Newton’s Balls – 66 – Suczka i żonka

W domu było cicho i spokojnie, jak zwykle. Naprawdę rzadko był tu hałas, bo nie oglądali wiele telewizji, a i nie słuchali głośnej muzyki. Teraz słychać było jedynie wiadomości z radia i leniwe krzątanie się Alberta po domu. Ridley był w pokoju obok, siedział przy biurku skupiony już którąś godzinę i… pisał. Albert wiedział, że wciąż głównie zajmuje się gromadzeniem potrzebnych informacji, ale też już zaczął swoją powieść i poświęcał temu sporo czasu. Nie na tyle jednak, żeby nie ogarniać rzeczywistości.
— Albert, o której wychodzimy do kościoła?! — zawołał przez otwarte drzwi. Była niedziela i odkąd mieszkali razem, starali się razem chodzić na msze.
— Za dwadzieścia minut! — odparł głośno były duchowny, ale nie krzycząc. Po chwili i tak pojawił się w drzwiach pomieszczenia z biurkiem, które okupował Ridley. — A tobie jak idzie? Jeśli chcesz, możemy iść na wieczorną mszę.
Blondyn, który w domu nigdy nie zaczesywał włosów i zawsze nosił okulary, obejrzał się na kochanka i dmuchnął w czuprynę.
— Możemy pójść wieczorem. Mam wenę. A wieczorem jest mniej ludzi — odpowiedział i przeciągnął się.
Biurko, przy którym siedział, było zawalone książkami, a pomiędzy strony wciśnięte były kolorowe karteczki. Dodatkowo gdzieniegdzie walały się nawet kartki z wydrukowanymi zdjęciami, które inspirowały Ridleya. Włożył w autentyczność swojego tworu bardzo wiele serca, a informacje przepływały przez jego mózg w zastraszającym tempie.
— W takim razie jak wolisz. Pisz dalej, ja wrócę do sypialni poczytać — odparł Albert, podnosząc dłoń, w której trzymał książkę. Strony miał zaznaczone palcem wskazującym.
Ridley przytaknął, ale nie pozwolił mu od razu odejść.
— Nie przeszkadza ci to, że piszę i nie rozmawiamy? — zapytał wprost, bo czuł, że Albertowi to nie przeszkadza, ale już się nauczył, że czasem warto powiedzieć coś takiego na głos, żeby druga osoba miło się poczuła.
— A wyglądam, jakby mi to przeszkadzało? Nadrabiam książkowe zaległości. W końcu — podkreślił ostatnie słowa. Ale żeby Ridley też lepiej się poczuł, podszedł do niego i nie zaglądając w treść na ekranie laptopa, pocałował go lekko w policzek. — Nie przeszkadza. Pisz.
— Chciałbym, żebyś przeczytał jako pierwszy początkowy fragment. Gdy go skończę. Nie chcę tego wrzucać do internetu bez twojej aprobaty — powiedział Ridley poważniej, zerkając na niego z dołu.
— Dobrze, przeczytam go — odparł Albert z powagą i pomasował kark Ridleya, stając obok niego.
Blondyn przytaknął i na moment zagryzł wargę, wpatrując się w spokojne oblicze kochanka.
— Nie wiem, czy będziesz o to zły. Mam nadzieję, że nie, ale ciężko mi przewidzieć. Jedna postać jest zainspirowana tobą.
— A wykreowałeś kogoś inspirowanego Philem? — spytał Albert takim tonem, że nawet Ridley nie był w stanie odgadnąć intencji tego pytania. I to w sumie chyba też go kręciło w tym facecie. Nie był idealnie przejrzysty. Dzięki temu Ridleya nie nudził żaden dzień spędzony z Albertem. Może i ich życie z zewnątrz mogłoby wyglądać na pełne rutyny i powolnego tempa, ale dla niego to wszystko było jak niesamowita przejażdżka kolejką przez nieznane tereny. Każdego dnia odkrywał, jakim intrygującym mężczyzną jest Albert i każdy dzień sprawiał, że mocniej go kochał i pożądał.
— Nie… Phila tam nie ma. I nie będzie.
Feist uśmiechnął się nieznacznie. Znowu pocałował kochanka w policzek, jednocześnie odsuwając mu te cudne, kręcone włosy do tyłu.
— Dobra decyzja. Aprobuję — mruknął z cieniem rozbawienia. — Jakbyś mnie potrzebował, będę w sypialni.
— Dobrze, przyjdę, jak skończę fragment — zapewnił drugi mężczyzna i wrócił wzrokiem na ekran.
Właściwie jedyne, co mu sprawiało trudność w pisaniu… to wolne pisanie na klawiaturze. Miał wiele myśli, umiał szybko je w głowie formułować, żeby stanowiły składne i sensowne zdania, a palce, nieprzyzwyczajone do komputera, nie potrafiły za nimi nadążyć. Przez to ulatywało mu wiele cennych zdań. Wiedział, że jego partner, który w tej chwili wychodził z pomieszczenia, dużo lepiej radził sobie z klawiaturą. Czasami, kiedy widział go podczas pisania artykułów, miał wrażenie, jakby oglądał maszynę wystukującą kolejne kombinacje. Klawisze stukały w jednostajnym tempie, brzmiały prawie jak muzyka. Do tego Albert był w stanie zająć się podczas pisania nie tylko tym, ale czasami rzucić jakieś zdanie do kochanka w trakcie. To mu imponowało. Zapytał go kiedyś, jak nauczył się tak szybko pisać, ale dowiedział się tego, co już podejrzewał – po prostu dużo pisał. Nie było żadnego sposobu. Po prostu z czasem pisało się coraz szybciej. Miał nadzieję, że też się tego nauczy.
Minęły niecałe dwie godziny, kiedy zapisał i zamknął dokument. Oczywiście przeczytał jeszcze kilka razy to, co stworzył i był zadowolony. Nie miał tylko pojęcia, jak odbiorą to inni ludzie. Wiedział, że to, co pisał, było dość nietuzinkowe i cięższe niż zwykłe twory, które można było znaleźć w internecie. A wydawać tradycyjnie nie zamierzał.
Przeciągnął się, przetarł oczy i wstał. Mimo że był już grudzień, w domu było bardzo ciepło, więc pozbył się swetra i w samej szarej podkoszulce i jeansach poszedł do sypialni.
— Hej — rzucił, stając w progu i wciskając dłonie w kieszeni spodni.
Albert uniósł spojrzenie ciemnych oczu znad książki.
— Hej. Chodź, ale poczekaj chwilę — poprosił, chcąc skończyć scenę. Siedział z wyciągniętymi przed siebie nogami, wsparty o wezgłowie, a obok niego, na szafce nocnej stał pusty kubek.
Ridley więc nie powiedział nic, żeby mu nie przeszkodzić. Podszedł tylko w ciszy, położył się w poprzek łóżka i oparł głowę o ciepłe uda kochanka. Zapatrzył się w sufit spokojnie.
Albert chwilę jeszcze czytał, aż w końcu sięgnął po zakładkę i odłożył książkę. Zaraz potem całą swoją uwagę skupił na drugim mężczyźnie.
— Też już skończyłeś na dziś?
— Tak, oczy mi się zmęczyły i napisałem, co chciałem napisać. Nie umiem tak długo patrzeć na ekran jak na strony w książce — wyjaśnił Ridley, przekręcając lekko głowę w stronę Alberta. A widząc jego wyraz twarzy, dodał z lekkim uśmiechem: — Leniwa dzisiaj niedziela, hm?
— Może trochę. Napijemy się jeszcze kawy przed wyjściem? — spytał Albert kochanka, wsuwając palce w jego włosy i bawiąc się skręconymi sprężynkami.
— Tak, możemy — zgodził się Ridley, choć wiedział, że to pytanie retoryczne. Albert i tak wypiłby kawę. Przymknął oczy i wychylił się bardziej do ręki kochanka. — Kupisz mi skarpety na święta?
Albert ściągnął brwi, patrząc na niego z zaskoczeniem i zdziwieniem jednocześnie.
— Skarpety?
