Newton’s Balls – 61 – Kradzież i pobicie

Znoszone, dziurawe przy palcach kapcie zaszurały po podłodze, kiedy Ester obejrzała się na swojego męża i machnęła na niego suchą dłonią, idąc do pokoju wnuka.
— No chodź! Weź ten łom i chodź, do kurwy nędzy! — warknęła na Barneya i doczłapała do zamkniętego pokoju.
Chase’a nie było, bo dzisiaj pracował po szkole na złomowisku. Pierwszy grudnia przyniósł chwilową poprawę pogody, więc na pewno chcieli to z Ashem wykorzystać. Dlatego dziadkowie chłopaka też zamierzali mieć jakiś profit z nieobecności wnuka w domu. Zresztą, ostatnio często go nie było i oboje uważali, że włóczy się po klubach i imprezach. A skoro tak, to musiał mieć pieniądze na alkohol i używki. Byli tego pewni. Musieli tylko to sprawdzić… i to zdobyć.
— Byś pomogła, a nie tylko się rządziła, stara skarpeto — odfuknął Barney kobiecie, idąc w jej stronę. Miał wyciągnięte na kroczu i tyłku dresowe spodnie, wiązane na troki i wciśniętą w nie koszulę. Pod nią był przepocony podkoszulek.
Pod drzwiami wnuka zlustrował kłódkę łączącą framugę z drzwiami. Była solidna i mocna. Chase się zabezpieczał, jak mógł, a i okna w jego pokoju nie dało się otworzyć z zewnątrz. Tym razem jednak byli zdeterminowani.
— Nie kłapcz tą mordą, tylko otwieraj. On tam gdzieś musi coś mieć. Pewnie jak Tyson handluje jakimiś prochami, to ma. — W głosie Ester słychać było doskonale zarówno niechęć do wnuka, jak i zaciętość, aby coś na nim ugrać.
— Też powinnaś handlować prochami — mężczyzna znowu jej odpyskował, ale wsunął łom pomiędzy kawałki metalu, aby zniszczyć zabezpieczenie. Nie było szans, że rozepnie kłódkę, ale mógł ją wyrwać spomiędzy łap albo to je wyrwać z framugi bądź drzwi.
Ester już nie odpowiedziała, tylko zaklęła coś pod nosem i odsunęła się trochę. Przy okazji bardziej opatuliła się wypłowiałym, niebieskim swetrem, który miał już kilka dziur tu i tam. Na ogrzewaniu w domu oszczędzali, więc było chłodno, ale woleli pomęczyć się z zimnem, niż nie mieć na alkohol i bingo.
Barney w czasie jej zrzędzenia i grzania się własnymi dłońmi, pocił się i siłował, aby włamać się do pokoju wnuka.
— O żesz ty kurwo jebana w rzyć chujową pierdoloną! — klął, naprzemiennie stękając i jęcząc z wysiłku. W końcu upadł na ziemię, kiedy metal puścił.
Ester rozpromieniła się niczym piętnastoletnia dzierlatka na widok ślicznego młodzieńca. A ujrzała przecież jedynie zabałaganiony pokój swojego wnuka. Przynajmniej tak się wydawało, bo tak naprawdę oczami wyobraźni już dostrzegła kilka skrytek i grube rulony zielonych banknotów.
— Wstawaj, wstawaj i pomóż mi przejrzeć ten pieprzony syf. Zobacz, co on robi z naszym domem w ogóle, psia jego mać — mówiła, to machając na pokój, to jedną ręką sięgając do męża, by pomóc mu wstać z zakurzonej podłogi.
— Byś się jeszcze mogła pomartwić o mnie, kutwo stara — sapnął mężczyzna, wycierając czoło rękawem i podnosząc się z grymasem bólu na twarzy. — Oż cholera, jak se stłukłem biodro. Aby ten wysiłek się opłacił. Nie zadowolę się dwoma dolcami — fuknął bez najmniejszych oporów, a raczej pokonawszy łomem jedyne opory, aby przeszukać nastolatkowi pokój, po czym wszedł do środka.
Oczywiście pokój Chase’a był najmniejszym pomieszczeniem poza łazienką w tym domu. Był więc zagracony, ale w jakiś sposób też zorganizowany. Mimo to chłopak nie dbał o ścielenie łóżka, ale bynajmniej nie było to dla jego dziadków strasznym widokiem. Sami tego nie robili.
Ester zaczęła od przetrząsania właśnie łóżka, spodziewając się, że gdzieś pod materacem chłopak trzyma narkotyki albo pieniądze.
— Sprawdź w biurku — rzuciła przy tym do swojego męża.
Ten szarpnął za uchwyt, ale od razu się skrzywił, kiedy i szuflada okazała się zamknięta. Uśmiechnął się też bardzo szybko i wyłamał ją łomem, który nadal trzymał. W środku poza paczką prezerwatyw znalazł odtwarzacz muzyki, bez obudowy, słuchawki, kilka długopisów oraz pendrive’a. Nigdzie jednak nie było pieniędzy. Ester też nie znalazła nic pod łóżkiem, jeśli nie liczyć pustej paczki chipsów. Zabrała się więc za szafkę nocną, a następnie podeszła do dużej szafy, która również była zamknięta.
— Patrz, jak się drań mały urządził. Wszędzie pieprzone kłódki. Otwieraj — dodała do Barneya, szarpiąc się chwilę z drzwiami, ale bez skutku.
Mężczyzna na moment zostawił biurko, nadal żyjąc nadzieją, że coś tam jest. Z szafą poszło też szybciej niż z drzwiami.
— Trzeba, kurwa, tu wszystko przetrząsnąć. Pewnie gdzieś to tak schował, że nawet złodziej by nic nie znalazł. Ale my gnojkowi nie popuścimy — rzucił do żony, wracając do przeszukiwania szuflad. W jednej jak na razie znalazł kilka monet.
Ester za to po chwili ujrzała w szafie laptopa. Zawahała się przez moment, obejrzała na męża, a potem znowu spojrzała na sprzęt.
— To stary złom, czy coś by z tego było? — burknęła do Barneya, bo sama nie znała się na komputerach. Nawet ich telewizor był wciąż z tych kineskopowych.
Mężczyzna zajrzał do szafy, wciskając do kieszeni scyzoryk. Obejrzał laptopa.
— Stary złom, ale z kilka dolarów by było.
— Dobra, to jak nic nie znajdziesz innego, to bierzemy — zdecydowała kobieta i kucnęła ciężko przy szufladach w szafie, gdzie jej wnuk trzymał bieliznę. Gdy tylko w jej rękach znalazły się slipki z napisem „The biggest orgasm donor”, skrzywiła się brzydko, a jej pomarszczona twarz wydawała się w tym momencie jeszcze starsza niż zwykle.
— Chyba w marzeniach. Zobacz to, Barn. Te dzisiejsze pindziusie to tylko na kasę! Ciekawe, czym on to niby świecić chce przed nimi. Głupi gówniarz — prychnęła, odrzucając bieliznę za plecy.
— Którą tak w ogóle powinien mieć tu schowaną — warknął mężczyzna, coraz energiczniej przeszukując szuflady, półki, cały pokój. W efekcie coraz więcej rzeczy trafiało na podłogę albo zostało przewróconych, a ich znaleziskami był wyłącznie scyzoryk, laptop, kołpaki, stare radio samochodowe oraz jakieś gryzaki dla psa. Słowem, masa niepotrzebnych im rzeczy. Ostatecznie więc oboje ponownie zatrzymali spojrzenie na laptopie, teraz leżącym na pomiętej pościeli. Ester podeszła do niego, przesunęła po gładkiej powierzchni pomarszczoną dłonią i skinęła na męża.
— Bierzemy. Gdzieś tu jakiś komis jest, co?
— Jest. Bierzemy też kołpaki i radio. Gnojek nie ma samochodu, więc pewnie chciał to opylić — skomentował Barney, biorąc wspomniane rzeczy ze sobą i wychodząc z pokoju. Zostawili tam większy bałagan niż był.
Ester nawet się na to nie obejrzała. Tak samo jak nie przejęła się rozwalonymi kłódkami, świadczącymi, że się włamali. Teraz liczyło się dla nich ugranie jak największych pieniędzy za te nikłe zdobycze.

