Project Dozen – 95 – To nie jest moje…

Tyler nie jechał do Yellowstone, ale nie przejmował się tym. Jechało wielu uczniów i sporo nauczycieli. Szykowały im się zastępstwa, a to wiązało się z większą ilością czasu wolnego. A przynajmniej tak myślał, bo kiedy został już tylko jeden dzień do wyjazdu, dostał wiadomość na pager, że czeka na niego zadanie z projektu. I po raz kolejny miał wrażenie, że w zostawianiu kopert z ich treścią organizatorzy mają najwięcej rozrywki. Tym razem koperta była niby na terenie internatów, ale żeby ją znaleźć i przeczytać, musiał nakłonić sprzątaczkę do wyjścia na chwilę ze swojej kanciapy, bo koperta została podklejona pod jednym z krzeseł dla personelu szkoły.
Było to cholernie trudne, więc gdy udało mu się wreszcie dorwać tę przeklętą kopertę, uważał, że zasłużył na zaliczenie zadania. Ale okazało się, że wcale nie było ono łatwiejsze. Gdy już siedział w pokoju wspólnym w kącie i czytał treść, uniósł wysoko brwi. Momentalnie też uniósł spojrzenie, żeby zobaczyć wszystkich tych uczniów, którzy właśnie rozmawiali o wycieczce. Co prawda większość się pakowała i nie miała czasu na siedzenie w pokoju wspólnym, ale niektórzy bardziej zorganizowani spędzali tu razem czas, żeby ostatni raz dokładnie przejrzeć plan wyjazdu i pogadać o tym, co będą robić w krótkim czasie wolnym.
Może to wszystko kompletnie by go nie obchodziło, gdyby nie fakt, że jego zadanie było powiązane z wyjazdem… na który teraz aż przez chwilę chciał jechać, tylko po to, żeby łatwiej było mu wykonać to zadanie. Polegało ono na podmienieniu zawartości bagaży dwóch osób. W tym jedna osoba musiała być ich opiekunem na wycieczce, a druga uczniem. Nie było na szczęście powiedziane konkretnie, kto ma to być, ale już wiedział, że muszą być to osoby pakujące się wcześniej, a nie na ostatnią chwilę.
Na pewno musiał upatrzyć sobie jakąś konkretną torbę, żeby nie pomylić jej z inną. Nie wykonałby zadania, gdyby przypadkiem podmienił torbę opiekuna z torbą innego opiekuna tylko dlatego, że wyglądała tak samo jak jakaś ucznia. Najlepiej, żeby coś rzucało się w oczy…
— Eeej, Robbie, masz pożyczyć na wyjazd jakieś cienkie rękawiczki?! — Rozległ się głos Noela, który wsadził swoją rudą głowę do pokoju wspólnego i zawołał przez całe pomieszczenie.
— Eee… Nie. Poza tym już dzisiaj jest ciepło. Ma być tak przez cały nasz wyjazd — odmruknął zagadany chłopak, siedząc luźno na jednym z foteli i czytając przewodnik.
Noel nie wyglądał na zadowolonego z tej odpowiedzi. W przeciwieństwie do Tylera, który po zobaczeniu chłopaka od razu pomyślał o tym, że on albo jego chory na umyśle współlokator na pewno będą mieli torby, które nie wyglądają tak jak wszystkich. To był dobry cel, tylko musiał się upewnić, czy ma rację. Nie mógł niczego zostawić przypadkowi.
— To, że ktoś myśli, że tak ma być, nie oznacza, że tak będzie. Trzeba być ubezpieczonym. Ale jak nie masz, to trudno — mruknął rudzielec i zawrócił na pięcie. Wyglądał, jakby się spieszył.
Jakby nie patrzeć, wyjeżdżali o piątej rano, bo do Yellowstone było jakieś sześć godzin drogi autobusem. Tyler wiedział to tylko dlatego, że słuchał rozmów uczniów. Ale nie znał dokładnego planu, dlatego żeby poznać szczegóły, podszedł do Robbiego.
— Pożycz na moment ten plan wycieczki — poprosił, stając nad nim. Nie poszedł za Noelem, bo doskonale wiedział, gdzie ten ma pokój.
Robbie, całkiem sympatyczny chłopak, który wszystkim z twarzy kojarzył się z młodym Arnoldem Shwarzenegerem, uniósł na niego pytające spojrzenie, ale wyciągnął do niego swój przewodnik.
— Myślałem, że nie jedziesz.
— Nie jadę, ale słyszałem, że macie gdzieś iść i chcę sprawdzić, czy już żałować i współczuć waszym nogom — skłamał gładko i wziął do ręki plan.
Miał szczerą nadzieję na to, że będzie gdzieś tam napisane, że do jakiejś godziny mają składać swoje bagaże, aby jutro usprawnić zbiórkę.