— Grube i ciepłe. Zawsze chciałem dostać na święta, nigdy nie dostałem. Miałem taką listę, o którą nigdy nie prosiłem, a chciałem zebrać całą. Czapkę z nausznikami, rękawiczki, szal, sweter i skarpety. Wszystko wełniane, świąteczne… Nie mam jeszcze tylko skarpet — odpowiedział leniwie, podsuwając się bliżej i przytulając policzkiem do brzucha kochanka.
— A koniecznie chcesz je na święta? — spytał Albert, bo już miał pomysł na coś innego na prezent dla kochanka. Do tego przyjemnie było mu z Ridleyem tak blisko.
— Mówisz, że już masz coś innego? — Ridley odczuł, co Albert miał na myśli, zadając to pytanie. — Możesz zawsze dołączyć do tego skarpety… To drobny prezent.
— A nie wolisz kupić ich teraz? — spytał były duchowny i westchnął z pretensją, niezadowolony że został rozszyfrowany. — I tak musimy wybrać się na zakupy.
— Tylko chciałem, żeby to był prezent. Inaczej to nie byłoby fo famo… — ostatnie słowa Ridley już bardzo niewyraźnie wyburczał, bo przekręcił głowę tak, że Albert widział tylko jego jasną czuprynę, a sam Ridley wcisnął nos w jego brzuch i pocałował go przez materiał.
— Nie byłoby…? — spytał Albert, ale uznał, że poczeka, aż kochanek się zacznie dusić, a nie będzie go odsuwał.
Chwilę to trwało, ale rzeczywiście Ridley w końcu musiał odsunąć twarz, bo stracił oddech.
— To nie byłoby to samo. To musi być prezent, inaczej sam bym sobie kupił — odpowiedział i tym razem podwinął bluzkę kochanka, żeby móc się przytulić do nagiej skóry.
— To może być prezent bez okazji. Ale jak wolisz, by był pod choinkę dodatkowo, to mogę się zgodzić. W zamian chcę, żebyś się w nie ubrał, w ten sweter, także. I czerwone bokserki, skoro nie masz spodni do tego zestawu.
Ridley uśmiechnął się delikatnie i kiedy przekręcił głowę, chcąc pocałować umięśniony, szczupły brzuch Alberta, okulary mu się mocno przekrzywiły.
— Sweter będzie je trochę zakrywał. Ale mogę się tak dla ciebie ubrać, skoro by cię to podnieciło.
— Nie wiem, czy by mnie podniecało. Nie wiem, jak wygląda ten sweter — odparł Albert, chcąc specjalnie zgasić kochanka, ale i tak jego spojrzenie było rozbawione.
Ridley nawet zerknął na niego, żeby się upewnić, czy to, co słyszał po tonie głosu, odbija się też w jego oczach. Odbijało się. Wrócił więc twarzą pod koszulkę kochanka i przytulił się do niego jak mały koala.
— Jest bardzo seksowny, czerwono-biały, w renifery. Bardzo dobrze mnie ociepla, chociaż mam nadzieję, że do tego wystarczysz ty.
— W renifery? Czapkę masz może z różkami? — Albert z chęcią by pogłaskał włosy kochanka, ale głowa była pod jego koszulką. I wyglądała, cóż, głupio. Nie skomentował jednak tego, zastanawiając się, jakim cudem ta rozmowa stała się tak abstrakcyjna i czemu nadal nie ma w dłoni kubka pełnego ciepłej kawy.
— Nie, czapka ma tylko pompon i nauszniki. Jest też czerwona — usłyszał głos Ridleya, który chyba uznał, że jego obecna pozycja jest najwygodniejsza na świecie, bo wyglądał, jakby chciał w niej zostać. — Czarny z czerwonym podobno dobrze wygląda.
— Tylko mało świątecznie — dodał Albert, kładąc w końcu tylko dłoń na ramieniu kochanka, skoro nie miał szans, żeby pogładzić go po włosach. — I nie jest ci duszno… płodzie?
Przez chwilę tylko widział trzęsącą się głowę, potem usłyszał zduszony śmiech, aż w końcu Ridley wydobył się spod jego ubrania i popatrzył na twarz kochanka z lekkim niedowierzaniem.
— Płodzie? — powtórzył. — Muszę zapamiętać tę kwestię do książki — dodał i w końcu wychylił się do Alberta, żeby go pocałować.
Feist zamruczał nisko i z pretensją, kiedy dostał pocałunek. Oddał go też, ale kiedy Ridley się trochę odsunął, miał ściągnięte brwi i pytające spojrzenie.
— Kim jest postać mną inspirowana?
— Byłym egzorcystą — odpowiedział Ridley i usiadł obok niego na łóżku. Poprawił okulary. — Sam zobaczysz. Nie martw się, jest pozytywną postacią, choć nie wybieliłem jej. To nie byłoby prawdziwe.
— I będzie mówił o płodach? — Albert miał nieprzekonaną minę. Może głupio rzucił, ale nie zamierzał się pogrążać i tłumaczyć.
— Nie wiem, może… Ma cięte i czarne poczucie humoru. Może mu to pasować.
— A w jego przeszłości powinien być złośliwy demon, który zmuszał go do uśmiechu — dodał Albert i poklepał kochanka po boku. — Kawa sama się nie zrobi.
— Zrobię ją, ale daj mi jeszcze jeden całus. Zawsze mnie podniecasz, gdy tak leżysz skupiony przy książce — odpowiedział Ridley, ale nie dał mu czasu na reakcję, bo sam złapał go z boku za policzek, odwrócił do siebie i pocałował z uczuciem. Nie nagle, niegwałtownie, a spokojnie, głęboko i pewnie.
— Mmm… — zamruczał Albert w pocałunek, pogłębiając go na chwilę. A kiedy ich usta w końcu się rozłączyły, spojrzał wprost w oczy znajdujące się naprzeciw swoich. — W takim razie nie powinienem dziś już do niej wracać, skoro jeszcze idziemy do kościoła.
— Zrobimy to po mszy — zapewnił Ridley. — W nocy. Dzisiaj chciałbym się z tobą kochać po ciemku — szepnął.
— Po północy — dodał Albert. Jeśli było to możliwe, unikał seksu w niedziele. Może ktoś się mógł z niego śmiać przez to, ale on już taki był. Bardzo się zmienił, ale wiedział, że wszystkich oporów z siebie nie wypleni.
Ridley tylko przytaknął i jeszcze raz go pocałował. W zarost, który bardzo go kręcił.
— Zrobię kawę — powiedział i uniósł się z łóżka. A ujrzawszy swoje odbicie na lustrze w szafie, jęknął i poprawił swoje włosy.
— Dobrze wyglądają — rzucił za nim Albert i zerknął tęsknie za książką. Moment jeszcze został w łóżku, aż nie wyszedł za kochankiem, żeby jeszcze porozmawiać w kuchni i tam wypić czarny napar.
Mieli jeszcze chwilę do mszy. Dziwnie było co prawda, że chodzi ze swoim partnerem do kościoła, ale starał się do tego jakoś przyzwyczaić. Mimo wszystko nie chcieli zamykać się w czterech ścianach i, mimo że na zewnątrz nie chodzili za rękę i bynajmniej nie emanowali gejowską miłością, to miło było czasem gdzieś razem wyjść. Chociaż wyjście do kościoła uważał za wciąż ekstremalne, ale dotychczas nie spotkała ich w związku z tym żadna nieprzyjemność. Tym bardziej, że Albert już ze dwa razy powtórzył, że nie chodzą tam ze sobą, ale wspólnie. I chociaż można było twierdzić, że wciąż to jest to samo, to były duchowny jasno dał do zrozumienia kochankowi, że w kościele nie są parą i każdy idzie tam w swojej intencji. I Ridley był naprawdę zaskoczony, kiedy któregoś razu kochanek wyznał mu, że nie miałby mu za złe, jakby ten omijał msze. To było zaskakujące i z jednej strony Ridleyowi zrobiło się dziwnie przykro, ale z drugiej cieszył się, że równocześnie Albert nie zabronił mu sobie towarzyszyć. Wspólne życie podobało mu się coraz bardziej, wspólne spędzanie czasu było cudowne, a święta spędzone w obecności mężczyzny, którego kochał, były przodującą wizją w jego głowie.

