Across The Cursed Lands III – 35 – Trzy dni do Charleston

Eddie nie chciał na dzień dobry objadać Malvina, więc śniadanie zjadł w gospodzie. Nie spieszył się, bo wstał dość wcześnie, a nie chciał przeszkadzać mu z samego rana.
Opłacił drugą przespaną dobę i zabrał swoją klacz. Cieszył się, że zaoszczędzi trochę pieniędzy z agencji. Będzie mógł za to kupić potrzebne narzędzia do pracy. Na szczęście miejsca w stodole Malvina było sporo. Wiedział, że będzie mógł zrobić tam swój kącik. Ale na razie trzeba było pozbyć się z domu pewnego zbędnego rupiecia… I miał nadzieję, że ten sam się już wyniósł.
Niestety, kiedy podjechał pod posiadłość Malvina, zobaczył go na ganku. Tym razem Gerry nie zareagował w żaden sposób na jego widok i zwyczajnie patrzył, jak psy szczekają na przybyłą osobę. Kowal jeszcze spróbował je uspokoić, ale okazało się, że te były spokojne tylko, kiedy ktoś już był na posesji. Westchnął ciężko, czekając, aż może Malvin podejdzie mu otworzyć.
Na szczęście tak było. Musiał być w domu i usłyszeć psy, bo szybko wyszedł i uśmiechnął się szeroko na widok kowala. Zbiegł po schodkach i zagwizdał na zwierzęta. Kiedy te się uspokoiły, otworzył furtkę.
— Dzień dobry! — zawołał do Eddiego, wpuszczając go i jego klacz. — Tę panią nawet kojarzę. Zapraszam, zaprowadzimy ją do stajni.
— Witaj. — Eddie przywitał się z nim i nic nie powiedział, aż nie oddalili się kawałek od domu. — On nadal tutaj. Spakował się chociaż? Robił coś w nocy? — spytał, mając wrażenie, że nie brzmi jak on sam. Usprawiedliwiał to jednak tym, że naprawdę nie lubił tego człowieka i nie chciał, żeby Malvin był przez niego krzywdzony.
Na szczęście mężczyzna nie wyglądał, jakby coś mu było. Szedł zwyczajnie, nie miał żadnych siniaków i wyglądał na spokojnego. Do tego co raz popatrywał na Eddiego prowadzącego konia.
— Nie, nie robił nic. Właściwie obudził się niedawno… Zdążyłem nakarmić zwierzęta. Twój mały bullik został całkowicie zdominowany przez Rogacza! — Zaśmiał się.
— W jakim sensie? — spytał Eddie, bo nie był pewien, jaką formę dominacji Malvin ma na myśli.
— Może sam zobaczysz — odpowiedział, bo do wybiegu Rogacza mieli dosłownie kilka kroków.
Przeszli więc w ciszy, minęli bandamy, duży wybieg i w końcu dotarli na miejsce. Zatrzymali się na chwilę i ujrzeli dwa pyszczki w dużym domku. Malvin zacmokał krótko, a Rogacz uniósł się… lecz zanim wyszedł, najpierw trącił pyskiem swojego małego kolegę i zmusił go do wstania. Clover walczył ze swoimi słabymi nóżkami, a gdy się uniósł, od razu został delikatnie wypchnięty z domku przez Rogacza. Potem już obaj podeszli do ogrodzenia. Malvin wspiąwszy się na nie, wyciągnął rękę i pogłaskał większego z parzystokopytnych.
Eddie zaśmiał się z tej całej sceny.
— To na pewno jest samiec? Bo zachowuje się jak nadopiekuńcza mamuśka — zadrwił z większego, jelenio-podobnego, zmutowanego zwierzątka.
— Mówiłem! — Malvin też się roześmiał. Zeskoczył na ziemię, kucnął i wyciągnął rękę pomiędzy deskami, żeby pogłaskać także Clovera, który stał tuż przy nich pomiędzy przednimi nogami Rogacza. — Ale myślę, że czuje się bezpiecznie. A ty co uważasz? Znasz go dłużej niż ja.
— Nie beczy, więc chyba nie jest źle. Zresztą, on chyba tak lubi. Lubił być noszony. Ani razu nie miał dość — wyjaśnił Eddie, opierając się o ogrodzenie i patrząc na dwójkę z góry.
— Więc chyba mu całkiem wygodnie pod tym większym od siebie ciałem — uznał traper, delikatnie głaszcząc bullika po miękkim futerku między uszkami. Po tym zadarł głowę i popatrzył w górę na kowala. Uśmiechnął się. — Ruszamy dalej?
— Mhm — odparł Eddie, zadowolony, że Clover w końcu jest w dobrych rękach i ma opiekuna, który się nim zajmuje. I nie myślał teraz tylko o Malvinie, a także o jego współlokatorze. — Cieszę się, że się dogadują.
Traper przytaknął i uniósł się. Podążyli dalej do stajni, gdzie znajdował się tylko koń Malvina. Był przyjazny, podobnie jak jego właściciel, więc powitał klacz miłym prychnięciem.
Gdy zdjęli uzdę i siodło, klacz została wprowadzona do boksu, dostała jedzenie i wodę, a dwójka mężczyzn mogła wrócić do domu. I im bliżej byli, tym mniej spokojny był Malvin.
— Mam nadzieję, że Gerry nie będzie znowu robił problemów…
— Coś raczył wspomnieć rano? — spytał Eddie, też mając taką nadzieję. Nie miał zamiaru wracać do zajazdu.
— Nie odpowiedział w ogóle na żadne moje pytanie — odpowiedział Malvin, w duchu uznając, że to teraz on zachowywał się jak pannica. — Ale zobaczymy.
Weszli do domu przez tylne wejście, a rzeczy Gerry’ego zastali w wielkim chaosie. Wszystkie były rzucone na kanapę i bynajmniej niespakowane. Malvin skrzywił się i zawołał:
— Gerry!
Nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Eddie spojrzał na bałagan na kanapie. Obszedł go wokół i usiadł na wolnym fotelu. Następnie skierował wzrok na Malvina.
— Chyba nie chce rozmawiać.
Malvin zacisnął wargi i chwilę stał bezradnie. Po tym nagle wyszedł do sypialni i wrócił z niej z dwoma dużymi worami, w których czasem przetrzymywał siano. Były płócienne i trwałe. Położył je na podłodze i zaczął byle jak wrzucać do nich kolejne części garderoby swojego dawnego kochanka, jego buty i cały dobytek. Robił to z dużym zaangażowaniem i pewnością, nie kłopocząc się składaniem tego wszystkiego.
