Across The Cursed Lands III – 41 – Nie poddać się

Pierwszy grudnia przywitał Nicholasa i Mavericka śniegiem. Kiedy się obudzili, namiot był pokryty białym puchem, a do tego było niesamowicie jasno. Śnieg odbijał promienie słońca, które przedzierały się pomiędzy chmurami. Był wczesny ranek, ale wydawało się, jakby było później.
— Zimno się robi. Mam nadzieję, że w ciągu dnia trochę się ociepli. — Nicholas westchnął, kiedy sprzątali swój obóz.
Dwa dni temu rozstali się z Jeffersonem i Williamem. Mieli nadzieję, że im śnieg nie przeszkadza w podróży, ale były na to małe szanse.
Sami starali się nie jechać często uczęszczanym traktem, ale tym narażali się na niewydeptane ścieżki i dzikie zwierzęta. Tak jednak było bezpieczniej, więc nie rezygnowali ze swojego planu.
— Powinno. To w styczniu temperatury będą niższe. A my przy odrobinie szczęścia będziemy już wtedy wolni od tych problemów — odpowiedział Maverick, starając się na siłę być optymistą. Mimo że nastrój temu nie sprzyjał.
— Jeśli to wszystko nie okaże się jeszcze większym gównem. Sam słyszałeś. Show coś o tym wszystkim wiedział — mruknął Mały Nick, przypinając juki do boków Ducha. Konia okrył grubszym pledem pod siodłem.
Kasztanka Mavericka była już przygotowana do drogi, więc mężczyzna tylko na nią wskoczył i czekał na swojego partnera. Odziany w gruby płaszcz, choć kapelusz stracił w Charleston. Musiał jakiś zakupić, podobnie jak strzelbę. Na szczęście wciąż miał rękawice, które chroniły jego dłonie przed mrozem. Dłonie, które wciąż nosiły na sobie blizny po ugryzieniach Flapa.
— Pytanie, co wiedział. Może wiedział, że Jess jest w to zamieszana i nas wszystkich zdradziła — rzucił.
Nicholas spojrzał na ukochanego i zmarszczył się. Wsiadł na konia, nim odpowiedział.
— To po co by nam to niby mówiła? Jeszcze nie wiemy wszystkiego — mruknął i pokierował swojego wierzchowca na wschód. Był ciepło otulony i zadowolony z tego, jak szalik pod szyją poprawiał jego komfort termiczny.
Oba wierzchowce musiały wysoko unosić nogi, żeby przejść zasypaną śniegiem przestrzeń i dotrzeć do trochę lepiej przejezdnej, choć i tak niewygodnej drogi.
— Nie. Ale wiemy, że Jess, jej Azjata i banda innych ludzi napadła na nas u Showa. Tylko ona potrafiłaby rozszyfrować ten list, Nick.
— Nie wiem — odpowiedział ten, jadąc przodem. Jego Duch był silniejszy i miał szersze kopyta, więc mniej zapadały się w śniegu do nadpęcia. — To w ogóle jest podejrzane. Show zniknął bez żadnego słowa i nagle nas tam też sprowadził. Horst przecież nawet nie jest stamtąd.
— Musiał mieć jakąś kryjówkę. Nie mógł przecież trzymać Horsta w Houston. Tak jak my nie mogliśmy przebywać w Kansas City. Poza tym, tam mógł nas łatwo sprowadzić za pomocą szyfru — naciskał Maverick. — Byłoby dobrze, gdyby nie Jess. A teraz straciliśmy go, bo uznała, że zniszczenie kraju jest ważniejsze niż dawni przyjaciele.
— Mav. — Nicholas aż musiał się na niego obejrzeć. Nie miał zadowolonej miny. — Nie wiesz na pewno, jak jest. Zresztą jakby tak uważała, to czemu chciałaby cię wyprowadzić, a nie po prostu zabić? I nie podoba mi się to, co powiedziała. Jakby Show faktycznie jednak coś wiedział, czego nam nie powiedział.
Ta rozmowa stawała się coraz trudniejsza, a Maverick coraz bardziej widział, że jego partner… wierzy w niewinność Jess. A przecież tak oczywiste było, że pracuje dla wrogiej strony.
— Nick… czy ty chcesz mi powiedzieć, że uważasz, że to Show zdradził? — powiedział w końcu na głos pytanie, które wręcz wisiało w powietrzu. Miał wrażenie, że przez to zrobiło mu się chłodniej.
Jego partner nie odpowiedział od razu.
— Nie wiem, Mav. — Westchnął w końcu. — Ostrzegła nas o ataku na Jeffa i Willa w Chicago. Gdybym tam po nich nie pojechał, to już dawno byliby straceni. Nie możesz więc mówić, że nie obchodzi ją nasza dawna przyjaźń.
