Newton’s Balls – 58 – Opiekuńcze instynkty

Chase jeszcze zdążył odpisać na smsa od Raphaela odnośnie zadania do szkoły, które obaj musieli zrobić, nim wyszedł z autobusu. Już nie jeździł rowerem, chociaż chciałby. Ale było już na tyle zimno i ślisko, a on nie miał odpowiednich ubrań, że zmuszony był na razie inaczej podróżować. Nie uśmiechało mu się to, głównie przez czekanie na przystanku i fakt, że musiał schować w szopie, w opuszczonym domu niedaleko, swój rower. Nawet jeśli tam ktoś mógł go ukraść, nie zamierzał brać roweru do dziadków. Ci prawie na sto procent postanowiliby spieniężyć jego własność, co oczywiście nie zmieniało faktu, że nie lubił być taki uzależniony od rozkładu jazdy autobusów i szczerze wolałby mieć samochód, na który nie było go w żaden sposób stać. Trudno.
Przeszedł kawałek z przystanku, aż znalazł się pod domem swojego kuratora. Kiedy wszedł do środka, zamiast niego przywitał go Marshall. Spodziewał się go, bo w końcu umówili się dzień wcześniej, że pomoże mężczyźnie.
— Hej — rzucił do starszego Corna, nie zdejmując butów, tylko zamykając za sobą drzwi.
— Hej, dobrze, że jesteś. Myślałem, że sam będę musiał się z tym pierdolić. — Marshall wskazał brodą dwa kartony. Jeden był zamknięty i tylko on wiedział, co w nim jest, drugi był otwarty i wystawały z niego cynowe rury. — Masz samochód?
Chase spojrzał na niego jak na debila.
— Mówiłem ci, kurna, że nie. Jak masz coś większego, to dopiero pojedziemy na złomowisko i zrobimy dwie rundki.
Mężczyzna nie wyglądał na zadowolonego z tej informacji.
— Courtney, kurwa, wziął samochód — burknął, czując się poszkodowany przez los, że nie miał własnego środka transportu. Jak ten dzieciak. A przecież był dorosłym facetem… który miał wyrwanych kilka lat z życiorysu. — Dobra, to nie rozbieraj się. I tak musimy pojechać po transport. Chujnia, że od razu nie wpadłeś po niego. Nie jeździlibyśmy jak debile.
Chase prychnął i najpierw przeszedł przez dom w stronę kuchni w towarzystwie psa, który nie odstępował go na krok. Stęsknił się.
— Courtney przecież miał ci go zostawić — mruknął, sięgając do szafki i zabierając z dużego opakowania jeden z batonów zbożowych, które, według właściciela domu, były zdrowsze i lepsze jako przekąska niż puste cukry. Dla Chase’a nie było różnicy, byle by zapchać brzuch.
— Miał, ale coś tam mu wyskoczyło. — Marshall stał nadal blisko drzwi i tak obaj krzyczeli do siebie przez cały salon. — I będziesz teraz żarł, czy idziemy? — dodał wymownie, niecierpliwiąc się. Chciał to dziś załatwić, a już brak samochodu opóźniał jego plan.
— Moment, może? Ty cały dzień miałeś, kurwa, lodówkę, ja mam dopiero teraz. Uwierz, twój brat nie jest aż taką mamuśką, aby mi żarcie do szkoły robić — odparł nastolatek, w myślach dodając jednak, że nie jest zawsze taką mamuśką, bo czasami zdarzało mu się robić mu jedzenie na wynos, za co był mu wdzięczny, chociaż miał wrażenie, że trochę ciałka nabrał. Na szczęście miał je z kim spalać w łóżku. I winowajca odpłacał się możliwością przyjemnych ćwiczeń.
Marshall fuknął pod nosem, zakładając na piersi skrzyżowane ręce i czekając. Nie odniósł się do uwagi nastolatka, bo była celna. Czasami miał wrażenie, że jego brat jest bardziej przykładną matką i opiekunką niż kiedykolwiek ich prawdziwa matka była. To na swój sposób było zarówno dołujące, bo uzmysławiało mężczyźnie, w jak fatalnych warunkach się wychował, ale było też pokrzepiające, bo Courtney udowadniał swoją osobą, że można być kimś, niezależnie od pochodzenia.
— To się streszczaj. Mówiłem, nie mam całego dnia. Zresztą, ten się niedługo kończy i będzie ciemno.
Chase burknął, złapał jeszcze w rękę paczkę słodkich wafli z karmelem i butelkę wody, nim podszedł do Marshalla.
— No, to wychodź, zaraz będzie bus. — Stuknął go butelką wody w klatkę piersiową, a mężczyzna fuknął ostrzegawczo.
— Nie zaczynaj, młody — ostrzegł go, nim schylił się, aby ubrać buty i kurtkę.
Chase tylko zarzucił swoją na plecy i pierwszy wyszedł z domu swojego kuratora. Na Marshalla nie czekał, uznając, że ten się nie zgubi i może go dogonić. Starszemu mężczyźnie, faktycznie się to udało, ale dopiero po kilku chwilach szybkiego marszu zrównał się z nastolatkiem kierującym się na przystanek. Inny niż ten, na którym wysiadł mniej niż pół godziny temu.
