Newton’s Balls – 57 – Kolega z wybiegu

— No i ona potem, kurwa, wyleciała z tekstem, że będzie się zbierać. Ja głupi zagadałem, czy tak się spieszy, bo wraca do mężusia, nie? A ona cała czerwona się zrobiła i, kurwa, no skinęła głową. Czaisz? Lipa po całości. Posuwałem mężatkę. Jak, kurwa, darmowy kutas. Laski to jednak mają dobrze — opowiadał Marshall, prowadząc samochód.
Obok niego siedział na fotelu pasażera jego kumpel. Udało mu się odnowić z nim kontakty. Z Fredem znali się z pierwszej odsiadki, jeśli dobrze pamiętał. Facet już nie wrócił do paki, teraz pracował dla kogoś, ale całkiem nieźle mu się żyło. Z tego co opowiadał, mieszkał z kumplem i jego siostrą. To Marshallowi na początku wydawało się dziwne, ale po chwili przypomniał sobie, że przecież on planował wprowadzić się do swojego brata, którego posuwał nastolatek. Powinien więc przywyknąć do „dziwactw”.
— To nie czułeś, że nie jest tam świeżutka? — Jego rozmówca zerknął na niego kątem oka, oparty łokciem o boczne drzwi samochodu. Jak się dowiedział, nienależącego do Marshalla, a do jego brata. Już zdążył głośno wyrazić, że obaj nie pasują do tej fury. Chociaż może nie było to do końca prawdą. Sam wyglądał dość specyficznie i nie można było powiedzieć od razu, że jest byłym więźniem. Długi, czarny płaszcz, cienki szalik, bordowa bluza z białymi troczkami i czarne jeansy, leżące na nim bardzo, bardzo dobrze. Był do tego wysoki i smukły, co sprawiało, że ciuchy dobrze na nim wyglądały.
— A która, kurwa, teraz jest świeżutka? Sorry, ale nieletniego nie tykam. A one już przed pełnoletniością często są puknięte — prychnął Marshall, nie przywiązując nigdy uwagi do tego, jak się jego kumpel ubierał. Sam miał kurtkę, bluzę oraz znoszone spodnie. I kilkudniowy zarost. Do ciuchów jednak szczególnie nie był przywiązany, bo wiedział, że dziś już zdąży je trochę ubrudzić. Musiał opróżnić piwnicę, sprzątnąć ją i znieść tam pierwsze zakupy, aby zabrać się do remontu. Fred był chętny do pomocy, chociaż bardziej do dotrzymania towarzystwa.
— Jasne, nie przeczę. Ale mężatka… Pomyśl, że po ślubie codziennie miała w sobie jego pałę — odpowiedział Fred ze zniechęceniem i przesunął dłonią po włosach. Ciężko było zidentyfikować ich kolor, bo teraz wyglądały na jasnobrązowe, a w słońcu wydawały się bardziej blond. Staranny przedziałek na boku, zaczesane delikatnie do tyłu, ale nie zalizane. Wyglądało na to, że lubił dobrze wyglądać i nie można było zaprzeczyć, że miał do tego predyspozycje. Wyglądał trochę jak facet, którego chętnie bierze się do reklam garniturów czy drogiej bielizny. Chociaż przez swój płaszcz wydawał się mniej stonowany i grzeczny niż typowy dżentelmen.
— Dalej! Obrzydzaj mi! — fuknął Marshall, kręcąc głową. Wystarczyło, mu wizji kutasów już tylko dzięki Courtneyowi. — Lepiej, kurwa, wytłumacz mi, jak to ty ogarniasz? Bo to, w czym mieszkasz, to niczym trójkąt jakiś porąbany — zagadał, bo wcześniej jakoś nie było okazji, a to był sposób na odegranie się.
— Trójkąt, trójkąt. Codziennie rano muszę puknąć Camile, by zrobiła mi kawę i dać se obciągnąć Jackowi, żeby być pierwszym w kolejce pod prysznic — odpowiedział Fred najpierw z luzacką powagą, po czym parsknął i odwrócił głowę do okna, wyczekując momentu, kiedy zatrzymają się pod domem. — Jaki trójkąt? Normalnie żyjemy. Im więcej ludzi na chacie, tym bardziej opłacalne. Nie przeszkadzałby mi jeszcze jeden lokator, ale oni już nie chcą.
— A ta laska cię nie ciągnie? — spytał Marshall, zwalniając, sprawdzając, czy nic nie jedzie na skrzyżowaniu i skręcając. Byli już niedaleko.
— Nie obrażając, trochę jak wieszak wygląda. Ja wolę mieć za co złapać. Wiesz, większe biodra, duże balony, ładne udka — mężczyzna w wieku Marshalla dalej wymieniał, bawiąc się przy okazji srebrną obrączką na palcu serdecznym.
— Co kto lubi, jak to mawiają — przytaknął starszy Corn, samemu odpływając w sferę fantazji. Dobrze było pogadać z kimś, kto też lubi cycki bardziej od kutasów. — Ach, i może być mój brat. Jest kuratorem, ale spoko. To tak, żebyś wiedział, kto zacznie marudzić na powitanie.
— Mm? A nie mówiłeś, że się zgodził z tym remontem?