— Może zaczęła mieć wyrzuty sumienia… Ale, Nick, to nie zmienia tego, że przedwczoraj próbowała nas zastrzelić i nasłała na nas bandę uzbrojonych po zęby ludzi! — fuknął Maverick. Był wściekły i rozgoryczony. Zarówno stratą Benjamina Showa, jak i Flapa. Jess nie zrobiła nic, żeby im pomóc, a wręcz przeciwnie. Przystawiła mu lufę do czoła. A Nick… jej bronił.
— Był z nią ten Azjata. Skąd wiesz, jak naprawdę jest, Mav? Nie mówię, że ja mam rację, ale ty zakładasz już na pewno, że ją masz. Show nie odzywał się do nas od dawna, nagle pisze, że mamy się gdzieś zjawić i pojawia się tam też banda uzbrojonych ludzi. I te wybuchy? Kto je wywołał? Nie stawiaj wszystkiego na jedną kartę. — Głos Nicholasa także nabrał na ostrości. Dobrze, że dzieliła ich pewna odległość, ale nie za duża i nie musieli przesadnie do siebie krzyczeć.
— Nie stawiam. Ale nie chcę, żebyś przez sentyment do siostry stracił czujność — odmruknął Maverick, chociaż tak naprawdę po prostu nie chciał wierzyć w to, że to Ben ich zdradził. Już chyba za bardzo pogodził się z myślą, że to Jess była po złej stronie.
— Nie tracę czujności. Widziałeś, żebym tracił czujność, kiedy dusiłem własną siostrę w tym pieprzonym zajeździe? — fuknął Nicholas, poirytowany tym wszystkim.
Nie wiedział, komu ufać, ale wydawało mu się mocno podejrzane, że jego siostra ich ostrzegła i powiedziała to enigmatyczne zdanie o Benie. Miała doskonałą szansę, żeby zastrzelić Mavericka, skoro ten był jej przeciwnikiem. Lecz nie zrobiła tego. Tak samo nie trafiła do niego, kiedy tylko pojawiła się z tą bandą i Azjatą pod zajazdem. A wiedział, że jego siostra zawsze trafia.
Usłyszał zza pleców tylko fuknięcie Mavericka. Ten też nie wiedział, co myśleć. A do tego, jeśli i Jess zginęła w tamtej eksplozji, prawda nigdy nie wyjdzie na jaw.
Odezwał się dopiero, kiedy zrównał się z Nicholasem na szerszej drodze. Zimowy krajobraz może był piękny, ale nie kusił do długich podróży. A oni niestety mieli jeszcze osiem dni drogi do stolicy.
— Miejmy nadzieję, że Hamilton dowiedział się czegoś o Jess. Może to nam rozświetli tę sprawę.
— Jak uda nam się w ogóle z nim skontaktować. Teraz pisanie jakichkolwiek listów jest niebezpieczne. Nie wiadomo, co w ogóle przyniesie. Czy nie kolejne śmiertelne niespodzianki — fuknął Nicholas.
Był zły, że tak to wszystko wyglądało. Myślał też o tym, że nie widział Showa w ogóle w walce, że tylko oni ostrzeliwali się z wrogiem. I jedynie William zobaczył go martwego. Chociaż lekarzowi jakoś wierzył w osąd sytuacji. Czuł się skonfundowany tym, co się działo.
Pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi. A teraz oni, ranni, jechali do Waszyngtonu, nie mając pojęcia, co tam zastaną. Rana Mavericka doskwierała bólem, ale nie skarżył się. Starał się po prostu jej nie forsować, chociaż martwił się, że bez strzelby i z ranną ręką nic nie upoluje. Musieli przez to zatrzymać się w jakimś mieście.
— Mam nadzieję, że nie. W Charleston było bardzo niebezpiecznie. Jak twoja szczęka? — zapytał Zwierzak, wychylając się na siodle, żeby zobaczyć twarz partnera. Ten dostał od tamtego „zmutowanego” człowieka w twarz.
— Lepiej — mruknął generał, nadal w paskudnym humorze. Gryzły go myśli. — Jak ramię? — spytał prosto, co brzmiało bardziej jakby miał obowiązek to powiedzieć, niż jakby chciał. Był myślami daleko od swojego bólu, ale też bólu Mavericka i rozważał wszystkie opcje. Jak mogli znaleźć się w tej sytuacji, w jakiej się znaleźli w zajeździe Hale’a?
— Dobrze — odparł Zwierzak lakonicznie i wyprostował się.
Nie ciągnął tej rozmowy. Chyba żaden z nich nie miał na to ochoty, a problemy z dochodzeniem do siebie po szaleńczej walce o życie były mniej ważne niż to, co mieli zastać w Waszyngtonie. Jechali przez to dość długo w ciszy. Słońce coraz mocniej wychylało się zza chmur, ale Nicholas wykorzystywał to, że jego protetyczna dłoń nie czuje chłodu i to nią prowadził Ducha. Drugą trzymał blisko ciała, żeby się zagrzała.
— Mav? — spytał po dobrej godzinie ciszy.
Mężczyzna, z kolei powożący lewą, zdrową ręką, spojrzał na niego pytająco. Na jego ciemnych, pofalowanych włosach widać było śnieg.