Eddie mu nie przeszkadzał. Siedział tylko i patrzył. Czuł się dość dziwnie zakłopotany faktem, że w ogóle w tym uczestniczy. Wolałby wejść w życie Malvina, kiedy w nim nikogo nie było. Ale nie współczuł Gerry’emu, co znacznie ułatwiało. Jego gospodarz też był tym zawstydzony, jednak kontynuował, aż obie torby były pełne. Wtedy związał je, chwycił za grube sznury i dźwignął. Były ciężkie, ale wyniósł je na ganek i rzucił obok siedzącego tam Gerry’ego.
— Spakowałem cię.
Gerry uniósł na niego wzrok. W przeciwieństwie do reszty nie wyglądał na zawstydzonego tym, że wciąż tu jest, a niby miał zniknąć. Siedział luźno na ganku. Podziwiał powoli ożywiającą się ulicę, gdzie w oddali widać było spacerowiczów i konnych. Do tego obrazka brakowało mu tylko kufla pienistego piwa.
— Właśnie widzę. Niepotrzebnie.
Drugi mężczyzna ściągnął brwi i położył ręce na biodrach.
— Mówiłem ci, że z rana się wyprowadzasz. Mój dom to nie gospoda, Gerry! — jęknął, tracąc cierpliwość.
— Nic nie mówiłeś, że z rana. Zrelaksuj się. Zawsze jesteś spięty — odparł starszy mężczyzna i zaśmiał się ze swojego niewybrednego żartu.
Był uparty i pewien, że nic go nie ruszy. Zrobił sobie własne miejsce w domu tego trapera i trudno było mu ze zrozumieniem je opuścić. Najpewniej wcale nie uśmiechało mu się wracanie do rodziny, która nie wiedziała o jego orientacji i gdzie nie ma dostępnego mężczyzny do łóżka.
— Gerry, naprawdę mam te torby wystawić na zewnątrz, na ulicę?
— I znowu będziesz robił dramę? — Ten spojrzał na niego z niedowierzaniem. Jakby powiedział coś naprawdę dziwnego i niemożliwego. Innymi słowy, ignorował każdą groźbę Malvina. — Zresztą, naprawdę… Nie mów, że nie będziesz mnie potrzebował po tygodniu. Z tą twoją… chcicą.
Traper skrzywił się i jęknął w duchu. Chciał być wolny od Gerry’ego. Chciał mieć bezbolesny seks i bliskość z innym mężczyzną. Bliskość taką, jakiej Gerry nie potrafił mu dać przez trzy miesiące znajomości, a jaką okazał mu Eddie już po dwóch dniach.
— Gerry… proszę cię, nie komplikuj tego. Bądź mężczyzną, wynieś się z godnością.
— Z godnością chcesz mnie wyjebać na ulicę — zironizował mężczyzna i wstał. Jednak zamiast zabrać rzeczy i wyjść… cofnął się do domu. — Masz jeszcze tej pieczeni?
Malvin wszedł za nim. Już nie wiedział, jak postępować, bo nic nie działało na tego mężczyznę. Ani groźba, ani prośba.
— Nie mam — odpowiedział do jego pleców i spojrzał na Eddiego wciąż siedzącego w salonie. — Nie chce się wynieść…
Gerry tylko prychnął z lekceważeniem i wszedł do kuchni, żeby poszukać w niej jakichś przekąsek. Nic sobie nie robił z szopki, która powstawała przez jego upartość.
Eddie odprowadził go wzrokiem i spojrzał na bezradnie stojącego na środku salonu Malvina.
— Pomóc? — spytał, nie chcąc jednak, żeby to była jego decyzja, a było to pokierowane przez gospodarza.
Traper zastanowił się, ale gdy tylko popatrzył na drzwi i usłyszał, jak Gerry się tłucze… skapitulował.
— Jeżeli tylko uważasz, że nie jest to nadużywanie twojej chęci pomocy…
— Nie — odparł Eddie i z głębokim westchnieniem wstał z fotela. Tego jeszcze nie mówił Malvinowi, ale nie lubił chamstwa. Irytowało go ono zawsze. A Gerry był zwyczajnym chamem. Dlatego przeszedł bez słowa obok gospodarza do jego kuchni, gdzie znalazł niechcianego już gościa. — Wyjdź — zwrócił się do niego na spokojnie. Na razie.
Starszy mężczyzna tylko odwrócił w jego stronę głowę, zmierzył go lekceważącym spojrzeniem i wrócił do przeszukiwania szafek. Przez to Eddie widział, jak z jego ciasnego paska wylewa się duże sadło. Włosy, mimo że spinał je na karku, były bardzo cieniutką kitką. Malvin miał wielkiego pecha, że mężczyzną zainteresowanym innymi mężczyznami, jakiego spotkał, okazał się właśnie ten człowiek.
Eddie znowu westchnął, po czym zwyczajnie podszedł do intruza, złapał go za ramię, pochylił do przodu i uderzył jego twarzą w blat.
— Wyjdziesz. Malvin mówił ci to już kilkanaście razy — zażądał i bez większych problemów spowodowanych przez wagę Gerry’ego, szarpnął go w stronę wyjścia.
Malvin zaniemówił i aż przestał oddychać. Odsunął się z drogi Eddiego, który ciągnął jęczącego mężczyznę. Zaraz za nimi na podłogę kapały krople krwi z rozwalonego nosa Gerry’ego. Ten coś bełkotał, próbując się wyrwać, ale nic mu z tego nie wychodziło. Eddie był wyraźnie silniejszy. Malvin więc szybko podbiegł do drzwi i otworzył je kowalowi, żeby mógł wyrzucić za nie intruza.
Uścisk dłoni kowala był niesamowicie mocny, a ten przy tym pochylał Gerry’ego w dół i właśnie sprowadzał go już po schodach. Poczekał po chwili, aż Malvin otworzy mu furtkę i nie przejmując się bluzgami lecącymi w jego stronę, zwyczajnie wypchnął mężczyznę na drogę.
— Pierdolony chuj! — wydarł się Gerry.
Eddie z niezmąconym spokojem dodał do trapera:
— Daj jego rzeczy.
I chwilę później przed ogrodzeniem znalazły się dwa pełne worki. Malvin spojrzał na tę scenę z niepokojem, a Gerry od razu odsunął się na kilka kroków. Otrzepał się ostentacyjnie.
