Across The Cursed Lands III – 37 – O Czarowniku z Waszyngtonu

Charleston w Zachodniej Wirginii położone było nad rzeką Kanawha, która w języku Indian oznaczała „wodną drogę” albo inaczej „drogę kanoe”. To właśnie tutaj plemię Irokezów rywalizowało niegdyś z innymi plemionami o tereny. Również tutaj znajdowały się wielkie złoża gazu ziemnego, soli i węgla.
Od powstania miasta, Charleston rozwijało się powoli. Tak naprawdę dopiero po założeniu Banku Wirginii oraz otwarciu hotelu nazwanego Kanawha House życie w tym mieście rozkwitło. A miało to miejsce zaledwie około czterdzieści lat temu. Można było więc powiedzieć, że miasto było młode, choć rozkwitające. Wiele niewolników żyjących tu jeszcze przed wojną pracowało przy wydobywaniu soli, a w 1860 roku, na rok przed tym, jak rozpoczęła się wojna secesyjna, stanowili prawie jedną czwartą nielicznego wówczas miasta. William miał szczerą nadzieję, że dziś, trzynaście lat później, nie będzie ich tu wcale. Nie popierał niewolnictwa, a Maverick i Nicholas mówili, że gdy byli tu ostatnio, ten widok był jednak bardziej powszechny.
Przybyli do miasta od północnego zachodu. Przekroczyli rzekę i wkroczyli do centrum. Jefferson i William nie pytali o wiele, bo ich towarzysze wyglądali, jakby wiedzieli, gdzie mają się udać. Spokojnie przejechali przez miasto, mijając ratusz z wysoką wieżą zegarową. Po drodze przechodzili obok białych i czarnych mieszkańców, ale ku ich uldze wielu tych drugich było ubranych podobnie do swoich białych braci.
Już zanim dojechali do Charleston, uzupełnili swoją amunicję. Na wszelki wypadek. Nie mieli pojęcia, co zastaną u Showa. Jefferson więc był gotów strzelać z rewolwerów i strzelby, Nicholas też miał rewolwer i karabin Gatlinga. Maverick miał swoją dubeltówkę, a William Colta Civilan. I każdy z nich uzbrojony był w nadzieję, że nie będą musieli użyć żadnej z tych broni.
— Dokąd zmierzamy? — zapytał William, podjeżdżając do prowadzącego ich Nicholasa.
— Jedziemy do zajazdu, gdzie mamy nadzieję znaleźć Showa — odpowiedział spokojnie generał, na razie nie rozwijając swoich myśli.
Lekarz zauważył, że jest czujny, jakby nie ufał temu miastu. To nie było pocieszające.
— Zajazdu? Czy to nie jest zbyt niebezpieczne, żeby był w zwykłym zajeździe? — zapytał lekarz z powątpiewaniem. Takie miejsce spotkania narażało wiele postronnych osób na niebezpieczeństwo. Chociaż może Show liczył, że dzięki temu nikt nie zaatakuje.
Było już późne popołudnie, a oni wszyscy czuli się właśnie, jakby mieli aż za dużo energii. Wszystko przez emocje i podenerwowanie tym, co mieli zastać i czego mieli się dowiedzieć.
— Nie mógł podać nam innego miejsca w liście — odpowiedział Nicholas oschle. Było jednak wiadomo, że nie dlatego, że ma dość Williama, a po prostu jest bardziej skupiony na otoczeniu.
Maverick jechał trochę z tyłu i zachowywał się podobnie. A Jefferson opanowywał drżenie dłoni.
W końcu, po chwili ciszy, przejechali prawie całe Charleston, żeby zaraz za jednym z zakrętów, na przyjemnym odludziu, ujrzeć zajazd. Nawet był przed nim znak obwieszczający, że można zjeść i nocować tu „U Hale’a”. Jedyne co burzyło idealny obraz tego miłego zajazdu pośród drzew… to fakt, że zajazd był prawie doszczętnie spalony.
Zapewne w dniach swojej świetności był pięknym miejscem. Poza parterem miał dwa piętra. Sam budynek był naprawdę sporych rozmiarów, choć teraz wyglądał ponuro i samotnie, szczególnie w otoczeniu już pozbawionych zieleni drzew i mnóstwa suchych liści na ziemi.
Maverick obejrzał się za siebie na miasto, a potem powiódł spojrzeniem po otaczającym ich lesie. Dostrzegł Flapa w oddali, właśnie przysiadającego na jednym z drzew. Obserwował ich spokojnie.
— Chodźmy. Bądźcie ostrożni — powiedział do pozostałej trójki i spiąwszy boki Nacomy, ruszył pod sam zajazd.
Jefferson chciał spytać, czy to dobry pomysł, żeby tam szli. Bo jak niby Show miał na nich czekać w spalonym zajeździe? Nawet ze swojego miejsca widział już, że nie ma dużej części tylnej ściany. Zachowały się wyłącznie frontowe drzwi, kilka okien, ścian, a na samej górze może pokój. Nicholas z Maverickiem wydawali się jednak całkiem pewni tego, dokąd idą, gdy podchodzili do werandy.
