Across The Cursed Lands III – 34 – Pan Berry i pan Hill

Eddie niósł Clovera, który ponownie rozglądał się ciekawsko. Był wyraźnie ożywiony po tym, jak znowu przysnął na chwilę, kiedy Eddie i Malvin się ubierali. Kowal niósł w drugiej ręce dodatkowy domek. Specjalnie miał on mniejsze wejście, aby niewielki bullik miał gdzie się schować, gdyby przypadkiem jego nowy kolega był zbyt nachalny. W stodole dokładnie obili go kocem, żeby w środku było ciepło. Dzięki temu teraz już mogli przygotować nowe miejsce do życia dla małej sarenki.
Zagroda, w której mieszkał Rogacz, nie była duża, ale Malvin wiedział, że ten czasem potrzebował więcej ruchu. Dlatego jego mieszkanko przylegało do większego, bardziej zarośniętego wybiegu, do którego co raz traper wpuszczał inne zwierzęta. Czasem wspólnie, a czasem na zmianę, kiedy była konieczność odizolowania niektórych gatunków. Po lewej stronie wybiegu były więc bandamy, o których Malvin powiedział Eddiemu kilka słów, zaś po drugiej Rogacz. Miał swoje okryte miejsce do spania. Dach był do naprawy, ale ścianki zostały już ocieplone, zaś podłoga wyściełana miękkim sianem. Rogacz jednak nie przebywał teraz w środku. Stał nieopodal płotu i popatrywał na dwójkę zmierzających do niego mężczyzn.
Stanowił kolejną parzystokopytną mutację i od razu było widać, że dość specyficzną. Kolor miał ciemnobrązowy, pomijając biały kołnierz, który zaczynał się na jego brodzie. Cała dolna szczęka była biała, by następnie przejść w gęste futerko zarastające dumnie wypiętą do przodu pierś. Rogacz miał długie, proporcjonalne nogi. Najdziwniejsza była głowa, którą teraz dodatkowo wyciągał w górę. Bowiem zwierzę to miało rogi do złudzenia przypominające gałęzie. Były długie, miały wiele rozgałęzień, a na niektórych wisiały liście i trawa. Część z rogów rosła w górę, kończąc się ostro i na pewno pełniąc funkcje obronne, część zaś rozchodziła się na boki. Co ciekawe, wyglądało to tak, jakby zwierzę nie miało tylko jednej pary rogów. Te największe rosły standardowo, na szczycie czaszki. Kolejna para była zaś jeszcze bardziej z przodu. Te rogi były mniejsze, ale też grubsze od pozostałych. A cały Rogacz był wielkości średniego psa. Miał może z pół metra, lecz chętnie wspinał się przednimi kopytami na ogrodzenie, chcąc lepiej widzieć.
— Jego poroże w obrębie gatunku tak nie wygląda. Rogacz ma jego zdecydowany przyrost. Gdy go znalazłem, utknął w lesie i o mało nie umarł z głodu — mówił Malvin, gdy powoli się zbliżali. A kiedy już stanęli przy ogrodzeniu, mężczyzna wyciągnął rękę i pogłaskał zwierzę po pysku. — Wygląda niebezpiecznie, ale jest bardzo przyjazny.
Eddie stanął obok ogrodzenia i z góry spojrzał na kopytnego większego od bullika. Nie była to duża różnica. Jednak patrząc na to, jakim maleństwem był jego Clover, nawet te dwadzieścia centymetrów wiele zmieniało.
— Nie zrobi mu krzywdy? Jest większy.
— Nie, nie powinien. Ale na wszelki wypadek wejdziemy tam obaj, żeby pilnować ich zapoznawanie się. Zostaw tu na razie domek — zasugerował Malvin, głaskaniem uspokajając Rogacza.
