Across The Cursed Lands III – 45 – Metzerott Hall

Pennsylvania Avenue, mimo prószącego śniegu, była łatwo przejezdna. Zbyt wielu konnych, pieszych i dorożek tędy przejeżdżało i wydeptywało śnieg, żeby było inaczej. Tym bardziej, że była to jedna z głównych ulic. Na jej trasie znajdował się dom prezydenta, Kapitol, a nawet Biblioteka Kongresu. Była to pierwsza ulica utwardzona metodą makadam, czyli zbudowana w postaci dwóch warstw o różnym stopniu rozdrobnienia surowca. Teraz, gdy Nicholas i Maverick jechali konno na wschód, widząc już nieopodal teren domu prezydenta, kroczyli jeszcze po bruku. Ale cały fragment od Pałacu Prezydenckiego do Kapitolu wyłożony był drewnianymi klockami, którymi kilka lat temu zastąpiono bruk. Od czasów Thomasa Jeffersona, każdy prezydent Stanów Zjednoczonych uczestniczył w paradzie po objęciu urzędu, przemierzając drogę z Kapitolu aż do swojej nowej siedziby.
Im dłużej Maverick przyglądał się mijanym budynkom, tym bardziej przypominał sobie czasy wojny secesyjnej. Było to już po rozpadzie Boosy, kiedy zarówno on, jak i Nicholas włączyli się w walki. Wtedy częściej bywał w Waszyngtonie. Mieli swoje mundury. Walczyli o wolność, o honor, o innych uciśnionych.
When Johnny comes marching home again, hurrah! Hurrah! — Zaczął nucić cicho bardzo popularną w czasie wojny piosenkę. — We’ll give him a hearty welcome then, hurrah! Hurrah! The men will cheer and the boys will shout. The ladies they will all turn out. And we’ll all feel gay when Johnny comes marching home.
Nicholas obejrzał się na niego i uśmiechnął się. Lubił głos Mavericka. Słuchanie go sprawiało mu przyjemność, dlatego odezwał się dopiero, kiedy już zobaczyli biały budynek, w którym mieszkali prezydenci od czasów Johna Adamsa.
— Myślisz, że będzie u siebie?
— Nie wiem… — odmruknął starszy mężczyzna, rozglądając się po zielonym terenie wokół domu prezydenta. Miał wrażenie, że niewielu było tu ludzi, co go dziwiło. Zeskoczył z Nacomy i skinął na Nicholasa. — Poczekaj. Zapytam strażników. Mam swoją odznakę.
Nicholas mruknął na zgodę. Nie zostawał jednak w tyle, tylko czekał zaraz obok stróżówki, aż Maverick jako starszy sierżant dowie się, czy w ogóle mają szansę skontaktować się z prezydentem. Mogli nie dostać informacji, ale w razie czego mogli też wymusić je od kogoś innego. W końcu bezpieczeństwo prezydenta było ważne i byle kto nie mógł ot tak wiedzieć, gdzie jest.
Chwilę obserwował, jak Maverick rozmawia ze strażnikiem. Nie trwało to długo, a jego partner po powrocie od razu wskoczył z powrotem na Nacomę.
— Granta tu nie ma. Strażnik wydawał się zaskoczony, że pytam. Podobno jest w Metzerott Hall. To kawałek dalej, kojarzysz?
— To chyba jest dalej przy Pennsylvania Avenue. Tak mi się wydaje — mruknął generał, bo wydawało mu się, że wie, o jakim miejscu mowa, ale nie był pewien. — Nic więcej nie mówił?
— Jedynie, że prawdopodobnie Grant nie będzie miał dla nas czasu. Ale zapewne mówią tak każdemu interesantowi — odparł Maverick, kiedy podążyli dalej.
Na szczęście śnieg nie sypał tak gęsto, żeby nie widzieli napisów na budynkach. A im dalej szli, tym bardziej dochodzili do wniosku… że coś się dzieje. Pod jednym budynkiem w oddali stało bardzo dużo dyliżansów i koni przywiązanych do belek. A co raz wychodził i wschodził do budynku jakiś jegomość, szczególnie elegancko odziany.
W końcu musieli się zatrzymać, bo przed wysokim budynkiem z balkonikami i białą elewacją zbierało się naprawdę dużo ludzi. Co ciekawe, wszyscy byli wytwornie ubrani i w dużej mierze czarni. Prawie co drugi mężczyzna był czarnoskóry. A to budziło nawet w głowie liberalnego Nicholasa pytanie, co oni tu wszyscy robili i co działo się w budynku Metzerott Hall.