— Sam nie umiesz tego zrobić, zawszona łajzo! — krzyknął w stronę Malvina i splunął pod nogi.
— Miałeś sam to zrobić. To kwestia tego, że jest dla ciebie zbyt uprzejmy — wtrącił Eddie i zamknął furtkę, odgradzając ich od byłego „przyjaciela” Malvina. Po tym zwyczajnie odwrócił się i odsunął, zostawiając sprawę Malvinowi.
— Przykro mi, że tak się to skończyło — powiedział traper i cofnął się do schodów.
Gerry jeszcze doskoczył do furtki i spróbował wejść na posiadłość, ale od razu znalazły się przy niej psy i zaczęły ostrzegawczo szczekać. Ale Malvin ich nie uspokoił. Wszedł tylko do domu za Eddiem i oparł się plecami o drzwi.
— Trzymasz się? — spytał kowal, patrząc na niego i nadal słysząc szczekanie za drzwi. Gerry był mimo wszystko uparty, ale wierzył, że jednak zrezygnuje. Nie zależało mu na Malvinie, tylko na wygodnym życiu.
Traper przytaknął i wsunął dłonie do kieszeni spodni. Wciąż stał przy drzwiach, wsłuchując się w to, co działo się na zewnątrz.
— Tak. Przepraszam za to wszystko.
— Nie masz za co przepraszać. Nie masz na niego żadnego wpływu. Chcesz herbatę?
— Mm… Chyba chętnie.
Eddie skinął głową i poszedł do kuchni, żeby zaparzyć zioła. Jeszcze nie wiedział, co gdzie jest, ale miał nadzieję, że się nauczy i nie będzie ciągle prosił Malvina, żeby coś za niego czy dla niego zrobił.
W tym czasie traper wyjrzał przez okno i zobaczył, że psy już się uspokoiły. Ale nie dlatego, że Gerry sobie z nimi poradził i wszedł na teren posesji. Malvin zobaczył, jak ten idzie mozolnie z torbami zarzuconymi na plecy i kieruje się w stronę głównej drogi.
Przełknął z trudem ślinę, ale kiedy tylko odwrócił głowę z powrotem na dom, zdał sobie sprawę z tego, że wreszcie jest wolny. Że teraz może uda mu się pomieszkać w przyjaznych stosunkach z kimś, kto nie sprawi mu żadnej krzywdy i do kogo będzie mógł się zwyczajnie… przytulić.
Gdy tylko o tym pomyślał, przeszedł szybko przez salon i wszedł do kuchni. A znalazłszy tam Eddiego, który już wyciągnął z szafki puszkę z ziołami, zbliżył się do niego, odwrócił go do siebie i mocno objął. Kowal, z początku zaskoczony taką nagłą afirmacją uczuć, nic nie zrobił, tylko stał z rozłożonymi ramionami. Szybko jednak mu przeszło, bo zaraz odstawił puszkę i chwycił mocno biodra Malvina. Uniósł go i posadził na kuchennym, ciężkim, drewnianym blacie.
— Lepiej? — spytał, znowu spokojnie i oszczędnie.
Malvin aż się dźwięcznie roześmiał, rozbawiony tym, jak szybko znalazł się w takim miejscu. Objął Eddiego za szyję i pogłaskał jego kark.
— Tak. Zdecydowanie lepiej. Dziękuję za pomoc. Dziś wreszcie możesz się rozpakować! I może później spróbujesz pomyśleć nad swoją pracownią, a ja popracuję nad dachem Rogacza i Clo?
— Dobry plan — odparł Eddie spokojnym tonem. Pomasował go po boku. — Mam nadzieję, że nie będzie cię drażnić, że czasami nie jestem zbyt rozmowny? — spytał, jednocześnie oglądając sobie swojego nowego współlokatora. A raczej gospodarza.
Ten pokręcił głową i cmoknął go w brodę.
— Nie. Mam tu bardzo dużo zwierząt, Eddie. Przywykłem do mało rozmownych towarzyszy — odpowiedział ze śmiechem, wyraźnie czerpiąc wielką radość z tych drobnych czułości. Łaknął tego.
— Dobrze. Bo czasem jestem jak zwierzę. — Eddie zaśmiał się, już nie dodając, całkiem zamierzenie, że jest tak rozmowny. Chciał zobaczyć reakcję.
Od razu ujrzał, że pierwsza myśl, która przyszła Malvinowi do głowy, była dość sprośna, bo jego policzki zarumieniały. Poczuł też, że mężczyzna lekko ścisnął mu boki nogami.
— To mi na pewno… nie będzie przeszkadzać — wydusił i spuścił wzrok z niskim, cichym oddechem.
Eddie skorzystał z tego i pocałował go tuż przy oku.
— Pomożesz mi się rozpakować? Żebym wiedział, gdzie nie trzymać rzeczy i nie zaglądać?
— Mhm. Dobrze. Zalejemy tylko herbatę i we wszystkim ci pomogę — zapewnił Malvin, a kiedy Eddie odsunął się i postawił go na podłodze, znów się roześmiał. — Ależ pan jest silny, panie Hill! Byłem głupcem, zakładając się z panem na rękę! — dodał wesoło i szybko podążył do szafki po kubki.
— Nie nazwałbym tego głupotą, co najwyżej naiwnością. Zresztą, czy przegrana nie była i tak całkiem przyjemna? — spytał kowal, kiedy znowu chwycił puszkę z herbatą, żeby nasypać jej do dwóch kubków.
A do jego uszu dotarło pełne przyjemności mruknięcie.
— Mmm… Była tak cudowna, że i mój… mój tyłek — powiedział Malvin z lekkim wstydem, jakby nie przywykł do świntuszenia — jak i serce pamiętały to przez wiele kolejnych dni.
Eddie zmierzył go spojrzeniem.
— To dobrze. Wieczorem możemy znów dać im trochę rozkoszy — zasugerował i, jakby nigdy nic, zalał herbatę wrzątkiem.
A Malvin znów się uśmiechnął i przy tym przełknął ślinę z podekscytowaniem.
— Nie mogę się doczekać… A teraz chodźmy. Zabierz może kubki do salonu i spróbujemy rozpakować twoje rzeczy.
Eddie zgodził się na ten plan. Był dobry. Mógł na spokojnie pomyśleć wieczorem o Malvinie, a w dzień skupić się na pracy. Nie chciał być przesadnym optymistą, ale czuł, że w tej chwili właśnie ma ten przypływ życiowego szczęścia.

