Across The Cursed Lands III – 32 – Pierwszy cel osiągnięty

Kolejne cztery dni były męczące. Pogoda bardzo im nie sprzyjała, a przez wieści podróżników, których mijali na tym mało uczęszczanym trakcie, musieli zboczyć z trasy. Podobno na południe stąd szalało stado jakichś dzikich psowatych, a Nicholas kategorycznie zabronił Maverickowi angażować się w poradzenie sobie z tym. Lepiej było obejść niebezpieczne terytorium i podążyć do Frankfort trochę na około. To jednak wiązało się z dużą czujnością co do nieznanego, nieuczęszczanego terytorium i podążaniem trasą bez wytyczonego szlaku. Na szczęście nie tylko Jefferson umiał czytać kierunek z gwiazd i słońca.
— Będziemy musieli uważać. — To on jednak rzucił, kiedy znaleźli się na wyjątkowo płaskim terenie, a wokół pojawiały się nieliczne drzewa, jak wyspy obrośnięte wyższą trawą.
Prowadzili konie bardzo powoli. Na szczęście Clover w rękach Eddiego spał. Ale kiedy wyglądało na to, że ziemia jest dość miękka, a końskie kopyta lekko się zatapiają, Maverick zapytał reszty:
— Może zejdziemy z koni i je poprowadzimy?
Nie dość, że trasa była podejrzana, konie nie czuły się pewnie, to jeszcze pogoda im nie sprzyjała. Było bardzo pochmurnie, przez co również ciemnawo, mimo że do zachodu było jeszcze trochę czasu. Do tego z nieba sypał się śnieg, wyglądający jak opadający z wolna pył z ogniska. Przez to niektóre miejsca na ziemi były już lekko przyprószone. Drzewa były jakby suche, a ziemia wokół jednak porośnięta żywą, nawet teraz, roślinnością.
Jefferson nie odpowiedział Maverickowi, tylko faktycznie zsiadł z konia. To samo zrobił zaraz po nim Eddie. Clovera wsunął w jeden z juków, w którym mógł siedzieć z wystawioną główką.
Zaczęli mozolnie prowadzić konie przez te niesprzyjające tereny. Pigment znów wykazał się absolutną ignorancją i nie sprawiał żadnych problemów. Dawał się ciągnąć spokojnie, mimo że co raz jego kopyta zatapiały się w miękkim podłożu. Oficer okazywał z kolei, że najchętniej szedłby szybciej, zaś Nacoma wydawała się nieco spłoszona.
— Mam nadzieję, że niedaleko znajduje się jakaś wyjeżdżona droga — mruknął cicho William, idąc zaraz za Jeffersonem. Wolał podążać jego śladami. Było przynajmniej pewne, że nigdzie nie utknie.
Ten tylko mruknął na potwierdzenie i po chwili zaklął szpetnie. Złapał się mocniej rożka siodła Oficera i podciągnął, żeby wyciągnąć nogę. Coraz bardziej było pewne, że weszli na jakieś mokradła czy bagna. Ziemia pod ich nogami była grząska i miękka. Czasami bardzo miękka.
— Will, musisz mnie obejść. Tu jest za miękko. Idź tam, gdzie jest trochę śniegu. Powinno być mniej mokro.
Lekarz zerknął w tamtym kierunku i w duchu się skrzywił. Nie był pewien, ale wiedział, że Ranger lepiej się na tym zna. Zgodził się więc i podążył tam. Widok okolicy w zasięgu wzroku wcale nie napawał ich optymizmem. Wyglądało na to, że mieli dość spory kawałek do przejścia w takich warunkach.
— Mówiłem, że lepiej zmierzyć się z tym niebezpiecznym stadem — fuknął Maverick do swojego partnera.
— Och, tak, bo takie bagno jest dużo bardziej niebe… Kurwa! — Nicholas nie skończył, bo o mało się nie przewrócił, kiedy jego koń, który szedł za nim krok w krok, stuknął go w plecy. Zatrzymał się, utknąwszy podobnie jak Jefferson chwilę temu.
Maverick też się zatrzymał, żeby na niego poczekać. I był pewien, że będzie to tylko chwila… ale Nicholas nie mógł wyciągnąć nogi.
— Nick…? — zapytał z niepokojem, widząc, że generał, im mocniej szarpał, tym bardziej się zagłębiał.
Pozostali też się zatrzymali i obejrzeli na nich. Jefferson miał nogi do kolan w błocie, Eddie podobnie, a jego koń miał chyba przy tym więcej szczęścia niż on. Tak samo Pigment i William, którzy byli najbardziej czyści. Nicholas za to właśnie przeprowadził Ducha, żeby był po jego zdrowej stronie ciała. Kiedy jednak zwierzę zaczęło się zapadać przednimi kopytami, odsunął je od siebie, samemu widząc, jak w miejscu, gdzie stał, nagle zbiera się woda. A on nadal stoi jedną nogą do połowy łydki w ziemi, a drugą ma zgiętą i nie czuje, żeby mógł się za bardzo na niej podeprzeć. Do tego za każdym razem, kiedy próbował wyszarpnąć metalową kończynę, ta tylko wydawała pluszczący dźwięk ziemią wokół, ale za nic nie chciała się wydostać. Była jak zassana.
— Kurwa jebana jego mać! — zaklął i się rozejrzał. — Mav, znajdź jakąś gałąź!
Zwierzak przytaknął i podał mu lejce Nacomy.
— Przytrzymają ją na chwilę — poprosił.
Po tym ruszył powoli w stronę najbliższego drzewa, żeby może spróbować oderwać od niego jakąś gałąź. Bo na ziemi nie było nic.
— A może któryś koń by wyciągnął Nicka? — zasugerował William, który był kilka metrów dalej, na dość stabilnym gruncie. — Chwyciłby lejce, a na przykład Oficer pociągnął?
— Duch się zapada, jakbyś nie zauważył… — prychnął Nicholas, zaczynając się irytować, czyli też być niemiłym dla każdego w pobliżu.
Utknął i nie mógł się ruszyć. Był wściekły, że okazywało się, że pomysł Mavericka, żeby mierzyć się z dziką zwierzyną, mógł być faktycznie lepszy.
Ten cały czas podążał do drzewa. Gdy do niego dotarł i spróbował znaleźć coś grubego i stabilnego, William rzucił kolejnym, według siebie jedynym wyjściem, jeśli Nicholas sam się nie uwolni.
— Więc odkręcimy ci nogę.
Nicholas od razu się roześmiał. Gorzko i bez grama rzeczywistego rozbawienia. A kiedy spojrzał na lekarza, dodał:
— Ty nie żartujesz?