— Mm?
— Myślisz, że Will i Jeff dołączą do nas w Waszyngtonie?
— Jeżeli Jess nie pojechała za nimi i ich nie zabije, to możliwe — odmruknął kąśliwie Maverick.
— Nie o tym mówię, Mav. — Nicholas westchnął, poirytowany, jak bardzo jego ukochany uwziął się na jego siostrę. — I nie wiemy, czy masz rację. Nawet nie bierzesz pod uwagę, że coś może się kryć za tym, jak się zachowuje.
— Bo jak na razie wszystko jest przeciwko niej. Jeff opowiadał, że o mało nie zabiła go w Chicago. Opowiadał, jak przebiegła ta walka, Nick. Chciała go zabić.
— Ale go nie zabiła — burknął gorzko. — I nie zabiła także ciebie, chociaż miała okazję. Ten Azjata jest przy niej cały czas, Mav.
Zwierzak zmarszczył się i odwrócił wzrok na zaśnieżone drzewa. Nie był przekonany do tego, żeby Jess mogła być po ich stronie. Zbyt wiele przemawiało na jej niekorzyść. Ale było też coś w tym, co mówił Nicholas. Nie chciał tego w stu procentach negować.
— Wiem. Wiem, Nick. Teraz możemy tylko gdybać, a ja jestem chyba wciąż zbyt zmęczony po Charleston.
— Wiem — odmruknął młodszy mężczyzna i napiął się bardziej. Czuł się podminowany i nie uspakajała go cisza, jaka przez Flapa rzadko im do tej pory towarzyszyła. — Ale co myślisz o Jeffie? Nie zauważyłeś, że inaczej się zachowuje?
— Zauważyłem. Nie polował ze mną ostatnio, bo ręce mu drżały. Nie sądzę, że ze strachu — odpowiedział Maverick. Z Jeffersonem przebywał częściej niż generał. Poznał tego mężczyznę i wyczuł, że coś nie jest w porządku. — Może na coś choruje.
— Lockerbie by nic w tym względzie nie robił? Nie wydaje ci się to dziwne? — Nick mówił na głos swoje myśli, bo nadal pamiętał, jak William spiął się, kiedy polecił mu uważać na swojego towarzysza.
To wszystko było podejrzane. Poza tym, Nicholas wciąż nie wiedział, czym William tak skrycie zajmował się na ranczu. A Jefferson wyraźnie czuł się źle.
— Może wie, że Jeff jest chory, ale nie chciał nas wszystkich martwić? — zasugerował Maverick, choć sam w to nie wierzył.
— Nie wiem. Ale jeśli tak, to nie wiem, czy nie lepiej byłoby wiedzieć, że coś poważnego jest na rzeczy. Bo jeśli nie dotrą do Waszyngtonu… to Mav, naprawdę będziemy w tragicznej sytuacji, jeśli masz rację co do Jess.
— Nie chciałbym brać tego pod uwagę — przyznał Maverick. Nie chciał, żeby Williamowi i Jeffersonowi coś się przydarzyło przez pracę dla agencji. Ale każdy z nich liczył się z tym, że coś mogło pójść nie tak.
— Też wolałbym nie, lecz muszę brać wszystko pod uwagę, żebyśmy jakoś wyszli z tego żywcem. — Nicholas westchnął i poprawił szalik pod szyją, kiedy zawiało. Śnieg był mokry, co dawało nadzieję, że może nie będzie go za dwa dni, jeśli tylko nie spadnie nowy.
Maverick przytaknął i chwilę jechał w ciszy. Mieli przed sobą długi dzień drogi. Wypatrywał jakichkolwiek tablic i znaków, mając nadzieję na postój w mieście i zakup strzelby.
— Mam nadzieję, że prezydent też nie został przekupiony — powiedział w końcu.
— Ja także… — odrzekł Nicholas krótko, zastanawiając się, czy dożyją lata. Jeśli tak, to obiecał sobie w myślach, że przejdzie na emeryturę, albo chociaż pojedzie z Maverickiem na jakąś bezstresową wyprawę.
— Żałuję, że nie mamy więcej informacji o tym człowieku, który wszystkim steruje. Polityków jest bardzo wielu. Jedyną wskazówką jest obsesja na punkcie własnej skóry. Nie wiem, co to może oznaczać…
Nicholas też nie miał pojęcia. Nie pocieszało go to. Wolał wiedzieć, co się dzieje.
— Może to samo do nas przyjdzie, ale to jedyna wskazówka, więc musimy się tego trzymać. Mam tylko nadzieję, że niedługo trafimy na jakieś miasto. Potrzebujemy więcej kul i broni.
— I przydałby mi się kapelusz… — mruknął Maverick, który czuł, jak mokry śnieg rozpuszcza się na jego włosach. Były już całe mokre, a on nie chciał się do tego przeziębić.
Musieli zatrzymać się w mieście i na spokojnie zebrać wszystkie materiały oraz wiedzę, jaką mieli. Mieli nadzieję, że ich dwójka towarzyszy również bezpiecznie dociera na miejsce.