— W ogóle, to czemu się zgodziłeś? — spytał chłopaka starszy z braci Corn, kiedy już widzieli małą wiatę i łąkę, przy której zatrzymywał się autobus.
— Ale, że na co? — spytał Chase, zerkając na towarzysza z brakiem entuzjazmu na twarzy.
— Na dymanie Courtneya. — Marshall prychnął, po czym dodał już poważnie, nie w formie żartu: — Aby pomóc. Raczej nasze intencje są… przeciwne. I co by nie mówić, nie pałamy do siebie sympatią. — Zaśmiał się ze swoich słów, bo były dość delikatne. Albo się mylił i były właściwe, a on tylko źle oceniał ich stosunki.
Chase zerknął na mężczyznę jak na głupiego. Zdarzało mu się to często, mimo że Marshall był od niego starszy.
— Bo Courtney prosił. A poza tym mogłem, więc… — Wzruszył ramionami, nie precyzując dokładnie swoich myśli.
— I tyle? — Marshall nie wyglądał na przekonanego i co by nie mówić, nie był. — Obiecał ci coś za to?
— Co? — Chase obruszył się, zerkając na brata swojej „dziewczyny”, o którym właśnie rozmawiali. — Co niby?
Marshall skrzywił się, patrząc w dół ulicy, czy nie jedzie już ich środek transportu. Nie jechał, chociaż mógł w każdej chwili pojawić się na zakręcie.
— Nie wiem, coś ekstra, co zwykle takie nastolatki chcą. Coś ekstra po to, po co z nim w ogóle utrzymujesz takie kontakty — wytłumaczył z niechęcią. Widział Chase’a jako gówniarza, który po prostu robi sieczkę z mózgu jego brata i który nie może sprowadzić na niego niczego dobrego, chociaż nie przypuszczał, aby ktoś był bardziej destrukcyjny dla Courtneya niż Dustin.
Chase skrzywił się brzydko i niespodziewanie walnął mężczyznę butelką w ramię.
— Pojebało cię, kurwa? — syknął, najeżając się.
Marshall nie oddał mu, bo nauczył się w więzieniu samokontroli. Do czasu, ale zawsze coś.
— Mnie? Niby czemu? Przecież pieprzysz się z nim dla rozrywki i jeszcze to nazywanie go dziewczyną… Ja pierdolę, nie jestem tak zjebany jak wy, ale, kurwa, widać chyba, że ma kutasa.
Nastolatek zaczerwienił się i obejrzał, jakby nagle na pustej ulicy miał się pojawić tłum gapiów.
— Pierdol się, wiesz?! — warknął, odsuwając się, aby sobie gdzieś pójść. — Wcale nie muszę ci pomagać z tymi gratami. Sam se jedź i proś, kurwa, bez skutku o pożyczenie samochodu. — Zaśmiał się, pokazując Marshallowi środkowy palec i odwracając się na pięcie, żeby odejść.
Mężczyzna warknął i zaklął, wznosząc oczy ku niebu. Klął na tę „dzisiejszą młodzież” i czuł się przy tym stary.
— Uważaj, żebyś sobie nie zrobił krzywdy, bo takie pizdeczki delikatne, co im nic nie można powiedzieć, tak mają! — zawołał za chłopakiem, który szedł, aż tego nie usłyszał. Wmurowało go, a złość momentalnie wyparła zażenowanie wcześniejszą rozmową.
— Jak żeś mnie, kurwa, nazwał?! — syknął, wracając od razu do mężczyzny, który ze spokojną miną dalej czekał na przystanku.
— Tak, że wróciłeś — prychnął i uśmiechnął się pod nosem. — Wrzuć może trochę na luz. Wiem, co odwalacie, jakoś żaden przeze mnie nie ma nieprzyjemności. A uwierz, mógłbym wam je zafundować, jakbym chciał. Wniosek? Widocznie nie chcę.
Chase zmrużył oczy, trochę się uspokajając. Nadal jednak chciał fizycznie oddać mężczyźnie za obelgę.
— No dobra, wróciłem i co? Nadal chcesz mi wpierać, że jadę z tobą na złomowisko, bo Courtney mi daje? — burknął, wciskając dłonie w kieszenie spodni.
— Nie mów, że nie ma w tym logiki? — spytał Marshall i odwrócił się, widząc, że ich autobus jedzie. — To będzie w chuj długa wycieczka. Naprawdę mogłeś od razu zabrać samochód od tego swojego szefa.
— Ja pierdolę, ile razy mam ci mówić, że Courtney miał zostawić swój? Skąd mogłem wiedzieć? A ty też geniusz. — Urwał na chwilę, kiedy pojazd się zatrzymał, drzwi się otworzyły, a oni wsiedli do środka. Dopiero kiedy usiedli, skończył myśl. — Mogłeś wziąć od niego numer i do mnie napisać, a nie się teraz mądrzysz jak pierwszy łysy byk na boisku do kosza. Bez jebanego zdania racji.
Marshall aż się zaśmiał z porównania. Pokręcił głową z lekkim politowaniem.
— Dobra, jak tam chcesz, teraz już… — chciał skończyć „dupa”, ale przez te wszystkie myśli o swoim bracie i tym chłopaku jakoś czuł potrzebę, aby skończyć inaczej — po sprawie. Lepiej skończ o tym, co cię pytałem.