Eddie i Jefferson spojrzeli na Williama. Maverick też zapomniał o drzewie. A lekarz przytaknął.
— Łatwiej będzie wyciągnąć nogę, niż ciebie z nogą.
Nicholas znowu się zaśmiał. Jakoś teraz to, co słyszał, wydawało mu się bardziej irytujące niż woda, która już dawno wlała mu się do butów.
— I wyskoczę sobie na jednej nodze z tego bagna?
Tym razem William trochę się zawahał. Zerknął na Rangera.
— Pomożemy ci wyjść…? Może wrzucimy cię jednak na konia? — dodał, mówiąc do Nicka, ale patrząc na swojego partnera, w poszukiwaniu poparcia. To wydawało mu się teraz jedynym wyjściem, bo widział, że generał ewidentnie utknął.
Jefferson westchnął i w końcu sięgnął po zapasowy pled dla Oficera ze swoich juków.
— Musimy cię, Nick, wyciągnąć. Nie damy tu rady po zmroku. Mav, przynieść jakieś gałęzie, będą nam potrzebne. Will, zabierz Ducha, jest za ciężki. I pilnuj Nacomy — wydawał kolejne rozkazy, samemu powoli brnąc do generała. Kiedy był blisko, rzucił pled na ziemię przy nim, nie zbliżając się jednak za bardzo. — Nick, kładź się. Wtedy wyciągniesz nogi. Jak nie dasz rady tak, to faktycznie spróbujemy inaczej z protezą.
Każdy widział, jak bardzo Nicholas nie jest zadowolony. Ale trzeba było coś z tym zrobić. Maverick postarał się zgromadzić trochę gałęzi, a William z dużym oporem opuścił swoje bezpieczne miejsce. Pigmenta jednak tam zostawił, wierząc, że ten się nie ruszy. A potem sam podążył ostrożnie do Ducha i Nicholasa, żeby… wziąć za uzdę tego wielkiego konia. Wydawał mu się on znacznie straszniejszy niż mary, które można byłoby dostrzec w tym miejscu po zmroku. Ale Ranger miał rację. Nie mogli tu zostać, bo zwyczajnie utknęliby i zabłądzili.
Nicholas też to widział, bo w końcu usadowił się na miękkiej i mokrej ziemi przykrytej pledem. Jednocześnie jednak jego biodra, a po chwili plecy, miały większą przestrzeń niż nogi, które faktycznie chociaż częściowo mógł wyjąć. Jefferson stał nad nim te kilka kroków dalej. Patrzył, jak sobie radzi.
— Dobrze. Spróbuj położyć pod tę nogą, co wyciągnąłeś, te patyki — dodał, kiedy Maverick rzucił partnerowi gałęzie. — Odepchnij się i ciągnij za nogę — poradził generałowi, samemu czując, że nie może się zbliżyć, bo poruszona ziemia wokół była koszmarnie niestabilna.
Nicholas więc był zdany tylko na siebie, choć reszta była gotowa w razie czego mu pomóc. Na razie mogli go tylko asekurować. Duch i William też po chwili trochę się oddalili, a ciężki, masywny koń stanął na bardziej stabilnym gruncie.
— Musimy przedostać się tam, gdzie był przed chwilą Will — rzucił Maverick, obserwując z napięciem, jak jego partner mozolnie wydobywa swoją metalową protezę. Był skłonny uznać, że ta poprzednia byłaby w stanie się tu nawet złamać.
— Mhm, może dalej jest lepiej — podsumował Jefferson, po czym nagle usłyszał swoje imię, a Eddie rzucił mu duży zwój liny. Kiedy tylko go złapał, spojrzał na Nicholasa.
Ten obdarzył go zrezygnowanym spojrzeniem.
— Dobra. Może być — zgodził się na nieme pytanie, które właśnie padło.
Ranger więc rozwinął linę i rzucił ją generałowi. Ten, siedząc na pledzie, owinął się jednym końcem, a Ranger ostrożnie zaczął go obchodzić, kierując się do reszty, która znalazła stabilniejsze kępy trawy.
Martwiło ich wszystkich to, że wydawało się, iż dzień zbliżał się ku końcowi. Choć mogło to być tylko wrażenie, bo po prostu było bardzo pochmurnie i ciemnawo. Ale to sprawiało, że byli bardzo zdeterminowani, żeby szybko się stąd wydostać. Byłoby wręcz ironicznie utknąć tu i zdechnąć, kiedy Show grzał tyłek w swojej kryjówce w Charleston, a oni szli mu na ratunek.
— Eddie, złap za przód liny — poprosił Maverick, kiedy Jefferson do nich dołączył.
Kowal zgodził się bez słowa i po chwili pociągnęli Nicholasa, kiedy obaj z Jeffersonem w miarę stabilnie stali, zapierając się korzeni czy innych roślin. Generał z początku miał wrażenie, jakby coś trzymało mu nogę, ale w końcu wszyscy usłyszeli dźwięk podobny do otwieranej butelki.
William skrzywił się, mając w duchu wielką nadzieję, że proteza nie została uszkodzona. Racjonalnie wiedział, że prędzej pękłby konar, o który Nicholas mógłby zahaczyć stopę, ale i tak przez całą tę patową sytuację był podenerwowany.
Na szczęście udało się wydobyć generała. Dociągnęli go do bardziej stabilnego podłoża, choć kosztowało ich to niemało wysiłku. Nicholas sam w sobie sporo ważył, a co dopiero w tych ciężkich ubraniach.
— Żyjesz? — zapytał Maverick, kiedy tylko pochylił się do niego, żeby pomóc mu wstać. — Proteza w porządku?
— Chyba tak, zaraz zobaczę — odpowiedział. Był cały w błocie i trawie. I był też naburmuszony. Powoli stanął na obie nogi. O dziwo nawet miał buta na protezie. Jakimś cudem nie spadł. — Dobra, jest w porządku. Poza tym, że straciliśmy pieprzony czas.
— Nie martw się. Każdy z nas mógł utknąć — odparł Maverick, podnosząc pled i składając go. — Idziemy wszyscy tą samą drogą. Jedna osoba idzie przodem i sprawdza grunt. Unikniemy kolejnej niespodzianki.
Jefferson uznał, że to dobre rozwiązanie.
— To ja idę przodem. Starajcie się jednak zachować dystans, żebyśmy się nie zapędzili — rzucił i ruszył pierwszy, ciągnąc za sobą lejce Oficera.
Koń, jak każdy, grążył w błocie, a Nicholas nie chciał wspominać, że on też jak te zwierzęta musiał znaleźć się w nim wszystkimi czterema kończynami. Chciał, żeby już zatrzymali się przy strumieniu i rozpalili duży ogień. Musiał wyschnąć.