***

Zostały trzy dni drogi do Frankfort. Ostatnie cztery dni, które pokonali od Charleston, były względnie spokojne. Nie padało na tyle dużo śniegu, żeby musieli zwolnić. Ale dzisiaj coś się zmieniło.
— To szeroka droga. Może szybciej dotrzemy — powiedział William.
Koń jechał płynnym kłusem, dzięki czemu wóz w miarę szybko podążał szerokim traktem. Lekarz wolał się spieszyć, bo od rana widział, że dziś z Jeffersonem jest… gorzej. I to bardziej niż zwykle było to widać.
Mężczyzna nadal siedział w siodle, chociaż William sugerował mu, żeby dosiadł się do niego na wóz. I jak ogólnie Ranger nie był za bardzo sobą, tak jego upór był niezmienny. Twierdził, że w siodle czuje się nawet lepiej, bo mniej trzęsie. I jak William by się z nim spierał, tak nie mieli na to czasu.
— Mhm… Mam nadzieję. I że nikt nas nie zobaczy — odparł Jefferson, oddychając płytko. Był blady. Drętwiały mu wszystkie kończyny.
— Może ten trakt o tej porze roku jest rzadziej przejezdny — dodał William, chociaż rozmawianie o pogodzie i okolicy wydawało mu się wręcz niestosowne w momencie, kiedy jego partner był w fatalnym stanie. — Potrzebujesz się napić? — dopytał z troską. Jechał tuż obok Oficera, więc widział stan Jeffersona.
Ten nie odpowiedział, tylko pokręcił głową. Patrzył spod kapelusza na drogę i chyba tylko na tym się skupiał. Nie śledził okolicy w poszukiwaniu zagrożeń, jak zwykle to robił. Nie uśmiechał się do lekarza w ten wredny sposób, kiedy przezywał go. Ani też nie był pełen życia, taki jak William najbardziej lubił go widzieć. Był dręczony chorobą i nawet niewprawne oko by to zobaczyło. Blade usta, sińce pod oczami i nierówny oddech.
Przez tę obserwację William sam czuł, że panikuje. Że jego własne serce zaczyna bić boleśnie w piersi. Nie mogło się tak skończyć. Nie na trzy dni przed tym, jak wreszcie mogli dotrzeć do niezbędnej pomocy we Frankfort!
— Poczekaj. Dam ci więcej leków — powiedział szybko, wręcz gorączkowo. Wykręciwszy się, zaczął panicznie szukać w torbie tabletek.
I kiedy nie patrzył wokół, nagle usłyszał łoskot. Pigment, co nie było zaskoczeniem, nawet się nie zatrzymał, w przeciwieństwie do Oficera, który stracił ze swojego grzbietu jeźdźca i teraz zarżał głośno. Jefferson za to leżał w śniegu na boku. Nie ruszał się.
William popatrzył na niego z paniką, w osłupieniu. Trwało to tylko sekundę, bo po tym szarpnął lejcami Pigmenta i zeskoczył z wozu, nim ten na dobre się zatrzymał.
— Jeff! — krzyknął i przebiegł po śniegu w stronę leżącego mężczyzny. — Jeff!
Dopadł do Rangera i przekręcił go na plecy. Strzepał mu śnieg z twarzy oraz rozpiął płaszcz. Położył mu dłoń na koszuli w miejscu klatki piersiowej, a policzek przyłożył do jego ust. W napięciu czekał na poczucie jakiejkolwiek reakcji.
Nie poczuł na swoim uchu żadnego ruchu powietrza. Jefferson leżał na śniegu nieprzytomny, bez oddechu, bez bicia w klatce piersiowej, którego William tak lubił słuchać jeszcze kilka miesięcy temu.
Nie było żadnej szansy na pomoc w tym miejscu. Byli na pustej drodze w środku dziczy, w śniegu, w ciągu dnia. Do najbliższego miasta na pewno było daleko.
William dosłownie rozerwał koszulę na piersi Jeffersona. Rozpiął mu też gruby pas w spodniach. Po tym swój płaszcz podłożył mu pod plecy i głowę, a następnie, bez ociągania, zabrał się za masaż serca. Splecionymi dłońmi uciskał klatkę piersiową i co kilka równych ucisków pochylał się do ust, żeby wpompować tlen do jego płuc. W ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że to koniec. Nie zamierzał zostać tu samemu, z martwym Jeffersonem na śniegu, do cholery!
Wydawało mu się, jakby czas się zatrzymał, ale w końcu serce, które tak kochał, zaczęło pracować, zaś z ust wydobyło się powietrze. Organizm Rangera wrócił do życia, a William poczuł, jakby to teraz jego serce nagle zachorowało. Bo zabolało go potwornie, kiedy zdał sobie sprawę, że dostał jeszcze jedną szansę.
— Nie rób mi tego więcej — wydyszał, opadając tyłkiem na pięty i oddychając ciężko. Miał silne wypieki na policzkach i nie wierzył, że właśnie teraz… Jefferson mógł umrzeć.
Wiedział, że musi się spieszyć. Adrenalina sprawiła, że mimo ciężaru Jeffersona udało mu się go podnieść. Złapawszy go za jedną rękę, naciągnął go sobie na plecy, dzięki czemu łatwiej było mu się unieść. Sapiąc, dotarł do wozu, który wydawał się znajdować potwornie daleko. Po tym wrzucił nieprzytomnego, ale żyjącego Rangera na wóz i opatulił go kocami. Musiał sprawić, żeby było mu ciepło, ale równocześnie nie utrudniając mu oddychania. Po tym wskoczył na kozła, szarpnął lejcami Pigmenta i krzyknął na niego, żeby przyspieszył. Co by się nie działo, miał zamiar jechać na łeb na szyję, żeby jak najprędzej dotrzeć do Frankfort. Z nadzieją, że Eddie wykonał jego polecenie.