***

Kończył pracę w niedzielę i jak zwykle trudno było mu wyjść z pomieszczenia z boksami. Każdy z psów patrzył na niego jak za odchodzącą nadzieją. Kilka nawet zawyło, ale on już powoli się na to uodparniał. Wiedział w końcu, że jeszcze tu wróci, że weźmie te zwierzaki na spacer. A jak im się poszczęści, to już go nie zobaczą, bo znajdą swój dom. To też była dobra wizja.
— Dzięki za pomoc, Chase! — zawołała Tina, gdy już miał wyjść. Była trochę spocona, bo mieli niemałą zabawę z jednym z przerażonych psiaków, który dopiero co został sprowadzony z ulicy i reagował żywo i obronnie na każdy zabieg, nawet założenia obroży.
— Spoko, nie ma problemu. Była jazda, nie? — Chase zaśmiał się do dziewczyny i jeszcze wsunął palce między kraty jednego z zamkniętych boksów, by podrapać psa za uszkiem. Dużego i wyglądającego na groźnego. I to właśnie było niesamowite w zwierzętach. Czasami bardziej agresywne były te czworonogi, które wyglądały na niegroźne. A te wielkie, o ostrych rysach mogły być niemalże pluszowymi misiami. Dlatego uwielbiał poznawać charakter każdego psa z osobna.
— Straaaaszna, normalnie się jak świnia spociłam! — Tina zarechotała cicho i ruszyła do drugich drzwi, bo ją czekało jeszcze kilka godzin pracy. — To do zobaczenia za tydzień, co nie?
— No, chyba że coś by się działo, to weź pisz. Może będę mógł wpaść — odkrzyknął do niej Chase, a kiedy ta potwierdziła, a on pożegnał się z psem, zdał sobie sprawę, że właśnie czeka go rozmowa, którą chciał i której jednocześnie nie chciał przeprowadzić. Courtney nic o niej nie wiedział. Co prawda przypominał mu, że powinien, ale nie był świadom, że Chase zdecydował się na nią dzisiaj. Ale kiedy indziej miał to zrobić? Zostały mu tylko dwie niedziele pracy w schronisku. A przecież potem mogło się coś wydarzyć.
Zaklął, czując, że stres nie działa na niego pobudzająco, a wręcz wzmaga agresję i podejście w stylu „pierdolę, nie robię”. Zerknął jeszcze raz na klatki z psami i dopiero wtedy się zdecydował.
Przeszedł krótki korytarzyk, minął nieduży hol i uśmiechnął się do dziewczyny, która zajmowała się odbieraniem telefonów i przyjmowaniem, i spisywaniem znajd. Potem zapukał do starych, nieszczelnych drzwi, na których widniało nazwisko Griffin Lex i gdy usłyszał „proszę”, wszedł do środka.
W zagraconym gabinecie jak zwykle panował chaos i pachniało zwierzętami. Mężczyzna obejrzał się na Chase’a i uśmiechnął się. Grzebał w teczkach na rozwalającym się regale przy przeciwległej ścianie.
— Już ci podpiszę, poczekaj chwilkę — poprosił, spodziewając się, że Chase przyszedł do niego po świstek, który miał przekazać swojemu kuratorowi jako dowód pracy.
— Dzięki… Ale ten… Bo ja jeszcze w jednej sprawie — rzucił Chase, stając z dłońmi w kieszeniach, przyglądając się, jak przeszło trzydziestoletni facet morduje się z teczkami i uciekającymi kartkami papieru.
— Hm? Dajesz — zachęcił go Griffin, znowu się na niego oglądając, ale szybko wracając do swojej pracy. Był chudy, ale wysoki, więc przynajmniej nie miał problemu, by sięgnąć do najwyższych półek.
— Bo ten… Pamiętasz, jak kiedyś tam pytałem o tę pracę, nie? No, to przyszłem spytać, czy może teraz coś by było. Niedługo kończę te prace społeczne, a fajnie by było jednak… bardziej się w to wkręcić — mówił nadal z dłońmi w kieszeniach i ze sztywną postawą, a jednocześnie nadzieją, że coś z tego wyjdzie. Miał też nadzieję, że zaraz Griffin nie zacznie pytać go o jakieś szczegóły albo rozmowa nie zrobi się nagle formalna. Chyba by zszedł ze stresu.
— Wow… — wydusił mężczyzna z zaskoczeniem i odwrócił się do niego, a teczka momentalnie spadła mu na stopę. — Au, kurka! — jęknął, podniósł ją i wskazał Chase’owi fotel przed biurkiem. Nie zważał na to, że ten wciąż był w roboczych ciuchach i miał na sobie masę sierści. — Jasne, siadaj, zastanawiałem się, czy zapytasz.
— Tak? — wypalił Chase, unosząc wysoko brwi i na ślepo, nie odrywając spojrzenia od mężczyzny, przycupnął na sfatygowanym fotelu.
Griffin też po chwili usiadł i od razu sięgnął po długopis, którym zaczął się bawić między palcami.
— Pewnie, niewielu w sumie chce tu zostać na długo. I nawet nie tylko dlatego, że to ciężka praca, ale trudno im znieść psychicznie, że wiele psów tu jest całe życie. Wiesz… — Pochylił się z kwaśną miną do Chase’a. — Większość to wolontariuszki, które przyszły tu, bo lubią słodkie szczeniaczki i kotki. To miłe, że chcą pomóc, ale… różnie się kończy. A ty dobrze odwalasz swoją pracę. Lepiej niż się spodziewałem, że będziesz.
— Bo to spoko praca. Lepsza niż na złomie — odparł Chase od razu bardzo szczerze i prosto. Siedział lekko pochylony z brudnymi dłońmi między kolanami. — A psy są spoko, chociaż, no racja, trochę chu… — zaczął i przypomniał sobie, że Griffin nie przeklina. — Trochę… ee marnie, że kur… kurcze, nie da się im ot tak, no, znaleźć domu.
— Właśnie! — Mężczyzna za biurkiem wskazał go długopisem i odchylił się do tyłu na krześle, które dodatkowo przeraźliwie zaskrzypiało. — Zawsze trzeba w to włożyć część siebie. I nie w schronisko jako całość, a w każdego z psów, które tu mamy. Ale właśnie, Chase, złom… Wiesz, że jeśli chcesz tu pracować, to będzie to więcej godzin. Musiałbyś rzucić tamtą pracę.
Chłopak skrzywił się, ale skinął głową.
— No, wiem. Myślałem nad tym. Tylko… pytam, czy to by było tak, że bym ją… no, miał, nim bym tamtą rzucił? Bo nie mogę być bez roboty.
— Zostały ci dwie niedziele tutaj. Odpracujesz je, a od nowego roku, od początku stycznia miałbyś pracę. Co do grafiku jeszcze byśmy się dogadali, ale miałbyś opcje dwie… bo Tina prawdopodobnie też przejdzie na etat. Mógłbyś wziąć w niedziele jakieś osiem godzin plus po cztery godziny w trzy dni w tygodniu roboczym. Chyba że byś chciał całe weekendy wolne, to cały tydzień roboczy po cztery. To możesz przemyśleć. I… uwierz mi, Chase, cieszę się, że chcesz i byłbym super zadowolony, gdybyś się zgodził na te warunki. Trzeba nam ludzi takich jak ty.