***

Po przygodzie z bagnami każdy z nich był podenerwowany. Może jednie Eddie nie okazywał tego specjalnie. Ale Nicholas był nieprzyjemny dla wszystkich poza swoim partnerem, Jefferson znów czuł się gorzej i było mu non stop potwornie gorąco. Maverick irytował się i złorzeczył wszystkim ludziom za to, że jeden idiota kazał im zmienić trasę i przez niego weszli w mokradła. A William się przeziębił.
Nie mieli za bardzo gdzie wyprać swoich ubrań, które były całe ubłocone, więc kolejnego dnia zawinęli do jakieś mieściny i zapłacili za pralnię. Odpoczęli chwilę, aż ruszyli dalej z kichającym lekarzem. Poza tym ich nastroje trochę się ustabilizowały i znów wrócili do spokojnej jazdy z podziałem na role. I jak zwykle, pewnego dnia w podróży, podczas postoju Maverick i Jefferson udali się na polowanie. Nicholas miał rozpalić ognisko, a Eddie naostrzyć gałęzie, żeby było na co nabić upolowane zwierzęta. William zaś nie nadawał się do niczego, bo tylko siedział, okutany w koc i leczył pozostałości swojej choroby. I jako że nadal wytwarzał dużo ciepła, został mu oddelegowany Clover do pilnowania i grzania. Siedział mu na kolanach, zawinięty w ciepły pled. Lekarz nie był z tego szczególnie zadowolony, ale z drugiej strony taka mała sarenka zupełnie mu nie szkodziła. Tym bardziej ze złamaną nóżką. Trzymał ją więc i czuł, że i ona jest ciepła, więc obaj tylko spozierali za Eddiem i Nicholasem, ledwie wystając spod kocyka. Niczym trójoczny potwór.
Aż ten względny spokoju zakłócił głośny, ale znajomy skrzek. Kiedy tylko generał wyprostował się, żeby upewnić się, czy leci Flap, zaraz zaklął. Nie mylił się.
Granatowo-czarny stwór, którego William nigdy nie wiedział, czy definiować jako przerośniętego nietoperza, czy latającego psa, wylądował nieopodal nich. Nie zauważyli go wcześniej, bo nadleciał od zachodu, znad lasu, którym jeszcze kilkanaście minut temu jechali. Teraz już przed sobą mieli bardziej otwarte tereny i wysokie trawy, w których Maverick i Jefferson mogli upolować jakieś zające. Flap też mógłby znaleźć tam coś dla siebie… ale najwyraźniej wolał pójść na łatwiznę. Jego ogon poruszał się żywo, kiedy zaczął powoli podchodzić coraz bliżej Williama i Clovera.
— Um… Eddie…? Nick? — wydusił mężczyzna, widząc, co się dzieje.
— Hmm? — Nicholas z początku spytał krótko, chcąc ignorować obecność Flapa, jak starał się przez większość swojego życia. Teraz jednak okazało się to niemożliwe. — Kurwa mać — zaklął, widząc, że ten coraz bardziej czai się na lekarza, a raczej na to, co ten trzymał. — Flap, won! — krzyknął.
Zwierzę zaskrzeczało i poleciało o kilka metrów, ale bynajmniej nie do tyłu, lecz bardziej na bok. Jakby chciało się zaczaić na sarenkę od drugiej strony. A ta musiała być zaalarmowana tym, co się działo, bo patrzyła już trzeźwiej i jakby ze strachem. I… pierwszy raz wydała z siebie dźwięk. Cicho, bo cicho, ale wszyscy usłyszeli strachliwe, choć dziwnie nosowe pojękiwanie.
— Weźcie tego potwora. Clover coraz bardziej się kręci — uprzedził William, trzymając mocniej sarenkę i okręcając głowę, żeby zobaczyć, co robi Flap.
Eddie, słysząc to jękliwe płakanie, zostawił szybko to, co robił. Podszedł do Williama, pochylił się do niego i zabrał swojego małego podopiecznego.
— Nick? — spytał, nie wiedząc, czy on ma coś robić z Flapem, czy ten zamierza.
Generał westchnął i także do nich podszedł.
— Flap, precz! — znowu na niego huknął.
Teraz stali całą trójką w jednym miejscu, straszeni przez pupila Mavericka, kiedy tego nie było w pobliżu. A to on zawsze wiedział, jak poradzić sobie z Flapem. Nicholas, Eddie i William za to nie mieli pojęcia, co zrobić, kiedy ten naraz podskoczył, pofrunął w górę i zaczął robić nad nimi kółka.
— Czy Mav będzie bardzo zły, jeśli go czymś smagniemy…? — zaproponował William, zadzierając głowę. Już nie siedział skulony, tylko stał, z kocem na ramionach i czerwonym od kataru nosem.
— Będzie. Też pewnie zostaniemy czymś „smagnięci”. Najchętniej ustrzeliłbym to bydle — burknął Nicholas i znowu machnął na Flapa.
Eddie za to objął szczelnie swoją sarenkę, mając wrażenie, że to na niej skupia się wzrok drapieżnika. Clover też musiał mieć takie wrażenie, bo wciąż pojękiwał i kulił się, jakby chciał zniknąć w szerokich ramionach kowala.
A Nicholas znów zaklął, kiedy niespodziewanie Flap poszybował w dół i nie dopadł Eddiego tylko dlatego, że generał uderzył w niego protezą. Robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Aż w pewnym momencie… Eddie i Nicholas usłyszeli wystrzał. Obejrzeli się na Williama, który dzierżył swój mały rewolwer i skierowawszy lufę gdzieś w niebo, wystrzelił. Flap zaskrzeczał i odleciał kawałek, spłoszony.