***

Było zimno. Nicholas mocniej zakręcił szalik wokół szyi i wzdrygnął się, kiedy dotknął zimnymi, metalowymi pacami swojej skóry. Nadal jechali na wschód i coraz bardziej czuli, że zbliża się zima. Jefferson, który był wśród nich największym południowcem, jednak najmniej odczuwał mróz. Sam mówił, że jest mu tak akurat, a William widział, że zwyczajnie jest rozpalony, dlatego chłód był mu niemalże na rękę.
— Niedługo robimy postój. Słońce do stu czortów za szybko zachodzi — poinformował całą ich czwórkę Nicholas, kiedy udało mu się uporać z rękawiczkami i guzikami płaszcza.
Chmury na niebie i chłód powietrza nie tylko dawał im fizycznie w kość, ale i nastrój mieli gorszy. William wręcz zazdrościł Eddiemu, że mógł zostać we Frankfort. Tam mógł zapalić w kominku i ogrzać dłonie ciepłą herbatą. Mógł pójść spać pod grubą pierzynę. A oni musieli dziś znów spać skuleni przy ognisku.
— Przejedźmy jeszcze kawałek. Drzewa się rozrzedzają. Może zaraz wyjedziemy z lasu. Będziemy mogli zrobić ognisko na skraju — powiedział Maverick, również szczelnie opatulony. Grube rękawice ogrzewały mu dłonie, ale policzki, uszy i nos miał czerwone od chłodu.
Wszyscy się zgodzili. Nikt nic nie dodał, bo każdy był zmarznięty i zmęczony dniem. I jedynym plusem tego, że byli tu tylko w czwórkę, był fakt, że mogli grzać się nawzajem. William chyba by zamarzł do rana, gdyby miał spać znów sam na posłaniu.
Niecałą godzinę później ognisko wysoko płonęło, a oni byli zgromadzeni wokół niego. Jefferson i Nicholas zajmowali się podgrzewaniem puszek z fasolą. Maverick rozdał im też po pajdzie chleba, którym na razie wypełniali głodne żołądki. William za to wyciągnął z torby butelkę Jacka Danielsa. A gdy wszyscy spojrzeli na niego z niemym niedowierzaniem, zamrugał i odpowiedział prosto:
— Kupiłem we Frankfort.
— Jedną? — spytał Jefferson, stojąc blisko ognia i podkładając drewno.
Nicholas był nieoceniony, jeśli chodziło o zapewnianie drewna na opał. Obaj znaleźli w lesie suche, wiotkie drzewo. Tempo, w jakim generał je powalił i poćwiartował siekierką zabraną z rancza, było imponujące. A Ranger mógł rozpalić duży ogień bez użycia upiorytu.
— Dwie — odparł William, odkręcając butelkę.
Siedział skulony, czekając, aż Jefferson usiądzie obok i przekaże mu trochę swojego ciepła. Maverick za to już siedział blisko Małego Nicka i zaglądał na wierzch otwartych puszek, upewniając się, czy już nie są zbyt gorące. Nicholas jak zwykle zajmował się ogniem przy użyciu swojej metalowej protezy.
— Cały ty — skomentował Ranger. Poprawił nogą jedną kłodę i w końcu usiadł obok lekarza. — Czyli co? Pijemy?
— Dokończ przynajmniej najpierw chleb, Will — powiedział do niego Maverick. — Bo zaraz się uchlejesz.
William uśmiechnął się wymownie, wziął do ręki pajdę chleba, po czym pierwszy się napił. Za to od razu dostał mordercze spojrzenie od najstarszego mężczyzny. Nicholas zaśmiał się nisko i podał lekarzowi jego puszkę z fasolą.
— Jedz lepiej. To cię tylko na chwilę ogrzeje.
Lekarz przyjął jedzenie w dłoń w rękawiczce. Butelkę podał Maverickowi, a sam zagłębił jedną z drewnianych łyżek w gorącym jedzeniu. Pachniało bardzo dobrze, mimo że jeszcze rok temu uznałby takie jedzenie za coś nie do przełknięcia.
— Ciekaw jestem, czy jedzenie zmutowanych stworzeń jest szkodliwe — zwrócił się do Zwierzaka po skosztowaniu.
Ten przełknął alkohol i podał go swojemu partnerowi. Odpowiedział:
— Nie sądzę. To mięso jak każde inne. Wciąż jednak są badane właściwości stworzeń, ale w mięsie nie znajduje się nic szczególnego. To chociażby kościec czy poroża są specyficzne. I nierzadko cenne, a nie szkodliwe.
— Och tak. Chociażby bandamy — spostrzegł William.
— Mhm. Ale, Will, tak właściwie czemu ty w ogóle rozważasz jedzenie zmutowanych stworzeń? — spytał Jefferson, także już dostawszy od generała jedzenie. Prawie się poparzył, bo zapomniał, że ten ma jednak dłoń nieczułą na ogień. Nie jak on.
— Uważaj — skarcił go od razu lekarz. — I nie rozważam, ale wy wczoraj jedliście jakiegoś ptaka, który wcale nie był normalny. Mam nadzieję nie być tu jedyną osobą bez rozwolnienia.
Flap, który chwilę temu przysiadł na wysokiej, grubej gałęzi na skraju lasu, zaskrzeczał ostrzegawczo, jakby słyszał Williama. Jakby spodziewał się, że w czarnej godzinie zostanie zjedzony. Maverick tylko uśmiechnął się pod nosem. Mimo że było już coraz chłodniej, wciąż spotykali na drodze zwierzynę. Okolica była pełna wysokich traw, lasów i potoków. Były tu dobre warunki dla różnych zwierząt. Tym bardziej, że nie wszystkie jeszcze zdążyły zmienić futro albo zrobiły to za wcześnie i teraz było widać białe zające lepiej niż kiedykolwiek w ciągu roku.
— Już nie raz coś dziwnego jadłem i nic mi nie było. Na przykład te twoje kartofle — odparł Jefferson lekarzowi, napełniając policzki strawą z puszki.
— Moje kartofle… — powtórzył William, który przez to, że Jefferson nazywał go ziemniakiem, wcale nie pomyślał o jedzeniu. Raczej o swoich jądrach. I przez to aż trochę zesztywniał.
A Jefferson w końcu dostał do ręki butelkę, kiedy Nicholas popił swoją fasolę łykiem whisky.
— Mhm — odpowiedział, chłodząc gardło palącym trunkiem. — Ale chyba wolę nie pytać, o czym pomyślałeś. Masz dziwną minę.
William przywołał na twarz minę bez wyrazu, a Maverick uśmiechnął się.
— Polubiłem naszego drogiego kowala. Ale bez niego jest swobodniej — rzucił, pochylając się nad swoim jedzeniem. Było gorące i rozgrzewające. Żałował tylko, że nie ma pieprzu, żeby jeszcze bardziej je zaognić. Brakowało mu warunków z rancza, ale… cieszył się, że jest w drodze z Nicholasem.
— To na pewno. Nie trzeba oddzielnie spać. A teraz to szczególnie wygodne, bo jest coraz zimniej — odpowiedział Nicholas ukochanemu, siedząc blisko i będąc z tego bardzo zadowolonym.
Maverick uśmiechnął się do niego łagodnie i wyciągnąwszy dłoń na jego plecy, potarł go po nich mocno dla rozgrzania.
— Nieoczekiwane problemy erekcyjne Willa też nie będą aż takim kłopotem — dodał.
A lekarz westchnął cichutko i wymownie wskazał ich łyżką.
— Nie sądzę, żeby tylko mi pojawiały się erekcje, skoro jestem pewien, że i wy czujecie do siebie pociąg.
— Tak, ale panujemy nad tym. Nie jesteś chyba aż tak młody, żeby też nie móc nad tym zapanować? — spytał Nicholas ze śmiechem. Pojadał tak jak reszta, kiedy butelka krążyła wokół ogniska. A oni siedzieli blisko obok swoich partnerów. To było przyjemne i rozluźniające. Szczególnie dla niego, bo wspomnienia o wspólnej podróży z Maverickiem już zdążyły okrutnie wyblaknąć.
