Across The Cursed Lands III – 44 – Dobro kraju poczeka

Kolejnego dnia po operacji Eddie i Malvin dowiedzieli się od Williama, że będą mogli przenieść Jeffersona do domu. Obecnie lekarza nie było, ponieważ poszedł do miasta, chcąc zamienić kilka słów z doktorem Quingiem oraz poprosić o więcej specyfików. Przygotowywał też prowiant na drogę, którą musieli przebyć do domu Gavina. Jefferson z kolei spał, a Eddie i Malvin rozkładali kanapę. Właściwie to Eddie ją rozkładał, a Malvin kawałek dalej składał już wyschnięte ręczniki, które wczoraj uprali.
— Nadal nie wierzę, że to się udało — mruknął kowal, wygładzając pościel na łóżku.
Cały czas był pod wrażeniem tego, że Jefferson nadal żyje. Do tego Ranger, bardziej niż on sam, interesował już się sprawą wyjazdu do Waszyngtonu. Jego też pytał, czy to prawda, że jest z Malvinem i czy pojedzie. Na pierwszą kwestię mógł odpowiedzieć twierdząco. Na drugą w sumie też, ale Jefferson dopytywał, czy zostawi tu Malvina. A ten najwyraźniej miał swój pomysł na wyjazd.
— Ja też nie. Dzięki niespodziewanej pomocy Tecu i doktora Quinga się udało. Will też okazał się naprawdę dobrym lekarzem. Ale odnośnie Tecu… — Malvin spojrzał przez lewe ramię na Eddiego, kiedy odkładał kolejny materiał do komody. — Myślałem, czy nie chciałby tu spędzić zimy razem ze swoimi ludźmi.
Eddie od razu na niego spojrzał. Jak do tej pory, ich nowo poznany Indianin faktycznie pozytywnie ich zaskakiwał. W nocy po operacji pomógł uprzątnąć ciało szarej małpy. Rankiem wrócił do siebie, lecz jeszcze odwiedził ich, żeby spytać o zdrowie Rangera, którego nawet nie poznał. Spędził przez to też chwilę z Malvinem, rozmawiając o zwierzętach.
— Nie wiem, co władze miasta by na to powiedziały.
— Może Jeff jako Texas Ranger miałby na to jakiś wpływ. Może zapewniłby im bezpieczeństwo…
— Na razie nawet nie wstaje z łóżka — mruknął Eddie posępnie, wracając do ścielenia kanapy. — Ale jeszcze nie udało się skontaktować z tą kobietą… — Zamyślił się, bo to dawało im czas.
— Tak, jutro Will chciał tam pojechać — zauważył Malvin i odłożył ostatni ręcznik. Po tym potarł ramię dłonią i podszedł do kominka. — Dołożę drewna.
Eddie po powleczeniu poduszki dodał:
— Ale myślisz, że to dobry pomysł?
Traper wrzucający dwie większe kłody do palącego się ogniska w kominku popatrzył na niego pytająco swoimi przyjaznymi, jasnymi oczami.
— Pytasz o Tecu?
— Mhm.
— Nie wiem… Myślę, że dla nich byłoby to dobre, bo sam Tecu mówi, że trudno im przetrwać zimę, a ta zapowiada się na srogą — wyjaśnił, znów odwracając spojrzenie na ognisko. Ocieplało jego twarz i dłonie. Nie był tylko pewien, czy… czy Eddie też byłby na tak. Bo wtedy mógłby z nim pojechać do Waszyngtonu, ale nawet Malvin widział, że bardzo szybko… przyssał się do kowala. Że kiedy ten do niego przyjechał, od razu go do siebie zaprosił i od tego czasu mieszkali razem niczym długoletnia para. A może jednak Eddie wolałby od niego trochę odetchnąć. — A ty co o tym myślisz? Jeśli się nie przydam, to mogę zostać.
Eddie nie odpowiadał długo. Lecz po pewnym czasie wydawało się to dla niego naturalne. Nie reagował raptownie.
Usiadł na skraju kanapy i patrzył na Malvina.
— Na pewno byłbyś przydatny. Jeśli dobrze rozumiem sytuację, to jesteśmy w poważnej mniejszości z przeciwnikiem. Tylko… zastanawia mnie, jak czujesz się z tym, żeby komuś zostawiać swój dom i zwierzęta? — spytał w końcu wprost, widząc, wokół czego krąży ta rozmowa. Maverick miał problem, żeby zostawić pusty dom, dlatego postawa Malvina trochę go zaskakiwała.
