Newton’s Balls – 59 – Lil

Courtneya zobaczył na jednym z czterech starych foteli, które postawione były pod ścianą w holu. Od Tiny, która chwilę temu przyszła mu pomóc z psem, usłyszał, że mężczyzna już wypisał wszelkie formalności i porozmawiał z dyrektorem. Wszystko było okej, więc mógł zabrać psa. Chase jeszcze przebrał się z ciuchów roboczych w te, w których przyjechał i z psem na smyczy ruszył do swojego kuratora. Ten jeszcze go nie widział, bo siedział pochylony nad telefonem i stukał coś na nim, czekając. Pierwsze co zobaczył to buty swojego chłopaka, a następnie czarny pysk, który wepchnął mu się między twarz a dłonie.
— Ej, czekaj! — Chase spróbował odciągnąć psiaka, ale ten już zdążył liznąć nieznajomego po twarzy. Był nastawiony pozytywnie do całego świata mimo licznych rozczarowań.
Zaskoczony mężczyzna wyprostował się i szybko schował telefon do kieszeni. Potem już całkowicie poświęcił uwagę psu i roześmiał się na takie powitanie.
— No cześć, mały, jak się masz? — zwrócił się do psa z równie pozytywnymi emocjami, z jakimi pies poznawał jego. Podrapał go przy tym pieszczotliwie za uchem, wreszcie widząc zwierzaka, o którym tyle słyszał. — Cholera, fajny jesteś — dodał z uśmiechem i dopiero zerknął na Chase’a. Do niego też się uśmiechnął.
Chłopak stał z dłonią w kieszeni i patrzył na swoją „dziewczynę” i czarnego mieszańca pit bulla, który właśnie właził przednimi łapami na kolana nieznanego sobie człowieka. Zachowywał się, jakby już znał go wieki i kochał go całym sercem.
— Co nie? A to jeszcze nie wszystko, na co go stać.
Courtney był zaskoczony tym, jak pies się zachowuje, jaki jest przyjazny i łaknący uwagi. Głaskał go więc dalej i pozwalał sobie wchodzić na kolana, mimo że miał czarne spodnie, na których zostawała sierść. Do tego był dość grubo ubrany w ciepłą bluzę z kapturem, kurtkę i szalik. Rękawiczki miał wciśnięte do kieszeni.
— Będę mieć czas, żeby poznać go lepiej. Ale na razie idziemy, hm? Podpisałem już wszystko, więc możemy wracać do domu.
— No dobra, to trzymaj. — Chase podał mu smycz i jeszcze obejrzał się na recepcjonistkę, która obserwowała ich, na moment przestając zapisywać wizyty. — Cześć, Zoya, do przyszłego tygodnia.
— Trzymaj się, Chase. Powodzenia z tym wariatem! — odparła czarnoskóra dziewczyna i pomachała im oraz psu, kiedy wychodzili na zewnątrz budynku. Parterowego, ale całkiem sporego, z dużym spacerniakiem po drugiej stronie. Od frontu z kolei znajdował się parking, na którym stały mało pokaźne samochody pracowników i Chrysler Courtneya. To do niego się pokierowali, a Courtney wprowadził psa na tylne siedzenie, nim zajął miejsce za kierownicą. Zapiął pasy, poczekał, aż Chase też to zrobi i dopiero odpalił. Już chciał być ponownie w domu, gdzie było ciepło i przytulnie. Zresztą ciekaw był zachowania psa w domu i reakcji Tanka.
— Dalej nie ma imienia? — zwrócił się do Chase’a, gdy znalazł się na głównej drodze. Wycieraczki żywo pracowały nad zbieraniem z przedniej szyby śniegu.
