Project Dozen – 91 – Wyuotowany gej

Z Newcastle do Colorado Springs jechało się jakieś sześć godzin. Nie była to więc przesadnie długa trasa jak na odległości w Stanach Zjednoczonych, choć musieli przez to wyjechać dość wcześnie w sobotę, żeby spędzić trochę czasu w weekend w domu Erika. A w drodze mieli jeszcze kilka godzin, żeby przeanalizować, jak to wszystko może przebiec. Bo wczoraj, gdy wspólnie uznali, że to całkiem dobry moment na coming out, byli dość wyluzowani. Dziś jednak, im bardziej ten moment się zbliżał, tym bardziej obaj się stresowali.
Mieli już część trasy za sobą. Właśnie minęli granicę stanu Wyoming z Kolorado. Nie jechali zbyt szybko, ponieważ nawierzchnia wciąż nie była w idealnym stanie. Na szczęście jednak sama międzystanowa 25 była niezłą drogą. Właściwie cały czas musieli jechać na południe, bez żadnych udziwnień.
— Jules, podałbyś mi kawę z termosu? — zapytał Eric, spokojnie prowadząc.
Drugi chłopak mruknął na zgodę i sięgnął po termos. Ostrożnie przelał trochę ciepłego naparu do kubka, w którym już wcześniej mieli kawę. Nim podał ją swojemu chłopakowi, napił się łyka, żeby sprawdzić, czy nie jest za gorąca. Nie była.
— Proszę — mruknął. Był dość cichy. I bardzo dobrze ubrany, nawet jak na siebie. Niemalże elegancko. Nie wspomniał słowem, czy robi to specjalnie, czy podświadomie.
Eric, nie odwracając spojrzenia od jezdni, przyjął kubek i napił się. Kawa była dobra i potrzebna mu, bo od szóstej byli w drodze. Dodatkowo grające w samochodzie radio pomagało mu utrzymać trzeźwość umysłu.
— Jak się czujesz? — zapytał po kilku kolejnych łykach, gdy oddawał kubek.
— Okej. Chyba — odpowiedział Jules. Oparł się łokciem o okno. — A ty? Wszyscy mają być w domu?
— Na pewno będą rodzice i babcia. Emma pewnie też, chyba że gdzieś nocuje — wyjaśnił Eric, mając na myśli swoją młodszą siostrę. — Moi bracia raczej nie wpadają, z tego co mi mama mówiła. Emmą się nie przejmuj. Nawet jeśli coś palnie. Jest w głupim wieku.
— Ile ona ma? Czternaście? — spytał Jules, żeby trochę oderwać myśli od tego, że przez niego Eric może pokłócić się ze swoją rodziną.
Rok temu o tej porze pewnie żaden z nich nie pomyślałby o tym, że pojadą ogłosić przed rodziną Erika, że są parą. Jak do tego w ogóle doszło? Jules chyba sam do końca nie wiedział.
— Piętnaście. Ale pewnie nie będzie chciała nawet z nami gadać. Chyba że usłyszy to, co powiemy rodzicom — dodał ciężko Eric. — Jak myślisz…? Co brzmi łagodniej? Gej czy homoseksualista…?
Jules skrzywił się.
— Chyba gej — odparł i znowu odetchnął ciężko. — Ale tak cały czas o tym myślę… — ważył słowa, bo z jednej strony podziwiał Erika i chciał go wesprzeć w decyzji, jaką podjął, a z drugiej strony… chciał się z tego wycofać. Bardziej niż opinii obcych czy swoich rodziców, bał się, że na Erika spadnie surowe spojrzenie jego rodziny. A to by go niemożliwie bolało.
— Mhm. I…? — Eric popatrzył na niego krótko. — Sądzę, że będzie dobrze. Że to przełkną. Moi starsi bracia już mają żony, więc… jest komu przedłużyć linię — dodał dla rozluźnienia.
Jules pokiwał głową, żeby też siebie przekonać.
— Mhm. A mówiłeś im coś o mnie? — spytał, bo wiedział, że ktokolwiek zawsze o nim nie mówił, opisywał go jako „ten kolega gej”.
— Hm… Tak, coś mówiłem, ale, Jules, oni wiedzą, że z tobą mieszkam, już długo. Nigdy nie było konkretnej opowieści o tym, jaki jesteś. Tylko… wychodziłeś w trakcie rozmowy. Gdy gdzieś razem byliśmy, albo że się rozchorowałeś, albo że w czymś mi pomogłeś… — Mówił z rozwagą. — Wiedzą, że bardzo się lubimy i że mogę na ciebie liczyć.
— A nigdy nie komentowali tego, że jestem gejem? Pytam, bo to może być jakaś podstawa do rozmowy z nimi. Przynajmniej tak myślę. — Jules starał się nie brzmieć na zdesperowanego ani złego na siebie, że jest najgorszą pomocą w tej chwili, jaką mógł uzyskać jego własny chłopak przed stresującą rozmową z rodziną.
Kierowca westchnął ciężko, starając się spokojnie prowadzić, chociaż jego noga jakby go zdradzała i co jakiś czas Eric dociskał pedał gazu. Jakby chciał już być na miejscu i mieć to za sobą.
— Nie, właściwie to nie. Oni nigdy nie wypowiadali się wobec gejów negatywnie. Nie oceniają, chociaż… przez to, że rozmowy o tym nie było, temat jakby nie istniał. Dlatego nie jestem w stu procentach pewien, jak zareagują.
Jules pokiwał głową, a dopiero po chwili się odezwał, bo w końcu Eric nawet nie miał jak na niego patrzeć.
— To miejmy nadzieję, że nie mówili, bo są neutralni. — Po chwili położył dłoń na udzie swojego chłopaka i dodał: — Bo jestem z ciebie dumny, że chcesz to zrobić. — Ale mogłoby to jeszcze zaczekać, dodał wyłącznie w myślach. Śmiał się przy tym z siebie, że namawiał Tomasa do coming outu, a teraz opóźniał ten Erika.
A Eric znał go zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, o czym myśli.
— W szkole już wszyscy zaczynają podejrzewać. Nie chcę, żeby to dotarło do moich rodziców z innych źródeł — wytłumaczył i uśmiechnął się krótko, łagodnie do swojego chłopaka.
Jules też odpowiedział uśmiechem.
— Wiesz, że jesteś najlepszy? — spytał, bo naprawdę, jak kiedyś uważał Erika za najlepszego przyjaciela, tak teraz, kiedy dodali do tego seks, było wręcz fenomenalnie. Bo w sumie właśnie to najbardziej się między nimi zmieniło. To, że fizycznie się do siebie zbliżyli. Ponadto czułość i troska oraz jeszcze cieplejsze uczucia także w nich rosły i obaj coraz bardziej to zauważali.
Usłyszał krótki, przyjemny dla uszu śmiech Erika.
— Ale we wszystkim najlepszy, mam nadzieję? — zapytał żartobliwie.
— Oj, może nie we wszystkim. Nadal mam nadzieję, że lepiej obciągam. — Jules prychnął, pozwalając sobie na taki żart, póki byli sami.
Eric uśmiechnął się i cicho odchrząknął.
— Mhm. Bardzo dobrze. Jesteś też na pewno lepszy w modulowaniu głosu. I to ty wiesz lepiej, jaką mam ubrać bieliznę do danych spodni.
— W ogóle, jeśli o to chodzi, na pewno akurat to sobie przy twoich rodzicach daruję. Może też ominiemy ten szczegół, że kto tylko chce, może zobaczyć moją nagą klatę w internecie?
— O… och, nie wiem tylko, czy Emma nie ma w linkach twojego kanału.
Jules przewrócił oczami.
— Okej. Spoko. Może nie chwaliła się rodzicom. Chyba wolę, żeby brali mnie tylko za grzecznego chłopaka dla ich syna. — Zaśmiał się pod nosem.
— Dobrze, że nie wiedzą, jaki naprawdę jesteś niegrzeczny…