— Jeżeli tylko miałbym pewność, że opieka nad domem i zwierzętami będzie dobra, to dałbym radę. To chyba nie będzie tak… bardzo długa podróż? — zapytał z nadzieją, oglądając się na Eddiego. A gdy zobaczył, że ten już skończył, podniósł się, podszedł do niego i usiadł obok.
— Nie mam pojęcia. Na pewno nie będzie to bezpieczny wypad na południe — odparł Eddie. Dzięki temu, że byli w tej chwili sami i nikt ich nie widział, cmoknął Malvina w policzek, objąwszy go uprzednio w pasie.
Traper od razu wsparł się na nim, po czym przytknął nos i usta do jego ramienia. Wciągnął jego zapach.
— Chciałbyś, żebym pojechał? — zapytał po chwili ciszy. Dość niewyraźnie, bo wciąż miał twarz blisko jego ciała.
Zaraz poczuł, jak palce na jego boku na chwilę mocniej się zaciskają.
— Stratą byłoby się rozstawać, kiedy dopiero się poznaliśmy.
Malvin przymknął błogo oczy i mocniej wychylił głowę, żeby wcisnąć twarz w szyję roślejszego mężczyzny. Poczuł na policzkach, nosie i wargach jego drapiący zarost. Pocałował go tam.
— Byłoby mi bardzo szkoda.
— Dlatego wolałbym, żebyś jechał z nami, albo żebym ja mógł tu zostać. Obawiam się jednak, że na drugą opcję nie mam najmniejszych szans, dopóki sobie czegoś nie złamię. — Eddie spróbował zażartować, kiedy pogładził bok gospodarza.
A ten od razu się roześmiał i aż odsunął głowę, żeby na niego spojrzeć.
— Wyglądasz, jakbyś miał bardzo mocne kości, Eddie. Więc to się szybko nie wydarzy. — Uśmiechał się szeroko, a kowal w jego spojrzeniu widział dużo podziwu.
Z początku może obawiał się trochę, czy jego ciało podoba się Malvinowi. Bo przecież nie wyglądał jak Jefferson. Ale przekonywał się, że podniecał Malvina, ponieważ ten nie raz się na niego zapatrywał, o chętnym dotykaniu nie wspominając. To go uspokajało i przez to też chciał go jeszcze bardziej dla siebie. I jak nie był pewien, czy to rozsądne, by zostawiać w prawie obcych rękach zwierzęta i dom, tak chciał, żeby ten radosny traper był blisko niego w czasie drogi do Waszyngtonu.
Kiedy tak siedział obok i nic nie mówił, Malvin w końcu oparł brodę na jego ramieniu i uśmiechnął się.
— Bizon — powtórzył to, jak nazwał Eddiego Tecumseh.
Eddie w końcu wyrwał się z zamyślenia. Pocałował młodszego mężczyznę w usta.
— Ciekawe, jak ciebie by nazwał. To, jak do niego podszedłeś, zasługuje na szacunek. Aż zaskakujące, jaki Tecu jest do nas pozytywnie nastawiony.
— Wyglądał, jakby był bardzo ciekaw tego wszystkiego, co robimy. I podobały mu się zwierzęta. Nakarmił je ze mną wczoraj z rana. No i dałem mu trochę świeżego chleba dla członków jego plemienia. Takie małe przekupstwo przychylności — zażartował Malvin, uśmiechając się.
— Najwyraźniej działa. Ale… — Eddie oparł czoło o głowę Malvina. — Możesz go zapytać, czy by chciał. Byłbym zaszczycony, jeśli byś chciał nam… mi towarzyszyć — poprawił się.
Dzięki takiej otwartej odpowiedzi, która jasno mówiła, że Eddie naprawdę pragnął jego towarzystwa, Malvin aż stęknął i wlazł mu na kolana. Objął go mocno i przytulił się do jego sporego ciała.
— Zapytam. Pojadę dziś popołudniu na jego tereny, skoro nie pada.
Eddie od razu złapał Malvina w pasie już obiema rękoma. Pocałował go w usta, a w kolejnej chwili jego szyję.
— Będziemy musieli wykorzystać kilka ostatnich dni, jeśli się zgodzi, nim ruszymy w drogę. Ale teraz… teraz musimy ułożyć tu naszego pacjenta bez serca.
— Mmm… Szkoda, że sami nie możemy wykorzystać tej świeżej pościeli — zażartował Malvin. Cmoknął jeszcze kilka razy Eddiego, skubnął jego wargi i dopiero pozwolił sobie wstać.
Po tym podszedł do wieszaka, żeby zarzucić na siebie kurtkę i wyjść z Eddiem po Jeffersona.

