Across The Cursed Lands III – 43 – Analityczność, tajemniczość, odkrywczość

— To jest szalone — odezwał się Malvin, kiedy razem z Eddiem i Tecumsehem podążali do domu. Mijali zagrody, ale nie było widać w nich wielu zwierząt, bo śnieg drobno padał. Też dlatego w większości pochowały się do swoich ocieplonych domków. — Więc ten twój projekt, nad którym tyle czasu spędziłeś, to części do serca Jeffa?
— Tak. Projekt jest dobry — odparł Eddie, idąc obok gospodarza. Indianin szedł o krok z tyłu. Rozglądał się z wyraźnym zaciekawieniem po gospodarstwie trapera. — William zna się na protetyce, ale nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe. Co innego kończyna, a co innego organ.
— Tak, mnie też wydaje się to niemożliwe. Ale nie dziwię się, że chwyta się każdej możliwości. To jest chyba ostatnia… Wyglądał, jakby nie chciał się poddać — zauważył Malvin z rozterką. — Muszą się bardzo dobrze przyjaźnić.
Eddie aż uniósł wyżej brwi, słysząc ostatnie słowo. Odwrócił się, żeby zobaczyć, gdzie jest ich rdzenny towarzysz. Akurat zatrzymał się, przyglądając się zwierzętom na wybiegu, więc odpowiedział swobodniej:
— Nazwałbym to czymś więcej niż przyjaźnią… z tego co wiem i co widziałem.
— Och… — Jasne, niebieskie oczy Malvina rozszerzyły się delikatnie. Zatrzymał się z Eddiem, żeby zaczekać na Indianina, który właśnie spoglądał na wychylające się z domku nieloty. — Więc Will też jest taki jak my.
— Powiedziałbym nawet, że bardziej — odparł Eddie z zabawnym, krzywym uśmiechem, wsuwając dłonie w kieszenie, bo było chłodno. Popatrzył przy tym w dal na miejsce, gdzie w tej chwili powinna trwać operacja.
Mieli nadzieję, że William wyjdzie stamtąd zwycięsko, a Jefferson przetrwa.
— Teraz więc wszystko rozumiem. Nie wyobrażam sobie przeżywać tego samego. Choć wielu ludzi przeżywa swoich partnerów i opiekuje się nimi do końca, to jednak… — Malvin ściągnął brwi i odchrząknął. To były bardzo posępne myśli. — Chciałbym przeżyć długi czas z osobą, którą kocham — skończył i uśmiechnął się delikatnie do Eddiego.
— Możemy podążać — odezwał się nagle Tecumseh, więc szybko się odwrócił i podążył z pozostałą dwójką do domu.