— Coś jest na rzeczy — mruknął Maverick, kiedy zeskoczyli z koni. Przywiązali je do belki nieopodal pozostałych. Starszy mężczyzna od razu zaczepił najbliższego eleganta, choć tłumy, szczególnie takie jak tu, mocno go spinały. — Przepraszam. Czy prezydent Grant jest w budynku?
Siwy, wąsaty jegomość z długim cylindrem godnym Abrahama Lincolna uniósł wysoko brwi i uśmiechnął się z pobłażaniem.
— Zaiste, szanowny panie. Mamy przerwę.
— Przerwę…? — powtórzył Maverick, ale mężczyzna odszedł, zaczepiony przez trójkę innych jegomości w eleganckich surdutach.
Nicholas pokręcił głową. Nie miał pojęcia, o co chodziło i co to za zgromadzenie. Bo tym na pewno było. Spotkaniem, jakąś zorganizowaną imprezą, na tyle ważną, że został na nią zaproszony prezydent.
— Nie mam pojęcia, ale jak jest przerwa, to ją wykorzystajmy i znajdźmy Granta.
Maverick zgodził się i pospiesznie podążył z Nicholasem. Zaczęli się rozglądać, choć wiele nie było widać, gdyż gromadziło się tu aż za dużo ludzi. Znaleźli się w całkiem obszernym holu. Widzieli wiele par drzwi, obrazy znanych osobistości i generalnie elegancki wystrój. Maverickowi wydawało się, że poznał twarz jednego z mężczyzn. A dopiero potem zrozumiał, że ostatnio widział go w mundurze. Tak, na pewno było tu kilku weteranów wojennych o wysokich stanowiskach.
— Nie wiem, co tu się dzieje, ale poszukajmy go — mruknął do Nicholasa, starając się przepchnąć gdzieś dalej.
Nicholas mruknął na zgodę. I chciał już udać się dalej, ale zobaczył, jak obok niego przechodzi kolejna znana mu osoba.
— Pułkowniku! Pułkowniku Boston! — zawołał za nim, pamiętając, jak swego czasu spotkali się i pracowali.
Ten zatrzymał się, najpierw ściągnął brwi, a potem się uśmiechnął. Był już starszym mężczyzną o siwym wąsie, ale nadal czarnych jak węgiel włosach. Nicholas nie miał pojęcia, jak to się działo.
— Generał Orkenzy! To i pan został zaproszony! — zawołał na jego widok, od razu podchodząc i ściskając jego dłoń. — Dobry Boże, wygląda pan jeszcze lepiej niż przy naszym ostatnim spotkaniu. Jak to się stało, że nie widzieliśmy się w Waszyngtonie? Długo generał tu przebywa?
— Niestety nie. Do tego jestem tu służbowo. Trudna sprawa, muszę przyznać. Ale cieszę się, że pułkownika widzę. — Nick uśmiechnął się do niego. Maverick, który przystanął niedaleko, ale nie przeszkadzał, słyszał znowu w głosie partnera ten inny, formalny ton. — W ogóle, może pułkownik nam pomoże. Gdzie mogę znaleźć prezydenta Granta?
— Och, pan prezydent jest w dużym gabinecie, o tam. — Pułkownik Boston obejrzał się i wskazał ostatnie drzwi przy jednej z wysokich kolumn. — Rozmawia z ustawodawcami.
— Dziękuję, pułkowniku. Jestem ogromnie wdzięczny. I jeszcze… — Nicholas zawahał się i rozejrzał. Pytanie, na jakim właściwie wydarzeniu są, było raczej niedyskretne. — Liczę, że spotkamy się w bardziej sprzyjających okolicznościach.
— Oczywiście. Będę wypatrywał spotkania — odpowiedział rozmówca i mocno ścisnął jego dłoń.
A kiedy odszedł, Nick skinął na Mavericka i obaj podążyli do wskazanych drzwi. Musieli się poprzeciskać, a wrzawa była tak duża, że wszystkie strzępki z rozmów mieszały się w jedną, niezrozumiałą paplaninę.
Gdy dotarli do drzwi, Nicholas bez zbędnego wyczekiwania zapukał donośnie i otworzył.
Zastał ich widok grupki eleganckich mężczyzn w wytwornym gabinecie, zapewne dyskutujących o ważnych, państwowych sprawach. Wszyscy jak na komendę spojrzeli w ich kierunku i zamilkli w pół słowa. Ale był też prezydent Grant. Siedział na czerwonym fotelu z alkoholem w dłoni. Niewysoki, brodaty, z głębokimi, niebieskimi oczami i wciąż ciemnymi, jeszcze niezroszonymi siwizną włosami. Odziany był w elegancki surdut, miał starannie zawiązaną muchę i wypastowane buty. Na widok gości uniósł brwi i podniósł się.