Chase już drugi raz podczas tej rozmowy uniósł wysoko brwi z zaskoczenia. Tym razem także się lekko uśmiechnął.
— Serio? — spytał, ucieszony z pochwały. — Znaczy, no, ta opcja z niedzielą jest spoko. Jeszcze kończę budę, to by jakoś lepiej… chyba.
— Też tak sądzę. W takim razie mogę cię wstępnie zapisać, umowę podpiszemy, kiedy skończysz prace społeczne, dobra? Teraz mam trochę papierów do załatwienia, nie wiem nawet gdzie są te umowy… cholerka… Ale spokojnie, przygotuję wszystko na czas. Obowiązki pewnie będziesz miał takie same, ale musisz być przygotowany na doszkalanie. Wiesz, sprawy medycznego obchodzenia się ze zwierzakami, psychologia zwierzęca… — Griffin mówił, ale przy tym już szukał świstka, którego Chase potrzebował dla Courtneya. — Niektóre obowiązkowe, inne proponowane, które czasem dostajemy z góry… Ale nie martw się, niepłatne.
— O, to klawo. Bo takie rzeczy są spoko, ale, no… z kasą… — Nastolatek skrzywił się, przyglądając się mężczyźnie i czując pewne oszołomienie. Bo z jednej strony ogromnie się cieszył, że będzie mógł za pieniądze pracować w schronisku, z drugiej trochę było mu głupio, że zostawi Asha samego na złomowisku. Niby ten był jego szefem, ale jakoś mieli kontakt. Może nie szczególnie zażyły, ale jednak. Przecież nawet wiedział, jak jego syn ma na imię. To dziwnie zobowiązywało, by jak najszybciej poinformować obecnego pracodawcę o zmianach.
— Tak, tak, zrozumiałe. — Griffin pokiwał głową i z głuchym „o, jest!” wyciągnął z szuflady małą karteczkę. Szybko i niedbale podpisał i przybił pieczątkę. — Dobra, Chase, masz tu dowód dla kuratora. Ogarnę dla ciebie papiery na za tydzień już może i po twoich godzinach dokładniej pogadamy, co?
— Jasne, spoko. — Nastolatek od razu się podniósł, by przyjąć kartkę. I tak miał czasami wrażenie, że Courtney ich nie potrzebował, chociaż mogły mu się potem w jakimś sprawozdaniu przydać. Niemniej, nigdy się o nie nachalnie nie upominał. — To ten, super. Fajnie, że jednak coś jest i no… do za tydzień, tak?
— Tak, miłe… Och, Chase! — Griffin podniósł się, jakby chciał go zatrzymać, łapiąc przy tym za ramię. Potem pacnął się w czoło i uśmiechnął szczerzej. — Chyba będziemy mieć dom dla Czarnego — powiedział entuzjastycznie, mówiąc o Lilu, którego tutaj często tak nazywali. — Możesz przy okazji powiadomić swojego kuratora. Zgłosiła się rodzina i będziemy ich sprawdzać.
— Och… — wyrwało się Chase’owi, po czym uśmiechnął się. Dom dla psa był pozytywnym skojarzeniem, nawet jeśli Lil był już u nich na tyle długo, że się przyzwyczaił. Do wielu psów się przywiązywał, ale zawsze chciał dla nich finalnego domu. Więc była to gorzko-słodka wiadomość. I tak jednak dodał, uczony doświadczeniem: — Ale trzeba ich dobrze sprawdzić. On chujowo… — Zauważył przekleństwo i sprostował: — Kurwa, sorry, chciałem powiedzieć, że Czarny fatalnie to zniesie, jeśli ponownie będzie wtopa. Teraz robi postępy, jak go widziałem, ale nadal źle znosi samotność.
Griffin znowu usiadł i zapadł się w swoim fotelu.
— Zdaję sobie z tego sprawę, szkoda mi tego małego, dlatego nie chcę skreślać z góry tej rodziny. Sprawdzimy ich dokładnie. Liczę na to, że Czarny będzie miał miłe święta.
— Wiesz, no, w razie co, mogę z nim i moim psem też do nich pojechać. Dla niego będzie wycieczka niby, a jakiś tam też ostateczny test czy coś. Może by na to poszli. I wiem, że wiesz, co robisz, ale… no, sam wiesz. Ale przekażę kuratorowi — dodał, wykazując współpracę. Nie chciał znowu wtopić z Lilem. Lubił tego psa, chciał, by miał dobry dom. I przede wszystkim stały.
— Fajnie, byłoby dobrze, jakby Czarny pojechał do nowego domu z kimś, kogo zna — podchwycił Griffin i znów szerzej się uśmiechnął. — Zgłosili się wczoraj, więc jeszcze czeka nas sporo formalności, ale jak wszystko pójdzie dobrze, przed świętami pies będzie miał dom.
Chase skinął głową, po czym jednak się skrzywił.
— Ej, w ogóle, jest w schronisku trend, że ludzie jak debile biorą psy z racji świąt, że no… prezent i w ogóle?
— No… cóż… — Griffin chyba poczuł, do czego zmierza chłopak. — Tak, niestety zdarza się to. Ale nie możemy odmawiać adopcjom, podejrzewając, że to za sprawą świąt i prezentu dla dziecka.
— No ta, wiem, tak tylko pytam. Dobra, zresztą wiecie, co robicie, nie? — spytał na koniec, zamiast stwierdzić bezpośrednio. Martwił się. Co miał na to poradzić?
— Tak, staramy się przynajmniej. Nie bój się, wszystko dokładnie sprawdzimy. Nigdy nie wiadomo do końca, czy naprawdę można zaufać ludziom, ale będę ostrożny w tym przypadku — zapewnił Griffin i wstał, by wrócić do porządkowania teczek. — Porozmawiamy za tydzień, dobrze? Mam jeszcze dużo pracy, sam widzisz, jaki tu bajzel, a święta za pasem, porządki tutaj też dobrze zrobić…
— Ta, sorka, sorka. Już spadam. To do za tydzień! — odparł Chase i jakby sobie przypomniał nagle, że miał wyjść, szybko chwycił za klamkę i wyszedł z krótkim „do widzenia”.
Dopiero na korytarzu odetchnął. Był zaskoczony. Miał pracę w schronisku. Lil mógł mieć dom. Ten dzień był naprawdę niezły!
Niecałą godzinę później jechał już do domu Courtneya, u którego nocował od czasu, gdy dziadkowie ukradli mu laptopa. Wiedział, że czeka go coś dobrego do jedzenia, a jeśli nie, to przecież i tak miał klucze i mógłby wejść. Chociaż podejrzewał, że jego kurator jest w domu. W końcu było niedzielne popołudnie, a na zakupy mężczyzna pojechał dzień wcześniej.
Tak jak się spodziewał, gdy już wysiadł z autobusu i doszedł pod dom, ujrzał światło zapalone w salonie. Wystarczyło naciśnięcie klamki, żeby powitało go głośne szczekanie.
— Hej! — rzucił w przestrzeń, a nie konkretnej osobie.