— Trochę zgodził, trochę nie zgodził. Nie mówiłem mu, że dziś będę wybebeszał jego piwnicę — odparł Marshall poważnie, a na koniec się zaśmiał. Aż sam nie wiedział, czemu go to bawiło. Może dlatego, że Courtney skojarzył mu się z taką wiecznie niezadowoloną żoncią w fartuszku, której zawsze coś nie na rączkę.
Fred zagwizdał i pokręcił głową. Jego zielone, wąskie oczy zmrużyły się bardziej w rozbawieniu. Zazwyczaj to one bardziej się uśmiechały niż usta. Bo zwykle unosił tylko kąciki warg, już nie mówiąc o tym, że rzadko się śmiał. Nie był jednak sztywniakiem, ale miał zwyczajnie taki sposób bycia.
— Brawo, Marshall, brawo. Ale dobra, nie ja tu jestem pomysłodawcą, mnie się nie oberwie.
— Może — odpowiedział mężczyzna i zaśmiał się krótko i chrapliwie. Zwolnił i zatrzymał się na podjeździe. — Nieźle się dorobił, co? — dodał, mając na myśli dom swojego brata. Może dlatego, że ten był tak duży i miał klasę, chciał tu mieszkać. Okolica też była niezła, więc jako nowy start uważał ją za idealnie nienadszarpującą jego postanowienia poprawy. Do tego był duży ogród, który też stanowił plus. Teraz tylko pogoda nie stawiała budynku w dobrym świetle, bo padał deszcz ze śniegiem, więc nawet trawnik nie wyglądał dobrze. Fred jednak docenił to, co ujrzał, bo pokiwał głową na potwierdzenie.
— Niezłe. I sam tu mieszkał? Ja mam z Jackiem i Camile mniejszą chatę — skomentował, odpinając pasy i wysiadając z samochodu.
— No, właśnie sam. Dlatego po wała mu ta piwnica? — zakpił Marshall i także wysiadł. Zamknął samochód, w którym już było trochę rzeczy. Najpierw musieli jednak wynieść te zbędne z piwnicy. — Zapraszam — dodał jeszcze, wskazując Fredowi frontowe drzwi.
Weszli na teren ogrodu, a potem Marshall otworzył drzwi i zaatakowało ich ujadanie. Fred najpierw drgnął z zaskoczenia, ale szybko się rozluźnił. Marshall nie uprzedził go o obecności psa, który teraz szczekał głośno, witał się z Marshallem oraz próbował dostać się do nóg nieznajomego, aby go poznać.
— Chodź, chodź. — Starszy z braci Corn odciągnął najpierw psa, a kiedy już zdjęli wierzchnie ubrania, dopiero go puścił, aby się przywitał i czegoś przy okazji nie rozwalił, machając ogonem. — To Tank. Spoko pies, nie? Chociaż mógłby być groźniejszy — prychnął, ale bez szczególnej pretensji do czworonoga.
Fred, który wcisnął dłonie w kieszenie bluzy, odpowiednio opinającej jego tors, popatrzył z góry na psa.
— Wygląda jak owieczka — skomentował, ale potem rozejrzał się po mieszkaniu. Akurat w momencie, kiedy z kuchni wyszedł prawowity gospodarz.
— Marshall…? — rzucił Courtney najpierw pytająco, a potem zastygł ze szmatką w dłoniach. Właśnie wycierał w nią brudne od soku owoców palce i zagapił się na nieznajomego mężczyznę. Przystojnego nieznajomego mężczyznę. Nie… przystojnego, wysokiego, dobrze ubranego nieznajomego mężczyznę, którego kości policzkowe były ładnie zarysowane, jasne usta kształtne i leciutko wykrzywione, oczy niezwykle przenikliwe, a króciutki zarost dodawał mu specyficznej powagi. — Em…
— O właśnie. Mój brat, Courtney, a to jest Fred — Marshall przedstawił sobie obu mężczyzn, cały czas pochylony nad psem, który cieszył się z zainteresowania.
— Hej, młodsza kopio. Wyglądacie podobnie — przywitał się Fred, a Courtney dopiero po chwili zaskoczył.
— Tylko Marshall nigdy by nie dotknął czegoś takiego jak szmatka. Siema — odpowiedział, nie mogąc oderwać wzroku od faceta. A kiedy podszedł bliżej i podał mu dłoń, miał wrażenie, że Fred nie uścisnął jego ręki a penisa.
— Też coś — prychnął Marshall i w końcu puścił psa, który jednak nie odstąpił od nich. — W ogóle, bo Fred pomoże mi ogarnąć piwnicę. Jest tam coś, czego lepiej nie ruszać? — spytał, patrząc na brata spode łba. Nie chciał niechcący wywalić na siebie pudła pełnego wibratorów.
Courtney, gdy puścił dłoń Freda, tylko na sekundę zerknął na brata. Potem znowu wpatrzył się w przystojną twarz nowopoznanego mężczyzny i chwilę zajęło mu zrozumienie, co Marshall powiedział.
— Co? Chcesz teraz zajmować się piwnicą? — zdziwił się, bo był środowy wieczór, on brał się za robienie owocowej sałatki po pracy, chciał odpocząć, a Marshall właśnie mu oznajmiał, że zamierza zacząć remont. I jako pomoc wziął sobie kolesia z wybiegu?