***

Doktor Quing patrzył w szoku na serce, które trzymał na dłoni. To on miał za zadanie wyjąć je z ciała jeszcze żywej szarej małpy. I jak nie pierwszy raz miał styczność z nieboszczykami oraz sercami zwierząt, na których się uczył, tak jeszcze nie widział, żeby serce tak długo po odcięciu od drugiego ciała pracowało.
— To chyba nie jest normalne, doktorze? — spytał kolegi po fachu, który stał nad Jeffersonem z już otwartym mostkiem.
William uniósł spojrzenie na chwilę i zastygł. Serce biło. Słabo, bo słabo, ale delikatnie pulsowało w rękach Azjaty. Na szczęście było normalnych rozmiarów i na pewno mogło zmieścić się w miejscu serca Jeffersona, ale to i tak był niespodziewany widok.
— Wygląda na to, doktorze Quing, że dzisiaj ujrzymy wiele rzeczy, których świadkiem medycyna dotąd nie była — wydusił.
Dla porównania, serce w piersi Jeffersona było… cóż, prawie martwe. William wciąż pamiętał serca, które długi czas wieźli w słojach i nad którymi tak długo pracował. A to było do nich bardzo podobne. Jego kolor był nie taki, jaki lekarz chciałby widzieć w klatce piersiowej ukochanego. Przygotował serce do wyjęcia, ale jeszcze go nie odcinał. Jeszcze musiało chwilę wytrzymać. Najpierw zamierzał przygotować w asyście drugiej osoby nowe serce. Upewnić się, że mechanizmy, które będą je zmuszać do pracy, zadziałają.
Proszek z czaszki korbara dobrze działał i na pewno zapewnił im jeszcze kilka godzin bezruchu u Jeffersona. A oni i tak mieli wrażenie, że spędzili tu już dużo czasu. Operacja wymagała mnóstwo precyzji i ostrożności. William już od wielu dni ją planował i wiedział, co powinien robić. I całym swoim zdrowym sercem dziękował towarzyszącemu mu doktorowi za pomoc. Dzięki niemu wszystko szło sprawniej, a oni właśnie próbowali dopasować wszystkie części stworzone przez Eddiego do nowego serca Jeffersona.
Wiedział, że Ranger byłby wściekły, gdyby wiedział, co dokładnie się w nim znajduje. Że nigdy nie był zwolennikiem takich modyfikacji. Ale… życie w tej chwili modyfikowało jego osądy. Został wręcz zmuszony, żeby wybrać życie, jego próbę, zamiast przekonań. Bo to, co powstawało w jego klatce piersiowej, było czymś na skraju techniki, medycyny i niemożliwego. Było w tym też trochę czarnej magii, bo zmutowane serce ożywało w rękach lekarzy, kiedy tylko znajdowało się bliżej upiorytu. Nawet jeśli zaledwie próbowało pompować powietrze, a nie krew, którą zaraz miało pobrać z ciała Rangera.
I kiedy w końcu zaczerpnęło jej pierwszy łyk, a William patrzył, jak chwilę pracuje tuż przed nim i drugim lekarzem, usłyszeli, jak do stodoły wchodzą ich towarzysze. Mieli świeże ręczniki i wodę. Został ostatni etap operacji. Ukończenie mechanizmu, który chronił serce przed zatrzymaniem i odrzuceniem przez organizm Jeffersona oraz zamknięcie jego klatki piersiowej.
W tych wszystkich działaniach łączyła się wiedza trzech osób i trochę szczęścia. Racjonalny, analityczny umysł Williama wzbogacony w odrobinę szaleństwa i wyobraźni. Tajemne i nieznane nikomu techniki chińskiego lekarza, doktora Quinga. I odkrycia nieżyjącej Marion Lockerbie, które w postaci kilku specyfików miały pomóc ciału Jeffersona przyjąć nowe serce.
— Połóżcie to tu przy stoliku — powiedział krótko William do dwójki, która weszła ze świeżą wodą i ręcznikami.
Ci bez słowa podeszli do stołka, na którym znajdowały się… już zakrwawione narzędzia i również brudne od krwi ręczniki. Zabrali je w ciszy, żeby nie przeszkadzać pracującym już którąś godzinę lekarzom.
— To jeszcze potrwa. Przyjdę po was, jeśli będzie to konieczne — zwrócił się doktor Quing do Malvina i Eddiego. Tego ostatniego podziwiał już za to, co udało mu się wykuć i teraz tworzyło sprawnie pracującą całość w klatce piersiowej młodego mężczyzny leżącego na stole operacyjnym.
Obaj mężczyźni przytaknęli i życzyli im powodzenia. Z koszem brudnych ręczników wyszli ze stodoły. Na zewnątrz było zimno, ale w środku, w tej prowizorycznej sali operacyjnej, było przyjemnie ciepło. Na odchodne Eddie dorzucił drewna do piecyka.
Nie ociągając się, wrócili do domu, a Malvin od razu wrzucił ręczniki do przygotowanej wody, żeby je umyć. Tecumseh, który wciąż u nich gościł, popijał zioła przy kominku. Nie chciał odchodzić, póki nie skończy się operacja. Był ciekaw efektu.
— O, tu też dorzuciłeś drewna. Jest znacznie przyjemniej niż na zewnątrz — powiedział Malvin z uśmiechem, gdy wszedł do salonu i sięgnął po swój kubek z herbatą. Napił się i dopiero zaczął się rozbierać.
— Zimy ostatnio są ciężkie. Po tym jak nas wygnano z naszej ziemi, jest jeszcze gorzej — odparł Indianin, popijając ciepły napój. Przyjemnie było w czterech ścianach. I mimo poczucia, że powinien wracać do swoich ludzi, nie chciał jeszcze opuszczać tego domostwa. A i ciekawość była w nim mocno osadzona.