Zaczął się rozbierać z kurtki i butów, a chwilę później były już przy nim dwa psy. Tank i jego nowy, nieodłączny przyjaciel, Lil. Czarny pies prawie się pokładał, kiedy popiskiwał na powitanie, a jego ogon machał na boki, jakby zaraz miał się urwać. Chase od razu pomyślał, że taki widok mogą mieć codziennie jego nowi właściciele.
— Siema! — Usłyszał odpowiedź swojego kuratora, a gdy wszedł głębiej, ujrzał obu braci Corn. Starszy siedział na kanapie z laptopem Courtneya na kolanach i popijał piwo, a sam Courtney przeglądał jakąś gazetę. — Jak w pracy? — zagadał, unosząc wzrok na chłopaka.
— A spoko — odparł nastolatek i podszedł do swojej „dziewczyny” z Lilem na rękach, jak z małym dzieckiem. Tank był zazdrosny, więc kiedy chłopak już był tuż obok kuratora, oddał mu psa, a konkretnie posadził mu go bez pytania na udach i dopiero cmoknął go w policzek. Po tym jego uwaga skupiła się na Tanku.
Courtney położył dłoń na głowie Lila, pomiędzy jego uszami i zaczął go drapać, a Marshall obejrzał się to na jednego, to na drugiego i rzucił:
— A gdzie dla mnie pies?
Chase spojrzał na oba mieszańce pit bulla, a dopiero potem na Marshalla.
— Chcesz pekińczyka? Będzie ci pasował.
Marshall prychnął i chyba uznał, że nie jest to warte komentarza, bo wrócił do przeglądania stron internetowych z meblami. Już prawie wykończył piwnicę i niedługo będzie mógł ją wyposażyć.
— Jesteś głodny? Mogę ci odgrzać risotto — zasugerował Courtney.
— O spoko, byłoby spoko — odparł Chase z entuzjazmem, siedząc mocno pochylony na kanapie i trzymając Tanka w objęciach, bo pies stał na tylnych łapach. Wydawał się uradowany zainteresowaniem. — W ogóle, podasz jakieś chrupki? To z chłopakami poćwiczę, nim zrobisz?
— Jasne. — Courtney postawił Lila na podłodze, odłożył gazetę i wyszedł do kuchni. Po chwili pojawił się w progu z małą paczką psich chrupek i z krótkim „łap”, rzucił je swojemu chłopakowi. A potem wrócił do kuchni.
Marshall obejrzał się na swojego brata i uśmiechnął się.
— Zrobiłeś z niego żonkę.
— A co? Zazdrościsz? — odparł Chase z cieniem uśmiechu w kąciku ust. A kiedy tylko zaszeleścił, oba psy znalazły się przy nim, żeby dostać smaczną przekąskę za kilka sztuczek.
— Jakby miał cycki? Może. Ale tak, dzięki, wolę laski.
Chase roześmiał się i nakłonił komendą Tanka, żeby, będąc w siadzie, uniósł dodatkowo przednie łapy. Pies zrobił to bez problemu, teraz czekając na łakoć. Chłopak musiał tylko uważać, żeby Lil za bardzo nie wciskał się po cudzą nagrodę.
Marshall przy tym zerkał na niego z lekkim podziwem w duchu. Głupi by zauważył, że ma do tego dryg. Chociaż jego czasem Tank też słuchał, ale z Lilem było gorzej.
Po kilku minutach w salonie pojawił się Courtney z całkiem sporą misą pełną ciepłego, pachnącego risotto. Postawił ją na stoliku razem z widelcem i ponownie zasiadł na fotelu.
— Smacznego. Trochę z ilością sera przesadziłem, ale Marshall nie narzekał.
— Też nie będę raczej. Głodny jestem. Dziś w schronisku był straszny burdel — odparł chłopak, a Lil czując smaczny zapach, od razu chciał wpakować nos w jego miskę na stole. — Lil, nie — skarcił go chłopak, a kiedy pies nie posłuchał od razu, wstał i swoją postawą odsunął psa od stolika. Dopiero kiedy był dostatecznie daleko, kazał psu usiąść i czekać. Tank, który już się tego nauczył, siedział sam kawałek dalej, czekając na lepsze czasy albo na to, aż ktoś inny, a nie jego pan, się nad nim zlituje i coś mu da.
— Większy niż zwykle? — dopytywał Courtney niezobowiązująco, równocześnie przerzucając kartki magazynu. Z rogu salonu dobiegała ich muzyka grunge’owa.
— Nie no, trochę tylko, ale był cyrk, wiecie no, jakiś taki półdziki pies do nas trafił. Boże, no strach mu z oczu patrzył — Chase opowiadał podczas jedzenia, dlatego czasami niektóre słowa były niewyraźne. — Ale to tam wiecie, w sumie częste, ale upierdol z tym straszny. Lepsze, że byłem u Griffa. — Chase zawiesił głos, przełknął i spojrzał na kuratora, czy ten go słucha.
— Mhm? — Courtney obejrzał się na niego, by dać znać, że nadąża. Imię przełożonego Chase’a kojarzył nie tylko z jego opowieści, ale też widział się z nim, kiedy Chase zaczynał tam pracę.
— No i pamiętasz, jak gadałem z nim o tej robocie? To dziś byłem i powiedział, że spoko by mógł mnie wziąć na połówkę. Nieźle, co?
Tym razem obaj bracia Corn popatrzyli na niego. Marshall zagwizdał, a Courtney odłożył magazyn i uśmiechnął się.
— Super! To chyba się sprawdziłeś w tej robocie, skoro się zgodził. Mówił coś więcej? — dopytał od razu, w duchu strasznie ucieszony z tej informacji. Nawet przekręcił się bardziej na fotelu w stronę chłopaka, żeby było mu wygodniej na niego patrzeć.
Chase także zaśmiał się nerwowo, zadowolony z reakcji, jaką wywołały jego słowa. To było niezwykłe, że ktoś cieszył się z nim jego szczęściem. Cudownie się czuł w tym domu. I nawet Marshall był dla niego jak jakiś brat czy ktoś, kto nawet prowadząc z nim małą, prywatną wojnę, jest po jego stronie.
— Tyle, że no… takich osób jak ja im trzeba i że, no, muszę ze złomu odejść. I czy wolę w tygodniu więcej, czy niedziele całą.
— Jeśli godziny by ci się rozbiły bardziej w tygodniu dzięki tej niedzieli, to chyba lepiej tak, hm? Wciąż masz szkołę, a nie zawsze dają wam zadania na weekend, a z dnia na dzień — zauważył Courtney. — Będą ci płacić lepiej niż u Asha?
Chase na moment stracił animusz i popatrzył głupio na mężczyznę.
— E… wiesz, nie wiem. Nie pytałem, nie wiem, wypadło mi to z głowy. Nie myślałem, że dostanę, a potem Griff rzucił, że chyba będzie dom dla Lila i zapomniałem spytać.
— Och, dom dla Lila…? — powtórzył Courtney, a uśmiech na jego twarzy, zamiast się poszerzyć, to na chwilę zgasł.
— Hoho, Tank straci najlepszego kumpla. A wczoraj widziałem, jak się czaił i pilnował, gdy Lil ostrzył zębiska na nodze od stołu — dodał Marshall drwiąco i wstał, by odłożyć laptopa na biurko.