— To tu? — Ranger w końcu odważył się spytać, kiedy Nicholas zszedł z Ducha, podszedł do drzwi i miał przekręcić klamkę.
Obejrzał się na młodego mężczyznę i rozejrzał po okolicy.
— Oficer wraca na komendę? — spytał niespodziewanie dla obu młodszych towarzyszy.
Jefferson przytaknął, a William zeskoczył z Pigmenta. Nie był pewien tego miejsca, ale najwyraźniej ich starsi towarzysze wiedzieli, co robić.
— Nie przywiązujemy koni — postanowił Zwierzak.
Nicholas także wrócił do Ducha i zdjął przywiązaną do jego siodła broń. Ogromny karabin Gatlinga zabrał ze sobą, a Ducha odgonił klapnięciem w zad, tak samo jak Maverick zrobił z Nacomą. Jefferson ufał swojemu wierzchowcowi, ale nie ufał Pigmentowi. Dlatego lejce drugiego konia przywiązał do siodła swojego ogiera. Dopiero wtedy, uzbrojeni i gotowi na wszystko, podeszli do drzwi spalonego budynku.
Nicholas nie zapukał, a po prostu wszedł do środka. Wnętrze było opustoszałe. Na parterze pokoje przetrwały pożar, chociaż było widać, że wiele mebli się zajęło. Było brudno, wszędzie był kurz i popiół. Schody prowadzące na piętro były szerokie, ale barierki się połamały i albo spaliły, albo upadły na dół.
— Źle mi się to kojarzy — szepnął William bardziej do siebie, ale Jefferson trzymający się go, usłyszał to.
— Z Ośrodkiem Karmazynowa Rzeka? — odparł szeptem, trzymając dłoń na kolbie rewolweru. Jeśli miał strzelać, wolał nie celować, tylko wyciągnąć rewolwer i pociągnąć za spust, licząc na refleks.
— Mhm. I z biblioteką w Chicago.
Maverick tylko obejrzał się na nich i odchylił kapelusz, żeby jego szerokie rondo nie zmniejszało mu pola widzenia. Też trzymał strzelbę w pogotowiu. Niepokoił się coraz bardziej, kiedy przeszukiwali parter, a Showa nigdzie nie było widać. Nie było nawet śladów przebywania innej osoby. Poza kuchnią, w której zobaczyli czysty imbryk i filiżankę.
— Chyba tu był — szepnął, dotykając porcelany.
Nicholas skinął głową i rozejrzał się po pomieszczeniu, aż zdecydowanym krokiem ruszył do jadalni. Ta była pusta, na środku stał nadpalony stół, a za nim widać było las. Ściana z tej strony domu spłonęła doszczętnie, zawalając się w dużej części do środka. Poza drzewami jednak widać było coś jeszcze. Kawałek od zajazdu, za krzakami, Nicholas coś dostrzegł. Kiedy podszedł bliżej, żeby upewnić się, czy to już zagrożenie, czy wskazówka, ujrzał ukryty wóz.
— Na pewno tu był. Albo raczej jest — dodał, pokazując reszcie, co odkrył.
— Możliwe. Sprawdzę piętro — zaproponował Maverick i klepnąwszy Nicholasa w ramię, zawrócił w stronę schodów.
Niedługo zajęło mu sprawdzenie wyższych kondygnacji. Co prawda na pierwszym piętrze przetrwały trzy pomieszczenia, ale już poddasze było całkiem zrujnowane. Ściany się zawaliły, a dach miał wielkie ubytki. I nigdzie nie było Benjamina. To martwiło go coraz bardziej.
— Nick. Nie wiem, czy to nie jest pułapka — zaczął, schodząc pospiesznie po schodach. — Jeśli to Jess wysła…
Urwał nagle, bo gdy tylko zszedł z ostatniego schodka i postawił stopę na podłodze, coś mocniej zatrzeszczało. Zastygł więc i spojrzał pod nogi. Był tam stary, zniszczony dywanik. Który na pewno spłonąłby, gdyby leżał tu w trakcie pożaru i który powinien być zdecydowanie bardziej pokryty liśćmi i kurzem. Aż go zaskoczyło, że wcześniej nie zwrócił na to uwagi.
Jefferson podszedł do Zwierzaka. Kucnął i zastukał kolbą w podłogę nauczony ostrożności w czasie swoich podróży, a i spięty przez skojarzenie Williama. W jednym miejscu był to zdecydowanie bardziej pusty dźwięk niż kawałek dalej. Spojrzał w górę na Mavericka, który stał nad nim. Pociągnął dywanik na bok i obaj usłyszeli spod spodu cichutki brzdęk dzwoneczka, a przed nimi ukazała się klapa w podłodze. Schody prowadzące na piętro prowadziły, jak się okazało, także w dół.
— Broń w pogotowiu — mruknął cicho Maverick i postanowił ruszyć przodem.
Trzymając przed sobą strzelbę, powoli zaczął schodzić w dół. Kroki stawiał ostrożnie, bo w piwnicy było ciemnawo. Ale nie do końca. Bo gdy już całą swoją postawą zniknął pod poziomem parteru, zobaczył światło. Kilka lampek za załomem korytarza musiało oświetlać tamtejsze pomieszczenie, a on wreszcie ujrzał… znajomą twarz.