— Ilu was jest? — zapytał z ciekawości Malvin.
Odwieszał swój płaszcz, więc przy okazji zabrał też kurtkę od Eddiego i powiesił ją obok. Wieszaki były zarówno w przedpokoju, jak i tutaj, gdzie znajdowało się wejście od tyłu domu, którym wrócili. Może było to tylko wrażenie, ale Malvinowi wydawało się, że było tu znacznie przytulniej, od kiedy mieszkał z nim Eddie.
Indianin spojrzał swoimi ciemnymi oczami na gospodarza. Już zdjął swoje skórzane okrycie. Teraz wyraźniej widać było jego potężne ramiona.
— Poza mną? — spytał trochę podejrzliwie. Zdradzanie, jak słabi byli, nie powinno być tym, co mógłby powiedzieć. Jednak był goszczony, a ci ludzie obnażyli już przed sobą swoje sekrety. — Czworo. Szaman, dwoje sierot i jedna kobieta ze starszyzny.
— To niewiele — podsumował Malvin i wreszcie usiadł na kanapie. Stała blisko kominka, dzięki czemu od razu zrobiło mu się ciepło w nogi. — Przetrwanie zimy musi być trudne. Szczególnie jeśli szare małpy polują też na zwierzynę w waszej okolicy.
— Niestety jest to prawda. A biali ludzie z miasta także nie hodują jedynie swoich zwierząt. Do tego często biorą tylko skóry — mruknął posępnie Tecusmeh, pijąc swoje zioła.
Był na tyle duży, że fotel, na którym siedział, wydawał się groteskowo mały. A nie wyglądał na taki, nawet kiedy Eddie na nim siedział.
— Przykro mi to słyszeć. Mam nadzieję, że tego roku zima nie będzie taka sroga — powiedział Malvin i zerknął na kowala, który kręcił się po salonie. — Eddie wyjeżdża w dość daleką drogę niebawem.
— Zostajesz więc tu ze wszystkimi zwierzętami? Sam? — zdziwił się Indianin, a Eddie poszedł zagrzać coś na ogniu w kuchni. Miał pewien pomysł na ogrzanie dla siebie i reszty towarzyszy. A że Malvin miał świeże jaja i cukier, zajął się tym i nie wtrącał w rozmowę.
— Niestety tak. Jak widziałeś, mam bardzo wiele zwierząt, a nie minęliśmy wszystkich zagród. Nie mogę ich też wypuścić w dzicz, szczególnie w takich warunkach. Można więc powiedzieć, że moje ukochane zwierzęta trzymają mnie tu jak łańcuch — odpowiedział ze śmiechem.
Obawiał się rozłąki. Teraz, kiedy naprawdę mieszkał z kimś, kto… o niego dbał. Kto razem z nim budował niesamowitą, ciepłą atmosferę. A teraz ten ktoś miał udać się gdzieś daleko, na misję, z której przecież mógł nie wrócić. Albo wrócić tak jak Jefferson. Te czarne wizje potwornie go przytłaczały.
— Przydałyby ci się dzieci, aby się nimi zajęły. Aby ci pomóc. — Indianin zapatrzył się w ogień. Było tu naprawdę przyjemnie. Widział zalety mieszkań białych ludzi, szczególnie w tę pogodę.
— Na dzieci nie zawsze można sobie pozwolić. — Eddie po chwili wrócił do salonu i podał obu mężczyznom małe filiżanki pełne słodko pachnącego, żółtawego musu. — Rozgrzewa — wyjaśnił, kiedy ich gość spojrzał podejrzliwie na to, co dostał.
Malvin powąchał zawartość filiżanki i zamrugał. Poczuł alkohol. A kiedy się napił, aż odetchnął błogo. Był to jakiś słodki, ciepły, alkoholowy napój, który właśnie rozgrzał całe jego wnętrze.
— Mmm… Eddie — zamruczał.
Indianin poszedł jego śladem i też skosztował. I od razu zakaszlał. Nie był do czegoś takiego przyzwyczajony.
— Pij, nie zaszkodzi ci, tylko rozgrzeje. — Eddie uśmiechnął się do niego i napił się swojej porcji.
— Wy… macie czasami dziwne wynalazki. Słyszałem, jak niektóre z nich niszczyły naszych ludzi — mruknął Indianin, ale zaraz spróbował więcej alkoholowego deseru.
Tymczasem Malvin poklepał miejsce obok siebie, żeby Eddie usiadł. Mogli tylko czekać na Williama i doktora Quinga.
— Niektórzy biali ludzie mają wiele zapędów do zawłaszczenia sobie nie tylko czyjejś ziemi, ale też czyjegoś życia — zauważył Malvin.
Nigdy nie wtrącał się w politykę Amerykanów, choć był jednym z nich. Gdy zaczęła się wojna secesyjna, miał piętnaście lat. Mógł już wtedy chwycić za broń i walczyć, ale nie chciał. Może i był z tego powodu przez niektórych wyszydzony, lecz nie zamierzał się w to angażować. Już wtedy wiedział, że chce poświęcić się zwierzętom, a nie mordować.
Cisza po tej wypowiedzi trwała dobre kilka minut. Pierwszy w końcu odezwał się Eddie. Czuł, jak podgrzany i słodki alkohol aż gotuje jego ciało od środka.
— Niestety. Tylko teraz obawiam się, że nie chodzi jedynie o białych ludzi — mruknął, myślami będąc przy tym, że musi opuścić ranczo.
Indianin, mimo że jego policzki już były bardziej czerwone, a jego organizm reagował na nieznane dotąd działanie alkoholu, wydawał się inteligentnie łączyć fakty.
— Twoja daleka podróż jest związana z tym, co przydarzyło się waszemu przyjacielowi i jego sercu?
Eddie był pod wrażeniem. Nawet się uśmiechnął. Czego nigdy nie zrobiłby tak szczerze wobec Hamiltona.
— Niestety tak. Coś złego dzieje się w kraju. Giną ludzie. Niewinni ludzie, z tego co wiemy… A nas z racji… powiedzmy, profesji i tego, jakie łajno z tego powstało, jest niewielu. Poprosili mnie, abym ich wsparł. Niestety…
