Across The Cursed Lands III – 39 – Rozdzieleni

Było już całkiem ciemno, kiedy się zatrzymali. Wszyscy uznali, że dobrze będzie pokonać jeszcze trochę trasy po zmroku i liczyć na to, że ewentualne ślady zostaną przez noc zakryte śniegiem. Zboczyli z wydeptanej drogi i ostatnią część trasy przejechali już po nierównościach, znacznie wolniejszym tempem. Nie mogli ryzykować, że ktoś ich wytropi.
Obóz przygotowywali już w gęstym lesie. Dzięki temu znaleźli drewno na opał i w zupełnej ciszy zajmowali się tym, co trzeba było zrobić. William pomagał Nicholasowi w postawieniu namiotu, zaś Maverick starał się wspomóc Jeffersona w szybkim przygotowaniu ogniska. Ale trudno zbierało mu się drewno, kiedy ściskał swoje postrzelone ramię i co chwilę cicho stękał. Po drodze ścisnął ranę chustą, ale ta już dawno przesiąkła krwią.
Każdy spieszył się, żeby jak najszybciej móc usiąść i doprowadzić się do porządku. William w tej chwili był im wszystkim niezbędny i żaden z nich nie uważał, że to niesprawiedliwe, że jako jedyny nie wymaga opieki medycznej. Każdy chciał ją otrzymać.
— Dobrze, że jest zimno. Trup się nam nie zepsuje — mruknął cicho lekarz, jakby bardziej do siebie niż pozostałych.
Ścisnął z całych sił sznur, którym przywiązał płachtę namiotu do kołka. Materiał się naciągnął, więc szybko zabrał się za rozkładanie koców na ziemi wokół przygotowywanego ogniska. Wielkim błogosławieństwem był dla nich ten wóz. Domyślili się, że Show transportował na nim do zajazdu starego Horsta.
— Tyle chyba wystarczy. Odpal, ja zbiorę jeszcze trochę do dokładania — powiedział Maverick do Jeffersona, gdy ten rzucił na miejsce ogniska kolejną porcję drewna.
— Zostaw już, poradzę sobie. — Ranger zatrzymał go. Maverick udawał silnego, ale widział, że jest blady i zmęczony. Nikt, jak do tej pory, nie powiedział słowa o tym, co widzieli. O tym, jak zamaskowany człowiek zabił Flapa i o tym, że Show nie wyjechał z posiadłości razem z nimi.
Maverick popatrzył na niego krótko, z wahaniem, ale skapitulował. Usiadł ciężko na jednym z grubych, ułożonych na ziemi koców. Dobrze zrobili, że zabrali ich z rancza wiele i że nie porzucili bagaży w trakcie ucieczki. Może latem zrobiliby to bez wahania, wiedząc, że te ich spowalniają. Ale za dwa dni miał nadejść grudzień i nie przetrwaliby tu nocy bez ocieplenia.
— Obmyjcie wszystkie swoje rany wodą, zanim się wami zajmę — powiedział William do Nicholasa i Jeffersona, kładąc na ziemi trzy bukłaki.
Z ostatnim sam usiadł obok Mavericka, widząc, że ten wymaga najszybszej opieki. Potrzebował do tego światła, ale nad tym Jefferson już pracował, więc sam bez słowa zaczął rozpinać koszulę Mavericka.
Nicholas odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Jefferson za to rozpalał ognisko. Chciał, żeby było duże, chociaż obawiał się, że wróg ich przez to zobaczy. Miał nadzieję, że gęste drzewa zasłonią dostatecznie łunę światła.
Nicholas w tym czasie skończył przygotowywać ich namiot i teraz lekko kulejąc, o dziwo na prawą nogę, poszedł jeszcze zająć się końmi. W ostateczności musieli zostawić wóz, jeśli zaatakowano by ich w nocy.
Kilka minut później obóz został rozświetlony ogniem. William więcej widział, więc po przemyciu rany Mavericka poszedł po całą swoją apteczkę i narzędzia. Wiedział, że wiele rzeczy dzisiaj użyje, bo jasne było, że Nicholas też potrzebuje opieki, a Jefferson miał nadpalone spodnie, co oznaczało, że mógł być poparzony. Na razie jednak skupił się na ranie Mavericka. Kula przeszła na wylot, dlatego nie musiał jej wyciągać.
