Across The Cursed Lands III – 42 – Tecumseh i szare małpy

Jefferson wytrzymał do Frankfort. Z każdą godziną czuł się coraz gorzej, a William odchodził od zmysłów, choć równocześnie starał się zachować spokój i pilnować swojego partnera. Przez to ostatnich dwóch nocy prawie w ogóle nie przespał, bo obawiał się, że kiedy się obudzi, obok będzie leżał martwy Jeff. Ale dzięki wykorzystaniu swojej bezsenności, prowadził wóz również nocą, gdy księżyc oświetlał drogę na tyle, że było ją widać.
Kilka minut po wschodzie słońca, gdy jeszcze niewielu ludzi zdążyło się zbudzić, dojechali do Frankfort. Jefferson jeszcze spał, wycieńczony swoimi objawami. A lekarz, Oficer i Pigment jechali drogą wiodącą na północ miasta, gdzie mieściło się domostwo Malvina Berry. William zamierzał właśnie tam udać się najpierw. Wytłumaczyć Malvinowi, co się dzieje, zostawić tam na chwilę Rangera i dopiero pojechać na poszukiwania Eddiego Hilla.
Szybko przekonał się, że nie będzie to konieczne, bo kiedy pukał z zacięciem w drzwi domostwa trapera, zamiast niego otworzył mu właśnie dobrze im znany kowal. Był jedynie w spodniach od pidżamy i patrzył na lekarza zarówno z zaskoczeniem, jak i konsternacją.
— Will?
— Eddie…? — wydusił głupio William. Zmierzył go spojrzeniem i znów zapatrzył się na jego znajomą, brodatą twarz.
— Jak widzisz. — Kowal lekko się uśmiechnął. — Jesteś sam? — spytał, na razie nie tłumacząc, co właściwie robi w domu Malvina.
— Nie. Jefferson śpi na wozie.
William odsunął się kawałek i wskazał na wóz i dwa konie przed płotem. Zostawił je tam, bo tędy nie miał jak wprowadzić wozu na teren Malvina. Brama była z drugiej strony.
Wciąż nie rozumiał, co tu robi Eddie, ale nie było to teraz głównym problemem. Właściwie było mu to na rękę, bo dzięki temu nie musiał go szukać.
— Potrzebuję… tego, o co cię prosiłem — wytłumaczył z napięciem.
— Oczywiście. Skończyłem w sumie niedawno. Chcesz teraz zobaczyć? — spytał, cofając się do wnętrza domu, żeby poszukać butów i kurtki, jeśli William chciałby w tej chwili zobaczyć efekt swojego projektu. Przy tym nadal nie był szczególnie wylewny. Krzyknął tylko w głąb domu: — Malvin! Mamy gości!
William zamrugał z coraz większym zaskoczeniem. A z wnętrza dobiegło „Już idę!”. I rzeczywiście, sekundę później jego oczom ukazał się Malvin Berry. Również w samej piżamie. Uśmiechnął się szeroko na widok lekarza w progu.
— Pan Lockerbie! Jak miło pana widzieć!
— Dzień dobry, panie Berry… — odpowiedział skonsternowany gość. — Chciałem prosić was o pomoc. Chętnie zobaczę już teraz, co stworzyłeś, Eddie.
— Pewnie. Już się ubieram — odparł Eddie. Naciągał na siebie sweter i zaraz potem kurtkę. Buty już miał na nogach. — Mówiłeś, że Jeff jest na wozie. Nie jest w stanie wejść? — spytał domyślnie. Widział, co tworzył.
— Przedwczoraj musiałem sztucznie przywrócić go do życia. Myślę, że zostały nam dosłownie godziny — wyjaśnił William zmienionym głosem. Wyszedł na ganek, żeby razem z Eddiem pójść do jego pracowni.
Malvin, który to słyszał, wyszedł za nimi i z niepokojem spojrzał w stronę wozu.
— Jeff jest chory?
— Jeff jest umierający — wyjaśnił William, oglądając się na gospodarza. — Czy… mogę też prosić o pana pomoc? Będę potrzebował pewnej wskazówki.
— Oczywiście. I proszę do mnie mówić Malvin. Ubiorę się i zaraz dołączę do was w stodole.
Eddie nie czekał na Williama. Minął go i już podążał do stodoły, w której mieściła się jego pracownia. Odezwał się dopiero w momencie, kiedy William go dogonił.
— Szkoda, że nie udało wam się dotrzeć tu wcześniej. Ale wszystko przygotowałem. Tylko… jak rozumiem, brakuje nam jeszcze jednego elementu. Prawda? — spytał, a lekarz poczuł minimalną ulgę, że to właśnie z nim ma pracować. Eddie był małomówny, spokojny, nawet przesadnie czasami stonowany, ale widać było, że głowę miał zdecydowanie na karku.
— Tak. Dlatego potrzebuję pomocy Malvina. Może zna jakieś gatunki, które… nadawałyby się do tego, żeby znaleźć się w klatce piersiowej Jeffa — odpowiedział, czując, że gdy mówi to na głos, brzmi to irracjonalnie. Nie chciał dopuszczać do siebie myśli o porażce, ale nigdy w życiu nie robił tego, co właśnie planował. Jego matka też nie. Nigdy nawet o czymś takim nie czytał. To była wręcz jego… fantazja. Oparta wszelką naukową wiedzą, jaką mógł zdobyć, ale powodzenie zależało już chyba tylko od szczęścia.
— Trochę czasu na to brakuje. Ale powinien o czymś wiedzieć. Bo, jak rozumiem, nic takiego nie robiłeś wcześniej? Nawet na zwierzętach? — spytał kowal, kiedy otwierał drzwi do stodoły.
Po wejściu poprowadził lekarza do swojego warsztatu. Było tam wiele rzeczy, których lekarz nawet nie poznawał. Było też dużo sadzy, ale i porządek. Z jednej szafki kowal wyjął małą szkatułkę. Okazało się to bardzo mądrym rozwiązaniem, żeby w niej, na miękkiej skórze, trzymać drobne, wypolerowane i niezwykle precyzyjne małe elementy, które miały pomóc sercu pracować. Sercu, które nie wiadomo z czego wyrwą.
Wiliam był na tyle zapatrzony w to, co stworzył Eddie, że zapomniał odpowiedzieć na zadane pytanie. Wziął do ręki jeden z elementów i położył go na wnętrzu dłoni. Przyjrzał mu się i był pewien, że był wykonany perfekcyjnie. Aż zaskakujące było, że kowal takimi wielkimi rękami był w stanie precyzyjnie stworzyć tak drobny przedmiot.
— Idealne… Dokładnie takie, jakich potrzebuję — szepnął, po czym otrząsnął się i spojrzał na mężczyznę. — Dziękuję. I nie, nigdy tego nie robiłem. Ale nie mam czasu przeprowadzać testów. Są wszystkie? — dopytał, znowu zerkając do szkatułki.
— Tak. Udało mi się też kilka drobniejszych elementów zrobić w zapasie. I jeden trochę zmienić, ale to sobie zobaczysz — wytłumaczył Eddie, stojąc nad lekarzem. Napracował się nad tym. Wiedział, co William chce zrobić, ale nieszczególnie wierzył w powodzenie. Protezy, ingerencja w kości u pacjenta to kompletnie co innego niż w organy takie jak serce.
— Dobrze. Będę tylko jeszcze potrzebował czystego miejsca, w którym dokonam operacji. Jeśli znajdziemy dawcę — dodał William z nadzieją, że Malvin im pomoże. A na myśl o traperze, wyprostował się i popatrzył uważniej na kowala. — Malvin cię gości?
Eddie pokiwał głową, jakby się zastanawiał.
— Można tak to nazwać. To dobry mężczyzna. Dobrze się z nim dogaduję. A on chyba ze mną. Zresztą, zaraz powinien tu być. Myślisz, że jeszcze dziś ruszycie po to serce? Czy ty zostaniesz tu z Rangerem?
To było bardzo dobre pytanie, bo William nie mógł zostawić Jeffersona samego.
— Jeff musi być cały czas pilnowany — powiedział, akurat kiedy do stodoły wszedł Malvin. — Ale ja muszę też widzieć to, co mogłoby być dawcą.
Traper ściągnął brwi i popatrzył po nich w napięciu. Był już ciepło ubrany i poważny, co było bardzo rzadkie do zaobserwowania na jego twarzy. Zwykle był rozluźniony i wesoły.