— Pan generał… — rzucił, wyraźnie zaskoczony jego widokiem.
— Witam, panie prezydencie. Znajdzie pan dla nas chwilę? — Nicholas od razu przeszedł do rzeczy. Nie mówił o szczegółach. Nie miał pojęcia, kto jeszcze jest w tej sali. Jednak ich obecność powinna dość dosadnie mówić Grantowi, że nie wpadli na pogaduszki.
Grant popatrzył jeszcze na wszystkich mężczyzn wokół, a potem na Nicholasa.
— Czy jest to coś, co nie może zaczekać do jutra? — zapytał konkretnie, spodziewając się konkretnej odpowiedzi. Wyglądało na to, że był gotów na kompromis, co wyczuli wszyscy zgromadzeni, bo wyraźnie zaczęli się niecierpliwić.
— Obawiam się, że nie, panie prezydencie — odpowiedział generał, splatając dłonie za plecami. Nie pospieszał, ale nie uważał, żeby zwlekanie do jutra było wskazane dla bezpieczeństwa państwa i Granta.
Maverick był podobnego zdania i tylko czekał za plecami swojego partnera, nie odzywając się. To Nicholas miał tu wyższy stopień. Właściwie, jeśli chodziło o stopnie wojskowe, Nick był równy samemu Grantowi.
Prezydent chwilę się wahał, choć ostatecznie skłonił się lekko wszystkim zgromadzonym.
— Przepraszam panów dżentelmenów. Obawiam się, że przez chwilę muszą panowie kontynuować bez mojej osoby. Postaram się rychło wrócić — obiecał, a dwójce gości wskazał drugie drzwi, które musiały prowadzić do sąsiedniego pomieszczenia. — Proszę za mną. Generale, starszy sierżancie.
Nicholas skinął prezydentowi głową w podziękowaniu, że zgodził się znaleźć dla nich chwilę. Ochrona prezydenta chciała udać się za nimi, ale na szczęście ten ich powstrzymał. Po chwili, przechodząc pomiędzy elegantszymi jegomościami, którzy obdarzyli przybyłych zdegustowanymi spojrzeniami, weszli za Grantem do małego pomieszczenia. W nim, poza regałami z książkami, mieściło się biurko i jeden fotel. Musiał być to prywatny, mały gabinet.
Ulysses Grant przystanął przy biurku, splótł ręce za plecami i już spokojniej po nich popatrzył.
— Nie sądziłem, że zaskoczą mnie panowie swoją obecnością. Długo nie mieliśmy kontaktu — powiedział, a Nicholas dosłyszał się nuty wyrzutu.
Od kiedy wyjechał z Kansas City, nie korespondował z prezydentem, ani nie poinformował go o swoim wyjeździe. To było zbyt ryzykowne. Mógł narazić zarówno siebie, jak i prezydenta. Jeżeli dobrze wiedział, ostatnie, czego był świadom Grant, to że ludzie, których szukali, mieli mocne powiązania z Klanem, wykorzystywali skradzione narządy i niczym Edmund Rise prawdopodobnie igrali z życiem i śmiercią.
Nicholas skrzywił się wyraźnie.
— Niestety nie. Z uwagi na zarówno na pana bezpieczeństwo, jak i sytuację, nie mogliśmy się wcześniej skontaktować, a co dopiero powiadomić pana prezydenta o naszym przybyciu. W porównaniu do naszych ostatnich listów, sytuacja się zaogniła — wyjaśnił, na ile na razie mógł. Sam nie był zadowolony z tego, że nie mieli jak o wszystkim powiadomić Granta, ani się z nim skonsultować. Błądzili na ślepo.
— Jak pan prezydent widzi, nie mogliśmy powiadomić pana listownie i musieliśmy przyjechać osobiście — wtrącił się Maverick, stojący u boku generała. Zważał na słowa, bo wiedział, że Grant był bardzo mocno wyczulony na etykietę. Sam nigdy nie klął i jeszcze na polu walki był niemal jedynym, który nie śmiał się ze zbereźnych żartów. — Wszystko dlatego, że osoba lub organizacja, która jest odpowiedzialna za całą sprawę… znajduje się tutaj.