Początkowo przekartkował plan, bo sam przewodnik był całkiem długi i wyczerpująco opisywał wszystkie miejsca. Tyler za to wyczytał, że zbiórka miała odbyć się o 4:45. Wtedy już każdy pakował się do autobusu, których miały być dwa. Uczniów było sporo. Co było jednak najlepsze, torby można było znosić już dzisiaj do holu każdego internatu. Wszystko po to, żeby kierowcy mogli je zanieść do autobusów jutro wczesnym rankiem, a wyjazd odbył się planowo. To prawie wydobyło z jego gardła głębokie westchnienie ulgi. Takiej informacji właśnie potrzebował. Bo niby jak miałby podmienić bagaże, jeśli każdy sam by je wkładał do bagażników autokarów? A to już było coś.
Przekartkował jeszcze kilka stron, żeby sprawdzić coś dla niepoznaki i w końcu oddał przewodnik.
— Okej, chyba jednak nie idziecie. To dobrze, mam mniejszy ból dupy. — Zaśmiał się i zaraz dopytał: — Ale już całkiem się spakowałeś?
— Ja? No tak, nawet już zniosłem torbę na dół. Jak widziałem, chyba już trochę ich tam było. Trochę zachodu z wypełnianiem karteczek, które się przylepia do toreb, ale dobrze, że pozwalają to znieść. Wyobraź sobie, że masz się o czwartej zbierać, żeby stanąć w kolejce do bagażnika — prychnął Robbie, odbierając swój przewodnik.
— W ogóle niezła pora. Będziecie mieli jeszcze ciemno, gdy będziecie wstawać. — Tyler zaśmiał się. Miał donośny głos, więc nawet niektórzy się na niego obejrzeli, ale szybko go zignorowali.
— Weź mnie zastrzel… — jęknął chłopak, ale po tym pomachał przewodnikiem. — Ale chyba warto. Ci, co już byli rok temu, mówili, że wyjazd mega zajebisty.
— No wiem, ja będę jechać za rok. No ale nic, na pewno będzie dużo zdjęć. I nie będzie dyrektora w szkole. — Klepnął kumpla w ramię, zostawiając go samego. Musiał sprawdzić, czy Noel albo jakiś inny uczeń zostawił już swoją torbę do spakowania jutro rano.
Wyszedł z pokoju wspólnego i rozejrzał się po korytarzu. Rzeczywiście dojrzał dwie osoby, które wychodziły z pokoju z torbami, ale obie były zwyczajne, czarne i niczym się nie odróżniające. Instynktownie więc pokierował się bliżej pokoju Noela i Sena, tym bardziej, że drzwi były uchylone.
I kiedy obok nich przechodził, o mało nimi nie oberwał, bo Sen wypadł z pokoju jak poparzony.
— Sorry! — krzyknął i pognał korytarzem.
Teraz w ogóle zostawił drzwi całkiem otwarte, przez co Tyler widział, jak Noel klęczy na jednej z walizek i zapina ją. Zresztą druga, która była w pokoju, też już była zapięta. Obie przy tym wyraźnie wskazywały, że współlokatorzy są z podobnej bajki. Jedna walizka była w hawajskie kwiaty, druga natomiast w… kotki. Kolorowe, słodkie kotki.
Nie ogarniał. Noel za to musiał wyczuć jego spojrzenie, bo uniósł głowę znad walizki i uniósł pytająco brwi.
— Jak nie chcesz mi pomóc tego dopiąć, to spadaj! — fuknął. Chyba był zirytowany tym, że mu nie szło.
— Nie mogłeś po prostu mniej spakować? — spytał Tyler, nie odchodząc. Patrzył tylko z ciekawością.
— Nie. Mam tam wszystko, czego potrzebuję — odpowiedział Noel z pewnością. — Poza tym to Sen zabrał więcej — dodał, więc Tyler już był pewien, że do torby Sena nie będzie się nawet próbował dostać.
— No… okej. Jak tam se chcecie — odpowiedział i już miał machnąć ręką, ale po chwili wszedł do pokoju. Kucnął obok torby i pociągnął zamek, żeby pomóc ją zapiąć.
W tym czasie Noel nacisnął wieko walizki w dół z całej siły. Aż włosy spadły mu z pleców i… wylądowały w zamku, który Tyler właśnie zapiął. Noel od razu krzyknął i zamachał rękami z nisko pochyloną głową i tyłkiem wypiętym w górę.
— Uważaj, uważaj! Auuuu! Wydobądź mnie!
Tyler odpiął znowu zamek i… wyrwał mu przy tym kilka włosów. Już pluł sobie w brodę, że w ogóle postanowił mu pomagać.
— Powinieneś je spiąć.
Ale Noel nie odpowiedział, tylko oglądał swoje pourywane końcówki. Robił przy tym skrzywioną, zrozpaczoną minę.
— Potwór… — wydusił w końcu.
— Nie dramatyzuj, zapinaj tę torbę! — fuknął na niego Tyler i jeszcze raz pomógł mu zapiąć walizkę. Kiedy tym razem się udało, wyprostował się i podszedł do drzwi. — Znosicie to teraz? — spytał, a kiedy drugi chłopak skinął głową na potwierdzenie, dodał: — To nie pozabijajcie się z nimi, patyczaki.
— Jest winda w tym budynku, przypominam, sadysto — odmruknął Noel, podnosząc się i nogą dosuwając walizkę do drugiej.
Tyler tylko wzruszył ramionami i wyszedł. Sen jeszcze nie wrócił. Nie miał pojęcia, po co pobiegł, ale chyba nie chciał wiedzieć, znając tego szalonego Azjatę.