— Gdzieś jeszcze dostałeś? — zapytał, po przemyciu rany zabierając się za zszywanie. Miał już obie ręce we krwi, ale widział, co robi.
— Nie — odmruknął Maverick, obserwując, jak lekarz nawleka na igłę nici. Zaciskał przy tym dłoń na zdjętej koszuli.
Nie dyskutował. Nicholas także. Nawet jeśli Mavericka poboli teraz bardziej, to wiedział, że opieka lekarza zawsze była dobrze widziana. Nie raz doświadczyli, jak Show się nimi zajmował i może wiedzieli, co powinni robić, ale żaden z nich nie umiałby zszyć jak lekarz.
— Wy widzieliście w ogóle Showa? — spytał, kiedy jego myśli zogniskowały się na ich dawnym doktorze.
— Tak. Był w piwnicy. Ktoś go zastrzelił — odpowiedział William nie do końca obecnym głosem. Był skupiony na zszywaniu.
Nicholas zaklął pod nosem i usiadł po przeciwnej stronie ogniska. Obok siebie miał rozłożony namiot. Znów mieli wspólnie pod nim nocować. Gdyby wozu nie zajmował nieboszczyk, pewnie to na nim by się ulokowali, chociaż wtedy byliby dalej od ognia.
Jefferson kucał kawałek dalej od ognia i przeglądał zapasy, żeby przygotować coś do jedzenia. Nie byli zbyt rozmowni, jednak spytał:
— Co się właściwie na koniec wydarzyło?
— Myślę, że doktor Show mógł coś zdetonować, a może była to jedna z jego pułapek, które chroniły zajazd — powiedział William, starając się być delikatnym, choć czuł, że Maverick drżał, gdy wbijał igłę w ciało.
— Było to dość podobne do tego, co kiedyś robiła Ad, ale nie wiem czemu miałoby akurat w tym momencie zadziałać. — Nicholas dodał swoje trzy grosze, samemu się nad tym zastanawiając. Nie wiedział tak naprawdę, czy uratowało im to skórę, czy o mało przez to nie zginęli. Biorąc pod uwagę fakt, że chyba ich przeciwnicy faktycznie mieli posiłki, to cudem uniknęli śmierci.
Znów wszyscy zamilkli. Nie rozumieli nic z tego, co się stało. Słowa Jess… „Show wie” obijały się o ścianki umysłów Mavericka i Nicholasa. A kiedy William już zawijał bandażem ramię Zwierzaka, w końcu odważył się zapytać:
— Skąd oni wiedzieli, że tam będziemy?
Nicholas najpierw wzruszył ramionami. Obawiał się od razu mówić o tym, co powiedziała im jego siostra.
— Może list został przechwycony… — mruknął, patrząc na ognisko, obok którego zaraz znalazł się Jefferson.
Właśnie przystawiał do ognia puszki z otwartym jedzeniem. Sam Nicholas jakoś nie miał siły się tym zająć. Do tego nadal prawa noga go bolała i wolał nie sprawdzać, co było powodem, obawiając się, że ujrzy tam kawałek drewna.
W tym czasie William zacisnął bandaż i poszukał w bagażach czystego ubrania dla Zwierzaka. Jego poprzednie nadawało się już tylko do spalenia.
— Załóż to — powiedział, gdy znalazł koszulę.
Maverick skinieniem głowy podziękował mu i ubrał się. Na koszulę założył swój gruby płaszcz i wychylił dłonie do ognia, by się ogrzać.
— Myślicie, że Jess to rozszyfrowała? — William wrócił do tematu, kiedy przeniósł się do Nicholasa i kucnął przy jego nodze. Nie skomentował tego, że prosił o przemycie ran. — Gdzie cię boli?
— Ciężko powiedzieć, ale poza całym lewym bokiem głównie ta noga, przy udzie. Mam się rozebrać? — spytał, wiedząc, że jest mocno rozbity, ale sam jeszcze nie zdawał sobie sprawy jak bardzo. — A Jess… nie wiem. Nie wiem, czy chcę o tym teraz myśleć — dodał.
Kiedy Maverick grzał się przy ognisku, Jefferson w końcu spojrzał na wodę w bukłakach. Nie chciał w sumie tego samemu robić, ale chyba nie tylko on, bo pozostała dwójka także była jakby nieobecna. Do tego nie był pewien, czy nie woli zostawić poparzenia takim, jakim jest. Tylko materiał spodni go drażnił, więc w końcu uznał, że dosiądzie się do Mavericka i zajmie się sobą do czasu, aż jego własny lekarz nie znajdzie chwili też dla niego.
