Across The Cursed Lands III – 38 – Zajazd, który strawił kilka żyć

— Nie jesteśmy sami — mruknął Maverick i jako pierwszy truchtem wybiegł z pomieszczenia, a następnie podążył korytarzem do schodów.
— Też nas słyszałeś? — spytał Nicholas Showa, a ten tylko uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
— Musiałem być ostrożny — odpowiedział i pozwolił reszcie ruszyć przodem.
Gdy znaleźli się na schodach, a Maverick był u samej góry, obejrzał się jeszcze na resztę i szepnął:
— Bądźcie ostrożni. Nie bawimy się w branie żywcem. Mamy to wszyscy przeżyć. A jeśli będzie zbyt gorąco, ewakuujemy się.
Mając nadzieję, że to tylko zabłąkany podróżnik czy szeryf, uchylił klapę. Najpierw przez szparę rozejrzał się za czyimiś butami. Akurat zniknęły po prawej stronie w kuchni. Ktoś udał się do salonu. Z drugiej strony z oddali Maverick usłyszał wołanie:
— Szukaj ich! Na pewno tam są!
Nie musiał mówić reszcie, że nie jest to jedna osoba. Wszyscy słyszeli. Jedynym minusem było to, że podłoga skrzypiała, więc musiał bardzo ostrożnie wyjść na górę. Nicholas był zaraz za nim i niestety był cięższy, więc już jego proteza sprawiła, że dom wydał jękliwy dźwięk. Maverick obejrzał się szybko na wyjście z salonu, gdzie nagle pojawił się zaalarmowany mężczyzna. Wystarczyło jedno spojrzenie na broń w jego rękach. Maverick nie zawahał się. Wystrzelił ze strzelby z bardzo bliska, a mężczyzna w znoszonych ubraniach został rzucony na plecy, z wielką dziurą w klatce piersiowej.
— Nie pozwólcie im wejść do domu! — krzyknął zaraz po tym i pobiegł na górę.
— Psia jego mać! — zaklął głośno generał.
Pobiegł do wejściowych drzwi, obok których znajdowały się dwa okna. Jefferson za to podążył do salonu, żeby tam sprawdzić, czy dom jest otoczony. Już nie było się co ukrywać i nie hałasować. Jedno ciało leżało już na podłodze, a gdy tylko wyjrzał z okna, uważając, żeby nikt od razu nie zrobił mu dodatkowej dziury między oczami, przekonał się, że przed zajazdem, na drodze do niego prowadzącej, stoi grupa ludzi. Z tego co widział na pierwszy rzut oka, była ich z dziesiątka.
Nie byli konno. Zobaczył drobną postać, w której od razu rozpoznał swoją przeciwniczkę z Chicago. Zobaczył też dwójkę bardziej rosłych mężczyzn, których twarze były zakryte materiałem, a dłonie rękawicami. Do tego jeszcze siódemka po prostu uzbrojonych mężczyzn. Z których jeden, ujrzawszy go w oknie, wystrzelił w jego stronę. Jefferson od razu w odruchu schował się za ścianą, ale pocisk nie trafił nawet w szybę. Za to usłyszał, że z góry Maverick wystrzelił w stronę całej zgrai ze strzelby, a ta cofnęła się od razu o kilka kroków.
— Jesteśmy otoczeni? — zapytał William, który znalazł się u boku Jeffersona.
Ranger nie zdążył odpowiedzieć, bo naraz kobieta… Wściekła Jess, zawołała w ich stronę:
— Wyjdźcie wszyscy, a unikniemy rozlewu krwi!
— A nie po to tu przyszliście?! — Usłyszeli głos generała. — Opanuj się, Jess! — dodał, najwyraźniej także rozpoznając siostrę.
Jefferson nie widział jego twarzy, ale mógł domyślać się, że ten jest jednocześnie zszokowany, że faktycznie ją widzi, jak i rozgoryczony, że jednak się nie mylił. To musiało być dla niego trudne. Podobnie jak dla Mavericka, stojącego teraz w oknie na piętrze, jak i Showa, który trzymał się z tyłu. Wszyscy współpracowali z Jess jako ludzie walczący o sprawiedliwość. A teraz ona walczyła u boku człowieka, który siał zamęt w kraju.
Jessica Orkenzy nie odpowiedziała słownie. Jefferson widział zza zakurzonej, brudnej szyby, jak wyciąga rewolwer z kabury i… strzela w kierunku okna, przy którym czatował jej brat. Aż otworzył usta w szoku, pamiętając pogłoski, że Wściekła Jess nie pudłuje. Ale tym razem tak się musiało stać, bo nie usłyszał dźwięku pękającego szkła, tylko chrzęst, gdy kula wbiła się w drewnianą ścianę.
— Tyle mam ci do powiedzenia, Nick! — wydarła się zachrypniętym głosem.
— Jeśli tak stawiasz sprawę, to postaraj się bardziej! — odkrzyknął Nicholas doniośle i ze złością.
Trudno było mu się dziwić. Jego własna siostra celowała do niego z rewolweru. Czuł się, jakby właśnie napluła mu w twarz, lecz w bardziej śmiercionośny sposób.
Jess i tym razem nie odpowiedziała od razu. Skinęła na jednego zamaskowanego towarzysza i odsunęła się trochę do tyłu.
— Nick, do kurwy, wyłaźcie! Jesteście otoczeni! Może, i tylko może, chociaż dowiecie się, za co giniecie, jeśli wyjdziecie!
Nicholas zaśmiał się gorzko, a dziesiątka przed domem zaczęła rozchodzić się w większe odstępy. Jakby chcieli otoczyć dom. Trzymali rewolwery i strzelby. Jeden z mężczyzn stojących obok zamaskowanego osobnika, uniósł swoją dubeltówkę i skierował w stronę okna na piętrze, gdzie znajdował się Maverick. Odbezpieczył broń… i więcej nie zrobił, bo niespodziewanie uszy wszystkich rozdarł głośny skrzek.
— Nie, Flap! Zostaw! — krzyknął Maverick.
Ale jego pupil rzucił się na zagrażających swemu panu ludzi. Poszybował z prędkością, o jaką nie można było go posądzić. Pysk miał rozwarty, a szpony skierowane w stronę mężczyzny z dubeltówką. Ten krzyknął, ale zwierz go nie dopadł. Wszystko dlatego, że stojący obok niego rosły i zamaskowany mężczyzna błyskawicznie wyciągnął swoją masywną rękę i… bez najmniejszych problemów złapał w locie Flapa za kark oraz rzucił nim o ziemię. Maverick zaniemówił i skierował swoją strzelbę w tamtą stronę. Niestety nie mógł strzelić, bo na celu miał Flapa. A ten właśnie głośniej zaskrzeczał i zaczął walczyć, smagając pazurami trzymającego go człowieka.
W tej sytuacji Jefferson pewnie próbowałby strzelać, żeby trafić wyłącznie zamaskowanego mężczyznę. Obawiał się jednak, że w swoim stanie zwyczajnie spudłuje. Odległość była za duża, a jego dłonie zbyt niestabilne. Wszyscy więc tylko patrzyli, jak szpony Flapa rozrywają ubranie mężczyzny, jak sięgają jego skóry i kaleczą ją, ale ten nadal trzyma pupila Mavericka w żelaznym uścisku. Nie polała się żadna krew. Mężczyzna nie odezwał się słowem, był milczący jak… jak kobieta z Kansas City.