— Will opowiadał, że giną czarnoskórzy ludzie, ale że nie kończy się na nich — wtrącił Malvin. Również był poruszony tą sprawą, ale nie miał jak pomóc. — Ktoś wykorzystuje nieludzkie sposoby, żeby wprowadzić swoją tyranię.
— Brzmi to jak pragnący złota biali, którzy uważają, że każdy kawałek ziemi, na której staną, jest ich. — Indianin prychnął. Najwyraźniej poza wrodzonym poczuciem wartości alkohol trochę rozwiązywał mu język. — Ty ruszyłbyś za tym, gdybyś mógł? — dodał do Malvina.
Traper, który też czuł się otumaniony i przyjemnie rozleniwiony, pokiwał głową niemrawo. Siedział już niżej niż na początku, a tył głowy i swoje ciemne włosy opierał na oparciu kanapy.
— Chciałbym — zamruczał.
— Brakuje ci tylko dzieci, które zajmą się twoimi zwierzętami. — Tecumseh westchnął i dopił do końca gęsty trunek. — Nie wiem, czy tak powinno to działać, ale ogień aż jest cieplejszy przez wasz napitek — zwrócił się tym razem do Eddiego.
— Taki cel. — Zaśmiał się i spytał Malvina: — Ale co? Naprawdę chciałbyś jechać do Waszyngtonu?
— Gdybyś jechał tam na tydzień, żeby wykuć komuś podkowy, to chciałbym zostać i na ciebie poczekać. Ale jedziesz tam, ryzykując życie. Tak jak Will i Jeff. Chciałbym pomóc, gdybym mógł — przyznał Malvin, uśmiechając się do niego blado.
— Nie masz komu więc zostawić zwierząt? To jedyna przeszkoda? — spytał ich rdzenny gość, patrząc na nich spokojnym wzrokiem.
— Mhm. Tak, mówiłem — odparł Malvin, zastanawiając się, czy nie nadąża za Indianinem przez alkohol.
Tecumseh pokiwał głową i zaraz zamruczał niemal sennie.
— Plemię to dobra rzecz w takich sytuacjach. Wiem, że teraz, nawet jak mnie nie ma, to ktoś zajmuje się resztą. Gdyby był z nimi mój koń, też miałby opiekę. Biały łowco, powinieneś mieć swoje plemię na takie chwile.
A Malvin, słuchając go, miał przez chwilę wrażenie, że wytrzeźwiał. Przyszło mu coś do głowy, ale potrzebował trzeźwego umysłu, żeby to przemyśleć. Bo jednak po chwili skupienia poczuł, że myśli odpływają mu w innym kierunku.
Zostawił swój nagły pomysł i dopiwszy do końca trunek, zwrócił się do Indianina:
— Jest już późno. Pozwól, że dziś tu przenocujesz. Przygotuję ci posłanie i…
Niespodziewanie przetrwał mu trzask drzwi. Tylnym wejściem, prosto do salonu, wszedł doktor Quing. Fartuch miał ubrudzony krwią, a na twarzy wyraz zmęczenia. I co od razu wprawiło Eddiego i Malvina w niepokój… to, że nie towarzyszył mu William.
— Koniec — powiedział zduszonym głosem. Trudno było powiedzieć, czy był to wyraz ulgi po wysiłku, czy powodzeniu.
— Koniec? — Indianin niemal się uniósł. Ale zaraz usiadł, bo jego niewprawiona głowa sprawiła mu psikusa, tak samo jak kolana.
— Właśnie. Co z nimi? — spytał Eddie spokojnie, chociaż jak na niego dość agresywnie. Był zafrasowany tym, w jakim stanie był Jefferson.
Doktor Quing z pietyzmem zdjął z siebie fartuch. Odwiesił go obok płaszczy i zostawszy w samej beżowej koszuli i prostych spodniach z grubym pasem, podszedł do stolika. Uniósł filiżankę Eddiego i powąchał. Poczuwszy zapach alkoholu, rzucił zmęczonym głosem:
— Pan wybaczy. — Po czym wypił do końca zawartość. Gdy dwoma palcami otarł usta, uśmiechnął się blado, choć z dumą. — Nasz pacjent przeżył. Ma w swojej piersi nowe, działające serce.
— A jednooki ptak? — spytał Tecumseh, zapominając użyć prawdziwego imienia lekarza.
Przez to Azjata popatrzył na niego bez zrozumienia, ale Eddie zaraz sprostował:
— William. Został z nim? Potrzebuje czegoś?
— Ta dwójka teraz potrzebuje tylko spokoju. Ułożyliśmy pacjenta na wygodnym posłaniu na jego wozie. A doktor Lockerbie… użyłbym określenia „zasnął”, żeby nie powiedzieć „z wycieńczenia stracił przytomność”. Śpią obaj.
Malvin odetchnął głośno i uśmiechnął się szeroko. Nie wierzył, że ten cud naprawdę się udał! Pomysł był tak szalony, że tylko wariat podjąłby się go. A jednak… ta dwójka, najwyraźniej nie całkiem normalnych, lekarzy zdołała to uczynić.
— I co teraz? — zapytał.
— Teraz pójdę odpocząć do domu, ale proszę się spodziewać mojego powrotu jutro z rana. Nasz pacjent przez kilka dni będzie potrzebował środków uśmierzających ból, więc przyjdę mu je zaaplikować. Jeśli obudziłby się w nocy i pojawił się tu doktor Lockerbie, nie znalazłszy maści znieczulających, to tu jest jeszcze słoiczek — dodał na koniec, wyjmując ze swojej torby dodatkową porcję maści.
— Odprowadzić? — spytał Eddie lekarza, widząc, że ten ma już dość dzisiejszego dnia.
Operacja musiała być trudna i bardzo nerwowa. Oni w tym czasie zdążyli ogrzać się, posiedzieć i nawet chwilę się ponudzić, a obaj lekarze pracowali w pełnym skupieniu wiele godzin.