— Nie musimy o tym teraz rozmawiać — powiedział William w miarę łagodnie. Wyciągnął swój mały skalpel. — I nie zdejmuj spodni. Jest za zimno. Przetnę je, a rano się przebierzesz — dodał i zabrał się za rozcinanie materiału.
Robił to ostrożnie, bo nie wiedział, czego spodziewać się pod spodem. Widział, że materiał jest rozdarty w kilku miejscach. A jak się okazało, samo ciało było ubrudzone krwią. Wszystko przez to, że wbiło się w nie drewno. I to nie w jednym miejscu na nodze, a w kilku, jakby Nicholas spadł na jakąś wcześniej połamaną nogę od krzesła.
— Może zaboleć — uprzedził i zaczął ostrożnie wyciągać wióry.
Najgorsze było w tym to, że wiedział, że będzie to wymagało obserwacji, bo przy tak słabym świetle mógł wszystkiego nie zobaczyć i rana mogła się paskudzić.
— Mhm, nie przejmuj się tym. — Nicholas uspokoił lekarza, starając się odchylić nogę tak, żeby było mu w miarę wygodnie.
Jefferson w tym czasie próbował odkleić materiał od ciała za pomocą wody.
— A niewiele zmieniając temat… Macie pomysły co teraz?
William nie spojrzał na nich, bo skupiał się na wyjmowaniu drewna z nogi Nicholasa, ale słuchał uważnie. Wolał myśleć o tym, co ich czeka, niż wspominać to, co działo się w zajeździe. Strzelaninę, uczucie lufy na skroni… a potem ten przeklęty ogień. Płonący dom. Ściany i sufit walące się zewsząd i sprawiające, że nie wiadomo, dokąd uciekać.
— On jest w Waszyngtonie — odezwał się wreszcie milczący dotąd Maverick. Ale nie powiedział nic więcej. Był bardzo nieobecny.
— Czyli ruszamy do Waszyngtonu? A co z tym ciałem? Wiecie, jeśli Show miał rację i ten… ten nieboszczyk… — Jefferson nawet nie wiedział, jak go nazwać. — Jeśli jest kluczem, jak to rozwiązać, to co? Jak do tej pory nasza czwórka miała problem, żeby się go pozbyć. A jeśli jest ich więcej, to będzie nasza ostatnia podróż.
— Jeżeli jest ich więcej, nie może ich trzymać pod nosem Granta — powiedział Nicholas, nie zważając na rwący ból w nodze. Nawet tam nie patrzył. — Ale możemy dowiedzieć się, kim ten psychol jest i co planuje. Może jest tam też Smith, skoro wiemy, że kierował się na Waszyngton.
William wreszcie uniósł spojrzenie i wrzucił wióry do ogniska.
— Ja mogę pojechać spróbować zbadać to ciało we Frankfort — oznajmił. Musiał jechać do Frankfort. Nie miał wyboru i nie chodziło bynajmniej o to, co mieli na wozie. Musiał tam jechać dla Jeffersona. — Eddie ma dłoń tamtej kobiety. Może już się czegoś z niej dowiedział.
— Nie możesz jechać sam. Jeff musi jechać z tobą. Nie wiemy, czy dalej nie będą nas śledzić. — Nicholas westchnął i w końcu się skrzywił. Pierwszy raz i to dopiero w momencie, kiedy William polał rany i palcami obmacywał je, sprawdzając, czy jeszcze nie czuje jakiegoś ostrego kawałka. — Uch… I może warto byłoby zabrać stamtąd Eddiego. Każda para rąk może się przydać — mówił, myśląc na głos nad planem. Był zmęczony jak każdy z nich. Jego bok bolał potwornie, odkąd spadł na niego z piętra.
— Więc spotkamy się w Waszyngtonie? — zapytał William, już biorąc się za opatrywanie rany i zawijanie jej bandażem. — Wyślecie nam list, jeśli zmienicie plany?
— Żadnych listów więcej — wtrącił Maverick. — Po prostu przyjedźcie do Waszyngtonu.
Nicholas spojrzał na niego i poczuł większe ukłucie bólu, kiedy teraz na niego patrzył, niż kiedy ginął powód jego załamania.