Następnie mężczyzna zostawił go i podszedł do furtki. Z pewnością siebie wszedł do środka. Za to Clover w ręku Eddiego popatrzył na drugiego samca szeroko otwartymi oczami. Wyglądał na przejętego, ale chyba sam jeszcze nie wiedział, czy się bać.
Rogacz od razu podszedł do Malvina. Nie wyglądał, jakby chciał uciec. Stanął obok niego i popatrzył inteligentnymi oczami na kowala, który właśnie wchodził do zagrody. Miał zabawne przejaśnienia na futerku nad powiekami. Wyglądały odrobinę jak siwizna.
Stuknął nosem w nogę Malvina i stanął przednimi kopytkami na jego bucie. Berry podrapał go za uchem, chwaląc za zostanie spokojnym i nierzucanie się do poznania nowego kolegi. A gdy Eddie już zamknął za sobą furtkę, poradził:
— Podejdź do nas i spróbuj postawić Clo na ziemi.
Eddie popatrzył na większego i obdarzonego sporymi rogami jelonka. Zdecydowanie zasługiwał na imię, jakie posiadał.
— Ciekawe, czy będzie beczał — rzucił do Malvina i kucnął, kiedy był już bliżej. Odwinął Clovera ze swojej kamizelki i postawił go na ziemi, jak zostało mu polecone.
Bullik od razu podkulił swoją chorą nóżkę, ale stał dzielnie i teraz zadzierał głowę, żeby popatrzeć na tego dużego, na pewno ze swojej perspektywy, samca. Jego nos poruszał się, gdy węszył, zaś oczy były szeroko otwarte. A gdy Rogacz zrobił ruch w jego stronę, Clo spróbował asekuracyjnie cofnąć się między nogi Eddiego. Rogacz jednak nie zatrzymał się. Pochylił tylko głowę, już nie prężąc tak dumnie piersi. Z ciekawością podszedł krok po kroku do małego bullika. Eddie nie cofnął się, przez co mała sarenka w końcu uderzyła ogonkiem w jego uda.
Malvin i Eddie obserwowali to spokojnie, bo na razie nie było widać agresji po żadnej ze stron. Nie musieli interweniować. A Clover po chwili samemu odważył się spróbować poznać Rogacza, skoro nie miał jak uciec. Ostrożnie wychylił pyszczek i musnął mokrym nosem pysk większego samca. Po tym szybko wysunął język, którym dotknął jego nosa.
— Dobry znak. Są ciekawi siebie — powiedział Malvin cicho i łagodnie.
I od razu zobaczył, jak jego Rogacz prostuje się, górując tym samym nad małym Cloverem oraz liże go po pyszczku. Od noska, aż po sam szczyt głowy. Eddie o mało się nie zaśmiał.
Zabawnym było obserwowanie, jak mały Clover najpierw skulił głowę i położył swoje duże uszy, po czym postąpił krok do przodu i przekręcił pyszczek, aby w trakcie tego mokrego poznawania móc obwąchać Rogacza.
— Mówiłem — odezwał się Malvin z szerokim uśmiechem. — Jeszcze się okaże, że domek nie będzie potrzebny, bo będą razem spać.
— Byłoby dobrze. Nie byłoby o co się martwić — odparł Eddie, w końcu wstając na równe nogi.
Rogacz dawał się obwąchiwać, co chwilę liżąc mniejszego samca. Zostawiał mu przez to na sierści mokre ślady. Przy tym, gdy tylko ten pozwalał, nadal się przybliżał. Do czasu, aż upadł na brzuszek i podkulił przednie nóżki. Jego ranna noga wciąż dawała o sobie znać, a on był już zmęczony staniem. Ale Rogacz nie wykorzystał tego w żaden zły sposób. Jedynie sam pochylił się niżej i lizał Clovera po grzbiecie przy małym ogonku.
— Na razie możemy postawić domek, żeby Clover czuł się bezpiecznie — zasugerował Malvin i poszedł do mieszkanka Rogacza, by wziąć z niego garść siana i wrzucić do domku bullika.