*

Dojechali na miejsce około pierwszej. I Jules już wtedy widział, że Colorado Springs zimą było naprawdę piękne. Uliczka, którą właśni jechali, prowadziła w górę wzniesienia, a przy niej stały urocze, swojskie domki. Spadziste dachy były białe od śniegu, ale ogródki starannie odśnieżone. Choć najpiękniejsze były góry widoczne na zachód od miasta.
— Jesteśmy. To tutaj — powiedział Eric, gdy powoli skręcił i zaparkował na szerokim podjeździe.
Stresował się trochę tym, co powie Jules. Mieszkanie jego rodziców było bardzo bogate. Tutaj z kolei… znaleźli się pod małym jak na sześcioosobową rodzinę domem. Wielką ulgą było to, że bracia Erika już się wyprowadzili. Kiedyś panował tu większy harmider. Zresztą, jednym z powodów, dla których Eric uczył się w szkole z internatem, był brak miejsca w domu. To nawet nie było to, że jego rodziców nie było stać na nic większego. Byli po prostu zbyt sentymentalni, żeby opuścić to miejsce, a domy stały na tyle blisko, że nie było miejsca na rozbudowę.
Dom był prosty, parterowy. Duże okna z łukowymi zakończeniami, szara elewacja i ogródek pełen artystycznych kamieni, w których tylko mama Erika widziała coś naprawdę estetycznego.
Jules zapiął kurtę i wysiadł z samochodu. Od razu się uśmiechnął.
— Ale tu ładnie! — pochwalił, bo klimat miasta i tej uliczki szczególnie go urzekł. — Mieliście tu naprawdę blisko do sąsiadów. Dużo dzieciaków było na jednej ulicy? — spytał, pamiętając, jak on wychowywał się raczej samotnie. A tu, nie dość, że Eric miał rodzeństwo, to pewnie sąsiadów, z którymi mógł spędzać czas.
— Och, nawet nie wiesz, jak dużo. Moglibyśmy zrobić tu przynajmniej kilka małych gangów walczących z niewidzialnymi potworami — odpowiedział Eric ze śmiechem.
Wyszedł z samochodu i też szczelniej zapiął kurtkę. Po tym obszedł auto, żeby wyciągnąć z bagażnika ich plecaki. Nie zabierali wiele, bo mieli zostać tylko na jedną noc.
Jules poczekał na niego i dopiero przyjął swój bagaż, kiedy ruszyli pod drzwi.
— Fajnie. Przynajmniej się nie nudziłeś — zauważył, idąc o krok za swoim chłopakiem. Jeszcze puścił mu oczko, nim ten zadzwonił do drzwi.
Czekali kilkanaście długich sekund… aż otworzyła im piętnastoletnia dziewczyna. Jak Eric był wysoki, tak ona szczególnie niska i drobna. Więcej nie dało się ocenić, bo miała na sobie wielką koszulkę z logiem zespołu i luźne, dresowe spodnie. Ciemne włosy sięgały prawie pasa. I jakkolwiek mrocznie wyglądała, tak wielkie okulary na nosie dodawały jej specyficznego uroku.
— O, hej. A gdzie mama? — zagadał Eric, wchodząc do środka.
— Zgadnij — odparła Emma i nie przywitawszy się z gościem, który był z jej bratem, wróciła w głąb mieszkania. Od razu też krzyknęła: — MAMO! Eric już jest! — Pani Turner musiałaby być głucha, żeby tego nie usłyszeć.
Eric obejrzał się wymownie na Julesa i odłożył plecak pod ścianę w niedużym przedpokoju. Zaczął zdejmować swoje wierzchnie ubrania, już słysząc odgłos zbliżających się kroków. I niedługo czekali, aż w progu pojawiła się matka Erika.
Jules był aż zaskoczony, jak była… ładna. I sam nie wiedział, co było tym elementem, który dawał takie wrażenie. Bo niby oczy czy usta wydawały się dość przeciętne, a jednak miała na tyle symetryczną twarz o lekkim, owalnym kształcie, że była ona naprawdę miłym widokiem. Szczególnie że powitała ich uśmiechem. Uśmiechem podobnym do tego Erika, bo bardzo łagodnym i spokojnym.
— Eric, jak fajnie. Myślałam, że będziesz trochę później przez tę pogodę. A ciebie miło w końcu poznać — dodała do Julesa, jako pierwsza wyciągając do niego rękę. Była ubrana w purpurowy sweterek i trochę schodzone jeansy. Włosy z kolei miała króciutkie, z nieco dłuższą grzywką.
Jules podał jej dłoń, chociaż jeszcze nie był do końca rozebrany.
— Dzień dobry. Mnie też bardzo miło poznać. — Uśmiechnął się do niej od ucha do ucha. Był zachwycony jak na razie tym, jak ta wyglądała i mówiła. Sam nie wiedział, z czego nagle wzięła się ta sympatia do kobiety. Miał nadzieję, że to dobry znak. — A na drodze było pusto, więc bezpiecznie się jechało.
— I kawa, mamo. Kawa. Mieliśmy termos — dodał Eric. — Daj, powieszę — zwrócił się jeszcze do Julesa, żeby przejąć od niego kurtkę.
— To macie dość kofeiny, czy napijecie się jeszcze? — zapytała tymczasem Lucy Turner, opierając się ramieniem o futrynę i oglądając ich. Wyglądała na całkiem spokojną i rozluźnioną. Na pewno nie obserwowała Julesa jak eksponat w zoo.