— Może jeśli udamy się w stronę Frankfort, to przez Gavina uda nam się skontaktować z Ad — zasugerował Jefferson, mając nadzieję na kolejną pomocną osobę.
Po powiedzeniu tego na głos, nie usłyszał żadnych słów poparcia. Tylko Nicholas po chwili pokiwał głową. Chyba nie chciał po prostu tracić więcej znanych mu osób, ale nie widział wyboru.
Jego noga została zabandażowana. Mimo że musieli wiele zaplanować, wcale wiele o tym teraz nie rozmawiali. William przeniósł się do kolejnej rannej osoby — swojego partnera. Widząc, że Jefferson jest poparzony, wyciągnął ze swojej apteczki puszkę z maścią, z którą się nie rozstawał, mimo że dotąd jej nie użył. Ale od pożaru w Chicago wolał mieć ze sobą coś na poparzenia. Jak widać, opłaciło się.
Kiedy delikatnie smarował ciało Rangera, Maverick bez słowa uniósł się ze swojego miejsca i obszedł ich duże, dające sporo ciepła ognisko. Usiadł po zdrowej stronie ciała swojego ukochanego i… przytulił się do jego boku.
Nicholas spojrzał na niego i od razu go objął. Okręcił głowę i pocałował go w zakurzone i brudne włosy. Pogładził go też po boku.
— Myślę, czy nie powinniśmy czuwać w nocy na zmianę — zasugerował, chcąc już na pewno położyć spać Mavericka. Stracił dużo krwi i był w fatalnym stanie psychicznym.
— Jestem za. Mogę czuwać pierwszy. — Jefferson zgłosił się na ochotnika. Był jeszcze nakręcony i nie czuł się senny. — Tylko nim pójdziecie spać, Nick, wyjąłbyś puszki? Zjedzmy coś.
Generał przytaknął. Na chwilę musiał puścić partnera. William i Jefferson nie mogli się ruszać przez opatrywanie kolejnej rany. Maverick za to poszukał spojrzeniem łyżek, które wyciągnął wcześniej Ranger, a dostrzegłszy je, rzucił dwie w stronę młodszej pary, zaś dwie zostawił dla siebie i kochanka.
— Ja będę czuwał drugi. Jeff, obudź mnie po kilku godzinach — powiedział William, okrężnymi ruchami wcierając maść. — Mogę za dnia spać w wozie, gdy ruszymy do Frankfort.
Uważał to za najlepszy plan. Nicholas i Maverick powinni być wypoczęci, skoro mieli jechać konno. Jefferson też musiał się trochę przespać, a potem mógł powozić, gdy on jako ostatni odeśpi za dnia.
— To dobry plan — zgodził się Nicholas, powoli zaczynając jeść. Sam nawet nie pomyślał o tym wcześniej, ale było to rozsądne. Był chyba zbyt zmęczony tym dniem i zbyt stary. I kiedy tylko pomyślał o tym ostatnim, pocałował Mavericka w policzek. Żaden z nich nie był za stary. Musieli tylko wziąć się w garść po spotkaniu z Jess i śmierci Flapa. Ale gdy zobaczył, jak jego partner uniósł na niego spojrzenie swoich piwnych oczu, teraz tak… wygaszone, wiedział, że dziś już nie potrzebują o niczym rozmawiać. Niczego planować. Muszą po prostu odpocząć.
Może było to tylko wrażeniem, ale gdy rozejrzeli się po otaczającym ich lesie, wydawało im się, że jest aż nienaturalnie ciemno. Niewiele dostrzegli poza najbliższą, oświetlaną ogniskiem okolicą. Czuli się jak wyobcowani, ale na ten moment też na swój sposób bezpieczni. Bo kiedy byli w zajeździe, ostrzeliwani i otoczeni… każdy z nich przez moment zwątpił, czy ujdą z tego żywo. A jednak dalej byli tu we czwórkę.
Ranni i uszkodzeni w różny sposób, ale żyli. I to była ta mała iskierka radości po tym, co ich dzisiaj spotkało. Każdy chciał, żeby ten dzień się skończył. Wszyscy zjedli, Nicholas zapewnił, że jeśli ktokolwiek będzie zmęczony, czy William, czy Jefferson, ma budzić następną osobę, a nie forsować się, ponieważ nie było to rozsądne. Musieli być cały czas czujni. Musieli dożyć jutra, aby ruszyć dalej w drogę z dopracowanymi na świeżo z rana planami.