***

Grudzień od samego początku podróży nie rozpieszczał ani Nicholasa, ani Mavericka. Dlatego z ulgą powitali pierwsze budynki Waszyngtonu. Spanie w zajeździe, jakkolwiek może i bardziej niebezpieczne, tak na pewno było wygodniejsze dla ich kości.
Dotarli do niespełna stuletniej stolicy Stanów Zjednoczonych późnym wieczorem, dlatego postanowili dopiero z rana odnaleźć prezydenta. Wiedzieli, gdzie go szukać. Wiedzieli też, jak się do niego dostać. Pod tym względem nie obawiali się szczególnie dużych przeszkód. Jedynie tego, że ten może być akurat zajęty i ktoś inny będzie ich powstrzymywał przed wizytą oraz rozmową w cztery oczy.
— Jak myślisz? Wyruszyli już z Frankfort? — zapytał Nicholas, kiedy ubierał porządniejsze ubrania. Świeżą koszulę i skórzane rękawice na obie dłonie. Nie zakładał munduru, bo go nie miał, ale zabrał i schował wszelkie odznaki, jeśli ktoś śmiałby podważać jego stopień. Do tego wiedział, że Ulysses Grant też nie był człowiekiem o złej pamięci. Ale nie był też kimś o zbytnim pobłażaniu co do stosownej w wojsku i cywilu etykiety.
— Nie wiem. Ale jeśli nic nie stanęło na przeszkodzie, to dojechali na pewno przed nami — odpowiedział Maverick, który robił to samo co Nicholas. Ubierał się. I wyglądał przy tym zupełnie inaczej niż zwykle.
Poza tym, że starannie uczesał włosy, założył na siebie białą koszulę ze stójką, pod którą zawiązał czarną aksamitkę. Założył też ciemną kamizelkę i węższe spodnie. Wyglądał bardzo elegancko w porównaniu do tego, jak zwykle się go widziało. Na to musiał jeszcze zarzucić płaszcz.
Mimo że mieli dużo na głowie i spieszyli się, Nicholas na chwilę zapatrzył się na swojego partnera. Nie widywał go tak ubranego często. Do stu czortów, nie widział go tak dobrych kilka lat przez to, że Maverick nie wystawiał nosa poza swoje ranczo dalej niż na kilka mil. A teraz wyglądał tak, że Nicholas czuł się, jakby miał w spodniach jeszcze jedną metalową protezę poza nogą. Aż odchrząknął, zapominając, że chciał coś powiedzieć.
Otrząsnął się dopiero po chwili, kiedy już Maverick oznajmił, że jest gotowy. Przy pasie miał jeden rewolwer, który zakupili dodatkowo w drodze. Ponadto na głowę założył nowy kapelusz.
— Jedźmy. Nie ma czasu do stracenia.
— Tak… — Nicholas poprawił swoją kamizelkę i kapelusz. — Tak, tak, tylko… — Zatrzymał Zwierzaka, nim ten wyszedł z pokoju. Przytrzymał drzwi, żeby ten nie mógł ich otworzyć. — Bo… — Znowu odchrząknął i wreszcie uznawszy, że prędzej wyduka cały alfabet niż sensowne zdanie, pochylił się do Mavericka i pocałował go w usta.
Ten sapnął cicho z zaskoczenia, ale była to na tyle miła pieszczota, że poddał się jej. Chyba ostatnio mieli zbyt dużo stresów, żeby teraz to odrzucił. Śmierć Flapa i Showa, do tego niepewność co do każdego kolejnego dnia… Chwycił Nicholasa za skraj ubrania, ścisnął i oddał pocałunek, przymykając oczy.
Generał zamruczał w jego usta. Odchylił się do tyłu, ale przy tym pociągnął Mavericka za sobą. Objął go w pasie i długo nie puszczał jego ust. Opierali się o ścianę przy drzwiach, a Nicholas czuł, jak serce w piersi szybko pompowało mu krew do ciała, a on chciał się temu teraz poddać. Nadal umiał stracić głowę dla tego mężczyzny.
