Across The Cursed Lands III – 36 – Dobrze wspominane miejsca

Buty obu mężczyzn zostawiały za sobą ślady w śniegu. Przez ostatnie trzy dni często padało, choć temperatury jeszcze pozwalały białemu puchowi stopnieć w ciągu dnia. Ale teraz, po długiej nocy, trawa była przykryta śniegiem, zaś konary uginały się pod jego ciężarem. Nie wiało, nie było szczególnie mroźnie, więc William i Jefferson udali się na spacer po okolicy, gdy Nicholas i Maverick wygonili ich z obozowiska. Jutro mieli dotrzeć do Charleston, ale wczorajsza podróż była tak mozolna i trudna dla koni, szczególnie przy pokonywaniu nierówności w gęstym lesie, że uznali, iż najlepiej będzie dać im jeszcze ze dwie godziny odpoczynku. Dlatego nie spieszyli się z wyjazdem, a William potrzebował ochłodzić umysł. Wszystkie właściwości surowców, minerałów i odkrytych dotąd przez ludzi medykamentów mieszały mu się w głowie w mało wyraźną papkę. Musiał się uspokoić, bo z takim panicznym podejściem nie wymyśli nic, co może pomóc Jeffersonowi.
— Nick wspominał, że w trakcie wojny walczyli w Charleston. Właśnie w tym, do którego ruszamy — powiedział, idąc powoli z dłońmi w rękawiczkach splecionymi za plecami. Na rondo jego kapelusza opadały płatki śniegu.
— Dlatego też wiedzieli, o które chodzi. Przyznam, że ja pewnie dałbym się złapać i pojechał gdzie indziej — odpowiedział Jefferson, zadowolony, że Nicholas trochę się rozluźnił w ich towarzystwie, jeśli można było to tak nazwać. — Ale ciekawi mnie, czego się dowiemy teraz.
— Ja także. Mam też nadzieję, że nastroje w Charleston panują dobre — powiedział William z zamyśleniem. Oddychał chłodnym, ale rześkim powietrzem. Musiał przyznać, że było to relaksujące. — W trakcie wojny było tam różnie. A nie chcę, żebyśmy natknęli się na Ku Klux Klan czy innych radykałów, zanim dotrzemy do doktora.
— Z drugiej strony po coś nas wzywał — zauważył Ranger dość kwaśno.
Przystanął pod jednym z wyższych drzew. Jego gałęzie zasłaniały ziemię, dzięki czemu śnieg nie był tu tak głęboki.
— Może ma rozwiązanie naszej wielkiej zagadki — dodał William, podchodząc bliżej. Stanął przed Jeffersonem i typowo dla siebie obejrzał go z góry na dół. — Ciekawi mnie, że doktor Show, Jess i Ad nie mieli nic przeciwko romansowi Nicka i Mavericka.
— Może mieli, ale nikt nic głośno nie mówił. — Jefferson objął w końcu lekarza w pasie. Lubił jego obecność. Odprężała go, gdy z każdym dniem czuł się coraz bardziej spięty. — Znali się i znają najlepiej na swojej pracy. To może dzięki temu łatwiej im było tworzyć ligę?
— Może. Ciekawą opowieścią na jakiś spokojny wieczór mogłaby być ta, jak w ogóle zdecydowali, że będą działać wspólnie na rzecz sprawiedliwości — podjął William, odpowiadając na objęcie i stając przy tym jeszcze trochę bliżej. Pomasował nisko plecy Rangera. — Kto z nich wpadł na pomysł, żeby to zrobić?
— W sumie… nigdy o to nie pytaliśmy. Nie mam pojęcia — zauważył Jefferson w szoku.
Po chwili spuścił wzrok z twarzy lekarza, żeby spojrzeć pomiędzy ich ciała i sięgnąć dłonią do spodni Williama. W końcu mu obiecał, a wcześniej nie było okazji. A lekarz, mimo że doskonale pamiętał tamte wyszeptane słowa, był w olbrzymim szoku, że Jefferson naprawdę się do niego dobiera. Przez to wstrzymał powietrze w płucach i odsunął trochę biodra od jego, żeby łatwiej było rozpiąć spodnie. Na szczęście płaszcz był wysoko zapinany, więc w ogóle w tym nie przeszkadzał.
— Mm… tutaj, tak? — wydusił.
— Przy ognisku jest zbyt… tłoczno — odparł Ranger, nie przestając, ale na pewno też nie unosząc wzroku na lekarza. Krępował się, ale nie pokazywał tego po sobie.
Rozpiął już pasek w spodniach Williama, przy którym od jakiegoś czasu ten nosił kaburę i swojego Colta. Pochwalał to, chociaż teraz nie mała lufa tego rewolweru go interesowała, lecz coś innego. Coś, co strzelało czymś znacznie… smaczniejszym.
William tylko zamruczał na potwierdzenie i obserwował go. Sam widok dobierającego się do niego Rangera pobudzał jego członek, który w końcu został chwycony przez… niestety zimną dłoń Jeffersona.
— Uch, sorry. — Mężczyzna szybko zauważył swój błąd, kiedy członek zaczął ogrzewać jego palce, a nie on penisa. Przysunął dłonie do ust i pochuchał na nie. — Ale to chyba na niewiele pomoże. Trudno. — Westchnął i uznając, że to bez sensu, kucnął.
— Twoje usta na pewno są ciepłe w środku — odparł rzeczowo William, choć serce dudniło mu szybko z rosnącego podniecenia. Oparł się jedną ręką o korę drzewa i spojrzał w dół.
Lubił Jeffersona w tej pozycji. Podniecał go. Ta jego słabość do obciągania, ta chęć przy takim pieszczeniu i zwyczajne zaufanie. Bo gdyby Jefferson mu nie ufał, nie robiłby tego. William nawet nie wiedział, kiedy nastało to, że ten uparty, twardo stąpający po ziemi Ranger przekonał się do niego całkowicie. To wszystko zdarzyło się tak bardzo w międzyczasie, że aż tego nie pojmował. A teraz… mógł go stracić.
— Mmm… jak zawsze sztywny — zamruczał Ranger i najpierw liznął członek, a zaraz wziął go do ust. Nie przedłużał, bo było zimno, a nie chciał tracić tego soczystego kutasa, który by zmarzł i zmalał.
Pozycja w kuckach nie była zbyt wygodna, ale wszystko rekompensowało mu uczucie penisa w ustach. William naprawdę go nie zawodził i nie kazał mu ssać wiotkiego ciała. Sztywniał i pulsował bardzo szybko. Dzięki temu mógł językiem wyczuć każdą żyłkę, kształt główki i niedługo później też smak wilgoci na końcu dziurki. A William opierał się na drżącej dłoni o drzewo i posapywał.
— Lubisz… gdy tak rośnie dzięki tobie… czy wolisz smak? — Odważył się zapytać.
Za to otrzymał groźne spojrzenie z dołu. Jefferson nie wypuścił członka z ust. I speszył się, bo myśli natrętniej zaatakowały jego mózg.
— Mm… — mruknął w końcu i na moment zostawił penisa. Jego usta nadal były przy nim blisko, a ciepły oddech zapobiegał odmrożeniu. — Chyba… jedno i drugie — burknął.