***

Pierwsze co zauważył Chase, kiedy wrócił do domu dziadków, to to, że ich nie ma. W sumie to się ucieszył. Nie lubił interakcji z nimi i czym rzadziej mógł ich widzieć, tym było lepiej. Kiedy jednak zobaczył otwarte drzwi do swojego pokoju, nadzieja na spokojny wieczór prysła jak mydlana bańka. Od razu ciśnienie mu skoczyło i dopadł do wejścia do pokoju.
— Kurwa! — wrzasnął, widząc, że jego pokój został przetrząśnięty od góry do dołu. Po tym, że nigdzie w domu nie było żadnych zniszczeń, szybko zrozumiał, że złodzieje dzielili z nim mieszkanie.
Zaklął znowu i trzasnął dłonią w drzwi. Huknęło, a kłódka zadźwięczała na pozostałości zaczepów. Szafa też była otwarta, tak jak szuflada, a jego rzeczy były porozrzucane dookoła, choć większość znajdowała się na podłodze. Nie było też laptopa ani zdobyczy ze złomowiska, które planował sprzedać.
Zrzucił rzeczy z łóżka i usiadł na nim ciężko. Zakrył twarz dłońmi i powtarzał sobie jak mantrę, żeby nie iść do reszty domu i nie zemścić się.
Wszystko wyglądało tragicznie. Nawet po sobie nie posprzątali, nawet nie próbowali zatrzeć śladów. Zwyczajnie wyrwali to, co było jego. Nawet bielizna była wszędzie porozrzucana, a dziadkowie prawdopodobnie w tej chwili oddawali jego rzeczy za marne pieniądze. Pewnie nawet dobrze ich nie wylicytują.
Chase wstał i pchany złością przeszedł do salonu. Od razu zajrzał do pierwszych szuflad, które zobaczył, sprawdzając, czy on też nie może zabrać czegoś, co nie należało do niego. Poza starymi gazetami i niespłaconymi rachunkami nie znalazł nic. A do tego z każdą sprawdzaną szufladą czuł się coraz gorzej. Coraz bardziej widział siebie jak ich. Zatrzymał się więc w końcu i porzucając nawet myśl stłuczenia telewizora, wrócił do swojego pokoju. Spod łóżka wyciągnął największą torbę, jaką miał i zaczął pakować tam kolejne rzeczy. Ubrania, które były w najlepszym stanie, sprzęt, słuchawki, co tylko miał cenniejszego, bo cennego nie miał już nic. Kiedy wyszedł z domu, było już zupełnie ciemno.
Napisał smsa do Courtneya, czy może wpaść na noc. Ten zgodził się bez żadnego wahania i Chase nawet mógł podejrzewać, że cieszy się z tej wiadomości. Dopytał jednak, dlaczego pisze tak późno, bo przecież mógł go odebrać z pracy, skoro zamierzał wpaść.
„Trochę się zmieniły założenia. Opowiem, jak dotrę. Wpadnę jeszcze gdzieś po drodze.” — Chase odpisał, powoli idąc w stronę przystanku. Zabrał także swój rower, żeby dziadkowie nie wpadli na pomysł, aby i jego spieniężyć, kiedy by go znaleźli i poznali, że to jego.
Nie spieszyło mu się, chciał ochłodzić głowę. Był załamany. Przez pewien czas było nawet dobrze, dostał kilka razy trochę dolarów z zasiłku, jaki przysługiwał mu za ojca, dziadkowie nie robili mu awantur dla rozrywki, ignorowali go, jak było wszystkim wygodnie. A teraz… teraz włamali się do jego pokoju, wyłamali kłódkę, zamki w szafie i biurku i zabrali wszystko, co miał. Już chciał być dorosły i móc się od nich odciąć, a wciąż miał w perspektywie jeszcze ponad pół roku na ich łasce. Może było to krótko w obliczu tych siedemnastu lat, które już z nimi przeżył, ale teraz wydawało mu się cholernie długim okresem.
Pod dom Courtneya dotarł po ponad godzinie. Chociaż uważał, że to i tak mało czasu. Był zdołowany i zmarznięty.
Gdy tylko otworzył drzwi, powitało go podwójne, radosne ujadanie, duże ciepło najpewniej z podkręconego grzejnika i uśmiech Courtneya. Mężczyzna uniósł się z fotela od biurka i ruszył w jego stronę. Ale z każdym krokiem uśmiech malał, aż w końcu na twarzy kuratora widniał uważny wyraz.
— Co się stało…?
— Dużo by opowiadać. — Chase wzruszył ramionami i pochylił się, żeby pogłaskać psy po głowach. Torbę ze swoimi rzeczami nadal miał na ramieniu, chociaż buty i kurtkę zostawił w przedpokoju. — Gdzie mógłbym to rzucić? — dopytał, ruszając ramieniem i mając na myśli to, co przyniósł ze sobą.
— Gdziekolwiek. Może daj, zaniosę do sypialni, a ty usiądź i się ogrzej. Zmarzłeś — odpowiedział Courtney spokojnie, powoli, ale z dużą czujnością. Najwyraźniej dobrze zauważył, że coś było na rzeczy. — Wrócę i mi opowiesz.