— Ty tu się znasz na zwierzętach. — Eddie całkiem się z nim zgadzał, bo nie wiedział, jak inaczej mieliby postąpić.
Poszedł za ogrodzenie po domek dla swojego małego podopiecznego. Wiedział, że z tym porożem Rogacz na pewno nie wejdzie do środka. Za to samiec właśnie szturchał nosem Clovera w zadek, nakłaniając do wstania. Clover opierał się, choć próbował odpowiadać na te przyjazne trącenia. Malvin uznał, że jest między nimi bezpiecznie, dlatego na chwilę zostawił ich samym sobie. I gdy Eddie postawił drewnianą konstrukcję nieopodal mieszkanka Rogacza, wysypał sianem podłoże.
— Będzie miał ciepło i wygodnie — zapewnił Eddiego i uśmiechnął się do niego szczerze.
— W razie co, będzie miał gdzie się schować — przyznał mu rację kowal i objął go ramieniem. Ten w końcu nie miał na sobie za wiele. Kurtkę zostawił w domu.— Myślisz, że jest jeszcze tak słaby, czy tylko gra słabego? — dodał, wskazując Clovera, który nadal nie wstawał, mimo nachalnego nakłaniania przez drugie zwierzę.
— Myślę, że może woli bezpiecznie leżeć, bo boi się, że upadnie na chorą nogę. Ale nie wygląda na osłabionego. Dobrze go nakarmię i może za cztery, pięć dni będzie już bez strachu pałętał się między nogami Rogacza — odparł Malvin, przytulając się chętnie do boku większego mężczyzny.
Nie angażował się za bardzo w poznawanie dwójki zwierząt, chcąc, żeby te same odnalazły swoje granice. A Clover właśnie dosadniej poruszył zdrową, tylną nóżką, gdy Rogacz próbował go podeprzeć i tylko liznął go znowu w nos. Jakby prosił, aby poznawali się na siedząco. Najwidoczniej oba zwierzątka miały swoje charaktery, bo Rogacz nadal nie ustępował, aż w końcu mniejszy jelonek wstał z rezygnacją. Od razu został lekko szturchnięty w bok, a potem liźnięty i postraszony rogami, żeby poszedł w stronę domków.
— Charakterny jest ten Rogacz. Długo tu sam siedział? — spytał Eddie, otulając trapera przed zimnem.
— Tak, od wiosny właściwie jest sam, chociaż czasami wypuszczam go na wybieg razem z niektórymi zwierzętami. Nie jest agresywny, więc nie sprawia problemów. Ale wygląda na ucieszonego tym, że ma nowego kolegę — zauważył z rozbawieniem Malvin, widząc, jak mały bullik ostrożnie podchodzi do jego domku i obwąchuje próg, a Rogacz wygląda, jakby z dumą prezentował mu swój dom. — Ja też jestem bardzo ucieszony, że do mnie przyszedłeś — dodał, wtulając się w gorące, duże ciało mężczyzny.
— Więc może tak jak ten Rogacz, pokażesz mi swój domek? — spytał Eddie, widząc coraz bardziej, że, choć Malvin tego nie mówił, robiło mu się coraz zimniej. A Clover chyba był bezpieczny.
— Chętnie. Pokażę ci sypialnię i wszystko, co da ci jakąś swobodę poruszania się po tym moim labiryncie. Chociaż na pewno sam nauczysz się w trakcie — odparł Malvin z pewnością i zaangażowaniem, po czym odsunął się, lecz jeszcze ścisnął jego dłoń.
Kowal odpowiedział na uścisk. Pocałował go i ostatni raz spoglądając na to, czy Clover dobrze się miewa, wyszedł z traperem z zagrody. Zapowiadało się, że już w pierwszej godzinie znajomości mały bullik będzie spał nie w swoim domku, a w posłaniu swojego nowego znajomego.

