pizdę. — Sen zaśmiał się i pokierował strumień ciepłego powietrza na dół pleców Noela.
A ten złączył łopatki i wygiął kręgosłup, czując przyjemne mrowienie na skórze.
— Musiała się nieźle wiercić.
— Nom. Poszukać ci go, jak wrócimy do szkoły?
— O, możesz. Pewnie będzie więcej śmiechu niż spustu, ale spoooko — odparł Noel i zatrzepotał włosami. — Susz, susz, głodny jestem.
— Suszę. Masz te kłaki koszmarne. Są jak gąbka — poskarżył się Azjata i bardziej potrząsnął włosy palcami, żeby nie suszyć tylko z zewnątrz, ale też bardziej od skóry.
To Noel musiał przyznać. Była to cena, jaką płacił za swoją piękną grzywę. Ale co by Sen nie mówił, Noel wiedział, że podobają mu się jego włosy, bo kojarzą mu się z kucykami. A Sen kochał kucyki pony… Prawdopodobnie tylko dlatego mu pomagał. Zresztą, upewnił się o tym, kiedy już wysuszył mu włosy. Wyłączył suszarkę i splótł mu je w ładny dobierany warkocz.
— Jak na pokaz.
Noel popatrzył na niego ze zblazowaną miną, ale nie rozplótł warkocza. Nawet przejrzał się w lustrze nad stolikiem.
— Pięknie. To zakładam mój cudowny dresik i lecimy się nażreć! — postanowił, zrzucając z siebie ręcznik i nago kucając przy walizce.
Sen poparł gorąco ten pomysł, a po kilku minutach obaj mogli zebrać się do wyjścia. Byli pewni, że na dole będą tłumy głodnych i zmarzniętych po deszczu uczniów.

*****

Wpisu do Dzienniczka dokonał:

Tyler Page – 17.03

3 thoughts on “Project Dozen – 96 – Zgejony wodospad i inne uroki Yellowstone

  1. Katka pisze:

    Wadera, baaardzo nas cieszy, że opisy miejsca zadowoliły, hehe. Nam się mega fajnie czytało o Yellowstone, przeglądało te wszystkie zdjęcia i w ogóle. To właśnie ta przyjemna część researchu, która pozwala poznać świat przez pisanie. Fajowo, że sie podobało. A chłopcom wycieczki mega zazdroszczę. Co do interakcji Marka z synem, to tak, są całkiem przyjemne i dość specyficzne, bo Sebastian jakoś taki dojrzały nawet przy ojcu się wydaje XD Dzięki za miły komentarz! :D Cieszy nas, że rozdział się spodobał.

    Luana, nooo, dokładnie, nawet ulewa by nie przeszkadzała. Pewnie i tak nie był to jakiś zimny deszcz. Na żywo zobaczyć gejzery, to by było coś… Och, marzenia. Yellowstone musi być piękne.
    Mark i Sebastian zdecydowanie są bardzo związani. To smutne, że to pewnie głównie przez brak Lisy, ale cóż… Wspierają siebie nawzajem. Noel i Sen – taaak, jakoś tak często nas kusi, żeby dawac tę pożywkę dla marzeń osobom ich shippującym XD Pary z nich nie będzie, ale coś niecoś dopowiedzieć sobie można. Ach, i dzięki za literówkę! Ide poprawic :)

  2. Luana pisze:

    Po przeczytaniu tych opisów miałabym ochotę tam być z nimi wszystkimi i cieszyć się widokami. Nawet ta ulewa by mi nie przeszkadzała. Gejzery to tylko w telewizji i w necie widziałam. Na żywo musi to być niesamowite zjawisko, więc nie dziwię się reakcji uczniów.
    Bardzo podobał mi się ten moment kiedy Mark podszedł do Sebastiana ukraść mu batonik. Lubię te ich relacje ojca i syna. Może w szkole tak często się nie spotykają, ale widać, że są ze sobą bardzo związani. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkają się we czwórkę, tak prywatnie.
    Noel i Sen, kobietki moje kochane dałyście pożywkę dla marzeń osobom które ich ze sobą parują. Ale to taki malutki rzucony wilkom na pożarcie ochłap. :D My się tym nie najemy. No, wiem, że nie każdego można zgejić, ale smaczki są i pozostaną niezaspokojone. Swoją drogą fajnie się dobrali. Nieźle z nich kumple. :)
    A Mark i Foster. Jak zawsze cudowni. Kocham o nich czytać. Tak samo jak o Franiu i Sebastianie. Tej czwórki zawsze mi mało. Nawet jeżeli tylko oni by byli to wciąż by było mi mało. :D
    Znalazłam jedną literówkę. W scenie Marka i Fostera „Też mi spakowało.” – smakowało.

    Dzięki za kolejny rozdział i weny. :))

  3. Wadera pisze:

    Dziewczyny jesteście wprost stworzone do pisania opisów takich miejsc!
    Wracam sobie z zimnego ponurego świata zewnętrznego, a tu takie opisy że czułam się jakbym tam była. Wodospady, tęcze, gejzery i kaniony! Uwielbiam Was! Darmowa wycieczka bez wychodzenia z domu ;)
    Mówiłam już, że uwielbiam Marka i Fostera? Są cudowni! Uwielbiam o nich czytać. Tak samo jak o interakcjach Mossa starszego z Mossem młodszym! Zawsze mnie rozbawiają tym ich niezdecydowaniem, który z nich jest rodzicem, a który dzieckiem ;)
    I oczywiście Noel i Sen! Zrobiłyście coś, co nie udało się chyba jeszcze nikomu. Zastosowałyście queerbaiting w opowiadaniu homoerotycznym! To się nazywa Mistrzostwo XD
    A tak serio, to po prostu są świetnie napisane postacie z unikatowymi charakterami!
    Kłaniam się nisko i spróbuję przebrnąć przez te dni posuchy do nowego rozdzialu :D
    Pozdrawiam, Wadera.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s