Chase skrzywił się. Nie było mu w smak opowiadanie o tym, co się stało. Tylko by się jeszcze znowu zirytował, a i tak nie było co z tą sytuacją zrobić. Jego dziadkowie byli skończonymi skurwysynami i najwyraźniej nic nie mogło tego zmienić.
— Zobaczę — mruknął, podając mężczyźnie torbę. — Wezmę prysznic, okej?
— Jasne. — Courtney zawahał się, trzymając torbę, aż w końcu sięgnął dłonią do jego policzka i pocałował go delikatnie. — To coś bardzo złego? Mogę ci jakoś teraz pomóc?
— Nie, spoko. — Chase uśmiechnął się na siłę. — Umyję się, a jak zrobisz jakieś tosty, będzie super.
Mężczyzna przytaknął i jeszcze chwilę wpatrywał się w oblicze swojego podopiecznego, ale czuł, że teraz powinien ustąpić. Chłopak wyglądał na zmęczonego i czymś zdołowanego, więc powinien najpierw się zrelaksować prysznicem i jedzeniem, a może potem będą większe szanse na to, że powie, co go gryzie. Zostawił go więc w spokoju i poszedł odłożyć torbę do sypialni, a następnie zrobić tosty i kakao.
Chase zadekował się w łazience na tyle długo, że do domu zdążył wrócić kolejny lokator.
— Hej — przywitał się z bratem Marshall, który właśnie mieszał gorące mleko z kakao. — Co tam masz? — spytał, zerkając tęsknie na drzwi kuchenne. Już było za zimno, aby ich używać. — Widziałem buty i kurtkę. Młody jest?
— Mhm, myje się. Chyba coś się stało — odpowiedział Courtney bratu, zerkając na niego krótko. — Chcesz kakao?
— Wolałbym coś bliższego kawy, ale jak robisz, to wypiję. O, albo może masz jeszcze tę czekoladę z rumem? — Marshall zainteresował się, wkładając do lodówki piwa, po które pojechał oraz popcorn do mikrofalówki i nachosy wraz z dipem. Miał być dziś mecz, więc chciał być przygotowany, a Courtney żywił się zbyt zdrowo, aby coś można było użyć z jego kuchni.
— Tak, myślę, że mam — odpowiedział kurator z większym zamyśleniem, w sumie nie skupiając się na rozmowie z bratem. Miał ochotę pójść do łazienki, zobaczyć, czy z jego chłopakiem jest wszystko w porządku, ale musiał pilnować tego przeklętego mleka.
Marshall spojrzał na brata, kiedy już sięgał po miskę, aby przesypać nachosy. Zdążył się nauczyć, że Courtney nie lubił, jak jadł z paczki i kruszył.
— Ej, co jest? Coś taki zadumany?
— Chase wyglądał źle. Coś jest nie tak — odmruknął mężczyzna i w końcu miał poprosić Marshalla, żeby pilnował mleka, ale uznał, że to bardzo zły pomysł. Dlatego zwyczajnie wyłączył gaz, a następnie bez słowa wyjaśnienia poszedł do łazienki.
Marshall popatrzył za bratem jak za jakimś wynaturzeniem. Już miał spytać, jakie to niby problemy może mieć chłopak w wieku Chase’a, ale dobrze, że nie miał okazji, bo po chwili przypomniał sobie problemy swoje i brata, kiedy oni byli tak młodzi.
Courtney zapukał, poczekał profilaktycznie dwie sekundy i wszedł. Zobaczył Chase’a myjącego się, a raczej stojącego pod prysznicem i marnującego wodę. Kiedy usłyszał, że do łazienki ktoś wchodzi, odwrócił się, zakręcił wodę i wyszedł, zabierając ręcznik.
— Już miałem wychodzić.
Mężczyzna zlustrował go dokładnie i to nie dlatego, że jarał go widok nagiego chłopaka, ale by rozpoznać, czy jego nastrój ma coś wspólnego z jakąś bójką. Ciało Chase’a jednak wyglądało dobrze, nie było siniaków, zadrapań i ran.
— Byłeś w pracy? — zapytał, opierając się plecami o umywalkę.
— Tak, trochę nawet dłużej porobiłem z Ashem, bo dziś całkiem spoko pogoda była i dało się coś zrobić — wyjaśnił Chase, wycierając się i w końcu zawiązując ręcznik wokół bioder. — W ogóle, nie widziałem Marshalla. Gdzieś poszedł? Zarywać?
— Wrócił przed chwilą. Pojechał tylko po coś do meczu. Możemy obejrzeć z nim, chyba że wolisz odpocząć w sypialni. — Courtney dał mu wolną rękę, widząc, że chłopak może nie mieć ochoty na żadne interakcje. W sumie z nim samym chyba też nie. Był wyciszony, a to zwykle, jak już zdążył się nauczyć, wróżyło coś niedobrego. Za każdym razem, kiedy Chase zbyt nagle był zbyt grzeczny, znaczyło to ni mniej, ni więcej jak to, że coś było na rzeczy.
— A jaki mecz? — Chase ściągnął brwi, nie mogąc sobie przypomnieć, czy coś znaczącego dziś było.