Patrzący na niego z góry William wydawał się robić to jak zwykle bardzo wnikliwie. Było to krępujące, choć Jefferson przyzwyczaił się do tego. Na szczęście to spojrzenie było w dużej mierze tak rozpalone, że na pewno lekarz myślał teraz głównie o spełnieniu, a nie o tym, czy to, co mówi Jefferson, może być w jakikolwiek sposób uwłaczające.
— Cieszę… się — wydyszał, a jego penis sam z siebie zabujał się, gdy spiął mięśnie. Był sztywny i wilgotny. — Jesteś cudowny.
— Mhm — mruknął Ranger i znowu wziął do ust członek, żeby ten już nie marzł. Był zresztą chłodniejszy, niż kiedy go wypuścił z ust.
Znów zaczął go ssać i badać językiem to, jaki był twardy i… smaczny. A William tym razem jęknął nieco głośniej. Nie przymknął oka tylko dlatego, żeby nie utracić widoku sceny, która rozgrywała się na dole. Ale było mu trudno, bo z każdym mocniejszym zassaniem, przez jego ciało przechodziły dreszcze. Jefferson za pomocą swoich ust i języka rozgrzewał nie tylko jego penisa, ale i całe jego ciało. Na tyle, że lekarz stracił trochę samokontroli i zaczął powoli poruszać biodrami.
Ranger chyba nie miał nic przeciwko. Chwycił się tylko mocniej jego biodra i uda, żeby się nie wywalić, kiedy tak kucał. Nogi go nie bolały. Może tylko trochę klatka piersiowa, kiedy nie mógł w pełni złapać oddechu. Ale przy tym na pewno było Jeffersonowi gorąco. Miał wypieki mimo mrozu i czuł, jak kropelki potu pojawiają się pod jego płaszczem na plecach.
Sam był podniecony tym, co się działo. Tym, jak William coraz śmielej posuwał jego usta, jak pocierał twardym członkiem o jego język i podniebienie. Jak sprawiał, że jego ślinianki szybciej działały i jak czasem go dławił. To wszystko było bardzo intymne, ale też tak podniecająco… pierwotne.
— Och, Jeff… do… dojdę — wystękał lekarz.
Wiedział, że Ranger nie każe mu się wysuwać. Że będzie chciał połknąć jego spermę chętniej niż jakikolwiek lek. I tylko szkoda było, że nie jest to faktycznie lek dla jego serca.
— Mmm… strzelaj — wymamrotał Jefferson na jego członku i oblizał go kilka razy. Chwycił nasadę dłonią, a wargami ciasno objął żołądź.
William sapnął, jęknął i krótko krzyknął, gdy po kilku sekundach z jego penisa wystrzeliło nasienie. Od kilkudziesięciu godzin nie zrobił sobie dobrze, więc orgazm był nie tylko intensywny i przejmujący całe jego ciało, ale też bardzo obfity. To była bardzo długa abstynencja Williama, ale zrobił to specjalnie, chcąc dać Jeffersonowi dużo dobroci. Ten więc był aż zaskoczony, jak wiele spermy znalazło się w jego ustach i jak… smaczna była. Bo chyba lekarz działał inaczej niż jakikolwiek inny człowiek, ale musiała służyć mu głodówka połączona z jedzeniem fasoli i pieczywa. Albo to Jefferson miał dziwne gusta smakowe. Cokolwiek to było, spowodowało, że Ranger oblizał się łakomie.
— Uch… dużo tego miałeś — skomentował z prześmiewczym uśmiechem, ale i tak oblizał główkę, gdy tylko przełknął.
— Dobrze, że nie jestem zainteresowany kobietami, bo miałbym już kilkanaścioro dzieci — odpowiedział William ze słabym uśmiechem. Ten orgazm go wypompował. Ale nie chciał, żeby to był koniec. Chciał, żeby Jefferson też zaznał przyjemności. Pogładził go więc po włosach i zaproponował: — Uniesiesz się? Mogę ci zrobić dobrze ręką, tak jak wtedy w stajni.
Jefferson zaśmiał się pod nosem. Uniósł się, ale pierwsze co zrobił, to schował penisa lekarza do spodni.
— Bo ci odmarznie i już żadnych dzieci mieć nie będziesz — zauważył i jeszcze go pocałował. — Może być, chociaż nie musisz. Jest cholernie zimno.
— Zrobimy to szybko. Przytul się przy tym — zachęcił William, przyciskając go całkiem stanowczo do siebie.
Gdy ich usta się przy tym spotkały i postanowiły bardziej popieścić, William sięgnął w dół i rozpiął mu pas. Jedna, sprawna ręka do tego wystarczyła. Drugą trzymał w pasie Jeffersona i całował się z nim namiętnie. A ten nie żałował mu swoich ust. Zresztą sam badał smak ust lekarza, tak jak chwilę badał smak jego genitaliów. I chyba jedno i drugie mu pasowało, chociaż William nie zakładałby się co bardziej.
— Pieruńsko zimno — zaklął Ranger swoim zwyczajem, kiedy tylko jego członek został odsłonięty.
— Już go ocieplę — zapewnił William, mówiąc wprost do jego warg. Złapał w całą dłoń penisa Jeffersona i poruszył nią po nim szybko. Nie zaciskał jednak mocno, żeby nie zrobić mu krzywdy. — Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mieli swój dom i będziemy mogli robić to spokojnie w jego zaciszu — dodał szeptem, wciąż stojąc niemożliwie blisko Jeffersona i trzepiąc mu.
Ten objął go jedną ręką za kark, drugą trzymając za bok.
— Mmm… na południu nie byłoby tak zimno… nawet o tej porze roku i w drodze — odparł, czując, jak jest mu coraz lepiej.
— Dlatego, gdy tylko to wszystko przeżyjemy, osiądziemy gdzieś na południu — odpowiedział William, cały czas podskubując jego wargi.
Pieścił go, dotykał i szybko rozgrzewał penisa, który rósł mu w rękach. Przy tym przytulał mężczyznę, żeby ogrzać go swoim ciałem, wciąż gorącym po przeżytym spełnieniu.
— Tylko… mmm… dobrze. Tylko nie każ mi tam siedzieć… Nie jestem Maverickiem — ostrzegł go Jefferson i mocniej, jak na potwierdzenie swoich słów, ukąsił go w wargę.
Przez to William aż drgnął i stęknął, ale nie poczuł metalicznego smaku krwi, więc nie musiał besztać swojego kochanka. Zresztą, to było całkiem seksowne. Sam więc pociągnął zębami jego dolną wargę i popieścił mocniej samą żołądź.
— Nie. Będzie tak, jak ustalaliśmy. Podróże i powroty do wspólnego domu.
— W którym… pewnie będziesz zszywał jakichś… mm… och, jakieś zwłoki. — Wysilił się na żarcik w czarnym stylu, z którym im obu było do twarzy. — Mmm, dobrze robisz.
— Ty też mi dobrze zrobiłeś. Ale gdy tylko będzie możliwość, chcę się z tobą kochać nago i w pełni. Bez znaczenia, który z nas będzie na dole — odpowiedział William, przyspieszając, bo czuł, że oddech Jeffersona jest całkiem płytki. Był bliski spełnienia. Poza tym też wiedział, że jego oddech staje się taki nie tylko przez podniecenie, ale też przez to, jak dużo energii jego serce potrzebowało, żeby dać sobie radę.
— Mmm… Will…