***

William patrzył, jak ognisko powoli się dopala, a ocieplane pierwszymi promieniami słońca powietrze nagrzewa się i unosi niewielką mgłę. Ta gęstniała między drzewami i znikała przy zaroślach, jakby te ją pochłaniały. Atmosfera była dziwna, po plecach ciągnęło chłodem, ale nie myślał o okolicy, a o tym, co wydarzyło się w spalonym zajeździe. O wybuchach, o śmierci Showa, o ludziach, którzy ich zaatakowali i z których jeden leżał martwy na wozie. Mierzyli się z czymś, z czym nastoletni William nigdy nie przypuszczał, że będzie musiał się zmierzyć. Nawet po pożarze w Chicago nie sądził, że jeszcze kiedyś spotka go coś podobnego. A znowu przeżył pożar budynku, znowu udało mu się uniknąć śmierci. Jednak po tym nie mógł odetchnąć.
Ponownie spojrzał na ognisko i ostatnie języki ognia smagające wypalone drewno. Irracjonalny ból oka nie pozwalał mu dziś dobrze spać, więc nie budził ani Mavericka, ani Nicholasa. On mógł odespać na wozie, kiedy będą się kierowali do Frankfort, ale nawet nie rozsądek, a strach przed wspomnieniami nie pozwolił mu spokojnie zasnąć.
Czekał, aż słońce wyjdzie w całości zza horyzontu, żeby zbudzić towarzyszy. Wiedział, że nie mogą sobie pozwolić na pełen wypoczynek. Hibiki, Jess i ci, którzy przeżyli, mogli ich szukać. Musieli jak najszybciej opuścić te tereny. Nicholas i Maverick powinni być bezpieczni pod okiem prezydenta, a on i Jeff… też mieli swoją misję, nie mniej ważną.
Myślał o tym wszystkim, mając wrażenie, że z każdą kolejną sekundą oczodół, w którym już nie miał oka, coraz bardziej mu pulsuje. Najpierw jak mała zadra, później jak bolący ząb. Na końcu wydawał się go palić.
Starał się ignorować to uczucie. Na jego skroniach pojawiły się kropelki potu, ale uniósł się i trzymając się za opaskę, podszedł do namiotu. Rozchylił jego poły i ujrzał trójkę śpiących mężczyzn. Maverick przytulał się do boku Nicholasa. Jefferson chyba w nocy też szukał ciepła, bo leżał blisko pleców Zwierzaka.
— Wybaczcie, ale już jest ranek — powiedział William zachrypniętym głosem. Mocniej przycisnął dłoń do opaski. Bolało coraz bardziej. — Mu… musimy ruszać.
Pierwszy obudził się Nicholas. Otworzył zaspane oczy i stęknął nisko. Chyba także nie spał dobrze. Ale spał, co dawało nadzieję na to, że w dzień nie zasłabnie, a zmęczenie nie spowolni jego i Mavericka.
— Już… już — rzucił i potrząsnął lekko kochankiem, żeby ten też wstał.
Powoli wszyscy się unosili, bo nie było co zwlekać. Nie było to przecież nawet ciepłe łóżko.
W tym czasie William zebrał wszystkie koce. Część schował do juków Nicholasa i Mavericka, a część rzucił na wóz. Chciał jeszcze zawrócić i pomóc z namiotem, ale oko, a raczej miejsce po nim, zabolało go jak palone żywym ogniem. Jak rana po utracie gałki ocznej, która jeszcze nie jest zagojona.
Stęknął i oparł się czołem o wóz, przyciskając dłoń do tego miejsca.
— Will… W porządku? — odezwał się Maverick z drugiego końca obozu, właśnie ubierający wysokie buty.
Nim lekarz odpowiedział, podszedł do niego Jefferson. Położył mu dłoń na ramieniu, zakrywając go sobą przed resztą.
— Will? Co jest? — spytał, łapiąc go za nadgarstek ręki, którą przyciskał do twarzy.
— Boli mnie… oko… — wychrypiał z jękiem lekarz, nie zważając, że mówi o czymś, czego już nie ma. Nie było szans, żeby go tam bolało. Nie został tam ranny. Racjonalnie to wiedział, a jednak paliło go tak, że drugie, zdrowe oko zaczęło być coraz bardziej mokre od łez.
Jefferson wszystko to widział i dla niego brzmiało to bardzo niepokojąco. Nie przejmując się Maverickiem i Nicholasem, wręcz ich ignorując, odsunął na siłę dłoń lekarza od oka. Nadal zasłaniając go sobą, odchylił mu opaskę z oka, żeby upewnić się, czy faktycznie jest tak, jak myśli. Blizna, którą ujrzał, była taka sama jak ostatnio, kiedy ją widział. Sucha, dobrze zagojona, ale najwyraźniej sprawiała lekarzowi ból.