***

Wyglądało na to, że większość uczniów skorzystała z możliwości zniesienia torb wcześniej. Mogli przecież niektóre rzeczy mieć przy sobie, w mniejszych plecakach, ale na pewno wiele ułatwiało pozbycie się toreb samemu na rzecz kierowców, którzy się nimi zajmą. Dlatego Tyler miał trochę ułatwione zadanie, chociaż musiał zająć się nim późno, kiedy już nie było tu tłumów. A i tak, kiedy odpinał jedną z toreb, ktoś go zobaczył. Nie zwrócił jednak na niego uwagi, bo już kilka razy się zdarzyło, że ktoś zbiegł z pokoju na dół, żeby dopchnąć coś, o czym zapomniał.
Tyler mniej więcej wiedział, jacy nauczyciele jechali. Poza dyrektorem była matematyczka, facet od WF-u, biolożka, psycholog szkolny i pielęgniarka. Miał więc jako taki wybór. A karteczki przywiązane do uchwytów ułatwiły mu znalezienie jednej osoby z całej tej zgrai.
Przysunął obok siebie jedną torbę opiekuna i jedną z tych cholernych kolorowych. Przypuszczał, że należy do Sena, skoro Noel zapinał tę drugą z jego pomocą. I może na Nakano już się zemścił, ale przynajmniej w jego przypadku nie musiał szukać torby ucznia, tylko od razu wziąć tę jego i zacząć przekładać rzeczy z torby do torby. Obie walizki miały zbliżoną wielkość, dlatego nie bał się, że właściciele poczują jakąś różnicę w wadze.
Postarał się zrobić to szybko i sprawnie, żeby nikt się do niego nie dowalił. Szczególnie dozorca, który co jakiś czas chodził korytarzem. Ale chyba było już zbyt późno, żeby komukolwiek chciało się tu krzątać. Szczególnie uczniom mającym jechać na wycieczkę. Musieli wcześniej pójść spać, żeby jutro nie umierać, bo na dojechaniu do parku się nie kończyło. Od razu mieli zwiedzać.
Więc kiedy do zbiórki zostało już mniej niż pięć godzin, on zapinał torby z przepakowanymi rzeczami. Był w sumie w tym wszystkim ciekaw reakcji, kiedy ich właściciele znajdą rzeczy nienależące do nich. Ale niestety na to nie miał szans. Chyba że któryś z uczniów nagra wszystko lub opisze na facebooku…