— Jest taki sam! — krzyknął nagle Jefferson, uświadamiając to sobie. Nieważne było, że ich przeciwnicy to usłyszą. — Są martwi tak jak kobieta od Lunda!
Maverick patrzący z trwogą na to, co się działo w oddali przed domem, poczuł zimny dreszcz na całym ciele. Martwy, nieczujący nic i silny jak niedźwiedź mężczyzna był dla Flapa nie do pokonania.
— Flap! — krzyknął rozdzierająco, czując się potwornie bezbronnym.
Stwór walczył, próbował uszkodzić mężczyznę i wyrwać się. Pozostali, w tym Jess, tylko oddalili się o dwa kroki, ale nie robili nic poza tym. Nie pomagali swojemu towarzyszowi, bo… nie było potrzeby. Widziała to nawet siódemka zwykłych bandziorów, którzy nie mieli o całej sprawie pojęcia.
Aż wreszcie zamaskowany mężczyzna wyciągnął drugą rękę, równocześnie unosząc stwora wyżej. I wszyscy, zarówno ci w domu, jak i ci poza, zobaczyli, jak chwyta Flapa za pysk, po czym… łamie mu kark. Ciało momentalnie znieruchomiało. Ogon, którym dotąd zwierzę uderzało rozpaczliwie, opadł, podobnie jak skrzydła i łapy. A kiedy mężczyzna rzucił martwym stworem na suchą ziemię, Maverick z szeroko otwartymi oczami i ustami, odsunął się od okna i oparł plecami o ścianę. Patrzył przed siebie w szoku, z rozdzierającym bólem w sercu.
Nicholas obserwował martwe ciało Flapa tak samo jak reszta. A do tego kompletnie nie wiedział, co czuje. Nigdy nie pokochał tego stwora tak jak Maverick, ale i w nim zakiełkował jakiś nieznany mu żal. Tylko czy był bardziej skierowany wobec zwierzęcia, czy wobec ukochanego, nie umiał nawet sobie odpowiedzieć.
W tym czasie Jefferson aż nie wierzył w swoje szczęście, że udało mu się ujść z życiem z pojedynku w Kansas City.
Przez to wydarzenie ani on, ani reszta nie zauważyli, jak Wściekła Jess razem z drugim zamaskowanym mężczyzną oddaliła się i weszła między drzewa, znikając z ich pola widzenia.
Było wiadome, że przyszli tu, aby ich zlikwidować. Nie mieli tylko cholernego pojęcia, jakim cudem się tu znaleźli. Według Jeffersona list od Showa był genialnie zaszyfrowany. A może jednak ktoś śledził ich na ranczu? Może nie zauważył kogoś, kto pojechał za nim z Kansas i teraz wszyscy byli w pułapce? W pułapce, w której nawet nie mieli za bardzo jak się bronić, bo budynek był spalony i bardzo łatwy do splądrowania.
Maverick, wciąż tylko dyszący i oparty plecami o ścianę na piętrze, powoli wychodził z szoku. Łzy nie pojawiły mu się w oczach, mimo że czuł przejmujący smutek. Może dlatego, że jego organizm wiedział, że musi mieć niezaburzone pole widoku. Bo właśnie teraz tego potrzebował, kiedy znów pojawił się w oknie i z wielkim skupieniem wycelował. Zgromadzeni na zewnątrz ludzie stali daleko, niektórzy za drzewami. Ale jeden z nich stał idealnie. Niestety nie ten, który zabił Flapa, ale ten, na którego Flap chciał zapolować.
Maverick powoli wypuścił powietrze z ust… i strzelił. Mężczyzna padł głucho z dziurą w głowie. To musiał być sygnał, że już koniec jakichkolwiek negocjacji. Pozostali bandyci zaczęli ostrzeliwać dom, a morderca Flapa po prostu… ruszył w stronę budynku.
Jak szybko okazało się, że zwykle pociski na niewiele się zdają, tak na szczęście Nicholas zabrał ze sobą swój karabin oraz dość naboi, żeby nakarmić nimi cały odział żołnierzy. Zamaskowany mężczyzna jednak był pod tym względem kimś kompletnie innym niż szeregowy żołnierz.
Kolejne naboje najpierw go spowolniły, aż w końcu i zatrzymały. Nicholas skupił się więc na nim, ale nie było to aż takie proste, jak kiedy walka byłaby jeden na jeden. Bandziory, które były razem z Jess i jej skośnookim kompanem, uznały, że to właśnie Nicholas jest największym zagrożeniem. Kiedy za bardzo wychylał się z okna, próbowali zaserwować mu kulkę.
Generał musiał chować się za ścianą pokoju, który najpewniej kiedyś był salonem. Był duży, z całkiem pokaźnym kominkiem i kilkoma nadpalonymi drewnami, które w razie czego mogły stanowić zasłonę. Doszedł do wniosku, że mogła mu się przydać, bo jak po chwili usłyszał… ktoś od tyłu wdarł się do domu. Rozpoznał wystrzał z rewolweru Williama z drugiej strony parteru.
Tam lekarz opierał się plecami o ścianę przy drzwiach jadalni wychodzących na kuchnię i przedpokój. Ktoś wdarł się od tyłu i próbował wedrzeć do pomieszczenia, w którym był z Jeffersonem. Ten nie mógł mu pomóc w ostrzeliwaniu korytarza, bo robił to samo przy oknie. Kiedy zamaskowany, niszczycielski mężczyzna i dwójka innych ruszyła do Nicholasa, trójka pozostałych bandziorów ostrzeliwała Mavericka i Jeffersona.
— Jest ich za dużo! — krzyknął William, gdy znów wystrzelił i chyba trafił w łydkę mężczyzny, który wychylił się, chcąc wedrzeć się do nich przez kuchnię.
— Wiem! — odkrzyknął Nicholas i w porę zasłonił się ręką, żeby nie skończyć z dodatkowym otworem w głowie. Na szczęście zrobił to metalową kończyną, więc tylko porysował protezę. — Gdzie, do kurwy, Show?! — krzyknął, starając się trzymać na dystans tego niezniszczalnego człowieka, który w końcu zaczął iść w prawo, a nie prosto na nich. To nie było dla nich dobre, bo znaczyło nie mniej nie więcej jak to, że chce znaleźć inne wejście do domu.
Odgłosy strzelaniny rozlegały się po całej okolicy. Mężczyźni na zewnątrz domu wciąż ostrzeliwali okna, a sami chowali się za drzewami pozbawionymi liści, gdy Jefferson i Maverick odpowiadali ogniem. Ten pierwszy poczuł, jak jedna z kul przelatuje dosłownie milimetry od jego twarzy, gdy się wychylił. Aż sparzyło go w skórę. Zaklął, schowawszy się i spojrzał krótko na Williama. Na całe szczęście ten miał na tyle sprawne dłonie, że przeładowywanie Colta zajmowało mu sekundy i mógł znowu ostrzeliwać mężczyznę próbującego wedrzeć się przez kuchnię.