— No, właśnie to powiedziałem. — Marshall wsunął dłonie do kieszeni. — I pytam, czy masz tam coś, co ty musisz zabrać — dodał wymownie. A raczej wymowniej niż ostatnim razem.
— Marshall, chyba jesteśmy dość „duzi”, żeby wiedzieć, jak wyglądają świerszczyki — zażartował Fred i pochylił się na moment, aby pogłaskać psa. Nie zajął się jednak nim długo, nie był aż takim miłośnikiem zwierząt.
Courtney zerknął znowu na brata, zastanawiając się, czy ten uświadomił kumpla, że jest gejem. Po tym porozumiewawczym spojrzeniu podejrzewał, że nie. I jak w innej sytuacji najpierw wkurzyłby się, że w ogóle chce się za to zabrać bez uprzedzenia go, tak teraz czuł się mocno wytrącony z równowagi pojawieniem się takiego ciacha w domu.
— Nie ma tam nic takiego, tylko butelki, stary rower i inne nieprzydatne rzeczy.
— Dobra, to bierzemy się do roboty. — Marshall odetchnął i skinął na Freda. — Pokażę ci, jak to wygląda. A i, Courtney, zrobisz coś do żarcia? — spytał, jak zawsze licząc na talent kulinarny brata. Do tego miał dziwne wrażenie, że ten jest jakoś nieobecny. Miał nadzieję, że nie dlatego, że jego nastolatek był w domu. Albo gorzej, że miał coś w sobie i nie spodziewał się gości.
— Robię sałatkę owocową z lodami i śmietaną, jeśli chcecie? — Kurator, jak zwykle nie był entuzjastycznie nastawiony na Marshalla wysługiwanie się nim, tak teraz zerknął zachęcająco na Freda, który właśnie się uniósł, dając sobie spokój z pieszczeniem Tanka.
— Jasne, dzięki. Jak to nie problem.
— Żaden — odpowiedział kurator z lekkim uśmiechem, stojąc sztywno i mnąc szmatkę w dłoni.
Fred uśmiechnął się bardziej bokiem ust, patrząc wprost na rozmówcę, którym w tej chwili był Courtney.
— Ej… — Marshall zwrócił na siebie uwagę, widząc że jego brat zachowuje się coraz dziwniej i gapi się na jego kumpla jak on na parę cycuszków… Cholera. Teraz już wiedział, co się święci! — To zawołasz nas, czy mamy poczekać? — spytał z kwaśniejszą miną.
— Dopiero obierałem owoce. Zawołam was, możecie zacząć. — Courtney poczuł się jak wyrwany z amoku. Dopiero teraz więc ponownie spojrzał na brata i cofnął się trochę. — Ja wracam do kuchni. Tylko nie narób mi bałaganu gdzieś poza piwnicą, Marshall.
— To ja tu jestem starszy — ten odpowiedział i skinął na Freda, aby z nim poszedł.
Gość jeszcze uśmiechnął się do gospodarza. Nie wylewnie, ale zwyczajnie, uprzejmie.
Zeszli we dwóch do piwnicy, w której na szczęście oświetlenie dobrze działało. Mogli więc zobaczyć, że była całkiem nadająca się do zamieszkania. Sufit nie był przesadnie niski, całe pomieszczenie wystarczająco obszerne, by zmieściło się tu coś więcej niż łóżko i wcale nie było tak wiele rzeczy do wyniesienia. Trochę zepsutych sprzętów, trochę pudeł z makulaturą, stary fotel z dziurą w oparciu i resztki biurka.
— Masz jakieś rękawice? Mogłeś zapytać kopię o jakieś — rzucił Fred do kumpla, ogarniając wszystko spojrzeniem.
— Mam w samochodzie jedną parę, a tu drugą. Czekaj. — Marshall zwrócił się do mężczyzny i podszedł do skrzynki z narzędziami, którą już kilka dni temu tu zniósł. — Łap! — zawołał do kumpla i rzucił mu parę rękawiczek. — Ja zaraz wracam. I w ogóle, chcesz coś na przebranie?
— Taa, jakiś dres może być — poprosił Fred, nie patrząc już na kumpla, tylko zaglądając do kartonów i ogólnie oceniając, ile ich czeka tu pracy.
— Dobra — odparł Marshall krótko i wyszedł na górę. Najpierw zajrzał do kuchni. — Hej, słuchaj, masz coś do przebrania się dla Freda, czy iść po coś swojego? — spytał, opierając się ramieniem o framugę drzwi.
Courtney właśnie kroił banana w plasterki i wrzucał do przygotowanych salaterek. Obejrzał się za plecy na brata.
— Możesz mu dać ten szary dres i bluzę, jeśli kojarzysz, o którym mówię. Jest w szafie na ostatniej półce po lewej stronie.
— Chyba żartujesz z tym, że kojarzę. Weź mu zanieś, zaraz wracam. — Marshall nie dał bratu szansy na dyskusję, tylko odwrócił się i wyszedł.