***

Wyjechali o czasie. Nie było opóźnień, z czego Mark bardzo się cieszył. Nikt nie lubił, kiedy coś nie szło według planu, a dyrektor szkoły przy Newcastle był jedną z tych osób, która takie problemy znosiła wyjątkowo źle. Na szczęście nie tylko plan szedł gładko, ale i miał obok siebie Fostera, który w razie czego mógł go uspokoić.
Było wciąż ciemnawo. On sam miał ochotę jeszcze na chwilę przysnąć, ale zamiast tego pił kawę z małego, tekturowego kubeczka. Cieszył się, że nie było mroźnie, choć temperatury o piątej rano nie rozpieszczały. Wiedział jednak, że za dnia się poprawi.
Foster, który siedział obok niego, także wyglądał na ledwo przytomnego. Był ubrany, jak na siebie, dość nietypowo, bo miał grubą bluzę zakładaną przez głowę i sportowe buty oraz jeansy. Wyglądało na to, że był przygotowany na długą, niewygodną podróż. I także pił kawę.
— Dziś czuję, że padnę.
Mark uśmiechnął się kątem ust.
— Wiem, że oszczędzamy czas, jadąc tak wcześnie, żeby móc więcej zobaczyć… ale już widzę, że dzisiaj będzie marsz żywych trupów.
Aż obejrzał się przez swoje siedzenie na przodzie autobusu i zobaczył, że niemal wszyscy próbują spać w mało wygodnych pozycjach. Tylko nieliczni bawili się telefonami. I chyba trzy czwarte uczniów miało słuchawki w uszach. W tym Sebastian. Siedział oczywiście obok Francisco, który spał z głową opartą o szybę. Syn dyrektora za to bawił się telefonem, ale i tak miał nieprzytomne spojrzenie i wyglądał, jakby dopiero wstał. W tej chwili w zabawny sposób przypominał ojca.
— Pewnie tak, ale po przyjeździe czeka na nas posiłek. Powinien ocucić ostatnich nieszczęśników — zamruczał Foster nisko i cicho, po czym ziewnął. — Wybacz.
— Chcesz może batona? Mam kilka zbożowych z czekoladą. Może nas bardziej obudzą — zasugerował Mark i pochylił się nisko do plecaka, który miał między nogami.
Sam też ubrał się dziś inaczej. Sweter na pewno był z tych luźniejszych, a spodnie to zwykłe, wygodne jeansy. Do tego dobre buty na długie chodzenie. I dzisiaj wyjątkowo miał na nosie… okulary. Już jakiś czas temu był u okulisty, o czym nawet wspominał swojemu partnerowi, ale dopiero wczoraj odebrał okulary. Przez to zauważył, że Foster, nawet taki śpiący, częściej na niego zerka. Na powitanie rano powiedział, że ładnie wygląda. To było miłe.
— Możesz dać, ale nie wiem, czy cukier mi pomoże. Jedyne co dobre, że nikt nie hałasuje. Ciekawe jak w drugim autobusie.
Ten jechał za nimi, więc nawet nie mogli spojrzeć na tylną szybę, choć pewnie i tak nic by nie zobaczyli. Mark stawiał na to, że tam było podobnie. Zapewne nic się nie zmieni przez przynajmniej kolejne dwie godziny.
— Pewnie tak samo. Mm… Cieszę się, że w resorcie naprawdę są duże, wygodne łóżka — mruknął i wyprostował się z dwoma, dużymi batonami. Jeden podał Fosterowi, a drugi odpakował dla siebie. Kawę za to postawił na małym stoliku stworzonym z części oparcia fotela przed nim. — No i wreszcie wykorzystam aparat, który dostałem od Rity na święta.
— Będziesz musiał robić też dużo zdjęć uczniów, żeby mieli pamiątki. Rodzicom wyślą. — Foster rozmawiał z nim spokojnie, biorąc się za jedzenie.
— Będę robić, chociaż jedzie też Cody Solt z jednym kolegą z gazetki. Oni na pewno też będą robić dużo zdjęć — odparł Mark, też jedząc już batona. — A jak Annie? U kogo ją zostawiłeś?
— W hoteliku. Czasami już tam była, gdy nie mogłem być w domu dłużej, więc wiem, że dobrze się nią zajmą.
— To dobrze.
Tymczasem kilka rzędów dalej Francisco przekręcił głowę i… stracił stabilną pozycję. Jęknął od razu i rozejrzał się koszmarnie zaspanym spojrzeniem.
— Mnnnnn, spać… — wydusił z bólem.
Sebastian wyjął słuchawkę z jednego ucha i spojrzał na Latynosa.
— Zwiń sobie bluzę pod głowę i śpij, jak chcesz. Mamy jeszcze długą drogę przed sobą. A pewnie niedługo większość się rozbudzi, więc póki co korzystaj.
— Niewygodnie jest — jęknął Francisco z pretensją.