Niebieskie oczy Ulyssesa powiększyły się, a jego ciało napięło się. Popatrzył po stojącej przed nim dwójce, jakby widział ich pierwszy raz.
— Słucham? Ci szkodnicy są w Waszyngtonie?
— Z tego co udało nam się dowiedzieć, to tak. Gorzej nawet, że według naszej najlepszej wiedzy, przywódca tej szajki jest także osobą działającą w rządzie. To szalenie zmniejsza nam liczbę osób, którym mogliśmy zaufać. Dlatego osobiście się tu zjawiliśmy. Szyfry stały się zbyt ryzykowne. — Nicholas mówił dalej, nadal stojąc wyprostowanym i zdyscyplinowanym.
Grant potarł palcami swoje wąsy i przeszedł się po tym niewielkim gabinecie. Wyglądał na zafrasowanego.
— Jest tu moja żona i moje dzieci — powiedział. — Tak samo jak mnóstwo żon i dzieci tych wszystkich ludzi, których tu dziś gościmy. Wszystkich czarnoskórych obywateli, generale, starszy sierżancie. Jeżeli podłoże tych działań, jak mówicie, skierowane jest na inności, to wszyscy ci ludzie są zagrożeni. Jesteśmy tu dziś, by uregulować równe prawa, a może się to skończyć katastrofą.
Nicholas, kiedy tego słuchał, zaczynał mieć do siebie coraz większe pretensje, że jednak nie dotarli tu dzień wcześniej. Właśnie bowiem znajdowali się w budynku, w którym był sam prezydent, wiele ważnych głów tego państwa i tłumy czarnoskórych. Było to więcej niż idealne miejsce, żeby dokonać zamachu. Nie pokazał po sobie, że właśnie lodowaty dreszcz przebiegł mu po skórze.
— W takiej sytuacji radziłbym, żeby jednak pan prezydent opuścił to miejsce. Jednocześnie jednak nie przypuszczam, żeby coś się wydarzyło akurat tutaj. Zbyt zwróciłoby to na nich naszą uwagę. Do tej pory działali w ukryciu. I z tego co wiemy, skupiają się na stworzeniu… — odchrząknął — nadludzi.
— Nadludzi — powtórzył Grant i spojrzał na Mavericka, jakby oczekiwał, że ten zaprzeczy.
Zwierzak jednak pokręcił głową i dodał od siebie to, czego dowiedzieli się od Showa. Opisał też kobietę, z którą walczył Jefferson w Kansas City i jak trudno było zabić tych ludzi.
— To wszystko jednak wymaga na pewno dużo miejsca, do którego trudno dotrzeć postronnej osobie. Zarówno na produkcję, jak i gromadzenie surowców — mówił dalej. — Uważamy, że ten człowiek może tu tylko działać jako polityk, lecz swoją siedzibę ma gdzieś indziej.
Prezydent przyswajał to wszystko i wyglądał na coraz bardziej zafrasowanego tym, co mówili mu goście. W końcu podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Widział szeroką ulicę i rozmawiających polityków. Wszyscy byli zaaferowani, zaangażowani w to, co się dziś działo.
— Dobrze. Rozumiem — powiedział w końcu pewnie. — Czy macie jakieś sugestie odnośnie środków, które powinniśmy teraz, w tej chwili podjąć? Bo dokładniej tę sprawę chciałbym z wami omówić w bardziej prywatnych okolicznościach dziś wieczór.
Nicholas obejrzał się na Mavericka. Był wściekły na siebie, że nie wiedzieli, co się teraz tu odbywa. Że nie ostrzegli jakoś prezydenta i nie zasugerowali, aby w ogóle się tu nie pojawiał. Ale jeśli coś mieli teraz zasugerować…
— Po pierwsze w Waszyngtonie jest niejaki John Smith. Wykonuje bezpośrednie rozkazy Wielkiego Czarownika. Wiemy, jak wygląda. Sugeruję, żeby jak najszybciej rozpocząć jego poszukiwania. Przy tym uważać na szeryfa… Ponoć nie ma idealnie czystych rąk. I — zawahał się, patrząc z napięciem na prezydenta — jeśli pan prezydent pozwoli?
Grant chyba był już na tyle poruszony całą rozmową, że tylko machnął na niego przyzwalająco ręką. Nicholas więc kontynuował.
— Czy to spotkanie musi być dalej kontynuowane? Może dyskretnie je skrócić albo chociaż sprowadzić większą ochronę?