Jefferson w końcu stęknął, mocno przycisnął do siebie lekarza i w ostatniej chwili trochę się odwróciwszy, trysnął spermą na ziemię. Opadła na śnieg i tyle ją było widać.
A gdy tylko William poczuł, że ciało się uspokaja i przestaje drżeć, schował mu szybko penisa do spodni, wykazując się tą samą troską, jaką Ranger okazał jego genitaliom. To musiała być miłość.
— Och tak… Nigdy więcej tak długiej abstynencji… Nie miałem orgazmu trzydzieści dwie godziny — wydyszał, obejmując mocno Jeffersona.
Ranger najpierw go pocałował, po czym odpowiedział, bo czas, żeby powiedzieć na głos niektóre rzeczy, był mu potrzebny.
— Ciekawe, jakbyś smakował po sześćdziesięciu czterech.
A William głośno westchnął. Kapelusz zupełnie mu się przekrzywił przy tym całowaniu, kilka jasnych kosmyków wydobyło się spod tasiemki, a jego policzki stały się bardziej rumiane.
— Może będę kiedyś na tyle konsekwentny, żebyś mógł to sprawdzić.
— Trzy dni abstynencji. Niby każdy powinien to wytrzymać, ale tobie daleko do „każdy” — zauważył Ranger z kpiną w głosie. Odsunął się powoli od lekarza i pomasował po klatce piersiowej. — Wracamy, czy chcesz się jeszcze przejść?
— Możemy wrócić bardziej okrężną drogą — zaproponował lekarz, poprawiając na głowie kapelusz. — Lepiej dać trochę czasu naszym towarzyszom, bo może robili dokładnie do samo — dodał poważnie i rozejrzał się po zaśnieżonym krajobrazie. — Nie wiem tylko, który woli ssać.
— Też nie wiem. Którego obstawiasz? — Jefferson zgodził się tym pytaniem na propozycję Williama, żeby nie spieszyli się zanadto z powrotem do obozu. Chociaż młody Ranger nie pogardziłby widokiem swoich idoli z lat nastoletnich w intymnej sytuacji.
Ruszyli dalej po śniegu, na szczęście w wysokich, ciepłych butach. Słońce, które wzeszło nie tak dawno, świeciło mocno, a jego promienie odbijały się od białego puchu i raziły w oczy.
— Myślę, że… że chyba robią to na zmianę. Jestem w stanie wyobrazić sobie obu z nich na kolanach.
— Mhm… — Jefferson rozmarzył się, myśląc o tym i rysując te obrazy w wyobraźni. Nagle jednak spojrzał na lekarza. — Nie jesteś zazdrosny o to, że mnie to kręci?
— A chciałbyś na poważnie, żeby któryś z nich tobie zrobił ustami albo ty któremuś z nich? — zapytał spokojnie William.
— Chciałbym popatrzeć — odparł Jefferson równie poważnie.
Lekarz przemyślał to, idąc przez chwilę u jego boku i słysząc, jak śnieg chrzęści pod jego nogami. Mimo że było chłodno, równocześnie otoczenie wydawało się relaksować, a spacer stawał się z każdym krokiem coraz przyjemniejszy. Nie słyszeli wiele dźwięków natury. Było cicho i spokojnie.
— Myślę, że to w porządku. Fascynujesz się nimi, ale póki tylko mnie dotykasz, chyba jest dobrze — odpowiedział w końcu.
I zaraz poczuł, jak jest obejmowany w pasie i przyciągany do drugiego ciała. O mało się nie zachwiał, ale ręce jego Rangera nadal były silne. Tak samo jak słodkie były jego pocałunki, kiedy składał mu na policzku, tuż pod opaską na oku.
— Ty fascynujesz się truposzami, ale o nich też nie będę zazdrosny. — Jefferson zaśmiał się, nie chcąc powtarzać swojej przygody z Frankfort, kiedy między nim a Willem było już tak poukładane.
— Och, truposze… — William udał błogie westchnienie i uśmiechnął się do niego delikatnie. — Rzeczywiście. Żaden Maverick Bailey i Nicholas Orkenzy nie dorównują pięknie sinym i napuchniętym zwłokom.
— I żaden z nich pewnie nie umie tak trysnąć, jak napuchnięte ciało, kiedy się je rozkroi. — dodał Jefferson, pamiętając, jak kiedyś jako głupi dzieciak dźgał patykiem zbyt energicznie napuchniętą i starą, padniętą świnię.
— Właśnie tak. Nie porównasz z tym nawet mojej miesięcznej abstynencji — odpowiedział William z rozbawieniem. Temat go nie brzydził, ale był zabawnie absurdalnie. Choć nie był pewien, czy Nicholas i Maverick uznaliby podobnie.
Ranger skrzywił się z obrzydzeniem, kapitulując. Jego prywatny psychol, za jakiego uważał Williama, był nie do pokonania w takich grach. Dogadywali się dzięki temu wręcz doskonale.
— Ale wracając do tego. Naprawdę to najdłużej, ile sobie nie trzepałeś?
To było trudne pytanie, bo dla Williama było to jedną z koniecznych w czasie dnia czynności. Niczym jedzenie i załatwianie się. Zamyślił się jednak, przy okazji powoli zawracając z Jeffersonem do ich małego obozu.
— Hm… Nie wiem, nie pamiętam dokładnie. Ale rok przed pożarem mocno chorowałem. Mama bała się, że to będzie zapalenie płuc. Byłem wymęczony i półtorej tygodnia nie wychodziłem z łóżka. Wtedy też się nie dotykałem.
— To w sumie dobrze, że czasami wystarcza ci dłoń. — Ranger westchnął, nie puszczając lekarza, mimo że byli już coraz bliżej Mavericka i Nicholasa. — I obrazisz się, ale ciekaw jestem, jakbyś się dopraszał, gdybyś czuł się dobrze, a z jakiegoś powodu nie mógłbyś sobie sam ulżyć.
Przez te słowa William aż popatrzył na niego ze zgrozą w swoim błękitnym oku. Pokręcił głową.
— Za żadne skarby bym czegoś takiego nie chciał. Choć zapewniam cię, Jeff, że moja ręka nie jest nawet w ćwiartce tak dobra jak seks, który mam z tobą.
Jefferson zaśmiał się i mocniej zacisnął palce na płaszczu Williama, czując, jak mu drżą. Ostatnio polowania zostawiał Maverickowi.
— Może. Ale ty, króliku, byś mnie zamęczył, gdybyśmy to robili tak często, jakbyś chciał. Musisz zaznać trochę goryczy, żeby poznać słodycz.
— Dla takiej słodyczy jak twoje usta, twój tyłek i twój penis, jestem w stanie przetrwać — odpowiedział William wciąż w trochę prześmiewczym tonie, na co dostał odpowiedź tylko w postaci przewrócenia oczami.
Bo tak naprawdę, jak zauroczyło go ciało Jeffersona, tak jego charakter, osobowość i całokształt sprawiły, że go pokochał. Jedno nie istniało bez drugiego, a Jefferson był doskonały dzięki każdej cząstce siebie.
Przez tę wręcz sielankową sytuację, ten relaksujący spacer i bliskość na chwilę zupełnie zapomniał o problemach. O sercu Jeffersona, o doktorze czekającym w Charleston i o Johnie, który knuł i mordował. Chciał, żeby tak było już zawsze.