— Dziękuję za troskę, ale nie mam szczególnie daleko. Poza tym jestem konno — odpowiedział doktor. — Fartuch odbiorę przy okazji. Byłbym po stokroć wdzięczny za wypranie go, tak jak materiałów, które zostawiłem przed drzwiami stodoły.
Mówiąc to, Azjata zaczął odziewać się w swój gruby płaszcz z kożuchem. Widać było, że jest dumny z powodzenia, ale już pragnie być w domu. Malvin zaś uznał, że od razu przyniesie to, o czym mówił, żeby nic nie zamokło przez śnieg.
— Będziemy więc jutro pana oczekiwać. Dziękujemy za pomoc, choć na pewno Will jeszcze nie raz to zrobi — dodał z uśmiechem i radosnym błyskiem w oczach. Był pewien, że tego wieczoru będą przeżywać żałobę, więc takie wieści aż go uskrzydlały. Ubierał się żwawo jak na osobę, która chwilę wcześniej zjeżdżała w dół na kanapie.
— Jeśli pacjent przeżyje noc i kolejne dni. To jeszcze nic pewnego. — Doktor Quing trochę zgasił ich entuzjazm, ale nawet po jego surowej twarzy widać było, że sam ma nadzieję, że operacja w całości się udała. Jak do tej pory nigdy nie pracował z kimś takim jak William i z chęcią by to powtórzył, żeby wiele się od niego nauczyć. Dlatego nie uważał swojej misji za skończoną, a Malvinowi Berry’emu był wdzięczny za ściągnięcie go tu i zmuszenie do zamknięcia apteki.
Pożegnali się, a kiedy doktor Quing wyszedł przednim wejściem, Malvin podążył do stodoły tylnym. Jak się okazało, Indianin chciał zajrzeć do sali operacyjnej, więc podążył za nim. Choć już teraz widać było, że nawet małe ilości alkoholu działają na niego powalająco. Szedł chwiejnie u boku Malvina.
Rzeczywiście w koszu przed wejściem znajdowały się brudne materiały. Była na nich na pewno krew, ale też jakieś osocza, czy cokolwiek, co miało inny niż szkarłatny kolor.
— Delikatnie — szepnął Malvin, kiedy Tecumseh starał się uchylić drzwi i zajrzeć do środka.
Na szczęście Malvin pomyślał zawczasu i z domu zabrał lampkę oliwną, bo było już zbyt ciemno, żeby bez problemów przeszli cały teren wzdłuż zagród. A teraz lampka pomogła w oświetleniu chociaż skrawka skąpanej w ciemności sali operacyjnej.
Była w pewnym stopniu sprzątnięta. Lekarz, który już wrócił do swojego domu, najwyraźniej lubił porządek. Nie uprzątnął jednak ani zwłok szarej małpy, a jedynie odsunął je i zakrył, ani nie zmył krwi z podłogi. Na to jednak mieli jeszcze czas. Zwłoki zresztą mogli zabrać, wychodząc. Lecz na razie Malvin i Tecumseh podeszli do wozu, aby zobaczyć tam bladego, okrytego kocami, skórą i zabandażowanego na całej klatce piersiowej Jeffersona. Miał sińce pod oczami, był niemalże szary na twarzy… ale oddychał. I był to równy oddech. Gdyby nie niezdrowe kolory na policzkach, wyglądałby, jakby odpoczywał. A obok niego, na wozie, spał William. Włosy miał zupełnie rozrzucone, a na ciele przepoconą koszulę. Fartuch musiał dosłownie rzucić gdzieś w kąt, nim bez sił opadł na posłanie.
Rozejrzeli się jeszcze i dostrzegli… poprzednie serce Jeffersona. Leżało w metalowej misie i wyglądało naprawdę źle. Malvin nigdy na żywo nie widział serca, ale wiedział, że nie powinno tak wyglądać.
— Zabierzmy zwłoki i to serce. Tu jest zbyt ciepło. Zaczną śmierdzieć. Przykryjemy je na śniegu na zewnątrz, a jutro z rana je wywiozę — powiedział szeptem, nie chcąc zbudzić pary na wozie.
Indianin skinął głową, ale dłużej się im przyjrzał. Nic nie powiedział, lecz wrócił z gospodarzem do szarej małpy. Z jej powodu się tu pojawił. Zmutowany człowiek leżał na stole na plecach. Chyba dla przyzwoitości był przykryty, lecz tylko do czasu aż Tecumseh nie odsłonił prześcieradła, chcąc zobaczyć, co tu się dokonało.
Poczuł dziwne zawroty w żołądku. Klatka piersiowa wyglądała, jakby dobrało się do niej jakieś zwierzę. Skóra była jednak delikatnie i równo przecięta. To dalej obraz był makabryczny. Kości klatki piersiowej zostały połamane, mostek wyłamany, a ciało rozciągnięte na boki. Indianin nie raz widział, jak wygląda martwe zwierzę. Wyrywał też im serca, ale zwykle dostawał się do nich, nie krusząc kości. Tu natomiast żebra były rozsunięte jak skrzydła motyla, pokazując płuca i kałużę krwi, jaka utworzyła się w kraterze po sercu. Staranie wyciętym sercu i teraz spoczywającym w innej klatce piersiowej.
Nie był to przyjemny widok, ale myśl, że z takiego makabrycznego czynu powstało… a raczej wskrzeszone zostało życie, dawała pewne ukojenie.
— Nie był już człowiekiem. — Usłyszał słowa Malvina, który też zapatrzył się na truchło byłego niewolnika.
Szczelnie zawinęli ciało, po czym unieśli je i ruszyli do wyjścia. Tam musieli już radzić sobie po ciemku. Udało im się rzucić martwą szarą małpę na górę śniegu za stodołą. Przysypali ją, żeby żadne ptactwo się tu nie zleciało, a następnie wrócili do środka po lampę i materiały. Nie chcieli dłużej zakłócać spokoju odpoczywającej dwójki i z nadzieją, że ci obaj zbudzą się żywi, ruszyli z powrotem do domu.