— Staram się, ale nie zawsze jest to możliwe. Poza tym, tak się dzieje tylko przy Jeffie. Nigdy wcześniej aż tak często mnie to nie spotykało przy innych mężczyznach — odpowiedział spokojnie William, zerkając na swojego partnera. A kiedy ujrzał, że ten ma wargi pomarańczowe od sosu, pocałował go w nie.
Ranger stęknął jakby z pretensją, ale nie odsunął się, tylko pokręcił głową. Widać było, że uważa to za głupie, ale i miłe.
— Na mnie nie patrzcie. To nie moja wina — dodał jeszcze dla swojego usprawiedliwienia. Jakby było co usprawiedliwiać.
— No dobra. — Nicholas machnął ręką. — Ale to co? Nie miałeś wcześniej takiego… związku?
— Nie — odpowiedział William, kiedy dostał butelkę. Napił się i podał ją dalej. Od kilku dni spinał swoje jasne włosy tasiemką. Podskakiwanie Pigmenta na nierównych terenach sprawiało, że miał przy tym trochę rozburzone włosy, ale z jakiegoś powodu wyglądał przez to bardziej… męsko. Może też była to kwestia tego, że miał nieco więcej mięśni. Niemniej, włosy były już zbyt długie, by wygodnie mu było w rozpuszczonych. — Miałem tylko kilku kochanków, ale z reguły chodziło o seks, nie o miłość.
Jefferson znowu o mało się nie zakrztusił, kiedy usłyszał ostatnie zdanie lekarza. Udał, że nic się nie stało. Jeszcze jakoś przerastało go, jak daleko to zabrnęło. Chociaż podobało mu się to w głębi serca.
— Kochankowie. — Nicholas westchnął. — To chyba przywilej wielkiego miasta.
I niemal od razu poczuł na sobie spojrzenie swojego partnera, niczym wbijające się w ciało cienkie igiełki.
— Wiesz z doświadczenia? Kansas City nie jest małe.
Popatrzył na niego bez zrozumienia.
— To była uwaga odnośnie tego, że jakbyśmy nie podróżowali razem, to nie wiem, jak byśmy się poznali. Nigdy nie miałem żadnego kochanka, dlatego pomyślałem, że Will mógł mieć jakichś, bo mieszkał w Chicago.
Na szczęście Maverick przyjął takie tłumaczenie. Kiedyś może doszukiwałby się kłamstwa w tych słowach, ale znów byli bardzo blisko, dlatego chwile zwątpienia szybko mijały. Więc zamiast drążyć, zwrócił się do Williama:
— Byłeś już więc doświadczony, gdy poznałeś Jeffa?
Lekarz przytaknął. Już wyskrobywał ostatnie fasolki z puszki.
— W stosunkach seksualnych tak. Ale Jeff też już wiedział, co robić.
Ranger tym razem popatrzył na Williama, już bojąc się, co ten zaraz powie.
— Dobra, ale naprawdę chcecie rozmawiać o tym? — spytał, obawiając się, że zaraz lekarz zacznie opowiadać coś o tym, jak wzbraniał się przed oralem, a naprawdę jak to uwielbia.
— Cóż, Eddie został we Frankfort… — mruknął Nicholas, samemu pamiętając, że jego pierwszy raz z Maverickiem był bardziej niezdarny niż chodzenie sarny po zamarzniętym jeziorze. Był trochę ciekaw, jak to wyglądało u tej dwójki. Nie zdarzyło się jeszcze w jego życiu, żeby móc z kimś o tym porozmawiać. Tak naprawdę to, co robił z Maverickiem, było budowane zwyczajnie na własnych instynktach i pragnieniach.
— Poza tym, Jeff, to nie jest nic, czego możemy się wstydzić przed Nickiem i Maverickiem — zauważył William, rozluźniony alkoholem, który co raz popijał. — Oni też to robią. Choć na pewno każdy inaczej.
Ranger zabrał mu butelkę i napił się, aby okazać, że jest tu chyba w mniejszości, jeśli chodzi o dzielenie się takimi rzeczami.
— Czyli przed tym nie ucieknę. Zresztą, co innego może w tym być? — spytał z mocno ściągniętymi brwiami. Było mu gorąco po jedzeniu, od ognia i alkoholu.
— Rozmawiałem kiedyś o tym z jednym mężczyzną w Chicago — podjął William, który czuł się bardzo luźno, dzieląc się tym z trójką mężczyzn. Ci słuchali go spokojnie, pojadali i grzali się przy ognisku. — Opowiadał, że znał mężczyznę, który zapłacił mu za wychłostanie. I osiągnął przy tym erekcję, jak ja, gdy się przebierasz.
Jefferson przewrócił oczami.
— To chyba cieszę się, że tego człowieka nie spotkałem. Dość dziwne było to, że gapiłeś się na mnie i dostawałeś wzwodu, kiedy tylko się ruszyłem — mruknął, pamiętając początki ich znajomości.
— I nie obawiaj się, my nie uskuteczniamy biczowania. Chociaż to dziwne, że kogoś to podnieca — zauważył Maverick. — My… lubimy czasem mocniej to zrobić, ale nie chciałbym bólu.
— Mocniej… ale nie jakoś mocno. Bo jeszcze coś sobie pomyślą. — Nicholas prychnął i w końcu odstawił swoją puszkę po fasoli na bok.
Objął ramieniem Mavericka, żeby było mu cieplej w plecy. Ten od razu się do niego przytulił. Kapelusz przy tym odłożył na bok i napił się z butelki.
— Mhm. Lubimy tak, żeby było przyjemnie. I w trakcie, i na drugi dzień.
— Zgadzam się. Dobrze zrobić to dość delikatnie, kiedy trzeba jechać konno — powiedział William, przy tym z utęsknieniem popatrując na Jeffersona. Ten znów był najlżej ubrany i miał największy apetyt. Jego zmęczone szybkim biciem serca ciało wymagało więcej pożywienia.
— O, to fakt. Dlatego to jedyny minus bycia w drodze. Już te lata temu, a teraz nawet bardziej. — Nick zaśmiał się, a Jeff głównie ich słuchał, nie mając zamiaru przyznawać się, że to on cierpiał częściej na ten dyskomfort. — Zawsze na szczęście są same dłonie.
— Albo usta — dodał William z coraz większym rozmarzeniem.
Maverick spojrzał szybko na Nicholasa. Mimo wszystko nie było to coś, co spodziewał się usłyszeć od drugiego mężczyzny. Wiedział, że często nawet różnopłciowe pary powstrzymywały się od opowiadania o innych sposobach zaspokajania niż zwyczajny seks. Ale z drugiej strony ucieszyło go, że najwyraźniej jest to powszechny sposób.
— Jeff. Nic nie mówisz — zauważył, wychylając się do niego, żeby podać mu butelkę.
Ranger przez to, o czym rozmawiali, aż podskoczył i poczuł się, jakby ktoś wbił mu nóż w serce. Pokrył się czerwienią i odpowiedział, nim pomyślał. Nawet odrobinę.
— Ja nie obciągam. Nie sprawia mi to żadnej chorej przyjemności!
Nicholas i Maverick zastygli w milczeniu, a William spojrzał na swojego partnera najpierw z zaskoczeniem, a potem chłodem.
— Tak. Lepiej, żebym ja powiedział, że obciągam i że tylko ja się pod tobą pokładam. Bo ja jestem mniej męski i lepiej to mnie wyśmiać, tylko po to, żebyś zachował twarz. Cóż, Jeff… jesteś wśród ludzi, dla których zapewne smak męskich genitaliów nie jest obcy.