***

Miesiąc temu, 29 października

Hibiki nie był zadowolony higieną miejsca, w którym się znajdował. Oberża była, mówiąc łagodnie, niczym rynsztok. Po skosztowaniu piwa uznał, że zignoruje jego obecność na swoim stoliku. Siedział przy najbardziej zacienionym miejscu w rogu pomieszczenia, w którym było aż nieznośnie głośno. Umalowane kobiety z wielkimi dekoltami podskakiwały w tańcu na skrzypiącym parkiecie. Trunki lały się hektolitrami, a sufit drgał, jakby na piętrze właśnie pieprzyło się kilkadziesiąt osób.
Po raz kolejny ogarnął spojrzeniem oberżę. Nikt nie patrzył w jego kierunku. Nikt się nim nie interesował. Nikt poza barmanem, który krzywo spojrzał na jego skośne oczy, ale sprzedał mu trunek, widząc zapłatę. Zapewne zrobiłby to nawet, jakby Hibiki był czarnym, Indianinem, czy jakimkolwiek przybyszem zza oceanu, byleby tylko miał dość podobizn z boginią Wolności na reszce w swojej kieszeni. Zresztą, za cokolwiek, co miałoby wartość, na pewno sprzedałby piwo, poczęstunek czy brudne, śmierdzące łóżko w swojej gospodzie.
Hibiki widział w niej tyle obcych twarzy, ile tylko może się przewinąć przez takie miasto jak Nowy Jork. Z jednej strony było to pomocne. Z drugiej ten tygiel, jaki tu panował, wywoływał u niego ból głowy. Wolał nie pamiętać, że na amerykańskiej ziemi było to jego rodzinne miasto.
Spędził na samej obserwacji otoczenia ponad godzinę. Nie ryzykował. Nauczył się maksymalnej ostrożności. Gdyby tylko istniało małe podejrzenie, że ktoś z TABiW obserwował go w tej chwili, byłby spalony. A miał coś ważnego do przestudiowania.
Kilka razy rozprostował i zgiął palce jednej dłoni. Po tym, jak Texas Ranger przestrzelił mu ją w rezydencji Lockerbie, wciąż go pobolewała. Miał ją nadal zabandażowaną.
Wreszcie sięgnął do swojej kieszeni i wyciągnął z niej kopertę. Spokojnie, nie rzucając się w oczy, otworzył przechwycony list.

Moi drodzy kompani,
Wybaczcie niespodziewany list, ale czuję się ostatnio dość samotny. Myślałem o wspólnym wieczorze i pogaduchach. Może odwiedzicie mnie kiedyś? Wspominam z utęsknieniem te kwietniowe wieczory, które jeszcze spędzaliśmy z drogim, żyjącym wówczas Charliem.
Z życzeniami zdrowia,
B.S.