Jules jeszcze zdjął buty i postawił je obok tych Erika.
— Nie wiem? Eric? Ja, jakby to nie był problem, poprosiłbym herbatę — zwrócił się do kobiety.
Emmy już nigdzie nie było. Musiała, jak to zbuntowana nastolatka, udać się do swojego pokoju.
— Jasne. Zaparzę herbatę. Eric? Do ciebie też było pytanie.
— To ja też herbatę. Dzięki. A tata jest, czy podjął taktykę skoczenia na piwo do sąsiada? — zapytał, kiedy podążyli za jego matką w głąb mieszkania.
— Jest, podjął tylko taktykę „udam, że nie usłyszałem i wejdę z „ooo, już jesteście”, kiedy się już rozgoszczą” — odpowiedziała Lucy z „Erikowym” uśmiechem.
A Jules oglądał mieszkanie. Było co prawda dość mocno zagracone i ciasne, ale przy tym zadbane. Kuchnia z jadalnią okazała się jednak większym pomieszczeniem, niż można było przypuszczać. Był długi stół i szersza lada, przy której z kolei stała inna kobieta. Pokolenie starsza.
— Eric! — zawołała na widok wnuka i wytarła szybko ręce w szmatkę, żeby go uścisnąć.
— Hej, babciu.
Jules został na razie trochę z tyłu, żeby nie przeszkadzać. Tak na wszelki wypadek. Oglądał z zaciekawieniem półeczkę z ustawionymi na niej zdjęciami. Było ich mnóstwo. Aż za dużo jak na tak małą przestrzeń między kuchnią, wejściem a salonem.
W tym czasie starsza kobieta w długiej tunice oraz legginsach podeszła i uściskała wnuka.
— Dobrze, że przyjechałeś. Twoi bracia też za rzadko są w domu. — Uśmiechnęła się i Jules od razu poznał, czyją jest matką. To chyba było genetyczne.
— A to akurat nie moja wina, babciu — odparł Eric ze śmiechem. Po tym obejrzał się na swojego chłopaka i wskazał go babci. — A to Jules. Opowiadałem o nim trochę.
— Trochę? — Babcia zaśmiała się, ale Julesa na szczęście nie ściskała, a jedynie podała mu dłoń. — Już wam, kochani, wyprałam świeżą pościel. Macie też…
— Mamo, mamo, już. Daj im się rozgościć. Zaraz im wszystko opowiem — zapewniła Lucy i od razu obeszła swoją matkę, żeby uratować gości. Pociągnęła ich do kuchni, a Eric tylko dyskretnie pchnął Julesa do stolika, żeby usiedli i zaczekali na herbatę.
Ten zajął wskazane mu miejsce. Brakowało mu chyba w tym domu tylko jednej rzeczy jak na razie – zwierząt.
— Jeśli będę mógł w czymś pomóc to… — Nie skończył, bo do kuchni wszedł ostatni członek rodziny.
— Ooo, już jesteście? — ojciec Erika powitał ich dokładnie tak, jak przewidziała jego małżonka. — Jak droga? — spytał syna.
Był podobny do niego, ale jednak więcej chłopak odziedziczył po matce. Może poza pociągłą twarzą i wzrostem. To były cechy po przybyłym mężczyźnie. Poza tym widać było, że ojciec Erika ma zadatki na brzuszek piwny, bo ten już nieco odstawał mu pod ubraniem. Eric w duchu trochę się śmiał, bo jak zwykle Larry Turner chodził po domu w starych podkoszulkach, tak dziś założył luźną, popielatą koszulę.
— Hej, tato. Podróż dobrze. Samochód się sprawuje. Poznaj Julesa — dodał, kiedy jego matka robiła dla nich herbatę.
— Jules Fox, dobrze pamiętam? — Larry, również noszący okulary, choć w zupełnie innym kształcie niż Eric, wyciągnął ponad stolikiem rękę do nieznajomego nastolatka.
Ten uniósł się trochę i uścisnął jego dłoń.
— Tak. Jules Fox. Bardzo mi miło pana poznać — powitał go.
Wszyscy byli otwarci jak na razie, a on nadal w swojej markowej, błękitnej koszulce polo i ciemnych jeansach czuł się jak na bardzo ważnej rozmowie o pracę. A przynajmniej takie rozmowy o pracę sobie wyobrażał. Każdy był miły dla niego, a on tylko liczył, że nie jest to gra. Choć jeśli nią była, to bardzo naturalnie zagrana. Bo chyba zwyczajnie czuło się tu domową atmosferę. Eric za to czuł, że Jules jest spięty. Wykorzystał więc to, że na stole leżał długi, sięgający połowy nóg obrus i pod nim ścisnął kolano swojego chłopaka pokrzepiająco.
— Nam też miło. Eric dużo mówił o tym, jak się przyjaźnicie i w końcu… W końcu! Zdecydował się pokazać ci nasze miasto — dodał Larry z zaangażowaniem. Usiadł przy tym na wolnym krześle przy stoliku. Naprawdę brzmiał na dumnego z ich okolicy. — Szkoda, że nie macie więcej czasu na narty. Jeździsz też, Jules?
Chłopak na pytanie zaśmiał się krótko.
— Można tak powiedzieć. Ale ostatnimi czasy nie było za dużo okazji. Dlatego szkoda, że nie ma czasu na jakiś wypad. — Mówił, bez problemu nawiązując kontakt wzrokowy. Ale i tak spoglądał co chwilę na Erika. Ciekawiło go, czy ten też jest zestresowany tak mocno. Widział, że był. Wyglądał na spiętego, ale chyba też zdecydowanego, żeby w to iść.