— Nie. Każdy woła na niego inaczej. Ale możemy mu nadać jakieś — zasugerował chłopak, patrząc na psa kręcącego się z tyłu samochodu i powstrzymując go trzymaniem za obrożę przed wtargnięciem na przednie siedzenia.
— Możemy. Masz jakieś sugestie?
Chase zerknął na psa, a potem na Courtneya. W radiu akurat pobrzmiewała piosenka, która podsunęła mu pewien pomysł.
— Lil — odparł i od razu roześmiał się z własnego pomysłu.
Courtney skojarzył to, co powiedział jego chłopak, z raperskim kawałkiem jednego z raczej kiepskich, jego zdaniem, wykonawców dopiero po kilku sekundach i pokręcił głową z rozbawieniem.
— Lil? Poważnie…? — upewnił się.
— No, czemu nie? Jest krótkie i pasuje do niego. Też jest czarny i durny. — Chase zarechotał, nie mając nic złego na myśli. Psa uwielbiał, nawet zdając sobie sprawę, że nie jest najmądrzejszym psem świata.
— Lil — powtórzył kurator i zerknął na psa przez boczne lusterko. — Zatem Lil.
Pies z tyłu zaszczekał kilka razy, wiercąc się, machając ogonem i ciesząc się czymś tak niecodziennym jak przejażdżka samochodem.
— Fajne, nie? — Chase ucieszył się i z szerokim uśmiechem wygiął się do tyłu, aby zobaczyć psa. Ten potraktował to jako zaproszenie i mimo że był trzymany za obrożę, spróbował przedostać się do przodu. — Nie, czekaj. Zostań. Zostań. Siad! — Chase zauważył swój błąd, od razu starając się uspokoić psa.
Kierowca znowu się zaśmiał, zdając sobie sprawę z tego, że z tym zwierzakiem będzie dużo zabawy. Szczególnie kiedy ten pozna Tanka. I jak wcześniej wahał się, czy zgodzić się go przyjąć, tak teraz jakoś humor poprawiał mu się z każdą chwilą. Chyba Lil działał rozluźniająco i naprawdę ciężko było mu teraz uwierzyć, że tyle razy ludzie się go pozbywali.
— Mam nadzieję, że wysiedzi, bo mamy kawałek do przejechania. A ty mi jeszcze nie dałeś całusa — zwrócił się do chłopaka, skręcając na skrzyżowaniu. Na szczęście nie było korków z racji dnia i godziny.
— No, też mam nadzieję, że wysiedzi. Ale już mu nudno — zauważył Chase, po czym spojrzał na mężczyznę. — A buziaka nie było kiedy. Prowadzisz, nie? — dodał, uśmiechając się kątem ust zaczepnie.
— No popatrz, spacerowanie publicznie po parku nie przeszkadzało w posuwaniu mnie w krzakach, a moje prowadzenie już w daniu buziaka tak? — odpowiedział Courtney z udawanym zdziwieniem, uśmiechając się mimo to.
— Kurwa no, na numerek już zimno się robi — odparł Chase i upewniwszy się, że Lil na chwilę skoncentrował uwagę na pasach na tylnych siedzeniach, wychylił się i cmoknął mężczyznę. — Nnn… nie goliłeś się rano.
— Jest niedziela, nie chciało mi się specjalnie. Przeszkadza ci to? — zapytał kurator z zaciekawieniem, ucieszony z buziaka.
— Nie, nie tak bardzo. Ale wolę, jak masz tylko tu. — Chłopak potargał go wierzchem dłoni po brodzie. Policzki wolał gładkie. Milej mu się je całowało. Lubił gładką skórę.
— Mhm. Jutro się ogolę. Gdzieś jeszcze wolisz gładziej?