Ranger zrobił się jeszcze czerwieńszy. Przy jego przystojnej twarzy i oczach, które twardo oceniały rzeczywistość, a dla obcych były wręcz chłodne, był to widok wręcz zaskakujący.
— Nie… znaczy… ja… William, nie przedstawiaj tego tak — jęknął i pochylił się do przodu. Oparł łokcie o kolana i schował twarz w dłonie. — Ty nie masz po prostu z tym problemów.
Lekarz czuł się urażony. Z jednej strony rozumiał, jak ważna była męskość w profesji Jeffersona, ale z drugiej byli przecież w bezpiecznym towarzystwie, a Jefferson wciąż się wszystkiego wypierał i to jego stawiał w roli jakiejś kochanki.
— Wiem, że to dla ciebie trudne. Ale ja też czasem potrzebuję usłyszeć od ciebie, co czujesz. Wiem, że trudno ci było powiedzieć nawet „kocham cię”, ale… teraz nasze życie stało się tak ryzykowne, że chciałbym złapać jak najwięcej takich chwil — wyznał, szczególnie w obliczu tego, że Jefferson umierał.
Maverick i Nicholas słuchali tego w milczeniu. Żaden z nich nie odważył się w tej chwili czegoś powiedzieć, widząc, że nagle lekki temat stał się… dość grząski.
Ranger nadal opierał twarz na dłoniach. Przy tym pokręcił głową, jakby chciał odegnać od siebie słowa lekarza. Nadal czuł kłucie w piersi.
— Nie to miałem na myśli…
Tym razem William już nic nie odpowiedział. Odwrócił tylko spojrzenie na wysoko skaczące płomienie i znów napił się z butelki, z której już powoli znikał mocny, rozgrzewający trunek. Nie chciał spędzać takich ponurych chwil z Jeffersonem, ale nic nie mógł poradzić na to, że było mu przykro.
I jak przez chwilę panowała krępująca cisza, tak Ranger miał wrażenie, że jest aż bolesna dla niego. Nie unosząc swoich czarnych jak węgle oczu, przysunął się jeszcze bliżej Williama. Oparł czoło o jego ramię i chwycił za dłoń. Nic nie powiedział, tylko pogładził przegub jego dłoni w rękawiczce swoimi nagimi palcami.
— To… ten… — Nicholas odchrząknął, ale zaraz zamilkł, nie mając nic mądrego do powiedzenia.
Maverick tylko poczuł, jak nerwowo go do siebie przyciska. Też nic nie powiedział, tylko oddał się bliskości ze swoim partnerem, udając, że ich nie ma. Czuł, że druga para nie chce teraz zwracać na nich uwagi. I miał rację, bo William nie tyle ich ignorował, co właściwie na chwilę o nich zapomniał. Zapatrzył się na Jeffersona i ich dłonie. Poczuł się… winny, że to wszystko powiedział.
Powoli wypuścił powietrze przez nos i przekręciwszy dłoń, ścisnął tę Rangera.
— Wybacz… — szepnął.
Ten pokiwał głową. Trochę unosząc się dumą, trochę starymi nawykami, nie odpowiedział, że też przeprasza, tylko uniósł głowę i pocałował Williama. Na tyle długo i lekko, że ten nie miał problemów, żeby przejąć inicjatywę. Do tego Jefferson czuł mocne bicie swojego serca wywołane jakimś dziwnym zdenerwowaniem. Bliskość i nawet spanie razem było czymś innym niż takie gesty jak pocałunek, który był zarezerwowany tylko dla kochanków, a nie dla rodzeństwa, które mogło dzielić wspólne łóżko, póki było dość młode.
Maverick tylko kątem oka ich obserwował, bo przy tym polegiwał głową na ramieniu Nicholasa i poddawał się znużeniu. William za to odpowiedział czule na pocałunek, przytrzymawszy sobie policzek Jeffersona dłonią. Był poruszony tym gestem i tą bliskością. Teraz tak… romantyczną.
— Mm… Kocham cię, Jeff — szepnął w jego wargi.
Te lekko zadrżały, a William poczuł, jak odsuwają się do jego. Jak Jefferson łapie go za tył głowy i mocno przyciąga do siebie, żeby zaraz położyć usta na jego szyi. Blisko jego ucha, do którego zamruczał nisko i ze słyszalnym nawet w ten sposób zdenerwowaniem:
— Mm… ja… ja ciebie też.
Tak proste słowa, ale wypowiedziane szczerze i z emocjami kryjącymi się za nimi od razu wywołały napływ czułości do umysłu i serca lekarza. Ten pogłaskał go po krótkich włosach. Nie chciał, żeby Jefferson go opuścił! Nie mógłby bez niego już normalnie funkcjonować. Śmierć matki odebrał jako odcięcie kończyny. Śmierć Jeffersona byłaby dla niego jak utrata serca.
Nie powiedział nic głośno, a jedynie przytulił go i trwał w tej bliskości, która była dla niego teraz jedyną osłodą. I zaraz jeszcze poczuł jedno ciepło, które sprezentował mu Ranger. To tym razem spłynęło najniżej.
— I… jak będziemy sami… chcę go posmakować — znowu wyszeptał do ucha lekarza. — Ale nie waż się nic… mówić im. Proszę.
Jeszcze tak niedawno mówili o tym, że William mógłby zapanować nad swoimi erekcjami. Ale nawet jeśli teraz próbowałby to zrobić wszystkimi znanymi sobie sposobami i myślałby o jakichś obrzydliwych rzeczach… nie poradziłby nic na to, że jego penis właśnie stanął, jakby dotąd był tylko powstrzymywany gumką, która nagle puściła. Wystarczyłoby, żeby Jefferson powiedział jeszcze kilka zdań o tym, jak by to zrobił, a lekarz najpewniej doszedłby w swoje spodnie.
— Do… dobrze — wydusił tylko, ściskając uda.
A Jefferson jedynie stęknął i znowu oparł czoło o ramię lekarza. Czuł się dziwnie zmęczony i… był zadowolony, że w końcu to wszystko powiedział Williamowi. Bo chociaż nie zwierzał się z tego, czuł się z dnia na dzień coraz gorzej. Sam nie poznawał swojego zachowania. Jakby był kimś kompletnie innym, z tego zdenerwowania, ciągłego napięcia i zmęczenia.
— Dziękujemy za whisky, Will — odezwał się po chwili Maverick, który przy tym wstał i podążył do bagaży po koce. — Myślę, że to najwyższy czas na sen. Jesteśmy już tylko trzy dni od Charleston. Zbierajmy siły, bo nie wiemy, co nas tam czeka.
— Jestem jak najbardziej za. Tylko… — Nicholas urwał, kiedy przed jego twarzą pojawił się płatek śniegu i następnie zniknął, nim dotknął ziemi. — Szlag by to. Trzeba jeszcze rozłożyć namiot. Już pewnie cieszycie się, że śpimy pod nim wspólnie?
— Będzie nam cieplej — zauważył William, niechętnie odsuwając się od Jeffersona. Uśmiechnął się jeszcze do niego delikatnie.
Po tym wstał i zaczął spełniać swoją rolę, czyli zbierać wszystkie ich rzeczy wokół ogniska. Jefferson w tym czasie zabrał konie pod drzewa na skraju lasu, żeby te chroniły zwierzęta przed opadami. Nicholas i Maverick zaczęli rozkładać namiot.
Każdy zajął się swoimi zajęciami. Generał wbijał długie gałęzie w ziemię, żeby z nich mógł zawisnąć materiał, który uchroni ich od śniegu. Maverick pomagał mu w tym i w końcu też układał pledy na ziemi, żeby było im cieplej. Namiot był mały, dlatego zapowiadało się, że wszyscy będą spać z nogami do ognia, ściśnięci pod nim tuż przy sobie. Jedyne co w tym mogło niepokoić, to że Jefferson nie spełni dziś swojej obietnicy.