— Mój najstarszy brat, George, dużo jeździ — dodał. — Kiedyś nawet chciał robić to zawodowo.
— Póki nie poznał Cloe i nie stwierdził, że zamieszka w Teksasie — dodała Lucy, po czym podeszła do stołu i postawiła przed synem i jego kolegą kubki z herbatą. Na stole była już cukierniczka. — Jules, a ty jesteś z Kalifornii, tak? Tam chcesz wrócić po szkole?
— Jeeeszcze nie wiem. — Jules przeciągnął słowo, uśmiechając się przy tym krzywo. — Powinienem już w sumie myśleć o studiach, ale jeszcze nie wiem. Rodzice nie cisną, ale…. chyba Kalifornia nie byłaby zła. Bliżej do domu niż z Nowego Jorku chociażby. — Uśmiechnął się przy tym krótko do Erika. Jeszcze nie było to na sto procent pewne, ale chyba nie był w stanie wyobrazić sobie związku na odległość.
— A ja coraz bardziej się przekonuję do Uniwersytetu w Kalifornii — dodał Eric obracając filiżankę w dłoniach.
— Jednak? — dopytał Larry.
— Tak, chyba tak. Jeśli się dostanę. Choć jest z tym związane coś jeszcze, o czym chcieliśmy z wami porozmawiać — mówił swoim spokojnym, łagodnym tonem, choć Jules miał wrażenie, że wyczuł od niego jeszcze większe napięcie. — Więc… dobrze, że akurat siedzicie.
Rodzice Erika popatrzyli po sobie, a sam Jules podziękował opatrzności, że babcia uznała, że jeszcze musi coś przygotować na ich przyjazd, bo w tej chwili byli tylko we czwórkę w kuchni. Chyba tak było lepiej, bo już domyślał się, że Eric nie chce zwlekać z poinformowaniem rodziców, z kim tak naprawdę tu przyjechał.
Lucy i Larry patrzyli na nich, wyraźnie zaniepokojeni. Jakby Eric chciał im powiedzieć, że jest na coś chory. Eric za to nieco zmanierowanym gestem poprawił okulary na nosie i zerknął na Julesa z krótkim uśmiechem. Odetchnął i starał się mówić zarówno do mamy, jak i taty.
— Bo… od jakiegoś czasu zaczęło się coś ze mną dziać. To znaczy… nie jak objawy, tylko… Zacząłem coś zauważać.
Jules siedział obok niego i słuchał go uważnie. Nie był pewien, czy przyjęty przez Erika sposób był dobry, ale… z drugiej strony na pewno o tym myślał i wziął pod uwagę wszystkie opcje. Znał swoich rodziców lepiej niż Jules kiedykolwiek ich pozna.
Przyglądał się rodzicom swojego chłopaka. Na razie tylko ojciec miał ściągnięte brwi, ale jedynie pytająco, a nie gniewnie. Lucy pozwoliła sobie nawet na łyk herbaty.
— I… I myślę, że powinniście o tym wiedzieć. To jest coś, co… w jakiś sposób mnie zaczęło definiować. Chcę, żebyście znali mnie… całego, jako rodzice. Dlatego… — Znów spojrzał na Julesa. — Myślę, że jestem gejem.
— Myślisz? — wyrwało się ojcu chłopaka. Nie było to gniewne „że co?”, a raczej pełne zaskoczenia „słucham?”.
Jego żona od razu szturchnęła go w ramię. Nic jednak nie powiedziała, tylko wyczekująco patrzyła na syna. Jules także. Nie wiedział, czy już powinien się wtrącić, czy dopiero za chwilę. W końcu jednak, widząc rumieniec na twarzy przyjaciela, dodał:
— Bo jesteśmy razem.
A Eric od razu podchwycił i pokiwał głową.
— Tak. Dlatego to więcej niż przeczucia. Sprawdziliśmy to i… i naprawdę czuję pociąg do tej samej płci — starał się mówić spokojnie i może pozornie dobrze mu to wychodziło. Ale przy tym nagle złapał pod stołem dłoń Julesa i ścisnął mocno. Tak, wyraźnie się denerwował.
Jules odpowiedział pokrzepiającym uściskiem. Patrzył teraz już znowu na oniemiałych rodziców Erika. Na jego matkę, która nadal trzymała kubek i ojca, który wydawał się nie rozumieć.
A Eric coraz bardziej stresował się tym milczeniem. Obawiał się go, bo nie wiedział, co oznacza. Nie lubił takich sytuacji. Unikał ich w szkole, więc i w życiu prywatnym trudno było mu przez nie przechodzić. Dlatego nie potrafił być w pełni spokojny.
— Powiedzcie coś… — wydusił cicho. — Turner to bardzo popularne nazwisko. Jest mnóstwo takich osób w Stanach, a ja kiedyś się zastanawiałem, czy to dlatego, że tak bardzo rozproszyła się nasza rodzina i tak się rozmnaża — mówił powoli, ale za dużo. Przez stres. Zaśmiał się nawet lekko. — Więc to by było prawdopodobne, gdyby w tym morzu naszej rodziny pojawiła się czarna owca, która…
— Eric, żadna czarna owca — przerwała mu w końcu matka, widząc, w którym kierunku idzie jej syn. Od razu wyciągnęła do niego dłoń i uścisnęła go za przedramię ręki, którą trzymał kubek. — Spójrz na mnie. Żadna czarna owca.
Eric popatrzył jej w oczy i pokiwał głową. Jules za to jeszcze spojrzał na ojca chłopaka. Ten nadal milczał. To niewiele pomagało. Sam więc się odezwał:
— Eric chciał być z państwem szczery. Moi rodzice już o nas wiedzą, dlatego chcieliśmy, aby państwo też nie byli jakoś wykluczeni. Naprawdę kocham państwa syna — zadeklarował, uznając, że musi stanąć w jego obronie. Musi w końcu pokazać, że go wspiera, a nie denerwuje się, że pokłóci się przez niego z rodzicami.
Larry odchrząknął, gdy usłyszał te magiczne słowa. Eric za to wychylił się do Julesa i delikatnie pocałował go w policzek.
— Mam nadzieję, że nie czujecie się zawiedzeni…
Było ciężko. Rozmowa nie szła płynnie, choć Eric nie spodziewał się, że taka będzie. Nie został na dzień dobry wyrzucony, ale wciąż nie wiedział, jak rodzice do tego podchodzą. Ale wreszcie Larry zabrał głos.
— Gdybyście… nie sprawdzili tego, jak mówisz — zwrócił się do syna i jego chłopaka, co było dobrym znakiem. Nie unikał ich spojrzeń. Przybrał po prostu bardziej poważny ton. — Pomyślałbym, że udzieliła ci się postawa Julesa przez wspólne mieszkanie i zapragnąłeś poeksperymentować. Ale tak nie jest… prawda?
— Nie. Na początku tak myślałem, ale… Nie. Za dobrze się z Julesem czuję. To nie tylko eksperymenty, tato. To… to chyba cały pakiet tego, co można czuć do drugiej osoby, żeby wpaść w to, w czym na przykład wy jesteście.
— Długi czas zresztą byliśmy przyjaciółmi i… Eric nie myślał o eksperymentach z nikim… ehem, innym. — Jules starał się mówić pewnie, tak jak jego rodzice. W sumie jego matka teraz by mu się przydała. Zawsze lubił to, jak go wspierała, niemal dając wrażenie, że woli go jako homoseksualistę niż osobę hetero. — Już wcześniej byliśmy sobie bliscy, tylko żaden z nas tego tak nie nazywał — mówił, popatrując po rodzicach Erika.
Lucy znowu napiła się herbaty. To był dobry znak. Nawet pokiwała głową. A Larry wyglądał na coraz bardziej zawstydzonego niż złego. Jakby po prostu nie wiedział, jak o tym rozmawiać. Jakby mówili o seksie, a nie o związku.
— I teraz przyszliście z tym do nas, bo już jesteście pewni, że to to? — zapytał, a Eric przytaknął.
— Tak. Tato, to jest dość trudne, żebym decydował się na to, nie wie… — urwał nagle, bo do kuchni weszła Emma.
Wszyscy popatrzyli na nią, kiedy bezgłośnie podeszła do lodówki i wyciągnęła mleko. Milczeli też, gdy nalewała je do szklanki. A kiedy wyszła, Eric odetchnął i dodał do ojca:
— To już daleko zaszło, tato.
— Dobra, ale mówisz o tym, jak o pogrzebie. Jesteś z tym szczęśliwy, czy masz jakieś problemy w szkole? — dopytał z naciskiem, a Eric trochę się zaciął.
— Nie… Niby nie mam…
— W szkole zawsze są problemy. — Jules znowu się odezwał. Powoli jak na siebie, ale zaczynał czuć się pewniej. — Eric już kiedyś był podejrzewany, że jest gejem przez sam fakt, że ze mną mieszka. Bo nie wiem czy państwu mówił, ale akurat ja jestem w tej kwestii otwarty. Wszyscy w szkole wiedzą. I nadal znajdują się tacy, którzy tego nie rozumieją. Ale radzę sobie i wiem jak pomagać Erikowi, żeby też nie miał problemów.
— Mówiłeś mi, Eric, że w szkole u was był coming out jakiegoś chłopaka — zauważyła nagle Lucy. Jak obaj chłopcy z ulgą usłyszeli, wciąż miała ciepły i przyjemny głos. — Nie mówiłeś o sobie?
— Nie. — Pokręcił od razu głową i w końcu przypomniał sobie o swojej herbacie. — Mm… Pyszna. Ale nie, to był inny chłopak. Dyrektor Moss wsparł go i może dzięki temu w szkole nie jest teraz tak źle, choć czasem obelgi się pojawiają.
— Tylko dlatego, że niektórzy uczniowie szerzą szkodliwe stereotypy, co jest tępione przez dyrektora — dodał Jules, idąc za ciosem. Żaden dorosły nie czułby się teraz dobrze, samemu szerząc takie stereotypy, tym bardziej względem własnego syna.
— Mhm. No nic… — Larry podniósł się i idąc śladem córki, zajrzał do lodówki. — Zjecie coś?
Eric zamrugał i zerknął szybko na Julesa.
— Chętnie, ale może zaraz… Ale, tato, jest okej?
Ten westchnął, patrzył moment do wnętrza lodówki, aż w końcu wyciągnął butelkę wina, która była schowana na później. Pokazał ją swojej małżonce, a ta wzruszyła ramionami.
— Chyba gorzej bym zareagował, gdybyś powiedział mi to kilka lat temu. Tym bardziej potwierdzając, że już sprawdzałeś… — mruknął z lekkim speszeniem, stawiając butelkę przed kobietą. Zawrócił jeszcze po kieliszki. Najwyraźniej oboje uznali, że to będzie dobra forma odprężenia. — Teraz… Już niedługo idziesz na studia. Jeszcze bardziej się usamodzielnisz niż w szkole. Lucy? Masz coś do powiedzenia jeszcze? Ja nie wiem? Jestem zaskoczony chyba.
Kobieta uśmiechnęła się i uniosła, żeby móc podejść i pocałował syna w czoło.