Takich poranków jak dzisiaj Sebastian powtarzać nie chciał. Nie miał pojęcia, jak udało mu się ściągnąć Francisco z łóżka. Zbiórkę mieli o czwartej czterdzieści pięć. A do czwartej trzydzieści Francisco jeszcze spał, mimo prób obudzenia go. Na koniec aż istniało ryzyko, że wyjdzie w piżamie. Ale na szczęście się udało, choć Latynos dalej umierał i cierpiał.
— A może na twoim ramieniu…? — zapytał z nikłą nadzieją, wpatrując się w swojego chłopaka.
Sebastian nie był przekonany. Trochę byłoby to dziwne w oczach innych, ale w końcu odpowiedział:
— Spróbuj jeszcze na bluzie, najwyżej się przekręcisz. Może dasz radę — zaproponował, wiedząc, że i tak zaraz skończy z głową Francisco na swoim ramieniu.
Latynos skrzywił się boleśnie, ale poszedł za sugestią swojego chłopaka. Zdjął bluzę i zwinął ją jak poduszkę. Podłożył ją sobie pod głowę i oparł się jako tako o okno. Już próbował odchylić do tyłu swoje siedzenie, ale chłopak, który siedział za nim, od razu przywalił w jego oparcie butem i kazał wracać do poprzedniej pozycji. Sebastian uważał, że mógł sobie darować, bo nie było co się rzucać o tych kilka centymetrów, ale kłótnia nic by nie dała. Jeszcze ojciec postanowiłby się wtrącić. Zamiast tego młody Moss znowu wrócił do słuchania muzyki i tylko czekał, aż w końcu Francisco pochyli się do niego.
Jechali dalej, on zatopił się myślami w internecie, w którym i tak nic nie działo się o tej porze. Aż po tym, jak nagle autobus podskoczył na jakiejś nierówności, jego latynoski chłopak przechylił się na siedzeniu, a jego głowa zjechała mu na ramię. Nie odsunął mu jej, bo mu nie przeszkadzała, a po drugie… to było całkiem miłe, jak na nim tak leżał. Uśmiechnął się wręcz do siebie i wrócił do przeglądania internetu, mając nadzieję, że podróż minie im szybciej niż wolniej. Zresztą, sam coraz bardziej czuł znużenie, więc w końcu przymknął oczy.
Jechali spokojnie przez dobre trzy godziny. Zarówno w tym, jak i w drugim autobusie było cicho i nużąco. O ósmej zaczęło robić się żywiej, wszyscy się przebudzali, a ich żołądki mówiły, że pora na śniadanie. Do rozmów dołączył więc szelest worków i opakowań z jedzeniem. Ktoś na tyłach autobusu puścił nawet muzykę z telefonu podłączonego do małego głośnika. A Mark zaczął tęsknić za ciszą sprzed dwóch godzin.
W końcu wstał i podszedł do siedzenia kierowcy. Wymienił z nim kilka słów, nim sięgnął po mały mikrofon i powiedział:
— Uwaga! Za dziesięć minut będziemy się zatrzymywać. Można kupić coś ciepłego do jedzenia czy picia, ale nie oddalajcie się, bo postój będzie trwał tylko dwadzieścia minut.
Od razu usłyszał głosy aprobaty. Jak uczniowie siedzieli w ławkach czasami całe dnie, tak teraz te dwie godziny wydawały im się katorgą. Każdy chciał wyjść i rozprostować kości. Zapowiadało się, że te dwadzieścia minut to może być dla nich nadal mało.
Mark też wolałby dłuższy postój, ale musieli trzymać się planu. Dlatego kiedy tylko wysiedli na dużej stacji benzynowej połączonej z kilkoma knajpami z szybkim jedzeniem, sprawdził godzinę na telefonie. Zanim wszyscy się rozproszyli, powiedział, kiedy mają być z powrotem pod autobusem.
— Jak żyjesz? — zapytał Sebastiana, który stał nieopodal i już miał pójść za zgrają uczniów na jedzenie.
— A jakoś. Francisco od rana umiera. A ja chyba za jakąś godzinę też będę miał spadek formy. A wy? — Chłopak obciągnął w dół bluzę i wbił dłonie w kieszenie, bo było mu chłodno.
Francisco już poleciał do toalety. Foster i Mark za to mieli zaraz pójść po jakieś ciepłe kanapki.
— W miarę. Ale na pewno zasnę wieczorem, gdy tylko dotknę poduszki. Dobra, to idź coś zjeść. Jakbyś czegoś potrzebował, to mów.
— Spoko. — Sebastian oddalił się, żeby kupić sobie i Francisco coś do jedzenia.
Gdy Foster i Mark weszli do knajpki, upewnili się, że ich podopieczni już na dobre się rozbudzili. Może nie byli wypoczęci, ale chyba sam fakt, że było ich tak wielu i jechali na fajną wycieczkę, mocno ich rozbudził. Ponadto możliwość rozprostowania kości i pogadania w wygodniejszych warunkach… Jak Mark lubił pracę z dzieciakami, tak czasami czuł, że przydałby mu się dodatkowy zapas cierpliwości.