Chase zastanowił się, wypychając policzek językiem. Zapewne nieświadom, jak dwuznacznie mogło to wyglądać.
— No… mógłbyś tam spróbować. Tak po całości.
Kurator zerknął na niego szybko, a potem przy okazji upewnił się, czy pies siedzi grzecznie. I tak właściwie to leżał, z pyskiem ułożonym na przednich łapach.
— Całe krocze? W porządku… Kiedyś się tam goliłem, jak byłem w twoim wieku. Ale mogę spróbować.
— Rowek też?
— Och… Okej, tam się nie goliłem — przyznał Courtney, w duchu zastanawiając się, czy to zwykła zachcianka Chase’a, czy niezbyt mu się podobało to, jak teraz tam miał. Chociaż nigdy nie okazywał, żeby było coś nie tak, a wręcz lubił jego tyłek, więc chyba nie powinien się martwić.
— Nie? O… — Chase także trochę stracił na animuszu i sprawdził, czy Lil dalej jest grzeczny. Pomijając obślinione pasy, na razie się spisywał. — Bo… no, jak nie chcesz, to spoko, ale myślałem o czymś i jak teraz tak z tym „czy gdzieś jeszcze” wypaliłeś, to pomyślałem, nie? Że może byś spróbował.
— Jasne, mogę spróbować. Lubię próbować z tobą nowych rzeczy. — Courtney mrugnął do niego, w jakiś sposób teraz, przez tę rozmowę, chcąc rzeczywiście się tego podjąć. Nie miał pojęcia jeszcze, jak to zrobi, ale nie powinno być problemu. — A Lil potrafi być grzeczny — dodał, popatrując na psa przez lusterko.
— Zdarza mu się. — Chase zaśmiał się, a pies jakby zauważył, że mówią o nim i popatrzył z zaciekawieniem na swoich nowych opiekunów. Zaszczekał dwa razy, po czym zaczął „śpiewać”, wyjąc w śmieszny sposób. — Cicho. Zaraz będziemy — skłamał Chase, bo jeszcze mieli kawałek drogi, ale nie chciał słuchać tego zawodzenia.
Courtney już wiedział, że Lil będzie jeszcze bardziej energicznym psem niż Tank. Miał nadzieję, że nie stworzą wspólnie zabójczego combo.
— Trzeba będzie się wybrać na zakupy, bo karmy mi dla dwóch psów nie wystarczy — rzucił po kilku chwilach jazdy, mając przy tym przyjemne wrażenie, że głos Chase’a znowu jest radośniejszy, niż kiedy rozmawiali przez telefon. Lubił widzieć te zmiany i w jakiś sposób podbudowywało go, że umiał wpłynąć na poprawę jego nastroju.
— To kiedy by ci pasowało? — Chase zainteresował się, jednocześnie będąc bardzo podekscytowanym faktem, że niedługo Lil pozna jego psa. Był ogromnie ciekaw, jak na siebie zadziałają.
— Dzisiaj mam całą niedzielę wolną, więc jak Marshall będzie w domu, możemy pojechać. Bo nie chcę na razie samych psów zostawiać. Lil może się czuć nieswojo sam w nowym mieszkaniu, hm?
— Może — przytaknął. — W ogóle, nie wiem, czy też nie zostać trochę, żeby zobaczyć, jak na siebie reagują. Właśnie… on robi ten remont, nie?
— Możesz zostać. — Courtney najpierw szybko podchwycił jego słowa, bo lubił, kiedy Chase u niego nocował. Uwielbiał poranki, kiedy razem jedli śniadanie, po czym Chase jechał do szkoły, a on do pracy. — A Marshall tak, dłubie coś w piwnicy od kilku dni. Nie schodziłem tam póki co, więc nie wiem, na jakim jest etapie.