12 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 35 – Trzy dni do Charleston

  1. Katka pisze:

    Aoi, oooo, fajnie widzieć komentarz od Ciebie! :D W ogóle wiesz, fajnie widzieć jedną tendencję. Bo teraz rzuciło mi się w oczy, że piszecie o tym, jak lubicie Eddiego i Malvina, ale zaznaczacie, że Jeff i Will są na pierwszym miejscu. I to jest fajne, bo bardzo często to nie pierwszoplanowe pary są ulubionymi. Np. w No Exit chyba Dean i Harley cieszą się większą sympatią, tak samo jak w FDTS to Jason i Alex zdobyli najwięcej fanów, mimo że z początku nie byli pierwszoplanowi. Fajnie, że tutaj nasza główka parka jest taka lubiana :D „Jeff to z szafy na razie jedną nogą wyszedł xD” – haha, dokładnie tak XD Jeff ma długą drogę przed sobą, o ile w ogóle się kiedyś na maksa rozkręci. Ale nie ma ciśnienia na szczęście. Dzięki za komentarz! Fajnie było go przeczytać :D

  2. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    Niestety z pamięcią u mnie ostatnio średnio, zapomniałam o rozdziale, a później zapomniała prawie o komentarzu. A skomentować muszę bo się dużo działo.
    Chociaż lubię pana kowala i jego towarka to mimo wszystko całym sercem jestem z Jeffem i Willem, i powiem szczerze że zaczynam tęsknić za ich samotną wędrówką po kraju.
    Podobała mi się ta rozmowa przy ognisku, fajnie że się chłopaki nie krępują pogawędzić o takich tematach, mimo że Jeff to z szafy na razie jedną nogą wyszedł xD, ale wszystko przed nim.
    Uuuuuuuuuuu to wyznanie miłości było tak zajebiście urocze że aż mi brak słów, normalnie cud miód i orzeszki :D. Oby częściej tak sobie słodzili.
    Mam wielką nadzieje że Will szybko postawi Jeffa na nogi, bo serduszko się kraje przy tym jak on się męczy, w sumie i Will i Jeff cierpią przez to, i każdy z nich na swój sposób.
    Weny dziewczyny :) :*

  3. Katka pisze:

    Jelis, droga w jedną stronę – prawda. Wiele przeszli i teraz chcą być razem. Nie ma odwrotu. Pytanie, czy to wszystko przeżyją. A co do nowej parki, hehe, fajnie, że ich lubisz :) Taki tam powiew świeżości w trzeciej części :D Za Jeffa trzymaj kciuki!

  4. Jelis pisze:

    O matko nie no on musi przeżyć! To było takie słodkie, po tym wszystkim co przeszli teraz się kochają i w zasadzie mają tylko siebie, taka droga w jedna stronę♡♡ a nowa para coraz bardziej zaczyna mi się podobać *.* co nie zmienia faktu że Jeff musi żyć :-:

  5. Katka pisze:

    O., oj tam, oj tam, nawet Willuś ma swoje słabsze chwile. Wie, ze Jeffko jest w kiepskim stanie fizycznym, ale on z kolei jest w kiepskim stanie psychicznym. Więc w sumie cud, że się jeszcze nie pozabijali XD

    Kaczuch_A, kolejny samosąd byłby smutny :( Tym bardziej, jakby ich obu skatowano… Okej, wyobrażanie sobie tego nie jest przyjemny. Więc zostawmy tę wizję na bok XD „Nie może umierać kto inny tylko Jeff?” – przy innych bohaterach może nie byłoby tylu emocji. Chociaż, gdyby to William umierał, to już w ogóle by było kiepsko, bo nie byłoby komu go uratować… A William może chociaż próbować coś zdziałać względem Jeffka. Ale ogólnie podsumowałaś to wszystko bardzo dramatycznie XD

  6. kaczuch_A pisze:

    Eddie ma jaja nie ma co, mam nadzieję że Gerry nie narobi im żadnych problemów i nie będzie kolejnego przykładu samosądu, bo to już by była tragedia.

    Jeff umiera, ale kocha Willa, ale umiera, ale go kocha….AHHH!!! Cholera no, nie mogło być sielankowo i wspaniale? Nie może umierać kto inny tylko Jeff? Jak on umrze to William się zabije, przecież nie ma innej opcji. Do tego zrobią samosąd nad Eddiem i Malvinem, Nickowi i Marvowi też się coś stanie i taki będzie finał trzeciego tomu. I będzie drama! Wszyscy umrą!

    Drama~!

    Weny dużo Drogie Panie~!