***

Eddie dokładnie obejrzał dom Malvina i uznał, że był naprawdę przytulny. Mężczyzna nie żył w luksusach i co wyraźnie rzucało się w oczy, większość jego mebli czy przyrządów było zrobione przez niego. Ile mógł sam zrobić, tyle robił, żeby niepotrzebnie nie wydawać pieniędzy. Miał też duże zaplecze z lekarstwami dla zwierząt. I przytulną, sporą sypialnię z pokaźnym łóżkiem, na którym na pewno było wygodnie. Malvin zapewnił, że Eddie mógłby trzymać swoje rzeczy w salonie w kredensie, a narzędzia w stodole, jeśli zechciałby tam pracować.
Później zerknęli do Clovera, aby upewnić się, czy ten dobrze sobie radzi z nowym kolegą. Obaj spali w domku Rogacza i wyglądało na to, że nie zagrażają sobie nawzajem. A Eddiemu na tyle nie spieszyło się do gospody, że pomógł Malvinowi z karmieniem zwierząt. Następnie dał się namówić na wspólne zjedzenie kolacji. Tym bardziej, że traper miał w domu bardzo dobrą pieczeń, którą wczoraj upiekł w miodzie. Przeszła jego smakiem, a Malvin był z niej niesamowicie dumny. Chciał być dobrym gospodarzem.
Dużo przy tym rozmawiali. Oczywiście na tyle, na ile Eddie był rozmownym człowiekiem, ale i tak sam zauważał, że mówił sporo. Że chce mu się rozmawiać z Malvinem. Uważał go za interesującego i… atrakcyjnego człowieka. Nie było się co kryć. Ciągnęło go do jego fizyczności. Do osobowości także. Może było znacznie za wcześnie na to, żeby podejmować takie decyzje, ale chciał z nim pobyć i czegoś spróbować… bez Gerry’ego w pobliżu.
— Mówiłeś, że masz coś do zrobienia. To coś na zamówienie czy… czy w związku z twoją pracą z panem Hamiltonem? — Malvin podczas posiłku nawiązał do tego, co kilka godzin temu powiedział mu Eddie.
Obecnie siedzieli w salonie, z talerzami z pieczenią, grzejąc stopy przy kominku. Na zewnątrz powoli ciemniało.
Eddie zastanowił się, jak na to odpowiedzieć. Nie chciał za wiele zdradzać. Mimo że ufał Malvinowi, bo ten wydawał się tak samo jak on wciągnięty w to wszystko przypadkiem, to nie chciał, żeby to się bardziej pogłębiało.
— Trochę jedno i drugie. To coś dla Williama Lockberie. Ostatnio pracowaliśmy razem nad jedną rzeczą. Teraz to pewna tego kontynuacja.
— Brzmi interesująco. Będziesz miał z tym dużo pracy? — zapytał Malvin z widocznym zainteresowaniem, jakby bardzo chciał poznać drugiego mężczyznę i jego życie. Nie mówił tylko o sobie i swoich zwierzętach. A podczas jedzenia i odgryzania mięsa od kości jego niebieskie oczy patrzyły prosto na kowala.
— Myślę, że tak. Ale jeśli potrzebowałbyś jakiejś pomocy, to znajdę chwilę. Nie da się cały dzień kuć żelaza — zażartował Eddie, odpowiadając spojrzeniem.
I od razu zobaczył uśmiech na twarzy gospodarza.
— Ale jeśli będziesz zajęty, nie będę cię od tego odrywał. Możemy też powiesić jakąś tablicę, na której poinformujemy, że tymczasowo działają tu usługi kowala? Mógłbyś coś zarobić — zasugerował Malvin.
— Najpierw muszę jakoś zorganizować sobie miejsce pracy. Muszę się zaopatrzyć w kowadło. Jeśli się nie pokłócimy z jakiegoś powodu, to chętnie tu trochę zostanę — odparł Eddie i wziął porcję jedzenia. Zamruczał i z pełnym policzkiem dodał: — Właśnie. Jest coś, czego szczególnie nie lubisz? Co cię drażni?
Malvin zamruczał i pokręcił głową, nie mogąc nic wymyślić. Do czasu. Bo zaraz zaśmiał się cicho i na chwilę zapatrzył się na talerz.
— Nie lubię, kiedy cały dzień jestem przy zwierzętach, sporo ludzi nagle przychodzi, zaś po wszystkim wracam do domu wieczorem, a Gerry wypalił całe naniesione drewno i nie przyniósł żadnego na zmianę. I kiedy zostawia po sobie wszystkie brudne naczynia lub zjada cały obiad, nic nie zostawiając dla mnie. Nie chcę marudzić — dodał szybko, pogodnie uśmiechając się do gościa. — Ale nie lubię wieczorem mieć dużo do zrobienia w domu, kiedy cały dzień dużo pracowałem.