Jefferson wiedział, że jeśli lekarz go nie zatrzyma, to obaj zginą, bo nie będzie nawet miał jak się zasłonić czy schować. Zwyczajnie dostanie jeden prosty strzał w plecy. I poza tym, że nakręcała go adrenalina, to czuł jeszcze niepomierną wściekłość. Jego dłoń nie była taka spokojna, jak powinna być. W innej sytuacji już dwóch lub więcej bandytów leżałoby martwych. Teraz nie mógł zrobić nic więcej, niż postrzelić jednego. To Maverick jak na razie podnosił ich szanse w tym pojedynku. Miał dobrą pozycję, był chłodny i trafił już dwóch. To dawało im pewne nadzieje, bo zamiast piątki, która do nich strzelała, mieli tylko trzech głodnych pieniędzy przeciwników. Zrozumieli, że są wynajęci, gdy zobaczyli, jak ci patrzą na zamaskowanego mężczyznę, którego ubranie było już całe poszarpane od pocisków z Gatlinga, a on nadal stał. Też musieli widzieć go na oczy po raz pierwszy.
— Martwy! — Usłyszał niespodziewanie Jefferson.
William wreszcie ustrzelił człowieka, który próbował podejść bliżej. Musiał nie policzyć, ile naboi wystrzelał, bo kolejne naciśnięcie spustu okazało się bezskuteczne. A lekarz wykorzystał ten moment i wychyliwszy się zza podziurawionej futryny, strzelił mężczyźnie w głowę. Ten wpadł na szafkę, zrzucając z niej imbryk, który razem z nim upadł na podłogę i rozbił się. A mężczyzna był martwy. William od razu zbliżył się do Jeffersona i stanął po drugiej stronie okna. Sprawdził magazynek i spojrzał na Rangera.
— Nigdzie nie widzę Jess — wydyszał. Był spocony, włosy miał rozburzone, a policzki czerwone od wysiłku i emocji.
— Też nie. Tak samo jak tego jebanego Azjaty i drugiego skurwysyna — odpowiedział Jefferson, patrząc kątem oka za okno i upewniając się, czy ktoś się nie zbliża. Zaraz jednak się skulił, bo nad ich głowami poleciały drzazgi, kiedy ich przeciwnik strzelił we framugę okna. — Do tego, kurwa, Show chyba jest w piwnicy. To pojebane. Co on tam robi?
— Nie wiem. Może nie ma broni — wydusił William.
Kompletnie nie mógł się skupić. Walka nie była czymś, co znał. Nauczył się wiele od Jeffersona, wiele przeszli wspólnie, ale… wciąż nie potrafił być taki chłodny i pewny, jak chociażby Maverick ostrzeliwujący wroga z góry. Jego serce biło ze strachu. Ale także z adrenaliny, która jeszcze utrzymywała go na nogach.
— Zobaczę, jak wszedł tamten przez kuchnię. Nie może się ich więcej wedrzeć — powiedział w końcu i skuliwszy się nisko, żeby nie oberwać, pobiegł na drugą stronę jadalni, a potem do kuchni.
Jefferson nie uważał tego za dobry pomysł. Nie uważał w ogóle, żeby mieli jakiekolwiek szanse. Ich sytuacja była wręcz beznadziejna. I co prawda Nicholas w końcu powalił na kolana wynaturzonego człowieka, ale to nie znaczyło, że mogą odetchnąć. Zużył na niego prawie całą amunicję, jaką miał. Teraz zostało mu jej tylko na momenty, kiedy ktoś bardziej wychylał się zza drzew, żeby spróbować w końcu w nich trafić. Jego metalowe ramię pomagało mu znacząco, bo nie dość, że miał siłę utrzymać działko, to jeszcze mógł się nim osłaniać. Musiał jednak uważać na rykoszety i odpryski drewnianych ścian. Czuł ból w nodze, ale wolał nie sprawdzać, czy jest to tym, czym myślał, że jest. Nie było na to czasu.
Tymczasem William z płytkim oddechem wychylił się zza progu kuchni. Nie widział wiele, bo przez ostrzał co chwilę kurz, opiłki drewna, a nawet liście, które tu przywiało, co raz wznosiły się w powietrze. Dźwięki wystrzałów też nie pomagały w skupieniu. A on nawet nie zdążył użyć broni, kiedy poczuł, jak ktoś łapie go od tyłu, oplata jednym ramieniem i przystawia gorącą lufę do czoła. Aż go zaszczypało, jakby ta przed chwilą wystrzeliła, bo wręcz parzyła w skórę. Syknął i spróbował się wyrwać, ale bandzior, który chwilę temu okrążył dom i wdarł się tu przez rozwalającą się ścianę, warknął mu do ucha:
— Ani się rusz, bo zdechniesz.
Znieruchomiał. Nie dlatego, że tak mu rozkazano, tylko z niepokoju, jaki rozlał się po jego ciele, kiedy usłyszał głos Jeffersona.
— Will?! I jak?! — krzyknął ten. Nie wiedział, co się dzieje, bo nadal wyglądał przez okno, ale nagle przestał słyszeć lekarza.
Ten przełknął się ślinę z trudem. Był porażony strachem. Jego życie zależało teraz od nacisku jednego palca na spuście rewolweru. A mężczyzna, który go dzierżył, wytrącił mu jego własnego Colta z ręki i pchnął w stronę jadalni.
— Hej! Rzuć obie spluwy albo on zginie — warknął w stronę Jeffersona po drugiej stronie pomieszczenia, wciąż osłaniającego okno.
Ranger odwrócił głowę do mężczyzny, który trzymał lekarza i mierzył mu ze swojego rewolweru w głowę. Przełknął ślinę i od razu odsunął się od okna. Uniósł dłonie w obronnym geście. Nie puścił jednak broni.
— Człowieku, spokojnie. Sam chcesz z tego wyjść w jednym kawałku. Inaczej już byś go zastrzelił, prawda? Spokojnie, jakoś się dogadamy.
— Stul pysk! — odparł głośno wąsaty bandzior w kraciastej koszuli i skórzanej kamizelce. William słyszał w jego głosie nieznany sobie akcent. — Rzucaj te gnaty!
A kiedy przy tym przycisnął lufę mocniej do jego skroni, lekarz stęknął nisko. Był przerażony, a kiedy patrzył na Jeffersona, miał wrażenie, że… ten wcale nie zamierza odłożyć broni. Nie. Jefferson zamierzał strzelić. Ale bystre oko lekarza zauważyło, że obie dłonie Rangera drżą i to na pewno nie ze strachu. To było jednak całkiem konkretnym powodem, dla którego Jefferson nie powinien strzelać do bandziora, kiedy ten niemal w całości zasłaniał się Williamem.
— Jeff… — wydusił z przerażeniem. — Nie rób tego… Błagam…
Ranger jednak nie słuchał go szczególnie. Co miał niby zrobić? Odłożyć broń i poczekać, aż najpierw sam zostanie zastrzelony, a potem William? Nie było takiej opcji. Lekarz może i widział, w jakim jest stanie, ale on już bywał w takich sytuacjach. Chociaż wtedy stawka była mniejsza. To nie jego ukochany był na celowniku i stanowił żywą tarczę.