— Oj, generale, nie ma mowy, żeby teraz przerwać to spotkanie. Spróbuję zorganizować więcej osób do ochrony. A panowie niech udadzą się do szeryfa, stworzyć list gończy. Nawet jeśli szeryf jest przekupiony, co oczywiście musimy sprawdzić, to nie oprze się rozkazowi prezydenta. — Grant mówił, już obchodząc biurko, żeby wystosować odpowiednie pismo. — Ten Smith, jeśli tu jest, może się znajdzie. Zadbajcie o to. A my spotkamy się u mnie w pałacu prezydenckim. Będę panów oczekiwał o szóstej na kolacji.
Nicholas skinął głową i poczekał, aż Grant napisze im pismo ze swoim podpisem i pieczęcią. Dopiero kiedy ten wręczał mu je w dłonie, dodał:
— Natychmiast się tam udamy. A pan, panie prezydencie, niech uważa na jegomościa z blizną na szyi. Ostatnio słyszeliśmy, że Smith ma długie włosy, lecz to mogło się zmienić.
Grant przytaknął i uścisnął im obu dłonie.
— Rozumiem. Zatem, jeśli panowie pozwolę, wrócę do swoich obowiązków. Zobaczymy się wieczorem.
Skończywszy rzeczowo, wyszedł do sąsiedniego pokoju, a Nicholas i Maverick nie mieli wyboru i musieli opuścić budynek. Wciąż nie mając pojęcia, co tu się tak naprawdę odgrywało.
Mieli co robić. Musieli dopilnować, żeby poszukiwano Smitha, a jeśli szeryf był przekupiony, nie mogli mu tego po prostu zlecić. Należało upewnić się, czy kroki rzeczywiście zostaną podjęte.
— Nie mam pojęcia, jak w tym tłumie znaleźć osobę „przeczuloną na punkcie swojego koloru skóry” — fuknął Maverick, gdy mijali elegantów w drzwiach wyjściowych Metzerott Hall.
Nikt nie wyglądał podejrzanie. Mógł to być zarówno dawny właściciel wielkich ziem, który musiał przekształcić swoje gospodarstwo po zniesieniu niewolnictwa, jak i ktoś kompletnie postronny w tej sprawie. Deprymujące było to, że mieli jedną wskazówkę, którą dało się powiązać z wieloma osobami.
— Też nie mam pojęcia, ale cokolwiek tu się dzieje, jest tu wielu, na których mógłby koso patrzeć — mruknął Nicholas, rozglądając się, żeby znaleźć jakąś informację, na jakie zgromadzenie w ogóle zawitali.
Podążyli wzdłuż budynku, w stronę swoich koni, ale niczego konkretnego się nie dowiedzieli. Zajęli siodła, ruszyli dalej drogą na poszukiwania aresztu i dopiero po drodze znaleźli sklepik z gazetami. Kupili jedną, a Maverick rozłożył ją, gdy znów jechali obok siebie.
— Teraz wszystko jasne — powiedział z krzywą miną i podał Nicholasowi gazetę.
Ten spojrzał na otwartą stronę i zobaczył wielki napis: „9 grudnia, Waszyngton. Podpisanie Narodowej Konwencji Równych Praw.”
— Wspaniale — burknął ironicznie. Nie była to dobra wiadomość. Jak mogli to przeoczyć? Samo wydarzenie było dla nich wspaniałym krokiem milowym, jednak to, że akurat w mieście byli niebezpieczni ludzie, wcale nie poprawiało im nastroju. — Módl się, żeby nic się nie wydarzyło. To jak siedzenie, do kurwy, na beczce prochu.
To było oczywiste, że wróg miałby idealną okazję zlikwidować wielu czarnych, ważnych obywali. Ale może byłoby to zbyt łatwe i za bardzo by się wtedy odsłonił. Chcieli na to liczyć.
— Może nie będzie ryzykował. Ale martwi mnie, że Grant tam został — mruknął Maverick. — Choć na razie musimy poznać szeryfa. Zobaczymy, czy jest tak podejrzany, jak mówił stary Horst.
Nicholas pokiwał głową. Nie mogli zbył łatwo wydać się, że cokolwiek wiedzą. Jednocześnie musieli mieć nadzieję, że chociaż część ludzi szeryfa w mieście była uczciwa. I nawet jeśli ten sam nie będzie popędzał sprawy, to będą się nią zajmować z zaangażowaniem. A do tego mogli mieć nadzieję, że w Frankfort sprawy zmierzają ku dobremu.