Eddie darował sobie komentowanie tego, że to zwyczajne pasożytnictwo ze strony Gerry’ego, ponieważ Malvin sam pewnie to zauważył. Albo nie chciał zauważyć z racji na swoje miękkie serce.
— Muszę spytać. Zwracałeś mu na to uwagę?
— Tak. Tak, wiele razy. Ale Gerry ma różne humory. — Mężczyzna wyraźnie spochmurniał, co wydawało się mu wręcz nie pasować. To uśmiech i optymizm były tym, co było dla niego najbardziej naturalne. A przykro było patrzeć na to, że Gerry mógłby to w nim skutecznie zabić. — Robi się agresywny, kiedy wypije, a nie lubię się z nim wtedy kłócić. A zawsze, kiedy marudzę, obraża mnie. Więc tak czy tak, to raczej bezsensowne, żeby mu zwracać uwagę.
— Aż ciężko mi uwierzyć, że w ogóle go tu trzymałeś.
Eddie pokręcił głową i wstał od stołu, kiedy już obaj zjedli. Zabrał przy tym naczynia, żeby je umyć. Długo żył sam, zajmował się swoim domem, dlatego naturalnym wydawało mu się, żeby po dostaniu jedzenia chociaż drugą część, czyli sprzątanie, przejąć na siebie. Nie był skrajnie pedantyczny, ale gdyby nie zachowywał choć minimalnego porządku, to w swojej pracowni już nie raz nabawiłby się obrażeń.
Malvin spojrzał za nim i na chwilę zaniemówił. Nawet nic nie odpowiedział na słowa kowala. Dopiero po chwili uniósł się z fotela i poszedł za nim do kuchni. Eddie akurat wycierał szmatką umyte talerze, więc zaszedł go od tyłu i przytulił się do jego pleców.
— A ciebie co drażni? — zapytał, przytykając policzek do tego ciepłego ciała.
Eddie wziął głęboki oddech.
— Hamilton mnie drażnił. Ale jestem spokojnym człowiekiem. Przynajmniej staram się być. Nie lubię tylko, kiedy poucza się mnie w rzeczach, o których sam wiem lepiej. Ale to i tak drobnostka.
— Na pewno nie będę cię pouczał w tym, jak kuć podkowy — odparł Malvin ze śmiechem i pomasował jego brzuch. Był całkiem miękki i duży, ale ciepły i miły, jak cały Eddie.
— Będę wdzięczny. I jeśli możesz, też nie mów zbyt wielu osobom, że tu jestem. Albo skąd przyjechałem.
— Dobrze. Nie będę mówił — zapewnił Malvin i dopiero go puścił, bo widział, że mężczyzna skończył już wycierać naczynia.
Zrobił to akurat w momencie, kiedy usłyszeli ujadanie psów. Malvin jednak nawet nie zdążył wyjść z kuchni, kiedy ktoś otworzył drzwi i wszedł do domu.
— Gerry — strzelał Eddie, zapewne bardzo trafnie. Spojrzał przy tym na Malvina.— Wiesz już, jak przekażesz mu, że śpi na kanapie?
Malvin pokręcił przecząco głową, ale nie bał się konfrontacji. Wyszedł z kuchni i rzeczywiście zastał siwego mężczyznę, właśnie rozbierającego się z wierzchnich ubrań. Gdy ujrzał trapera, aż się zatrzymał i uniósł wysoko brwi.
— O, księżna wróciła. — Zaśmiał się niby przyjaźnie, chociaż trudno było odebrać to określenie pozytywnie. — Już ci przeszedł foch?
— To nie był foch, Gerry — odpowiedział Malvin z niezadowoleniem. Oparł się bokiem o futrynę w salonie. — Musisz mnie poważnie wysłuchać.
— A co niby poważnego masz do powiedzenia? Hm? Znowu jakąś swoją przemowę? — spytał i urwał, kiedy zobaczył, że Eddie stanął za gospodarzem. Nie przypuszczał, że go tu zobaczy. — A ten tu czego?
— Jest moim gościem — wyjaśnił krótko Malvin, nie zamierzając wdawać się w szczegółowe wyjaśnienia. — Chciałem ci powiedzieć, że już długo nadużywasz mojej gościnności. Coraz częściej też nie szanujesz tego, co robię i nie odwdzięczasz się, więc… przykro mi, ale chciałbym, żebyś — odetchnął głęboko, bo z trudem przychodziło mu sprawianie komuś przykrości — żebyś jutro się wyprowadził. Może wróciłbyś w końcu do braci na ranczo? — zasugerował łagodnie.
Gerry zmarszczył swoją już nie najmłodszą twarz. Ponownie spojrzał na Eddiego.
— On ma z tym coś wspólnego…— mruknął. Siniec pod okiem nie dodawał mu uroku.
— To nie ma znaczenia, Gerry. Nie mogę cię już gościć. Przepraszam. Możesz zostać jeszcze dziś, ale jutro już się spakuj.