***

Jefferson długo był nieprzytomny. Kiedy rozchylił powieki, spostrzegł, że jest już ciemno, a przed nim znajduje się… całkiem nieźle rozpalone ognisko. Było mu ciepło zarówno dzięki temu, jak i dzięki kocom, którymi był owinięty. Miał całkiem wygodne miejsce, bo pod plecami i głową miękkie bagaże. A nad ogniskiem piekł się… zając. Nieopodal Pigment i Oficer spokojnie odpoczywali. Wóz stał przy drzewach. A William, również ciepło opatulony, właśnie czyścił swój nowy rewolwer, który kupili dzień po wyjeździe z Charleston.
Pomasował się po klatce piersiowej i ostrożnie uniósł do pozycji siedzącej. Nie czuł się dobrze, ale jednocześnie kiszki grały mu marsza. Dawno nie był tak głodny.
— Gdzie jesteśmy?
Słysząc go, William gwałtownie podniósł głowę. Sapnął cicho i przysiadł się bliżej, od razu podając mu bukłak z wodą.
— Nie wiem. Ale trzymam się traktu. Może jutro lub pojutrze z rana będziemy we Frankfort — powiedział. — Napij się. Jak się czujesz?
— Źle… Co się stało? Ktoś tu jeszcze jest? — spytał Ranger, nim przyjął bukłak i napił się. Był blady. Prawdą musiało być to, co mówił, bo nawet nie owijał w bawełnę i nie kłamał.
— Nie, nikogo. Cały dzień z nikim się nie minęliśmy — odparł William z nadzieją, że to nie oznaczało, że zboczył z trasy. — Zając zaraz się upiecze. Pewnie jesteś głodny.
Jefferson miał nietęgą miną. Popatrzył na ognisko z zastanowieniem.
— Sam go upolowałeś? — Nie brzmiał na dumnego, tylko zaskoczonego.
A William przytaknął, nie dodając, że kosztowało go to wiele wysiłku.
— Tak. I zobacz… wyłupiłem mu nawet jedno oczko — dodał ze słabym uśmiechem. Zrobił to, żeby trochę rozluźnić Jeffersona. A zwierzę na ognisku rzeczywiście było pozbawione jednego oka.
Ranger, kiedy to zauważył, od razu się zaśmiał.
— Zapomniałeś zrobić mu małej opaski — zakpił i wyciągnął dłoń, żeby postukać swojego własnego królika po opasce na wypalonym oku.
Od razu ujrzał na jego twarzy trochę szerszy uśmiech. Po tym lekarz pochylił się do niego i pocałował go w policzek.
— Wystraszyłeś mnie na śmierć… — szepnął.
Ranger skinął głową, po czym z oporem o coś spytał. Sam bał się odpowiedzi, ale jednocześnie musiał wiedzieć.
— Mhm… Ale tak właściwie to co się stało? Nic nie pamiętam.
Tym razem William odwrócił spojrzenie. Usiadł wygodniej, popatrzył w ognisko i spróbował głębiej odetchnąć. Skończyło się na tym, że powietrze aż zadrżało mu w krtani. Był zdenerwowany i przerażony. I najwyraźniej powiedzenie tego na głos, sprawiło, że się złamał, bo nagle poczuł w swoim jedynym oku łzy, które od razu spłynęły mu po twarzy.
— Twoje serce nie wytrzym-mało — wykrztusił. — Masz wirusa, który zabijał wszystkich współ… p-pracowników Smitha.
Jefferson nie odpowiedział od razu. Zapatrzył się tylko na ognisko i zająca bez oka nad ogniem. Nie trudno było skojarzyć go z Williamem. Tylko że zwierzę trafiło w ogień dopiero po swojej śmierci.
— Chyba właśnie tak się spodziewałem — mruknął w końcu.
Nie był tego pewien. Zresztą, nie chciał być pewien. Ale bóle w klatce piersiowej jasno wskazywały mu, że może chodzić o serce. I w tej sprawie, nawet jakby był głupi, albo udawał głupiego, to skojarzenie byłoby jednoznaczne.
Jego partner tylko pokiwał głową i zacisnął dłonie między kolanami. Pociągnął nosem. Nie był w stanie nic dodać. Walka o życie Jeffersona trwała już tak długo, że i on czuł się wycieńczony tym wszystkim.
Po chwili ciszy poczuł ciepło wokół ramion. To Ranger objął go i przykrył jednym z koców, jakie miał na sobie.
— Spokojnie. Takie jest już życie. Obaj się na to zgodziliśmy… — wyszeptał mu do ucha, głaszcząc po włosach.
— Wiem… Ale ja nie chcę, żebyś… — Williamowi trudno było mówić. Tak długo zachowywał pozory, tak długo się z tym ukrywał, że kiedy wszystko zostało nagle powiedziane, nie mógł nad sobą zapanować. Otarł łzy, ale te znowu pojawiły się na jego twarzy. Wcisnął więc ją w szyję Jeffersona i objął go mocno. — Próbowałem znaleźć antidotum… Nic… n-nic takiego nie ma…
— Szzz… Rozumiem. Wierzę, że zrobiłeś wszystko. — Jefferson próbował go pocieszyć.
Nie użalał się nad swoim losem, bo przez większość życia był pogodzony z myślą, że nie dożyje sędziwego wieku. Że umrze, czy to w jakiejś strzelaninie, czy w innym wypadku. Nie było trudno zginąć, mając jego zawód. Nie chciał umierać w bólu, ale już za bardzo nie miał wyboru. Jedyne co mógł, to pocieszyć Williama i… — Nie przejmuj się tak. Nie zadręczaj się. Z rana ruszaj do Frankfort. Maverick i Nick cię potrzebują.
Ale lekarz nagle uniósł głowę i pokręcił nią. Miał wręcz zaskoczenie wypisane na twarzy.
— Nie. Nie możemy się poddawać. Ani ja, ani ty, Jeff! Ja mam… jeszcze jeden pomysł. Ostateczny. I wierzę, że uratuje ci on życie, ale musimy dotrzeć do Frankfort. Jeszcze dwa dni, Jeff. Jeszcze tyle musisz wytrzymać i za nic się nie poddawać, rozumiesz? — powiedział… chciał powiedzieć twardo, choć wciąż miał czerwone i mokre oko. Wciąż drżał. — Jeżeli teraz odpuścisz, to… Nie możesz odpuścić.
Po słowach lekarza przed oczami Jeffersona już stał stary Horst, podłączony do tych wszystkich urządzeń. Odruchowo pokręcił głową.
— Nie, Will, nie chcę, żebyś był przy tym, jak znowu… znowu moje serce nie wytrzyma. Twoja matka umarła tak niedawno. Nie chcę, żebyś… żeby ktokolwiek przy tobie znów umierał. Nawet jeśli jesteś lekarzem.
— Nie będziesz umierał! Nie pozwolę na to. Dałem Eddiemu wytyczne. Wie, co ma robić. Jeśli spełnił moją prośbę, rozwiązanie niemalże czeka na nas w mieście. — William mówił przez łzy, z wielkim zaangażowaniem i pewnością co do tego. — Musimy jeszcze tylko znaleźć… znaleźć dawcę i możemy cię uratować.
— Dawcę? — spytał Jefferson, obawiając się odpowiedzi na równi z tym, że może za chwilę, za kilka dni umrzeć. Czuł znów niepokój i ból w klatce piersiowej.
William przełknął z trudem ślinę i przytaknął.