Chase zerknął na starszą panią, która siedziała po lewej stronie pojazdu, kilka rzędów od nich i na parę dziewczyn, które radośnie ze sobą plotkowały, najwyraźniej irytując i skupiając na sobie uwagę staruszki. Ciężko było się dziwić, bo każda miała po słuchawce w uchu i mimo tego dalej ze sobą rozmawiały. Dość głośno.
Chłopak wzruszył więc ramionami zlewczo.
— No co? Nic mi za to nie obiecał. Jadę, bo tak niby wypada. Tym bardziej, że jakoś mogę pomóc, a też jesteś jego bratem i jakoś chcę… nie wiem, no, żeby było spoko, nie? — Chase na koniec spojrzał na twarz Marshalla. Bardziej męską niż brata, ze starannym zarostem wokół ust. Zobaczył, że te lekko się uśmiechnęły, a oczy zmrużyły z zadowoleniem na odpowiedź.
— Czyli co? Nie dupczysz tylko tej swojej „dziewczyny”? — Zaśmiał się, drażniąc się z nastolatkiem. Nadal nie mógł pojąć, jak do tego doszło, że ktoś tak odpowiedzialny jak Courtney, kto wyprowadził swoje życie na idealną prostą po początkowych kłopotach, bawił się w związek z takim dzieciakiem.
Chase, słysząc pytanie, zacietrzewił się, ale nie tak, aby od razu zwracać na siebie uwagę pozostałych pasażerów.
— A na to ci wygląda? — fuknął i pokręcił głową. — Bo jeśli tak, to dla twojej świadomości, nie, nie dupczę go tylko — burknął, bez chwili myślenia, mówiąc o Courtneyu jako o facecie, a nie kobiecie, co spodobało się Marshallowi. Nie chciał znowu mieć do czynienia z załamanym Courtneyem. Nie umiał go pocieszać i nie chciał tego robić, więc liczył, że nastolatek nie okaże się takim skończonym kutasem jak ich dawny kumpel, Dustin.
— Och, czyli on też ciebie? — rzucił zadziornie, za co został spiorunowany zszokowanym spojrzeniem.
— Co? Nie! — fuknął urażony Chase, a starsza pani też zerknęła na niego, a może też na Marshalla, który wybuchnął śmiechem.
Nastolatek już nic nie powiedział, tylko patrzył morderczym spojrzeniem na mężczyznę, który nie mógł powstrzymać wybuchu śmiechu. Chase jego zdaniem był tym bardziej urażony niż przez wcześniejsze wyzwisko. Bawiło go to, tak samo jak fakt, w jaki związek wpakował się jego brat, a raczej jak bardzo wpakował się w rolę kobiety. Nie dość, że kuchnia należała w stu procentach do niego, to jeszcze jego penis był mniej użytkowany niż jego, kiedy miał rozwaloną rękę. To było dość przykre, ale i zabawne jednocześnie.
— Już? — Chase w końcu stuknął Marshalla, żeby ten przestał się zachowywać jak wariat i zwracać na nich uwagę.
Mężczyzna jeszcze pokręcił głową z rozbawieniem.
— Żeście się dobrali — prychnął, na co odpowiedź dostał w postaci pokazanego środkowego palca.
— A tobie nic do tego. Jest… okej, więc… — Chase olał bardziej szczegółowe wyjaśnienia. Zresztą trudno było mu sobie to wszystko, co miał ze swoim kuratorem, ułożyć w głowie, a co dopiero rozmawiać o tym z jego bratem, który zresztą był nieprzychylny temu, co robili.
— Jak tam chcesz. Wiesz, jakie jest moje zdanie na ten temat? Że będziesz miał przejebane, jak powtórzysz akcję z Dustinem. Kojarzysz go? Mówił ci o nim? — spytał Marshall, a los dał czas Chase’owi na odpowiedź, bo autobus zatrzymał się na ich przystanku.
Wysiedli i ruszyli wzdłuż ulicy na złomowisko, które było ich dzisiejszym celem.
— Mówił. I jak ma się powtórzyć? Już nas „przyłapałeś” — odparł butnie nastolatek, chociaż podświadomie domyślał się, o co może mężczyźnie chodzić. Że ten nie chce, aby jego brat znowu miał bolesny okres po tym, jak okaże się, że jego romans, jakkolwiek by inaczej nie nazywać jego dawania dupy, jest kompletną porażką i jedyną osobą, która coś w to wkładała poza kutasem, był on sam. A Chase nie chciał w tej chwili sprawiać Courtneyowi bólu, chociaż szczerze, nie wiedział, do czego ich znajomość zmierza. I to też go martwiło.
Marshall za to chwilę lustrował nastolatka, który szedł wpatrzony w przestrzeń, z dłońmi w kieszeniach i lekko zgarbioną sylwetką. Daleko było mu do szkolnego psychologa, ale widział, że chłopak z czymś się gryzie. Jeśli było to tym, co łączy go z jego bratem, to Marshall mógł czuć się z siebie dumny. Zależało mu na Courtneyu. Starszy Corn był chyba starej szkoły, ale wyglądało mu na to, że Chase może i był dość głupi, ale nie pozbawiony sumienia, więc dawał jakieś nadzieje. Tylko… mógłby być starszy. Życie.