Courtney więc rozłożył ramiona i pokręcił głową. Wsadził do ust końcówkę banana, wytarł dłonie i dopiero przeszedł do sypialni, żeby poszukać przebrania dla przystojnego kolegi Marshalla. Miał jak zawsze porządek w szafie, więc nie musiał długo szukać. Z dresem w dłoniach i specyficznym napięciem w całym ciele przeszedł do piwnicy.
Freda znalazł przy jednym z pudeł. Właśnie zaglądał do środka.
— O, hej — rzucił, widząc młodszego brata, gdy odwrócił się, usłyszawszy kroki.
— Mam dla ciebie dres, Marshall gdzieś polazł — wytłumaczył Courtney i podszedł do niego z ubraniami. Miał przemożną chęć zobaczyć, jak ten będzie się przebierał, więc oparł się bokiem ciała o ścianę i zagadał: — Skąd się znacie?
— Z paki — wyjaśnił Fred krótko i nieświadomie spełnił marzenie Courtneya, bo odłożywszy przyniesione ubranie na bok, zaczął się bez żadnej krępacji rozbierać. — Ale on kilka razy siedział, a ja tylko raz — dodał prawie że z dumą.
— Czyli resocjalizacja podziałała — podsumował gospodarz, patrząc na jego ciało. Szczupłe, ale nie płaskie. Od razu dało się zauważyć, że pracował nad brzuchem i klatką piersiową. Okej… podobało mu się to. — Coś będziesz miał z tego pomagania Marshallowi, czy tylko moją sałatkę owocową i lody?
— Chyba tylko to. — Fred uśmiechnął się niczym profesjonalny model. Do tego stał właśnie z nagą klatką piersiową i z koszulką w dłoniach. Był aż przesadnie przystojny. — Chyba że jeszcze coś zaproponuje albo ty coś dorzucisz.
— Jeśli nie prowadzisz, mogę dorzucić piwo po pracy — zasugerował Courtney, mimowolnie odpowiadając na uśmiech i zastanawiając się, czy tylko w jego głowie brzmiało to jak flirt.
— O, jeśli jest, byłoby spoko — poparł ten pomysł Fred i nim zamienił koszulki, jeszcze postanowił zmienić spodnie. Jak się okazało, miał obcisłą, czarną bieliznę, jak żywcem zdjętą z modela z plakatu. I cóż, wyglądała nadal jak na takim modelu. Fred przy tym nie krępował się, ale też nie ociągał i po chwili widok jego pakunku i pośladków zasłoniły dresowe spodnie.
Courtney wręcz tego pożałował, ale potem zdał sobie sprawę, że dobrze się stało. Za bardzo mu się ten mężczyzna podobał, co było zdecydowanie niezdrowe w tej sytuacji i to przynajmniej z kilku powodów. Począwszy od tego, że był kumplem Marshalla, a skończywszy na tym, że sam już miał chłopaka.
— W porządku, ale na razie się tym zajmijcie, a ja zawołam na deser — powiedział, odwracając wzrok od jego ciała i kierując na zielone oczy. Też były hipnotyzujące. Fred spokojnie mógł pracować w modelingu, a nie pomagać jego bratu nosić pudła.
— Okej. I dzięki za ciuchy.
— Mam rękawiczki! — Ze schodów usłyszeli głos Marshalla, nim Courtney coś dodał. Zdążył jednak odwrócić wzrok od tego przystojnego mężczyzny, zanim jego brat pojawił się na dole. Jeszcze by miał potem jakieś wyrzuty, że ślini się do jego kolejnego kumpla, zupełnie jak kiedyś do Dustina. Ale Dustin nie był aż tak przystojny.
— To zostawiam was i dam znać, jak będzie gotowe — rzucił, szybko mijając brata.
— Jasne — odpowiedział Fred i poprawił na sobie luźne ubranie, które miał nadzieję, że może ewentualnie zniszczyć. Było w końcu ryzyko, że zahaczy o coś i rozerwie.
Marshall jeszcze obejrzał się za bratem. Teraz, kiedy widział, że Fred tu się rozbierał przy nim, zauważył swój błąd.
— Wszystko okej? — spytał, zakładając rękawiczki i idąc do pierwszych kartonów, żeby wynieść je z piwnicy.
— Jasne. Dużo z tym roboty nie będzie, ciuchy pasują, a brata masz całkiem okej. Sądziłem, że będzie gorzej. — Nieświadomy orientacji Courtneya mężczyzna ubrał rękawiczki na dłonie i podążył za Marshallem, by wziąć z nim najpierw pierwsze, największe pudło, które wymagało dwóch par rąk.
— Też tak sądziłem. Nie rzucał żadnymi tekstami dziwnymi? — spytał starszy Corn, czekając, a w końcu unosząc duże pudło z Fredem. Musieli to wynieść na górę. Część przed dom, a cześć poutykać po pokojach. Podejrzewał, że Courtney pozwoli mu skorzystać w tym celu z drugiej, rzadko używanej łazienki. Chociaż mógłby poprosić tego jego dzieciaka, żeby wziął część gratów na złom, jak chociażby stary rower czy zepsuty komputer.
— Dziwnymi? Jakimi dziwnymi? — Fred za to nie zrozumiał i popatrzył pytająco ponad pudłem na Marshalla. Uważał jednak przy tym, aby w odpowiednim momencie unieść stopę na stopień.