— Och… A zostać to teraz, czy że do rana? — Chłopak znowu uciszył Lila, bo ten coś do siebie mówił w psim języku.
— Myślałem, że mógłbyś u mnie przenocować. Co ty na to?
— No, jak nie będziesz za głośny, to mogę. — Chase zaśmiał się z zaczepnym spojrzeniem. Przecież nie będą tylko spać.
Courtney aż na niego spojrzał i odpowiedział uśmiechem. Ten chłopak go rozbrajał. Już miał odpowiedzieć, ale Lil wstał na równe nogi i rozszczekał się na szybko przejeżdżający obok nich motor. Przeczekał więc tę głośną salwę radości i rzucił żartobliwie:
— Nawet jeśli, to chyba ktoś mnie zagłuszy.
Chase roześmiał się i poklepał mężczyznę po udzie. Po chwili zastanowienia zostawił ją tam i przesunął na moment w górę. Oblizał usta i jeszcze raz uśmiechnął się, aż mrużąc oczy, nim zabrał ją znowu do siebie, a zaraz po tym do Lila, żeby ten zajął się nim, a nie tylną kanapą samochodu.
Kierowca popatrzył na nich krótko i również się uśmiechnął, czując przyjemne ciepło w żołądku i podbrzuszu. Zdecydowanie zamierzał kochać się z Chasem, nawet jeśli za drzwiami będzie trójka lokatorów.
Dotarli na miejsce kilka minut później i na szczęście przestało do tego czasu padać. Wyszli z samochodu, uprzednio przypinając Lilowi smycz do obroży.
— Mam nadzieję, że na siebie nie naskoczą — Courtney, który prowadził psa do drzwi, rzucił do swojego chłopaka, równocześnie podając mu klucze. — Otwórz.
Chase zatrzymał mężczyznę.
— Poczekaj tu chwilę, co? Wezmę Tanka i może poznamy ich na podwórku. Padało, więc zmyło zapachy, będzie pewniej — zasugerował, nie przewidując komplikacji, ale ze zwierzętami lepiej było być ostrożnym. Już się tego nauczył, chociaż i tak najlepiej cały czas działało pozytywne nastawienie. Dobre wibracje.
— W porządku — zgodził się z nim Courtney, mimo że marzył o wejściu do ciepłego mieszkania. Zamiast tego cofnął się trochę od drzwi, ciągnąc za sobą Lila i szybko nasunął na dłonie rękawiczki. Nie znosił chłodu.
Kiedy to robił, Lil wpadł na pomysł obejścia go naokoło, niczym w „Stu jeden dalmatyńczykach” i zakręcić mu smycz wokół nóg. Tyle dobrze, że go nie przewrócił, tylko usiadł za jego łydkami, jakby nic się nie stało.
Chase w tym czasie był już w domu i najpewniej zabierał Tanka na zewnątrz przez drzwi kuchenne, więc Courtney przeczekał ten moment, odkręcając smycz i mówiąc coś do Lila o tym, żeby się opamiętał, bo zaraz będzie poznawał kolegę, a on nie chce wylądować na mokrej ziemi.
Po chwili słyszał już szczekanie Tanka z tyłu domu, znaczące, że nastolatek już wyszedł. Przytrzymał więc profilaktycznie drugiego psa mocniej, jakby zareagował agresją i czekał. Jak można się było spodziewać, gdy tylko psy się ujrzały, rozległo się głośne szczekanie.
— Spokojnie, Lil, spokojnie — rzucił do psa kurator, zaczynającego jak szalony machać ogonem i podskakiwać na przednich łapach, żeby poznać drugiego psiego osobnika.