***

Ostatnia niedziela listopada przyniosła śnieg. Nie było jeszcze aż tak chłodno, ale sam widok białych płatków za oknem sprawiał, że wydawało się jakoś zimniej. Lato przeminęło bezpowrotnie i wyglądało na to, że krótka jesień też właśnie dobiegła końca. Tego dnia Chase do pracy w schronisku musiał znowu przyjechać autobusem. Nie było to dla niego specjalnie miłym doznaniem, ale ucieszył się w samym schronisku, gdy pojawiła się radosna wieść. Radosna dla jednego z jego ulubionych psów, czarnego mieszańca pit bullo-podobnego, o którym nie raz opowiadał Courtneyowi.
— Jedziesz do domu? Tak? Do domu? Chcesz? — Tina klęczała przed tym radosnym, młodym psiakiem i mówiła do niego, przy okazji drażniąc się z nim i łapiąc go za pysk co jakiś czas. — No jak chcesz, to pojedziesz! — Śmiała się, sama zadowolona, że ten pies wreszcie miał mieć swój dom!
Dzisiaj był przygotowywany do transportu, dodatkowo ładnie umyty i wyczesany. Jego nowi państwo za godzinę mieli po niego przyjechać, a on, w ogóle nieświadom, co się do niego mówi, i tak cieszył się jak szalony. Jak zwykle, kiedy poświęcano mu uwagę. Szczekał przy tym głośno i próbował złapać zębami rękę dziewczyny. Jego ogon ciął powietrze z taką siłą, że zachodząc go od tyłu, można było nabawić się siniaka na łydce.
— Cholera, będę za nim tęsknił. Ale zasługuje, aby w końcu mieć dom. — Chase był tuż obok drugiej pracownicy schroniska i właśnie przygotowywał psa do wyprawy. Bardzo się cieszył, że ten wiecznie odrzucany pieszczoch w końcu znajdzie lepsze miejsce niż schronisko. Nie rozumiał, dlaczego wcześniej nikt go nie chciał. Uważał, że ten czarny mieszaniec jest cudownym wulkanem energii, a do tego antydepresantem. No i był młody, nawet młodszy niż Tank. Można go było jeszcze wiele nauczyć i dobrze wychować. Bo na razie udawało mu się odwalać czasem niezłe akcje.
— Oczywiście, że zasługuje! Gdybym ja miała takiego psa, za nic bym go nie oddała — Tina mówiła z przejęciem, bawiąc się z czworonogiem, by wykorzystać jeszcze czas jego pobytu w schronisku. — Nie wiem naprawdę, czemu wcześniejsi właściciele go oddawali. No zobacz, jak się cieszy! — Zaśmiała się na koniec, kiedy pies śmiesznie podskoczył, z przednimi łapami równo uniesionymi, a jego uszy zabawnie zafalowały. Do tego te czarne oczy ze specyficzną, brązowawą obwódką cieszyły się tak, jakby był rzeczywiście świadom tego, że znajdzie swój prawdziwy dom.
— No, jak szczeniak — przytaknął Chase, a pies nagle zwrócił na niego uwagę. Podbiegł w jego stronę i naskoczył na niego przednimi łapami, po chwili przewracając się na bok i pokazując brzuch. Był czasem strasznie niezgrabny. — Wariat. A, Tina, wiesz co to za ludzie? Mówił ci ktoś o rozmowie adopcyjnej?
— Chciałam się dowiedzieć, nie? Ale, kurde, nikt tu czasu ostatnio nie miał, to tyle co się dowiedziałam, to że to rodzina z dwójką dzieci, które chciały psa i się na tego zdecydowali. Nie mieszkają w Milwaukee, tylko gdzieś z godzinę czy dwie drogi stąd. Może to lepiej, będzie miał jakąś przestrzeń czy coś — odpowiedziała dziewczyna luźno, czekając na telefon, kiedy będą mogli z psem wyjść na zewnątrz. Póki co siedzieli w niedużym pomieszczeniu z różnymi przyrządami do opieki nad psiakami, granatową kanapą pełną sierści i zabawkami walającymi się po całej podłodze.
— No, dla niego zajebiście by było, jakby miał ogród. I fajnie by było, gdyby miał kumpla, żeby nie wyładowywał energii na meblach, co wariacie? — Chase dodał do psa, który leżąc na boku, dorwał sznurówkę jego buta i właśnie gniótł ją między zębami.