— Nie wiem no, dziwnymi — fuknął Marshall, bo pudło okazało się cięższe, niż przypuszczał. — Coś babskiego?
— Co…? Nie wyglądał, jakby miał cycki — odpowiedział Fred z jeszcze większym zdziwieniem, powoli wchodząc z pudłem na górę. I okazał się po chwili bardziej bystry, niż Marshall mógłby przypuszczać, bo nagle wypalił z podejrzliwym spojrzeniem: — Pedał?
Mężczyzna po przeciwnej stronie pakunku spojrzał na twarz kumpla z miną niemówiącą nic. Po chwili zmrużył oczy, analizując, w jakim tonie to zostało powiedziane. Nie trwało to jednak dłużej niż ćwierć minuty.
— Ta, gej — przytaknął w końcu, nadal sprawdzając reakcję Freda.
Ten uśmiechnął się delikatnie i ostatni raz odetchnął głębiej, gdy wnieśli pudło na samą górę.
— Ma kogoś? — zapytał, brzmiąc na zwyczajnie zaciekawionego, a nie negatywnie nastawionego. Nie skrzywił się bynajmniej.
— Ponoć tak. No, chyba tak — odparł Marshall i wskazał brodą kierunek. — Tam to postawimy — dodał i chwilę obaj milczeli, aż nie postawili pudła w rogu salonu, tuż obok bieżni. — I czemu w ogóle pytasz?
Z kuchni słychać było krzątanie się, Tank leżał na swoim posłaniu i tylko na nich popatrywał, a Fred wyprostował się i otrzepał ręce.
— Bo jak teraz o tym powiedziałeś, to zastanawiam się, czy liczył na coś, czy po prostu się gapił — odpowiedział cicho, żeby przypadkiem nie było go słychać w kuchni i wrócił do piwnicy.
Marshall miał ochotę strzelić sobie w twarz. Aż zrobiło mu się niezręcznie za Courtneya.
— Gapił się? — syknął szeptem, kiedy już schodzili znowu na dół. — Ja pierdolę — jęknął z pretensją do brata.
— Ale ma kogoś, tak? To chyba nie będzie zarywał? — dopytywał Fred, idąc tym razem do mniejszych pudeł, które spokojnie mogli wynieść bez wzajemnej pomocy.
— A chuj go wie. Ma niby, ale… — Marshall zatrzymał się, kiedy już miał dźwignąć jeden z kartonów. Zrezygnował i wyprostował się z pustymi rękami. — Nie robi ci to?
Fred też powstrzymał się przed wzięciem kartonu i tylko oparł się o niego tyłkiem.
— No, nie wiem, w pace było trochę pedałów i nie każdy latał z wystawioną dupą. Dało się z nimi robić interesy. A to twój brat, więc chyba dobra krew. Ale jak położy mi rękę na tyłku, to dostanie, mimo że jest Cornem.
Marshall uniósł wysoko brwi. Musiał przyznać przed samym sobą, że był zaskoczony. Nie przypuszczał, że spotka się z tak przychylną reakcją. Sam nie popierał orientacji Courtneya, ba, nawet jej nie lubił i nie akceptował w pełni. Był on jednak jego bratem i stanąłby w jego obronie, ale że nie będzie musiał go w ogóle bronić, to był zszokowany.
— Nie jest debilem, ale… chyba nie do końca łapię. Sam mówiłeś, że się gapił. To cię nie obraża?
— Marshall… Nie mam zamiaru go pieprzyć, dotykać ani myśleć o tym, co on sobie wyobraża. Laski też się gapią, nawet takie, których bym nie dotknął patykiem. Mam za to im sprzedać plaskacza? — spytał Fred wymownie i w końcu wziął karton. — Bierz te pudła, bo czeka nas sałatka. Ale… mogłeś uprzedzić — dodał na koniec.
Marshall burknął jak zły niedźwiedź.
— A skąd miałem wiedzieć, że ty taki jesteś, kurwa, do tego spoko? — rzucił, biorąc karton. Musiał przed tym go zamknąć. W środku leżały zakurzone podręczniki czy książki bez okładek. Między innymi dostrzegł jakiś podręcznik z grafikami przydatnych ciosów przy kursie samoobrony. Podejrzewał, że Courtney miał tego sporo.
— To już wiesz — podsumował jego kumpel, wychodząc jako pierwszy.
Gdy tylko weszli na górę, Courtney wychylił się z kuchni i postawił salaterki na stoliku kawowym przed kanapą.
— Możecie zrobić przerwę? Lody się roztopią.
Fred zerknął na Marshalla i wzruszył ramionami.
— No i jest darmowe żarcie — dodał trochę w kontekście ich rozmowy, trochę na rozluźnienie. Zdjął szybko rękawiczki, zatknął je w kieszeni i otrzepał dłonie o dres, który dostał, podążając przy tym do kanapy.
Kiedy usiedli, zobaczyli, że salaterki były pełne owoców, lodów, śmietany, a do tego dodatkowo był w to wszystko wbity wafelek. Od razu można było stwierdzić, że Courtney umiał tak przyrządzić jedzenie, aby samym widokiem zachęcało i pobudzało ślinianki.