Pocałował go w policzek i kciukiem otarł mu drugie oko. William zacisnął mocno wargi i spróbował zapanować nad bólem, ale nie potrafił skupić się na niczym innym niż to, co właśnie czuł. Znów jęknął i schował twarz w szyi partnera. Oddychał nisko, drżąc, ale to, że Jefferson był blisko, powoli wydawało się mu pomagać.
— To przez ten pożar — spróbował się usprawiedliwić, oddychając płytko.
Ranger potarł jego plecy. Rozumiał go, ale nie wiedział, jak może pomóc. Objął go i znowu pocałował, pozwalając przy tym, żeby chłodne powietrze dotarło do blizny i twarzy lekarza. Żeby poczuł, że nic mu nie jest.
— Jest dobrze. Nigdzie nie ma już żadnego ognia.
William tylko pokiwał głową, powoli się uspokajając. Przerażało go, że samo myślenie o tym, co przeżył, będzie tak się na nim odbijało. Miał wrażenie, że to wszystko, co działo się wokół nich, zaczęło go przerastać. Zgłosił się do tej misji z medycznej ciekawości, a wszystko teraz sprowadzało się do walki o życie. Zarówno własne, jak i ukochanej mu osoby.
— Już dobrze — szepnął i trochę się odsunął. Przetarł policzek. — Już możemy się zbierać.
Obserwujący ich z oddali Maverick, zajmujący się przypinaniem bagaży do Nacomy, tylko na nich popatrzył. Wiedział, co się działo. Widział to już, kiedy Nicholas miewał bóle w utraconych kończynach. Jakby te wciąż były przy jego ciele, zmiażdżone i poszarpane zębiskami płazera. To musiało dziać się w głowie, a jedynym rozwiązaniem był czas i spokój. Na szczęście widział, że lekarz rzeczywiście do siebie dochodzi, więc nie ociągał się. Nie chciał, żeby byli tu dłużej, niż muszą.
Prawie uśmiechnął się do swoich myśli, kiedy zobaczył, jak Nicholas łapie się za metalową protezę dłonią bez rękawiczki, jakby właśnie upewniał się, że żyje w tej, a nie innej rzeczywistości. Każdy wiele za sobą zostawił, ale teraz musieli brnąć przed siebie, żeby nie zostawić czegoś więcej.
— Czyli widzimy się w Waszyngtonie? — spytał Jefferson, nadal trzymając Williama, gdy ten ponownie poprawiał opaskę na oko. Jak widział, że Rangerowi nie przeszkadza widok jego blizny, tak nie chciał jej pokazywać nikomu innemu. I chyba rozumiał teraz jakoś lepiej irytację Nicholasa, kiedy musiał pokazywać mu swoje makabryczne pamiątki.
— Tak — odpowiedział Maverick, upewniając się, czy siodło i bagaże są stabilnie przypięte do jego kasztanki. — Nie wychylajcie się. Spróbujcie się jak najwięcej dowiedzieć. Dowiedzcie się od Gavina, gdzie jest Adela, zabierzcie Eddiego i zobaczymy się w stolicy. My może dowiemy się, kim jest ten przeklęty polityk.
— Postaramy się pospieszyć. Najważniejsze, żeby wiedzieć, jak walczyć z tymi potworami — dodał William zmęczonym, choć nieco spokojniejszym głosem. Powoli dochodził do siebie i starał się już myśleć o drodze.
— Żeby już nie pisać listów… — wtrącił Nicholas. — Jeśli nie będziecie mogli nas znaleźć, zostawimy wam wskazówkę w Bibliotece Kongresu. Powiedzmy, że w książce Dickensa — zdecydował na szybko, uznając, że tak będzie najłatwiej i najbezpieczniej. Choć wiedział, że jeśli kompani przyjadą z Adelą, to ona bez problemu ich znajdzie. — Będziemy próbować się skontaktować i zostać w pobliżu prezydenta, ale nie wiemy, co nas tam czeka. Will, nadal masz wisiorek?
Ten odruchowo dotknął swojej piersi. Nie zdejmował medaliku z pentagramem Boosy. Był dla niego skarbem.
— Tak, cały czas.
— W razie czego także próbujcie dotrzeć do prezydenta. Będzie to jakiś dowód, że jesteście od nas. Tylko ostrożnie. Nie wiemy, komu ufać, jak mówił Show — poradził mu generał na wszelki wypadek. Może się powtarzał, ale nie chciał niedopowiedzeń.