— Może Mav i Jeff wrócą, jeśli to usłyszeli — wydusił lekarz, wciąż trzymając broń. I kichnął.
Nicholas skinął głową, uznając, że to dobry pomysł.
— A w razie czego go zastrzelisz. Też nie mam nic przeciwko. Powiemy Maverickowi, że cię zaatakował, bo jesteś chory.
— I Maverick znienawidzi mnie do końca życia… — sapnął William.
Nikt tego nie skomentował, bo… istniało takie prawdopodobieństwo. Zresztą, skupieni byli na tym, żeby pilnować Clovera, a Flap po raz kolejny zaczął się na nich czaić. Ale okazało się, że pomysł Williama zadziałał. Dwójka jeźdźców pędziła do nich na łeb na szyję przez wysoką trawę. Aż zatrzymali się gwałtownie, gdy ujrzeli, że Nicholas, Eddie i William sterczą w miejscu blisko siebie i bynajmniej żaden szpieg ich nie zaatakował.
— Co wy wyprawiacie…? — zapytał Maverick, jeszcze z siodła.
— Twój kochany Flap chciał zeżreć Williama, a na deser skubnąć tę żałosną sarenkę — odparł od razu Nicholas, nie zamierzając owijać w bawełnę. Był przy tym dość ironiczny. Ale miał zarówno świadków, jak i Flapa, który nie wyglądał, jakby odpuścił, bo nadal krążył nad nimi niczym sęp.
Maverick od razu spojrzał w górę i skrzywił się. Zeskoczył z siodła i zostawiwszy Nacomę, ruszył zdecydowanym krokiem w stronę całej trójki i swojego pupila.
— Flap! — zawołał, po czym zagwizdał na palcach specyficzną melodię.
Gdy zwierzę skrzeknęło i pofrunęło w jego kierunku, mężczyzna wyciągnął zza pasa narzędzie zbudowane z trzonku i trzech sznurków z kuleczkami na końcach. Te były obwiązane czerwoną tasiemką. Zamachał nimi, a Flap, wylądowawszy, od razu popędził za nim na czterech łapach. Zwierzak odciągnął go od trójki mężczyzn i zawołał do Rangera:
— Jeff, rzuć mi tę łasicę, którą upolowałem!
Ranger chętnie by dyskutował, bo łasica była tłusta i na pewno dobra. Ale podjechał kilka kroków na Oficerze za Maverickiem i rzucił mu ich zdobycz. W tym czasie William, Eddie i zdegustowany Nicholas oglądali, co robi Zwierzak.
Ten przeszedł z Flapem jeszcze kilka kroków, potem zamachnął się mocno i rzucił w górę truchło łasicy. Flap od razu odbił się od ziemi i poleciał, żeby ją złapać. A Maverick znów gwizdnął, ale tym razem inaczej. Flap drgnął w powietrzu, jakby się wystraszył i złapawszy swój posiłek, odfrunął z nim na drugi kawałek łąki.
Wyglądało na to, że mały Clover znów był bezpieczny. Już zresztą nie popłakiwał, co ucieszyło Eddiego, ale teraz dla odmiany wyczuwalnie się trząsł, wciąż ze strachu.
— Już po wszystkim — powiedział spokojnie Zwierzak, wracając do nich.
Nicholas nie wyglądał szczególnie, jakby mu ulżyło. Stał z założonymi na piersi ramionami, z rękawami koszuli podwiniętymi wysoko do łokci, chociaż było zimno. Ale chwilę temu jeszcze łupał drewno, przygotowywał ognisko, przy którym będą mogli ogrzać się wszyscy razem. I przy którym zjedzą to, co upoluje Maverick z Jeffersonem, a co właśnie zeżarł Flap.
Maverick widział jego minę. Podszedł więc do niego, kiedy Eddie usiadł z boku z Cloverem, żeby go uspokoić, a William z powrotem okutał się kocem.
— Już da nam spokój. Wybacz za niego — powiedział Zwierzach i zerknął na drewno. — Pomogę ci.
— Nie lepiej nam powiedzieć, co mamy robić następnym razem, kiedy znowu mu odbije? A raczej będzie się zachowywał jak mutacja, a nie piesek, za którego go uważasz? — odpowiedział Nicholas chłodno i ostro. — Albo możesz wrócić z Jeffem na polowanie, bo teraz znów nie mamy nic na kolację.
William, Eddie i Jefferson aż obejrzeli się na generała. Chyba dotąd jeszcze nie słyszeli, żeby ten w taki sposób mówił do Mavericka. Zwykle brzmiał łagodnie, a nie tak zimno.
Zapadła kilkusekundowa cisza, po której Maverick w końcu zacisnął wargi i bez słowa podszedł do swojej kasztanki. Wskoczył na nią, ściągnął lejce i kopnąwszy ją piętą z głośnym „hjaaa!”, zawrócił w chaszcze.
Jefferson, niewiele myśląc, ruszył za nim. Nicholas za to spojrzał na lekarza i Eddiego. Do tego ostatniego syknął:
— Oddaj lekarzowi to zwierzę i wracaj do roboty!
Po tym sam odwrócił się na piecie, żeby z nową siłą i złością rozłupać kolejne konary. Ani William, ani Eddie nie mieli zamiaru z nim dyskutować. William rozchylił koc, a kowal położył mu na kolanach już spokojną sarenkę. Lekarz po tym opatulił siebie i Clovera grubym materiałem, a Eddie mógł wrócić do ostrzenia patyków.
Żaden z nich nie był na tyle głupi, żeby próbować nawiązać z Nicholasem rozmowę po tym, co się właśnie stało…