— Nie wiem, musisz o to pytać Marshalla. To chodź, weź jakiś ciuch ode mnie z sypialni, a ja skończę robić ci jedzenie, w porządku?
Chase najpierw skinął głową, a kiedy mężczyzna już chciał wyjść, chwycił go za rękę, pociągnął do siebie i pocałował.
— Wiem, że się martwisz, ale w końcu bym wyszedł z tej łazienki. — Uśmiechnął się lekko chociaż smutno i znowu go pocałował.
Usłyszał głośniejszy wdech Courtneya, a ten objął go delikatnie w pasie i pogłaskał po plecach.
— Wiem, skarbie, ale chcę wiedzieć, co jest nie tak, żeby przynajmniej rozumieć sytuację.
— Co tu dużo rozumieć? Nie lubię tego, gdzie muszę mieszkać, więc przyszedłem do ciebie.
— Więc co znowu zrobili? — zapytał mężczyzna domyślnie, wiedząc, że chodzi o dziadków.
Chase przewrócił oczami i odetchnął ciężko, aż ramiona mu opadły. Miał nie martwić Courtneya, a chyba wyszło jak zawsze.
— Włamali mi się do pokoju.
Nieprędko zobaczył jakąkolwiek reakcję, bo chyba jego kurator musiał to przyswoić. Powoli jego brwi się ściągnęły, a palce na plecach Chase’a delikatnie zacisnęły.
— Włamali ci się do pokoju? Zabrali coś?
Chłopak odetchnął i trochę się cofnął, po czym oparł się ciężko o pralkę. Wzruszył ramionami.
— Nie było wiele do zabierania. Laptopa, kołpaki, stare radio… Wiesz, rzeczy ze złomowiska, co chciałem sprzedać, aby mieć kilka dodatkowych dolców.
— Kurwa… — wymruczał Courtney, przymknął oczy i wsunął palce we włosy. Zrobił powoli kółko w miejscu i odetchnął głęboko, żeby nie wybuchnąć. Jakkolwiek spokojnie Chase o tym nie mówił, domyślał się, co to dla niego znaczy. — Gdybyś miał rok, dwa mniej, robiłbym teraz wszystko, żeby odebrali im prawa opiekuńcze. Ale zostało ci tylko pół roku…
Chase prychnął. Trochę uspokajało go zdenerwowanie mężczyzny. Nie wiedział, na jakiej zasadzie to działało, ale prawie za każdym razem zdawało egzamin.
— No i co? Trafiłbym do jakiegoś domu opieki czy przytułku dla niepełnoletnich? — zakpił, tego też nie widząc jako dobre wyjście.
— Może. Czy to nie byłoby lepsze niż to, co masz? — zapytał Courtney retorycznie, w końcu znowu na niego patrząc. Gorzko i z wyraźną złością na jego opiekunów. — Albo ja bym cię adoptował i miałbym w domu „syna”, który mnie posuwa — dodał jako niesmaczny żart, po czym znowu głęboko odetchnął. — Cholerni skurwysyni…
Chase także się skrzywił.
— Kiepski pomysł. Dobrze, że nie chcesz go realizować — mruknął i wyciągnął stopę, aby trącić nią mężczyznę w łydkę. — I wrzuć na luz. To chyba ja powinienem się wkurwiać nie ty, nie?
— Więc czemu się nie wkurwiasz? — Courtney rozłożył ramiona pytająco.
— Bo to nie pierwszy raz? I nie znaleźli roweru. — Chase był zły, ale byłby bardziej zły, gdyby musiał teraz tam być i to wszystko sprzątać, bo nie miałby gdzie się podziać.
Mężczyzna nie był w stanie pojąć tej sprawy. A może nie… rozumiał ją, bo często miał styczność z takimi sytuacjami, ale tym razem jeszcze mocniej go to dotykało, bo chodziło o Chase’a. Ten nie po to pracował na złomowisku niemal codziennie, żeby jego dziadkowie kradli mu rzeczy i je sprzedawali. To oni mieli na niego łożyć, a nie odwrotnie.
W końcu oparł się tyłkiem o szafkę obok Chase’a i przetarł twarz dłonią.
— Schowaj rower u mnie na zimę. I tak go nie używasz — mruknął.
Chase przechylił się na bok i lekko pocałował mężczyznę w bok głowy.
— Miałem o to pytać. I jeszcze może z Marshallem pogadam, czy gdzieś tam u niego w piwnicy mógłbym jakieś graty ze złomowiska czasem zostawić. Trochę w sumie chore też, że zaczynam z nim gadać, nie? — Zaśmiał się krótko na rozładowanie atmosfery.
Courtney odpowiedział słabym uśmiechem, spozierając na niego z boku.
— Abstrakcyjne. Ale cieszę się. Obawiałem się, że będzie ci bardziej wadził i nie będziesz mnie przez to odwiedzał.
— Na początku w chuj wadził, ale… Czasami bardziej zachowuje się jak twoja zazdrosna siostra niż skończony chuj — zażartował Chase z figlarnym błyskiem w oku.