Już któryś raz czytał tę wiadomość. Wiedział, że gdyby nie wyczucie i wiedza, na co zwracać uwagę, nie udałoby im się pozyskać tego listu. Na pewno był kierowany do członków TABiW. Jak się domyślał, do generała. Tylko jeśli był to prawdziwy list, to był żałosny, a jeśli zaszyfrowany, to jeszcze gorszy. Spytałby pierwszego pijaczka w tej gospodzie, z czym mu się kojarzy kwiecień oraz Charlie i od razu dostałby odpowiedź, że to, co przychodzi mu na myśl, to bitwa o Fort Sumter. Czyli pierwsza bitwa, która odbyła się w wojnie secesyjnej w dniach od 12 do 14 kwietnia 1861 roku. Wygrali Konfederaci, z czego Hibiki był bardzo rad, chociaż nie była to krwawa bitwa. Umarły wtedy, cóż… tylko dwie osoby.
Jeżeli nadawca spodziewał się, że nikt nie rozszyfruje tego listu, musiał być głupi. Ale Hibiki wiedział, że nie był. Dlatego był podejrzliwy.
Coś mu poważnie nie pasowało. Prześledził nawet mapę, żeby sprawdzić wszystko, o co mogło jeszcze chodzić. Upewnił się, czy może w literach podane są współrzędne, ale nic nie wyglądało jak strzał w dziesiątkę. Już lepiej szło miejscowemu pijaczkowi wyrzucanie dobrych kości i zbieranie pieniędzy od coraz bardziej zirytowanych przeciwników. Hibiki tylko przez moment zastanawiał się, czy ten dożyje rana.
Wrócił myślami do listu. Przeczytał go kolejny raz. I w końcu zdecydował, że spyta o niego swoją towarzyszkę podróży. Z początku się wahał, jednak uznał, że jej wiedza i przeszłość w Boosa, o której doskonale wiedział, może okazać się cenną wskazówką.
Schował list. Piwa nie dopił. Nie chciał się struć. Zostawiwszy kufel na stoliku, bez słowa przecisnął się pomiędzy tańczącymi parami i wyszedł z tego parszywego lokalu.
Ulice Nowego Jorku mimo późnego wieczoru powitały go gwarem. Po prawej stronie na rogu jedna z dziwek próbowała namówić przechodnia do stosunku, obiecując mu zbereźne zabawy. Po lewej dwóch członków różnych gangów przepychało się i klęło na siebie. Wiedział, że kwestią czasu było, aż poleje się krew, a namawiany przez dziwkę jegomość czmychnie z obawy, że ktoś go z nią zobaczy.
Hibiki nie zamierzał czekać na rozwój tych wydarzeń. Nasunął kapelusz na czoło i podążył na drugą stronę tej szerokiej, cuchnącej ulicy, żeby dostać się do gospody, w której sypiał już którąś noc z rzędu razem z Jessicą Orkenzy.
Wściekła Jess ostatnimi czasy była dosłownie wściekła. Hibiki widział, jak nie służy jej przebywanie w jednym miejscu zbyt długi czas. Ale nie komentował, nie wypominał jej tego. Sam chętnie ruszyłby dalej w drogę, ale najpierw musiał się upewnić, czy mają jechać na południowy zachód czy południe.
Gospoda, w której się zatrzymali, była spokojna. Nie było tu żadnej knajpy. Nikt nie miał tu po co przychodzić, chyba że miał wykupiony pokój. Ciszę więc odebrał jako bardzo relaksujące doznanie. Skinieniem przywitał się z oberżystą i wszedł na piętro. Kapelusza pozbył się dopiero w pokoju. Wolał, żeby nikt nie zapamiętał jego twarzy.
— Miasto żyje. A ty siedzisz i nudzisz się sama w pokoju — rzucił na powitanie do swojej towarzyszki i odłożył kapelusz na komodę.
Jess uniosła na niego spojrzenie. Siedziała na swoim łóżku i pisała coś w oprawionym w skórę pamiętniku. Był mały i była świadoma, że nie należy tylko do niej. Hibiki czytał go wielokrotnie i oboje o tym wiedzieli. Zaznaczała na nim trasę ich podróży oraz opisywała czasami nawet to, jakich ludzi widzieli po drodze. Hibiki uważał, że najbardziej ciekawe były jej wspomnienia z Waszyngtonu sprzed lat. Ale o nich było tam bardzo niewiele. I co zaskoczyło go pierwszy raz w tej dziewczynie, to że umiała szkicować. Gdyby był z nią szczery, powiedziałby, że lubi jej rysunki. Nigdy jednak żadne z nich nie było ze sobą szczere tak naprawdę.
— Lepiej, żebym się nudziła, niż poszła i zlała komuś mordę. Sam nieustannie mówisz, żeby nie zwracać, do kurwy, na siebie uwagi.
— Wystarczy dobrze się zakamuflować i nie rozmawiać z tymi, którzy najwięcej chcą słyszeć — odpowiedział spokojnie.
Pozbywając się swojego czarnego płaszcza, obserwował ją czujnie. Pracowali razem już bardzo długo. Było to kilka lat, w czasie których zdążył ją poznać. Znał jej nawyki, znał jej zainteresowania i upodobania. Wiedział, jaki lubi kolor, jakie kwiatki, jaką broń i że ma niezłe cycki. Widział ją nago nie raz, w większości przez przypadek. Ona jego też. Spędzali ze sobą więcej czasu niż niejedno małżeństwo.
— Zimno dzisiaj — dodał, zdejmując buty.
— Ano jest. Dlatego nie wychodzę — odpowiedziała z przebiegłym uśmiechem. — A ty gdzie byłeś? Sprawdzałeś, czy miasto stoi tak, jak stało, kiedy je zostawiłeś? Uwaga, stoi. Niesamowite, co nie? — dodała zgryźliwie, drapiąc się w międzyczasie tam, gdzie kobiecie nie przystoi, a każdy mężczyzna robi to nawet w miejscu publicznym.
— Zaiste — mruknął z małym entuzjazmem. Rzucił swoje ciężkie buty pod ścianę i podążył do jedynej szafki, która znajdowała się w tym pokoju i w której mieli swoje bagaże. Chciał napić się czegoś sprawdzonego. — Nowy Jork nie jest czymś, co kocham. Nie mam sentymentu do tego miasta. Ty masz do jakiegoś?
Jess odłożyła swój notatnik na łóżko. Założyła ręce pod piersiami i spojrzała na niego. Jej długi warkocz był odrzucony do tyłu.
— Hmmm… Nie wiem. Wiele miast zwiedziliśmy swego czasu. Kilka pamiętam. Dobrze było w Dallas. Kiedyś nieźle się tam spiliśmy. Było miło… — Westchnęła i zaraz wskazała go palcem. — Z tobą nigdy dobrze się nie upiłam.
— Bo podróżujemy w parze, a jedna osoba zawsze musi być trzeźwa — odpowiedział spokojnie. I jakby wbrew swoim słowom, wraz z butelką alkoholu wyciągnął dwie szklaneczki.
Bez skrępowania podszedł do łóżka kobiety i usiadł na nim. Widział, że zamknęła szczelnie okna, mimo że wychodząc, sam trochę je uchylił. Jess zdecydowanie była ciepłolubna, zapewne dlatego, że wychowała się na południu. W pokoju przez to było duszno, ale gorąco. Sam pokój zresztą był mały i tani, więc szybko się nagrzewał.