— Nie sądziłem, że i ty się wybierzesz na to spotkanie, Zwierzaku. Opuściłeś swoje ranczo. Chwali się, chwali — powiedział spokojnym, głębokim głosem mężczyzna z sumiastymi wąsami, stojący kilka kroków dalej. Dłonie miał splecione na plecach.
— Ben… — wydusił Maverick, po czym krótko gwizdnął za plecy, dając sygnał swojemu partnerowi, że jest bezpiecznie.
— Tak, ja. I niestety nie tylko ja — odparł Benjamin i zaraz zostawił Mavericka, wracając do pomieszczenia na końcu wąskiego korytarza, z którego dochodziło światło.
Maverick popatrzył za nim z pytającą miną. Piwnica miała kamienne ściany, była wąska i ciemna. Miał dziwne przypuszczenia, że ich dawny towarzysz broni nie jest w niej całkiem bezbronny, mimo tego jak się ukrywa i w jakiej postawie na niego czekał.
Nie ruszył za nim, tylko poczekał na pozostałych. Gdy ci do niego dotarli, nakazał im opuścić broń.
— Spokojnie. Jest bezpiecznie — powiedział.
— Jest tu doktor? — zapytał William, który był lekko blady, zapewne z obawy przed tym, co mogło ich tu czekać. Albo przez wspomnienia, w których w podobnej piwnicy spotkał się z Jeffersonem z czymś bardzo… śmiercionośnym.
— Tak, w tamtym pomieszczeniu — wyjaśnił Maverick, po czym podążyli całą czwórką do oświetlonej przestrzeni.
Jefferson, który ostatni wszedł do piwnicy, na wszelki wypadek zamknął właz za plecami. Dołączył do reszty. Na końcu korytarza odkryli mały pokój, którego centrum stanowiło spore łóżko. Przy nim stały nieznane dla większości maszyny. A do nich podpięty był jakiś mężczyzna. Show w swojej opiętej kamizelce stał tuż przy nim i właśnie poprawiał jedną z rurek, która wystawała mu z klatki piersiowej. Poza tym w pomieszczeniu było jeszcze jedno małe łóżko, stary fotel, kilka książek, walizka i… tyle. Jak na standardy Dżentelmena, była to wręcz nora.
Na sam ten widok każdemu z przybyłej trójki zabrakło słów. Rozejrzeli się po pomieszczeniu, w którym na całe szczęście nie było zimno. Ale jeśli Show spędził tu ostatnie chociażby kilka tygodni, zarówno Nicholas, jak i Maverick byli pod wrażeniem.
— Musisz nam wszystko wyjaśnić, Ben — wydusił w końcu Zwierzak.
William tymczasem przeszedł obok niego i spojrzał na mężczyznę na łóżku. Ciało do żeber miał okryte grubym kocem, jakby ten był niezbędny do utrzymania ciepła organizmu. Był blady, miał sinawe usta, ale wydawało się, że żył. Ledwo.
— Co tu się dzieje…? — wydusił z trwogą i spojrzał uważniej na doktora, którego ostatni raz widział w czerwcu w Galveston.
Benjamin zaplótł dłonie za plecami, popatrzył na umierającego, a potem na swoich dawnych kompanów.
— Jak widzicie, drodzy panowie, z racji że nie mogłem się stąd ruszyć, z oczywistych względów, potrzebowałem, abyście wy zjawili się tu i poznali pana Horsta. Może jego nazwisko jest wam znane, gdyż pan Horst z synami swego czasu posiadał największe fabryki w Houston. Teraz jednak umiera przez osobę, z którą miał interesy i której śladem podążają panowie Black i Lockerbie. A teraz i wy przyjaciele — dodał na koniec do Małego Nicka i Zwierzaka przyjaźnie, ale i formalnie.
William i Jefferson od razu wymienili spojrzenia.
— Horst? Czy jego synem nie jest Anthony Horst? — zapytał Showa lekarz.
— Był.
— Słucham?
— Był. Obaj synowie pana Horsta nie żyją.
William z trudem przełknął ślinę. Pamiętał Anthony’ego. To jego Jefferson razem z innym Texas Rangerem eskortował do Houston i dzięki temu William w ogóle poznał swojego obecnego partnera. Przecież ten chłopak był taki młody!
— Co się z nim stało?
— Obaj synowie zostali niestety zastrzeleni. Obaj w podobnym czasie przez bandytów, którzy zabrali ze sobą cały transport upiorytu. A ich ojciec, jak widzicie, też nie ma się najlepiej — wyjaśnił Show, najwyraźniej podchodząc całkiem sucho do przedstawianych faktów. Nicholas przypuszczał, że to była jego zawodowa umiejętność.
— Ale co w ogóle ta rodzina ma wspólnego ze sprawą? — spytał, uważając, że mocno niestosowane jest teraz w ogóle pytanie, gdzie do diabła cały ten czas był Show.