— Spokojnie. Jesteśmy wszyscy rozsądni — gadał i patrzył, jak bandzior się porusza. Czuł, że sam ma rozchwiane dłonie, ale nie wzrok, który nadal był bystry. Powoli zaczął kucać. — Nie musimy się spieszyć. — Zaśmiał się gorzko.
Wszystko robił tak, żeby napastnik widział jego gesty. A przy tym zapomniał, że każdy, wchodząc do tego budynku, uzbroił się po zęby. Ranger więc miał ze sobą nie tylko rewolwery, które niby odkładał na ziemi.
Wąsaty bandzior już prawie się uśmiechnął. Aż Black, unikając roztrzęsienia swoich dłoni, przy przyłożeniu broni do podłogi, na której stali we trójkę, pociągnął za spust. Kula wbiła się w stopę mężczyzny. Ten wrzasnął, odsłonił się bardziej, a Jefferson, już nie bawiąc się w celowanie, sięgnął za plecy, szarpnął strzelbą i wierząc w wypracowane przez lata odruchy, wystrzelił. Z tej odległości, kiedy trafił w ramię mężczyzny, aż powalił go na ziemię.
William krzyknął i odsunął się momentalnie. A potem już chyba zadziałał tylko strachem i adrenaliną, bo gdy bandzior wykazał się jeszcze resztkami życia, lekarz podbiegł do rewolwerów Jeffersona i jednym wystrzelił w jego głowę. Krew rozbryzgnęła się po podłodze i komodzie stojącej obok, a William dyszał głośno, urywanie i niemalże świszcząco.
Zaraz poczuł, jak ponownie jest chwytany. To Jefferson znalazł się obok niego. Objął go mocno w pasie, pocałował w głowę i pociągnął na bok.
— Dobra, trzymaj go, przeładuj i trzeba pozbyć się reszty. Will, skup się. Musisz mnie osłaniać — zachęcił go, znowu ciągnąc do okna.
Jeśli drżały mu dłonie, nie zamierzał się im poddawać. Musiał tylko lepiej wymierzyć z podpórką. A do tego potrzebował, żeby William był za nim i strzelał, nawet niecelnie. Byle tylko ich przeciwnicy nie podejmowali próby strzelania w tym samym czasie.
— Dobrze. Postaram się — wydusił lekarz i szybko przeładował oba rewolwery Jeffersona. Były znacznie większe od jego małego Colta, ale wiedział, jak się nimi posługiwać.
Na zewnątrz pozostała tylko dwójka bandziorów i ten dziwny, „martwy” mężczyzna, którego powalił Nicholas… a który jednak wciąż próbował się unieść. Jefferson i William przy tym nie słyszeli już strzałów z góry. Maverick albo musiał być zajęty czymś innym, albo nie miał już amunicji. Woleli nie myśleć, że jest martwy. Zresztą na myślenie nie mieli czasu, bo ci przed domem wciąż stanowili zagrożenie. A spróchniały, rozpadający się dom nie był dobrą kryjówką. Okna były już wybite, w ścianach robiły się dziury od kul, a niektóre deski były na tyle słabe, że po uderzeniu naboi po prostu odpadały.
Widząc, że dwójka bandziorów znalazła się bliżej ich strony i wychylała się zza drzew, William zaczął strzelać. Próbował trafić, ale ci chowali się, a on uderzał w gałęzie, korę i oszronione liście na ziemi. I nawet kiedy nie trafiał, póki nie wystrzelił wszystkich naboi, Jefferson miał czas, żeby uklęknąć, oprzeć lufę strzelby o resztki okna i dobrze wycelować. Jego dłonie stanowiły mniejszy problem. Teraz całą sztuką było złapanie idealnego punktu, gdzie poleci kula.
Lubił swoją strzelbę. Była dokładna, nie dziurawiła jak sito, ale nigdy do tej pory nie potrzebował jej do takiego celowania. Zawsze miał dobre oko. I spokojnie, jak na te okoliczności, mógł wymierzyć w miejsce, w którym pojawi się wynajęty człowiek. Zaraz po tym, gdy Williamowi skończą się naboje i ten wychyli się, żeby teraz spróbować swojego szczęścia. Jefferson musiał po prostu pociągnąć za spust szybciej niż on i jego kompan, bo wystawał całą głową.
Poczuł impuls adrenaliny i wzmógł czujność, gdy tylko William skończył strzelać. Tak jak się spodziewał, dwójka bandziorów od razu to wykorzystała. I gdy jeden z nich padł pod drzewem, Jefferson błyskawicznie schował się za ścianą, żeby nie oberwać od tego drugiego.
Tymczasem w drugiej części domu Nicholas nie miał czasu dołączyć do ostrzeliwania i spróbować zakończyć żywot tego przeklętego potwora, który nie chciał zginąć. Wszystko dlatego, że kątem oka przez sporą dziurę w salonie zobaczył, jak od tyłu wchodzi do środka Jess i drugi niezniszczalny mężczyzna. Tak przynajmniej przypuszczał, bo ten też miał osłoniętą twarz i niektóre metalowe części ciała. W tym na pewno ramię, bo widział, że metal wystawał mu spod kurtki. Obaj szli spokojnie, rozglądając się. Jess jak zawsze ubrana tak, żeby móc sprawnie się poruszać. Nie nosiła sukienek, tylko wąskie spodnie i miękkie buty. Przy pasie miała mnóstwo amunicji i broni. I co gorsza… skinęła na swojego towarzysza, a następnie obaj podążyli do schodów na piętro. Tam, gdzie był Maverick.
Nicholas zostawił swojego dotychczasowego przeciwnika. Był już wolniejszy, więc liczył, że może jakimś cudem w późniejszym czasie sobie z nim poradzą. Zabrał karabin i udał się na górę najszybciej, jak był w stanie. Maverick stracił Flapa. On nie zamierzał stracić Mavericka. Nie z ręki swojej przeklętej siostry.
Kiedy był już na górze, zobaczył, że ten zamaskowany, dziwny mężczyzna odwraca się do niego. Był szczuplejszy od tego, którego wcześniej Nicholas próbował powalić. Wyciągnął rewolwer i strzelił, a generał w ostatniej sekundzie osłonił się ramieniem. Miał w tej chwili więcej szczęścia niż rozumu. Chyba zabrakło mu go również wtedy, kiedy napędzany adrenaliną i doświadczeniem z poprzednim przeciwnikiem, zamiast strzelić do niego z karabinu, zamachnął się i uderzył kilkunastokilowym działkiem w zamaskowanego mężczyznę.
Jego przeciwnik nie wydał z siebie ani stęknięcia bólu, mimo że działo musiało mu połamać kości klatki piersiowej. Impet uderzenia wywalił go przez kruchą ścianę do sąsiedniego pokoju. Nicholas nie zamierzał pozwolić mu wstać i dalej walczyć, więc po prostu wbiegł tam za nim. Wbiegł… Miał ochotę w tym momencie podziękować Eddiemu i Willowi, bo z poprzednimi protezami z bólem chodził, a o biegu nie było mowy. Te nowe dawały mu wiele możliwości. W tym szeroki zamach i silny kop, który zaserwował głowie niszczycielskiego mężczyzny. Ten przeturlał się po podłodze, a Nicholas znów zamachnął się swoim karabinem. I tym razem nie mógł uderzyć, bo wróg poderwał się i sam zdzielił go w twarz pięścią w rękawicy. Musiał coś tam mieć poza własnymi kośćmi, bo Nicholas poczuł, jak twarde było to uderzenie. Krew zalała mu usta, a on opadł na szafę. Jej drzwiczki rozwaliły się, gdy generał wpadł do środka, a cała konstrukcja po chwili runęła.