Jefferson i William przytaknęli z powagą. Pamiętali, jak Horst mówił, że nawet szeryf w Waszyngtonie jest skorumpowany. Uznali, że najlepiej, jeśli wjadą tam incognito, nie mówiąc, z kim chcą się spotkać, ani że jeden z nich jest Texas Rangerem.
Zanim Nicholas i Maverick wsiedli na swoje konie, William szybko przełożył do osobnej sakwy kilka czystych bandaży, środek, którym przemywał rany i kilka innych przydatnych medykamentów. Zbliżył się do Nicholasa i wcisnął sakwę do juków jego konia.
— Kiedy będziecie się zatrzymywać, zmieniaj opatrunki. Swoją ranę utrzymuj w czystości, a na tę Mavericka musisz często zerkać. Nie powinno się wdać zakażenie, ale lepiej mieć to na oku.
— Dzięki. — Nicholas uśmiechnął się do niego połową twarzy. — Postaramy się nie spartaczyć twojej pracy i nie zdechnąć na zakażenie. — Zaśmiał się, chociaż nie było mu do śmiechu. Znał kiedyś ludzi, którzy tak umarli. — Wy też na siebie uważajcie — dodał i na chwilę zamilkł, patrząc, czy Jefferson czymś się zajmuje. William też na niego spojrzał. Ten akurat stał przy Oficerze i sprawdzał jego siodło. Pigment zaraz miał znów być dopięty do wozu. — Uważaj na niego — powiedział generał, pokazując, że ślepy nie jest.
Przez twarz lekarza przebiegł cień, ale ten nie zdradził się niczym innym. Jedynie przytaknął.
— Będę — zapewnił. Nie zamierzał poddać się do ostatniej chwili.
Musieli rozstać się już tutaj. Jefferson i William mieli udać się na zachód, w stronę Kentucky, zaś Nicholas i Maverick na wschodnie wybrzeże. Zamierzali zjeść już w drodze i nie opóźniać.
Starsza para była gotowa szybciej. Maverick czuł olbrzymią pustkę zarówno przez utratę przyjaciela, który wraz z nimi walczył o sprawiedliwość w kraju, jak i Flapa, który towarzyszył mu w życiu od kilku lat.
— W drogę, Nick. Do zobaczenia w Waszyngtonie — dodał do pozostałej dwójki. — Jak najprędzej uzupełnijcie amunicję.
On sam nie miał już strzelby, więc musiał jakąś nabyć. Zostali tylko z rewolwerem Nicka i jego Gatlingiem. Bez amunicji. William też stracił swojego Colta, więc teraz dzielili się tylko rewolwerami i strzelbą Jeffersona.
— Wy też. — Ranger odmachnął im i po chwili obaj z lekarzem patrzyli, jak ich starsi towarzysze odjeżdżają konno w stronę stolicy kraju. A kiedy w ich uszach aż zadzwoniła cisza i świadomość, że są sami, Jefferson odwrócił się do Williama. — Znowu na wozie — spróbował zażartować.
Podszedł do Pigmenta, żeby sprawdzić, czy ten jest gotowy do drogi. Wyglądał, jakby wciąż spał, ale to było dla niego naturalnym stanem. Ranger więc uznał, że mogą jechać. Do Frankfort mieli bliżej niż ich kompani do stolicy.
— Aż się odzwyczaiłem — powiedział William, siadając na ławeczce z przodu wozu, żeby móc powozić. — Gdy wyjedziemy z lasu, spróbuję się trochę przespać.
— Możesz w ogóle już się położyć. Poprowadzę — zasugerował Jefferson, jeszcze nie zdążywszy wsiąść na Oficera. Zaraz też spojrzał na wóz i leżące tam zwłoki. — I powinniśmy go czymś przykryć, żeby nie zwracać na siebie uwagi.
William obejrzał się i przytaknął. Przeszedł na tył wozu i przykrył zwłoki jednym z koców. Temperatury były niskie, więc powinien pozostać w takim stanie do czasu przyjazdu do Frankfort. Tym bardziej, że po zimnej nocy wydawał się nieźle skostniały. A lekarz nie miał problemów, żeby położyć się obok i podłożyć pod głowę miękkie bagaże.
— Zbudź mnie, gdyby coś się działo — poprosił.
Jefferson przytaknął. Zarzucił lejce tak, żeby nie przeszkadzały Oficerowi i sam zasiadł na koźle wozu. Po chwili już jechali w stronę Frankfort. Zapowiadał się tydzień w drodze, ale Ranger wolał jeszcze poczekać z poważnymi rozmowami, aż nie zatrzymają się na postój bliżej wieczora.