***

Mimo że już ciemniało, nie robili żadnego obozu. Wiedzieli, że powinni już za chwilę ujrzeć pierwsze zabudowania Frankfortu. Dziewiętnaście dni w drodze było bardzo męczących, ale już cieszyli się, że docierali do pierwszego z dwóch celu. Nie okazywali jednak tej radości szczególnie wyraźnie, bo każdy z nich miał swoje osobiste obawy. Jefferson naprawdę czuł się źle. Miał nawet wrażenie, że gorzej, niż gdy wyjechali. Niewiele spał, był drażliwy i nie rozumiał, jak pozostali mogli jechać w grubych płaszczach, kiedy jemu wystarczała… koszula. Martwiło go też to, że pocił się mocniej niż zwykle i łatwiej łapał zadyszkę.
Jego partner też był mało radosny i towarzyski. Z każdym dniem coraz bardziej się izolował, robił coś na skraju obozowiska w samotności. I mimo że bynajmniej jego libido nie spadło, a on przynajmniej raz dziennie udawał się w krzaki za specyficzną potrzebą, to unikał kontaktu z Jeffersonem, poza standardowymi pytaniami, jak ten się czuje. Maverick i Nicholas też po ostatniej sprzeczce nie doszli o porozumienia. Byli raczej milczący.
Ale już teraz ujrzeli zabudowania i odetchnęli z ulgą. Maverick uśmiechnął się blado do swojego partnera, u boku którego jechał na przodzie.
— Pójdziecie poszukać jakiejś taniej gospody, w której zatrzymamy się wszyscy na tę noc i w której Eddie będzie mógł zostać dłużej — powiedział przez ramię do reszty. — Nick, my załatwimy sprawy z bankiem i zapłatą dla Eddiego?
Kowal chciał dodać coś, że on później może podpytać Malvina, którego tu poznał, czy on go nie przenocuje. Ale wszyscy byli w takich nastrojach, że tylko mruknął „mhm” i razem z Williamem i Jeffersonem udał się w głąb miasta, żeby dowiedzieć się, gdzie tu można przenocować za ludzkie pieniądze.
Nicholas z Maverickiem zostali trochę w tyle.
— Bank jest w centrum, jeśli pamiętam — powiedział generał ukochanemu.
Maverick przytaknął i poprowadził klacz u boku Ducha. Umówili się z pozostałą trójką, że po załatwieniu swoich spraw spotkają się pod ratuszem. To był najlepszy punkt, do którego łatwo było dotrzeć, a nie mieli pojęcia, ile czasu im to wszystko zajmie. Maverick i Nicholas jednak musieli się spieszyć, gdyż wraz z zapadnięciem całkowitego zmroku, bank mógł zostać zamknięty.
W tym czasie Jefferson prowadził pozostałych do miejsca, gdzie ostatnio wydawało mu się, że widział skromny zajazd. Eddie z Cloverem w przystosowanym dla niego juku i Williamem zostali trochę z tyłu.
Lekarz specjalnie zwolnił. Pigment mozolnie, ale rytmicznie uderzał podkowami o tę suchą, twardą drogę. Nie kroczyli główną ulicą, bo przy niej można było się spodziewać raczej wysokich i drogich standardów. Otaczały ich więc małe sklepiki, raczej kiepsko dająca sobie radę apteka, ale i miejsce, w którym musiały odbywać się jakieś występy, bo na witrynie wisiał kolorowy plakat z blondwłosą tancerką i dziećmi biegającymi wokół niej.
— Eddie? — William w końcu odezwał się do kowala przyciszonym głosem. — Mógłbym cię o coś poprosić?
— Hmm? — spytał kowal, także zwalniając. Jefferson przecież się nie zgubi, a on też nie był w gorącej wodzie kąpany, żeby musieć trzymać się za nim krok w krok. Do tego wiedział, że teraz nie jadą w stronę posesji Malvina, więc było mu wszystko jedno.
William delikatnie szarpnął lejce Pigmenta, żeby ten bardziej zbliżył się do klaczy kowala. Po tym wyciągnął z kieszeni płaszcza zgięte na kilka razy kartki i wyciągnął je do Eddiego.
— Możliwe, że będę potrzebował twojej pomocy… Jeśli zawiodę, będę musiał tu wrócić. A jeśli wrócę… byłbym twoim dłużnikiem, gdybyś czekał na mnie z tymi częściami — powiedział poważnie, choć cicho.
Eddie pozwolił swojemu koniowi iść samemu, bo chwycił kartkę i obejrzał, co jest w środku. Zaraz też uniósł brwi w górę.
— Nigdy czegoś takiego nie robiłem. Jesteś tego świadom?
— Ja też nie. Ale jesteś moją jedyną nadzieją. Nie mam dość czasu, żeby znaleźć kogoś, kto miałby z czymś takim doświadczenie. — Po tym William uśmiechnął się słabo, z bólem. — O ile ktoś taki istnieje.
Eddie spojrzał do przodu. Widzieli, jak słońce i jego ostatnie promienie oświetlają dachy domów, jak już jest prawie ciemno, a przed nimi jedzie Ranger, którego zła forma już była zauważalna nie tylko przez wprawne lekarskie oko.
— I ile czasu by na to było? — spytał znów Williama.
Ten poczuł bolesny ścisk we własnym sercu. A to zabolało jeszcze bardziej, kiedy i on popatrzył na szerokie plecy Jeffersona.
— Nie jestem w stanie ocenić, jak szybko to postępuje. Ten… wirus nie istnieje w podręcznikach. — Odchrząknął, bo trudno mu się mówiło. — Ale… ale nie daję mu więcej niż miesiąc.
Eddie znowu spojrzał na kartki, które trzymał w dłoni i które przed chwilą wręczył mu lekarz. Nie był głupi. Widział, co na nich jest. Widział, co dzieje się z Jeffersonem. Umiał powiązać fakty, kiedy te były przedstawione przed nosem.
— Spróbuję. Mam ze sobą narzędzia.
— Dziękuję. To powinno wystarczyć na surowce — dodał lekarz i szybko wyciągnął ze swoich juków banknoty. Wręczył je Eddiemu. — Jeśli okaże się, że znalazłem inny sposób, powiadomię cię listownie.
— Będę czekał na ten list, bo… to jest szalony pomysł — uznał Eddie i schował do juków pieniądze oraz plany, które dostał. Zaraz po tym znowu spojrzał do przodu na Rangera, który właśnie zatrzymał się przy wodopoju przy piętrowym hotelu ze sporym zapleczem z tyłu.