Nalał napitek do szklanek i jeden podał jej. A przy tym już rozpiął guziki swojej koszuli ze stójką, wiedząc, że zaraz będzie mu gorąco.
Jess poprawiła się, żeby siedzieć wyżej, po czym przyjęła szklaneczkę. Nie wąchała napoju, tylko poczekała, aż się stukną. Lubiła nalewki, tak samo jak Hibiki.
— Może. Ale i tak. Nie myślałeś kiedyś, żeby chcieć coś poza tym? — spytała ze spokojem, podkulając jedną nogę do siebie. — Wiesz, odkąd pamiętam, byłam w drodze. A ty? Też nie lepiej. I co, nie wspominasz żadnego miasta, a ja jedno, gdzie się spiłam?
— Bywałem w większości przejazdem. I nigdy nie mogłem zwracać na siebie uwagi. Za tym idzie niekontaktowanie się z mieszkańcami. A to mieszkańcy w dużej mierze tworzą klimat miasta — zauważył i rozgrzał swój przełyk alkoholem.
Byli chwilowo w martwym punkcie. Stracili Blacka i Lockerbie. Nie wiedzieli, co dalej robić. Do czasu, aż nie udało mu się przechwycić listu. Tej okazji nie mógł zmarnować. Dlatego pociągnął rozmowę w odpowiednim kierunku.
— Ale dobrze wspominam Charleston — rzucił, patrząc na towarzyszkę spokojnie i luźno. Pozornie.
— Charleston? — spytała, nie wiedząc, o co mu chodzi. Nazwa tego miasta była jej znajoma. Podwójnie. Ale nie zamierzała tego ot tak mówić. Napiła się tylko, żeby podtrzymać luźny ton.
— Tak, dokładnie. Kojarzysz, prawda? — zapytał, nie tłumacząc wiele, a dając pole do popisu swojej towarzyszce.
Rozmowa, choć luźna jak każda pogawędka przy alkoholu, wydała się nagle wydać bardzo… ciężka.
— No… Chyba każdy kojarzy. Ale przecież jesteś za młody, żeby brać tam udział w bitwie… — Skrzywiła się, nie rozumiejąc, a przynajmniej udając, że nie rozumie. Bo nie tylko to jedno Charleston pojawiło jej się w głowie.
Hibiki przytaknął i trzymał ją w napięciu, popijając nalewkę. Rozgrzewała organizm lepiej niż ognisko. A on rozpiął jeszcze kilka guzików, czując, że najlepiej by mu było w samej bieliźnie. Zamierzał niebawem się położyć.
— Tylko to słynne Charleston znasz?
Jess napiła się, dając sobie czas na odpowiedź. Oczywistym było, że nie znała tylko jednego Charleston. Ale czy Hibiki o tym pamiętał? Czy wiedział, że kiedyś, kiedy jeszcze należała do Boosy, była tam? Jeśli skłamie i on to wie, będzie wiedział, że nie gra czysto. Z drugiej strony, jeśli nie skłamie, to… da znać, że zna Charleston, w którym w tej chwili wiedziała, że jest jeden z jej dawnych przyjaciół.
— No nie, ale co to ma do rzeczy? Przecież wiesz, że kręciłam się dużo po kraju.
— Och. Więc byłaś w Zachodniej Wirginii? — zapytał, obracając się do niej przodem ciała.
Przy tym Jess zobaczyła wyraźniej jego zatknięte za pas shurikeny, z którymi się nie rozstawał. Widziała też jego poręczny nóż i śmiercionośne igły senbon, które w sekundę mogły sprowadzić śmierć na ofiarę, mimo że ta miała umrzeć dopiero po długim czasie, nieświadoma rozkładu własnego serca. Wiedziała, że Hibiki jest tajną bronią organizacji, w której siedziała. Jeśli tylko by podejrzewał, że może przynieść im zgubę, mógłby ją w jednej chwili zlikwidować.
— Jak tam było w tamtych czasach? Kiedy tam byłaś? — zapytał lekko, jakby wciąż z przyjemnością wspominali dawne dzieje. Wiedział, że nie mogła być w Charleston w ciągu ostatnich kilku lat, bo od tego czasu jeździła tylko tam, gdzie jej kazano. A Hibiki bardzo dobrze znał te trasy, bo większość z nich przejeździł razem z nią.
— Było tam od cholery czarnych. — Kobieta skrzywiła się z niesmakiem, którego nawet Hibiki nie mógł rozszyfrować. Nie wiedział więc, czy tyczy się tego, że faktycznie ich tam widziała, czy że uważa to za istotny element, o którym trzeba wspomnieć, kiedy należy się do organizacji, która czarnych i w ogóle innych nie toleruje. Ale już Hibikiego znała. Na tyle, na ile mogła. I wiedziała, że ten nie jest jak ich szef i nie ma takich awersji do „kolorowych”.
— No tak, no tak — odmruknął i znów się napił. Jego wąskie oczy mrużyły się co chwilę, czy to w skupieniu, czy przez odprężenie, które czuł dzięki ciepłu, dobremu trunkowi i ciszy w nieznanej knajpie, w jakiej spędził wieczór. — Ile to już lat minęło, nim tam byłaś?
— Jakieś piętnaście? — Bardziej spytała, bo nie była pewna, czy było to czternaście czy szesnaście lat temu. Aż takiej dobrej pamięci nie miała. Wiedziała za to, że byli tam wszyscy razem i było lepiej niż w Dallas. Byli tam tylko na chwilę, bo głównie działali na południu, ale tam zapuścili się względem jednej sprawy. I faktycznie było tam wielu czarnych. — Trochę czasu temu. Cholera, tyle to już minęło! — Zaśmiała się gorzko i napiła się. — Dobrze, że ten cyrk już nie działa.
Hibiki przytaknął, ale przy tym trybiki w jego mózgu szybko działały. Jess potwierdziła to, co podejrzewał. Kiedy była członkinią ligi Boosa, byli wszyscy w Charleston, i to nie tym w Południowej Karolinie. Po jej minie widział, że i ona zorientowała się, że ta rozmowa nie jest tylko pogawędką o dawnych czasach, o której jutro zapomną.
Pochylił się i odłożył szklankę na podłogę. Po tym sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej przechwycony list. Nie rozkładał go wiele razy, by nie było widać, że już ktoś go czytał. Teraz jednak musiał dokonać ostatniego testu. Wyciągnął go z koperty i podał swojej towarzyszce.
— Czy to pisał Benjamin Show?
Kobieta wzięła go w dłonie i od razu poznała, że było to staranne pismo jej dawnego towarzysza. Jeśli Hibiki zadawał jej pytanie o Charleston, to już widziała, w jakim celu. Zresztą, już wcześniej zaczęła się domyślać, ale ten list mówił już wszystko. Ten pieprzony Azjata miał list od Showa, wiedział, gdzie jest, a ona była w kropce. Nie mogła już kłamać i uniknąć spotkania Hamiltona, Showa i swojego brata, do którego wiedziała, że list był zaadresowany.