Mieli wyjść na spotkanie z prezydentem Grantem, żeby oświecić go o tym, co dzieje się w kraju. A teraz nie byli w stanie odsunąć się od siebie i całowali się w tym małym, hotelowym pokoju. Maverick wsunął mu dłonie pod kurtkę i objął go w pasie. Zrobiło mu się bardzo ciepło w tym grubym płaszczu, zaś kapelusz spadł mu z głowy na podłogę. Czuł też już, że ciemnieje na policzkach.
— Nick… — sapnął, ogarnięty nagłą gorączką.
— Mmm… bo… Bo wyglądasz tak… — wydukał młodszy mężczyzna, nadal patrząc na ukochanego rozpalonym wzrokiem. Rozsądek podpowiadał mu, że nie powinien się dawać tak ponosić, nie w tej chwili. A jednak… stało się i teraz był nieźle napalony.
A jego partner poczuł to bardzo dobrze, bo jakby nie patrzeć… Nicholas miał spore przyrodzenie. Aż spojrzał w dół i odetchnął, po czym uniósł trochę nogę i udem mocno potarł jego wzwód przez spodnie. Generał sapnął. Samokontrola coraz bardziej go opuszczała.
— Nie mamy czasu — wydyszał, chociaż nie brzmiało to jak stwierdzenie, a jak prośba, żeby ten czas się nagle znalazł. Maverick był niesamowicie seksowny. A jego włosy… Aż sięgnął do nich. Wyglądały inaczej, pociągająco. Chciał mu zniszczyć tę idealną fryzurę. Nie zrobił tego, ale musnął włosy opuszkami.
— Wiem, że nie mamy, ale jesteś w tej chwili bardzo gorący, Nick — odpowiedział starszy mężczyzna niskim głosem. — Powinniśmy już wyjść… Może skończymy to… później?
Nicholas oblizał usta i z trudem pokiwał głową.
— Może… — zaczął, ale nie był pewien, czy chce powiedzieć „chociaż zrób mi ręką”, czy „na powietrzu mi przejdzie”.
Nie powiedział nic. Patrzył tylko na Mavericka jak na wyrocznię. To były te momenty, kiedy ten nie widział w jego oczach generała Orkenzy, a młodego chłopaka, którego poznał lata temu.
Dobrze go znał. Wiedział, czego Nick właśnie pragnął. I były to też jego własne pragnienia. Rozsądek jeszcze chwilę walczył w jego głowie z podnieceniem, aż w końcu mężczyzna uklęknął. Teraz już jednak musiał pozbyć się płaszcza. Choć nie rozluźnił aksamitki ani nie rozpiął kamizelki. Wciąż w swoim eleganckim odzieniu, z ułożonymi włosami, rozpiął spodnie ukochanego, żeby zrobić mu dobrze ustami.
Nicholas sapnął nisko. Nie zamknął oczu, żeby dobrze widzieć to wytworne oblicze swojego Zwierzaka. Był tak inny dziś, że wszystko stanęło przez to na głowie. Zresztą, nie tylko tak stanęło. Bo teraz, kiedy Maverick rozpiął mu spodnie, musiał się natrudzić, żeby wydobyć sztywnego penisa z ciasnych spodni. Poczuł na jego widok zbierającą się w ustach ślinę. Był gruby, a samo trzymanie go w dłoni podniecało go.
Zerknął krótko w górę, po czym przesunął nosem po całej długości, a następnie polizał. Aż zadrżał. Penis był naprawdę gorący. A do tego tak apetyczny, że Maverick z ochotę zaczął go całego nawilżać.
Nicholas sapnął głośno i sięgnął samymi palcami do głowy Mavericka. Dotknął jego starannie ułożonych włosów i przesunął po nich ostrożnie.
— Maverick… Kocham cię.
Zwierzak uśmiechnął się do niego delikatnie zarówno ustami, jak i oczami. Był naprawdę pociągający w tej pozycji, z takim wizerunkiem i… takim oddaniem dający rozkosz swojemu partnerowi.
— Ja ciebie też. I jego też — dodał ciszej, po czym przytrzymał penisa i pocałował go w czubek. Główka była gładka i spora, a on po tym czułym powitaniu i ją zaczął starannie oblizywać.