— Usiądźcie. Porozmawiajmy na spokojnie, choć na pewno czasu wiele nie mamy — odpowiedział Benjamin, wskazując im zapraszającym gestem pomieszczenie, jakby zapraszał ich do najdroższych salonów.
Kiedy trójka mężczyzn z oporem zaczęła zajmować miejsca, William pochylił się do starego Horsta. Położył mu dłoń na piersi i poczuł… że to ledwo bije. Bał się zapytać, czy to jest to, co myśli. Czy również Horst został zainfekowany wirusem zabijającym serca. A kiedy jego wyobraźnia pokazała mu na tym miejscu Jeffersona, zrobiło mu się słabo.
— Wszystko w porządku, panie Lockerbie? — zapytał uprzejmie Show. — Wygląda pan dużo mężniej, niż gdy widzieliśmy się ostatnio, ale teraz nagle pan zbladł.
— Nie, wszystko jest dobrze — odpowiedział William zachrypniętym głosem i na miękkich nogach podszedł do łóżka, na skraju którego usiadł Jefferson. Zajął miejsce obok, ale nie spojrzał na niego, tylko wbił wzrok w ich obecnego gospodarza.
Show zaczął przekręcać coś w urządzeniach, które były podłączone do starego Horsta. Mężczyzna wyglądał jak nieboszczyk. Był blady i chudy, a do jego ciała tłoczone były płyny w różnych kolorach. Dla wszystkich poza Showem i Williamem wyglądało to jak czarna magia.
— Po tym jak pan Lockerbie przejął moje obowiązki, chwilę zostałem w Galveston, ale później wpadłem na pewien trop. A by nie zanudzać was, moi mili, skrócę moją opowieść do tego, czego się dowiedziałem. W kraju działa człowiek, który ze swojej obsesji wobec odmienności stworzył plan zawładnięcia krajem. Do tego potrzebował jednak wielu ludzi. Niektórzy pomagają mu z własnej woli, inni nie. I jedną z osób z tej drugiej kategorii był pan Horst.
— Dlatego umiera? — spytał Jefferson, a Show uśmiechnął się pod nosem.
— Tak właściwie pan Horst już prawie nie żyje. Podtrzymuje go przy życiu tylko ta machineria. A jest to konieczne, bo nie jestem oprawcą, a on chciał wyjawić pewne informacje jedynie generałowi TABiW. Cóż, najwyraźniej, Nick, dorobiłeś się całkiem niezłego prestiżu.
— Jest nieprzytomny — zauważył Maverick.
— Możemy temu zaradzić. Zaraz podam mu coś, co go na chwilę wybudzi, ale najpierw chcę rozwiać trochę więcej waszych wątpliwości. Dotarliście może do czegoś konkretnego w tej sprawie?
Było dużo do opowiadania. Ale z racji na to, że Show nawet nie zaproponował im herbaty czy whisky, swoim zwyczajem, a od razu przeszedł do rzeczy, Maverick i Nicholas czuli, że z jakiegoś powodu czasu jest mało.
— Mamy trop o kyanicie transportowanym z fabryki — odezwał się Maverick, chcąc to jak najbardziej pokrótce opowiedzieć. — Adela zdołała dowiedzieć się, do czego służy.
— I do czego? Bo wiemy, że transportowali też serca. — Tu Show zwrócił się do Jeffersona i Williama. — A także upioryt. — Wskazał nieprzytomnego Horsta. — Ten człowiek coś tworzy. Coś co na pewno bardzo poważnie nam zagrozi i nie jest to armia, bo wtedy nie zabijałby w taki sposób swoich wspólników.
— Lund też był w to zamieszany — wtrącił Jefferson niespodziewanie, a wszystkie oczy po sekundzie były skierowane na niego. — W Kansas City już nie ma nikogo zaufanego. A Lund był tam z jakąś kobietą, gdy po niego pojechałem. Wydawała się… dziwna.
— W jakim sensie? — spytał Show, znowu prostując się, kiedy już wstrzyknął w jedną z rurek jakąś substancję, a ta popłynęła wprost do serca Horsta.
— Była… bez twarzy. Miała też metalową kończynę. Ale nie tak jak generał. Nie dosłownie. Cholernie trudno też było ją zabić. Nie wiem, czym, do kurwy, była tak naprawdę. Lund mi też nie powiedział, bo zginął.
— Kiedy natknęliśmy się na Edmunda Rise w pewnym miasteczku, też odkryliśmy coś dziwnego. Wyglądało na to, że eksperymentował na dzieciach. Jedna dziewczynka była jak… jak pozbawiona rozumu, martwa, ale ruszająca się — wtrącił William. — Jakby nic nie czuła. Uznaliśmy, że to też jest powiązane z tamtą kobietą w Kansas.
Show pokiwał głową i zakręcił wąsem. Jego drobne okulary osunęły się na sam skraj nosa. Wyglądał, jakby właśnie układał wszystkie puzzle w jedną całość.
— Tak. To by się zgadzało. Powinniście, moi drodzy panowie, to wszystko ze sobą powiązać. Skoro mówi pan, panie Black, że trudno było ją zabić, należałoby ją przeegzaminować.