— Do stu czortów! Tak! Skąd go masz? — spytała szybko, otrząsając się z sztucznego szoku. Przeczytała list i także odstawiła alkohol. — Dlatego pytałeś o Charleston? Mogłeś mi to wcześniej pokazać.
— Mogłem, ale nie musiałem — odpowiedział z chytrym uśmiechem. Jakby dokuczał swojej koleżance z dzieciństwa. Może trochę tak ją traktował. Zbyt długo już razem pracowali, żeby nie nabyli specyficznej swobody w kontaktach. A jednak wciąż oboje mieli świadomość, że praca, którą sprawują, nie jest lekka i bezpieczna. Że nie mogą do końca ufać nawet osobie, z którą spędzają dwadzieścia cztery godziny siedem dni w tygodniu. — Ale ciesz się. Wreszcie jedziemy w trasę. Zawitamy do Zachodniej Wirginii.
— Dobra. Ale kto tam będzie? Generał? Kto jeszcze? — spytała, już prawie się unosząc, jakby zaraz mieli ruszać. — Nie uważasz, że to głupie jechać tam samemu? Jak do Chicago — dodała i wskazała go, skinąwszy na niego dłonią. Hibiki był przyzwyczajony do tego, że tak się zachowywała. Była „wściekła” nie tylko dlatego, że szybko się denerwowała, ale też dlatego, że była w gorącej wodzie kąpana.
Azjata nie był pewien, czy chce z kimkolwiek współpracować. Nie lubił tego. Ludzie, których wynajęli do walki w Chicago, byli koszmarnie niekompetentni. Był więc podejrzliwy, chociaż rozumiał jej przestrogę. W Chicago sami sobie nie poradzili. A teraz miał być obecny jeszcze generał Orkenzy i Benjamin Show.
— Co proponujesz? — zapytał, zabierając od niej list. Wiedział, że musi go posłać dalej.
Jess przygryzła wnętrze policzka. Chyba obawiała się powiedzieć to na głos, ale przecież tak właśnie miało być. Nie chciała tego, ale Hibiki zniszczył jej plan, odgadując, gdzie jest Show. Nie było wyjścia.
— Nie wiem… Ale ludzie z Chicago nie byli najlepsi. Teraz musimy mieć pewność — mówiła i patrzyła w jego wąskie oczy, żeby znaleźć w nich porozumienie. — Weźmy… weźmy ich ze sobą. Ze dwóch? Trzech?
Azjata od razu ściągnął brwi i zaniechał dolewki. Analizował, co mogło oznaczać to, co kobieta właśnie powiedziała. Doskonale wiedział, o kim mówi. Wiedział, kogo chciała zabrać. Ale teraz dla niego liczyło się… dlaczego. To było niczym wyrok śmierci na Nicholasa Orkenzy. Jej brata. Ale w pewnym stopniu gwarantowało im nie tylko zwycięstwo, ale i możliwość przetestowania tych… prototypów w terenie.
— Porozumiemy się ze Smithem i zapytamy, co o tym myśli. Ale do tego potrzebujemy kogoś jeszcze. Zwyczajnych ludzi, którzy za dobrą zapłatą zgodzą się ostrzelać nieznajomych sobie ludzi — powiedział w końcu.
— Mogą być. Byleby byli lepsi niż ci, których załatwiłeś do Chicago. — Jess prychnęła i sama sięgnęła po butelkę alkoholu, żeby im dolać. Może i była pewna tego, co robi, ale musiała zapić strach czymś mocnym. — Ja tym razem kogoś załatwię. Ludzie ci nie ufają — dodała i stuknęła w jego szklankę, żeby też się napił. Chciała, żeby nie analizował za dużo. Tak samo jak i ona nie chciała myśleć, że plan Showa się nie powiedzie.
— Zanim ich na dobre zwerbujesz, chcę ich sprawdzić — uprzedził ją Hibiki i rzeczywiście napił się mocnej, owocowej nalewki. — Zajmij się tym jutro. Ja skontaktuję się ze Smithem. Zobaczymy, czy twój plan się uda.
W jego oczach wyglądało to logicznie. Wciąż był podejrzliwy, bo zwyczajnie nie mógł jej na sto procent zaufać. Ale Jess rozwiała jego wątpliwości odnośnie spotkania w Charleston. Wiedział, że jeśli by skłamała, ściągnęłaby na siebie większe podejrzenia. Była świadoma, że jej przeszłość, szczególnie udział w lidze Boosa, był przez niego bardzo dobrze zinfiltrowany. Nie mogło być inaczej, kiedy jednym z ich największych zagrożeń był jej brat, stojący na czele rządowej agencji. Musiała wiedzieć, że odpowiadając tak, a nie inaczej, skazuje na śmierć dwie bardzo dobrze sobie znane osoby. Ale nie miała wyboru. A to wcale nie sprawiało, że podejrzliwość Hibikiego zmalała. Nawet przez to, że odkryła przed nim karty, jakimi grało TABiW i potwierdziła jego przypuszczenia, gdzie generał zamierza się spotkać z Showem. Cieszyło go jednak, że wreszcie mają świetną okazję, żeby pozbyć się problemu. Bo wierzył, że tam, gdzie jest generał Orkenzy, jest też William Lockerbie i Jefferson Black. O ile jeszcze żyje. A bez nich na przeklętych ziemiach Stanów Zjednoczonych uda im się do końca wypełnić swój wiele lat przygotowywany plan. Dlatego teraz pozostało mu być wiernym temu, że Jessica Orkenzy faktycznie te kilka lat temu całkiem zmieniła swoje dotychczasowe życie i postanowiła przeciwstawić się temu, o co walczyła razem z bratem.
— Musi się udać. W końcu ruszymy się z tej dziury i pozbędziemy się tego degenerata! — fuknęła i zaraz napiła się porządnego łyka alkoholu, pozwalając Hibikiemu tylko spekulować, czemu nienawidzi swojego brata.
Miał kilka teorii, ale ilekroć chciał je sprawdzić, zawsze natykał się na gorszą stronę tej kobiety. Nie chciała wiele mówić o generale. Zostawały mu tylko teorie, ale też nieustanna ciekawość, co tak naprawdę kierowało Jess, że zdecydowała się działać pod zupełnie inną ideologią. I… jak duże znaczenie miała w tym niespełniona miłość, o której rozmawiali jeszcze mniej niż o jej bracie.
— Jutro z rana mamy wiele do zrobienia — powiedział po kilku chwilach milczenia i analizy tej nagłej zmiany w ich planach, która się dziś pojawiła. Smith powinien być rad.
Wstał i odłożył szklankę na szafkę, po czym zaczął się rozbierać, by na wieczór zażyć gorącej kąpieli.
— Naaareszcie! — Wściekła Jess zatarła ręce.
Wyglądała nawet w oczach znającego ją Azjaty na pogodniejszą, niż kiedy przyszedł do pokoju. I jak czasami widział luki w jej osobowości, tak też kiedy ta zachowywała się tak, a nie inaczej, sam był w stanie bez problemu uwierzyć, że była po tej samej stronie. Tylko co nią naprawdę kierowało, było taką samą zagadką jak jego dzieciństwo.
Były pewne sprawy, o których się po prostu nie mówiło.