Potrząsnął głową, splunął i poderwał jak wściekłe zwierzę. Jeśli na tych skurwieli nie działały naboje, to miał zamiar zastosować twardą siłę. Dlatego teraz podbiegł do przeciwnika i złapał go w pasie. Poczuł, jak ten jest twardy i zimny, ale nie przejął się tym, bo powalił go znów na plecy. Przytrzymał go zdrową ręką za klatkę piersiową i ignorując wyciągane do niego ręce, zaczął tłuc go po głowie swoją metalową protezą.
Pierwsze uderzenie zabiłoby każdego człowieka, ale temu dopiero po trzecim wgniotła się do środka czaszka. Jedna ręka opadła na bok, ale drugą nadal chciał go złapać. I kiedy się udało, a Nicholas poczuł potworny ból w tchawicy, zaryzykował i postawił wszystko na jedną kartę. Zamiast uderzyć pięścią znów w tego, który go dusił, walnął w drewnianą podłogę. Ta nie wytrzymała, zarwała się od starości, pożaru i ich ciężaru. Obaj zlecieli na niższe piętro, a Nicholas starał się upaść bardziej na lewy bok, żeby nie połamać się, a przy okazji może połamać tego potwora, bo człowiekiem to ten twór nie był.
Huk, jaki rozległ się przy upadku, musiał każdego zaalarmować. Nikt jednak nie był w stanie nic z tym zrobić, czy upewnić się, co to oznaczało. Nicholas za to spróbował szybko otworzyć oczy, mimo kłębów kurzu i prochu, jakie nagle wzbiły się w powietrze. Udało mu się dostrzec przeciwnika. Już tylko jedna stopa mu drgała, niczym pośmiertne dreszcze. Na cokolwiek wpadł, przebiło mu to ciało, bo Nicholas ujrzał spory kawał drewna wychodzący z przodu, z okolic mostka.
Odetchnął i popatrzył w górę. Nie słyszał stamtąd żadnych strzałów ani kroków. Nie miał pojęcia, gdzie jest Jess i Maverick. A okazało się, że ci byli… po drugiej stronie ściany. Jessica Orkenzy z lufą przyłożoną do potylicy Mavericka pchnęła go dalej i pogoniła warknięciem. Zwierzak za to warknął, oparł się o ścianę i odwrócił do niej przodem. Nie miał już na głowie kapelusza, jego ubrania były w strzępkach, a z postrzelonego ramienia sączyła się krew. I mimo że miał przed oczami spluwę, bez strachu popatrzył w ciemne oczy młodszej kobiety.
— Jak możesz to robić? — wysyczał, zaciskając zęby i pięści. Nie miał już strzelby. Kobieta mu ją zabrała. — Zdradzasz kraj, brata i wszystko to, co sobie przysięgaliśmy!
— Nic, kurwa, nie wiesz, Mav. Nick! Rusz się, do diabła, tracimy tu czas! — syknęła na generała i lufą szturchnęła Zwierzaka w czoło.
Mężczyzna nie próbował odebrać jej broni, bo widział, że kobieta trzymała dłoń na drugiej w pogotowiu. Głupia nie była. Trochę się też znali. A teraz kierowali się do tylnego wyjścia, którym z początku się tu dostała. I kiedy byli już prawie przy dziurze w ścianie w kuchni, nagle straciła z oczu Mavericka. Przy tym przez jej ciało przeszedł ból, kiedy uderzyło z ogromnym impetem w jeszcze stojącą ścianę. Na szyi poczuła dłoń, a na nadgarstku metal zaciskający się i zostawiający po sobie ślady palców. Odetchnęła, nabierając powietrze w obite płuca. Zobaczyła przed sobą twarz brata.
— Jess… — wysyczał ten, a wszyscy usłyszeli z drugiego krańca domu siarczyste przekleństwo Jeffersona.
Sytuacja po tamtej stronie nagle musiała się jeszcze bardziej popsuć. Huki wystrzałów też były jakby… częstsze. Co nie miało racji bytu, kiedy pozbyli się większości tych przeklętych bandytów. Jess zaśmiała się charcząco i spróbowała splunąć na bok, mimo uścisku na szyi.
— Hibiki… ściągnął ludzi. Nie macie szans…
Maverick doskoczył do swojego partnera i wyciągnął mu zza pasa rewolwer. A po tym przyłożył go do głowy Jess i wysyczał cicho:
— Więc podaj nam jeden powód, dla którego mamy ci nie strzelić w łeb.
Jess uśmiechnęła się. Jednak ku ich zdziwieniu, nie był to uśmiech drwiący, a… smutny. Kobieta popatrzyła na nich, jakby chciała zapamiętać najwięcej z tej sytuacji. Do tego nie kombinowała. Nicholas nie widział, żeby szczególnie się broniła. Jakby była już skazana na swój los albo nie chciała walczyć.
— Show wie…
Wydawało się, że chciała coś jeszcze dodać, bo jej usta ułożyły się do kolejnej sylaby. Ale żadne z nich nie zdołało nic powiedzieć, bo nagle rozległ się potężny huk. Znacznie, znacznie głośniejszy niż upadek Nicholasa i „martwego” mężczyzny na parter. Dom cały się zatrząsł, ściany runęły, a oni poczuli, jak potężna siła wybuchu odrzuca ich do przodu. Nicholas puścił Jess, a sam zakrył głowę ramionami, kiedy poczuł, jak wszystko zaczęło się na niego zawalać. Stropy i podłogi u góry nie wytrzymywały i opadały na wszystko na dole.
Osłonił się ramionami, na ile mógł, ale na jednym uderzeniu się nie skończyło. Z zewnątrz, z boku zaczęli słyszeć krzyki. Znowu w spalonym domu pojawił się ogień.
Nicholas zostawił swoją siostrę i tylko chwycił Mavericka, osłaniając się lewą ręka przed spadającymi deskami. Zaczął biec z nim w stronę wyjścia. Nie było co się rozglądać. Nagle znaleźli się na polu bitwy. Wokół nich co chwilę coś wybuchało, jakby na dom zostały wysłane działa armatnie. Nie wiedzieli tylko jeszcze o tym, że tak źle nie było tylko w domu, ale także na zewnątrz.
Kiedy oni próbowali wyjść, na około zajazdu także panował popłoch. Jefferson z Williamem zobaczyli to tylko na chwilę a i tak wiedzieli obaj, że wyryje się to w ich umysłach. Ziemia wokół domu wydawała się wystrzeliwać do góry, odrzucając wszystkich, którzy byli bliżej i potężnie ich przy tym raniąc. Konie rżały, płoszyły się i uciekały. Nikt nie wiedział, co się dzieje.