  7. O. pisze:

    Will mógł być troszkę delikatniejszy w swoim osadzie wiedząc w jakim stanie jest Jeff xD
    Rozluźnili się bez Eddy a jak to będzie gdy i o nim się dowiedzą? ;p

  8. Katka pisze:

    Omega, w sumie tak, jeśli Gerry nic by złego nie zrobił, to Eddie i Malvin byliby parą niemającą większych problemów. Pomijając bycie zaplątanym w niebezpieczną intrygę, w której jakiś szpieg może ich zabić XD Ale przydałby im się święty spokój. To na pewno. „Jeśli plan wymyślony przez lekarza się nie powiedzie, to straciłby dosłownie wszystko” – coś w tym jest. Will nie bardzo ma do czego wracać. Do Chicago na pewno nie wróci. Musiałby w sumie zamknąć w jednym rozdziale całe swoje życie dotychczas i zacząć totalnie od zera. Ale przecież doświadczenia robią swoje i na pewno odcisnęłoby to na nim jakieś piętno. A w ogóle to mega fajnie się czyta takie domysły związane z tym, co też może Will wymyślić, by uratować Jeffa. Szczepionka jest to jakas myśl, skoro to, co atakuje serce Jeffersona to wirus. Więc na pewno jest to jedna z prawdopodobnych wersji. Zmutowane zwierzątka na pewno mają jakieś właściwości, wiec może by to coś dało. Och, ale jeszcze troszeńkę zostało do rozwikłania tej tajemnicy :D

    C., taaak, Eddie to taka harmonia spokoju i siły. Malvin lubi to XD Zgrywają się fajnie :) I miło, ze się o nich fajnie czyta bo lubimy ich pisać i w sumie aż czasem szkoda, że są raczej pobocznym wątkiem, którym nie powinnyśmy Was zasypywać XD

    Kasia, hehehe, ognisko i alkohol wyzwalają ciekawe rozmowy. Ale zgaaadzam się, znacznie bardziej urocze było to, jak to się skończyło, niż jakby Jeff nagle zaczął być publicznie szczery XD Will też na pewno to jakoś bardziej docenia. „No i niesamowicie podziałało na Willa, więc ten wspólny nocleg w jednym namiocie pewnie będzie dla niego nieco męczący” – haha, zdecydowanie! XD

    Luana, tak, skoro Malvin sam nie jest za bardzo stanowczym człowiekiem, żeby radzić sobie z różnymi problematycznymi ludźmi, to na pewno Eddie jest tu potrzebny. A co do naszej drugiej grupy – właśnie to ognisko pokazuje chyba, że teraz u nich jest zdecydowanie luźniej. Choć byłoby jeszcze lepiej, gdyby serce Jeffa dobrze działało.
    Kuruj się! Dzięki za poświęcenie i napisanie kilku słów :)

  9. Luana pisze:

    Wow, Eddie taki spokojny człowiek, a tu proszę jak załatwił Gerry’ego. Malvin potrzebował kogoś takiego. Mam nadzieję, że będzie im się układać.
    Will i Jeff wyznali sobie miłość i to jest takie cudowne. Po tak długim czasie Jeff przyznał, że kocha. Tylko tę radość przyćmiewa stan jego zdrowia. I fajnie, że zostali we czwórkę, mogę sobie pogadać o tym i owym, a także spać blisko partnera.
    Nie rozpisywałam się w komentarzu, bo jestem chora i ledwie na oczy widzę, ale chciałam zostawić po sobie ślad.
    Pozdrawiam. :*

  10. Kasia pisze:

    Jeff potrafi być taaki słodki :) To było naprawdę urocze że w końcu był szczery ze swoimi uczuciami w stosunku do Willa. W ogóle śmieszna była ta rozmowa z początku, aż czekałam na jakieś pikantne szczegóły wyznawane po pijaku 😆Ale to co później wyszeptał Jeff było dużo lepsze :) No i niesamowicie podziałało na Willa, więc ten wspólny nocleg w jednym namiocie pewnie będzie dla niego nieco męczący 😉
    Oby Show wpadł na coś co pomoże Willowi wyleczyć Jeffa, dobrze że już dojeżdżają do niego :)
    Dziękuję bardzo dziewczyny 😙

  11. C. pisze:

    Eddie i Malvin są boscy <3! Absolutnie podoba mi się to, że Eddie jest niby taki łagodny i cierpliwy, ale jak trzeba to się nie patyczkuje :D. Malvin za to ma niemożliwe słodkie reakcje… Idealnie się wydają zgrywac :3
    Natomiast bardzo martwi mnie stan Jeffa, mimo wszystko mam nadzieję,że wszystko będzie dobrze:(

  12. Omega pisze:

    W głowie mam czarne scenariusze o.o
    Czemu mam wrażenie, że Garry może komuś powiedzieć o Malvinie i przez to traper i kowal też będą mieli pod górkę? Liczę jednak na to, że Garry serio wróci do domu i odpuści sobie wszelkie próby odpłacenia się za to, jak został potraktowany (choć moim zdaniem zasłużył sobie w pełni). Chcę, żeby choć jedna z grup miała święty spokój + Eddie musi coś dla Willa załatwić i większa ilość problemów jest całkowicie zbędna.
    Chciałabym aby Will zdążył znaleźć lekarstwo i Jeff wrócił do zdrowia (pewnie uda się dopiero w ostatniej chwili, ale najważniejsze, żeby się udało). Przyznam, że robi mi się smutno gdy czytam aktualne losy doktorka i rangera, bo to musi być koszmarne uczucie wiedzieć, że ukochana osoba umrze za niedługo. Jeff na pewno też zdaje sobie z tego sprawę. Jeśli plan wymyślony przez lekarza się nie powiedzie, to straciłby dosłownie wszystko – jedyną osobę, na której mu zależy (matka w końcu też nie żyje, a ojciec nie chce go znać) oparcie i bezpieczną przystań oraz ogólnie rozumiany „sens” w życiu. Jeśli nie popełniłby samobójstwa, to prawdopodobnie byłby prawie jak pusta skorupa. Liczę jednak na to, że wszystko pójdzie dobrze :)
    Jestem również ciekawa co siedzi w głowie Williama i na co wpadł, bo w końcu nadal nic o tym nie wiadomo… Sądząc po jego pytaniach o zmutowane zwierzęta, pewnie rozważa też inne opcje, które mogą jakkolwiek pomóc i przedłużyć życie jego ukochanego. Ogólnie to zastanawiałam się, czy nie próbowałby stworzyć leku w stylu szczepionki, ale potrzebowałby wtedy zmutowanego ptaka z tamtego gatunku, a ponieważ nie znam się na biologii, to nie wiem co musiałby wykorzystać, aby to stworzyć, plus nie ma na to czasu w drodze, więc tę opcję po prostu odrzucę. Przez to, że prosił Eddiego o pomoc, to nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele. Może spróbuje stworzyć mu nowe serce? Choć to chyba byłoby zbyt ryzykowne i jednak o wiele bardziej różniłoby się od protezy, jaką zmajstrowali Nickowi, ale w sumie była mowa o tym, że to spore ryzyko, więc może jednak? xD Takie tam spekulacje :P
    Weny wam jak zwykle życzę (♥_♥) :3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s