*

Resort, w którym mieli nocować przez kolejne dwa dni, był… zjawiskowy. Trudno było myśleć o nim inaczej. Znajdował się nad samym jeziorem Yellowstone, które widać było z okien pokoi. Jezioro rozciągało się daleko, a w oddali widniał zarys wyższych, górzystych terenów. Przy samym budynku rosło wiele iglastych drzew, ale oni podjechali na parking, znajdujący się zaraz przy hotelu.
Kiedy wysiedli z autobusów, prawie wszyscy wydali z siebie głośne „oooo!”. Budynek był długi, trzypiętrowy, zaś jego mur został pomalowany na pastelowo żółty kolor. Do tego białe kolumienki i spadzisty dach. Hotel był wielki i nie było obaw, że nie pomieści takiej ilości uczniów.
— Tak jak mówiłem w autobusie, zostawiamy swoje rzeczy w pokojach, schodzimy na posiłek i o drugiej będzie zbiórka w tym miejscu! — zawołał Mark, kiedy już wszyscy wyszli z autokarów.
Po swoich słowach patrzył na wrzawę, jaka działa się przed jego oczami. Uczniowie przepychali się po swoje rzeczy. Torby i walizki wędrowały z rąk do rąk. Mark tylko się cieszył, że podział na pokoje już był dokonany przed wyjazdem, bo gdyby teraz każdy ustalał, z kim ma spać, byłaby tu istna rzeź.
Wszystko trwało długo, ale w końcu każdy miał klucz do pokoju, a w autokarze zostały tylko rzeczy nauczycieli. Ci już spokojnie je pozabierali i udali się do hotelu, żeby doprowadzić się do porządku po długiej drodze.
Hotel naprawdę robił wrażenie. Wycieczka nie była najtańsza, ale już teraz widać było, że się opłacało. A wiedzieli, że poza wspaniałymi warunkami w resorcie, będą mieli multum zwiedzania fantastycznej okolicy.
— Przebierasz się w coś? — zagadał Noel Sena, kiedy rzucił swoją walizkę na łóżko i sapnął. Była ciężka.
Pokój pewnie wyglądał tak samo jak wszystkie inne. Nie był duży, ale bardzo ładnie zaaranżowany. Ściany, podobnie jak na zewnątrz, były żółtawe. W rogu pokoju znajdował się gustowny, okrągły stolik z ciemnego drewna, przy którym stały dwa krzesła z miękkim siedziskiem. Do tego zaścielone na kremowo-brązowo łóżka i eleganckie zasłony w dużych oknach.
— A ty? — Azjata rzucił się na łóżko. — Mogłem jechać w piżamie, jakbym wiedział, że będziemy mieć czas, żeby się przebrać — jęknął z żalem, udowadniając, że nie skupiał się za dobrze na planie wyjazdu, który dostawali.
— Przecież było wiadomo, że najpierw zaliczamy pokój — odparł Noel, patrząc na niego z politowaniem.
Po tym skupił wzrok na walizce i rozważał, czy faktycznie ją otworzyć i poszukać jakichś innych ciuchów, czy zostać w tym, w czym był. Wydawało mu się, że za ciepło się ubrał. Rano było potwornie zimno, ale to była przecież piąta. Teraz zrobiło się cieplej.
— Hm… chyba zmienię kurtkę…
— Okej… Ja będę umierać. Zdecydowanie ktoś powinien wynaleźć teleport. Chcę jeszcze spać.
Sen nadal marudził, kiedy jego kolega otwierał torbę… żeby odkryć w niej coś, czego się nie spodziewał. Przez chwilę po prostu stał i gapił się na to, co zawierała jego walizka. Były tam jakieś męskie swetry, rękawiczki… Była kosmetyczka, której nie poznawał i rząd skarpetek, których na pewno nie założyłby na stopy, bo były w koszmarnie nudnych, ciemnych kolorach. No i gdzie był jego mały, pluszowy żuczek?!
— Boże! — krzyknął w końcu z przerażeniem.
— Hmm? — Sen zaciekawił się i dopiero wstał. Chwilę nie rozumiał, kiedy Noel sprawdzał, czy tylko może na górze są takie dziwactwa, aż nagle zaśmiał się radośnie. — Ale jazda! Czyje to ciuchy? — spytał, stając obok kumpla.
— Jakiegoś nudziarza! — jęknął Noel, ze strachem oglądając rzeczy.
Nigdzie nie było jego piżamy w słoneczniki, nie było jego bielizny… Nie było nic! Sprawdził dokładnie kosmetyczkę, żeby znaleźć przynajmniej swój ulubiony, truskawkowy żel pod prysznic, ale zamiast tego zobaczył jakąś piankę do golenia, żel Adidasa i…
— A to co…? — wydusił, kiedy uniósł nieznany sobie kosmetyk. I nagle odrzucił go z powrotem na stertę rzeczy w walizce.
I obaj zobaczyli etykietę na przodzie buteleczki… „Anal Gel. Erotical Lubricant”
— Boże, mógł tego dotykać, kiedy sobie trzepał. — Sen dolał oliwy do ognia i patrzył na znalezisko jak na rozjechaną wiewiórkę, która przykleiła się do koła jego samochodu.
— Ale co to robi w mojej torbie?! — Noel nie dowierzał. Wziął jedną ze skarpetek i wsunąwszy w nią dłoń, chwycił buteleczkę przez materiał. Przeczytał opis żelu i mimo że dobrze wiedział, do czego służy, powiedział na głos: — Tak, to jest do dupy.
— W skarpetkę też mógł się spuszczać — dodał Sen, patrząc na Noela z niedowierzaniem, że tego wszystkiego dotyka.
A ten po jego słowach jęknął i odrzucił wszystko z powrotem na walizkę. Objął się ramionami i zapytał:
— To jak dowiemy się, czyje to jest? Może ktoś to tylko podmienił i gdzieś tu są moje rzeczy?
— Niczego nie masz podpisanego u siebie? Twój żel analny nie jest podpisany? — spytał współlokator rudzielca, nadal nie będąc poważnym.
A Noel spojrzał na niego ze zblazowaną miną i pokazał mu środkowy palec.
— Nie. Mój też jest incognito. Poszukaj ze mną tu czegoś. Może są jakieś dokumenty — poprosił, chociaż sam nie pochylił się do rzeczy po tym, jak Sen nastraszył go, że właściciel żelu analnego mógł pozostawić na bagażu swoje nasienie.
Azjata westchnął teatralnie i znowu pochylił się do walizki. Wyjął pierwszy lepszy sweter, jaki znalazł i rozłożył go.
— Na pewno jakiegoś nauczyciela. Teraz pytanie, kto chodzi w takich pluszakach? — myślał na głos, oglądając wełniany, gruby sweter z drewnianymi troczkami.
— Moss od niedawna, ale nie w takich. Poza nim są dwie babeczki… To zostaje albo Craig, albo Knopper…
— Nie wydaje ci się, że Knopper pół życia przechodził w dresach? Mogę się założyć, że założyłby czarny dres do teatru. I adidasy. — Sen skrzywił się i obaj już wiedzieli, do kogo może należeć ten sweter.
To było dość przytłaczające, bo przecież Foster Craig nie wyglądał na fana męskich odbytów. Ale też wiedzieli, że ten nie nosił obrączki. Był sam. Tylko na co był mu żel analny na takim wyjeździe?