Ranger i lekarz także zamierzali uciec z domu. Wybiegli w stronę schodów, żeby wydostać się tylnym wejściem, skoro więcej ludzi Hibikiego było z przodu. Ale gdy mijali klapę do piwnicy, teraz otwartą, William zatrzymał Jeffersona szarpnięciem za kurtkę.
— Poczekaj! Show! — krzyknął do niego i nie zważając na spadające z góry części podłóg, ścian i mebli, zbiegł pospiesznie do piwnicy. Jeśli Show wciąż tam był, mogli mu pomóc i wydostać się wszyscy. O ile Nicholas i Maverick wciąż żyli. Choć tego nie był pewien, bo ani ich nie słyszał, ani nie widział.
Piwnica była kamienna i bardzo stabilna, choć przez eksplozję z góry wszystko się trzęsło. William przebiegł przez korytarz i wpadł do pomieszczenia, w którym wcześniej był Show i Horst. Ten drugi oczywiście już był martwy. Ale tego pierwszego zobaczył leżącego na podłodze obok maszyn do podtrzymywania życia. Kiedy ujrzał krew na posadzce i kamizelce doktora, sapnął i dopadł do niego.
— Jeff! Jeff, ktoś tu musiał wpaść! — krzyknął, nie mając pojęcia, czy Ranger za nim pobiegł.
A zamiast rozchylić ubranie i zabrać się za opatrywanie rany… popatrzył na oblicze starszego doktora. Jedno spojrzenie wystarczyło, by upewnić się, że nie ma o co walczyć.
Znowu usłyszał kolejny huk z góry. Szybko dotknął szyi starszego lekarza. Nie wyczuł tętna, ale jednocześnie słyszał mocne bicie własnego serca w klatce piersiowej. I kolejny huk, ale nie wybuchu. Tym razem po prostu walił się strop.
— Will, do kurwy, wyłaźcie stamtąd! — Jefferson najwyraźniej nie zbiegł do końca za nim, a czekał przy włazie, pilnując, żeby nikt nie zaszedł ich od tyłu.
Młody lekarz wiedział, że nie wyjdą obaj. Show był martwy. Całe to spotkanie zostało odkryte przez wroga, a mimo że wiele się dowiedzieli… wiele też stracili. Nie chciał do tego jeszcze stracić własnego życia, więc po prostu zostawił zwłoki Showa i pobiegł do schodów.
— Nie żyje — sapnął tylko do Jeffersona i pociągnął go za rękę do pierwszej lepszej dziury, którą mogli wydostać się z tego miejsca.
— Jeff! Will! Do wozu! — wrzasnął w ich stronę Maverick.
Spojrzeli w kierunku drzew i zobaczyli, że ten pospiesznie przypina konie do wozu. Duch i Nacoma musiały przybiec do nich na zawołanie. Z ulgą zobaczyli też Nicholasa, który wrzucał wszystkie ich bagaże na wóz, nie zważając, czy jest tam coś wartego niepotłuczenia.
— Biegnij! — krzyknął William, bo od razu rozległy się obok nich strzały.
Jefferson już miał zgodzić się z lekarzem, kiedy nagle znowu zobaczył powód ich kłopotów. Kawałek dalej, pod zawalonym sufitem, leżał martwy, zamaskowany człowiek.
— Will, czekaj! Pomóż mi z nim — zawołał po lekarza, widząc, jak płomienie coraz bardziej pochłaniają dom i zmieniają go w zgliszcza oraz gryzący w płuca dom.
Wiedział, że muszą zabrać dowód na to, że to, co tu ich spotkało, nie było jakąś wspólną ułudą i koszmarem. Do tego Show był martwy, a jego wcześniejsze słowa pobrzmiewały w głowie młodego mężczyzny wyraźniej. Mówił przecież, że byłoby lepiej, gdyby udało się posiąść całe ciało tych ludzi do przeegzaminowania. A teraz jedno leżało martwe.
— Jeff, umrzemy przez to — wydusił lekarz, ale podbiegł do niego i wspólnie złapali martwego mężczyznę.
Gdy męczyli się z wyniesieniem go ze zgliszczy, Maverick przywołał jeszcze Oficera i Pigmenta. Ten drugi przybiegł tylko dlatego, że był przywiązany do pierwszego.
— Zajmiesz z Willem wóz! — krzyknął do Nicholasa, odwiązując lejce Pigmenta.
William nie był w stanie wymusić z tego konia czegoś więcej niż słaby galop. A na to nie mieli czasu. Wskoczył więc na brązowo-białego ogiera, a Nicholas szarpnął lejcami Nacomy i Ducha, żeby podjechali pod dom i pozostałą dwójkę.
Jefferson razem z Williamem weszli na wóz z ciałem, które rzucili na deski.
— Jedź! — zawołał do Nicholasa, który najpierw ściągnął brwi, zaskoczony, że Jefferson nie przesiada się od razu na Oficera.
Ale gdy tylko ruszył, popędzając konie, a William przewrócił się przez to na zamaskowanego odmieńca, Ranger jakoś się utrzymał. Zagwizdał na Oficera, który zaraz pogalopował do wozu. Jefferson złapał go za siodło i przeskoczył na niego. Może nie miał pojęcia, czy William ma jego rewolwery, ale za to nadal mógł w razie czego strzelać ze strzelby.
Kiedy wóz ciągnięty przez Nacomę i Ducha gnał do przodu, Maverick i Jefferson trzymali się z tyłu, żeby go osłaniać. Ten pierwszy miał rewolwer swojego partnera. I przydał mu się on, bo dwójka uzbrojonych jeźdźców popędziła za nimi.
William, który trzymał się desek w tym słabym wozie, obejrzał się na dom. Był już prawie cały zawalony, a jego część płonęła. Do tego ujrzał, że wystrzały i eksplozja musiały zaalarmować władze Charleston, bo niektórzy ludzie szeryfa ostrzeliwali się z bandytami. Ale nie to przykuło największą uwagę Williama. Bo oto zauważył mężczyznę w czarnym kapeluszu z wielkim rondem. Ten stał w rozkroku i tylko na nich patrzył. A mimo że oni oddalali się już, lekarz rozpoznał w nim Azjatę, który zabił mu matkę.
— MORDERCA! — wrzasnął rozdzierająco w jego stronę.
Nie mieli jak zawrócić i go dopaść. Zresztą, wcale nie było powiedziane, że to on nie dopadłby ich razem ze swoimi ludźmi. Z Jess, która w tym całym zamieszaniu gdzieś znikła. A może tak jak Showa, ją też pochłonął dom. Musieli uciekać, żeby cokolwiek zyskać, a nie stracić jeszcze więcej.
Maverick i Jefferson pozbyli się dwójki, która próbowała za nimi gnać. Przed nimi rozpościerał się krajobraz zachodzącego słońca, które przebłyskiwało pomiędzy pojedynczymi drzewami. Gdyby nie byli rozgrzani adrenaliną, poczuliby, jak jest zimno. Na szczęście śnieg nie padał, więc wóz stabilnie jechał po wydeptanej, szerokiej drodze. Nieważne było dokąd jadą. Musieli jak najbardziej się oddalić i znaleźć bezpieczne do spoczynku miejsce. Tym bardziej, że każdy z nich w jakimś stopniu potrzebował pomocy lekarskich umiejętności Williama.