— Mamy tylko jej dłoń — wyjaśnił z zawodem William. — Do tego nie ze sobą, a w Frankfort.
— Och tak… To za mało. Gdyby tylko udało się zdobyć całe ciało…
— Chyba nie myślicie, że tego może być więcej? — spytał z obawą Jefferson.
Nie wiedział, jak miało być to możliwe. Skąd ten ktoś miałby brać chętnych do stania się czymś takim jak ta kobieta? Opowiadał może reszcie, jak ona wyglądała, ale wątpił, czy ci zdają sobie w pełni sprawę z tego, jak się zachowywała.
Show odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął smutno.
— Obawiam się, panie Black, że może być tego więcej, niż wszyscy tutaj zdajemy sobie sprawę. Myśli pan, że fabryka kyanitu była potrzebna tylko do budowy protezy tamtej kobiety? Myśli pan, że te wszystkie narządy transportowane z Ośrodka Zdrowia zostały jej wszczepione? Albo czy doktor Rise eksperymentował tylko po to, żeby odebrać rozum i sumienie jednej osoby, którą pan zlikwidował? Nie. Jak wspomniałem… wróg chce „wyczyścić” nasz kraj. I nie zrobi tego w pojedynkę. Nick — zwrócił się niespodziewanie do generała. — Jeśli będziesz miał możliwość, sprawdź rejestry i raporty odnośnie ucieczek i uwolnień z aresztów. Jestem pewien, że znajdziesz wielu zbrodniarzy i dawnych członków Klanu, którzy niespodziewanie znaleźli się na wolności.
Generał skinął głową.
— Już robiliśmy dochodzenie o członach KKK. Są z tym powiązani. Jak zresztą ze wszystkim, co jest związane z „czystkami”. Bo jak dobrze cię rozumiem, Ben, to ten człowiek dzieli z nimi ideały? — spytał, a kiedy Show chciał odpowiedzieć, wszyscy usłyszeli niski kaszel dobiegający od łóżka.
Horst najwidoczniej dzięki podaniu substancji znowu bardziej żył. William od razu się uniósł, jakby chciał podejść do tego mężczyzny. Ale ostatecznie znów usiadł na łóżku i czekał w napięciu. Okropne w obserwacji było to, jak bardzo… umierająco wyglądał mężczyzna.
— Spokojnie, panie Horst. Wszystko w porządku — zwrócił się do mężczyzny Show i usunął się, żeby odsłonić mu widok pozostałych gości. — To jest generał Orkenzy, z którym chciał pan pomówić.
Wszyscy w napięciu popatrzyli na Horsta, który ledwo oddychał, a pot szybko zaczął pojawiać się na jego czole i skroniach. Dłonie mu drżały, a on przekrwionymi oczami spojrzał na wskazanego mężczyznę.
— Generale…
Nicholas uniósł się, żeby podejść do mężczyzny. Ledwo go słyszał. Horst miał suchy i szorstki głos. W widoczny sposób trudno było mu mówić.
— Tak, panie Horst? Proszę mówić. Z kim pan pracował?
Umierający położył dłoń na swojej klatce piersiowej i od razu spojrzał na nią z niechęcią, kiedy poczuł wystające z niej rurki. Poza nimi wszędzie było masę osocza i kompresów. Czuć było od przedsiębiorcy zapach śmierci.
— Sprzedawałem…. sprzedawałem mu upioryt za bardzo dobrą cenę… Odbierał go zawsze jego człowiek. Smith. John Smith, tak się nazywał — wysyczał, starając się mówić szybko i wyraźnie, ale sprawiało mu to wiele wysiłku. Nicholas czuł, jak cały drży i jak blisko był śmierci. Wręcz nią emanował. — I to on mi to dał. To on mnie zabił… nim wrócił do niego… do Czarownika z Waszyngtonu.
William i Jefferson zastygli. Dotąd byli przekonani prawie na sto procent, że to John Smith jest tym najważniejszym człowiekiem. Że gdy go zlikwidują, wszystko będzie dobrze. A teraz wyglądało na to, że problem sięgał dalej. I jeśli było w to zaangażowanych tak wielu ludzi, jak uważał Show, to chyba wpadli na naprawdę wielką organizację.
— Więc jego zwierzchnik jest w Waszyngtonie? Cały czas tam przebywa? — zapytał Nicholas.
— Ta… tak… Smith jeździ po kraju i wykonuje jego rozkazy. A Czarownik musi… musi zostać, bo… jest politykiem.
— Politykiem? Wie pan, jak się nazywa? — spytał, chłonąc wszystko, co Horst mówił i nie zwracając uwagi na to, jak reszta reaguje na te informacje.
Show wyglądał na zaskoczonego, ale nie tak jak reszta. Tak jakby tego wszystkiego już się domyślał.
— Nie… Nie znam — odpowiedział z trudem umierający mężczyzna. — Ale ma obsesję na… na punkcie swojej skóry…