— Tak? — Kurator pokręcił głową, trochę z rozbawieniem, ale i tak wciąż czuł się mocno wkurzony tym, czego się dowiedział. Wychylił się jednak, cmoknął Chase’a w policzek i pomasował krótko jego pakunek pod ręcznikiem. — To lepiej wyjdę i poczekam z jedzeniem w salonie, żeby nie myślał sobie, że robimy tu nie wiadomo co.
— Nie tym razem. — Chase uśmiechnął się lekko, ale wciąż bez zadowolenia z życia w oczach. Przytrzymał jeszcze Courtneya i oddał pieszczotę, trochę dłużej i mocniej, a co istotniejsze, w usta. — Idź, zaraz będę.
Mężczyzna jeszcze pogłaskał go czule po policzku, przez chwilę przedłużając kontakt wzrokowy, nim spełnił prośbę i wyszedł z łazienki. Kiedy tylko drzwi się zamknęły, Chase odetchnął i znowu oparł się o pralkę. Musiał jeszcze być chwilę sam.
W salonie Marshall spojrzał na Courtneya wymownie. Czekał na historię. Telewizor był włączony, bo niedługo miał lecieć mecz, psy leżały u jego stóp, a stolik był pełen przekąsek.
— Dziadkowie ukradli mu laptopa i coś tam jeszcze — wyjaśnił kurator krótko, ale potem przeszedł do kuchni, żeby skończyć robić Chase’owi tosty i kakao. — Mam ochotę ich zajebać! — dodał już głośniej, by brat go słyszał.
— Da się załatwić! — odkrzyknął Marshall, a przez odległość i jego ton ciężko od razu byłoby postronnej osobie domyślić się, czy żartuje, czy mówi serio.
— A znasz jakiegoś płatnego zabójcę, na którego mnie stać? — odpowiedział Courtney czarnym humorem, włączając ponownie gaz pod garnkiem z mlekiem.
— Mógłbym popytać. Może ktoś by dał ci rabat za nazwisko. — Marshall zaśmiał i po chwili już nie musiał krzyczeć, bo znowu stał obok brata. — Ale to co? Sprawdzał, opylili go już? Czy robimy im włam na chatę? — dodał na koniec, samemu nie zagłębiając się w to, czemu tak chętnie garnął się do zemsty za chłopaka swojego brata.
Courtney popatrzył na niego surowo, ale odpowiedział normalnie:
— Nie mówił, czy już opylili. Może sam nie wie.
Marshall skinął na brata brodą zaraz po tym, jak spojrzał na drzwi od łazienki.
— No, ale to co? Nic pan kurator nie zrobi?
Swoimi słowami wcale nie pomagał Courtneyowi. Ten oparł się dłońmi o jasny blat po bokach kuchenki i spuścił głowę, patrząc na parujące mleko.
— Kurwa, Marshall, nie wiem. Po naszej matce wiesz, że z takim dziadostwem nic się nie zrobi. Postraszę ich, uspokoją się na chwilę, a zaraz potem znowu coś odwalą. To patologia. Są za starzy, by się zmienić.
— Ja to wiem, ty to wiesz, ale dobrze by było, żeby młody nie był o tym przekonany już w tym wieku. Ani o tym, że nikt z tym nic nie robi. I wiesz, trochę mi wypalasz się w oczach brata. Ty niby jesteś ten mądry — prychnął i wrócił do salonu bez dodatkowego słowa. Mecz miał zaraz się zacząć i jak wykazywał się współczuciem, to nie zamierzał go jednak stracić.
Swojego młodszego brata za to zostawił z nieprzyjemnymi wyrzutami sumienia, jakby to on był winny temu, co się stało. Bo oczywiście, że powinien coś zrobić… ale to nie było takie proste. Teraz mógł jedynie posiedzieć nad paragrafami, znaleźć coś na dziadków chłopaka i wymusić na nich zwrot pieniędzy. Oczywiście, że to było możliwe, tym bardziej, jeśli za te przedmioty Chase zapłacił z własnej wypłaty. Zamierzał więc to zrobić, ale zwyczajnie w tej chwili miał ochotę sprawić im trochę bólu, a nie rozgrywać tego prawnie i legalnie.
Pokręcił głową, skończył przygotowywać gorące kakao i tosty i wrócił ze wszystkim do salonu. Postawił to na stoliku, usiadł obok brata i rzucił do niego gorzko:
— Chciałbym, żeby tym razem był jak ty i nie miał oporów przed przyjęciem kasy na nowy komputer.
— Ale że kto? — zapytał trochę już nieobecny myślani Marshall, bo mecz futbolu właśnie się zaczynał. Obejrzał się też za siebie, kiedy usłyszał, jak Chase wychodzi z łazienki i idzie do sypialni, żeby się przebrać.
— Chase.
Marshall na chwilę oderwał wzrok od ekranu telewizora.
— Chcesz mu dać kasę na nowego laptopa? Już nie masz na co jej wydawać?
Courtney westchnął ciężko i oparł się tyłem głowy o kanapę.
— Na święta mu kupię… Może nie laptopa, ale coś, na czym będzie mógł sprawdzać pocztę, uczyć się i oglądać porno.
— Byle mu tego też nie ukradli — prychnął Marshall i podał bratu miskę z chrupkami.