— Jeżeli potrzebujesz pomocy innego lekarza, znam dobrego specjalistę, który umie trzymać język za zębami.
Eddie od razu uniósł brwi i zaraz wskazał Williama.
— Widzisz, na razie idzie dobrze — powiedział jako pocieszenie. Spytał Malvina: — Myślisz, że dasz radę go tu dziś sprowadzić? My będziemy musieli, jak dobrze rozumiem, udać się na polowanie.
— Polowanie? — powtórzył Malvin.
William chciał mu wszystko wyjaśnić, ale wolał nie robić tego tutaj, kiedy Jefferson spał na wozie przed domem. Dlatego poprosił wszystkich o wrócenie przed dom i dopiero w drodze tłumaczył im obu, czego dokładnie potrzebuje. Malvin kiwał głową i starał się zrozumieć, chociaż on również nie wierzył w powodzenie tak szalonego planu. Jednak chciał pomóc w uratowaniu Rangera, więc gdy już mijali zagrodę Rogacza i Clovera, powiedział:
— Jest jedna nadzieja. Kiedyś, zapuszczając się na północ, zasłyszałem plotki o… o pewnym stadzie bardzo… ludziopodobnych kreatur. Mówi się o nich niedaleko stąd. Wystarczyłyby dwie godziny drogi w takich warunkach. Są to jednak tereny Indian.
William widział, że Jefferson znał ich zwyczaje i w normalnej sytuacji mógłby im się przydać, ale teraz nie mieli go nawet za bardzo jak spytać, czy wie coś o miejscowych Indianach. Był częściej nieprzytomny albo spał, niż do czegoś w ogóle się nadawał. Jego stan był krytyczny.
— Zaryzykuję — postanowił lekarz. — Będę wdzięczny, jeśli sprowadzisz tu tego lekarza i czym prędzej udamy się na te tereny. I… wybaczcie, że zbudziłem was tak wcześnie z takimi wymaganiami.
Malvin uśmiechnął się do niego pokrzepiająco i pospiesznie obszedł razem z pozostałą dwójką dom. Musieli zabrać wóz na tył domu, żeby móc przeprowadzić operację w stodole. Było to jedyne miejsce, w którym mogli to zrobić. Musieli tylko zadbać o duże ilości wody, narzędzi i porządek.
— Kiedy chodzi o życie przyjaciela, nie ma niewłaściwej pory — odpowiedział.
Po kilkunastu minutach William z Eddiem przygotowywali już salę operacyjną, w której było dość czysto, żeby Jefferson mógł przeżyć rozkrojenie mostka. Malvin zaś udał się do miasta z zamiarem odnalezienia lekarza, który mógłby zająć się Jeffersonem podczas ich nieobecności.
— Mówiłeś ostatnio o jakimś przyjacielu Malvina — przypomniał William, kiedy wykładał swoje narzędzia na stolik. Postawił go obok dużego stołu, na którym zamierzał pracował nad Jeffem, ale nie chciał chociaż przez chwilę o tym myśleć. A skoro Eddie mieszkał u Malvina, był ciekaw, co się stało z poprzednim mężczyzną. — Już z nim nie mieszka?
— Nie. Został wyproszony. Malvin z nim żył, bo ma za dobre serce, ale w końcu uznał, że to najwyższy czas, aby tamten się wyprowadził. Potem zostałem z nim na wypadek, gdyby chciał wrócić. Rozumiesz, dla bezpieczeństwa. A skończyło się na tym, że Malvin mnie gości. Jednak nie tak, jak goszczeni byliśmy u generała i Mavericka. — Eddie mówił spokojnie, nie stresując się, a przynajmniej na takiego nie wyglądając. Zajmował się swoją pracą. Obkładał materiałem wszelkie szpary, żeby zbędny kurz nie dostał się do operowanego.
Gdy już znajdą dawcę, musieli jeszcze zrobić tu dobre oświetlenie. W przeciwnym razie lekarz mógł popełnić jakiś błąd.
— Więc… — zaczął, choć był oszołomiony tym, co się właśnie okazało. A na ranczu wszyscy obawiali się, co by się stało, gdyby Eddie się o nich dowiedział. — Mam nadzieję, że rzeczywiście dobrze się dogadujecie — skończył, uznając, że nie musi dopytywać o szczegóły i upewniać się w tym, co wydawało mu się, że zrozumiał. Eddie nie wyglądał na człowieka, który lubił się zwierzać.
Kowal skinął głową, sprzątając podłogę, na ile się dało.
— Tak. Malvin to bardzo miły człowiek. Nie przypuszczałem jednak, że los znowu zagna mnie pod jego drzwi. Dlatego pod jakimś względem jestem ci wdzięczny, Will.
Lekarz uśmiechnął się delikatnie, po czym zamknął torbę z narzędziami. Przetarł oko i spiął szczelniej włosy, choć te z przodu wciąż trochę uciekały mu spod tasiemki.
— A ja ci zazdroszczę, że mieszkasz w takim spokojnym domu z kimś, z kim tak dobrze się czujesz — odpowiedział i obejrzał się na wóz, który już był wprowadzony do stodoły. Jefferson wciąż na nim spał. Był szczelnie przykryty kocami.
Eddie, widząc to spojrzenie, położył lekarzowi dłoń na ramieniu.
— Będzie dobrze — zapewnił go, chociaż czuł się, jakby kłamał, bo na usta cisnęło mu się „jesteś wciąż młody” zamiast złudnego zapewnienia. Nie zamierzał jednak zabierać lekarzowi nadziei.
Ten tylko przytaknął i wrócił do przygotowywania pracowni, chociaż czuł się zmęczony. Tej nocy zmrużył oko może na godzinę czy dwie. A wiedział, że szybko znowu nie zaśnie.
W mniej niż godzinę udało im się przygotować miejsce. Na dużym stole znajdował się biały, czysty materiał. Obok już czekały na nich dwie duże balie z wodą, teraz przykryte drewnianymi pokrywami, żeby nic nie wpadło do wody. Narzędzia ułożone były obok na stołku. Były też czyste ręczniki i coś, co William miał ze sobą od kilku dni, gdy zrobili z Jeffem mały postój za Charleston. Kupił wtedy specyfik, którego właściwości nie były w pełni wykorzystywane przez lekarzy, bo ci nie znali jego możliwości. Ale jednak nauka od matki przydała się Williamowi. Ta nawet po śmierci nad nim czuwała, bo dzięki jej eksperymentalnej medycynie miał więcej możliwości w uratowaniu Jeffersona niż zwykły, trzymający się podręczników lekarz.
— Jesteśmy! — Usłyszeli niespodziewanie głos Malvina, jeszcze zanim ten wszedł do pracowni. Obok niego stał… Azjata w grubym płaszczu, z bujnym kożuchem pod szyją. Minę miał spokojną i stonowaną. — To jest doktor Quing. Powiedziałem mu pokrótce, w czym rzecz. Pragnie pomóc.
— Dzień dobry szanownym panom. — Azjata skinął im uprzejmie głową. A William od razu przypomniał sobie jego sklep, który odwiedzał. Już wtedy był pod ogromnym wrażeniem jego asortymentu. — Słyszałem, że będą panowie podejmować się niemożliwego. Chętnie będę brał w tym udział.
William przyjął te słowa z ulgą. Jeżeli miał mu towarzyszyć jeszcze jeden lekarz, to naprawdę istniała jakaś szansa. Sam mógłby nie dać sobie z tym rady.
— Dziękuję. William Lockerbie, miło mi pana poznać. — Podszedł do mężczyzny i uścisnął jego dłoń. Po tym obejrzał się za siebie i wskazał na Jeffersona na wozie. — To jest nasz pacjent. Nie sądzę, żeby zostało mu więcej życia niż doba. Musimy zastąpić jego serce. Tu jest upioryt, tu są wytworzone przez Eddiego części… — mówił szybko, krzątając się po pracowni i starając się jak najrychlej wszystko wyjaśnić, ponieważ musieli już ruszać.
Azjatycki farmaceuta słuchał i kiwał głową. Wydawał się naprawdę rozumieć, co mówi William. Do tego czasami nawet wchodził mu w słowo na znak, że wie, dokąd zmierzają myśli lekarza.