Tina zaśmiała się z tego, a pies zaczął burczeć i popiskiwać z pretensją do sznurówki, że nie chce się odczepić od buta.
— Taaak, bo jedni go chyba właśnie dlatego wyrzucili. Niszczył co popadło. — Westchnęła i wyciągnęła rękę do brzucha zwierzaka, żeby go pogłaskać, ale powstrzymał ją dźwięk telefonu. Podskoczyła w miejscu, uśmiechnęła się szeroko i szybko sięgnęła do komórki, by odebrać. — Pewnie już są! — dodał z radością do Chase’a, a potem odebrała. I z każdą sekundą jej uśmiech znikał.
Chłopak nie pytał, co się dzieje, ale nie podobała mu się mina dziewczyny. Poczekał, aż ta skończy rozmawiać, jednocześnie przesuwając między palcami ucho psa, który obracał się jak krokodyl, próbując urwać mu sznurówkę.
— Co jest? — spytał, kiedy dziewczyna skończyła.
Tina popatrzył na psa, wciąż cieszącego się z uwagi i nieświadomego, co się dzieje wokół jego przyszłości.
— No… zrezygnowali… — bąknęła płasko.
Psiak jakby wyczuł, że jej ton głosu już nie zwiastuje niczego dobrego i obejrzał się na nią. Szczeknął nawet i wciąż na nią popatrując, pociągnął słabiej sznurówką, która utknęła mu między zębami.
— Jak to, kurwa, zrezygnowali? — Chase za to zareagował bardzo żywo, wpatrzywszy się w koleżankę z niedowierzaniem, ale i złością. Nie na nią, a na tych ludzi.
Tina rozłożyła ramiona i spuściła głowę, patrząc smutno na psiaka, a jej długie, ciemne włosy przesłoniły jej mało urodziwą, ale i tak sympatyczną twarz.
— Bo podobno jakieś spory pomiędzy tym rodzeństwem były i jednak zdecydują się na większego psa. No tak się nie robi, no! Zobacz na niego… — Bezradnie wskazała czarnego mieszańca, rozwalonego na podłodze. — Jak ja mam go teraz zaprowadzić do boksu…?
Chase także spojrzał na psa i przewrócił go znowu na bok z dużą siłą. Temu to się spodobało, bo zaczął się wić po podłodze, wykrzywiając zabawnie głowę.
— Wezmę go na spacer. Potem… potem go odprowadzę — burknął. Był zły na tych ludzi i na los, że znowu zakpił z tego psiaka. Nie rozumiał, jak mogło się to dziać. Wszystko sprzeciwiało się przeciw niemu, niczym jakaś klątwa. Nie rozumiał tego, a i personalnie bardzo do tego podchodził. Bo czasem utożsamiał się z nim. Taki niedopasowany, nie zawsze chciany, a jak chciany, to bez możliwości bycia razem. Bo co by nie mówić, Chase chciał mieć tego psa, ale wiedział, że nie może.
Psiak zastrzygł uszami na słowo „spacer”, które znał bardzo dobrze. Nie zareagował jednak inaczej niż wyczekiwaniem, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Tina za to pokiwała głową i ciężko uniosła się z podłogi.
— To… no, to okej. To ja idę się zająć resztą, nie?
— Okej, jakbyś mnie potrzebowała, to będę na zewnątrz — odparł Chase i jeszcze potarmosił psa po uszach, nim także wstał. Zabrał smycz i zawołał zwierzaka. — Chodź, wybiegasz się, chodź.
Czarny mieszaniec najpierw żywo usiadł, szczeknął, a potem podskoczył, stając na równe nogi. Jego cienki ogon zaczął przecinać powietrze z niesamowitą siłą, a pysk otworzył się do radosnego ujadania. Na ustach młodej koleżanki Chase’a pojawił się blady uśmiech, a oni wyszli bocznymi drzwiami na korytarz, aby chłopak mógł ubrać buty, kurtkę i czapkę i wyjść ze zwierzakiem na chłodną pogodę i prószący śnieg. Nie przeszkadzało mu to, tym bardziej, że uważał, że dobrze mu zrobi przewietrzenie sobie głowy.