— Tak z dnia na dzień? Te swoje zwierzęta też byś tak wyjebał z dnia na dzień, jakby któreś ci się nagle odwidziało? Nie. A ze mną chcesz to zrobić? Zachowujesz się jak świnia!— Mężczyzna coraz bardziej unosił głos, aż Eddiemu ciężko było tego słuchać. Lecz na razie się nie wtrącał.
Malvin też stanął mniej luźno. Podszedł do przynajmniej dwa razy starszego mężczyzny i rozchylił ramiona.
— Gerry, masz pieniądze od braci. Robiłeś jakieś interesy, sam mówiłeś. Nie pijesz za darmo i masz gdzie wracać. Moje zwierzęta nie mają innego domu.
— A nagle zmieniłeś zdanie co do mojej obecności, bo…? Jesteś jak baba! Kiedy jest dobrze, to siedzi cicho, kiedy nagle coś się jej nie spodoba, to zachowuje się jak ty! Każesz mi się wyprowadzać, bo ten facet przylazł? — Mężczyzna nadal się spierał, aż w końcu Eddie miał naprawdę dość.
— Wynieś się w końcu. Za coś masz to czarne oko.
Gerry był zaskoczony, że Eddie w ogóle się odezwał. Wściekle poczerwieniał na policzkach i już zrobił krok, aby coś odszczekać, ale Malvin szybko położył mu dłoń na ramieniu, zatrzymał go i stanął pomiędzy nimi.
— Eddie ma rację. Nieustannie masz do mnie o coś pretensje i przesadzasz — powiedział nieco ostrzej. — Nie chcę, żebyś tu był. Nie czuję się dobrze z twoją obecnością. Nie mam siły ciebie znosić, Gerry.
— Siły?! — Ten zaśmiał się i znów zerknął na kowala. — Chodzi o to sprzed dwóch dni? Na to nie masz siły? — znów burknął, ale tym razem z kpiną, jakby mówił „to chyba dupa ci się zepsuła”.
Eddie aż prychnął, słuchając tego. Miał ochotę jeszcze bardziej się wtrącić, ale to Malvin mieszkał z tym człowiekiem tyle czasu. To on chciał się go pozbyć, więc nie powinien wywierać na ten konflikt jeszcze większego wpływu.
— Też — przyznał Malvin i odetchnął nisko, wręcz ze zmęczeniem. — Nie róbmy z tego większej awantury. Miałeś zostać tylko na dwa tygodnie. Byłeś u mnie trzy miesiące. To długo. Pomogę ci jutro spakować rzeczy, jeśli będziesz potrzebował jakiejś torby.
Spakować mu rzeczy? Eddie aż nie wierzył, jak miłym facetem był Malvin.
— Nie miałeś zastrzeżeń, że tyle czasu tu jestem — prychnął Gerry i nacisnął na niego ręką. — Zostaję do końca tygodnia. Nie wywalisz mnie z dnia na dzień.
Malvin obejrzał się szybko na Eddiego i ponownie spojrzał na swojego byłego kochanka, który nawet jeśli miał dużego penisa, to na pewno nie widział go przez swój wielki brzuch.
— Ranczo twoich braci nie jest daleko. A póki nie ma śniegu, możesz szybko do nich pojechać. Utrudnisz sobie, jeśli będziesz zwlekał — zauważył trzeźwo.
— Chyba tobie i twojemu nagłemu gościowi. Co to za człowiek? Pojawia się nagle pod twoim domem pierwszy raz dziś po południu i już zapraszasz go do środka? — Gerry nie dawał za wygraną, a Eddie miał go dość z każdą minutą coraz bardziej.
Z kolei Malvin wyglądał na coraz mocniej zniecierpliwionego. Wyraźnie nie lubił konfliktów i męczyło go samo rozmawianie w taki sposób na środku salonu. Jeszcze na oczach kowala.
— Eddie nie jest obcy. Już kiedyś mnie odwiedził, dlatego miałem prawo zaprosić go do domu i ugościć. Ale nie musisz się nim interesować. To nie jest twoja sprawa. Jutro wyjeżdżasz.
— A co zamierzasz zrobić, jeśli tego nie zrobię? — odparował Gerry i, ignorując irytującego się Malvina, spróbował przejść obok niego do kuchni.
Eddie jednak powstrzymał go dłonią.
— To wywali ciebie i twoje rzeczy. I będziesz je zbierał z błota — ostrzegł go, naprawdę tracąc cierpliwość.
Słuchający tego Malvin zaczerwienił się, jakby to on był na miejscu Gerry’ego i to on zachowywał się jak połamany. Mimo że nie powinien się za niego wstydzić.
— To teraz ty mówisz za niego? — Gerry prychnął, patrząc z góry na młodszego mężczyznę, który jednak posturą nie był wcale tak szczupły jak Malvin. — Miał mi pomóc je spakować, nie słyszałeś? Nie było mowy o błocie, a ty nie masz tu nic do gadania.