14 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 38 – Zajazd, który strawił kilka żyć

  1. Katka pisze:

    Queen of Roses, cieszy mnie to, co piszesz o ATCL :) Masz rację, że do tego opowiadania mamy dużo serca. Sama nie wiem, jak to się stało, bo inne też kochamy, ale ATCL jest takie… szczególne. Przy nim jest najwięcej pracy, jeśli chodzi o research, o zabawę z opisami i tym samym też wyszukiwaniem różnych informacji. I chyba przez to, że jest takie wymagające, chcemy je napisać naprawdę dobrze i ostatecznie wynik daje mnóstwo satysfakcji. Więc może faktycznie, nawet podświadomie, staramy się bardziej. Pozostałe opowiadania to w dużej mierze obyczajówki, które po prostu lżej się pisze i przez to czujemy mniej… nie wiem, zobowiązania? Ale nie chcę powiedzieć, że przy nich się nie staramy, bo zawsze chcemy, żeby tekst wyszedł dobrze, jednak ATCL po prostu zmusza do dużego wkładu mózgu, więc nie dziwi mnie, że inaczej się je odbiera. Wielkie dzięki za docenienie go! Mam nadzieję, że jeszcze spłodzimy kiedyś równie wymagającą perełkę :)

  2. Queen of Roses pisze:

    Jeny, co tu się wyprawia! Czytam ze sporym opóźnieniem, bo z braku czas nie mogłam czytać waszych opowiadań, a teraz wszystko nadrabiam. No i powiem Wam, że się dzieje! Jeden z lepszych rozdziałów w ogóle. Wydaje mi się, że to opowiadanie najbardziej Was rozwija. Czytam wszystko co piszecie i widzę, że do tego opowiadania macie bardzo dużo… serca (Will by się uśmiał). Opisy tutaj są dużo lepsze niż np. w PD, gdzie trochę nie mogę wczuć się w klimat. W ATCL macie jakby bogatsze słownictwo, staracie się bardziej. Jest sporo akcji, postacie są dobrze rozwinięte, wszystko jest na wyższym poziomie. PD jest raczej takim.. lajtowym opowiadaniem. NB za to czymś pomiędzy.
    No cóż, zostaje mi tylko czytać dalej, a potem czekać z niecierpliwością na dalsze rozdziały. I zarywać noce, bo kogo obchodzą studia :D

  3. Luana pisze:

    Katka, na pewno jakby Willuś zginął (odpukać) to bym wylała całe hektolitry łez.
    A to mój sernik taki bardziej mokry jest. Tak mi się wydaje. Oj, tak pojedliśmy, za bardzo. :)

  4. Katka pisze:

    Luana, trudno się pisze takie rozdziały, ale zawsze jest mega satysfakcja. A tym większa, kiedy czytelnik docenia! Dzięki wielkie więc za te fajne i miłe słowa :) No i tak, potwierdza się reguła, ze bardziej żal zwierząt niż bohaterów ludzkich XD Chociaż pewnie inaczej by było, gdyby to np. Willuś zginął. Ale Flapa żal :( Mavcio smuta.
    Och, serniki są pyszne. Choć zależy jakie, ja lubię te takie bardziej „mokre”. Mam nadzieję, że pojedliście dobrze :D

    Kasia, nooo, długi i emocjonujący. Tak w sam raz na jakiś szczególny okres XD Flapa szkoda… Ale tak jak mówisz, dobrze, że inni przeżyli. Jess i Hibiki sami by sobie na bank nie poradzili z generałem z Gatlingiem i Mavem, Jeffem i Willem wyposażonymi po zęby w amunicję. I chyba byli tego świadomi, więc musieli mieć pomocników. Było gorąco. No ale chłopcy walczyli jak prawdziwi bracia broni :D Dzięki za komentarz i także wesołych świąt! :D

  5. Kasia pisze:

    O rany jaka akcja! I jaki długi w ogóle ten rozdział :) Bardzo mnie zasmucilyscie Flapem, biedak chciał ratować swojego pana… Dobrze chociaż że naszej czwórce nic się nie stało, no oprócz niewielkich zranień. Tak myślałam że to Jess i Hibiki,ale nie spodziewałam się tylu pomocników. Poza tym zastanawia mnie dlaczego Hibiki nie brał udziału w tym ataku i to dziwne wyznanie Jess. Jak znam życie to przeżyła i dalej będzie im zagrażać.
    Bardzo mi się podobało jak nasi chłopcy się wspierali w walce, widać było że wiele dla siebie znaczą. Super, tylko szkoda że właściwie to nic się nie wyjaśniło 😉
    Dziękuję bardzo i wesołych Świąt Wam życzę :)

  6. Luana pisze:

    Dziewczyny, przegeinialny rozdział. Jeden z najlepszych w Waszym wykonaniu. Czytało się go nie tylko znakomicie, ale cały czas czułam adrenalinę i to wszechobecne napięcie. Showa mi nie żal, bo jakoś tak był bo był. Chociaż mógł może coś więcej powiedzieć. Za to kiedy zginął Flap to łza się w oku zakręciła. Ale na szczęście ci o których życie tak drżałam jeszcze żyją, mimo że są wykończeni. Ufff.