— Szalony… ale być może jedyny — powiedział na koniec lekarz.
Po tym już dołączyli do Jeffersona, a William uśmiechnął się do niego słabo. Zsunął się z Pigmenta i podszedł do niego, trzymając konia za uzdę.
— Tutaj będziemy nocować?
— Zaraz spytam, czy są pokoje — odparł Jefferson i przywiązał konia do belki przed gospodą.
Poprosił, żeby na niego poczekali i wszedł do środka. William jeszcze zobaczył, jak potrząsa dłonią, nim wszedł do środka. Najpewniej dalej jego ręce niekontrolowanie drżały.
Hotel wyglądał ładnie, ale na pewno nie był drogi. I jak się okazało, były w środku wolne miejsca. Jefferson wrócił do nich z informacją, że mają dwie dwójki i jedną jedynkę, w której Eddie będzie mógł zostać dłużej. Konie oddali pod opiekę obsługi hotelu, a sami, zarzuceni jukami, weszli do środka.
— Clover nie będzie problemem? — zapytał po drodze William.
Schody, którymi szli na górę, były szerokie, ale niesamowicie skrzypiące. Na tyle, że nawet sarenka w rękach kowala się przebudziła i teraz żywo rozglądała po tych drewnianych ścianach oraz gęsto powieszonych lampkach oliwnych.
— Mam nadzieję, że nie — odparł Eddie i przykrył głowę Clovera, żeby nie było go aż tak widać w torbie pod jego pachą. Jefferson poprowadził ich już do pokojów z kluczami w dłoniach. — Zresztą, jutro, jak będzie chwila, oddam go waszemu przyjacielowi.
— Komu? — spytał Ranger, kiedy otwierał pokój dla Eddiego.
— Malvinowi Berry — wyjaśnił spokojnie kowal, wchodząc do wnętrza. Bardzo małego, bo jednoosobowego, ale już od progu pachnącego przyjemnymi zapachami.
William nic nie powiedział, choć po raz kolejny na samo brzmienie imienia trapera powracały nieprzyjemne wspomnienia.
— Och, no tak. Mieszka tu — zauważył Jefferson. — Dobrze, to do zobaczenia za kilka chwil na dole. Czy sam mam pojechać po Nicka i Mava? — dopytał, opierając się o framugę.
— Myślę, że nie ma sensu, żebyśmy się wszyscy fatygowali. Chodzi o sprowadzenie ich do hotelu, a Eddie ma Clo. Może lepiej go nie zostawiać — zauważył William.
— Dobra, w takim razie sam pojadę. Pomogę jeszcze z rzeczami i idę — odpowiedział i ewidentnie schował dłoń za plecy, bo mu drżała. Zaciskał przy tym mocno pięści.
— Może z Willem zamówimy jedzenie? — zaproponował Eddie.
Lekarz zgodził się od razu.
— Pójdę tylko z Jeffem odnieść nasze bagaże. Spotykamy się na dole — odpowiedział kowalowi.
Kiedy ten się zgodził, ruszyli we dwójkę do kolejnego pokoju. Był na tym samym piętrze, lecz po drugiej stronie długiego korytarza. Po wejściu do środka okazało się, że ten pokój jest już bardziej obszerny. Miał nawet mały, kwadratowy stoliczek, wzbogacony w obrus w kratę i wazon z kwiatkiem w środku. O dziwo świeżym.
— Zaraz dam ci proszki. Jutro z rana pojedziemy do apteki i uzupełnię zapas — powiedział, gdy zamknęli za sobą drzwi i rzucili swoje bagaże na łóżka. Dość szerokie, a przy tym bardzo miękkie.
Jefferson tylko mruknął „mhm” pod nosem, po czym usiadł ciężko na łóżku i pochylił się do przodu. Zacisnął oczy i usta. Bolało go w klatce piersiowej i znowu miał uderzenia zimna i gorąca. Przy tym bolała go głowa. I dopiero kiedy był sam na sam z lekarzem, okazywał to.
Ten bez słowa podszedł do swoich bagaży. Zrzuciwszy z siebie płaszcz na łóżko, wygrzebał pudełeczko z ostatnimi dwiema tabletkami. Po tym jeszcze sięgnął po bukłak z resztkami wody i podszedł do swojego partnera. Usiadł obok i podał mu proszki, po których Ranger powinien poczuć się znacznie lepiej, ale tylko chwilowo. Niestety nie powstrzymywały one choroby.
— Masz. Połknij — szepnął.
Ranger nie protestował. Nie lubił leków i nie ufał w pełni medycynie, ale wierzył, że William nie działa na jego szkodę. Przyjął tabletki, wziął je do ust i połknął, od razu popijając.
— Dzięki.
Jeszcze zanim tabletki spłynęły do jego żołądka, poczuł dłoń Williama na plecach i pocałunek w policzek. Szorstki, bo nie miał nawet kiedy ogolić się przez kilka ostatnich dni.
— Mogę sam pojechać po Mava i Nicka, jeśli wolisz odpocząć — zaproponował lekarz.
— Nie wiem… I tak nie zasnę — odpowiedział Jefferson i położył dłoń na swojej klatce piersiowej. Wziął kilka głębszych oddechów. — Może w tej aptece byłoby coś jeszcze. Nieszczególnie mi się poprawia od tych proszków.
William pokiwał głową i pogładził go po plecach.
— Zejdź do Eddiego i zamówcie jedzenie. Ja może jeszcze znajdę jakąś otwartą aptekę, żeby rano nie marnować czasu — postanowił.
Uniósł się z łóżka i znów zarzucił na siebie płaszcz.
Jefferson pokiwał głową i jeszcze napił się łyka wody. Po tym wstał, żeby razem z lekarzem wyjść z pokoju już ze zmienionym planem.
Obaj wiedzieli, że coś jest nie tak, ale wiele o tym nie mówili. William był świadom, że Jefferson potrzebuje wsparcia, ale nie mógł z nim rozmawiać o wirusie. Nie chciał sprawiać, że serce tego mężczyzny będzie biło jeszcze szybciej przez strach przed śmiercią. Bo wiedział, że to czeka Rangera, jeśli sam nie znajdzie antidotum. A wszystkie jego pomysły zawodziły. Żadna roślina, żadna mieszanka nie miała szans poradzić sobie z tym, co działo się z sercem Rangera.
Ale William był uparty. Nie zamierzał poddać się do ostatniej sekundy.