— Ja myślę, że to nie o nas chodzi. Powiedziałeś nam, kim się czujesz. I teraz chcemy tylko, żeby z tego powodu nie przydarzyło ci się nic złego. Więc może Kalifornia nie jest takim złym pomysłem. San Francisco słynie z otwartości.
Larry pokiwał głową i nalał słodkiego, czerwonego wina do kieliszka swojego i żony. Trochę za dużo, aby wyglądało to przyzwoicie.
— Babcia może być trochę w szoku. Chyba większym niż ja nawet. — Widać było, że nadal układa sobie to w głowie. Był skupiony, ale też jakby nieobecny. Była to dziwna kombinacja.
— No i Emma, George i Jake… — dodała Lucy, która podziękowała i chociaż wyglądała na spokojniejszą, to jednak chętnie napiła się wina. — Ale nie martw się, jakoś to wszystko zrozumiemy. Ale chcemy wiedzieć, jeśli coś złego będzie się działo. Choć dobrze, że jesteście w tym razem.
Eric musiał przyznać matce rację. Sam nie byłby w stanie tego przejść. Jules był dla niego wielkim wsparciem i tylko dzięki niemu podchodził do tego na spokojnie.
— Już wszyscy przywykli do tego, że Jules jest gejem, więc jest to trochę łatwiejsze.
— Dość wcześnie zdałem sobie z tego sprawę, więc przekonuję, kogo tylko mogę, że bycie gejem to coś całkiem normalnego. — Jules uśmiechnął się do nich.
Czuł ulgę. Ojciec Erika był nadal w szoku, ale bardzo dobrze go znosił. Matka, jak to matka, wydawała się, jakby już wcześniej się czegoś domyślała, ale nikomu nigdy nie mówiła. Jego własna mama sama mówiła, że to kwestia matczynego instynktu. Na szczęście w tej rodzinie go nie brakowało.
Udało się przejść przez to bez tragedii. Z każdą kolejną minutą czuli się luźniej, a Eric w końcu zaproponował, że pójdą się rozgościć w pokoju. W końcu Jules nie widział jeszcze jego sypialni. Obiecali, że później dołączą do rodziców. I chyba każdy potrzebował chwili oddechu, bo wszyscy się zgodzili.
Sypialnia była bardzo prosta, pedantyczna, ale niepozbawiona ducha. Jules od razu zauważył w niej elementy kojarzące mu się z Erikiem, jak torba lubianej przez niego firmy, wisząca na drzwiach szafy czy zegar z puszczykami, do których skrycie miał słabość. Było duże, podwójne łóżko, ale i przygotowany materac leżący na podłodze oraz przykryty świeżą pościelą. Okna zasłonięte były beżowymi roletami, a na stalowo-szarym biurku stał stacjonarny komputer.
— Dziękuję — wydusił Eric, gdy zamknęli za sobą drzwi, rzucili plecaki pod ścianę, a on wreszcie mógł przytulić się do swojego chłopaka.
Ten także go objął i cmoknął w policzek.
— Mam wrażenie, że nie masz za co. Twoi rodzice bardzo dobrze na to zareagowali. I mieli wino na osłodę.
— Mhm. Lubią wino. Jeśli będziesz chciał dalej ze mną być za kilka lat, to wiesz, co im przynosić na prezent — dodał Eric z łagodnym uśmiechem, który świadczył o tym, że powoli wracał do siebie. Zdecydowanie nie lubił być w centrum uwagi. Najlepiej czuł się teraz, skryty w ramionach Julesa, który pogładził go po plecach i znów pocałował przy uchu.
— Mmm… Dobrze wiedzieć, ale… Jeszcze siostrze musisz powiedzieć chyba.
— Nie teraz — mruknął Eric. Nie chciał się odsuwać. Potrzebował chwili wytchnienia i ciszy w bezpiecznym miejscu.
A Jules dawał mu je, obejmując i nadal głaszcząc po plecach. Co chwilę całował jego głowę. Bo nie tylko skupiał się na ustach, ale i policzkach, włosach, uszach. Przesuwał też nosem po jego twarzy. Był z niego dumny.
— Jesteś wspaniały.
Usłyszał, jak jego chłopak bierze głębszy wdech i tylko mruczy na potwierdzenie. Dopiero po tym Eric cofnął się trochę, chcąc doprowadzić się do porządku. Rozpiął zamek bluzy, bo zrobiło mu się ciepło.
— Rozgość się. Możemy spać razem, mam duże łóżko.
— Nie wolisz zachować pozorów? — spytał Jules. Zaraz też poprawił mu koszulkę, która lekko się podwinęła. — Mam cię na co dzień. Mogę jedną noc sobie odpuścić. Albo jej część.
— Nikt nie wchodzi do mojego pokoju bez pytania. Ale jeśli wolisz spać osobno… — Eric wolał dać mu wolną rękę. Ale nie mógł się opanować przed tym, żeby jednak znów się do niego zbliżyć i przytulić. — Ale jednak chodź jeszcze chwilę. Było miło.
— To może dla przyzwoitości tylko trochę pogniemy pościel — odparł Jules i w końcu sięgnął po ten pocałunek, który marzył mu się już długo. Naprawdę był dumny z Erika. — I jak w ogóle się czujesz?
Drugi chłopak, który chętnie oddał pocałunek, musiał przemyśleć swój stan. Było w nim teraz zbyt wiele emocji, żeby je wszystkie od razu nazwać.