— Proszę się nie obawiać. Przygotuję go do tej operacji. Przywiozłem ze sobą trochę swoich farmaceutyków i ziół. Ureguluję jego tętno do waszego powrotu — zaoferował, a Eddie nawet lekko uśmiechnął się do Malvina, kiedy zobaczyli cień ulgi na twarzy Williama.
Traper odpowiedział szerszym uśmiechem. Słuchali rozmowy tej dwójki, która naprawdę wierzyła, że to może się udać. A skoro mówili tak sami lekarze, oni nie mogli tego kwestionować.
— Proszę o niego zadbać. Postaramy się wrócić jak najprędzej — obiecał William, gdy już żegnali się z doktorem Quingiem w progu pracowni.
W międzyczasie Malvin zdążył przygotować konie do drogi, więc te już czekały na nich na zewnątrz. Razem z bronią. W razie czego.
Nie zwlekali. Każdy był już ubrany, gotowy do drogi i jedynie Eddie nieznacznie obawiał się o stan Williama. Ten wyglądał o niebo lepiej niż Black, ale nadal widać było na jego twarzy ślady przemęczenia. Uznał więc, że warto go przypilnować, kiedy będzie jechał na Pigmencie i nie zostawiać go w tyle, żeby towarzyszyć prowadzącemu ich Malvinowi.
— Więc to tereny Indian? — zapytał William, kiedy już ruszyli w stronę północy.
Śnieg nie padał, ale na drodze zostały jego resztki. Nie jechało się przez to idealnie, ale widać było, że ta trasa jest często wykorzystywana. Słonce było już wyżej niż z samego rana, kiedy lekarz przyjechał do Malvina i Eddiego.
— Tak. Właściwie są to nieduże grupy, bo wielu z nich zostało wysiedlonych — wytłumaczył Malvin, jadący kawałek z przodu. Zwolnił nieco, chcąc jednocześnie mówić i być słyszanym. — Zobaczymy, czy w ogóle na nich trafimy. I niestety nie wiem, jak na nas zareagują.
— Mam nadzieję, że nie skrajnie źle. To byłby istny chichot losu, gdybyśmy to my tu zginęli — zauważył Eddie, nie chcąc jednak wprowadzać negatywnej energii. Ale śmiać mu się trochę z tego chciało, że zostawili Jeffersona w złym stanie, a sami mogli nie wrócić.
William myślał o tym samym, więc zapytał:
— A nie chodzą żadne wieści, jak ci Indianie podchodzą do białych?
— Szaunisi kiedyś próbowali współpracować z białymi. Nie byli negatywnie nastawieni. Lecz potem się podzielili, więc trudno mi powiedzieć, jak to teraz wygląda — przyznał Malvin przepraszającym tonem.
Zerkał co raz, to na Eddiego, to na Williama, chociaż na tym pierwszym na dłużej zatrzymywał wzrok. I uśmiechał się delikatnie, kiedy łapał jego spojrzenie. William mimo tego, że jego myśli były daleko od seksu i w ogóle wyobrażeń, co ci mogą robić razem, i tak to widział.
— Zobaczymy. Jeśli nie będzie ich wielu, to najpierw powinni chcieć rozmawiać. Jest nas w końcu więcej i mamy broń. — Eddie spróbował rzucić na sprawę pozytywne światło.
Nie mieli innego wyboru, niż wierzyć, że im się uda. To była ich jedyna nadzieja. William wolał nawet nie myśleć o tym, że im się nie powiedzie i że nawet nie zdąży się przez to pożegnać z Jeffersonem, który teraz był pod opieką innego lekarza.
Nic nie powiedział, tylko przytaknął i podążał dalej za Malvinem. W drodze wymienił jeszcze kilka słów z Eddiem o tym, co wydarzyło się w Charleston. O tym, jak o mało nie zginęli, ale też o tym, że wiele się dowiedzieli. A na koniec dodał coś, o czym zupełnie zapomniał w ferworze tego, co działo się z Jeffersonem.
— Nick i Maverick prosili, żebyś udał się ze mną do Waszyngtonu i żebyśmy spróbowali skontaktować się z Adelą.
Malvin, który od pół godziny jechał o te kilka kroków przed nimi, aż zatrzymał swojego konia i obejrzał się na nich z rozterką. Szczególnie na Eddiego. Śnieg powoli zbierał się na jego kapeluszu, gdy kilka minut temu zaczęło padać.
— Na… długo…? — zapytał.
Eddie nie odpowiedział, tylko spojrzał na Williama. Ten jednak bezradnie wzruszył ramionami.
— Pewnie na tyle, na ile będę potrzebny. — Eddie więc wysnuł własny wniosek. — Do Waszyngtonu jest kawałek. — Westchnął ciężko. — Kiedy uda się operacja, to myślisz, że od razu zabierzesz go ze sobą?
— Na pewno nie z dnia na dzień. Będzie musiał odpocząć w łóżku przynajmniej kilka dni. Nie chcę narażać jego ran po operacji na zakażenia. Będę musiał wynająć na kilka dni gospodę.
Malvin, który trochę zgasł po wcześniejszych słowach Williama, postarał się przywołać na powrót wcześniejszy stan.
— Możemy ułożyć Jeffa w salonie. Kanapa jest duża.
— Jeśli wszystko by się udało, to byłaby to dobra opcja. Byłby pod czyimś okiem. — Eddie uznał, że to dobry pomysł. Z drugiej strony musieli też pomyśleć o sprowadzeniu tu Adeli, tak jak zalecał generał.
Wydawało się, że jest tak wiele do przemyślenia i zaplanowania, a jednak nawet nie mieli na to chwili w obliczu tej walki o czas. Skupiali się teraz na tym, by wypatrzeć w tej dziczy… cokolwiek. I to cokolwiek najwyraźniej wypatrywało ich. Bo oto niespodziewanie Pigment się zatrzymał, kiedy tuż przed jego kopytami pojawiła się strzała i zagłębiła się w śniegu.
William odruchowo szarpnął wodzami i rozejrzał się, podobnie jak pozostała dwójka.
Indianina dostrzegli na skraju lasu. Stał i patrzył w ich stronę. Był dość daleko, a mimo to… wyglądał na wielkiego. Zaskakująco wielkiego. W normalnych okolicznościach William może nawet by się na niego zapatrzył oraz podziwiał jego imponującą muskulaturę i wzrost. Lecz nie w chwili, kiedy jego ukochany umierał kilka mil za jego plecami.
— Przychodzimy po pomoc! — Eddie pierwszy się odezwał, unosząc obronnie dłonie.
Indianin nie opuścił łuku, który wciąż miał skierowany w ich stronę. Wyglądał na nieprzekonanego lub nierozumiejącego ich. William nie miał pojęcia, co ma robić, za to Malvin… zeskoczył z konia i powoli ruszył w stronę mężczyzny, unosząc obie ręce, chcąc pokazać, że nie jest uzbrojony.
— Nie przyszliśmy łupić ani mordować! Wierzymy, że jesteś mądrzejszy od nas. Potrzebujemy twojej wiedzy! — zawołał.
Pozostała dwójka obserwowała go z trwogą, bo sylwetka Indianina nie wyglądała na nieszkodliwą. Było zimno, więc ten miał na swoim masywnym ciele grubą skórę i futro. Czarne, długie włosy spływały po jego ramionach i plecach, a on miał za sobą swoje małe królestwo, w którym na pewno było kilku jego pobratymców. Nie było się co dziwić, że strzeże go przed obcymi białymi. Eddie wolałby, żeby inaczej to załatwili, ale toczenie małej wojny nie było im w smak.
W tym czasie Indianin, nie opuszczając łuku, zwrócił się do Malvina.
— Czego więc białe twarze tu chcą?
— Potrzebujemy wiedzy, gdzie znajdują się… — Malvin zawahał się, ale dobrze pamiętał, jak w plotkach nazywano ludziopodobne kreatury. Indianin mógł je kojarzyć właśnie pod tą nazwą. — Gdzie znajdują się szare małpy. Musimy dostać się do jednej i…
— I zrobić z nich widowisko? Wypuścić do walki? — przerwał mu Indianin i zmarszczył swój spory nos. — Jak to zwykliście czynić?!
Malvin od razu pokręcił głową, a William sapnął, widząc, że cięciwa łuku się napięła.