— To co robimy? — jęknął Noel. — Może zapakujemy to tak, jak było? Żel wcisnę do kosmetyczki i powiemy, że nic nie otwieraliśmy, tylko jak zobaczyliśmy, że to nie moje, to od razu do niego przyszliśmy?
— Chyba będzie najlepiej. Jeśli Craig będzie wiedział, że wiemy, że robi sobie analną palcówkę, może chcieć z nami o tym rozmawiać. A ja nie chcę o tym rozmawiać — mruknął Sen i znowu usiadł na łóżku. — To pakuj.
A Noel wywrócił oczami. Zaczął pakować wszystkie rzeczy, starając się ułożyć je tak, jak wyglądały przed wyrzuceniem ich na zewnątrz. Miał przy tym nadzieję, że jego rzeczy są w walizce Fostera Craiga, bo jeśli nie… to miał poważny problem.
Jakieś pięć minut później wszystko było gotowe. A on się zgrzał, więc zostawił bluzę i skinął na Sena.
— Idziemy. Nie zostawisz mnie z tym — powiedział i pociągnął za wysuwany uchwyt walizki.
— Jeśli nalegasz. Zrobię ci tę przyjemność i tylko tę. — Sen przeciągnął się i skinął Noelowi dwornie na drzwi. — Wiesz, jaki ma pokój?
— Tak, dyro mówił, w których pokojach są opiekunowie, żebyśmy wiedzieli, gdzie iść, jakby co.
Kiedy Sen zamknął ich pokój, podążyli do windy, ponieważ pokoje opiekunów miały być piętro niżej. A przy tym słyszeli zza sąsiednich drzwi głośne rozmowy chłopaków. Niektórzy zostawili je otwarte, bo jedynie chcieli rzucić swoje rzeczy i wyjść na posiłek. Pewnie Noel i Sen też by tak zrobili, gdyby nie ta przykra dla rudzielca niespodzianka.
Pragnął swoich rzeczy i naprawdę liczył, że szkolny psycholog nie otworzył jego walizki i teraz nie robił analizy jego życia na podstawie ulubionych ubrań.
Z takimi myślami dotarli pod pokój Fostera Craiga. Sen zapukał i czekali. Trwało to dosłownie kilka sekund, ale gdy w progu pokazał się Mark Moss, a nie psycholog szkolny, obaj na sekundę się zawiesili. Czy… czyżby pan Craig z…
— O co chodzi, chłopcy…? — zapytał dyrektor. Wyglądał jakoś tak poważniej w okularach, a Noel oczami wyobraźni już widział, jak te parują od gorąca, kiedy pan Craig pchał go w tyłek.
— Bo… — Już prawie zaczął odpowiedź, ale jego kolega wszedł mu w słowo.
— Jest może pan Craig? Bo chyba… mamy jego rzeczy. — Uśmiechnął się sztucznie i zaraz dodał: — Bo kolega chce odzyskać swojego pluszowego żuczka.
A Mark zrobił równie głupią minę jak oni, kiedy go zobaczyli.
— Skąd macie…? — zaczął, po czym machnął ręką i odwrócił się w głąb pokoju. Pan Craig musiał być w łazience, bo dyrektor zawołał głośniej: — Foster! Możesz na chwilę wyjść?!
— Już! Już, chwilę! — ten odkrzyknął, a Sen, jako że był wysoki, zajrzał z zaciekawieniem w głąb pokoju z nadzieją, że coś zobaczy.
Po chwili z łazienki wyszedł Foster. Był w tym, w czym tu przyjechał.
— Tak?
— Wejdźcie, chłopcy — powiedział Mark, wpuszczając ich do pokoju. A gdy ci zobaczyli, że obie walizki mężczyzn są nietknięte, odetchnęli z ulgą. — Foster, podobno Noel ma w swojej torbie twoje rzeczy.
Gdy psycholog zrobił zdziwioną minę, rudzielec wykrzywił wargi przepraszająco i pochylił się do swojej walizki. Rozpiął ją i oczom Fostera ukazały się jego równo ułożone rzeczy. Wszystkie, które spakował na wyjazd.
Czarnoskóry mężczyzna skrzywił się, ale szybko podszedł do swojej walizki. Rozpiął ją i niemalże wypadł z niej wspomniany przez Sena żuczek.
— Dobrze… To niekomfortowe — mruknął i spojrzał na uczniów. — Jeśli do nas przyszliście, to rozumiem, że to nie wasza zasługa? — spytał, już chcąc dopaść dzienniczki, żeby wiedzieć czyja.
Noel od razu uniósł obronnie ręce. Nie chciał problemów.
— Nie, oczywiście, że nie! Połapałem się dopiero przed chwilą, Sen potwierdzi. Pakowałem się wczoraj i zostawiłem rzeczy ze wszystkimi innymi. To musiał być czyjś kolejny kretyński pomysł.
— Bardzo kretyński — mruknął Mark.
Foster westchnął ciężko i zwrócił się do Noela.
— Pozwolisz, że wypakuję swoje rzeczy? Chociaż to niekomfortowe, że ktoś w nich grzebał. Sam byś tego nie chciał, prawda? — spytał, patrząc najpierw na rudzielca, ale głównie skupił wzrok na Azjacie.
— Jasne. Dlatego nie ruszaliśmy pana rzeczy — zastrzegł Noel i sam przeniósł się do walizki psychologa. Przytulił swojego małego pluszowego żuczka i zaczął wykładać ubrania.
A kiedy cały proces przenoszenia trwał, Mark przysiadł na skraju łóżka i obserwował wszystkich. Zastanawiał się, kto mógł to zrobić, ale to, że był to ktoś z projektu, było bardziej niż oczywiste. Na Sena nie stawiał. To musiał być ktoś inny. Co jednak go niepokoiło, to że przez chwilę Azjata miał pełen dostęp do rzeczy Fostera. Do jego bielizny, skarpetek, kosmetyków. Musieli o tym porozmawiać po wyjściu uczniów.
Cała operacja trwała kilka minut, a przecież musieli jeszcze zdążyć zjeść. Dlatego żaden z nich się nie ociągał i wreszcie Noel i Sen wyszli z odpowiednimi rzeczami w torbie. Mark zamknął za nimi drzwi i zwrócił się do Fostera:
— Jak myślisz, przejrzeli ci ciuchy?
— Myślę, że tak, chociaż nie wiem jak bardzo. Jak inaczej wiedzieliby, czyje są? — Foster westchnął i sięgnął do kosmetyczki. — Łap — zwrócił się do Marka, a kiedy ten się przygotował, rzucił mu ją. — Martwi mnie, czy zaglądali tutaj, ale wszystko jest na miejscu.
Dyrektor bez zrozumienia otworzył kosmetyczkę i przejrzał kosmetyki. A kiedy ujrzał buteleczkę z żelem analnym, którego ostatnio używali, zaciął się i… zarumienił. Aż miał ochotę przetrzeć sobie powieki, ale przypomniał sobie, że nosi okulary.
— Mam nadzieję, że nie…
— Ja też. — Foster wstał i podszedł do Marka. Zabrał mu kosmetyczkę, zapiął ją i wrzucił do walizki. — Chodźmy zjeść. Nadal chce mi się spać i teraz jeszcze jestem głodny. Nie będę spokojny na pusty żołądek.
Mark pokiwał głową i uniósł się. Znów był bardziej podenerwowany. Bo jeżeli chłopcy odkryli to, co znajdowało się w kosmetyczce Fostera, to… mogło się to bardzo różnie skończyć. Nie chciał nawet rozważać najgorszego scenariusza.
A ten wyjazd tak dobrze się zapowiadał…
— Mhm, chodźmy — mruknął i zabrał telefon oraz klucz do pokoju.