Tank także wyglądał na zainteresowanego. Był spokojniejszy, miał wysoko postawione uszy i patrzył z góry na nowego kolegę. Chase pochylił się i poklepał go po tułowiu.
— No, spokojnie — powiedział, po czym dodał do Courtneya: — Puść smycz, nie odpinaj, tylko ją puść — polecił.
Kurator zgodził się z nim, choć i tak obawiał się, że może się stać coś niepożądanego. W końcu zarówno Tank, jak i Lil były mieszańcami groźnych ras, ale na razie nie wykazywały niechęci.
Puścił smycz, a Lil od razu wyrwał się do drugiego psa. Tank napiął się i przyjął ostrzegawczą pozycję, a jego czarny odpowiednik pojawił się przy nim i zaczął go obwąchiwać, machając ogonem. Oczywiście wsadzał pysk we wiadome miejsce, poznając drugiego psa, na co Tank odpowiadał tym samym. Kiedy rozległo się kilka ostrzegawczych powarkiwań, a nawet jedno głośniejsze warknięcie ze strony Tanka, Courtney sam trochę się wystraszył, ale przypomniał sobie od razu, jak to było z jego psem z dzieciństwa, który podobnie reagował na inne psy. Nie było to jednak niczym negatywnym, a jedynie jakimś sposobem ustalenia pozycji i znaczenia pomiędzy psami. Lil w końcu nie odpowiedział agresją, a na moment skulił uszy, by zaraz wrócić do obwąchiwania drugiego psa.
Chase stał i patrzył na psy z dużo większym spokojem niż mężczyzna. Widać było, że już nie pierwszy raz coś takiego ogląda. I po jego twarzy dało się rozpoznać, że pierwsze spotkanie przebiega w zadowalający sposób, nawet kiedy Tank, którego chłopak też nie trzymał, bardziej naparł na młodszego psa, żeby zaznaczyć swoją pozycję. Czarny mieszaniec zamerdał ogonem, spróbował złapać zębami łapę jasnego kolegi, a w efekcie przewalił się na bok, pokazując brzuch.
— No i jest spoko. Niech się jeszcze pobawią — rzucił do kuratora chłopak i zaśmiał się, widząc, że ten marźnie. — Idź do domu. Zrób może coś ciepłego?
Szare, wąskie oczy kuratora popatrzyły na niego podejrzliwie, a potem na poznające się i bawiące psy. Nie był pewien, czy już jest w porządku, ale Chase był taki pewny i spokojny…
Milczał chwilę, obserwując, ale w końcu podszedł do chłopaka, ujął go dłonią w rękawiczce z boku twarzy i pocałował.
— Mój mężczyzna — zamruczał nisko i dopiero go puściwszy, pokierował się do wejścia od kuchni. — Zrobię nam gorącą czekoladę.
Chase zaśmiał się, a psy zaczęły ganiać się po podwórku. Robiły to w zawrotnym tempie, jakby od tego, kto którego prześcignie, zależało ich życie. Nagle też zatrzymały się i zaczęły szczekać. Chase zerkał na nie, ale na moment zawiesił wzrok na Courtneyu.
— Fajnie. I fajnie też będzie, jak się wybiegają. Będzie cię jednak słychać.
Kurator zatrzymał się przy drzwiach i obejrzał na niego. Uśmiechnął się, cmoknął do niego w powietrzu i wszedł do domu, żeby wreszcie odmrozić palce. Wolał nie myśleć, co będzie, gdy zima na dobre przyjdzie do Milwaukee. Nie lubił jej, ale na razie zapowiadało się, że będzie ktoś, kto będzie go grzał w łóżku. I jeśli nawet nie będzie to Chase, to w skrajnej sytuacji któryś pies też się do niego przytuli.