— Chyba jeszcze jestem zestresowany. Jeszcze trochę się boję, co teraz będzie. Ale… cieszę się, że mamy to za sobą. Że już nie muszę tego ukrywać i rodzice wiedzą. I… — Uśmiechnął się delikatnie. — Ciebie nie da się nie lubić. Na pewno będą cię szanować.
— Jest kilka osób, które mnie szczerze nienawidzą, ale twoi rodzice naprawdę wydają się bardzo spoko. Cieszę się, że ich poznałem. — Jules jeszcze raz cmoknął usta Erika, po czym przechylił się do jego ucha i do niego wyszeptał: — Aż zrobiłbym ci loda za odwagę.
Eric spiął się i… zaróżowił na policzkach. Trudno było mu od razu odpowiedzieć, bo szept Julesa zadziałał niczym dotyk dłoni na penisie. Poczuł mrowienie w całym ciele i zdradziecki umysł powiedział mu, że chciałby teraz dostać takiego loda…
— Może… w nocy spróbujemy pod kołdrą — odpowiedział równie cichym szeptem.
— Możemy. Tylko będziesz musiał być cicho. I opowiedzieć mi, do czego sobie kiedyś trzepałeś. — Jules mówił dalej szeptem. Takie sprośne zabawy zawsze były dobre na rozluźnienie. A wizja Erika samego w tym pokoju, robiącego sobie dobrze dla rozluźnienia, była przyjemna.
— Och, Foxy… — Usłyszał jego miękki głos. Eric objął go mocniej, ale na krótko. Bo po tym skarcił go i musiał się odsunąć. — Doprowadzisz mnie do niebezpiecznego stanu. A musimy pójść coś zjeść i… i chyba przyda nam się spacer. Pokażę ci okolicę — mówił, nie chcąc myśleć o ustach Julesa na własnym penisie. A raczej chciał, pragnął pieścić umysł tymi wyobrażeniami, jednak skończyłoby się to katastrofalnie dla jego krocza. Namiocik w domu pełnym rodziny nie był pożądanym widokiem w ciągu dnia. Tym bardziej, kiedy dopiero co przyznał się rodzicom, że ma chłopaka. To mogłoby być dość nietaktowne.
— Super. — Jules odsunął się i podszedł do swojego plecaka. Jak się okazało, miał coś schowanego, z czym podszedł do Erika. — Ale najpierw… To dla ciebie.
Było to maleńkie pudełeczko. Wyglądało niemalże jak na pierścionek, pomijając fakt, że było zwyczajnie czarne i proste oraz trochę większe.
— Jako taki mały symbol, że dziś się wszystko nie posypło.
Jego chłopak zapatrzył się na podarunek, a potem na Julesa. Bez słowa otworzył pudełko i wyciągnął… skórzaną, ciemnobrązową bransoletkę. Była dość sztywna, a do tego miała metalowe zapięcie. I dopiero po chwili, gdy Eric oglądał podarunek, zauważył, że w środku, na zapięciu, wygrawerowane były dwie literki. „J.” i „E.”.
Nie spodziewał się, że coś takiego dostanie. To było tak bardzo… miłe i urocze, że Jules o tym pomyślał. Że pokazał tym, jak rozumie, że jest to dla Erika bardzo ważny dzień. I że są w nim razem.
Nie zawahał się i od razu zapiął bransoletkę, gdy tylko podwinął rękaw bluzy. A potem objął Julesa za szyję i pocałował go mocno, z wielkim uczuciem.
— Dziękuję. Zaskoczyłeś mnie.
— To w ramach gratulacji, że dobrze wyszło — odpowiedział Fox, obejmując go na chwilę i oddając pocałunek.
Nie dodał, że jakby wszystko źle poszło, to ta bransoletka miała być też pocieszeniem mówiącym, że cokolwiek się nie wydarzy, on jest z nim. Ale całą drogę miał nadzieję, że jednak nie będzie musiał jej używać w taki sposób.
— Mm… Naprawdę czuję teraz, że jesteś w tym ze mną. I to całkiem fajne, że teraz i twoi, i moi rodzice o nas wiedzą. Tak samo jak znajomi… Nawet nie zauważyłem kiedy, ale… chyba jestem wyoutowanym gejem — podsumował Eric ze śladowym zaskoczeniem.
Jules zaśmiał się krótko. Naprawdę Eric jak na osobę, która twierdziła, że nie chce wychodzić za bardzo z szafy i w ogóle nie lubi być w świetle, to całkiem nieźle i szybko się wyoutował.
— Jako znajomych masz na myśli Sebastiana i Frania? Oraz Tomasa i jego chłopaka? Musisz jeszcze dopisać do tej listy kogoś całkiem twojego. Ale żeby nie było. I tak jestem pod ogromnym wrażeniem.
Ujrzał uśmiech na twarzy Erika. Naprawdę był podobny do tego Lucy. Po tym chłopak jednak w jedyny w swoim rodzaju sposób zmarszczył nos i poprawił okulary.
— Ja też. Nie sądziłem, że się uda. Ale… teraz chodźmy. Zjemy coś i idziemy. Mamy tylko kilka godzin w moim mieście, a mam co pokazać.
Jules odpowiedział uśmiechem i skinął głową.
— Okej, w takim razie prowadź, szefie.
Puścił swojego chłopaka przodem. Był z niego dumny i szczerze cieszył się, że ta długa podróż nie skończyła się przedwczesnym powrotem do szkoły. Najgorsze już przetrwali. Teraz zostało im tylko zwiedzenie okolicy i spędzenie trochę czasu z… jak się okazało, całkiem sympatyczna rodziną Erika Turnera.