Nicholas nie powstrzymywał się. Widok był taki, że chciał go sobie wyryć w mózgu. Co zresztą prawdopodobnie mózg zrobi za niego. Przy tym jednak ograniczał ich czas. Dlatego poddał się ustom ukochanego w całości, wspierając w większości na protetycznej nodze, bo ta druga zrobiła się nagle znacznie słabsza.
Najwyraźniej Maverick nie zamierzał zwlekać, bo po krótkiej chwili takich mokrych i czułych pieszczot wziął go głębiej do ust i zaczął poruszać głową. Oddychał przy tym miarowo, trzymał się bioder Nicholasa i ciągnął mu. Czuł, jak ten duży, twardy członek drażni jego podniebienie i gardło, gdy brał go głębiej i było to bardzo podniecającym doznaniem.
Znał smak i kształt tego członka. Ale co ważniejsze w tej chwili, wiedział, jak szybko i sprawnie dać mu najwięcej przyjemności. Nie tracili dzięki temu czasu i już po chwili czuł, że jego partner jest coraz bliżej orgazmu.
Maverick aż trochę żałował, że nie mieli dłuższego momentu dla siebie i nie mógł smakować tego penisa dłużej. Bo… naprawdę mu smakował. Męski, gorący, twardy i mięsisty. Podobało mu się nawet, gdy wręcz go przyduszał, kiedy tylko brał go głębiej.
Zaburczał trochę głośniej, ścisnął pośladki Nicholasa i wziął go jeszcze dalej.
Nicholas zabrał dłoń od jego włosów, żeby zakryć sobie usta. To było sensacyjne. Na tyle, że prawie zapomniał, że nie są sami. Po całym ciele przeszedł go silny dreszcz, którego nie mógł opanować. Przez to uderzył tyłem głowy o drzwi, o które się opierał. Stęknął zza dłoni. Poczuł jeszcze, jak Maverick w końcu lekko się zsuwa z jego penisa, przesuwając językiem po spodzie. Nie mógł dłużej. I nie chciał. Stęknął nisko i doszedł.
Maverick poczuł smak jego nasienia. I było go na tyle dużo, że trochę spłynęło mu z kącika ust. Dlatego, gdy tylko penis skończył strzelać, a on cofnął głowę, jeszcze palcem zebrał nasienie z brody i zlizał wszystko. Odetchnął bardzo głęboko.
— Mm, Nick. Smaczny dziś jesteś — rzucił i uśmiechnął z dołu do ukochanego.
Ten miał mocne wypieki na twarzy i błogi uśmiech.
— Byłeś… Och, jak ja czasami cię kocham — wydyszał i sięgnął do niego dłonią, żeby pomóc mu wstać. — Zamień się. Też tak przecież nie pójdziesz.
— Wyglądałbym jak na musztrze, choć zamiast broni miałbym sztywnego penisa — odpowiedział Maverick z rozbawieniem, rozluźniony tym, co właśnie zrobili.
Uniósł się i pocałował Nicholasa, samemu już rozpinając swoje wąskie spodnie. Mocno opinały się na jego silnych udach.
Generał zaśmiał się i jeszcze przez chwilę miętosił pod palcami biodro ukochanego, nim w końcu zamieniwszy się miejscami, klęknął przed nim. Odkąd miał nowe protezy, było to o wiele łatwiejsze. Nic go nie bolało, był zdecydowanie bardziej mobilny, a protezy nie przeciążały jego zdrowej połowy ciała. Dzięki temu nawet się nie skrzywił, kiedy uklęknął. A do tego zobaczył sztywnego penisa ukochanego, który świadczył o tym, jak bardzo lubił sprawiać mu rozkosz.
— Mój Mały Nick — wydyszał Zwierzak, patrząc na niego z góry. W tym ubraniu wydawał się wręcz nonszalancki.
A generał znowu westchnął, widząc, jak tym razem to on nad nim góruje. Odłożył kapelusz na podłogę.
— Wyglądasz jak pan — skomentował i pochylił głowę, pragnąc pocałować członek. Jego ciężar spoczął mu na twarzy, ponieważ wsunął ją pod tego twardego penisa, żeby lepiej go poczuć.