7 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 36 – Dobrze wspominane miejsca

  1. Shivunia pisze:

    Luana >> „wiem, że nic nie wiem” – w sumie prawidłowo. Jej historia miała wydawać się prosta ale… cóż, trochę ją skomplikowałyśmy. Jeszcze wiele się okaże i może w ogóle może niezły zamęt wam w głowach zgotuje. W sumie na to trochę liczę :P I jak nie życzę bólu głowy to jednak zachęcam do rozmyślań ;) Może na coś ciekawego wpadniesz.
    Charleston będzie bardzo kluczowym miejscem na mapie w tej części ATCL. To już teraz mogę ręczyć. Ale czemu nie mogę zdradzić. Trochę jeszcze napięcie wam podbuduje :D
    Także pozdrawiamy i dziękujemy za komentarz

    Noe >> William jest mistrzem. Czasami mnie załamuje tą swoja „długą” abstynencją, ale cóż, jest to taki jego znak szczególny. Więc nie będę się go czepiać ;p Co do Jess… oh, mogła bym niby coś powiedzieć, ale chyba jednak musisz poczekać aż się wyjaśni, bo niechcący mogę zafundować spoiler.
    I bierzemy sobie do serca uwagę o Jeffie. Słowo :D

    Kasia >> Zombie impreza… ta, to na pewno nie będzie wesołe. Ale na pewno ekscytujące do czytania. Mamy nadzieje przynajmniej ;p Jess… oh, Jess staje się normalnie tematem ważnych rozkmin. Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Trochę dziewczyna trzyma tajemnic.
    Taaaa :( Jeffko niestety ma się coraz gorzej i gorzej. Co wymyślą albo czego nie wymyślą się okaże. Bo wiem że nas zabijecie jak my zabijemy Jeffko, ale nic nie mogę obiecać. Powiedzmy, że hehehe, nikt nie wie gdzie mieszkamy :P
    Kasa i władza Kasiu! Kasa i władza. Zawsze i nieprzerwanie od wieków.
    Także dziękujemy za komentarz

    Damian >> Hmmm… jest wiele stron aby wesprzeć kogoś finansowo. Pajacyk, wośp, pck…. jest trochę opcji, trzeba poszukać tylko. Możesz też zobaczyć gdzie wokół ciebie są jakieś najbliższe schroniska. Bądź jak Chase, wydaj kasę na karmę i wyślij.
    Co do do nas… można nam faktycznie albo bezpośrednio na konto wysłać kasę albo przez darowiznę na paypala. Ale tam trzeba mieć faktycznie konto paypal z którego robi ci przelew.
    Hahaha, bo to WILLIAM! On w końcu ma z jakiegoś powodu przydomek króliczek. To zobowiązuje :P

  2. damiannluntekurbus17 pisze:

    Wiem, ze moze nie na temat i nieodpowiednie miejsce, ale jako aspoleczniak nie mam kogo o to spytac i nie wiem, co wpisac w internecie, zeby znalezc to czego chce ;// Mam do wydania w ciagu 4 dni troche pieniedzy i prosze o pomoc w formie podania mi stron, w ktorych mozna wesprzec finansowo za pomoca smsow (jesli jest taka mozliwosc) czy cos (glownie zwierzaki, dzieci) Nie wiem niestety, jak moge pomoc autorkom, bo jak patrze na te paypale to widze, ze potrzeba konta bankowego?

    A William jak zawsze niewyzyty. 3 dni to dla niego abstynencja nie do wytrzymania? Xd W takim razie ja jestem impotentem juz xD

  3. Kasia pisze:

    No to wygląda na to że Jess jednak trzyma stronę dobra :) A historyjka o niespełnionej miłości jest niezłą zmyłką – trochę mi ulżyło, ale w sumie to tylko trochę bo jak wezmą ze sobą trzech umarlaków to wesoło nie będzie. No i potwierdziło się gnicie serca Jeffa – nie wiem czy to się da odwrócić – trzeba budować sztuczne bo innych szans nie widzę. Co to za świr z tego Smitha? I dlaczego są chętni by mu pomagać? Podejrzewam że jak zawsze chodzi o pieniądze…
    Dziękuję bardzo 😙

  4. Noe pisze:

    „Och tak… Nigdy więcej tak długiej abstynencji… Nie miałem orgazmu trzydzieści dwie godziny”umarłam😂 to takie prawdziwe. Z tego co wywnioskowałam jess jest trochę homofobką. Mam nadzieję że to się dobrze skończy. Bo jak nie to wam nie daruję xd William „prywatny psychol” chciałabym mieć swojego❤

  5. Luana pisze:

    Co do Jess to wiem, że nic nie wiem. Wychodzi na to, że zdradziła brata, ale i na to, że coś kombinuje z Showem. Bo tak to zrozumiałam. Ale musi być wredną jędzą, musi zabijać dla organizacji bo coś tam coś. Chyba nie będę o tym rozmyślać, bo głowa mała. Wszystko się komplikuje i boję się tego co wydarzy się w Charleston. Do tego dochodzi potężny strach o Jeffa. Dziewczyny dajecie swoim czytelnikom kopa z przeróżnych emocji.
    Fajnie, że są jeszcze takie spokojne chwile jak ta pomiędzy Jeffem i Willem. Jakby cisza przed burzą.
    Dziękuję za kolejny rozdział i pozdrawiam. :)

  6. Shivunia pisze:

    kaczuch_A >> Uuuu, bezsenność jest zła. Ale trochę emocji zawsze dobrze. W końcu czasami jesteśmy zbyt dobre dla bohaterów i czytamy że jest nudno. Noo, to teraz trzeba się bać o losy naszych chłopców. Własnie abyście siedzieli jak na szpileczkach na to co będzie dalej. DUM DUM DUM
    Czy będzie więcej niż tom 3? Nie wiem… raczej nie. Myślę, że uda się skończyć na 3 ale nie mam pojęcia ile będzie miał rozdziałów, bo jeszcze trochę akcji zostało nam do napisania. Liczcie że my chociaż przeżyjemy, bo wtedy będzie marnie z zakończeniem. I już nic nie uratuje chłopaków ;p (Jeffowy humor mi się odzywa)
    Kto i kiedy zginie… no to by był mega spoiler, więc powiem tylko że i tak jesteśmy zbyt dobre… daleko nam do co poniektórych reżyserów czy autorów…
    Jess i Hibiki… tu chyba też mogę mówić o tym że nie mogę mówić bo to spoiler, ale (bo zawsze musi być ale) z biegiem tekstu naprawdę postaramy się to wszystko mniej lub bardziej logicznie wyjaśnić ;)
    Oby wam się spodobało :D
    Dziękujemy i pozdrawiamy :*

  7. kaczuch_A pisze:

    O matko akcja nabiera rozpędu, chociaż w niektórych przypadkach czas mógłby się zatrzymać. Boję się cholernie o Jeffa, a przez o co wyczynia Hibiki, że przechwycił list od Showa i że zmierzają z Jess do tego samego punku i nie mają pokojowych zamiarów to wszystko sprawia, że siedzę jak na szpilkach w oczekiwaniu na kolejny rozdział. Każdy trąbi o śmierci rangera, ciekawe czy żyje, ile jeszcze do cholery to będzie straszne. W ogóle ile rozdziałów ma 3 tom? Będą jeszcze inne tomy? Hibiki to powalony azjata, którego Jess powinna zdjąć jak będą spać. Nie wiem co się w jej główce kotłuje, ale do cholery nie chce mi się wierzyć, że zdradzi ligę i brata. Wiem, że może liczę na cud, ale w sumie teraz nie pozostaje mi oczekiwać niczego innego. I tak co raz częściej mam myśli, że ATCL skończy się śmiercią większości bohaterów i to będzie najbardziej dramowe opowiadanie przez Was napisane. Spać nie będę przez tych panów i ich przygody~!

    Weny~!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s