— Jest tak, jak mówi — wtrącił szybko Malvin. — Uspokój się i zrozum, że nie nagnę się tym razem.
Najstarszy mężczyzna popatrzył na nich obu. Zmierzył ich spode łba. I Malvina, i Eddiego.
— Jeśli tak chcesz grać — fuknął, patrząc na trapera z politowaniem.
Ten za to odetchnął z ulgą, widząc, że mężczyzna skapitulował. Ale potem żaden z nich nie wiedział, co zrobić. Stali w salonie, patrzyli na siebie wrogo, a Malvin w końcu zwrócił się do kowala.
— Może wyjdziemy na ganek?
— Chętnie — odparł mężczyzna, już nie dodając, że Gerry mógł wykorzystać tę chwilę, żeby zacząć się pakować.
Położył dłoń na plecach trapera i lekko go pchnął, dając znak, żeby ten poszedł na zewnątrz. Nie interesowało go, co teraz ze sobą zrobi jego podstarzały „przyjaciel”. Ważne, że Malvin pozbył się problemu z głowy.
Gdy wyszli na ganek, ich policzki ochłodziło mroźne powietrze. Przed wyjściem zabrali jednak kurtki, więc nie było im zimno. Usiedli na starej ławce tuż przy drzwiach. Miasto było już ciche i spokojne, chociaż latarnie w oddali wciąż się paliły.
— Dziękuję za wsparcie — powiedział od razu Malvin i uśmiechnął się. — Mówiłem… nie czuję się dobrze w trakcie konfliktu.
— Niestety widziałem — przyznał Eddie i pomasował go po ramieniu. — Co w ogóle myślisz o zostawaniu tu z nim na noc? — spytał, widząc, jak późno było, a jego rzeczy nadal znajdowały się w gospodzie. Tak samo jak jego klacz.
— Wiele nocy już tu spałem razem z nim — odpowiedział Malvin, znów urzeczony tym, ile czułości zapewniał mu kowal. — Chyba nie zamorduje mnie za to, że go wyrzuciłem — dodał z dozą czarnego humoru.
— W to wątpię, ale nie wiem, czy nie będzie próbował czegoś niestosowanego.
Temu Malvin od razu nie zaprzeczył. Zapewne sam dopuszczał tę myśl do głowy. Zapatrzył się na swoje dłonie. Miał je schowane między udami, żeby było im ciepło.
— Jeżeli byś się zgodził… może zostałbyś dzisiaj na noc? — zapytał w końcu.
Eddie od razu na niego spojrzał. Miało to sens, głównie przez Gerry’ego, który wydawał mu się być nieobliczalnym chamem.
— Myślę, że mogę zostać. W końcu nie powinni robić problemów w gospodzie. Nie wiem tylko, czy chcesz, żeby wiedział, gdzie pozwoliłeś mi spać przez kolejne noce.
Malvin spojrzał na niego uważniej i zapytał prosto:
— A ty?
— Jego opinia nie ma dla mnie znaczenia. Nie wiem jednak, czy nie powie komuś w mieście.
I obaj ponownie zamilkli, ponieważ sytuacja była patowa. Malvin uniósł głowę w stronę granatowego nieba i zaśmiał się cicho. Po tym klepnął swojego gościa w udo i uśmiechnął się do niego.
— Nie martw się o mnie. Myślę, że dam sobie radę. Chodź, pożyczę ci konia, żebyś szybko i bezpiecznie dotarł do swojej gospody. Zobaczymy się rankiem.
— Nie musisz. Trafię piechotą. Zresztą moja klacz czeka na mnie w stajni. Jutro muszę ją przyprowadzić. A ty uważaj na siebie — odparł Eddie i pokrzepiająco ścisnął jego ramię. Nieszczególnie dobrze czuł się z myślą, że zostawia go z tym nieprzyjemnym typem, ale skoro Malvin podbił mu oko, to powinien sobie poradzić.
— Będę — zapewnił Malvin i uniósł się, kiedy i Eddie to zrobił.
Uścisnął jego rękę na pożegnanie, żeby jednak w tym miejscu nie okazywać zbyt jednoznacznych gestów.
— Będę rankiem w takim razie. — Eddie mocno ścisnął jego dłoń. Chciał mu przekazać, żeby był ostrożny i że chętnie zobaczy go rankiem.
Gospodarz uśmiechnął się do niego serdecznie, a po całej jego twarzy było widać, że nie może się już doczekać jutra.
— Do zobaczenia, panie Hill.
— Do zobaczenia, panie Berry — odparł Eddie także z uśmiechem. Sprawiało mu przyjemność nazywanie go tak. Ale mimo że chętnie by został, cofnął się i powoli zszedł z ganku. Pokierował się do furtki, chcąc wrócić nocą do gospody, by kolejnego dnia intensywniej wejść w życie Malvina Berry.