Ten chętnie się poczęstował, ale nie odpowiedział, bo zobaczył swojego chłopaka wychodzącego z sypialni.
— Chodź, skarbie, zjedz, póki jest ciepłe — rzucił do niego, a do ust wpakował chrupki.
Marshall darował sobie uwagę odnośnie „skarbie”, ale i tak spojrzał na brata jak na starą dewotę. Chase w tym czasie dosiadł się do nich i zabrał talerz z jedzeniem. Przestawił sobie też kubek. Ubrał dresowe spodnie, podkoszulkę i rozpinaną bluzę. Był boso i teraz usadowił się bokiem, żeby lepiej widzieć mecz.
— Komu kibicujesz? — spytał Marshalla, a Courtneyowi mruknął „dzięki” przed pierwszym gryzem.
— „Komu”… — Marshall prychnął, jakby Chase robił sobie jaja. — Saintsom oczywiście. Wpierdolą Falconsom w dupę tak, jak… — urwał, zerkając na nich i prychnął pod nosem. — Dobra, daruję se. A ty?
— Też. Musiałem sprawdzić, czy nie jesteś jakimś heretykiem. — Chase zaśmiał się krótko. Nie miał humoru, ale nie chciał smęcić. To nie było w jego stylu. — A ty? Coney? Kibicujesz w ogóle?
— Zawsze byliśmy za Saintsami, więc i mi to zostało — odpowiedział Courtney, bo odkąd pamiętał, to z Marshallem zawsze kibicowali tej drużynie. I chociaż trenerzy i gracze się zmieniali, to wciąż byli ich faworytami. Kibicował im bardziej z sentymentu niż podziwu dla strategii.
— Byliście kiedyś gdzieś na jakimś wspólnym meczu? — Chase zainteresował się historią braci, jedząc zachłannie tosty.
— Jeśli liczyć oglądanie go w barze i ukradkowe podpijanie drinków zajętych meczem facetów — odpowiedział Courtney z lekkim uśmiechem, przypominając sobie te chwile. Kiedy z bratem i Dustinem odwiedzali znany w okolicy bar i wykorzystywali to, że każdy miał ślepia wbite w telewizor, aby mimochodem wypić alkohol z kieliszków na stolikach.
— Normalnie podwójna korzyść. Gorzej jak jakiś typ miał do tego wąty. — Marshall zaśmiał się, nie patrząc na rozmówców ani na jedzenie, które jadł. Skupiał się całkiem na rozgrywce.
— Trochę jednak lamersko, tak na pasożyta — podchwycił Chase. — Co jeszcze żeście odwalali?
— Hm… Robiliśmy zbiórki „charytatywne”, chodząc po ulicy z trefnymi plakietkami, a potem kupowaliśmy za to papierosy, piwo i słodycze — odpowiedział Courtney, wiedząc, że nie było to właściwe, ale zawsze z dozą humoru wspomina się takie rzeczy po latach.
Zanim Chase odpowiedział, Saintsi zdobyli przyłożenie, rozległ się okrzyk na trybunach, a z plecaka Chase’a, wciąż będącego przy drzwiach salonu, dobiegł ich dźwięk smsa. Lil nawet uniósł uszy na moment, nie kojarząc tego dźwięku.
— No, to była dobra kasa — wtrącił Marshall, kiedy już nacieszył się z przewagi drużyny. — Potem tylko trzeba było jeździć w inne dzielnice, żeby cię nie widzieli drugi raz, jak zbierasz, ani tym bardziej jak wydajesz. I najgorsze było w tym łażenie w lamerskich ciuchach — dodał do nastolatka, który słuchał z zaciekawieniem. To naprawdę był dobry sposób na wyłudzenie pieniędzy.
— Niezłe — przyznał rację braciom i jeszcze nie mogąc oderwać wzroku od telewizora, wstał do telefonu.
Lil pobiegł za nim, aby mu w swój psi sposób pomóc. Skończyło się na tym, że obwąchał jego plecak i zaszczekał na niego, cokolwiek to miało znaczyć. Za to Chase, w tle słysząc rozmowę braci o czasach zarabiania na dobroci ludzi, przeczytał smsa od Roya.
„Stary! Gdzie jesteś, jak tyle się dzieje na fejsie?! Każdy huczy, że młody Newton jest ahahahaha w szpitalu! Ktoś go sprał, czaisz?!”
Chase zamiast się ucieszyć, zaklął szpetnie i przetarł twarz dłonią. Wstał i przeszedł do kanapy, odpisując w międzyczasie, że nie ma aktualnie komputera. Kiedy wysłał, przerwał dość chamsko rozmowę braci i młodszemu pokazał, a raczej wcisnął mu przed nos swój telefon.
— Patrz.
Courtney popatrzył, zrobił trochę większe oczy i… nie zdążył zareagować, bo i jego telefon się rozdzwonił. A że leżał na stoliku, szybko po niego sięgnął i odebrał, gestem każąc Marshallowi wyciszyć telewizor.
— Courtney Corn, słucham?
— Dobry wieczór. Z tej strony Alfred Olson w departamentu policji. Jest pan kuratorem Chase’a Lasha… zgadza się?