— A nie mogłeś go pogonić, żeby go nie gryzł? — rzucił Chase do Marshalla z pretensją. — To, że ja będę coś z nim robił, a ty będziesz patrzył, to nie pomoże go wychować. Potem znowu ci ludzie się wkurwią, że im zeżarł pół domu.
Courtney, który tego wszystkiego słuchał i teraz patrzył na czarnego mieszańca pit bulla, myślał z żalem o tym, jakby tu było pusto, gdyby pies odszedł. Co prawda zostałby Marshall, Tank i Chase, ale… Lil był już w jakimś stopniu członkiem ich małej, męskiej rodziny.
— Kiedy chcą go zabrać? — zapytał, sięgając już bardziej markotnie po swoją gazetę.
— Nie wiem, na razie to jeszcze nic pewnego, bo ktoś jest zainteresowany, ale muszą ich sprawdzić. Czy się nadadzą. Też myślałem, by, jak już coś, jechać do nich z Tankiem, żeby się nie zestresował, bo chujowo to znosi — odparł Chase, wracając do jedzenia, bo ser zaczął już zastygać.
— Mhm… Niech dobrze sprawdzą. Ale cieszę się, że masz pracę. — Courtney wrócił do wcześniejszego tematu, żeby nie myśleć o oddaniu Lila. — Marshall, widzisz, że nie trzeba skończyć studiów, żeby coś znaleźć — dodał do brata, który właśnie zwalił się obok Chase’a na kanapę, bliżej Courtneya.
Marshall prychnął, sięgając po pilota od telewizora.
— Nie trzeba też mieć mózgu, żeby być kuratorem, jak widzę.
Courtney wykrzywił usta.
— Ale właśnie, Chase mówi, że musi odejść ze złomu. Może jego szef by kogoś szukał i… mógłbyś zapytać, czy przyjąłby cię na złom — zasugerował od razu, gdy o tym pomyślał.
Marshall znowu spojrzał na brata jak na debila. Nie odpowiedział tym razem, tylko pokazał mu środkowy palec. Wręcz przystawił mu go do twarzy.
— Jeb się.
Courtney od razu złapał go za nadgarstek i wykręcił go.
— Żadna praca nie hańbi.
Marshall warknął i szarpnął się. Na tyle mocno, że ściągnął brata na podłogę. Kiedy ten upadł, automatycznie puszczając jego nadgarstek, sam się na niego rzucił, siadając na nim.
Chase zabrał tylko nogi i jedzenie, żeby bracia i jego nie zwalili. Psy oczywiście rozszczekały się głośno, merdając ogonami, kiedy mężczyźni się siłowali. Courtney też miał sporo siły, więc udało mu się złapać oba nadgarstki Marshalla, wykręcić je na boki, by ten miał splecione ręce i przewalić na plecy.
Chase obserwował tę szarpaninę ze wzajemnymi wyzwiskami i w typowo braterskiej atmosferze. Psy szczekały głośno, Chase coraz głośniej rechotał, Tank szarpał Marshalla za nogawkę spodni, a Lil… zaszedł mężczyzn od przodu i że tym razem Courtney był na górze, wskoczył na niego przednimi łapami. Nie to jednak było w tym złe. Gorsze było to, co Courtney bardzo szybko poczuł na czole i skroni, kiedy Lil podjął próbę dosłownie… wyruchania jego głowy.
— Kurwa! Kurwa, Lil! — krzyknął, puścił Marshalla i nie dał psu możliwości dłużej wykonywać ruchów frykcyjnych na swoim ciele. — Kurwa! — powtórzył, czerwieniejąc na twarzy z zażenowania i próbując unieść się z podłogi.
Marshall, który miał na całą scenę najlepszy widok, bo wręcz widział, jak różowy, wilgotny penis psa dźga jego brat w czoło, wybuchnął niekontrolowanym śmiechem, zwijając się na bok na podłodze. Chase, jak może racjonalnie by współczuł Courtneyowi, też rżał ze śmiechu, a nadal podniecony Lil biegał między nimi wszystkimi i szczekał radośnie.
Kiedy Chase i Marshall brechtali w głos, psy szczekały, Courtney wręcz palący się na twarzy, niemal pobiegł do łazienki. Nawet nie zamknął drzwi, a ci, którzy zostali w salonie, słyszeli toczenie się wody z kranu.
— O ja pie… rdolę! — Marshall śmiał się głośno, nie mogąc złapać oddechu.
Chase prawie się krztusił, ale zatrzymał Lila, chcącego pobiec za swoją „suczką”, którą przed chwilą prawie zaliczył.
— Nie, nie, Lil… o Bożeee, nie, czekaj! — Trzymał psa, dalej rechocząc.
Nie zdążyli się uspokoić, kiedy Courtney z umytą twarzą wrócił do salonu. Popatrzył po nich z grymasem i usiadł na kanapie.
— Mam nadzieję, że nowa rodzina Lila nie będzie miała dzieci… Jak odwali coś takiego jak mi… — zaczął i w końcu ukrył twarz w dłoni.
— Hahaha! Czujesz się zmolestowany przez psa? — Marshall rżał dalej, ale już próbował się przy tym podnieść z podłogi.
— Noo! — podchwycił Chase, nadal trzymając Lila, który szeroko się uśmiechał. Język miał wystawiony na brodę i nadal był podniecony, przypominając Courtneyowi, co się wydarzyło, kiedy ten tylko spojrzał na psa. — I, hahaha, to tylko kutas! Nie są ci obce! — Śmiał się, nie kontrolując rozbawienia i tego, co mówi.
Courtney popatrzył na śmiejącą się dwójkę. Wychylił się, trzepnął najpierw Chase’a przez głowę, a potem swojego brata. Bez słowa wziął pusty talerz swojego chłopaka i wyszedł do kuchni.
Kiedy wkładał go do zmywarki, jeszcze długo słyszał śmiechy z salonu, aż w końcu jeden ze śmiechów się zbliżył. Był już tylko cichym podśmiewaniem się pod nosem, ale Chase chociaż przyszedł do niego. Objął go w pasie od tyłu i cmoknął w bok głowy, nadal z głupkowatym rozbawieniem.
— Oj, chyba nie masz traumy?
Courtney skrzywił się i położył dłonie na przedramionach chłopaka.
— Nie, mam tylko zgwałconą głowę.
— Oj, to tylko Lil. Dobrze, że Marshall ci jej nie zgwałcił. — Zaśmiał się, nie mogąc być poważnym.
— Przestań — mruknął Courtney poważniej i odwrócił się w ramionach chłopaka. Objął go za szyję i pocałował. — Dość o psich kutasach. Wolę myśleć o twoim, a Lil… Lila trzeba poskromić. Wciąż niszczy niektóre rzeczy.
Chase jęknął, przewracając oczami.
— Kurwa, no wiem, no, ale nie tylko ja mogę go pilnować. Też jak jesteś w domu czy Marshall, to trzeba mu przypominać. To debil jest — stęknął, po czym znowu spojrzał na swoją „dziewczynę”. Od razu się uśmiechnął i zachichotał. — Gdzie cię dźgał kutasem?
— Chase! Przestań, to nie jest zabawne… — jęknął Courtney.
— Jak nie jest zabawne, jak jest? — Chase znowu się zaśmiał i wystawił język. Usztywnił go i dźgnął nim mężczyznę w kość policzkową.