15 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 32 – Pierwszy cel osiągnięty

  1. Katka pisze:

    Kaczuch_A, „smutam, bo chłop mi umiera na rękach a ja nic nie mogę zrobić.” – w sumie doszłam do wniosku, ze to mega fajne, ze tak piszesz, mimo że to smutne. Bo to jest właśnie to uczucie, które teraz przepełnia Willa. Jest mu cholernie smutno i czuje tym samym swoją niemoc. Więc jeśli to się udziela czytelnikowi, to mega. Chociaż tak, Jeff nigdy nie lubił lekarzy i takich ingerencji więc… no zadowolony by nie był…

    Tigram, Taa, pisanie na komórce jest kłopotliwe. Wiec teraz, kiedy ja byłam w Lublinie na weekend, to Shiv musiała się zająć komentarzami, bo nawet jak miałam jako taki dostęp do neta wieczorem, to jednak ciężko odpisać na komórce (no i do tego padnięcie po pracy XD). Działaj z PD ;)

  2. kaczuch_A pisze:

    Kurde, jak Will chce stworzyć mechaniczne serducho dla Jeffa, albo jakiś zasilany upiorytem wspomagacz to primo Jeff na to nie pójdzie, secondo to nie będzie ten sam ranger ;( smutam, bo chłop mi umiera na rękach a ja nic nie mogę zrobić. Ktoś napisał pod spodem, że dobrze by było jakby reszta ekipy wiedziała co się z nim dzieje i bardzo się z tym zgadam, powinni być świadomi zagrożenia. I Will, doktorku, króliczku, ziemniaczku kochany niech Twój umysł olśni w następnym rozdziale i weź że ulecz Jeffa, bo się rzucę z rozpaczy do Wisły jak facet zacznie wąchać kwiatki od spodu.