***

Jefferson obudził się z bólem w klatce piersiowej, co ostatnimi czasy nie było dla niego czymś nowym. Tym razem jednak ból był inny. Bardziej piekący, rozpierający od środka, a nie rwący i duszący jak wcześniej.
Otworzył oczy i pierwsze co zobaczył, to nieznany sobie strop stodoły albo stajni. Nie miał pojęcia, gdzie jest. Było ciemno, więc wielu szczegółów nie widział. A jedynie czuł, że nie jest sam.
Tuż obok, poza ciepłem wszystkich koców, jakie miał na sobie, czuł inne źródło ciepła. Zdecydowanie żywe i oddychające. Kiedy odwrócił tam zesztywniały kark, zobaczył wymęczone, ale śpiące oblicze Williama.
Był zdezorientowany, miał wiele pytań. Ostatnie co pamiętał, to jak miał mieć operację. Ale to było też zamazane, jak przez mgłę.
Chwilę pozwalał sobie na obserwowanie partnera i dopiero wyciągnął dłoń oraz pstryknął go w nos.
Mężczyzna od razu drgnął, zamrugał i odsunął głowę. Kilka sekund zajęło mu zrozumienie, co się dzieje. A kiedy zobaczył, że Jefferson się przebudził, aż głośno sapnął.
— Jeff! — zawołał, mimo że ten był tuż obok niego. A jego krzyk rozległ się po całej pracowni.
Ranger od razu się skrzywił, bo jego otępiały mózg nie chciał w tej chwili słyszeć niczego głośniejszego od szeptu.
— O żesz… — stęknął z mocną chrypką. Ledwo mówił.
Na szczęście William szybko zreflektował. Powoli zszedł z wozu, samemu czując się jak otępiały i zapalił jedną lampkę. Od razu powiesił ją na uchwycie na drewnianej kolumnie, przy której stał ich wóz. Spostrzegł, że ktoś zdjął z niego brudną koszulę, ale kompletnie tego nie pamiętał. Na stole był też chleb, ser i bukłak z wodą. A do tego szklanka z mętnym napojem i karteczka z podpisem „na ból”.
— Jak się czujesz? — szepnął, gdy ponownie wszedł na wóz i już w świetle widział oblicze swojego partnera.
— Jakby koń mnie kopnął — odparł Jefferson, kładąc dłoń na twarzy i ponownie zamykając oczy. Nawet tak nikłe światło bolało go w nie. Kiedyś już doświadczył kopniaka od konia. Był to podobny rodzaj bólu. Chociaż teraz jakby mocniejszy. I było w tym coś jeszcze.
Lekarz przyłożył dłoń do jego czoła, a potem odsunął koc, żeby spojrzeć na bandaże. Wciąż były czyste. Rana się nie otworzyła. Czuł jednak, że jego partner jest cieplejszy, ale po konsultacjach z doktorem Quingiem wiedział, że od teraz Jefferson może mieć wyższą temperaturę ciała.
— Przyniosę ci lek na ból — powiedział, zakrywając go znów kocem. Ale… tak dobrze było na niego patrzeć w takim stanie. Żyjącego. — Jak ci się oddycha?
Jefferson wziął większy wdech i zaraz się skrzywił. Nie był na razie na tyle szalony, żeby próbować się podnieść.
— Ciężko. Nadal zostaję przy tym, że boli jak po kopnięciu przez konia… — mruknął i sam zajrzał pod koc. — Już po?
William przytaknął i znów zszedł z wozu, żeby przynieść szklankę z środkiem przeciwbólowym.
— Tak, udało się. Trwało to kilka godzin. Dwa razy o mało mi nie umarłeś — powiedział spokojnie, choć bardzo źle to wspominał. Usiadł przy twarzy Rangera i ostrożnie pomógł mu unieść głowę. — Wypij, to na ból.
— Znowu ziółka tego Azjaty? — spytał Ranger i krzywiąc się z bólu, uniósł głowę. — O ja pierdolę… — stęknął, kiedy tylko zakuło go w piersi. — Daj to.
Sięgnął do naparu. Ostatnim razem pomogły, kiedy był jeszcze przed operacją. Miał nadzieję, że teraz też pomogą. Czuł się jak stratowany. Żebra bolały go, kiedy oddychał, kręciło mu się w głowie i zbierało na wymioty. Chociaż nie miał pojęcia czym, bo żołądek miał pusty.
Kiedy wypił lekarstwo, William odłożył szklankę i już wygodniej ułożył się obok pacjenta. Po porządku w pomieszczeniu domyślił się, że nie była to ta sama noc, w trakcie której przeprowadzili operację. Musiał minąć już cały dzień, a Malvin i Eddie przygotowali im warunki bez krwi, brudnych narzędzi i truchła szarej małpy wokół.
— Kilka dni zajmie ci dojście do siebie — powiedział, nie odwracając wzroku od młodszego mężczyzny. — Malvin pozwolił nam zostać. Jutro spróbujemy przenieść się do domu.
— Jeśli się coś w międzyczasie nie spierdoli — odmruknął Jefferson i znowu zamknął oczy. — Jak w ogóle to… przebiegło? Długo minęło? — spytał, chociaż sam nie do końca wiedział po co, bo wszystkich szczegółów po prostu nie chciał znać.
— Chyba jest już kolejny dzień po operacji. Doktor Quing mi pomagał. Gdyby go nie było, to bym nie podołał — przyznał William. Mówił już cicho, żeby nie drażnić Rangera. Delikatnie głaskał jego obojczyk. — Nie pamiętam, jak późno skończyliśmy. Sam odpłynąłem.
— I spałeś cały dzień? — spytał Jefferson, nie patrząc na niego. Był zmęczony. Co wydawało mu się skrajnie głupie, skoro przed chwilą się obudził.
— Nie spałem poprzednie dwie noce — wyjaśnił William, który jednak po tak długim śnie czuł się znacznie lepiej. — Myślę, że to z wycieńczenia.
Ranger zamruczał potakująco. Chwilę trwali w ciszy, w której skupiał się na dotyku na swojej twarzy i na tym, że ból z minuty na minutę słabł.
— Będziesz musiał odnaleźć Adelę….
— Pojadę sam lub z Eddiem. Albo z Malvinem — odpowiedział William, który jednak pomyślał o Indianinie, który mógłby być być najlepszym przewodnikiem w taką pogodę. Pochylił się i delikatnie pocałował lekko szorstki policzek Jeffersona. Ostatnio nie miał kiedy zgolić zarostu. — Nie myśl teraz o tym za wiele. Musisz odpoczywać. Nawet nie wiesz, jaka to ulga widzieć cię żyjącego — dodał ciszej.
— To cholernie w siebie wierzyłeś. — Jefferson uchylił powieki i zażartował, na ile mógł. — Mogę w ogóle już jeść? — spytał zaraz po tym, bo był chyba tak samo śpiący jak głodny.
— Tak, oczywiście. Przyniosę, bo widzę, że nasi przyjaciele zostawili nam jedzenie.
William znów zszedł z wozu. Sam też był potwornie głodny, bo ostatnio chyba zjadł… właściwie to nawet nie pamiętał kiedy. Zabrał więc ze stolika cały talerz. I jak wcześniej widział tam tylko chleb i ser, tak teraz spostrzegł, że kawałek dalej stała też butelka gęstego mleka z pianą. Wziął wszystko do rąk i przeniósł się z powrotem na wóz. Był naprawdę przyjemnie wyściełany kocami i poduchami, a w piecu cały dzień musiało się palić, bo było bardzo ciepło.
Był ogromnie wdzięczny Malvinowi, Eddiemu, doktorowi Quing i Tecumsehowi. Dzięki nim nie był w tym sam i w tej chwili nie opłakiwał Jeffersona. Zresztą, jego stan nadal nie był pewny, ale już miał jakąś nadzieję. W jego krwi nie było trucizny, jego serce było zastąpione. Teraz wszystko zależało od tego, jak silny był organizm Jeffersona i jak ten przyjmie nowe serce.
Kiedy lekarz się odsunął, Ranger trochę się uniósł. Było to trudne i nieprzyjemne. Ale czuł zarówno nogi, jak i dłonie. To go pocieszało. Niewiele, bo fatalnie psychicznie znosił choroby, ale… może nie udusi Williama od razu za to, że wymusił na nim taką ingerencję w jego ciało.
Gdy William usiadł obok, zabrali się za jedzenie. Ser był miękki i słony, a chleb musiał zostać upieczony za dnia. Był świeży.
— Wiesz, że Malvin i Eddie są parą? — powiedział William po kilku chwilach przeżuwania. Chciał chociaż trochę odsunąć myśli Jeffersona od nowego organu w jego piersi.
Jefferson miał pełne usta, więc tylko spojrzał pytająco na towarzysza. Pokręcił głową. Nie wiedział. O Malvinie a i owszem, ale Eddie? Czemu nie powiedział niczego wcześniej, skoro tyle czasu z nimi podróżował?
— Też byłem zaskoczony — przyznał William, który jak zawsze jadł małymi kęsami. — Okazało się, że mieszkają tu teraz wspólnie. To Eddie mi otworzył, gdy przyjechałem. Był w piżamie. Pewnie uprawiają seks.
— Ostatnio był tu ktoś… chyba inny, jak dobrze pamiętam — mruknął Jefferson, kiedy już przełknął. Także jadł powoli, bo nie miał siły brać większych kęsów. To na swój sposób go irytowało.
— Jeśli dobrze zrozumiałem, nie był przyjemnym współlokatorem. — William odkręcił butelkę i napił się trochę mleka, aż piana została mu nad górną wargą. — Nie spodziewałem się, że Eddiemu podobają się mężczyźni. Nigdy mnie nie zaczepiał. A ciebie?
Jefferson pokręcił głową. Wydawało mu się to dziwne.
— I przecież wiedział… A wszyscy się przed nim kryliśmy.
— Może nie chciał się angażować. Zawsze wydawał mi się wycofany. Chcesz trochę mleka?
Ranger skinął głową. Chciał. Nadal był głodny.
— Myślisz, że tylko dlatego? I teraz pewnie nie będzie chciał jechać do Waszyngtonu… — Myśli o sprawie wracały do niego jak bumerang.
Jego partner nie chciał, żeby się zamartwiał, ale wolał to od jednej z ich ostatnich rozmów przez tym koszmarem. Kiedy to Ranger chciał się poddać, kiedy mówił mu, by sam wrócił do Frankfort, że Nick i Maverick go potrzebują… Dobrze było widzieć, że znów się w to angażuje.
— Pojedzie z nami. Obiecał. Później zapewne wróci do Malvina, a nie do Kansas City. Przyznam, że… — William rozejrzał się po stodole, jakby nie widział tylko jej ścian, a także cały teren Malvina i miasto — nie dziwię mu się. Ma już swoją przystań.
Jeff mruknął, że rozumie. Pomówiłby więcej, ale znowu oczy mu się zamykały, kiedy trochę napełnił żołądek.
— Mmm… I pewnie Malvin zostaje?
— Myślę, że tak. Ma wiele zwierząt — zauważył lekarz, a widząc stan Jeffersona, wziął od niego butelkę i zakręciwszy ją, ponownie przesunął palcami po jego obojczyku i szyi. — Musisz dużo spać.
Jefferson nie miał zamiaru się z tym kłócić. Teraz, kiedy czuł, że ból powoli ustępuje i zostawia go w całkiem błogim stanie w porównaniu do wcześniej, jeszcze bardziej chciało mu się spać. Był osłabiony. Stracił sporo krwi.
— Obudź mnie… później… — wymamrotał, wsuwając dłonie pod ciepłe koce i pozwalając opaść powiekom.
Poczuł tylko delikatny pocałunek na policzku, ale tak szybko usnął, że już nie usłyszał, jak jego królik wraca do chrupania twardych skórek od chleba.