To wywołało błogie westchnienie Mavericka. Ten stabilniej oparł się plecami o drzwi, stanął trochę szerzej i pogłaskał Nicholasa po włosach. Pozwalał mu zająć się swoim penisem, popatrywał na niego i czuł, jak gorąco ogarnia całe jego ciało.
— Mmm…
Nicholas jeszcze chwilę ocierał się twarzą o penisa ukochanego, aż w końcu podtrzymał go i wziął do ust. Nieważne, że dzisiaj mieli rozmawiać z prezydentem. Po tak długiej i stresującej drodze potrzebowali tej chwili wytchnienia. Należało się im za to, jak długo tego nie mieli. Ryzykowanie własnym życiem dla kraju też robiło swoje i wymagało nagrody.
Im więcej pieszczot serwował Zwierzakowi generał, tym bardziej ten odpływał. Wzdychał głośno, opierał się potylicą o drzwi i po pewnym czasie zaczął mimowolnie wypychać biodra do przodu. Młodszy mężczyzna nie miał nic przeciwko. Jedynie chwycił jego biodro w jedną dłoń, żeby bardziej to czuć, nie tylko na języku. Jego zresztą wysunął i licząc, że się nie ubrudzi, oddawał mu swoje usta. Z pełnym zaangażowaniem, bo chciał, a nie dlatego, że czuł się w obowiązku odwdzięczyć. Przy okazji obiecał sobie, że jeśli to wszystko przeżyją, zrobią coś podobnego w jakimś miejscu, gdzie nie powinni.
Cieszył myśli tą wizją, oddając się marzeniom, ale i skupiając na reakcjach Mavericka. Bo jak zawsze były seksownie szczere. Aż nagle poczuł zwiastujący koniec, mocniejszy uchwyt na włosach. I tak, jak się spodziewał, do ust wytrysnęła mu sperma, a Maverick stęknął przez zaciśnięte zęby. Starał się być cicho, lecz orgazm był bardzo przyjemny i tak nieziemsko obezwładniający, że mimowolnie wydał kilka głośniejszych dźwięków.
Nicholas nie odsunął głowy. Popatrzył tylko w górę na twarz ukochanego, żeby przy okazji przełknąć jego nasienie. Uwielbiał jego kutasa i to, jak drżał po spełnieniu. Aż język go przez to mrowił. Chciał się całować, żeby załagodzić to uczucie i cały dzień nie chodzić i nie oblizywać ust.
— Jeszcze… tylko na koniec mnie obejmij i… możemy iść — wydyszał Maverick, czując się tak błogo, że mógłby teraz po prostu położyć się i usnąć przy ukochanym.
Nicholas zamruczał. Oblizał porządnie żołądź, wsunął członek ukochanego w jego bieliznę i podniósł się. Krótko stęknął, bo jednak długa droga robiła swoje w jego wieku. Lecz nie umierał z bólu tak, jak kiedyś.
Objął Mavericka, przycisnął do siebie i mocno pocałował. A ten odpowiedział na obie te pieszczoty. Uwielbiał rozmiar Nicholasa. Tak cudownie znikało się w jego szerokich ramionach.
— Mm — mruknął w pocałunek i uśmiechnął się. — Mam nadzieję, że jeszcze wiele wspólnych dni nas czeka, Nick. Bo chcę każdy zaczynać z tobą.
— Kocham cię — odpowiedział jego młodszy partner prosto, ponieważ czuł, że w tych słowach zawiera się wszystko to, co czuje i co chce, żeby w tej chwili wiedział Maverick. Potrzebował go do życia jak tlenu. Kochał go i nie wyobrażał sobie samemu budzić się co rano. — Ale musimy iść. — Westchnął i jeszcze raz go mocno pocałował, żeby dłużej czuć posmak jego języka na swoim.
Założyli kapelusze i poprawili swoje ubrania, żeby wyglądać, jakby faktycznie zamierzali spotkać się z najważniejszą w kraju osobą, a nie wyszli właśnie z pokoju, w którym obciągnęli sobie nawzajem. Zabrali to, co było konieczne i z minami pełnymi powagi zeszli schodami na parter, a następnie dalej, na zewnątrz, po swoje konie. Dobro Stanów Zjednoczonych nie mogło już dłużej czekać.