Chciał mówić dalej, ale nagle rozkaszlał się, choć brzmiało to bardziej jak błagalne dyszenie o powietrze. William poczuł zimny dreszcz na całym ciele, mimo że takie widoki nie były mu obce. Ale nieustannie widział na jego miejscu Jeffersona i nie potrafił zachować spokoju. Przez to niespodziewanie złapał Rangera za dłoń i ścisnął ją.
— Nikomu nie może… generał ufać — powiedział szeptem Horst, nie mając siły na więcej. — Tylko… prezydentowi. Rząd jest skorumpowany… Szeryf w Waszyngtonie też. Kto jest przeciwko niemu… umrze… jak… ja — wydyszał, a Nicholas tak naprawdę ostatniego słowa po prostu się domyślił.
Show szybko położył dłoń klatce piersiowej swojego pacjenta. Chyba tylko po to, żeby upewnić się w tym, co każdy widział. Serce tego biedaka przestawało bić. Dżentelmen znów przekręcił coś w jednej z maszyn i… zaraz ręcznie zaczął pompować krew do jego ciała.
— Ostatnie pytanie, Mały Nicku.
Nicholas z paniką spojrzał na Horsta. Nie był to pierwszy człowiek, który przy nim umierał. Widział więc wyraźnie, że Show ma rację.
— Panie Horst, proszę się skupić. Gdzie Smith wiózł upioryt?
William mocniej ścisnął dłoń Jeffersona. Maverick miał wrażenie, że nie oddycha już od dobrej minuty. Wydawało mu się, że zimne dreszcze czuje aż w szpiku w kościach. Za bardzo przypominało mu to wojnę.
A Horst już nie potrafił się skupić. Nie potrafił utrzymać się przy życiu, ani sam, ani przy pomocy Showa. Ostatnim, co wydusił, było rozpaczliwe „Rrr… Ri…”. Po czym odszedł. Jego przekrwione białka były skierowane na generała, jakby ostatnim oddechem błagał, żeby ten naprawił błędy jego życia i powstrzymał nadchodzącą tragedię.
Nicholas patrzył jeszcze chwilę na Horsta. Na jego martwą twarz. Show jako jedyny się poruszał, jakby niewzruszony tym, co się stało. A może już zbyt długo był przy tym mężczyźnie, żeby odbierać jego śmierć jako coś złego. Bardziej jako coś upragnionego i nieuniknionego.
— Niestety, już więcej dla niego nie dało się zrobić. Ten człowiek tak pozbywa się swoich wspólników i… jedyne, co mogę na to poradzić, to sztucznie je podtrzymywać — mówił Show, kiedy zamykał dłonią oczy zmarłego.
Dopiero wtedy Nicholas odsunął się od łóżka i spojrzał na pozostałą trójkę.
— To… — zaczął, ale nie skończył. Brakowało mu słów.
— To tak jak ci ludzie, którzy umarli przy wozie. Których badała twoja matka, prawda, Will? — odezwał się w końcu Jefferson, pamiętając szczątkowe informacje, które przekazywał mu lekarz.
Ten pokiwał głową na potwierdzenie, czując, że nie jest w stanie wydusić z ust ani słowa. Ostatkiem rozsądku zabrał dłoń, żeby nie wyglądało to w oczach Showa podejrzanie.
— T… tak — wydusił. — W ten sposób umierały osoby, które były Smithowi niepotrzebne. Odkryliśmy z matką, że nie jest to zakaźne, więc my jesteśmy bezpieczni — dodał, nie chcąc mówić, że wszyscy poza Jeffersonem. — Ale myślę, że mieli łatwy sposób, żeby tych ludzi zainfekować.
Znów zapanowała chwila ciszy. Nikt się nie odzywał, a na szczęście Williama, nikt też nie ciągnął tematu martwego Horsta.
— Cóż, panowie… Myślę, że to nam wszystkim jasno uświadamia, że stoimy przed czymś, z czym trudno będzie nam wygrać — powiedział Show, znów zaplatając dłonie za plecami.
— Tylko skąd ty to wszystko, Ben, wiesz? — zapytał Maverick ze ściągniętymi brwiami. — Zniknąłeś na kilka miesięcy. Nie było od ciebie żadnej informacji. A teraz zachowujesz się, jakbyś sam robił dochodzenie.
— Bo tak było. Dlatego, swoja drogą, Nick, piękne nowe protezy. Chyba jednak nie byłem ci aż tak potrzebny, jak niejednokrotnie raczyłeś mi przypominać. Albo czekaj, robił to jeszcze dosadniej nasz kochany Maverick. — Show uśmiechnął się do Zwierzaka. Zapanowała nagle dziwna atmosfera. — Ale tak… — dodał zaraz, żeby nie wywiązała się sprzeczka. — Jak wspominałem, po Galveston natrafiłem na coś, co było istotniejsze niż…
I urwał. Nagle dobiegł ich z góry wielki huk.
— Co to było…? — odezwał się William i, nauczony przez odruchy Jeffersona, od razu wyciągnął swojego Colta.
Zresztą, pozostali też sięgnęli po broń. Chwilę nasłuchiwali, po czym doszli do wniosku, że zdecydowanie słychać… kroki. Podłoga w tym spalonym domu skrzypiała potwornie.
— Nie jesteśmy sami — mruknął Maverick.