6 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 39 – Rozdzieleni

  1. kamaija pisze:

    Oni są tak skrzywdzeni przez los, że jak zaraz nie przeczytam więcej o tulaniu i miłości, to się do was przejdę i będę musiała sobie popłakać.

  2. Shivunia pisze:

    Kasia >> Ochłonięcie po tym co się do diabła tam wydarzyło. Taki drugi oddech i zrozumienia że to naprawdę się wydarzyło. Dość dobijający rozdział w sumie. W tym wszystkim faktycznie Will się wykazał. A oni wszyscy na pewno najchętniej na jeden dzień byli by sami ze sobą. To tak w ogóle apropos ich obecnego stanu. I rozdzielenia się na dwie grupy. A pozytywy muszą znaleźć, ale nie wiem jak z tym teraz będzie :/
    Na zdrowie :*

    Wadera >> „Moja wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach” – mmmm miód na moje uszy. Tego chciałyśmy, abyście myśleli, kombinowali. Aby trochę to nie był tylko western z elementami fantastyki ale też aby wkradł się tu dramat i sensacja. Ba! Może też horror i kryminał? Było by fajnie.
    Chłopakom też współczuje. Ładnie podsumowałaś to w jakim wszyscy są stanie. Jest z czego się zbierać. Tylko własnie pytanie czy będą mieli na to chwilę aby złapać drugi oddech w tym morderczym maratonie.
    Co do Eddiego nic nie zdradzam, bo wszystko się niedługo okaże. Mogę tylko przypomnieć, że on ma dość… hm zlewcze podejście do wszystkiego i nie komplikuje sobie szczególnie.
    Dziękujemy za ciepłe słowa :)

    O. >> Bo tak skonstruowane jest życie. Wiatr w końcu zawsze musi być w oczy, bo inaczej by było nam jeszcze za łatwo. Przykre, ale nad postaciami nie możemy się za bardzo litować XD

  3. O. pisze:

    Oh, czemu zawsze jakieś nasze fobie, strachy, wstydy, lęki włączają się w najmniej spodziewanych i oczekiwanych momentach?
    Rozczulający jest tu Jeff <3

  4. Wadera pisze:

    Dzieje się, dzieje.
    Strach pomyśleć o co w tym wszystkim chodzi. Moja wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. Zamachy stanu, armia mechanicznych źołnierzy, ludzie przemienieni w bezmyślne zombi…
    Ktoś się powinien do Was odezwać celem ekranizacji (tylko żądajcie za to grubego hajsu ;) to byłby HIT
    Współczuję chłopakom. Wszystkim czterem. Marverick stracił przyjaciela i ukochanego pupila, Nicolas przyjaciela i siostrę – mam wrażenie że do niedawna starał się jeszcze przekonywać że jego siostra nie jest po przeciwnej stronie – tym razem definitywnie. Will znów przeżywa tragedie która go spotkała, a Jeff stara się udawać, że nie jest z nim tak źle jak jest.
    Panowie potrzebują odpoczynku i spokoju, ale coś czuję że jeszcze długo ich nie zaznają.
    Swoją drogą ciekawe czy Eddie będzie się tajniaczył przed naszymi chłopakami czy da sobie spokój. Zwłaszcza, że przecież doskonale wie co ich łączy.
    Podziwiam to co rodzi się w Waszych głowach i pozdrawiam serdecznie,
    Wadera.

  5. Kasia pisze:

    Najgorsze jest chyba właśnie takie pozbieranie się do kupy po walce. Wszyscy zdołowani, większość ranna i trudno o chęci do dalszego działania… A William taki dzielny, sama bym go przytuliła :) Mav też ma doła. Może i dobrze że się rozdzielili, nie będą musieli zgrywać twardzieli przed sobą, tylko na spokojnie dojdą do siebie. Niby wyszli obronną ręką z tej potyczki ale jakoś tak przez straty które ponieśli nie ma optymizmu w nich. Czekam na jakieś pozytywne informacje :) Dzięki dziewczyny 😀Buziaki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s