  3. TigramIngrow pisze:

    Ano dotarłam. Co do rozpisywania się… wiem, wiem, swojego czasu zdarzało się produkować tasiemce, ale obecnie działam głównie na komórce, co wcale mnie nie nastraja do pisania, jednak wiem, jak fajnie jest czytać głos zwrotny od czytelnika, więc się staram :)
    Mam jednak nieodparte wrażenie, że nieuchronnie zbliżamy się do końca sezonu, a może nawet i końca opowiadania?
    Na razie próbuję się zmierzyć z Projektem. Jak czytałam na bieżąco, to miałam duże problemy, żeby sobie skojarzyć kto jest kim i przeciw komu, ale jak się siądzie raz a porządnie…. Z ATCL miałam co robić w domu i pracy przez tydzień :) Zobaczymy jak mi pójdzie z PD.

  4. Shivunia pisze:

    Tigram >> I dotarłaś do „czasów obecnych”. Teraz będzie trochę poczekać aby skomentować. Ale za to może będziesz mogła bardziej się rozpisać pod komentarzem kiedy nie pędzisz tak do przodu. Będzie też o czym podyskutować w komentarzu do komentarzu ;)
    Jak widzisz na razie kolejne rozdziały odpowiadały ci na twoje przypuszczenia. Tak, Jeff ma juz problem z serduszkiem. Cóż, jednak to nie mięso a azjata jest sprawcą tych dziwnych anomalii.
    Eddie też dzielnie pokonał kruka. W ogóle dzięki za literówkę. Coż, człowiek ma jednak ręce pełne roboty i nie wszystko wyłapie. Ed, Eddie to są skróty od jego imienia, Erick się zaplątało. Poprawimy.
    Czemu jest tylu gejów… cóż, zamysł strony i tych samych opowiadań mówi sam za siebie. Pozwalamy sobie jak zawsze trochę ponieść się i nie zawsze być takie realistyczne w tym co piszemy. Dla wspólnej rozrywki można ponieść taką ofiarę.
    Czy i kiedy grupa się dowie, oraz ile jeszcze do końca oraz kogo ukatrupimy w tej części… cóż Tigram, powinnaś już wiedzieć, że spoilery to zło :P Nic nie mogę zdradzić.

  5. TigramIngrow pisze:

    Też pomyślałam o sztucznym, mechanicznym sercu. Jaaa… Will ma pomysły. Ale ja jednak chyba bym wolała, żeby całą grupa miała świadomość stanu zdrowia Jeffa, bo co gdy będą na nim opierali powodzenie jakiejś misji, a Jeff nie podoła?

  6. Katka pisze:

    O., taaak, Jeff bardzo wpasowuje się w ten jesienny, ponury klimat. Może więc dobrze, że akurat te rozdziały wypadły na taką porę roku. A może źle, bo się człowiek dodatkowo dołuje. Ale może Eddie pomoże, jeśli ostatecznie nie uda się inaczej… Dum, dum, dum, zobaczymy :(

    Jelis, taaak, własnie, może jest dramacik, ale z drugiej strony takie sytuacje własnie pokazują, jak bardzo osobom na sobie zalezy. Wychodzi taka troska, która nie ma nic wspólnego z pustym pożądaniem, czy czymś w tym guście. Dramaty jednak zbliżają… Co do Nicka, to masz rację – przeżył coś strasznego. I miał przy tym Showa. Jeff ma Willa, więc może się uda. Ale to jest coś, czego nie znają. Z Nickiem przynajmniej było wiadomo, co robić :/

    Luana, właśnie, to może być tez mniej niż miesiąc, bo przecież Will nie ogarnia tego wirusa… A co do Flapa – wychodzi wreszcie to, że może jest udomowiony i spełnia rolę pupila, ale też jest dzikim stworem, mimo wszystko. A Malvin już na wyciągnięcie ręki! XD

    Kasia, trumna to jest jakieś wyjście. Ale fakt, Eddie jest kowalem, a nie stolarzem. Plus trumnę Will mógłby kupić gdziekolwiek, a Eddiego poprosił o coś konkretnego i szczególnego. No i stara się jednak nie poddawać… Zobaczymy jednak, czy w ogóle będzie musiał skorzystać z jego pomocy…

  7. Kasia pisze:

    No nie no… takie dołujące zakończenie rozdziału. Zwlekacie do ostatniej chwili z sercem Jeffa… Ciekawi mnie o co poprosił Eddiego Wiliam. Najpierw pomyślałam że o trumnę, ale potem stuknęłam się w głowę bo to nie stolarz tylko kowal przecież. No i to że to niby szalony pomysł też trumnę wyklucza. Ale to wszystko przez Was bo ciągle nas straszycie.
    Dzięki i pozdrawiam 😙

  8. Jelis pisze:

    Ej no ja innej możliwości niż wyzdrowienie nie przewiduje ;x mimo to miło się czyta jak zależy im na sobie bez seksu c: i to jak Jeff ufa Willowi kwestii leków znaczy ze zapomniał o tym nie miłym zajściu xd ale Jeff musi być zdrowy, skoro Nick przeżył coś czego normalny człowiek nie byłby w stanie w tamtych czasach to Jeff też :cc

  9. Luana pisze:

    Miesiąc? A kto może i mniej. :( Wciąż w głowie mam to, że z Jeffem coraz gorzej. Nadal jednak wierzę, że cokolwiek Will zrobi to mu się uda uratować partnera.
    Flap pokazał pazurki i kły, że tam powiem. Nie dziwię się wściekłości Nicholasa. Będą mieli czas z Mavem, aby się pogodzić. :D
    Fajnie, że już dotarli do Frankfortu i Malvin jest coraz bliżej. :)
    Pozdrawiam. :)

  10. O. pisze:

    Nie dość że pada i już buro się robi to jeszcze Jeff umiera.
    Mam nadzieję że pomysł Willa i umiejętności Eddiego poradzą sobie :)
    No i Flap nie jest takim słodkim pupilkiem jakby się wydawało xD oj coś czuję że będą cielesne przeprosiny między Generałem i Zwierzakiem xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s