8 thoughts on “Newton’s Balls – 61 – Kradzież i pobicie

  1. Katka pisze:

    Tess, aż nie wierzę, że jeszcze niedawno odpisywałam Ci na komentarz pod jakimś 5 czy 6 rozdziałem, a Ty teraz komentujesz 61 XD Mega szybko Ci poszło! I mega zaciesz mam z tego, bo wygląda na to, że Cię wciągnęło :D Fajnie, że uważasz całe opko za „ciepłe”, bo kurcze, niby jest dość depresyjne, takie… nie wiem, pokazuje dość problematyczne życie bohaterów, którzy na pewno różowo nie mają. Ale chyba uczucia tutaj wygrywają i generalnie widać, że nie one tak bardzo wiele dają :) A co do reszty komentarza, to fajnie, że współczujesz Chase’owi, bo w sumie jest czego. Tak jak piszesz, cały czas coś mu się wali pod nogi, mimo że sam się o to nie prosi. Chciałby po prostu mieć spokój. Ale Courtney robi wszystko, żeby mu w tym pomóc. We dwójkę raźniej! Trzymaj za niego kciuki! I dzięki w ogóle za komentarz o całości :) Cieszę się bardzo, że Ci się podoba!

  2. Tess pisze:

    Już myślałam, że Chase się w coś wplątał, wnioskując po tytule, ale jednak okazało się, że to dziadkowie. Odetchnęłam z ulgą, a tu taki koniec ;_; Wiecie co?
    Trochę chujnia, jakby to nasz główny bohater powiedział, bo może się wydać jego związek z Courtneyem, jeśliby np. potrzebował alibi, a nawet jeśli Philip by powiedział, że to nie on, to i tak może mieć kłopot przez to, że sprzedawał mu ten gaz pieprzowy. Jednym słowem – masakra.
    Szkoda trochę, żeby się coś komplikowało, bo wreszcie jakoś ta ich sytuacja zaczęła się stabilizować.
    Strasznie mi ogólnie żal Chase’a, bo ciągle mu życie rzuca kłody pod nogi… A tu ma dziadków pieprzniętych, musi sam na siebie pracować i to jeszcze w dosyć ciężkich warunkach, bo nie oszukujmy się, praca na złomowisku do najprzyjemniejszych nie należy, a tu jeszcze jakaś choroba mu może zagrażać, no i jeszcze ta sytuacja z tego rozdziału… Dobrze, że ma chociaż tę swoją „dziewczynę”, która go szczerze kocha i psy ;) Do tego jeszcze z Marshallem się zaczął dogadywać, więc chociaż na tym polu jest jakiś pozytyw.

    Czekam z utęsknieniem na kolejny rozdział, bo mówiąc szczerze pokochałam to opowiadanie, jest naprawdę cudowne i po prostu takie na swój sposób „ciepłe”.
    Fajnie też, że pojawiają się tu postacie z NBTS I IOI. Jakoś tak zawsze inaczej się czyta nową historię, jak są tu już jacyś „znajomi” z innych opowiadań <3

    Pozdrawiam!

  3. Katka pisze:

    Wadera, takie tam malutkie podniesienie ciśnienia na sam początek XD Co do rodziców Chase’a – tak, są cholernie wkurzający i wzbudzający nienawiść. Nie dziwię się Twoim odczuciom. Ale tak jak widzisz, Marshall zaczyna gadać z Chasem całkiem fajnie, więc tak jakby Chase zdobywa nową rodzinę. Taką, która raczej nie sprzeda jego rzeczy. Może jak Marshall z początku był postacią negatywną, tak jednak jest przydatny, bo Chase nie ma teraz w życiu tylko nowego faceta po swojej stronie (nie licząc kumpli, ale oni o nim nie wiedzą), ale też właśnie kogoś jeszcze. A chyba im więcej takich osób, tym mniej się człowiek czuje wyobcowany. A co Chase robił przez tę godzinę, pozostaje tajemnicą… :D