Kurator skrzywił się, odepchnął chłopaka i wytarł twarz.
— Chase! Wystarczy mi, że Tank patrzy, jak się pieprzymy, a kojarzenie twojego języka z penisem Lila nie jest mi już potrzebne. Nie chcę podczas całowania się z tobą o tym myśleć — powiedział i uwolnił się z rąk chłopaka, żeby… zrobić coś. Wytrzeć blat kuchenny czy coś.
Chase zaśmiał się znowu, ale kiedy tylko mężczyzna zaczął się odwracać, żeby od niego uciec, nastolatek szarpnął go mocno za łokieć. Przyciągnął go do siebie i mocno pocałował, aż przechylając swoją „dziewczynę” do tyłu.
Courtney mimowolnie stęknął, ale po chwili wahania poddał się temu. Znów z westchnieniem rezygnacji objął Chase’a za szyję i rozchylił wargi na jego język.
Chase koszmarnie całował w porównaniu z tym, jak ruszał biodrami, ale miłe było, że w ogóle tak mogą dzielić się czułościami przy Marshallu. Na szczęście jednak żadnego z nich nie ciągnęło do takiego stopnia otwartości jak Walter Mason.
— No, nie bocz się — Chase mruknął, kiedy w końcu puścił usta Courtney, zaczerwienione teraz bardziej niż twarz chwilę temu.
— To nie przypominaj mi o tej porażce — poprosił Courtney i oparł głowę o ramię wyższego chłopaka. — Porozmawiajmy o czymś innym.
— O czym? I chodź, nie stójmy jak fiuty na środku kuchni.
Courtney po tym komentarzu zaśmiał się nawet krótko i podążył za Chasem znowu do salonu. Marshall, który już oglądał spokojnie telewizję, poruszył brwiami, patrząc na brata.
— Jak tam, suczko?
Courtney trzepnął go znowu w głowę i usiadł na fotelu. Brata zignorował, a zwrócił się do chłopaka:
— Co z tym domem dla Lila? Będą ich sprawdzać dopiero?
— Mhm, więc jeszcze to nic pewnego, ale jest jakaś nadzieja. Ciekawe jak wypadną — odparł nastolatek, podciągając do siebie nogę i opierając się o nią. Był zmęczony dzisiejszą pracą, ale lubił takie wspólne siedzenie w salonie. Do tego, jak tylko zerkał na twarz Courtneya czy na Lila, od razu chciało mu się śmiać.
— Mówiłeś, że wiele razy go oddawali… Nie wiem, czy to przywiązanie, czy racjonalne myślenie, ale mam co do tego złe przeczucia… — odpowiedział kurator z wahaniem, bo wiedział, że powinno go cieszyć, że Lil miał mieć nowy dom, a u niego był przecież tylko tymczasowo.
Chłopak westchnął głęboko, samemu mając wątpliwości, jak do tego podejść.
— Sam nie wiem. Nie chcę, żeby to znowu była wtopa.
Courtney chciał zapytać, czy nie da się tego jakoś przedłużyć, czy nie może u niego zostać na dłużej… Ale z drugiej strony, w czym to miałoby pomóc? Przecież pies tylko bardziej by się do niego przywiązał i na koniec jemu też byłoby trudniej się pożegnać.
— A gdybym chciał go zostawić… to już nie byłoby wykonalne? — zapytał z nadzieją, że Chase powie, że przecież zdecydował się na tymczasowy i nie ma odwrotu.
— Bo będziesz tęsknił za swoim kutasem? — rzucił Marshall prześmiewczo, cały czas przysłuchując się jednym uchem rozmowie, mimo że się nie wtrącał, bo oglądał telewizję.
Courtney skrzywił się i najpierw zapragnął wyjść, a chwilę potem odpyskować bratu. Ale wiedział, że to zawsze sprawiało, że w przeciwnikach wzmagała się chęć dowalenia obiektowi żartu jeszcze bardziej. Dlatego zignorował Marshalla i poczekał na odpowiedź Chase’a. Ten za to usilnie starał się nie śmiać. Nie chciał oberwać. Musiał tylko złapać kilka głębszych oddechów.
— Nie no… — Odetchnął znowu, żeby nie parsknąć śmiechem. — Jakbyś chciał go zostawić, to by cię rozważali z nimi. Ale miałeś go już, to byś miał przewagę. Ale czemu pytasz?
Courtney rozłożył ramiona i popatrzył na spokojnie leżącego Lila.
— Bo lubię tego psa?
— I chciałbyś go zostawić? — spytał Chase z coraz wyraźniej słyszalnym zdziwieniem w głosie.
— Rozważam to… Uczy się, lepiej zachowuje niż na początku… Tank się nie nudzi. Poza tym mamy pewność, że Lil ma tu dobrze.
— No, ale wiesz, że to tak by było ostatecznie, nie? — dodał Chase poważnie. Podstawą dobierania nowych domów dla właścicieli było to, czy ci myśleli głową, a nie sercem.
— Chase, nigdzie się nie wyprowadzam. Mam stałą pracę, nie planuję dzieci, na które Lil ewentualnie źle by działał. Jest tu też Marshall, w razie czego, gdybym gdzieś musiał na chwilę wyjechać — odpowiedział Courtney równie spokojnym, poważnym tonem, ale przy tym wciąż się wahał. Mimo wszystko odkąd miał Lila w domu, ani razu nie pomyślał o oddaniu go. — Kiedy musiałbym się zdecydować?
— Najlepiej wcześniej, żeby tym ludziom jak już coś nie powiedzieć po sprawdzaniu, że no sorry, ale nie — wytłumaczył Chase spokojnie, trochę skonfundowany faktem, że jego kurator chciał przygarnąć Lila. Wpisać go jako swoje zwierzę i być w stu procentach jego właścicielem.
— W porządku, pomyślę o tym do jutra — mężczyzna w końcu się zdecydował, a potem podsunął się do Chase’a bliżej i pocałował go w policzek. — Daj jeszcze raz takiego buziaka jak w kuchni.
Chase uchwycił kątem oka, jak Marshall przewraca oczami, ale nie przejął się nim. Chwycił tylko kuratora za kark, przyciągnął i pocałował mocno i z pasją. Miał ochotę już się przenieść z nim do parteru.
— Mmm… a może skoczę się umyć i… pogadamy w łóżku?
— Mm…? — Courtney najpierw mruknął na odczepnego, bo zajęty był wykorzystywaniem jego ust, ale w końcu przytaknął. — Mhm. A może umyjemy się razem?
— Też spoko.
— Okej. To chodź. — Courtney uniósł się i ruszył pierwszy do łazienki. Miał ochotę na seks pod prysznicem.
Chase zaśmiał się jeszcze bardziej, widząc minę Marshalla, który rzucił do niego bezgłośne „jak żonka”. Nic nie odpowiedział, tylko poszedł za swoją „dziewczyną” w stronę łazienki. Może faktycznie czasami Courtney zachowywał się jak jego żonka, ale nadal chciał go brać, gdzie się tylko dało. A przecież, jakie małżeństwa tak miały? Z taką abstrakcyjną logiką i powoli kumulującym się podnieceniem, dotarł do łazienki i zamknął się w niej z Courtneyem.