***

Marshall był zaskoczony, kiedy po wyjściu z piwnicy, z kurzem na włosach i ubraniach, dobiegły do niego dwa psy zamiast jednego. Szybko jednak zaczął się śmiać, że zaczyna się tu robić jak w familijnym serialu po tym, kiedy Courtney wyjaśnił mu, co robi tu Lil. Zresztą imię psa też nie przeszło bez echa.
— Daliście mu takie, bo jest czarny — spytał, a kiedy pies przewrócił głowę, patrząc na niego z niewinnym spojrzeniem, dodał: — i głupi?
Courtney nie powstrzymał się przed śmiechem, kiedy skojarzył te słowa ze słowami Chase’a. Wręcz nie wierzył, że jego chłopak i brat byli czasami tak podobni.
— To była inwencja Chase’a — odpowiedział z uniesionymi obronnie rękami, po czym kucnął nad już dwiema miskami i zaczął przesypywać do nich karmę. Na miskach były nawet napisane imiona psów, chociaż i tak Lil wsadzał mordę w tę Tankową. Ten wtedy warczał, przypominając młodszemu koledze, gdzie jest jego miejsce. Lil najwyraźniej nie był z tych psów, które takie zasady pojmowały w lot. Z drugiej strony, był tu dopiero drugi dzień, a czuł się całkowicie swobodnie.
— Nie wątpię — odparł Marshall, patrząc chwilę na czworonogi. Nie widział czarnego psa wcześniej, bo wrócił rankiem, kiedy Courtneya też nie było w domu. Zaszył się w piwnicy i dopiero teraz miał okazję powalczyć o psią uwagę z miską pełną jedzenia. Z racji że przegrywał, dodał: — Wezmę się umyję. Jest coś w lodówce?
— Zawsze jest coś w lodówce, ale jeśli pytasz o coś gotowego, to sam musisz sobie zrobić. Jak idzie remont? — zapytał jeszcze Courtney, unosząc się i chowając duży wór karmy do szafki. Dzisiaj było jeszcze chłodniej niż wczoraj, więc był ubrany w ciepły golf, który przyjemnie go grzał.
— Powoli. Będę musiał wymienić jedną rurę. Dobrze, że nie była obudowana, bo się poci i byś mógł mieć grzyba — wyjaśnił brat, zabierając się do łazienki.
Tank zerknął za nim, ale nie opuścił miski, a Lil podbiegł za nim nawet kilka kroków, po czym pisnął i wrócił truchtem do jedzenia.
Courtney uśmiechnął się do psa, podrapał go za uszami i wyszedł z kuchni.
— Mogę pójść zobaczyć? — zawołał za bratem.
— Ta, ale jest syf! — krzyknął Marshall, nim zamknął za sobą drzwi od łazienki.
Gospodarz mimo jego słów pokierował się do piwnicy i powoli zszedł na dół po schodach, żeby zobaczyć, co się tam zmieniło. Był ciekaw, czy Marshall na razie zajmuje się tylko przygotowywaniem piwnicy, czy już coś więcej zadziałał. W sumie nawet nie wiedział, jak chce ją zrobić, a jedynie dał mu trochę więcej kasy na materiały.
Na dole przywitał go wszechobecny kurz. Było od niego aż sino. Co jednak najbardziej rzucało się w oczy, to pustka, która była znowu widoczna w piwnicy. Gołe ściany, częściowo pokryte już płytami gipsowo-kartonowymi i ociepleniem, podłoga pomalowana jakimś śmierdzącym specyfikiem. Widać było, że Marshall nie próżnował, chociaż wciąż czekało go sporo pracy. W tym takiej niezapowiedzianej, jak chociażby rura, która szła pod kuchnią i przy której na ścianie faktycznie było widać plamę w innym kolorze.
To było zaskakujące dla Courtneya, że Marshall mógł być przydatny. Pomoc z psami, remonty… Może jakby coś innego się zepsuło, to też by umiał naprawić. Był zaskoczony też tym, ile tu było tak naprawdę przestrzeni. Kiedy piwnica była zagracona, wydawała się mała i niemieszcząca wiele rzeczy. A teraz… Teraz widział, że wnęka naprzeciwko schodów była gotowa pomieścić wielką szafę lub kącik na biurko, po lewej stronie spokojnie zmieści się łóżko, a po prawej zostanie spora przestrzeń do zagospodarowania wedle uznania Marshalla. Wcale nie było tu klaustrofobicznie.
Jeszcze chwilę oglądał całość, nim zdecydował się wrócić na górę. Jakoś spodobała mu się nagle wizja remontu i przypomniał sobie, że mimo oczywistych niedogodności związanych z takim przedsięwzięciem, to miło się planowało, jak będą wyglądać poszczególne pomieszczenia.
Przy drzwiach przywitał go Lil. Zachowywał się, jakby nie widział mężczyzny dwie doby, a nie pięć minut. Tank leżał za kanapą i tylko uderzał ogonem o panele, pokazując, że cieszy się, że Courtney wrócił. Był jednak spokojniejszy i wylewne okazywanie uczuć zostawił młodszemu koledze.