  4. Wadera pisze:

    Zacznę od tego, że tytuł zmroził mi krew w żyłach. Oczami wyobraźni już widziałam Chase’a za kratkami… a potem zaczęłam czytać.
    Tym razem prawie się zagotowałam ze złości (szoku termicznego przez Was dostanę), miałam ochotę wstać i przywalić tym ludziom. Tego typu zamachy na starannie chronioną prywatność i własność z jakiegoś powodu budzą u mnie naprawdę silne emocje.
    Jedyny pozytywny aspekt w tym rozdziale to fakt, że Chase i Marshal zachowują się już bardzo swobodnie w swojej obecności, a Marshall nawet wydawał się chcieć po swojemu pomóc młodemu. Taka rodzinka się z tej trójki zrobiła. Pokraczna bo pokraczna, ale rodzinka.
    Co do ostatniego fragmentu to nie wiem co napisać. Ścieło mnie. Z jednej strony jestem święcie przekonana że Chase by tego nie zrobił. Nie w tym momencie swojego życia, nie po tym jak chłopakowi w jakiś tam sposób pomagał. Już bardziej uwierzyłabym że sprawcą jest brat wojskowy, albo ojciec. Z drugiej strony, co Chase robił przez tą godzinę?
    A wiecie co jest w tym najgorsze? Musimy czekać 9 dni żeby się dowiedzieć co dalej ;p
    To torturtura, to boli, to jest ZUO!!!!!

  5. Katka pisze:

    Tigram, na samym początku NB nie można było w jednym zdaniu złożyć „Chase” i „mądrze się zachował”. A teraz proszę, nasz chłopak zaczyna dobrze funkcjonować. Więc może Courtney nie jest takim nieodpowiedzialnym kuratorem, na jakiego z pozoru może wychodzić przez takie… kontakty ze swoim podopiecznym ;) Co do rozwiązania pobicia, to się wszystko okaże… Dum, dum, dum.

    Domika, doookładnie, zawsze można zacząć! I bardzo nas cieszy, że zaczęłaś :) Miło widzieć, że ktoś komentuje, serio XD Bez tego zwyczajnie nie chce nam się publikować, bo nie widzimy odzewu i sensu. Dlatego serio nas cieszą takie ludki jak Ty. Już co do rozdziału, to dramy są potrzebne, nawet te chwilowe. Umacniają w jakiś sposób, chociaż na pewno Chase uważa, że już dość tych dram miał w życiu. Oooch i mega fajnie, że coraz bardziej lubisz Marshalla! On właśnie jest taką specyficzną postacią, która została stworzona jako ta negatywna, a jednak z czasem coraz bardziej zdobywa sympatię czytelnika. Na pewno nie wszystkich, bo każdy ma inny gust, ale chyba jest bohaterem z rodzaju tych, których mimo bycia w jakiś sposób problemokreatorami darzy się sympatią.
    Jeszcze raz dzięki za komentarz. Fajnie znać Twoją opinię. Im ich więcej, tym bardziej jesteśmy w stanie zobaczyć, jak to czytelnik patrzy na historię ;) Także pozdrawiamy!

    Kasia, hahaha, zdecydowanie tak, powinnaś być wróżką XD Dobrze wyczułaś ten moment. A scenariusze, jak widać, są różne. Więc wszystko się może wydarzyć w następnym rozdziale. „Dziadkowie Chasea to wstrętne świnie, liczę na to że Courtney znajdzie kilka paragrafów żeby im uprzykrzyć życie.” – dokładnie… Należy im się. Pozdrowiooonka :)

  6. Kasia pisze:

    Zostawiłyście pole na niepewność, no bo w końcu Chase jeszcze miał coś załatwić po drodze do Courtneya, choć po prostu mógł chcieć się uspokoić. Mam nadzieję że Courtney nie zwątpi w swojego chłopaka i nie będzie go podejrzewał. I w ogóle to chyba wróżką powinnam zostać bo ostatnio przepowiadałam jakąś bombę dla nich 🙄
    Dziadkowie Chasea to wstrętne świnie, liczę na to że Courtney znajdzie kilka paragrafów żeby im uprzykrzyć życie.
    Tak było miło i dobrze…ech naprawdę współczuję Chasowi
    Dzięki bardzo 😀

  7. Domika pisze:

    Jestem jednym z tych niewdzięcznych czytelników, którzy czytają a nie komentują. Ale cóż, zawsze można zacząć :)
    Ouu, coś mam przeczucie, że to pobicie wydarzyło się akurat wtedy, gdy Chase był w drodze do kuratorka… I z alibi wcale nie będzie tak łatwo. Chociaż pewnie młody Newton wskaże w końcu kto za tym stal. Ale pewnie i tak chwilowa drama będzie xD
    A co do reszty rozdziału (nie ma to jak zaczynać od końca ^^) to do tych dziadków mam podobne uczucia jak Coney „A znasz jakiegoś płatnego zabójcę, na którego mnie stać?” Haha xD i fajnie też, że Marshall co raz bardziej przekonuje się do Chase’a. Jak na początku mnie irytował to teraz go nawet lubię ;)
    Ahh myślałam, że tego rozdziału wyczekiwałam, ale wygląda na to, że kolejnego będę jeszcze bardziej xD
    Pozdrawiam :)

  8. TigramIngrow pisze:

    Bałam się po tytule, że Chase się w jakąś kabałę wkopał, ale na szczęście nie. Bardzo mądrze się zachował. Mam nadzieję, że będzie mógł u Courta zostać na dłużej. A co do pobicia tego młodego… No jakoś jestem spokojna, bo przecież Chase ma alibi i Courtney powinien stanąć za nim murem i z wszystkiego go wybronić. Ale tak teraz dumam, że pewnie sprawa dotyczy gazu pieprzowego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s