7 thoughts on “Project Dozen – 91 – Wyuotowany gej

  1. Katka pisze:

    Luana, bo Eric to taka cicha woda, co brzegi rwie. Spokojny i ułożony chłopak, ale jednak odważny i bardzo zdeterminowany, kiedy już coś postanowi. Jules na pewno nie ostatni raz jest tym zaskoczony. A tekst o „sprawdziliśmy” był bardzo nieplanowany XD Ale biedny był zestresowany i w ogóle.
    Tak, rodzice przyjęli to całkiem dobrze :) Została reszta rodziny, ale najważniejsze za nim!

  2. Luana pisze:

    A zapomniałam. Ta bransoletka była super. Aż mnie się ciepło na sercu zrobiło jak Jules ją dał swojemu chłopakowi. :)

  3. Luana pisze:

    Eric jest niesamowity. Wcześniej nikt po nim nie spodziewałby się tego, że tak szybko się ujawni. W porównaniu do Tomasa on daje milowe kroki do przodu. Nie zatrzymuje się, prze naprzód nawet jeżeli czuje strach przed tym co może się wydarzyć. Do tego ten tekst, że już sprawdzali… I to przed rodzicami tak otwarte przyznanie się, że już uprawiali seks… Ten chłopak jest mega zaje*bisty. Ja się nie dziwię, że Jules wpadł po uszy. :D
    Fajnie, że tak to wszystko wyszło. Bałam się reakcji rodziców. A tu widać, że są w szoku, ale będzie dobrze. Trudno powiedzieć jak babcia to przyjmie, siostra Erica i jego bracia. Najważniejsze jednak, że rodzice nie uważają go za czarną owcę.
    Też czekam na Marka i Fostera, ale kocham wątek Erica i Julesa, więc tym bardziej ciężko będzie czekać na następny rozdział. :)
    Dziękuję za rozdział, życzę weny, czasu na pisanie i pozdrawiam.:)

  4. Katka pisze:

    Wadera, tak, mamusia Erika jest mega fajną osóbką. Zresztą, cała jego rodzina wydaje się spoko. Chociaż jeszcze nie wiadomo, co z Emmy wyrośnie. Bransoletka zdecydowanie była ujmująca :) Eric był zaskoczony i wzruszony i haha też nie wiem, któremu zazdrościć bardziej XD Są oboje uroczy. A kiedy będzie Mark i Foster… hm, hm, jedyne co wiem, to że na pewno nie w następnym rozdziale, bo wtedy ciągnie się jeszcze wątek Erika i Julesa. Trzeba poczekać ;)

    O., dużo coming outów w PD i… no właściwie to jeszcze nie koniec chyba XD Hahaha, a to „sprawdziłem”… taak, chyba wolał nie wiedzieć XD

  5. O. pisze:

    Kolejny coming out za nami <3
    Eric! (zawsze jego nazwisko za pierwszym razem odczytuję Tunder xD <3)
    Ale fajna reakcja Larry'ego – alkohol na "zatopienie" pewnie wyobrażenia jakie zapewne nasunęło się na "sprawdziłem" xD

  6. Wadera pisze:

    Mmm, przyjemnie, słodko i rozluźniająco. Wspaniały rozdział !
    W sumie jak tylko przedstawiłyście mamę Erica wiedziałam, że nie może być źle. Chłopak jest odważny i co by nie mówić zależy mu na tym związku :)
    Bransoletka to piękny gest ze strony Julesa. Normalnie aż nie wiem któremu bardziej zazdroszczę chłopaka ;)
    P.S.: Wiadomo kiedy będzie Marck Moss ze swoją Podporą Życiową? Tęsknię za nimi :D
    Pozdrawiam, Wadera.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s