Kurator uśmiechnął się mimowolnie i podrapał Lila za uszami, gdy przy nim przykucnął.
— Nauczyli cię w ogóle czegoś w tym schronisku? Siad? Siad!
Lil zamiast wykonać komendę zaszczekał kilka razy, podskakując przy tym na przednich łapach. Wyglądał, jakby właśnie usłyszał „spacer” zamiast „siad”.
— Nie idzie ci to, co? — Zza szczekania Courtney usłyszał głos brata. Kiedy spojrzał w stronę źródła dźwięku, zobaczył Marshalla, niestety nadal nieprzejmującego się ani niższą temperaturą niż w lato, ani swoją nagością. Courtney więc najpierw nie powstrzymał automatycznego spojrzenia na jego męskość, a dopiero potem szybko odwrócił wzrok.
— Ubierz się, Marshall… — Westchnął i nacisnął na ciało psa ponad ogonem. — Siad!
Lil faktycznie opuścił tyłek, ale także przednie łapy. Po chwili leżał z brzuchem w górze.
— Hahaha, to ci idzie! — Marshall zarechotał, obserwując to z uśmiechem na ustach. Przy okazji przeszedł do sypialni brata, żeby zabrać mu jakieś rzeczy do ubrania. Zresztą, już niektóre swoje tam trzymał, bo tak było według niego łatwiej niż w torbach w salonie. Między innymi dlatego Courtney cieszył się z remontu w piwnicy, bo to oznaczało, że rzeczy jego brata właśnie tam wylądują. I zdecydowanie nie zamierzał mu odmawiać funduszy na szafę.
— Chase’owi to chyba lepiej pójdzie! — odpowiedział Marshallowi, rezygnując z nauczenia Lila, czym jest komenda „siad” i tylko drapał go po brzuchu.
Marshall nie odpowiedział, bo albo nie słyszał, albo nie miał co, za to Courtney usłyszał dzwonek swojej komórki. Zostawił więc pieszczenie brzucha Lila i podszedł do biurka zawalonego papierami, na które nie miał czasu do tej pory przez nowego psa. Nie mógł w spokoju usiąść i ich ogarnąć, ale na szczęście nie były to te z tych „na już”. Miał jednak problem ze zidentyfikowaniem położenia telefonu pod papierami, więc kiedy wreszcie go poczuł, odebrał bez sprawdzania, kto dzwoni.
— Courtney Corn, słucham?
— Następnym razem patrz, kto dzwoni. — W słuchawce usłyszał głos Chase’a. — Nie brzmisz kobieco, kiedy mówisz.
— A dlaczego miałbym brzmieć kobieco?
— No, jakbym to nie ja dzwonił ode mnie i byś się przedstawił — jęknął Chase z pretensją, że mężczyzna nie załapał.
— Nawet mrucząc do ciebie „hej, skarbie” nie brzmię kobieco, Chase — odpowiedział kurator z rozbawieniem, obracając się i opierając tyłkiem o blat biurka. — Co słychać?
— Chciałem spytać, czy jesteś w domu. Jadę tym pierdolonym rupieciem z budy. A mówić możesz „słucham”, a potem opowiedzieć jakąś bajkę, że Coney nie ma.
— Brzmi dobrze. I jestem w domu, możesz przyjść, będę robić obiad niedługo, to dostaniesz. Psy już zjadły. I chyba nie uczyliście Lila komend, hm?
— Uczyliśmy… — Chase brzmiał na zaskoczonego.
— Tak? Na „siad” nie reaguje — odpowiedział Courtney poważnie, bo wydawało mu się, że to akurat była pierwsza komenda, jakiej się uczy psy. Spojrzał nawet na Lila pytająco, jakby chciał, by ten mu właśnie wytłumaczył, dlaczego zignorował to polecenie.
— Nie? No dziwne, bo zwykle siadał. A „waruj”? Reaguje? Może to przez nowe miejsce albo bo cię nie zna.
— Może… Z „waruj” nie próbowałem. Na razie leży i pokazuje wszystkim, jaki ma piękny brzuch. Może ciebie posłucha — stwierdził kurator i przeciągnął się. Przy okazji pomasował się po szyi, gdzie miał wczorajszą malinkę. Na szczęście golf ją zasłaniał. — Masz jakieś życzenia na obiad?
— Uuu, nawet mogę mieć życzenia. Nie wiem, żeberka może? Albo… ooo, może coś azjatyckiego? Nie wiem, jak w tym stoisz. Zresztą, co zrobisz, będzie dobre.
— Okej, coś z ryżem na słodko-kwaśno wymyślę. I jak tam w szkole, hm? Wszystko w porządku z tym ostatnim testem z matmy? — dopytał kurator, wiedząc, że chłopak w zeszłym tygodniu uczył się do jakiegoś sprawdzianu, a mimo wszystko starał się trzymać rękę na pulsie, jeśli chodziło o oceny Chase’a.
— Jako tako. Powiem tak, dupy nie urywa, ale raczej do przodu — burknął Chase.
Jeszcze chwilę rozmawiali o ocenach, o szkole, a kiedy z sypiali wyszedł Marshall, spytał, z kim brat rozmawia i poszedł zrobić sobie coś do jedzenia. Na sobie miał za małą koszulkę, najpewniej Courtneya i swoje dresowe spodnie. Zapowiadał się spokojny wieczór.