***

Rozmowa w areszcie śledczym przebiegała na tyle podejrzanie, że Maverick i Nicholas nie mieli wątpliwości co do szeryfa. Współpracował bardzo opornie, choć nie można było powiedzieć, że był przygłupem. Przeciwnie. Otwarcie nie dał po sobie poznać, jak bardzo nie podoba mu się pomysł prezydenta Granta, choć starał się zapewnić Nicholasa i Mavericka, że sam sobie poradzi z rozesłaniem informacji o poszukiwaniu Johna Smitha. Nie przystali na to, rzecz jasna. Przypilnowali, żeby szeryf wydał rozkazy obecnym w areszcie ludziom, a także wymusili na nim pismo, z którym sami następnie mogli podążyć do innych jednostek i powydawać rozkazy. Miano szukać Smitha w gospodach, barach i domach uciechy.
— Żałuję, że nie mamy więcej ludzi. Chętnie obserwowałbym tego cwaniaka — powiedział Maverick, gdy wyszli na ganek przed aresztem, mając w kieszeni pismo. — Może wieczorem zasugerujemy to Grantowi.
Nicholas rozejrzał się po ulicy. W Waszyngtonie zadbano o to, żeby kiedyś miasto się zmieniało. Ulice były wytyczone szeroko. Czuć było powiew nowoczesności.
— Mhm. Możemy. Jednak najważniejsze jest to, żeby miał zaufanych ludzi przy sobie. Tak naprawdę nadal nie mamy pojęcia, co ten szaleniec knuje.
— Tylko wiesz, jak trudno teraz z zaufanymi ludźmi…
I gdy tylko Maverick skończył zdanie, przed ich oczami pojawił się… zaufany człowiek. Cała trójka zrobiła duże oczy. Maverick zapomniał, że właśnie sięgał po lejce Nacomy, Nicholas zastygł z kapeluszem w drodze na głowę, a Isaac Hamilton niemądrze rozchylił usta.
— Nie wierzę! Generał Orkenzy i sierżant Bailey! — odezwał się w końcu i pokręcił z niedowierzaniem głową. — Co panowie robią w areszcie w naszej pięknej stolicy?
— Rozmawialiśmy z szeryfem. — Nicholas nie mógł uwierzyć, że w tej chwili widzi nikogo innego jak właśnie Hamiltona. Ten zsiadał ze swojego konia, najwidoczniej zmierzając do posterunku, z którego oni właśnie wyszli. — Co ty tu robisz? — spytał, słysząc, jak naiwnie brzmiało to, co mówił.
— Jestem w trakcie badania historii siostry generała, tak jak mi generał rozkazał. Właściwie to już tylko uzupełniam informacje, które zgromadziłem — odpowiedział Isaac, a jego biało-czarny koń od razu podszedł bliżej i zaczął z radosnymi prychnięciami witać się z Duchem i Nacomą. — Szzz, Kupid, uspokój się!
— Uzupełniałeś je w areszcie? — dopytał podejrzliwie Maverick i poklepał Kupida po pysku. Lubił tego rumaka.
— A i owszem. Nawet się panowie nie spodziewają, jak wiele wspólnego panna Orkenzy miała z… szeryfami.
Nicholas ściągnął brwi i zaraz obejrzał się na drzwi, którymi wyszli.
— Jesteś umówiony teraz na jakieś spotkanie? — spytał, widząc, że ich najbardziej wkurzający człowiek czegoś się dowiedział, ale też świadom, że to nie jest miejsce na tę rozmowę.
— Chciałem tylko potwierdzić kilka informacji. Jeżeli mają panowie dla mnie trochę czasu, może panowie poczekają i udamy się gdzieś? Pokazałbym panom, czego się dowiedziałem.
Nicholas zamruczał potakująco.
— Skoro jesteś tu tak zaznajomiony, to polecisz gdzieś jakieś ustronne miejsce? — spytał, uznając, że warto dowiedzieć się czegoś nowego. Będą mieli w razie czego więcej dla prezydenta.
Isaac, którego wąsik zawsze był w idealnym stanie, rozejrzał się wokół, jakby miało mu się ukazać takie miejsce. Mimo że jego następne słowa powiedziały, że już miał je upatrzone.
— Myślę, że miejsce, w którym spędziłem kilka ostatnich nocy, będzie ku temu idealne. To niedaleko stąd. Dojedziemy tam konno w dziesięć minut.
— To nie marnuj czasu. Poczekamy tu — powiedział Maverick, a Kupid spróbował poskubać mu zarost.
Nicholas spojrzał na konia z podobną apatią, jak czasami patrzył na samego Hamiltona, który starał się pokazać, jaki jest ważny. Zarówno zbytnie chamstwo, jak i miłość była mu nie w smak.