7 thoughts on “Newton’s Balls – 66 – Suczka i żonka

  1. Katka pisze:

    O., oj tam, oj tam, jak po północy to już kolejny dzień przecież. Niech Albert w to wierzy. Fajnie, że miło się czytało :) Pisało chyba tez, chociaż to dawno było XD A Courtneyowi trzeba współczuć! Biedny, został zmolestowany przez psa!

  2. O. pisze:

    A czy to wciąż nie będzie noc niedzielna? W sensie po północy? :o ale jeśli to pomaga Albertowi to spoko xD miło się o nich czytało! No i ciekawe, czy Rid podnieci go swoim świątecznym wydaniem xD
    Co do Corna, nie wiem czy się śmiać czy płakać współczując mu xD

  3. Katka pisze:

    Noe, no dawno w sumie nie było Alberta i Ridleya. Więc chyba był najwyższy czas na nich. Fajnie, ze ich pojawienie się ucieszyło :) I oczywiście, że Courtneyowi zostanie trauma, hehe XD Biedny, taki wykorzystany XD

    Tess, hehe, widze, że nie jesteś fanką Alberta i Rida :) W takim przypadku dobrze, że rozdział jest podzielony na sceny, choc wiem, ze tak nie jest zawsze. Ale nigdy się wszystkich nie zadowoli XD Co do Lila, to tak, chyba zawsze jak ktoś bierze psa na tymczas, to tak jest. W pewnym momencie się chyba traktuje psiaka jak członka swojej rodziny. Trudno się go pozbyć…
    Co do Twojego pytania – tak, 3 część ATCL będzie tą ostatnią i jest to już informacja w 100% pewna. Jeszcze do niedawna się zastanawiałyśmy, jak to wyjdzie w praniu, ale jednak już plan jest ustalony i na pewno zamkniemy to w 3 częściach.

    ErwinaSmith, widzę, że generalnie ten rozdział Cię rozbawił i prawidłowo XD Absurdalne rozmowy i sytuacje tak bardzo rozluźniają. Nie mogą być same dramy w końcu. U mężów na pewno jęki XD Pojawią się na pewno, ale nie wiem, kiedy niestety, bo na razie życia nie ogarniam XD Ale na pewno dadzą jeszcze o sobie znać. Pozdrawiamy!

    Wadera, całkiem nieźle Ci idzie spełnianie swojego postanowienia noworocznego i odpisujesz dzielnie <3 Lubimy to. „Swoją drogą, zamierzacie opublikować Twórczość Ridleya ? Coś czuje, że by mi się spodobała :D” – haha, wiesz, co, jak naprawdę mam wizję jego książki i całego jej zamysłu, tak boję się, że byśmy to spierdoliły XD Myślę, że Ridley ma mądrzejszy mózg niż nasze XD Ale nigdy nie mówię „nigdy” :D I zgadzam się, Lil powinien mieć jakąś suczkę w swoim gatunku XD Ci faceci zdecydowanie mają za miękkie serca, a już na pewno Courtney…

  4. Wadera pisze:

    Stare dobre małżeństwo. Uwielbiam ich nawet mimo faktu, że Albert potrafi być wkurzający. Chociaż jak na to patrzę z perspektywy to teraz kiedy czuje się bezpieczny i nie musi na każdym kroku walczyć, jest spokojniejszy, milczy, lepiej nastawiony do życia. Swoją drogą, zamierzacie opublikować Twórczość Ridleya ? Coś czuje, że by mi się spodobała :D
    Ha! Uwielbiam Lila! Chłopcy powinni się nauczyć, że nie wszystkie osobniki męskie zadawalają się własnym towarzystwem (Marshall w sumie powinien wiedzieć) i ten piesek potrzebuje chętnej suczki. . . Najlepiej własnego gatunku :P
    W sumie byłam przekonana, że tak się to skończy, że nowy pies zostanie. No serio! Ci faceci mają za miękkie serca żeby tak nie było. A jak to się mówi: jak się ma miękkie serce to trzeba mieć twardą dupę. . . albo meble jak w tym wypadku :)

  5. ErwinaSmith pisze:

    Wyje
    Albert i Ridley mnie pokonali.Co to była za rozmowa 😂
    Marshall, Lil i Chase jeszcze tych brakowało.Ja nie pogardzę tym co działo się za drzwiami łazienki.
    Poryczałam się. Robiłam coś podobnego jak Ridley żeby nie było mnie słychać jak się śmiałam tylko zamiast umięśnionego brzucha została mi poduszka ;_;
    Ciekawe co słychać u mężów XD U Jamesa i Waltera.pewnie jęki
    Trzymam kciuki za młodego, za jego pracę i żeby sprawa pobicia nie wróciła.
    Pozdrawiam XD

  6. Tess pisze:

    Uff, już myślałam, że sobie nie poczytam, jak zobaczyłam, że rozdział zaczyna się od Alberta i Ridleya, ale na szczęście większość była o głównej parce.
    Szkoda jakby oddali Lila, ale no cóż, życie… Zresztą wiedziałam, że Courtney się przywiąże do tego psa i ewentualnie go przygarnie ;) To jeszcze tylko Marshall nie ma psiaka!
    I Borze Zielony… Ta akcja z gwałceniem głowy, fuj xDD

    Mam jeszcze pytanie, ale już nienawiązujące do tego opowiadania… Czy trzecia część ATCL jest już tą ostatnią? Bo chętnie powtórzyłabym sobie wszystko od początku, ale nie wiem czy mi się opłaca, skoro za ileś tam czasu będę zapewne musiała czytać od nowa :D

  7. Noe pisze:

    Ostatnio wręcz marzyłam żeby poczytać o albercie i ridleyu <3 jak na razie jest to moja ulubiona para w tym opowiadaniu. A biedny courtney będzie miał traumę ; ( jego zachowanie "żonki" wydaje się tak naturalne że brak słów. Jak zwykle wszystko na swoim miejscu 😍

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s