Zostawił ich na chwilę, by wyjść do kuchni po jeszcze swoje lody i dopiero usiadł na fotelu.
— Marshall, co chcesz robić dzisiaj w tej piwnicy? Poza tym wynoszeniem rzeczy.
— Sprawdzić, jak idzie instalacja, czy nie ma nigdzie zawilgoceń. Potem wyznaczę ściany i na dziś chyba tyle. A co? — spytał starszy Corn, pochylony nad swoją miseczką.
Fred zabrał swoją i siedział oparty łokciem o podłokietnik.
— Pytam, bo jestem ciekaw, jakie rewolucje na dzisiaj zaplanowałeś. Zaplanowałeś, więc wiedziałeś wcześniej. Szkoda, że mnie o tym nie poinformowałeś. Ale rozumiem, że nie będzie hałasu dzisiaj?
— A coś planujesz, że potrzebujesz ciszy?
— Jest środek tygodnia, zawsze mam wtedy co robić. Dzisiaj czeka mnie pisanie sprawozdania na temat jednego podopiecznego — wytłumaczył Courtney, nie dodając, że chodzi o Chase’a. Z pisaniem sprawozdań na jego temat miał więcej pracy niż z innymi, bo musiał wykazywać się… wyobraźnią. — Jestem kuratorem, jeśli Marshall nie zdążył wyjaśnić — dodał do Freda, aby ten ogarniał temat i… aby móc znowu na niego spojrzeć. Nawet w dresie wyglądał zjawiskowo.
— Wspomniał. Nieźle ci chyba za to płacą, patrząc po warunkach — skomentował gość z lekkim uśmiechem. Bezstresowo jadł lody, mimo swojej nowej wiedzy o rozmówcy.
— Tak, to całkiem opłacalna praca — przyznał gospodarz, z kolei sam nieświadom, że Fred o nim wiedział. Popatrywał więc na niego co jakiś czas, zastanawiając się, za co ten mężczyzna mógł siedzieć. Intuicja mówiła mu, że za oszustwa. — Ale każda jest dobra. Byle była — dodał już do swojego brata poważniej, przy okazji maczając truskawkę w śmietanie.
— Będzie. Na razie muszę gdzieś mieszkać, nie? — prychnął Marshall, jedząc zachłannie. — W ogóle, myślisz, że Chase by mi nie pomógł i nie zabrał trochę gratów na złomowisko?
Do tej pory zniesione pudła zostały zlustrowane przez Courtneya, który był świadom, że w piwnicy ma rzeczy, które rzeczywiście można by wziąć na złomowisko. Pokiwał więc głową, chwilę przeżuwając w ciszy.
— Myślę, że tak. Pracuje jutro i w piątek po południu, a w sobotę rano, więc może któregoś dnia weźmie, jeśli wpadnie tutaj.
— Chase? — wtrącił luźno Fred, ale zerknął przy tym bardziej na Marshalla niż Courtneya, by dopytać wzrokiem, czy to ten partner kuratora.
— Ta, to ten jego… chłopak. — Mężczyzna zawahał się z odpowiedzią. Nie dlatego, że nie był pewny, aby to powiedzieć Fredowi, ale dlatego, że nie wiedział, jak nazwać Chase’a. Sam nazywał go „dzieciakiem” ewentualnie „nastolatkiem” Courtneya, ale przecież nie powie tego kumplowi. A na miano faceta w jego mniemaniu Chase nie zasługiwał.
— Spoko — odpowiedział Fred i wrócił do jedzenia lodów, a Courtney popatrzył to na jednego, to na drugiego, zaskoczony tym, że Marshall wygadał. Nie spodziewał się. Był pewien, że będzie to wypierał i ukrywał przed wszystkimi, żeby nie zrobić sobie wstydu, że ma brata „ciotę”.
Chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć, ale w końcu sięgnął po komórkę i rzucił:
— Napiszę do niego i zapytam, kiedy wpadnie. — Wolał nie odnosić się do tego, co zostało powiedziane.
— Dobra. I potem pomyśl, gdzie zrzucać te rzeczy dla niego. I też sam trochę przejrzyj ich, bo to głównie twoje graty — jeszcze dodał Marshall, samemu znad miski obserwując brata i kumpla.
Ten pierwszy wyglądał na dużo bardziej zakłopotanego niż gość. Ten drugi za to wcale nie przejmował się, że gospodarz spogląda na niego tak, jak on spoglądał na kobiety w swoim typie na ulicy. Zresztą lody i owoce były dobre, mieszkanie ładne, więc nie miał na co narzekać. Zwykle niewiele mu trzeba było, żeby czuł się swobodnie, za to trzeba było się napracować, żeby go wkurzyć.
— Na razie połóż to wszystko w jednym miejscu. Potem to przejrzę, jak skończę ze swoją pracą — odpowiedział bratu Courtney, starając się już teraz głównie na niego patrzeć.
— Dobra — odparł Marshall i wrócił do jedzenia.
Nie było nic do dodania. Miał wrażenie, że uczestniczy w dziwnej sytuacji, ale przecież nic się nie działo. Fred wydawał się normalny, Courtney się hamował, więc może zwyczajnie powinien wrzucić na luz.
Z takim postanowieniem skończył lody, a następnie wrócił do sprzątania piwnicy z kumplem.