— Dobrze. Idź. Upewnij się w tych swoich podejrzeniach — rozkazał, nie chcąc marnować czasu.
Isaac dwornie się skłonił i zniknął w areszcie. Maverick i Nicholas z kolei oparli się plecami o ścianę i popatrzyli po sobie.
— To zaskakujące, że na niego wpadliśmy… — mruknął Zwierzak. — Ale w razie czego mamy tu już przynajmniej jednego zaufanego człowieka.
— Tak, to prawda. Do tego potwierdza on nasze przypuszczenia, że coś właśnie tu śmierdzi. Skoro Hamilton tutaj dotarł, my też, to chyba nasze nosy się nie mylą. Co mnie nie pociesza. Nie błądzimy już aż tak w mgle, ale to nadal niepokojące. — Nicholas mówił ponuro. Obserwowali z Maverickiem kolejne osoby wychodzące i wchodzące do budynku. Był większy niż w jakimkolwiek innym mieście.
Kilka minut później Hamilton dołączył do nich.
— Wszystko już wiem. Jedźmy zatem. Pomieszkuję przy Main Avenue.
— Długo w ogóle tu jesteś? — spytał Nicholas, nim całą trójką wsiedli na konie.
— Niecały tydzień, a już mam wiele do przekazania. Ale czy są tylko panowie, czy może jeszcze dwójka naszych młodych agentów i mój przyjaciel kowal?
— Ty nie masz przyjaciół — mruknął cicho Maverick, wskakując na swoją klacz. Już drobiła kopytami, chcąc ruszyć i ogrzać się w przyjemnej stajni. — Jesteśmy sami — dodał już słyszalnie. — Jeff i Will do nas dołączą. Może też Adela i Eddie.
— Oooch, Adelka!
— Nie zaczynaj nawet, Isaac. — Nicholas powstrzymał jego zapędy. — Mamy sporo do omówienia. Odkąd straciliśmy kontakt, wiele się zmieniło. Na gorsze niestety.
— Doprawdy? — zafrasował się Hamilton, gdy ruszyli mozolnie w stronę południa Waszyngtonu. Był całkiem ładny, gdy śnieg delikatnie zdobił dachy i drzewa.
— Tak. Ale o tym, kiedy będziemy sam na sam. Nie lubię rozmawiać na ulicy o śmierci i o tym, jak wszystko pierdoli się na ryj — burknął Nicholas, nie szczędząc języka. Zupełnie inaczej, niż gdy rozmawiał z prezydentem, przy którym nie było mowy o takim słownictwie. Nie tylko, jeśli chodziło o sprawy zawodowe, ale nawet prywatnie by się do tego nie posunął.
— Więc nie mamy co zwlekać — uznał Isaac i popędził Kupida, który wyraził z tego powodu taką radość, jakby właśnie dostał najlepsze miejsce w złotej stajni.
Mężczyzna westchnął z politowaniem, ale nie skomentował zachowania swojego nadpobudliwego rumaka. Mieli ważniejsze rzeczy na głowie.

6 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 45 – Metzerott Hall

  1. Katka pisze:

    Kasia, w takim razie dobrze strzeliliśmy się z fabułą i akcją, skoro teraz bardziej to doceniasz :) Haha, a u Rynny zawsze jest akcja, nawet jak chodzi o miłość XD Co do Hamiltona, na pewno dowiedział się dużo ciekawych rzeczy, bo on w sumie takim szczurem jest, co zawsze znajdzie sobie dziurkę, z której można podsłuchać. Mówiąc w przenośni oczywiście, bo działa innymi sposobami. My dziękujemy za komentarz! :) I ściskamy cieplutko!

  2. Kasia pisze:

    Bardzo mi się podobał ten rozdział, bo znowu coś się dzieje :) Nawet sceny miłosne jakoś ostatnio nie robią na mnie takiego wrażenia, potrzebuję akcji ;) No chyba że bylaby to Rynna to wtedy sceny miłosne jak najbardziej 😆
    Prezydent poważnie potraktował rewelacje naszych bohaterów, co mi się bardzo podoba bo będzie mógł im pomagać, zresztą już zaczął wydając nakaz poszukiwania. Trochę się obawiam ze ten szeryf coś namiesza, kazałabym Hamiltonowi go pilnować, oczywiście po tym jak przekaże zdobyte informacje. W ogóle to ciekawe czego się dowiedział.