6 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 44 – Dobro kraju poczeka

  1. Katka pisze:

    Kasia, jeżeli Will zachowa rozum i nie będzie nic roztrząsał, to nie powinno być ślisko między nim a Malvinem. W końcu teraz ważniejsze rzeczy się dzieją, no i Will jara się tym, że Jeff żyje, tak jak mówisz. Zobaczymy. Ale pytanie, czy Malvin na pewno z nimi pojedzie. Chyba duże chęci wykazuje wobec tego. No i tak, Malvin się w Eddiem totalnie zakochał, co jeszcze wzmacnia jego chęci do tego, by być z nim nieustannie XD Ach ta miłość…

    Kaczuch_A, nooo, Maverick taki elegancki, w ciemnych barwach, w ogóle wow… A tak się Mav martwił tyle lat, że Nick na siłę z nim jest itd, a wystarczyło się chociażby ładnie ubrać, żeby zobaczyć, jak mocno działa na Nicka XD Miłość kwitnie wszędzie, a kraj w chaosie XD Cóż za nieodpowiedzialni agenci… XD

  2. kaczuch_A pisze:

    Jeden z najbardziej gorrrących rozdziałów jaki ostatnio zawitał z moją ukochaną parką~! Nie dziwię się Nickowi, że się nie potrafił powstrzymać, w ogóle był taki strasznie słodki, jak nie wiedział co ze sobą zrobić, bo Mav był zbyt seksowny. Mrau. I w ogóle uroczo, że Eddie chce by Malvin jechał z nim, niech miłość między nimi kwitnie~!

    Weny~!

  3. Kasia pisze:

    Ciekawi mnie czy Malvin rzeczywiście pojedzie z nimi i jak będzie się dogadywał z Willem? W zasadzie Will powinien już pozbyć się do niego wyrzutu, po tym jak pomògł przy zorganizowaniu operacji. No i powinien być na tyle szczęśliwy że Jeff przeżył żeby nie trzymać urazy. No i jeszcze widać że Malvin jest zakochany w Eddiem. Właściwie to sama sobie odpowiedziałam na swoje wątpliwości 😉Chłopaki trochę wyluzowali na chwilę i dobrze bo każdy potrzebuje naładować baterie od czasu do czasu 😀
    Bardzo dziękuję 😃

  4. Shivunia pisze:

    Neo >> Hahahahaha padłam! Wyobraziłam sobie prezydenta jako takiego psa myśliwskiego co węszy. Hahahaha, naprawdę nie mogę XD Chyba jednak aż taki z niego nie jest podejrzliwy typ XD

    Wadera >> Bo Malvinek szybko się przywiązuje. On ma już takie miękkie serduszko. Pfff bidoczek. Ale też dobrze, że miał alternatywę w postaci Indian. Inaczej i tak i tak by musiał zostać, czy by chciał czy nie. A tak może pojechać na trudną misje. Od której tak jak zauważyłaś zrobili sobie małe wytchnienie nasi najdłuższy stażem „małżeńskim”. Taa, chwila oddechy każdemu się należy i na szczęście trochę ich relacje się poprawiły aby to wykorzystywali. Cieszy nas bardzo że masz do nich sentyment. Są w końcu dość niestandardową parą w kontekście tego o kim najczęściej są takie opowiadania.
    Mmmm, cieszy nas, że udało nam się dobrze rozpocząć twój dzień :*

  5. Wadera pisze:

    Ha! Wiedziałam, że Malvin będzie chciał pojechać z Eddim. A jako że zostawienie zwierząt samych nie wchodzi w grę wkracza nasz ulubiony indianin (noż nie mogę zapamiętać jego imienia, nie wiem czemu) i jego plemię.
    Nickowi i Mavericowi zdecydowanie należała się ta chwila wytchnienia. Nie dość że przeżyli ostatnio dużo stresujących sytuacji i śmierć przyjaciół to jeszcze od bardzo dawna nie byli sami, tak tylko dla siebie. Zdecydowanie popieram tę chwilę relaksu przed kolejnym stresującym spotkaniem.
    Do tej parki też mam duży sentyment choć nie tyle ze względu na wiek co na staż. Miło czytać że mimo tych wszystkich lat, wielu przeszkód i nieporozumień w dodatku w bardzo niesprzyjającym otoczeniu (jak ktoś się dowie-kulka w łeb jak ma się szczęście) nadal są razem, nadal się pragną i nadal nie chcą i nie mogą żyć bez siebie.
    Pozdrawiam, Wadera.
    P.S.: Nie ma to jak Wasze opowiadanie czytane do śniadania w dzień wolny. I życie jest piękne! :D

  6. Noe pisze:

    O kurde mam nadzieję że prezydent nie wyczuje zapachu spermy😂 ale zgadzam się chwila wytchnienia należała się

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s