11 thoughts on “Newton’s Balls – 57 – Kolega z wybiegu

  1. Shivunia pisze:

    Matt >> Bo czasami aż grzech nie spojrzeć XD W końcu menu zawsze można czytać hehehe Ale tak, jakby coś zrobił to faktycznie „coś” z tego by wyszło. Niestety nic pewnie dobrego. Opcji jest jednak dużo. Bo dramaty przesadne jak i za dużo sielanki to jednak czasami nic fajnego do czytania. Wszystko jednak się okaże jak się potoczy.
    Marshall powiadomił i był w NIEZŁYM szoku, że nie musiał bronić „siostry” przed chamskimi docinkami. Bo sam może po nim jechać, ale nie ktoś inny. Święte prawo starszych braci chyba :P
    Wybaczamy ;) Ważne, że z nami jesteś i miło się czyta :*

  2. Matt pisze:

    Ooooou, Courtney zapatrzył się na innego. Szalona wyobraźnia ma już wizję jak kuratorek robi to ponownie, tym razem (niestety dla niego) z kimś innym i coś z tego wychodzi. Ale mam nadzieję, że się mylę. Chociaż w sumie, coś zbyt dobrze im się układa. W ogóle fajnie, że Marshall powiadomił mega hiper super przystojnego kolegę o orientacji Courtney’a i nazwał Chase’a „chłopakiem”. Może niedługo pogodzi się z faktem, że braciszek woli chłopców :)
    I swoją drogą, wszystkie wcześniejsze rozdziały też były super, ale jakoś nie było czasu, żeby komentować :D Wybaczcie ^^

  3. Katka pisze:

    Kaczuch_A, oj tam, oj tam, Coney tylko patrzył XD To tak, jakby komuś do mieszkania wszedł sam David Gandy. Ja bym się nie potrafiła nie gapić, nawet jakbym miała swój harem zajebistych facetów na wyłączność XD Co do Marshalla – nooo, niestety się zakotwicza, ale widzę nadzieję, że będziesz go tolerować XD Byle z Tankiem się dobrze obchodził, haha. Dobre kryterium w sumie. A Chase… Chase’owi w sumie trochę jak Tankowi, życzy się tego, co najlepsze po tym, co przeszedł dotychczas… Courtney stara się jak może, żeby go uszczęśliwić. Dzięki za komentarz! :D

  4. kaczuch_A pisze:

    Ej, Kukurydz co to za rozbestwianie~?! Niech Ci się w głowie przystojniaki nie kotłują żadne inne oprócz swojego Chase’a. W ogóle cyrki by były jakby Fred był gejem i do małego co nieco pomiędzy nimi by doszło. Chase nie wiem czy by nie wpieprzył jednemu i drugiemu, a później czy by się nie załamał. Kurde kibicuję temu gówniarzowi z całego serducha i bardzo liczę, że mu się życie zajebiście ułoży. Marshalla nie lubię, ale jego reakcja na Tanka i to że go lubi jakoś sprawia, że chłopa całkowicie nie skreślam. Bądź co bądź Tank to moja miłość <3 wkurza mnie to że braciszek zostaje, a Kukurydz się mu postawić nie może, pieprzyć więzy rodzinne, a jak jakąś akcje odwalą z laską czy lodem do zrobienia, to już kuratora mimo że z niego smexy to skreślę całkowicie.Ostatnio ten zajebisty kawałek faceta mi coraz bardziej podpada, jakby teraz dał dupy modelowi też nie byłoby przebacz.