— Zrobiłem projekt… twojego nowego serca. Eddie musiał zrobić dla mnie części i… Pamiętasz ten kawałek upiorytu, który przywiozłeś mi z Kansas? Z jego pomocą, z pomocą Eddiego i… i z narządem od dawcy stworzę dla ciebie nowe serce.
Ranger aż się parsknął śmiechem, kiedy to usłyszał. Nowe serce? Jakby to w ogóle było możliwe!
— Chyba żartujesz?
Ale William wcale nie wyglądał, jakby żartował. Pokręcił głową i otarł kolejne łzy.
— Nie — wydusił i cofnął się, bo przypomniał sobie o zającu. Z pomocą rękawicy spróbował zdjąć go z ognia. — Zrobię to.
— I czego niby chcesz użyć jako… dawcy? — pytał Jefferson niepewnym głosem. — Zresztą to się nie uda, nawet jakbyś mnie do tego przekonał.
— Uda się… I co znaczy „przekonał”? — William rzucił upieczone zwierzę na przygotowane, metalowe naczynie, które mieli w jukach. — To gotowe rozwiązanie, Jeff. Możesz dzięki temu przeżyć.
— To znaczy, że nie dam sobie zamienić serca z jakimś cielakiem czy powieszonym przestępcą, cokolwiek byś mi nie sugerował — odpowiedział Ranger pewnie jak na swój stan. Zabrał się za jedzenie. Mięso zawsze było wskazane.
Był tak głodny, jak William w tym momencie poruszony. Nie potrafił nawet odpowiedzieć na tak jawne odrzucenie… życia. Jefferson po prostu się poddał. Chciał zakończyć swoje krótkie życie. A do tego zostawić go samego.
— Zrobię to — wydusił w końcu cicho. — Choćbyś mnie znienawidził, jak po tym, co zrobiłem ci w Kansas City.
Jefferson spojrzał na niego posępnie. Był zmęczony i nie miał szczególnie siły, żeby się kłócić.
— Czyli chcesz mi wcisnąć w pierś jakieś zwierzęce serce… — wydusił, traktując przestępców i zwierzęta na równi.
— Zmodyfikowane. Zdrowe i działające na tyle długo, żebyś… — głos Williama załamał się — żebyś mógł przeżyć ze mną życie. Żebyś mógł zamieszkać ze mną w domu na południu…
Na to Jefferson już nie miał odpowiedzi. Odstraszała go myśl, że miałby żyć z czymś zamiast serca w klatce piersiowej. I obawiał się, że miałby znienawidzić siebie jak Nicholas… Z drugiej strony generał był z Maverickiem. Zwierzak nie został sam, opłakując śmierć swojego partnera. Tylko czy nie lepiej byłoby mu, gdyby był z kimś innym? Na to nikt nie znał odpowiedzi.
— Zobaczymy, czy w ogóle dotrzemy do Frankfort… — mruknął, nie chcąc samemu teraz żyć nadzieją, ani dawać jej za dużo Williamowi.
Ale ten już ucieszył się taką odpowiedzią. Od razu żywo pokiwał głową z tymi swoimi już długimi, nieułożonymi włosami. Przytulił się do jego boku i pocałował go w szyję.
— Zacząłeś tę misję ze mną… i przeżyjesz ją do końca. Razem skończymy ze Smithem i wszystkimi jego współpracownikami.
Jefferson pocałował go w głowę i znów objął ramieniem, na chwilę przestając jeść.
— Tylko, Will… obiecaj mi coś.
Starszy mężczyzna spojrzał na niego pytająco swoim błękitnym, teraz przekrwionym okiem.
— Tak?
— Nie bierz na siebie winy, jeśli się nie uda. Ja wiem, że zrobiłeś wszystko. Zmieniłeś się, odkąd się poznaliśmy i… nie chcę, żebyś źle się czuł z tym, co się stało.
William pokiwał głową, chociaż sam nie wiedział, czy udałoby mu się w taki sposób do tego podejść. Jefferson miał rację. Robił wszystko, żeby mu pomóc. Ale przecież może z własnej nieostrożności coś przeoczył. Może gdyby lepiej przestudiował notatki matki, to znalazłby odpowiedź. Ale nie chciał dopuszczać do siebie tej myśli.
— Obiecuję — odpowiedział i przekręciwszy twarz Rangera, pocałował go delikatnie. Nie zważał na to, że czuje przy tym smak mięsa, które Jefferson jadł. — Ale zrobię wszystko, żebyś przeżył — szepnął. — Za bardzo cię kocham, żeby nie walczyć o ciebie do ostatniej sekundy.
— Wiem o tym. I trochę się też o to boję. Wolałbym nie być jak ta dziewczynka z cmentarza. — Ranger wymusił na usta uśmiech i oddał pocałunek.
— Nie będziesz. Wirus do tego nie prowadzi. A po mojej operacji… albo będziesz żył w pełni sił, albo umrzesz — odparł William na pocieszenie, choć było ono słabe w obliczu tego, że nawet nie mieli pewności, czy dotrą do miasta. — Na razie… ty też mi coś obiecaj. Że nie poddasz się i spróbujesz wytrzymać do Frankfort.
— Obiecuję. Ale… naprawdę ten pomysł mi się nie podoba. Czy nie przestanę być sobą? — spytał, bo serce uważane było za najważniejszy organ przez wielu ludzi. Obawy nawet nie musiały się rodzić w jego głowie. One już dawno tam były.
— Nie. Na pewno nie będziesz kimś innym. To tylko organ, który pompuje krew do twojego ciała. Nie odpowiada za to, kim jesteś. Za to, co lubisz, o czym myślisz… jak myślisz. Będziesz sobą, Jeff. Tylko zdrowym. Silnym.
— A przynajmniej na to masz nadzieję — podsumował Ranger. —Wiele wydarzyło się ciągu tego pół roku dla ciebie, Will. Myśl pozytywnie, ale na razie niczego nie obiecuj.
Głusza wokół nie uspokajała ich. Było cicho, ciemno i chłodno, a jednak obaj czuli się nerwowi. Tak wiele mogło zmienić się w ciągu tych kilku dni. Jefferson mógł umrzeć, skończyć swoją misję tuż przed jej rozwiązaniem. Oddać życie za sprawiedliwość, choć nie było to zbyt pocieszające. A William mógł stracić najważniejszą dla siebie osobę.
— Dobrze. Nie będę. Po prostu… dajmy z siebie wszystko, Jeff — powiedział cicho i ułożył się przy jego ramieniu, pozwalając mu już spokojnie jeść.
Ranger skinął głową. Nie pozbył się z niej złych myśli. Było ich zbyt wiele, żeby wszystkimi zaraz podzielić się z Williamem. Zresztą, chyba byłoby to nawet niewskazane. Jedyne, co chciał dodać na koniec, to co lekarz musiał pamiętać, czy rankiem będą tu jeszcze razem, czy nie…
— Kocham cię.
Poczuł tylko, jak drugi mężczyzna mocniej zaciska dłoń, którą trzymał go w pasie. Gorętszy i mocniejszy oddech pojawił się też na jego szyi, przy której znajdowała się głowa Williama. Wiedział, że wiele to znaczy dla jego partnera. Były to tylko słowa, ale podsumowywały to, że byli tu razem. I że chcieli walczyć o siebie do samego końca.