8 thoughts on “Newton’s Balls – 59 – Lil

  1. Katka pisze:

    Roland, spoko, ważne, że wszystko jasne ;) Dzięki za życzenia! Tobie też wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! :)

  2. Roland pisze:

    Ok, dziękuję za wyjaśnienie😊 Niestety nie czytałem info. na stronie. Wychodzi na to, że muszę cierpliwie czekać, co mi ciężko przychodzi. ☺ Pozdrawiam i życzę dużo weny i wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

  3. Katka pisze:

    Roland, ponieważ tak jak jest napisane w rozpisce na stronie i tak jak pisalysmy w poście świątecznym, mamy przerwę świąteczną, w której nie wychodzą rozdziały :) NB pojawi się w nowym roku.

  4. O. pisze:

    że niby Lil Wayne czy Lil – Lol? xD Czy od Lilo i Stich? ;o Ja nie wiem xD
    Stado Corna się powiększa xD

  5. Katka pisze:

    Kasia, noo, rozkoszny, to się zgadzam. Takie małe, szalone szczeniaki są cudowne. Ale masz rację, trzeba go przeszkolić i to porządnie, bo jednak pies jest niezdyscyplinowany, a ma za dużo energii XD Chase może się wykazać. Co do Courtneya, to właśnie jest to kwestia tego, że jest z tego zadowolony. Są ludzie, którzy by już mieli tego wszystkiego dość, ale on chyba sam potrzebuje właśnie tego, żeby coś się cały czas w domu działo :) Dzięki za komentarz! Pozdrowionka!

  6. Kasia pisze:

    Lil jest rozkoszny 😃 Mam nadzieję że zostanie z naszymi chłopakami na zawsze. Tylko trzeba go będzie trochę przeszkolić, bo mimo wszystko ma w sobie coś z niebezpiecznej rasy więc powinien się słuchać. Jak na razie ma wszystkie komendy w głębokim poważaniu, ale to raczej cecha wszystkich młodych psów 😀
    Podziwiam Courtneya że tyle sobie bierze na głowę i o dziwo nie drażni go to a raczej jest zadowolony. Fajne są takie domy gdzie ciągle coś się dzieje, co prawda nie wiem czy bym w takim wytrzymała ale czyta się o tym bardzo przyjemnie :)
    Ciekawe co takiego przyszło do głowy Chasowi że wymyślił to golenie, będę w ciężkim szoku jeśli to to o czym ja myślę 😉
    Dziękuję dziewczynki :) Miłego weekendu życzę :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s