— Nie! Musimy uratować naszego przyjaciela. Tylko ta kreatura może nam pomóc!
Eddie starał się trzymać dłonie na widoku, ale obawiał się, że to, co zaraz może powiedzieć traper, wcale nie spodoba się Indianinowi.
— Niby jak szara małpa może pomoc białej twarzy? To czarny demon jaskiń, którego biały człowiek sam stworzył.
Malvin, który był bliżej, lepiej słyszał. William za to spojrzał na Eddiego pytająco, bo wcale nie był pewien, czy dobrze zrozumiał. Wolałby już porozmawiać w bardziej… pokojowym nastawieniu.
— Jeśli pozwolisz nam podejść, możemy to wyjaśnić! — zapewnił Malvin, starając się uspokoić Indianina. — Nie wejdziemy na twój teren.
— Nie odpowiadasz na pytania! Po co wam szara małpa? — Postawny Indianin znowu spytał i chwilę patrzył na Malvina, potem na Eddiego, aż w końcu właśnie do tego drugiego wymierzył. — Nie kłam, łowco. Znamy cię, lecz tego białego bizona i jednookiego ptaka nie. Puszczę ku nim strzałę, jeśli nie odpowiesz prawdy.
Malvin zacisnął zęby i obejrzał się na dwójkę towarzyszy. Wiedział, że musi powiedzieć prawdę. Ale jeśli ona nie spodoba się Indianinowi i ucierpi Eddie… Domyślał się, że Indianin nie spudłuje.
— Potrzebujemy jej serce! Nasz młody przyjaciel umiera. Walczył z niesprawiedliwością o dobro ludzi, ale ktoś spróbował go zabić. Umrze, jeśli nasz lekarz nie da mu serca kreatury. Musimy zabrać życie potwora, żeby mógł żyć prawy człowiek.
Indianin ściągnął brwi, zaskoczony odpowiedzią. Najwyraźniej nie tego się spodziewał. Patrzył na białych ludzi jak na szaleńców, ale ostatecznie opuścił łuk.
— Chcecie serca szarej małpy? Te serca są skażone, ich ciała są skażone. To ma pomóc w uleczeniu waszego przyjaciela? — pytał z niepewnością, teraz patrząc w stronę Williama. Rozpoznawał, że „jednooki ptak” nie jest tu wojownikiem.
— Tak! To jego jedyna nadzieja! — odkrzyknął William. I po chwili przemyślenia dodał: — Mogę stworzyć z czegoś złego coś dobrego!
Malvin od razu dodał:
— Lecz do tego potrzebujemy twojej pomocy, bo nie wiemy, gdzie szukać szarej małpy.
Indianin nie wyglądał na całkiem przekonanego. Jakby badał wzrokiem swoich czarnych oczu, czy nie ma do czynienia z szaleńcami.
— Szare małpy są niebezpieczne. Ich ciała żyją zbyt mocno, żeby można było je łatwo zabić. Ale… pokażę wam, gdzie są. Jeśli zależy wam na przyjacielu tak mocno, że nie obawiacie się, że takie serce pochłonie jego duszę.
O to William się nie martwił. Jego umysł był racjonalny i wiedział, że serce nie ma wpływu na to, jaki jest człowiek. Skinął więc twardo głową, a Indianin dał im znak, że mogą się zbliżyć.
Malvin wrócił do swojego konia i gdy był plecami do Indianina, odetchnął głęboko.
— Udało się — szepnął z uśmiechem do Eddiego, wskoczył na rumaka i ruszyli całą trójką do czekającej na nich, masywnej postaci na skraju lasu.
Przy niej po chwili zjawił się nakrapiany rumak. Przychodził najwyraźniej tak jak Oficer, na zawołanie właściciela.
— Ruszajcie za mną. Na razie ręce z dala od waszej broni. Szare małpy o tej porze tu nie wychodzą — polecił, wsiadając na swojego rumaka, który pod jego potężną osobą okazał się śmiesznie mały.
Gdy byli już blisko, William z podziwem przyjrzał się postaci Indianina. Był, mówiąc prosto, wielki. Nawet większy niż Nicholas Orkenzy. Jego barki musiały być bardzo szerokie, a mięśnie potężne. Nawet dłonie, którymi trzymał lejce konia, były olbrzymie. Zaś jego włosy niemal sięgały zada rumaka. Gdyby William nie myślał teraz o Jeffersonie, chciałby zobaczyć tego mężczyznę w trakcie kąpieli, by z anatomicznej ciekawości obejrzeć jego ciało. Żałował więc, że panowały mrozy i Indianin był tak grubo odziany.
— Co miałeś na myśli, mówiąc, że to biały człowiek stworzył te… szare małpy? — zapytał, starając się trzymać blisko Eddiego. Wierzył, że w razie czego to on będzie miał dobry refleks i uchroni ich przed niebezpieczeństwem. Malvin kroczył zbyt blisko Indianina, by to jego chciał się trzymać.
Ich przewodnik spojrzał na lekarza. Miał szeroką szczękę, bystre oczy i przedstawiał sobą naprawdę potężną osobę. Na pewno nie grubą, bo widać było, że pas wokół jego talii jest luźny, więc i on musiał być szczupły. Zresztą po jego palcach i twarzy można było uznać, że tworzyły go głównie mięśnie.
— To biały człowiek zesłał najpierw swoich czarnych braci w głąb ziemi. Mieli oni szukać przeklętych kamieni. Wiele lat słychać było tu skowyt nieumarłych, aż ci w końcu postanowili przejąć ciała i dusze tych, którzy zakłócali ich spokój. Od tamtego czasu już nie było tu ani białych twarzy, ani ich niewolników. Zostały tylko szare małpy.
Chwila ciszy nastąpiła po tym przemówieniu. Dźwięczny głos Indianina wydawał się długo nieść po lesie, wzdłuż którego kroczyli. Przewodnik najwyraźniej nie zamierzał wprowadzać ich w głąb lasu. Mieli więc po swojej prawej stronie coraz wyżej znajdujące się słońce i trakt, a po lewej zaśnieżone drzewa.
— Czyżby… upioryt nie działał tylko na zwierzęta? — odważył się odezwać William, kiedy jego umysł przetrawił to, co powiedział Indianin.
Nie słyszał o żadnych kopalniach upiorytu w tych okolicach, ale mężczyzna nie mógł mieć niczego innego na myśli, gdy mówił o przeklętych kamieniach. Lecz jeśli kopalnia była tajna i wykorzystywano do wydobycia niewolników… to ci musieli w niej dosłownie żyć, żeby nikt ich nie zauważył. Wydobywanie upiorytu na własną rękę było bardzo dochodowym zajęciem, ale nielegalnym. Zresztą, pamiętał, jak słyszał, że w Chicago dziwne rzeczy się działy. I te konie w kopalni… To dawało do myślenia. Ludzie wracali do swoich domów. Myli się, nie pracowali non stop przy wydobyciu, używali ciężkich maszyn. A jeśli ktoś faktycznie wykorzystywał niewolników i zmuszał ich do ciągłego przebywania przy upiorycie… Jeśli troska o Jeffersona była silna, i tak jego dusza naukowca trochę się ożywiła.
— Nie zdziwiłoby mnie to. Czemu mielibyśmy być lepsi od zwierząt? — Malvin pozwolił sobie na krótką uwagę, jak i odpowiedź na zszokowane pytanie lekarza.
— Dotąd nic nie słyszałem o czymś takim — odpowiedział William. Chociaż gdy zdał sobie sprawę z tego, że nikt, nawet rząd, głośno nie chciał przyznać, że mutacje są winą upiorytu, mimo że coraz bardziej było to widoczne, to i tego nie mógł być pewien. Może jednak już ktoś o tym wiedział i tacy ludzie byli skrzętnie usuwani? Albo to te „szare małpy” faktycznie były pierwszymi przedstawicielami mutacji u ludzi. — Jeśli to możliwe i to prawda… to obawiam się, co możemy ujrzeć.
Indianin prychnął pod nosem, słuchając ich rozmów.
— Zobaczycie ludzi, których oczy są jak oczy ducha. Ludzi o twardych dłoniach i skórze jak z popiołu. Wypalone ciała tych, których chciwość białego człowieka zamieniła w coś, co żyje po śmierci.