    I niech Chase wpadnie w następnym rozdziale i zobaczy jak się jego facet ślini. Może się zrobi bardziej zaborczy :3

    Weny~!

  5. Katka pisze:

    Tigram, właaaśnie tak, na miłe ciałko zawsze fajnie popatrzeć. Dlaczego Courtney miałby sobie żałować :D A co do Chase’a… może się kiedyś okaże, ale i tak takie gdybanie zawsze się nam podoba, hehe.

    Kyna, tak, właśnie, patrzeć można, byle z daleka. Na szczęście Courtney nie przekroczył żadnej granicy, ale na pewno zauroczony tym wyglądem był. Uuu, i marzy Ci się dominacja nad Chasem? Brzmi sexy. Ale trudno powiedzieć, czy kiedyś do tego dojdzie, bo chyba na razie widać, że Chase i Courtney za bardzo do tego nie zmierzają. Nie mają na to ciśnienia. Ale może kiedyyyyś :)

    O., oj trójkąt z Chasem na pewno by nie przeszedł XD On ledwie się przekonał do jednego faceta. Dwóch to by było za dużo, plus Courtney by miał wrażenie, że go demoralizuje XD Zdecydowanie obaj są na nie. Hahaha a w pierdlu jako księżniczka Lenny’ego… Moooże XD Istniałoby takie prawdopodobieństwo!

    Kasia, haha, nooo, blisko było ślinienia się, ale no… czasem się po prostu nie da nie gapić XD Cud, że Fred nie miał nic przeciwko. A Marshall niech się uczy od kumpla tolerancji. Może jak zobaczy, że ten jest taki z tym spoko, to sam się bardziej ogarnie. „ Trochę się tylko obawiam czy informacje o orientacji Chasea nie dotrą jakoś do jego ojca, bo to by nie było fajne.” – to prawda :( Każde wielkie kłamstwo kiedyś wychodzi na jaw.

    Jelis, nooo, a zakotwicza się coraz mocniej. Już jak taki stały domownik, niemal jak Tank XD

  6. Jelis pisze:

    Nie podoba mi się, że braciszek tak zakotwicza xd Zabiera przestrzeń Courtney’a i mam wrażenie, że będą z nim same problemy 😂

  7. Kasia pisze:

    Dobrze ze Courtney sobie przypomniał że ma faceta bo jeszcze trochę i zacząłby się ślinić :) No ale chyba każdy lubi sobie popatrzeć na przystojnego faceta 😆Fajnie że ten nie robił żadnych problemów w kwestii orientacji Courtneya – Marshall jest chyba w coraz większym szoku :) No ale jest coraz lepiej. Trochę się tylko obawiam czy informacje o orientacji Chasea nie dotrą jakoś do jego ojca, bo to by nie było fajne.
    Dzięki bardzo i pozdrawiam 😀

  8. O. pisze:

    Hahaha a może Corn by wprowadził w seks gejowski Chase na „wyższy level”- trójkąt? :p choć miło ze strony Freda, że pomimo wiedzy o swoim pięknie nie obnosi się jakoś szczególnie xD ciekawe czy w pierdlu byłby ksiezniczka Lenny’ego? :p (Rynna foreva! <3333333)

  9. Kyna pisze:

    Ciekawe czy Marshall wygada młodemu jaka była sytuacja xD Popatrzeć można, byle nie zapomnieć, żeby tylko z daleka :P
    Szczerze powiedziawszy czekam na moment, kiedy Courtney zdominuje Chase w seksie – jak na razie się na to nie zapowiada i nie jestem pewna czy kiedykolwiek będzie. W końcu nie muszą tego chcieć, ale jestem ciekawa jak by to wyglądało.
    Dużo weny :) Pozdrawiam!

  10. TigramIngrow pisze:

    Ale to było dobre! Ta sytuacja przy przywitaniu, a potem w piwnicy. O jaaa. Dobre, dobre! Na miłe ciałko zawsze fajnie popatrzeć. Przeżyłam chwilę grozy, że Fred to też gej, ale chyba nie, chociaż z Wami to nic nie wiadomo. Ciekawa jestem jak Chase by się odniósł do tej sytuacji, czy by się zrobił markotny i wycofany, czy spuściłby łomot Fredowi, czy jakoś zaatakowały Courta.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s