19 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 41 – Nie poddać się

  1. Luana pisze:

    Katka, jak dla mnie akcja się nie rozwleka. Wiadomo, że chciałoby się już znać wszystkie tajemnice itd, ale tekst dobiegłby końca. Słowo „pełne” dobrze to wszystko opisuje. :)

  2. Katka pisze:

    Luana, dzięki :) Akcja może się rozwleka z racji na to, że mamy aż trzy wątki. Dlatego, kiedy w pierwszej części był tylko Jeff i Will, tak akcja szybko płynęła. Teraz jednak rozszerzyło się wszystko, ale jakoś mamy wrażenie, że po prostu dzięki temu jest to bardziej… pełne. Nie wiem, jak to nazwać, ale fajnie jest pokazać to wszystko z różnych stron. A miłości jednak nigdy za wiele XD Dzięki!

  3. Luana pisze:

    W porównaniu do Yake ja kocham takie ATCL jakie jest. Nie może być ciągle akcja, nie może trup słać się gęsto, bo to byłoby dla mnie nudne. W tym tekście jest też romans, musi być trochę spokoju, wyciszenia, seksu, miłości. Dlatego niech nic się nie zmienia. ATCL jest dla mnie najukochańszym tekstem, jeżeli chodzi o Waszą twórczość. Takie jakie jest, jest wspaniałe. :)

  4. Katka pisze:

    Yake, nie rozumiem ostatniego zdania? Tzn chodzi mi o to ze nie ustalamy sobie targetu więc to, kto nas czyta, to sprawa czytelników a nie nasza. Nie my musimy dopasowywać targety tylko czytelnik dopasowuje się do nas na zasadzie czytania tego co mu się podoba a odrzucania tego co nie. Więc może ATCL po prostu nie jest w Twoim guście. Ale jeśli chodzi o obrażanie się to kogo masz na myśli? My się bynajmniej nie obrazamy XD tak jak pisałam, cenimy każdą opinie.

  5. Yake pisze:

    Goni, goni akcję. Chyba, że mówimy o klasyce! Takie jest kino, nowe. Nudzi, bo do reszty opowiadań nie mam zastrzeżeń. Są w swoim klimacie, czyli romansu. Tu zaś trzeba przyspieszyć! Akcja jest teraz ważniejsza od tego kto komu i jak wsadził! I nie ma co się obrażać, chyba , że tkliwe pensjonarki z waszych komentarzy są targetem docelowym.

  6. Katka pisze:

    Wadera, u Nicka i Mava też ciężko ale ich kłótnie to jest jednak mały problem w porównaniu do tego co przeżywają William i Jeff. Ale masz rację że patrzenie na cierpienie ukochanej osoby jest mega trudne. Chociaż na pewno jeszcze trudniejsze by było gdyby Will kompletnie nie miał pojęcia co zrobić i jak mu pomóc. Teraz ma szalony pomysł ale jakiś jest… hehe no i fajnie za każdym razem mi czytać jak widzicie roznice w Willu :) chyba jeden z bardziej progresywnych bohaterów.

    Luana, dobrze się nam czyta ze takie emocje wzbudza tekst. Łzy przy czytaniu to niby jakieś cierpienie ale mega fajnie że się wzruszacie. Willus też pęknął. Nie dało się inaczej… no i Jess widze ze dalej wzbudza chaos. Nie dziwie się bo sami chłopcy nie wiedzą co o tym myśleć. Teorii jest wiele… dzięki za miły komentarz!

    Noe, good! :D miło wiedziec :)

    Fumishi, tyle emocji, tyle wzruszeń! :D miło ze poruszyło.

    Kasia, nooo scenka przy ognisku była smutna. To taka końcówka walki i chyba obaj są już nią zmęczeni… a pytania o dawce jest baaaardzo dobre. Pozostaje czekac na kolejne rozdziały!

    O., wciąż chyba jesteś cięta na Malvina bo widzisz w nim powód mieszczescia chłopaków XD Ale cała siła w Eddiem! Wierz w to ze mu się uda. Will ma nadzieję.

    Yake, westerny mają to do siebie ze akcją nie goni akcji nieustannie. Jestem skłonna powiedziec nawet ze dłużej jest stagnacja. Ale generalnie uważam ze zupełnie inaczej by się na całe to opowiadanie patrzylo gdyby się przeczytało wszystkie rozdziały na raz, jak w książce. Ale jeśli ATCL Cię nudzi to nie będę sugerować tego, gdy już całość wyjdzie. Chyba ze jednak się skusisz ;) niemniej dzięki za opinię! Każda jest istotna!

  7. Yake pisze:

    To jest jak flaki z olejem, nuda (patrz „Rejs” dialog o polskim filmie), a miało być sporo akcji i przgoda. Gdzie zwroty akcji? Niech trup ściele się gęsto! Bohaterowie też umierają dlaczego nie, a tu znowu ckliwie. Jeżeli to homo opowieść niech będzie męska! Teraz zrobił się z tego tasiemiec! Romansidło , a nie opowiadanie akcji z wątkiem homoerotycznym. taka moja opinia.

  8. O. pisze:

    Oby się nie okazało, że Eddie zamiast zrobić to o co go Will poprosił za bardzo skupił się na „molestowaniu” Malvina, to były cios. Nie dość, że Jeff zranił Willa „zdradzając” go z Malvinem to jeszcze przez jego aktywne zajęcie czasu Eddiegu mógł mieć problem z transplantacją. :( ale jedno było pozytywne – to jak tu się Will zmienił, w sensie jak tą swoją zmianę pokazał, potrafi zająć się Jeff’em :)

  9. Kasia pisze:

    Oj dziewczyny… prawie się popłakałam z Willem przy tym ognisku, no normalnie miałam łzy w oczach. W ogóle jestem ogromnie dumna z mojego Willa że tak zadbał o Jeffa i wszystko w około. I nawet królika upolował :) kurcze tylko skąd będzie ten dawca? Mam nadzieję że Eddie zrobił to o co Will go prosił i że Jeff wytrzyma. Musi wytrzymać!
    Dzięki bardzo i pozdrawiam 😀

  10. fumishi pisze:

    Łopaniecotusięstało… Ledwie się hamowałam, by się nie rozryczeć razem z Willem. :c Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału! <3

  11. Luana pisze:

    Po przeczytaniu rozdziału musiałam dać sobie chwilę czasu na oddech. Zawału prawie dostałam kiedy Jeff spadł z konia, a Will go ratował. Co tam zawał, łzy ciekły ciurkiem po policzkach. Nawet Willuś nie wytrzymał się biedaczek popłakał. Od dłuższego czasu dźwigał sam wiedzę o chorobie Jeffa. Teraz chwycił się ostatniej nadziei. Jeżeli się nie uda… :( Nie wierzę, że zabiłybyście Jeffersona. Oni tak się kochają i też pragnę dla nich tego spokoju, cichego zakątka. Mam nadzieję, że Eddie na czas zrobi to co ma zrobić.
    Pomiędzy Mavem i Nicholasem znów zgrzyta. A oni są tacy, że nie porozmawiają tylko albo będą się kłócić, albo milczeć. Co do Jess to już sama nie wiem co mam o niej myśleć. Może ona to taki ktoś jak współczesny agent, który wchodzi jako zaufana osoba do grupy przestępczej, musi robić to co oni, ale zbiera dowody na nich i ich działalność. Nie może się też z niczym zdradzić, bo ciągle ktoś z nim jest. Trudno powiedzieć jak to z nią jest i pewnie prawda leży gdzieś po środku. Tylko źle by było gdyby przez nią nasza starsza parka ponownie się od siebie oddaliła.
    Dzięki dziewczyny za niesamowitą dawkę emocji i za rozdział. Z niecierpliwością czekam na kolejny. :)