— Co z nimi robicie, gdy na nich natraficie? Zabijacie ich? — zapytał lekarz. Jeżeli szarą małpą faktycznie byli ludzie… zmutowani, ale wciąż ludzie, to ich serce mogłoby być idealnym rozwiązaniem dla Jeffersona. Obawiał się tylko, czy dadzą radę takiego zabić.
— Nie zbliżamy się do jaskiń, jeśli nie jest to konieczne. Ale… — Indianin westchnął. Chyba wahał się, czy powinien to mówić. Ale już i tak dziś dość dziwów usłyszał. — Czasem dajemy im zioła, które powodują sen i toczymy z nich krew. Szaman wykorzystuje ją do obrządków. Nie liczcie jednak, że więcej usłyszycie, białe twarze. To nie wasza była ziemia, tak samo jak nie wasze były przeklęte kamienie.
— Nie rościmy sobie do nich prawa. Naszym jedynym celem jest uratowanie przyjaciela — zapewnił Malvin. Był już spokojny, kiedy widział, że Indianin im zaufał.
Co innego spięty William, który, mimo obaw o powodzenie tej misji, znów wtrącił się do rozmowy.
— A czy masz może te zioła ze sobą? Moglibyśmy jedną szarą małpę zabrać jeszcze przytomną.
Indianin nie odpowiedział od razu. Właśnie wjeżdżali pod niewielkie wzniesienie. Kopyta koni ostrożnie stąpały po śniegu i zmarzniętej ziemi.
— Jak cię zwą, jednooki ptaku?
Królik, ziemniak i myszka… Ale ptakiem William jeszcze nie był. Jeśli Jeff przeżyje, nie zamierzał mu się do tego przyznawać.
— William.
— Miło mi więc cię poznać, Williamie. Jestem Tecumseh. I tak, mam ze sobą swoje zioła. Mam też ze sobą łuk i zatrute strzały. Pytanie, czy wy macie dość broni, żeby zabrać tylko jednego? I dość blisko do swojego przyjaciela?
Lekarz odruchowo popatrzył na swój pas. Miał tam swój nowy rewolwer i… tyle. Malvin jednak miał zarówno rewolwery, jak i strzelbę, podobnie jak Eddie. Wydawało się to wystarczające, jeśli chodzi o walkę z jakimś stadem. Ale William wcale nie był tego taki pewien, kiedy o coś takiego pytał ich tak… wielki i silny mężczyzna.
— Mam nadzieję, że tak. Nie wiedzieliśmy jednak, co nas czeka.
— Ale jest nas czwórka i mamy konie. Podołamy — dodał Malvin nieco pewniej niż William, widząc, że ten czuje się podminowany. Musiało mieć na to też wpływ przemęczenie brak snu.
— Wierzę w to, gdyż inaczej wasza podróż tu byłaby nadaremna — dodał Tecumseh i poprowadził ich ścieżką przy dużym kamieniu, aż w końcu grunt pod końskimi kopytami się wyrównał. — Jeszcze kawałek. Możecie się już przygotować. Szare małpy nie opuszczają często swoich jaskiń, ale zagrożenie traktują jak pożywienie.
Pozostała trójka napięła się. William upewnił się, czy ma pełny magazynek. Eddie za to rozpiął u dołu guziki kurtki, żeby łatwiej było mu sięgnąć do rewolwerów przy pasie. Krótką strzelbę też miał pod ręką, a Malvin swoją dubeltówkę trzymał już na kolanach.
Jechali po wydeptanym śniegu, otoczeni jedynie naturą. Nie było tu żadnych tablic powiadamiających o miastach w okolicy, a tym bardziej żadnych budowli. Nie było też dymu z fabryk, a jedynie chmury, z których sypał śnieg. Przez niego od razu nie zauważyli wejścia do jaskini. Zresztą, nie była ona na poziomie ich wzroku. Była to bardziej dziura w ziemi, której korytarz prowadził w dół. Kiedy przy nim stanęli, po chwili usłyszeli chrobot upadających kamieni, zamieszanie i niewyraźne dźwięki. Przypominały słowa albo odgłosy wydawane przez głuchoniemych. Stęknięcia, jęki i to wszystko razem komponowało się w potworną mieszankę.
Tecumseh siedział spokojnie na swoim koniu. Właśnie ugniatał coś w dłoniach i zawijał w liście, jeśli William dobrze widział kątem swojego jedynego oka. Po chwili, kiedy dźwięki z jaskini stały się jeszcze głośniejsze i dołączyło do nich skrobanie, podpalił zwitek i rzucił w głąb dziury.
— Uważajcie. Może ich wypłoszyć — powiedział swoim niskim głosem i szarpnął wodze nakrapianego rumaka, żeby ten wycofał się o kilka kroków.
Jego śladem poszedł William, Eddie i Malvin. Wycofali się na bezpieczną odległość, a Malvin już zawczasu wycelował strzelbą w stronę wejścia. W tym momencie pożałował, że nie zabrał swoich psów.
— Czy oni są szy… — chciał zapytać William, ale urwał, bo niespodziewanie coś z błyskawicznym, głośnym tupotem wyskoczyło z jaskini.
Całą trójką spodziewali się mozolnych, przerośniętych niczym konie z kopalni kreatur. Ale pierwsze dwa osobniki, które z bulgoczącym dźwiękiem wyskoczyły z jaskini, były zwinne i skoczne. Jeden z nich od razu spróbował doskoczyć do klaczy Eddiego, która stała najbardziej z prawej strony.
Okazało się, że kowal tylko w swoich zachowaniach jest powolny. Wystrzelił ze swojej broni, a kreatura odskoczyła. Zaraz za nią, William znowu zobaczył, jak kolejna wdrapuje się w górę po stromych ścianach jaskini. Potwór… a raczej potwornie okaleczony człowiek, wyglądał, jakby jego skóra była cała w popiele. Jakby ten popiół był efektem jego spalonego ciała. Lekarz dobrze widział ich ludzkie rysy twarzy, nawet kiedy ich usta były suche, popękane i niemal zanikające. Podobnie sprawa wyglądała z ich uszami. Były jakby wypalone. Palce za to przypominały szpony, bo poza długimi paznokciami, kości palców były także poczerniałe i pozbawione skóry. Postawa tych skrzywdzonych ludzi była za to mocno zgarbiona, przykurczona, jakby wiele lat siedzieli w małych przestrzeniach, mogąc się wyłącznie czołgać.
— Dym wypłoszył część, ale też powinien ich otumanić! Musicie wybrać jednego, na którego chcecie zapolować, jeśli ma żyć! — zawołał Indianin.
William, który odciągnął Pigmenta na dalszą odległość, gorączkowo spojrzał po wszystkich wydobywających się postaciach. Nie miał pojęcia, jak dostrzeże najsilniejszą jednostkę, ale chciał, żeby była właśnie taka. Zdrowa i silna, tym samym zapewniająca, że organ w jej piersi dobrze funkcjonuje.
Odrzucił już dwóch wątlejszych, zmutowanych niewolników. Widział, że każdy pierwotnie był czarnoskórym człowiekiem. I wyglądało na to, że poruszali się nieco po omacku, bo ich oczy zasłonięte były bielmem. A mimo to wiedzieli, gdzie są ich przeciwnicy. Malvin strzelił jednemu w nogę, ale ten tylko zagulgotał specyficznie i odbiegł za najbliższe drzewo, kulejąc.
— Nie wiem, może… Może ten! — krzyknął nagle lekarz, kiedy z jaskini wydobyły się kolejne dwie kreatury.
Obie były nagie. Jednym był masywny mężczyzna z bliznami po poparzeniu na żebrach. Zaraz za nim wyszła mocno otumaniona… kobieta. Charczała tak jak pozostali i była najwyraźniej w którymś miesiącu ciąży. Zioło musiało na nią mocno podziałać, bo po wydobyciu się z jaskini jakby nie wiedziała, w którą stronę biec.
— Mężczyznę!
— Większego bydlaka nie mogłeś wybrać? — rzucił Eddie do Williama, starając się zachować pozytywny nastrój.
Nie było to łatwe, ale widać było, że jakoś próbował. Przemawiał za tym też fakt, że to, z czym walczyli, nie wyglądało jak zwykłe zwierzę. Za dużo w nich widział z ludzi, żeby po prostu w nie strzelać. Starał się je raczej odgonić. W tym czasie Indianin szykował swój łuk i specjalną strzałę, chcąc pozbawić przytomności wybranego przez lekarza stwora.