Po chwili był z psiakiem na spacerniaku i patrzył, jak ten próbuje złapać płatki śniegu, niczym bańki mydlane. Było chłodno i brzydko, wcisnął więc dłonie w kieszenie, a pod palcami jednej wyczuł komórkę. Czarny pies bawił się sam ze sobą, więc uznał, że ma chwilę na telefon. Zresztą osoba, do której dzwonił, miała dzisiaj wolne. I jak się dowiedział, nie lubiła chłodu, więc pewnie grzała tyłek w domu.
— Hej, skarbie. Co tam? — Usłyszał głos Courtneya, gdy ten odebrał telefon.
— A chujnia. A co u ciebie? — Chase krótko przedstawił swoje samopoczucie, które odczuwał po porażce adopcyjnej.
Jak lubił patrzeć na tego psiaka, tak teraz jego widok wprawiał go w ciężki nastrój. Kurwa, nie powinno go tu być. Powinien mieć własną rodzinę, własny dom, własne zabawki i swojego pana. A było inaczej. Dalej chadzał po wydeptanym przez inne psy ogródku, był tak naprawdę niczyj i musiał dzielić się z innymi podopiecznymi schroniska osobami, które chociaż na chwilę mogły poświęcić mu uwagę.
— Dlaczego „chujnia”? — Kurator od razu spoważniał i zignorował pytanie. — Coś nie tak w schronisku?
Chase wzruszył ramionami, ale też odpowiedział do telefonu.
— No, można tak powiedzieć. Czarnego dziś mieliśmy wyadoptować, nie? Ale przed chwilą zadzwonili, że go nie chcą, bo coś tam. Czyli znowu porażka. Właśnie jestem z nim na spacerze — wytłumaczył ponurym tonem.
— Znowu…? — W głosie Courtneya usłyszał zarówno zaskoczenie, jak i żal. — Coś mu się to często przytrafia… Sprawdzacie tych ludzi jakoś sensownie? To nie są zabawki, które można wziąć i oddać za okazaniem paragonu… — Westchnął na koniec, najpewniej świadom, że nie tylko dla psa było to złe, ale i Chase czuł się z tym kiepsko.
Pies właśnie węszył przy ogrodzeniu, ciesząc się ze spaceru i zupełnie nie zważając na chłód. A wiało coraz mniej przyjemnie, aż gałęzie drzew za ogrodzeniem mocno się pochylały.
— No, nie ja się tym zajmuję! — warknął Chase, jakby uwaga mężczyzny o nieodpowiedzialnym wyborze przyszłego domu była skierowana do niego.
— Wiem, że nie ty. Ale coś jest nie tak, skoro ten pies miał tyle możliwości i dalej nie może znaleźć domu. Choć wiem, że to może być zwyczajny pech. Przykro mi. Naprawdę.
— Ta, jasne — mruknął Chase posępnie. Nie wiedział, czemu wyżywa się na Courtneyu. Był zirytowany i czuł się bezsilny. Nie miał pomysłu, co ma zrobić, aby pomóc temu psu. A wiedział też, że czym będzie starszy, tym będzie trudniej znaleźć mu dom.
Przez dłuższą chwilę słyszał tylko świst wiatru, bo po drugiej stronie telefonu jego rozmówca milczał. Do czasu.
— Hm… Chase…?
— Hm? — mruknął nastolatek. — Wrócę trochę później, jeśli o to chodzi. Pogoda się psuje.
— Nie, dalej chodzi o czarnego. Myślę, że… Co Tank powiedziałby na tymczasowego kumpla?
— Tymczasowego? O co ci chodzi? — spytał Chase, przy okazji robiąc groźną minę i patrząc z politowaniem, jak pies, z którym był na spacerze, właśnie brudzi sobie pysk w rozmiękłej od śniegu ziemi.
— Jeśli temu zwierzakowi tak cholernie się nie powodzi, to mogę mu zrobić trochę miejsca u siebie, dopóki nie pojawi się ktoś sensowny, kto na poważnie będzie go chciał u siebie — Courtney wytłumaczył spokojnie i pewnie, jakby myślał o tym od dłuższego czasu. — Marshall i tak tu pomieszkuje, więc będzie ktoś, kto może je zabierać na spacery.
Nastolatek długo milczał, ale w końcu powiedział głośno swoją pierwszą myśl:
— Przecież nie chciałeś.
— Wahałem się. Poza tym pytałeś, czy nie chcę na stałe. Tymczasowo mogę go wziąć. Ach… — tym razem w głosie Courtneya pojawił się cień wątpliwości. — O ile nie macie jakichś restrykcji, jak to bywa z adopcjami. Musi być dwóch pracujących rodziców, odpowiednie miejsce… Wiesz, co mam na myśli.