7 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 37 – O Czarowniku z Waszyngtonu

  1. Katka pisze:

    O., nooo, ponuro się dzieje… Wraz z zimą u chłopaków nadeszły mało radosne wydarzenia. Ale jakby zdołali dostać w swoje ręce Hibikiego, to na pewno by się im to przydało…

    Luana, taki tam rozdział pełen napięcia XD Nie dało się inaczej. To ważna sytuacja dla chłopaków. Dość przełomowa, bym powiedziała. A z przełomami przybywają emocje. Fajnie, że podniosłyśmy ciśnienie, hehe. Ale mu tu tylko opowiadamy ich historię XD A czy ktoś z góry ich nie pozabija… Zobaczymy. Zależy, kto to jest i jak dużo ma ze sobą naboi… Dum dum duuum!

  2. Luana pisze:

    Najpierw zaserwowałyście trochę napięcia, potem wrzuciłyście parę informacji, strachu Willa o partnera, a teraz na koniec znów napięcie i strach o to co będzie dalej. Czy to tylko Jess i Hibiki czy też z nimi są te dziwne hybrydy jak ta kobieta z którą miał do czynienia Jefferson. Dobrze jesteście w podnoszeniu ciśnienia. :)
    No i się wyjaśniło, że Ben jednak nie jest z tamtymi jak mi się wydawało. Ale sprawa coraz bardziej się komplikuje. Do tego wciąż martwię się o serce Jeffa. Ile jeszcze wytrzyma. O ile nikt z tych co są na górze ich nie pozabija. Ale wierzę, że na to nie pozwoliłyście. :D
    Pozdrawiam.

  3. O. pisze:

    Jak to Hibiki to trzeba go przycisnąć o serum. Choć do końca nie byłoby mu co wierzyć a Horst na którym można by było to sprawdzić (jeśli to ten sam wirus) to już jest martwy. Czarne chmury! Same czarne chmury!

  4. Katka pisze:

    Kaczuch_A, kończenie rozdziałów w takim momencie jest właśnie dla komentarzy zaczynających się od „omójbożeomójbożeomójboże” XD A tak na serio, to takie budowanie napięcia, tym bardziej, że w następnym rozdziale… dzieje się! Fajnie widzieć takie poruszenie w Twoim komentarzu. A jak będziemy funkcjonować bez Rangera… Willuś nie chce się tego dowiadywać :( Walczy do samego końca. Chociaż smutno by było, gdyby koniec Jeffa był taki, jak Horsta…

    Omega, och jaki piękny optymizm się z Ciebie wylewa XD Czy Hibiki nie dostrzeże dywanu? Jest chyba to zbyt spostrzegawczy. Ale… to wcale nie musi być Hibiki. Zobaczymy, zobaczymy. W ogóle, w sumie fajnie, że go jako tako nie skreślasz. I jest to na swój sposób zaskakujące, bo jakby nie patrzeć, jest tu całkiem czarnym charakterem. Tzn nie dał jeszcze powodów, żeby uważac, że jest „dobry”. Ale to super, bo jednak patrzysz na jego charakter. W sumie ciekawa jestem, czy Jess go lubi… XD Ooooch no i miód na nasze serca to Twoje kminienie odnośnie planu zawładnięcia światem i stworzenia tych stworów. Fajnie widzieć takie kminienie :D Co do upiorytu, to mnie się wydaje, ze w tym świecie ludzie nawet do końca nie zbadali jego prawdziwych właściwości. Bo to, że daje mnóstwo „mocy” to wiadomo, ale przecież też przez niego zwierzęta mutują, więc musi mieć więcej dziwnych… właściwości. Nad którymi człowiek na pewno nie panuje… Dzięki za obszerny komentarz! :D Mega fajnie się czytało :D Mam nadzieję, ze następny rozdział Cię nie zawiedzie :)

    Kasia, właśnie takie myślenie ma Will. Wie, ze Mav i Nick mu nie pomogą, więc nie widzi sensu w informowaniu ich. Jeff z kolei, tak jak mówisz, mógłby swoim podenerwowaniem jeszcze przyspieszyć działanie wirusa. Co innego Show – może on pomoże. Ale na to Will musiałby być z nim sam na sam… No i własnie wciąż jest pytanie, czy Jeff sam się nie domyśli… „A właśnie, ile będzie trwała ta przerwa świąteczna? Błagam nie za długo…” – haha XD Nie, spoko. Potrwa od 24 do 1 stycznia. Ale oczywiście nie oznacza to pustek na stronie w tym czasie :D jak zawsze będą atrakcje :) Właśnie skończyłyśmy nad nimi kminić. Więc spokojnie, coś się pojawi. I do czytania i do zabawy :D