Ten wyglądał na jednego z najbardziej skocznych i silnych. Rzucił się biegiem w stronę Malvina, a gdy ten strzelił, szara małpa odskoczyła na bok, jakby już zaznajomiona z tym, do czego służy strzelba. Malvin musiał przeładować, ale nie zdążył. Ludzkopodobny potwór odbił się od twardej ziemi i wyskoczył. Wystraszony koń zarżał i stanął dęba, a kreatura powaliła Malvina z siodła.
Traper, chcąc nie chcąc, po sekundzie mógł przyjrzeć się tej twarzy z bliska. Wyglądała, jakby była mocno poparzona. Zęby były pokruszone, a skrzek, jaki wydobył się z ust tego zmutowanego nieszczęśnika, nieprzyjemnie skojarzył się Malvinowi ze słowem „jeść”. Świadomość, że te kreatury mogą jeszcze myśleć, mroziła krew w żyłach. Tak samo koszmarna jak pozbawione ciała czarne paliczki, które próbowały rozszarpać mężczyznę.
Aż do czasu, kiedy nagle szara małpa opadła z sił i uwięziła trapera pod swoim ciałem, w które wbita była strzała z łuku Indianina.
Malvin nie miał poharatanych rąk tylko dlatego, że ubrany był w grubą, skórzaną kurtkę i rękawice. W przeciwnym razie jego przedramiona właśnie broczyłyby krwią.
Z głośnym sapnięciem zrzucił z siebie ciało. W ostatnim momencie, bo jedna z szarych małp, która wydobyła się z jaskini jako pierwsza, właśnie ku niemu skoczyła. Zdążył wystrzelić ze swojego rewolweru, a ta padła, bo dostała prosto w czoło.
Cały atak wyglądał na całkiem… przemyślany. Potwory z jednej strony zachowywały się jak oszalałe i ewidentnie chciały dostać pożywienie. Ale z drugiej musiały zachowywać jakieś myślenie, bo niektóre osobniki chowały się za drzewami i dopiero ku nim gnały, tak jak przed chwilą ten, który zaatakował Malvina.
— Eddie! Pomożesz mi z tym ciałem?! — krzyknął do kowala, chcąc przetargać na grzbiet konia nieprzytomnego mężczyznę, żeby mogli stąd uciec.
Eddie nie zwlekał. Zeskoczył z własnego konia i szybko podszedł do Malvina. Chwycił nieprzytomnego stwora i dosłownie wrzucił go na grzbiet wierzchowca trapera.
Okazało się, że Indianin miał w rękawie jeszcze jedną sztuczkę. Było nią kolejne zawiniątko, które przygotował i podpalił. Po tym jak rzucił je na ziemię, gdzie nie zgasił go śnieg, zaczęło się mocno dymić i przy tym głośno syczeć. I jak stwory były najpewniej ślepe, tak syk i trzaski musiały je zdezorientować, dając Malvinowi, Eddiemi i Williamowi czas na ucieczkę.
— W drogę! Może być ich więcej! — krzyknął Tecumseh.
Malvin wskoczył na swojego konia, obciążonego dodatkowym ciałem. Eddie też dosiadł swoją klacz, a William znajdujący się najdalej, wystrzelił dwa razy w stronę kolejnych dwóch stworów, które próbowały za nimi pobiec. Te spłoszyły się trochę, a do tego otumanione syczącym dymem zajęczały i na ślepo smagały powietrze szponami. Korzystając z tego, William zawrócił Pigmenta i galopem pognał za pozostałymi. Nie wierzył, że jeszcze na początku tego roku nie potrafił nawet jechać stępem. Teraz nauka, jaką dostał od Jeffersona, ratowała mu życie. Bo na pewno nie zbiegłby tędy na własnych nogach szybciej niż zmutowani niewolnicy. Którzy zresztą, według nauki, w ogóle nie powinni istnieć. A na pewno według rządu.
Całą czwórką pognali w stronę lasu, gdzie wcześniej spotkali Indianina. Malvin dobrze sobie radził, jadąc z dodatkowym ciałem na grzbiecie konia. Najpewniej nie był to dla niego pierwszy raz.
— Jak długo on będzie nieprzytomny?! — krzyknął William w stronę Indianina. Starał się skupić na prowadzeniu Pigmenta, ale wzrok co raz uciekał mu na nieprzytomnego, ludzkopodobnego stwora.
— Obudzi się, nim zajdzie słońce. Zdążymy jednak dojechać do miasta — odparł Tecumseh pewnie, skręcając w stronę miasteczka.
Jego pomoc okazała się niezastąpiona. Woleli nie myśleć, jak by się to skończyło, gdyby sami podążyli na poszukiwania szarych małp.
Zwolnili dopiero kilkanaście minut później, kiedy byli pewni, że nic już za nimi nie biegnie. Mieli jeszcze około godziny drogi do miasta, ale nie chcieli jechać zbyt mozolnie. Tym bardziej, że śnieg znów coraz mocniej sypał.
William podjechał do konia Malvina i spróbował trochę pochylić się do nieprzytomnego mężczyzny. Był nagi, choć skóra w niektórych miejscach tak poszarzała, że jeszcze wcześniej Williamowi wydawało się, że ma na sobie strzępy wypłowiałego odzienia. Dziwił się, jak te stwory wytrzymywały bez odzienia, ale mutacja dodatkowo sprawiła im mocno zgrubiałą skórę, która musiała ich chronić. Zresztą ich palce, uszy, nosy i wszystkie odstające części ciała wydawały się jakby przypalone, popękane czy obumarłe. Jakby zniszczył je mróz lub ogień. William obawiał się w duchu, jak bolesna musiała być to mutacja i czym wywołana. A do tego… jakie dziecko mogło się z tego urodzić. To był dobry materiał na badania. Ale najpierw musiał zbadać serce tego nieszczęśnika.
Po godzinie jazdy w szybkim tempie dojechali do Frankfort. Po drodze wiele nie rozmawiali, bo każdy był na swój sposób przejęty tym, co zobaczył. Odkrycie upiorytu wiązało się z olbrzymim pchnięciem technologii. Z olbrzymim rozwojem kraju. A jednak kryło się za tym wiele mrocznych stron. Ile ludzi zginęło przez ataki zmutowanych ludzi? A teraz jeszcze okazało się, że dramat spotkał też niewolników, zmuszonych do pracy nad bogactwem swoich panów, z czego sami nie mieli nic. Nic poza własną tragedią.
— Pojedziesz z nami? — zapytał Malvin, gdy znaleźli się przy pierwszych domostwach na północy miasta. Jego dom był na samym skraju, więc wierzył, że nikt nawet nie dostrzeże obecności Indianina. — Chciałbym jako podziękę zaoferować przynajmniej posiłek.
Tecumseh popatrzył na trapera i po chwili skinął głową.
— To uprzejme z twojej strony, nawet jeśli kierowała mną głównie ciekawość, co uczynicie z szarą małpą.
— Jeżeli chcesz, możesz z nami pójść do pracowni — dodał William, a kiedy Indianin przytaknął, pokierowali się pod tereny Malvina.
Zarośnięty, szczególnie w porównaniu do innych okolicznych domów, teren od razu rzucał się w oczy. A kiedy podjechali od strony stodoły i mijali przy tym wszystkie zagrody, Indianin patrzył na wszystko z większym uznaniem.
— Słyszeliśmy o tobie, łowco. Leczysz to, co daje natura.
— Tak. Można powiedzieć, że jestem tu innego rodzaju lekarzem — odpowiedział Malvin z uśmiechem.
Nie mieli jednak wiele czasu na rozmowy. William poprosił, żeby przenieśli ciało do stodoły, a sam zeskoczył z Pigmenta i niczym się nie przejmując, wparował do przygotowanej sali operacyjnej.
Tam już czekał na nich aptekarz. Właśnie poił czymś przytomnego Jeffersona. Kiedy obaj zobaczyli powrót Williama, Ranger uśmiechnął się do niego.
— Nawet nie chcę wiedzieć — wymamrotał.