— Nie no, psy są wydawane też samotnym osobom. Ale to jak tymczas, to jak z kotami było. Podobne zasady — wytłumaczył Chase odruchowo, mimo że nadal był nieufny do nagłej chęci pomocy Courtneya. — Ale to… jak serio byś się zgadzał, to może dziś dałoby się to jakoś załatwić. No, jak masz wolne.
— Mm… mhm, która jest? Jedenasta… Pracujesz jeszcze półtorej godziny, hm? — Courtney mówił, a pies dalej bawił się na spacerniaku, obsikując drzewka, biegając tam i z powrotem i poszczekując na coś, co ujrzał gdzieś w oddali, daleko za ogrodzeniem.
— No ta, ale jak coś, mogę zostać dłużej. I tak się ujebał, to muszę go jeszcze raz umyć i wysuszyć — wyjaśnił Chase z wahaniem, którego dał wyraz w kolejnym zdaniu. — Ale czemu zmieniłeś zdanie? Jak z Marshallem, najpierw chcesz go wyjebać, a teraz robi ci remont w piwnicy i planuje wspólne mieszkanie.
Najpierw jako odpowiedź usłyszał krótki śmiech, a potem wciąż rozbawiony głos Courtneya, w którym jednak usłyszał jeszcze inną nutę, trudną do rozpoznania.
— Najwyraźniej łatwo ulegam i pozwalam kolejnym osobom wchodzić do swojego życia. I… to chyba zaczyna być przyjemne, Chase. Mieć tu kogoś.
Chłopak zamilkł, nie wiedząc, co odpowiedzieć, ale zaskakująco cieplej mu się zrobiło, kiedy usłyszał rozbawienie i taką przyjazną nutę w słuchawce telefonu.
— A… jakieś rodzinne instynkty, co?
— Coś w tym stylu. — Courtney wciąż mówił tak, że chłopak był pewien, że się uśmiecha. — To o której mam być po swojego chłopaka i nowego przyjaciela dla Tanka?
— Nie wiem… No, za jakieś półtorej godziny. Dwie. No, jak się zbierzesz. Może uda się to dziś załatwić, a jak nie, to chociaż wypiszesz wniosek — przedstawił mu plan, potem jeszcze dodając kilka rzeczy związanych z formalnościami.
W tym czasie zdążyło mu się zrobić chłodno w nos, policzki i palce dłoni, w której trzymał telefon. Ale kiedy patrzył na radośnie spędzającego czas na spacerniaku psa, myślał głównie o nim i o tym, że jak zrobi się na serio zimno w grudniu, to ten czworonóg będzie mógł grzać się z Tankiem w ciepłym domu Courtneya.
— W porządku, to przyjadę przed pierwszą. Mam nadzieję, że nie będzie problemów.
— Dobra, to do zobaczenia — odparł Chase z lżejszym sercem niż jeszcze kilkanaście minut temu. Do tego pies już kręcił się bliżej niego. Wybiegał się i znowu był zainteresowany swoim towarzyszem.
— Do zobaczenia, skarbie. — Usłyszał jeszcze odpowiedź swojego kuratora i „dziewczyny”, nim się rozłączył.
Czarny mieszaniec za to usiadł tuż przed nim, popatrzył na niego w górę i zabawnie przekrzywił głowę. Chase pochylił się i podrapał go po szyi, bo tam sierść nie była aż tak ubłocona jak na pysku.
— Chodź, weźmiemy kąpiel — rzucił i przypiął smycz do obroży czworonoga, nim ruszył do budynku schroniska, aby doprowadzić psa do czystości.
Istniała szansa, że skoro wszystko było przygotowane na jego wyjazd do nowej rodziny, to uda się go zabrać stąd dzisiaj do Courtneya. Po cichu też liczył na to, że skoro tu pracuje i ogarnia coraz bardziej formalną stronę działania schroniska, to jakoś przemknie przez wszystkie kruczki i nie będzie problemów z tak szybką przeprowadzką czarnego. Miał tylko nadzieję, że Courtney też nie będzie tym, który szybko się rozmyśli… Musiał przyznać przed samym sobą, że ostro by się na niego wkurzył, jakby ten doszedł do wniosku po tygodniu, że jednak nie daje rady wytrzymać w domu z dwoma psami…