9 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 34 – Pan Berry i pan Hill

  1. Katka pisze:

    Tigram, faktycznie jest zimno i brzydko… A co będzie dalej, to już Twoja wyobraźnia ;) Widzę, że masz wenę, więc fik mile widziany, jak zawsze :D Jesienne wieczory nastrajają do Alberta i Ridleya :)

    O., byłoby meeeeeeega smutno, jakby zwierzątka ucierpiały przez Gerry’ego :( Malvin by to chyba powiesił… Hehehe a Rogacz jest uroczy, chociaż najlepiej mu z Cloverem miedzy kopytkami XD

  2. TigramIngrow pisze:

    Lubię passę na daną parę. Dobrze się czyta, miło się zaskoczyłam, że kolejny rozdział byl z Malvinem i Eddiem. A teraz… Spójrz za okno. Zimno. Mży mżawka, o godzinie 16 jest już ciemno, bywa, że powieje przejmujący wiatr. Może spaść śnieg, okrywajac wszystko dookoła białym puchem. Mróz ścina brzegi kałuż, w mieście coraz więcej witryn sklepowych ma świąteczne dekoracje. A Albert siedzi z Ridleyem na kanapie i czytają książki, pijąc przy tym rozluźniającą herbatę z rumem… Zaczyna padać śnieg, duże, miękkie płatki są widoczne na tle świecącej na pomarańczowo lampy. Kat, Shiv, co będzie dalej?

  3. Katka pisze:

    Tigram, coby nie było też trochę innych wątków, teraz mieliśmy passę na Eddiego i Malvina :) Wam się przyda odskocznia, nam trochę też, mówiąc szczerze XD Lepiej się nam pisze, jak nie idzie non stop z jedną parą :) A co się dzieje z naszym króliczkiem i dżefkiem… no cóż, o tym niebawem :)

    Jelis, tak jak odpisałam Tigram, czasem trzeba odetchnąć XD Jakbysmy Wam opisywały w każdym rozdziale, jak źle z Jeffem, to byście nam tu w depresję popadli XD

    Noe, mechaniczne serce dobra myśl… dla Willa. Jeffko ma minę: O.O

    Luana, taaak, Rogacz i Clo są best buddies XD Eddie dobrze zrobił, że uratował sarenkę. Teraz musi zapewnić bezpieczeństwo jeszcze traperowi XD Na pewno by lepiej się spełnił w roli towarzysza Malvina niż Gerry… wszystkim by to na dobre wyszło. „Bardzo się przywiązałam do postaci z tego tekstu i nie wyobrażam sobie, że któremuś z panów mogłoby się coś stać.” – to urocze w sumie :) Trzymaj za nich kciuki, a dadzą radę!

  4. Luana pisze:

    Fajnie, że Rogacz i Clover dogadali się. Miło było na nich patrzeć oczami wyobraźni. Także o Clovera się już nie boją, ale o Malvina tak. Został sam z Gerry’m. Ostatnio z nim sobie poradził, ale i tak gdzieś podskórnie czuję, że ten facet się łatwo nie podda i coś wykombinuje jak nie w nocy to później. Aczkolwiek liczę na to, że Malvin w końcu będzie miał spokój i dobrego faceta przy sobie.
    O Jeffa też się martwię.
    Bardzo się przywiązałam do postaci z tego tekstu i nie wyobrażam sobie, że któremuś z panów mogłoby się coś stać. Ech.
    Pozdrawiam.

  5. Noe pisze:

    Coś mi się wydaje że William chce zrobić jeffowi mechaniczne serce xd i mam nadzieje że malvinowi nic się nie stanie. No nic, trzeba czekać kolejny tydzień ☺

  6. Jelis pisze:

    Kurde jak juz musicie uciukać Jeffa to chociaż niech będzie więcej tej pary ;-; swoją drogą żadnej wzmianki o nim po za zadaniem Eddiego. . :(

  7. TigramIngrow pisze:

    Wszystko pięknie, słodko, miło i rozkosznie, a tymczasem Jeff gdzieś cierpi coraz bardziej i może jest to już zauważalne przez towarzyszy podróży…? A może Will jest już tak zestresowany, że z trudem panuje nad nerwami…?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s