6 thoughts on “Project Dozen – 95 – To nie jest moje…

  1. Shivunia pisze:

    Luana >> Bo żel nie mógł lepiej trafić. Naprawdę chyba w punkt znalazł sobie „odbiorcę”. Życie nie oszczędza Marka ani Fostera. Ale tylko los wie co się wydarzy w związku z tym. I tak, nazwijmy to „losem” a nie naszym szyderczym planem. W końcu jak nie raz wspominałyśmy, to czasami samo się dzieje. Niemniej nic nie mogę zdradzać. Poza tym, że mega uroczy jest ogólny zachwyt żuczkiem :D
    „Francisco z głową na ramieniu Sebastiana. Awww. I też mam takie zdanie jak Wadera, że przy takich zachowaniu Frania długo ich związek nie pozostanie tajemnicą” – taaaak bardzo macie racje. Ale się wszystko okaże, wszystko się okaże. Jeszcze trochę rozdziałów jest w zapasie.
    Także dziękujemy i ciepło ściskamy :* Do spisania pod ATCL

  2. Luana pisze:

    OMG. Żel trafił w łapki Noela i Sena. Pytanie teraz co z tym chłopaki zrobią, bo jak widać domyślili się o co chodzi. Ta wycieczka może być bardzo ciekawa również pod tym względem. Tyler podmieniając ich rzeczy nie wiedział do czego przypadkiem może doprowadzić. Ale może nic takiego się nie stanie. Lubię Seana i Noela (z tym żuczkiem to jest słodki), i liczę, że czegokolwiek się domyślili to to zachowają dla siebie. Z drugiej strony kiedyś przyjdzie czas na ich coming out. Tylko pod warunkiem, że to im nie zaszkodzi.
    Francisco z głową na ramieniu Sebastiana. Awww. I też mam takie zdanie jak Wadera, że przy takich zachowaniu Frania długo ich związek nie pozostanie tajemnicą. Na co liczę. :D
    Dziękuję za rozdział i pozdrawiam. :)

    Ps. Rozdział ATCL jednak przeczytam jak będzie już kolejny. Będę mieć większą porcję deseru. :)

  3. Shivunia pisze:

    Noe >> Sen i Noel naprawdę mają tu swój fanklub. Aż się dziwi, że jeszcze nie powstał do nich żaden fik :P

    Omega >> Jak pisałam! Fanklub! Oni naprawdę chyba mają jakiś. Albo to dlatego, że nic nie jest oficjalnie. Może to dodatkowo podsyca wasze uczucia co do tej dwójki ;) Sweterki tak wiele znaczą. Cóż, nie może być za lekko im. W końcu wybrali sobie na romansowanie najgorszy rok jaki mogli. Do tego popełniają jak to ludzie błędy. Ale przez to chociaż jest śmiesznie.
    Nieładnie nie uważać na lekcjach. Co by było jakby ktoś cie przyłapał? Z drugiej strony zazdro trochę, takiego bycia na lekcjach. Szkoła to jednak był spoko okres w życiu. Chłopaki będą też mieli tylko ciężej niż teraz mają ;)
    Dziękujemy za miłe słowa :*

    Wadera >> Smutno że inne noworoczne postanowienia umarły, ale tego się trzymaj trzymaj! Będziemy cie wspierać :)
    Toster i Mark. Marka Toster XD bawi mnie to bardziej niż powinno. Kupić za Marki Toster XD jestem głupia hahahaha wybacz, kompletnie pozbawione to było rozumu hahaha. Do rzeczy! Na pewno mają cos z sadystów. W końcu wpadli na pomysł aby w ogóle zorganizować taki projekt. Musiała być w końcu jakaś drama. Ok, kolejna drama. Ale Foster powinien mieć w swojej torbie co mu się podoba. Znaczy, moim zdaniem. Może nie był to obowiązkowy element który powinien zabierać, ale… Ludzie noszą w portfelach prezerwatywy które widać nawet jak otwierają go aby wyjąć gotówkę i zapłacić więc… w jego walizce chyba mogło być to co chciał. W końcu jego. Gdyby nie projekt. Jest dzięki temu ciekawie ;) I dzięki Franiowi. Bo on naprawdę czasami najpierw robi potem myśli, ale… ojtam ojtam i jedziemy dalej.
    Dziękujemy za komentarz i do następnego :*

  4. Wadera pisze:

    Wspominałam już że uwielbiam Marka i Fostera (którego autokorekta konsekwentnie zmienia mi na Tostera) ?
    Zamieszanie z torbami to taki szatański plan. Ci profesorzy chyba mają coś z sadystów.
    Z jednej stronie współczuję, bo zamiana toreb to nic dobrego, a z drugiej jednak Foster nie powinien tego żelu brać. Mimo wszystko jest tam żeby zajmować się uczniami, a nie się seksić. Jeśli serio chciał skorzystać to trochę taki brak odpowiedzialności moim zdaniem.
    Co do młodszego Mossa i Frania to przy takim zachowaniu tego drugiego ich związek długo sekretem nie zostanie. Ale trzeba przyznać że było słodko.
    Pozdrawiam, Wadera.
    P.S.: Co do moich postanowień noworocznych to złamałam już wszystkie inne, więc tego się trzymam zębami i pazurami ;)

  5. Omega pisze:

    Ciężko mi było powstrzymać śmiech od „pluszowego żuczka”, normalnie kocham tego rudzielca i jego szalonego azjatę ♥
    Tak tylko się zastanawiałam od czasu zamienienia walizek, czy trafi na Mossa, czy Fostera, ale jak usłyszałam o tych swetrach, to byłam pewna, czyje to jest :3
    Ciężko się powstrzymuje śmiech na lekcji, bo te reakcje były rozkoszne ♥
    To takie nagłe zrozumienie, jakie ich ogarnęło, gdy dyrektor im drzwi otworzył :D
    Tradycyjne życzę wam duuużo weny i oczywiście czasu na pisanie, bo to co robicie, to dzieło sztuki (w dziedzinie homoerotyków? xD) i naprawdę świetnie się to czyta ♥

  6. Noe pisze:

    Uwielbiam sena i noela😍 a teraz naszej parce szykuje się parę dni w stresie xd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s