7 thoughts on “Newton’s Balls – 58 – Opiekuńcze instynkty

  1. O. pisze:

    Jeszcze się okaże, że nowe psiątko będzie Marshalla – będzie z nim głównie spędzać czas w piwnicy xD Choć, oni wszyscy są Corna – w końcu to on ich karmi i to dobrze xD

  2. Katka pisze:

    Rehab-e, a wiiiidzisz, Marshall jednak nie taki zły, na jakiego z początku wyglądał XD Wszystko dlatego, że mimo jego wielu wad, tak naprawdę martwi się o Courtneya i chce dla niego dobrze. A to już jest miłe :) „W końcu nie mógłby pozwolić, by Chase się smucił.” – to jest tak bardzo prawda… Jak u Chase’a się nie układa, to Courtney ma psychiczny przymus momentalnego naprawienia tego stanu… A co Shane’a, to na pewno nie jest koniec jego przygód z Darrenem :) Pozdrowionka!

  3. rehab-e pisze:

    Ja nie wiem, co się z tym Marshallem ostatnio dzieje, ale zaskakuje mnie chłop. Jakiś taki spoko się zrobił. Aż mi dziwnie, że tak o nim myślę, bo gardziłam nim bardzo xDD
    Oczywistym było, że Coney przygarnie tego psiaka. W końcu nie mógłby pozwolić, by Chase się smucił.
    Nie miałam ostatnio czasu komentować, więc jeszcze w nawiązaniu do wcześniejszego rozdziału – Marshall, spoko kumpel jak z wybiegu i zauroczony nim Courtney. Ciekawe, co by Chase na to powiedział… xDD
    Czekam na dalszy rozwój akcji i Shane’a, bo zdaje się, że tamten koleś nieźle się wkręcił. Kto by pomyślał, że byczek dorobi się stalkera…
    Pozdrowionka!

  4. Katka pisze:

    Kaczuch_A, hehe, chyba największym szczęśliwcem w tym opowiadaniu jest właśnie Tank XD Teraz nawet kumpla dostanie! A co do Chase’a i Courtneya – jak widzisz, progres u młodego jest. Powolutku w tej jego pustej głowie zaczyna kiełkować świadomość, z kim się spotyka i kim go to czyni XD Ale jeszcze długa droga przed nim. A i fajnie, że Courtney zaplusował :) Dbanie o dobro piesi jest ważne! <3 Wena, wena, och, zbieramy chętnie jak zawsze. Dzięki!

    Kasia, noo, zdecydowanie rodzinnie. Teraz będą mieli taką dużą, męską rodzinę – Courtney, Marshall, Chase, Tank i nowe piesiontko. Pewnie Courtney by się złapał za głowę, jakby sobie uświadomił, że kilka miesięcy temu mieszkał sam XD O Boże, ale zgadzam sie w 100% odnośnie tej pracy w schronisku! Też bym pragnęła te wszystkie zwierzaki przygarnąć! A tu fizycznie nie można :( Ja bym kotów z kolei nie mogła. Ech, ech… Ale przynajmniej Courtney jednego pieska przygarnął :) Dzięki za komentarzyk! :)

  5. Kasia pisze:

    Rzeczywiście tak rodzinnie się zrobiło :) Najpierw integracja Marshalla i Chasea – śmieszna była ta ich rozmowa, ale z drugiej strony widać że obydwu zależy na Courtneyu. I znowu Chase zaczął trochę myśleć o ich związku :)
    Ta druga część też fajna, co prawda najpierw smutno mi się bardzo zrobiło, ale potem gdy Corn zaproponował tymczasową adopcje moje serducho aż urosło z dumy i zadowolenia :) Ja gdybym miała pracować w schronisku, to chyba bym wszystkie te zwierzaki adoptowała, a potem się udusiła bo niestety mam alergię 😆 Chociaż kto wie? jednego psa mam i tylko na wiosnę trochę cierpię przez kichanie ale za to jej obecność wynagradza to z nadwyżką :)
    Tak więc bardzo się cieszę że chłopcy tak sobie ulegają i starają się wspierać nawzajem i czują potrzebę aby dbać o siebie 😍Sielankowo 😉
    Bardzo dziękuję i pozdrawiam serdecznie

  6. kaczuch_A pisze:

    Tank będzie miał kompana, uroczego kompana i powiększa się pieska rodzina w NB i jestem tym zachwycona~! <3 I kurde Corn trochę tym zaplusował po ostatnich minusach w mojej ocenie xD Pieski ratują świat~! Co do reszty rozdziału, to jak Chase rozmawiał ze szwagrem xD o Kukurydzy w formie męskiej to było takie, no ja nie wiem dojrzałe, męskie, że jednak nie traktuje go jak panny. Spodobało mi się to. Marshalla w dalszym ciągu nie lubię, ale miło że się o brata troszczy, zeby się akcja z Dustinem nie powtórzyła. Ale w dalszym ciągu nie powinien u Corna mieszkać no~

    Weny i czekam na pieskie przygody~! :3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s