12 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 43 – Analityczność, tajemniczość, odkrywczość

  1. Kasia pisze:

    Nie nie nie! Żadnego rzadszego wrzucania rozdziałów! Mój mózg ostatnio się w pracy nieco przegrzewa dlatego wieczorami trochę szwankuje 😉 Ale to tymczasowe – mam nadzieję 😆

  2. Katka pisze:

    O., własnie, najważniejsze, że Jeffko żyje <3 Liczy się efekt! Ej i masz rację… Willuś spełnił swoje marzenie XD So cute! XD

    Kasia, no to miałas przyjemną niespodziankę :) Chyba musimy rzadziej wrzucac rozdziały XD Ale ta współpraca, to masz rację. To wszystko to była taka praca w grupie i na pewno by się nie udało, gdyby William robił to sam. Pewnie by to zrobił, gdyby nikt mu nie pomógł, ale no… bądźmy szczerzy, nie skończyłoby się to dobrze :( Dobrze, że na swojej drodze trafili na dobrych ludzi. Hehehe, a co do wstrętnego Azjaty to tak, to będzie miał na pewno piękną minę XD

  3. Kasia pisze:

    Nie wiem jak ja liczyłam ale myślałam że dopiero dzisiaj będzie rozdział – miłe zaskoczenie mnie spotkało :) Jestem przeszczęśliwa że Jeff przeżył. W ogóle niesamowita była ta współpraca wszystkich począwszy od aptekarza, na Indianinie kończąc. Każdy się zaangażował i chętnie pomagał, super :) I też mi wygląda na to że Malvin będzie mógł pojechać z Eddiem. Fajne relacje się nawiązały. No to teraz oby Jeff szybko doszedł do siebie i tylko czekać na minę tego wstrętnego Azjaty który mu zafundował takie przeżycia :)
    Dziękuję bardzo i pozdrawiam 😀

  4. O. pisze:

    Najważniejsze, że Jeff żyje! Choćby Will miałby „pieprznąć go jak telewizor” to liczy się efekt <3
    I notabene.. Will spełnił swoje marzenie, zobaczył serce Jeffa :D