    Rzeczywiście ten dzień idealnie nadaje się na jakiś atak, ale mam wrażenie że cała grupa będzie razem gdy to nastąpi więc to raczej jeszcze nie teraz. A przynajmniej taką mam nadzieję 😉
    Dziękuję bardzo dziewczyny i tez żałuję że rozdziały będą rzadziej ale jak mus to mus, dobrze że w ogóle są 😀Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Wadera, wiesz, szukanie takich informacji to niby jest dużo roboty, czasem męczącej, kiedy trzeba się naprawdę wedrzeć w głęboko skrywane skrawki internetów czy książek, ale tak naprawdę to całkiem dobra zabawa. Mega fajnie jednak jest dowiadywać się różnych ciekawostek, które czasami potrafią zaskoczyć. Np. fajnie czytało się o tym, jakim prezydentem był Ulyssess Grant XD Niby pozornie się to może wydawać nudnym zajęciem, ale serio dużo ciekawych rzeczy można się dowiedzieć. Hehe, a co do Hamiltona to w takich momentach czuję, że właśnie idealnie się spełnił – miał być postacią, która irytuje i bawi i chyba właśnie taki wyszedł :) I oczywiście dzięki za zrozumienie odnośnie tak rzadkiego wypuszczania rozdziałów. Początek roku chyba zawsze jakiś trudny dla nas jest… :(

    Luana, hehe, wywołałaś Hamiltona myślami XD och, a Kupid jest idealny! Nie wiem, czy wolałabym jego, czy Pigmenta, ale uwielbiam te koniki XD A już co do sprawy, to tak, dobrze, że prezydent już o wszystkim wie. Teraz może cala akcja ruszy z kopyta. Rozdział spokojny i chyba raczej teraz takie będą bardziej… na zasadzie planowania i ogarniania. Wszystko przed ostateczną rozgrywką… :) Dzięki za komentarz i nieustanne wsparcie! :D

  4. Luana pisze:

    Pojawił się pan irytujący. :D A w chwili kiedy Nick i Maverick wyszli od prezydenta to pomyślałam o Hamiltonie. O tym co się z nim dzieje gdzie jest i czy żyje. :D I oto jest we własnej, denerwującej osobie. Ja mu dam Adelę to wyleci w kosmos kiedy go kopnę. Ciekawe czego się dowiedział o siostrze generała. Kupid jest kochany. :***
    Miło, że w poprzednim rozdziale nasza parka poświęciła dla siebie kilka chwil, bo jak widać po tym co się dzieje nieprędko mogą je mieć. W każdej chwili może coś się wydarzyć. Ale może faktycznie nikt nie zaatakuje tak otwarcie. To by się wiązało z ujawnieniem grupy i spisku. A tacy ludzie działają po cichu. Dobrze, że prezydent już wie o wszystkim, a na kolacji dowie się o wiele więcej.
    I jeszcze co do poprzedniego rozdziału to cieszę się, że z Jeffem coraz lepiej. Tyle strachu co się najadłam i co się napłakałam to moje. :)
    Mam wrażenie, że ten spokojny rozdział to cisza przed burzą. Szkoda, że w tym miesiąc będzie tylko dwa rozdziały, ale rozumiem Was, także spoko. Poczekam cierpliwie. :)
    Pozdrawiam. :)

    Wadera, autokorekta to zło. Wiem coś o tym.

  5. Wadera pisze:

    Ja Was dziewczyny naprawdę podziwiam! Nawet sobie nie wyobrażam ile musiały ścienne się nadsyłać tych wszystkich informacji. Już sam fakt że Wam się chce ich szukać . . . cóż naprawdę podziwiam!
    Co do rozdziału to taki dosyć rozpolitykowany i raczej spokojny. Na Hamiltona reaguje już tak samo alergiczne jak Nicholas. W tym rozdziale niby nic nie zrobił, a i tak mam ochotę mu przywalić. Tak na wszelki wypadek ;)
    Strasznie jestem ciekawa jak potoczą się rozmowy. Zarówno jeśli chodzi o nowe informacje o „pannie Orkenzy ” jak i posiłek z prezydentem.
    Pozdrawiam, Wadera.
    P.S.: Szkoda, że odcinki będą publikowane rzadziej :( Nie mniej rozumiem sytuację i mimo wszystko i nie znam innych twórców publikując gdy tak często i tak regularnie (przez te wszystkie lata nie pamiętam żeby kiedykolwiek rozdział się nie ukazał). Dlatego mogę Wam tylko życzyć rzebyście kiedyś mogły się utrzymywać tylko z pisania :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s