  12. Wadera pisze:

    Ale się dzieje!
    Szkoda mi Nicholasa i Maverica myślałam, że ten pierwszy pogodził się ze zdradą siostry ale jak widać wciąż tli się w nim nadzieja. Te kłótnie i przemilczenia nie wyjdą im na dobre, więc mam nadzieję że szybko dojadą do celu, a tam nie otoczeni przez mróz i potencjalne zagrożenie jakoś się dogadają.
    Biedny Jeff, ale chyba bardziej szkoda mi Willa. Patrzenie na cierpienia ukochanej osoby to tortura. Niby trudno mi uwierzyć, że zamordowałybyście Jeffa, ale z drugiej strony operacja na otwartym sercu, przeszczep, bez płucoserca i transfuzji. Czy to w ogóle możliwe?
    Przynajmniej stres na Willa działa motywujące. Ma cele do zrealizowania i się ich trzyma przy okazji zapewniając ukochanemu największy możliwy komfort. Fizyczny i psychiczny.
    Kto by pomyślał patrząc na tego pana z pierwszych rozdziałów z walizką większą niż on sam. Tyle się zmienia. Mam nadzieję że w następnym rozdziale będzie już operacja bo nie wytrzymuję tego napięcia.
    Pozdrawiam, Wadera.

  13. Katka pisze:

    Kaczuch_A, tyle emocji, tyle emocji! XD Czasem mi aż Was szkoda, ale potem przypominam sobie, że o to chodzi w pisaniu XD Ale mam nadzieję, że włosów na Twojej głowie jednak trochę zostało. Hehe, no i plusy publikowania w sieci są takie, że nie można zajrzeć na ostatnią stronę i zobaczyć, jak się coś skończyło XD Mam nadzieję, że Twoje serce wytrwa do końca ATCL! A w ogóle to dzięki za komentarz i wenę :D

    Omega, taaak, dokładnie o sztuczne serce chodzi. Kiedy William nie mógł wymyślić żadnego lekarstwa, uznał, że po prostu należy wymienić zły narząd na nowy. W tych czasach może nikt by się za bardzo nie odważył, ale na szczęście to jest William – szalony doktorek z dużą determinacją, by uratować ukochanego. Ale masz absolutną rację – wszystko zależy od tego, czy Eddie skończył robic to, o co prosił go Will. Jeśli nie, to… Sami widzieliśmy, że czasu nie ma.
    Co do 4 części – prawdę powiedziawszy planujemy wszystko zakończyć w 3 części. Niestety do rozwiązania zagadki zostało jeszcze troszkę, więc na 100% będzie to najdłuższa część. Dzięki za miły komentarz i wenęęę! :D

    Kan, tak jak pisałam Omedze, nie planujemy raczej 4 części, ale z drugiej strony pocieszę, że nie musisz się obawiać, że ta się skończy za 5 rozdziałów :) Jeszcze troszkę do napisania zostało, a przez to, że mamy tu już 3 wątki, tym bardziej zakończenie wszystkiego troszkę jeszcze nam zajmie XD

    Jelis, och, Willuś bardzo by chciał, by to było tak łatwe jak „ciach” XD On chyba sam jeszcze nie wierzy w to, co zamierza zrobić XD Trzymaj za nich kciuki! Jakby mu Jeff umarł na stole, to nasz doktorek by nie wyszedł z sali operacyjnej i umarł razem z nim. Ale pytanie, czy w ogóle dotrą w całości do Frankfort…

    Yaoistka, wierzę, że to oznacza emocje XD

  14. Jelis pisze:

    HAHA! wiedzialam że chodzi o serce! No to teraz mimo tego, że z Jeffem jest tak źle muszą zdążyć i Will zrobi ciach i ma zdrowego ukochanego 😂 tylko żeby zdążyli :c

  15. Kan pisze:

    Oby była 4 część, nie wyibrażam sobie żeby ATCL miało się skończyć! Niech Jeff wyzdrowieje, dobrze byłoby poczytać o tym jak są szczęśliwi :)

  16. Omega pisze:

    Wiedziałam! Wiedziałam, że Will ma w planach serce stworzyć! xD (ta ekscytacja :P ) Liczę na to, że Eddie za bardzo nie oddał się pieszczotom z traperem i wykonał już powierzone mu zadanie… Jakby nie patrzeć, to najważniejsza kwestia, bo jeśli dojadą i serce nie będzie gotowe, to mogliby nie zdążyć na czas (co oczywiście od razu wykluczam, bo ta parka ma być najszczęśliwsza w całym Chicago, Frankforcie, Waszyngtonie, czy gdziekolwiek ich nogi (lub konie) poniosą po tej całej sprawie dla TABiW xD).
    Sądząc po tym, że jest to już 41 rozdział, to chyba zbliżamy się do końca… Tej części? A może całej serii? Jestem ciekawa, czy będzie 4 część, czy wszystko zostanie zgrabnie wyjaśnione i rozwiązane w kilku następnych rozdziałach… (chyba skrycie liczę na opcję z 4 częścią, gdyż naprawdę świetnie się to wszystko czyta :3 )
    No i tradycyjnie, życzę wam bardzo dużo weny, aby kolejne takie cuda powstawały z waszych rąk ♥

  17. kaczuch_A pisze:

    O ja cię pier*** zawału dostałam, a później w momencie życie mi przywróciło, a teraz jest w stanie agonalnym, a dodatkowo ze stresu wyrwałam sobie włosy z głowy~! Oficjalnie piszę, że nie wytrzymam do kolejnego rozdziału gdzie będzie Jeff i Will, chce wiedzieć już co się stanie, jak AtCL się skończy tak po prostu.

    Boże to było straszne i nie wiem jak Wy to robicie, że to opowiadanie jest tak zajebiste, chylę czoła bardzo nisko, ale tak mnie strasznie zżera od środka fakt, że chcę więcej.

    Weny~! Dużo~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s