  5. Kasia pisze:

    Ja też się trochę zdołowałam tym umierającym Horstem. Ale może jak Will porozmawia z Showem to coś jeszcze wykombinują? I ja uważam że dobrze że Will nie mówi wszystkim o chorobie Jeffa bo ani Nick ani Mav nic by nie pomogli a Jeffa tylko by to dodatkowo zestresowało. Chociaż teraz zastanawiam się czy Jeff sam się nie domyśli gdy zobaczył Horsta… No i oczywiście też protestuję na koniec rozdziału w takim momencie! To na pewno Jess i Hibiki i pewnie ich pomocnicy. Cóż może uda się zbadać całe przetworzone ciało – optymistka ze mnie jak zawsze :) Dobrze że przed świętami się jeszcze czegoś dowiemy. A właśnie, ile będzie trwała ta przerwa świąteczna? Błagam nie za długo…
    Dziękuję bardzo 😀

  6. Omega pisze:

    Więc prawdopodobnie wściekła Jess i Hibiki dotarli już do Charleston… Choć jeśli to nie oni, to martwiłabym się jeszcze bardziej o to, co się stanie w następnym rozdziale. Choć jeśli to wymieniona parka, to skrycie liczę na to, że jakimś cudem Hibiki nie dostrzeże dywanu, którego nie powinno tu być, a Jess to zignoruje? xD Cóż… mam nadzieję, że nikt bardziej już nie ucierpi, ani że Showa nam nie zabiją (główne postacie powinny jednak utrzymać się przy życiu jak najdłużej, więc automatycznie wierzę w to, że ich życia są bezpieczne), bo w końcu ciągle za wiele się nie wyjaśniło w sprawie, nad którą pracują, a Show bez wątpienia ma jakieś cenne informacje… Do tego William ciągle nie spytał o to jak pomóc Jeffowi. .-. Zapowiada się źle i jednak nie będę się oszukiwać, bo z pewnością znajdą zejście do kryjówki… Może się uda ustrzelić Hibikiego (sama nie wiem co o nim myślę, bo nie lubię go za zabicie matki Willa, ale z drugiej strony wydaje się całkiem fajny, więc nie chce aby umarł xD) i w końcu pogadać z Jess, która jest jednak ciągle po stronie swojego brata, choć po cichu. Mogliby wszystko uzgodnić, dowiedzieć się co, jak i czemu no i byłaby wtedy chwila spokoju aby zrozumieć sytuację w jakiej wszyscy są.
    Ogólnie jeśli chodzi o ten cały plan zawładnięcia krajem, to stworzenie nieśmiertelnej armii jest interesującym pomysłem. Upioryt pewnie byłby użyty jako taki akumulator wspomagający te całe serca, żeby dobrze funkcjonowały? (znaczy nie jestem tego pewna, ale fakt, że ich potrzebowali narzuca mi na myśl, że próbowali wznowić pracę serca i wszczepić je osobom takim jak ta dziewczynka z cmentarza). Nie wiem czy byłoby to wykonalne, bo nie znam zastosowań upiorytu poza tymi użytymi przez bohaterów (dłuższe palenie się ognia i w wielu maszynach, choć wprawia w ruch pająka, więc może odpowiednio zrobione napędzi też serce?). Przyjmując powyższą teorię, to te niebieskie kamyczki izolujące chroniłyby przed przegrzaniem wszystkiego. Protezy (te supernowoczesne) są z pewnością o wiele wytrzymalsze od zwykłych kończyn ludzkich, więc byłoby znacznie trudniej powstrzymać armię złożoną z samych takich cyborgów.
    Tak sobie analizując wszystko przypomniałam początek opowiadania (jakiś kawałek po zakończeniu pierwszej podróży Willa z Jeffem), gdzie Jefferson został potraktowany przez kogoś igłą… Nie wydaje mi się, aby zostało to gdzieś wyjaśnione, ale jeśli było i po prostu wyleciało mi z głowy, to przepraszam. Nie wydaje mi się, aby akurat tamta sprawa była związana z jego stanem zdrowia, gdyż gdyby ktoś już wtedy próbował się go pozbyć, to chyba tak długo by się objawy nie rozwijały… Choć kto wie? Ciekawi mnie co się wtedy wydarzyło… W mojej głowie tworzą się teorie spiskowe, że Jeff pracuje dla Smitha lub kogoś jeszcze innego, więc chyba będę się już kładła xD (nie wydaje mi się to prawdopodobne, ale tamten skok w czasie był podejrzany)
    Tradycyjnie życzę weny i wysyłam swoją miłość do was ♥ xD

  7. kaczuch_A pisze:

    Omójbożomójbożeomójboże! Jak mogłyście skończyć w takim momencie no~! I Jeff umrze i będzie najbardziej dramowe opowiadanie wszech czasów, i wszystkich zabiją i chcę już wiedzieć co będzie dalej. Czemu Will jełop jeden nie powie, że Jeff umiera, niech powie o tym Nickowi i Maverickowi, może coś wykombinują. Matko ja tu zejdę na zawał do kolejnego rozdziału, w ogóle to powinno być zabronione kończyć rozdziały w takich momentach. No i jak my będziemy funkcjonować bez Rangera~! Nie no nie godzę się na to, ale nie widzę nadziei, żeby się wszystko dobrze skończyło, po prostu to jest nierealne, biorąc pod uwagę jak ciężko było utrzymać przy życiu tego faceta. Utopię się w rozpaczy~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s