Wpółleżał na przygotowanym przy małym piecu posłaniu. Wokół było czysto, Ranger zresztą także był przebrany w świeższe ubrania. Widać było, że trochę lepiej się czuje. Nie na tyle jednak, aby wstać. Ale sam widok przytomnego Rangera, do tego uśmiechnięto, sprawił, że William odetchnął z ulgą. Podszedł do niego szybko, kucnął obok i ujął jego twarz w dłonie.
— Jeszcze żyjesz — wydyszał. — Już jesteśmy gotowi. Eddie, Malvin i Tecu mi pomogli.
— Tecu? — spytał Ranger, ale zaraz zrozumiał, kiedy zobaczył, że do stodoły wchodzi potężny Indianin. — Och, chyba wiele się wydarzyło, kiedy byłem nieprzytomny. Ale… wiesz, że tego nie chcę, prawda? — upewnił się jeszcze, czy William pamięta. Wiedział, że to jest konieczne, ale to nie znaczyło, że uważa operację za coś, czego faktycznie chce.
Doktor Quing siedział obok nich niewzruszony, trzymając ceramiczny kubek z wywarem, którym poił Rangera. Po zapachu William nie poznał tego zioła, więc domyślał się, że jest to jego własna receptura.
— Wiem. Ale chcę, żebyś przeżył. I kompletnie nie interesuje mnie, co o tym myślisz — powiedział twardo.
Zaraz za Indianinem, który wraz z Eddiem niósł nieprzytomną szarą małpę, wszedł Malvin. Na widok przytomnego Jeffersona uśmiechnął się i szybko się zbliżył.
— Jeff, jak dobrze widzieć cię przytomnego — powiedział. Pamiętał, że gdy kilka miesięcy temu widział tego Rangera, gdy uprawiali seks w stodole, ten był w pełni sił. A teraz umierał.
— Witaj, Malvin. Ciebie też dobrze widzieć. — Jefferson uśmiechnął się na siłę, a Quing spojrzał nad pacjentem na drugiego lekarza.
— Myślę, że powinniście zaczynać. Ma pan swój anestetyk, czy mam przygotować własny?
To było kluczowe pytanie. William miał na nie odpowiedź, ale miał też nadzieję na… coś innego.
— Tak, mam eter etylowy i chloroform. Chociaż wolałbym coś mocniejszego, co na… dłużej zwali Jeffa z nóg. Tak jak sproszkowana czaszka korbara. Jeśli coś takiego pan ma, będę wdzięczny.
Kiedy pozostali tylko się przysłuchiwali, Malvin kucający po drugiej stronie Jeffersona uniósł głowę i zwrócił się do Williama.
— Jesteś w domu kogoś, kto nie tylko opiekuje się mutacjami, ale też ma brata, który kiedyś polował na korbary. Rozmawiałem kiedyś o tym z Jeffem. Mam część czaszki i chętnie jej użyczę.
William aż sapnął z ulgą. Każdy inny anestetyk mógł być niewystarczający, bo spodziewał się, że operacja będzie trwać długo.
— Tak… Tak, bardzo chętnie skorzystamy. Mógłbyś ją przynieść?
— Oczywiście!
— A pan, doktorze Quing… — William z kolei zwrócił się do drugiego lekarza. — Może ma w swoich zbiorach coś… mocno znieczulającego?
Azjata od razu uśmiechnął się i przytaknął.
— Oczywiście. Coś, co doskonale zadziała z tym, czego chce pan użyć. I mam nadzieję, że obaj panowie mi zaufają, kiedy tylko zapewnię, że to stara, chińska receptura? — dodał dość tajemniczo, a Jefferson skrzywił się.
— Wolałbym o tym nie słuchać, ale… — Westchnął i na moment przymknął oczy. — Już piłem twoje zioła. W razie czego zemszczę się jako duch.
Po tym żarcie tylko William słabo się uśmiechnął. Jak na razie jednak widział, że mają wiele szczęścia. Znacznie więcej niż w Charleston, jakby los chciał im zrekompensować tamtejsze wydarzenia.
Nie było co zwlekać. Malvin pobiegł do domu po czaszkę. Indianin tylko stał nieopodal i przypatrywał się im. Eddie pomógł ułożyć dawcę na osobnym stoliku, a potem przenieść Jeffersona na stół operacyjny. W tym czasie doktor Quing przygotowywał swoje specyfiki, zaś William po raz ostatni stanął przed Jeffersonem, żeby zamienić z nim kilka słów.
Ścisnął przy tym jego dłoń i popatrzył na jego pobladłe oblicze. Widział siność ust i kropelki potu na skórze. Klatka piersiowa pod cienkim materiałem koszuli unosiła się bardzo nierówno.
— Jeżeli się uda… Nie wiem, po jakim czasie się obudzisz, ale… mam nadzieję, że niedługo znów się zobaczymy — powiedział cicho, nie chcąc, żeby inni ich słyszeli.
— Spokojnie… — Jefferson leżał na stole i nie czuł się z tym ani trochę dobrze. Sama myśl, że będzie operowany, wywoływała u niego obrzydzenie. Nie chciał nawet zerkać w stronę dawcy. I jakby miał siły, to wstałby i wyszedł stąd. Aż trochę żałował, że jest przytomny. Ale to też miało swoje plusy. Ostatni raz, jeśli coś się nie uda, mógł dopiec Williamowi. — W razie czego… będziesz miał Oficera po mnie — zakpił, wiedząc, jak lekarz nienawidzi jego ogiera.
William przez to ściągnął swoje jasne brwi.
— Ciesz się, że nie zabrałem mu serca, żeby dać je tobie. — Spojrzał po całym ciele Rangera i mocniej ścisnął jego dłoń.
— Mam! — Przerwał im szybki powrót Malvina, który od razu podszedł do Williama z czaszką, nożykiem i proszkiem.
Lekarz od razu przemył czaszkę i starł całkiem sporą porcję proszku. Po tym rozpuścił go w szklance wody i podał Jeffersonowi.
— Będziemy zaczynać. — Odetchnął głęboko. — Do zobaczenia, Jeff.
— Przynajmniej teraz wiem, że mi to dajesz — odparł z przytykiem. To dawało nadzieję. Kiedy byłby zbyt miły, znaczyłoby, że się poddał. A tak William mógł mieć nadzieję, że Jefferson liczy na jakiś rewanż za te cięte słowa.
— Jeszcze to. — Doktor Quing podszedł do nich, żeby podać Rangerowi coś, co uśmierzy ewentualny ból.
A kiedy pacjent przyjął obie mikstury, powoli zaczął odpływać. Poczekali aż jego oczy będą całkiem zamknięte.
— Doktorze Lockerbie. Proszę jeszcze samemu to zażyć — odezwał się Azjata do drugiego lekarza, kiedy ten zapatrzył się na ukochanego. Trzymał w palcach małą pastylkę. — To na koncentrację. Pomaga odgonić zmęczenie, ale nie wywołuje drżenia rąk. Proszę mi wierzyć.
Z początku William nieco się zawahał. Jednak… naprawdę czuł się fatalnie. Brak snu i wysiłek sprawiał, że ledwo trzymał się na nogach, a czekało ich wiele godzin operacji. Przyjął więc specyfik i połknął pastylkę. A po tym obejrzał się na pozostałą trójkę.
— Będę wdzięczny, jeśli zostawicie nas samych. Potrzebujemy skupienia. Jeśli nie będziemy wracać za… trzy godziny, możecie zajrzeć. Może będziemy potrzebować więcej wody czy czystych ręczników.
— Dobrze. Będziemy w domu, gdyby coś się działo. — Malvin spojrzał na Indianina i Eddiego. — Obiecałem posiłek. Chodźmy.
Indianin nie był do tego szczególnie przekonany. Chciał zobaczyć, co stanie się z szarą małpą, ale kiedy Eddie stuknął go w ramię i zagadał, że jemu też ktoś obcy przeszkadzałby w polowaniu, dał się skusić. Doktor Quing poszedł za nim tylko po to, żeby zamknąć szczelnie ich małą salę operacyjną. Zasunął wszystkie materiały i przygniótł je tak, żeby nie powiewały w przypadku przeciągu. Przygotował już też odpowiednią temperaturę oraz ciepłe okłady, żeby operowany nie wytracił ciepłoty ciała.
W tym czasie William przebrał się ze swoich podróżnych ubrań w fartuch, który wcześniej przygotował. Spiął szczelniej włosy i… sięgnął po narzędzia.