    Katka, sernik wyszedł. Musiał być, bo mąż uwielbia serniki. Ja tam wolę ciasta z masami i galaretkami. :)

    Pozdrawiam dziewczyny. :)

  7. Katka pisze:

    O., dokładnie tak to działa… :(

    Kaczuch_A, własnie, żyją ci główni bohaterowie, więc w sumie większej masakry nie ma. To się liczy, chociaż no tak, Showa jednak żal. I Flapcia. Maverick smuta. No ale żyją, a była taka sytuacja, że mogli jednak nie dotrwać co końca rozpierduchy… A na następny rozdział w sumie teraz faktycznie „tyle trzeba czekać” XD bo jednak będzie dopiero w nowym roku XD Ale doczekacie! Jakieś tam bajerki na święta się szykują, więc zaglądaj :)

    Noe, nooo, utrata ukochanego pupila to nic fajnego :( A na pewno w takich okolicznościach… haha, a co do sielanki, to tak, fajnie się je czyta. A chłopcy zdecydowanie zasługują na trochę sielanki po tym, co przeszli. Jednak zapowiada się, że raczej sobie jeszcze na nią poczekają. Teraz mają duuużo do roboty… A na Malvina i Eddiego przyjdzie czas :)

    Omega, hm… czy Hibiki wie, jakie są motywy Jess – powiem tak, na pewno nie wie na 100%. Myślę, że mimo to, jak dobrze się znają, to jednak oboje nie wyczuwają siebie tak do końca. Pozostaje ten cień braku zaufania. Ale chyba nie da się inaczej, kiedy pracuje w takiej… niecnej organizacji XD Koniki się nie spłoszyły, bo na pewno już nie raz słyszały dźwięki strzałów. A Pigment ma po prostu zawsze wszystko w dupie XD no teraz mogliby odpocząć trochę. Pytanie, czy mają na to warunki… Echu, echu. Święta jakieś radosne by się im przydały XD Dzięki za wenę!

    Luana, spoko! Święta wymagają czasu i poświęcenia XD Mam nadzieje, że sernik wyszedł :) U mnie w tym roku rezygnujemy sernika i będzie tylko makowiec…

    Aeneryss, „W końcu wyjaśnienie wszystkiego byłoby zbyt proste. Im więcej ktoś może wyjaśnić tym szybciej ginie” – prawda XD to chyba zawsze tak działa… Ale przynajmniej jakieś tam wskazówki dzieki Showowi mają, więc może coś z nich wyciągną. Chociaż na pewno byłoby łatwiej, gdyby to przeżył i po prostu im pomógł, skoro tyle miesięcy sam działał i jak widać, coś z tego wyciągnął. Co do Willa, to super, że widać tę jego przemiana. Faktycznie, te kilka miesięcy temu to by się zesrał ze strachu XD A teraz taki dzielny, męski mężczyzna :) Fajowo, że podobał się rozdział :) Dzięki za komentarz!

    Fumishi, nie wiem czemu, ale Twój komentarz wpadł w spam. Czasem warto poczekać jakiś czas, jak się nie publikuje, to może uda nam się go zauważyć w spamie i przywrócić :) A już co do komentarza – Show chyba miał po prostu pecha, że za dużo wiedział XD przez to los sprawił, że nie może długo pożyć. Ale pomógł chłopakom. Więc muszą po prostu teraz coś z tymi informacjami zrobić. No i jaką radość wzbudza Willuś :D Cieszy nas to :D Tobie też wesołych świąt!

  8. fumishi pisze:

    Oj, działo się, działo. Rozdział super. Trochę szkoda mi Showa, ale skoro coś wiedział, to było wiadome, że nie będzie żyć. Tak to już bywa. Dobrze, że czwórce nic wielkiego się nie stało. No Flapa też mi szkoda trochę, ale tylko trochę, bo atakował Willa. :v W ogóle, to Will super był. Jestem dumna z mojej fav postaci. <3
    Wesołych Świąt! Byle do końca tej przerwy świątecznej. :P

  9. Aeneryss pisze:

    W momencie, w którym Jess powiedziała, że Show wie, byłam pewna, że zginie. W końcu wyjaśnienie wszystkiego byłoby zbyt proste. Im więcej ktoś może wyjaśnić tym szybciej ginie :/
    Ale strasznie mi się w tym rozdziale podobał Will. Gdyby ta walka miała miejsce na początku ATCL to pewnie siedziałby skulony w piwnicy i dał się zabić bez oporu. A teraz walczył na równi z resztą (jestem z niego dumna).
    Coraz bardziej intryguje mnie Jess. Mam co do niej pewne podejrzenia, ale nic oczywistego.

    Ogólnie, rozdział świetny. Nie mogę się doczekać kolejnych, może w końcu coś się wyjaśni
    Pozdrawiam i weny życzę

  10. Omega pisze:

    Wiedziałam, że Showa dopadną… Byłoby zbyt pięknie gdyby w miarę pokojowych warunkach dowiedzieli się o całej sprawie. Ciekawi mnie czy Hibiki podejrzewa/wie jakie są motywy Jess (choć w sumie sama do końca ich nie znam i choć można się domyślać czy chodzi o zwyczajne zbliżenie się do wroga, czy jakieś wyższe cele, nad którymi nie chce mi się rozmyślać o tej porze xD), ale Azjata nie jest głupi, więc pewnie przynajmniej ją podejrzewa, ale przez to, że mają współpracować Jess nie ma też za bardzo opcji, aby przekazać swój plan bratu lub komuś z reszty ekipy. Choć cała czwórka przeżyła razem z ich końmi (podziwiam, że się nie płoszą przez te huki, choć to chyba kwestia przyzwyczajenia), to zrobiło mi się naprawdę smutno, jak Flappa zabito ;-; (czyli nie będzie więcej polowań na Williama? xD). Liczę na to, że wszyscy dojdą do siebie po tym starciu i że Will będzie miał w końcu możliwość by zaradzić coś na stan Jeffa, bo czasu coraz mniej.
    ♦♣♠♣♦ Weny życzę :3 ♥♥♥♥♥

  11. Noe pisze:

    I Boże jakie to wszystko skomplikowane.Zawsze czytając takie opowiadania chcę żeby w końcu byli bezpieczni i mieli chociaż chwilę dla siebie. Tak żal mi Flapa ;( wiem co teraz czuje maverick bo parę miesięcy temu zginął mój kot. Jak ja się o nich martwię. Chcę żeby już wszystko się rozwiązało i chłopcy mieszkali sobie w ładnych domkach i mieli spokojne życie xd fajnie byłoby też poczytać o malvinie i jego kowalu ;) pozdro

  12. kaczuch_A pisze:

    Ale się porobiło! Ale wszyscy żyją~! Znaczy moja fantastyczna czwórka. Szkoda Showa, chociaż mam wrażenie że on wiedział aż za dużo. Myślałam, że Jesz zabije Mava, nic by z niej nie zostało wtedy, ale miałam takie złe przeczucie. I smutam co do Flapa. Takie urocze paskudztwo to było ;( w ogóle chciałabym już mieć kolejny rozdział w łapkach, serio akcja nabiera tempa, a tyle trzeba czekać~! Weny~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s