  5. Shivunia pisze:

    Kyna >> Takie „a jednak, nie zrobiły tego”. Jesteśmy złeee XD

    Wadera>> Jak było emocjonująco to cel osiągnięty :D GUT A teraz pozwolisz ze będę sobą czyli leniem.
    1. Mimo wszystko mogłyśmy być wrednymi sukami tylko dlatego, że możemy XD A cooo
    2. Takie zejście ciśnienia, ale z przypomnieniem czego one dotyczyło. Bardzo nam miło że wyszło klimatycznie :D
    3. To tylko na rozgrzanie. Nic mu nie będzie, obiecujemy
    4. Oj booooli cie ten alkohol. Ale może będzie dobrze. Trochę wiary ;p
    5. Pewnie „wyśmienity” znając jego podejście ;p Cóż, wyższe dobro
    6. Masę rzeczy się nie zgadza, ale teleport do naszych czasów byłby chyba jeszcze bardziej naciągany. Wtedy jeszcze nawet nie mieli pomysłów aby robić takie przeszczepy. Już pominę narkozę która też tu jest naciągana. W końcu długo do znieczuleń stosowano gaz rozweselający (chyba do ok 1846, jakoś tak). Potem Eter i chloroform długo ze sobą konkurowały. Nikt nie „naćpiewał” nikogo żadnym narkotykiem. A chyba same wzmianki o przeszczepach serca pojawiły się dopiero za jakieś… 30 lat? Jak mnie pamieć nie myli. Więc to jest MOCNA fikcja. Począwszy od dawcy którego nie znają grupy krwi, przez urządzenia robione przez kowala, skończywszy na tym że to dzieje się w stodole ;p Ale cóż, tak jak mówisz, będziemy bronić się, że to fantastyka i nie wszystko musi się zgadzać. W miarę trzyma się kupy, tak jak prawa fizyki w filmach XD Także więc dziękujemy za wyrozumiałość i całkiem cie rozumiem bo mnie oczy zawsze kolą jak oglądam filmy katastroficzne, albo z jakimś motywem na którym się znam. Niestety wszystko trzeba brać z dobrodziejstwem inwentarza
    Dziękujemy jeszcze raz za komentarz :*

    Luana >> Taaa, wiedział i siedział cicho. On chyba to lubi robić. Taki trochę mikro stalker. Gdyby nie postura pewnie by można było o nim zapomnieć.

  6. Luana pisze:

    To mój komentarz też będzie wielce konstruktywny: Jaka ulga. Nareszcie! :D
    No i wyjaśiło się, że Eddie o nich wiedział. :D

  7. Wadera pisze:

    Rozdział emocjonujący jak nie wiem!
    Strasznie mnie to wszystko poruszyło (może dlatego że sama miałam podobną operację) i mam teraz w żołądku niezły kołowrotek ;)
    Po pierwsze: Sam fakt, że im się udało….Wow! Znaczy podejrzewałam, bo przecież nie uśmierciłybyście tak Jeffa , ale mimo wszystko jakoś strach był.
    Po drugie: Całe to sprzątanie, mycie czyli to wszystko po operacji…. kurcze nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się strasznie klimatyczne. Znaczy niby już po największym stresie ale tak naprawdę nic jeszcze nie jest pewne. Świetnie to oddałyście.
    Po trzecie: Rozpijanie indian to zło! ;) Mam nadzieję, że żadne problemy z tego nie wynikną.
    Po czwarte: Mam dziwne przeczucie że Eddie, Malvin i Will wyjadą, a tych zwierząt będzie pilnować plemię naszego ulubionego Indianina w zamian za ciepły kąt i jedzenie. Byle tylko się do alkoholu nie dobrali!
    Po piąte: Jeff się obudził! Hip hip hurra ! Ciekawe w jakim będzie nastroju jak zobaczy tą gigantyczną bliznę przez całą klatkę piersiową ;)
    Po szóste: Przez cały proces przeszczepu strasznie wkurzało mnie jak wiele rzeczy się nie zgadza i prawdopodobnie sporo marudziłam. Tak to chyba jest, że jak ktoś choć trochę zna się na temacie zaczyna zwracać uwagę na te niuansiki które się nie zgadzają. Chcę tu więc zaznaczyć że mimo wszystko wykonałyście świetną robotę. To fantastyka więc wiem że nie wszystko musi się zgadzać. Ponadto i tak podziwiam Was, że chce Wam się robić cały ten reesarge. I to nie tylko do tego opowiadania! Serio! Mnie by się nie chciało ;)
    Pozdrawiam, Wadera.

  8. Katka pisze:

    Kaczuch_A, i chyba szybko minęło te 9 dni XD Ja sama nie wiem w sumie kiedy, bo ostatnio jakoś czas mi zapierdala strasznie… Haha, no i tak, oby się nic nie spierdoliło. Bo jeszcze trochę przed nimi…

    Asiek8, ten rozdział generalnie powinien się nazywać „Ulga”, gdyby to nie oznaczało wielkiego spoileru XD Na chwilę wytchnienia jako taką będą musieli poczekać, bo czas ich goni, ale te kilka dni, póki Jeff jakoś nie dojdzie do siebie, chyba mają :)

    Jelis, hehe, nie wiem czy z tym załatwianiem wszystkiego za nich coś wyjdzie, bo w obecnej sytuacji średnio mogą liczyć na jakiekolwiek L4 XD Ale na pewno kilka dni mają. A dom na południu… Och tak, o taki ich wymarzony finisz tej całej sprawy :)

  9. Jelis pisze:

    O matko jaka ulga. No to teraz Will i zdrowy Jeff zostają na farmie a Eddie Malvin jadą załatwić wszystko za nich żeby sobie moją ulubiona parka odpoczęła 😂 Jeff też jakoś dobrze się czuł jak na chwilę po przeszczepie więc tym bardziej mam nadzieję, że kupią sobie ten dom na południu jak chcieli c:

  10. Asiek8 pisze:

    Cholera, ale mi ulżyło. Byłam przygotowana na najgorsze hmmmm… powiedzmy, że przygotowana xD
    Mam nadzieję, że William i Jefferson będą mieli teraz chwilę wytchnienia ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s