15 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 42 – Tecumseh i szare małpy

  1. Wadera pisze:

    Czyli od teraz do Autorek zwracamy się uniżenie Ich Cesarskie Mości z Weny Łaski ;D

  2. Shivunia pisze:

    Kasia >> Willcio faktycznie sam mógłby sobie nie poradzić. Na szczęście dla siebie w czasie tej długiej drogi jaką do tej pory przeżył spotkał z Jeffem dobre duszę po drodze.
    Niby źle że się martwisz ale tez dobrze bo taki miał byc efekt. Jesteśmy cesarzami zła.
    Także pozdrawiamy :*

    Luana >> Bo takie z nas „cesarze zła” XD

  3. Kasia pisze:

    Dobrze że tyle osób i los im sprzyja. Will wierzę w Ciebie! Zastanawiam się tylko czy jak zaczną kroić dawcę to ten im się nagle nie przebudzi na stole? Może powinni go związać,ale czy to coś da skoro jest taki silny? No nie wiem … martwię się. .. Ale to się po prostu musi udać. Mam nadzieję że w następnym rozdziale już się tego dowiemy bo ta niepewność jest odbijająca.
    Dzięki i pozdrawiam 😀

  4. Katka pisze:

    Kaczuch_A, wiesz, co mnie bardzo powstrzymuje przed zmianą? To, że o północy 15 w sumie, jak ktoś nie idzie wcześnie spać, to tak jakby na walentynki w nocy dostał rozdział z Willciem i Jeffem XD I teraz tylko kmina, czy będą to krwawe walentynki czy romantyczne…
    Wiem, nie pomagam XD

  5. kaczuch_A pisze:

    Katka, ten tekst o końcówce, to zabrzmiało tak, jakby rychły koniec ATCL wynikał z tego, że Jeff nie przeżyje zabiegu, i tadam, Kat i Shiv zapodadzą nam wtedy wielki napis THE END.

    A zdaję sobie sprawę, że byłybyście do tego zdolne xD

    Weź mnie nie dobijaj jeszcze bardziej, że to już będzie koniec opowiadania no~

    I zerkam ja sobie na rozpiskę i widzę: 15 – ATCL i mam wielką nadzieję, że magicznie zmieni się data xD

  6. Katka pisze:

    Kaczuch_A, tyle emocji! Mega zaciesz, ze akcja tak wzrusza. Jeffcio i Willcio tak walczą o życie. Ale przeżyj… Musisz przetrwać, bo ominie Cię najlepsze! Poza tym wiesz, że to minie szybko. Jeszcze niedawno był pierwszy rozdział 1 części ATCL XD Osobiście nie wierzę, ze to już końcówka…

    Noe, tydzień na dumaniu nad ATCL to nie tydzień stracony :) Cieszymy się bardzo, że napięcie się udało zbudować :)

    Jelis, kiedy bohaterowie mają ciężko, to trudno się czyta. A kiedy ulubieni bohaterowie mają ciężko, to już w ogóle koszmar. Kolejny rozdział już niedługo!

    Luana, krótki, ale wiele mówiący komentarz. Dzięki! Czuję, że zaserwowałyśmy wielu czytelnikom niezłą przejażdżkę emocjonalną… Ale to chyba na plus. Mam nadzieje. Już jesteśmy mega ciekawe Waszych opinii po kolejnym rozdziale, kiedy to wszystko z Jeffem się wyjaśni…

    Aeneryss, haha, jeśli uda się operacja, to podejście Jeffa może być bardzo sceptyczne… Od pierwszej części wiemy, jak nie ufa medycynie… A i dzięki za zauważenie błędu. Takie podobne te imiona…

    Wadera, zawsze trzeba patrzeć z przymrużeniem oka na fikcję, szczególnie jeśli chodzi o naukę, a akcja rozgrywa się w świecie nadnaturalnym, jak tutaj XD Ale staramy się na pewno pisać tak, żeby nie było totalnych bzdur. Z tego co poczytałyśmy, przeszczepy jeszcze w tych czasach nie były robione, ale wcale wiele do tego czasu nie upłynęło. Więc ktoś coś tam już na własną rękę próbował. No i Willuś ma swojego pomocnika i… cóż, kilka rzeczy, których w naszym świecie nie mamy. Ale tak czy tak, tak jak piszesz, WSZYSTKO może pójść źle. Każda drobna komplikacja. Więc wszystko teraz w rękach Willa i Quinga…

  7. Wadera pisze:

    W pierwszym ps miało być „słodcy „. Nie wiem gdzie zamknąć głupią autokorektę. Dobija mnie to.
    Pozdrawiam (raz jeszcze), Wadera.

  8. Wadera pisze:

    To co zrobiły ścieg to nowy wymiar zła.
    Już wcześniej przerywałyście w połowie wydarzenia dla podkręcania akcji i było to denerwujące ale do przeżycia. Jednak tym razem przegiełyście!
    Serio?! Jeff umiera! Znajdują dawce! Przygotowują się do operacji…. i czekajcie sobie 9dni na jej wynik!
    Wiecie że tortury są zakazane przez Światową Organizację Praw Człowieka?!
    Tak się nie godzi! Przecież tyle rzeczy może pójść za źle. Brak wiedzy o grupach krwi. Brak krwi do przetoczenia (podczas 3h operacji na otwartym sercu straci co najmniej dwa litry). Może wystąpić tyle powikłań (już w trakcie trwania zabiegu a co dopiero później) że strach się bać. Ja się boję!
    Nie możecie go uśmiercić! Po prostu nie i już! No!
    Pozdrawiam, Wadera.
    P.S.: Malvin i Edi są włoscy razem i kocham bezproblemowe podejście do życia tego drugie.
    P.S.: Naprawdę każecie nam czekać 9! dni?

  9. Aeneryss pisze:

    Mam nadzieję, że to się uda ;-; Ale Jeff jak już się obudzi będzie pewnie strasznie marudzić. Szczególnie jak się zorientuje czyje serce ma..
    Ogólnie rozdział super :) (tylko wydaje mi się, że jak uciekali przed mutantami to pomyliłyście Malvina z Maverickiem)
    Weny życzę ;)

  10. Luana pisze:

    Poryczałam się. Z początku było okej, polowali na to coś itd, ale kiedy wrócili już nie wytrzymałam. Zbudowałyście takie napięcie, że… Brak mi słów. Niech to po prostu będzie komentarz do tego rozdziału, który tak mocno przeżywam.

  11. Jelis pisze:

    O mój boże no nie, znowu w takim momencie 😭 zaraz się popłaczę normalnie :c wszystko musi się udać bo jak nie to ja nie wiem :( moja ulubiona para i jeszcze ma tak ciężko. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału

  12. Noe pisze:

    Teraz będę cały tydzień żyć w napięciu. Błagam nie kończcie w takim momencie😭
    Muszę oddać wam to że świetnie budujecie napięcie :*

  13. kaczuch_A pisze:

    Płaczę…wzięłam i się poryczałam normalnie~! I uroczyście oświadczam, że do kolejnego rozdziału nie dotrwam. Wnioskuję o zmianę rozpiski na rzecz kolejnego rozdziału ATCL.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s