Across The Cursed Lands III – 31 – Więcej zwierząt niż ludzi

— Masz zapamiętać ten adres — mówił Maverick, gdy Betty już trzymała w rękach list. — Nie będziemy go nigdzie zapisywać. Powtórz.
Kobieta jęknęła z teatralnym zniecierpliwieniem i powtórzyła adres, pod który miała się udać wraz z przesyłką. Było pewne, że dotrze na miejsce. Otrzymała już teraz niezłą sumkę, a miała otrzymać drugie tyle po dotarciu do celu. Zresztą… nie miała wyboru. Jak teraz patrzyła na całą trójkę, to wiedziała, że ci, razem z Jeffersonem i Williamem, którzy już udali się do swojego pokoju, znajdą ją i powieszą, jeśli nie wykona zadania.
Nicholas i Eddie siedzieli obok na skraju łóżka. Nicholas zaszyfrował odpowiednio list, zaś Eddie chciał upewnić się, czy z sarenką wszystko w porządku.
— Naprawdę nie macie co z życiem robić — skomentowała kobieta, wsadzając list… między piersi. Nie wyglądała też przy tym, jakby była tym skrępowana albo z nimi flirtowała. Zwyczajnie traktowała tę skrytkę za odpowiednio bezpieczną. Można się było tylko domyślać, co ma pod spódnicą.
— Jeśli zapamiętałaś, to teraz bardzo uprzejmie prosimy, żebyś wyjechała z samego rana. Upewnimy się przed wyjazdem, czy nie ma cię w mieście — odparł Maverick i… kulturalnie otworzył jej drzwi do pokoju.
Betty przewróciła oczami i już prawie wyszła, ale zatrzymała się na progu.
— Tylko panowie, grzeczni tu bądźcie, bo nie tylko za kradzież można zawisnąć — dodała i puściła Maverickowi oczko, nim wyszła, najpewniej zadowolona, że uniknęła aresztu.
Zwierzak lekko się zaczerwienił, ale gdy zamknął drzwi za tą nieszczęsną kobietą i odwrócił się przodem do pozostałej dwójki, miał na twarzy już tylko zatroskany dobrem sarenki wyraz.
— Eddie, mógłbyś mi namoczyć tę gazę ciepłą wodą? — zapytał, gdy szybko wyciągnął niedużą apteczkę ze swojego bagażu, teraz spoczywającego pod oknem wraz z innymi jukami.
— Mhm — zgodził się kowal, a Nicholas nadal siedział na łóżku obok okrytego ciepłym pledem zwierzęcia.
— W ogóle, Mav, co ona je? — spytał, nie myśląc na tę chwilę o tym, co zrobią z małym zwierzęciem. Wyglądało naprawdę jak sarna, ale było takie dziwnie… małe. Jak szczenię albo kot.
— Z reguły zieleninę, ale też żywią się chociażby grzybami czy owocami. Mają zróżnicowaną dietę zależnie od pory roku, ale nie pogardzą tym, co po prostu znajdą — wyjaśnił Maverick, podając Eddiemu gazę.
Ten musiał wyjść z pokoju i udać się do łazienki lub na dół, do kuchni, żeby namoczyć ją ciepłą, czystą wodą. Tymczasem Zwierzak mógł dokładniej przyjrzeć się ranie.
Nicholas odważył się w końcu spytać:
— Więc… co z nią zrobimy? — Miał dziwne wrażenie, że kiedyś na podobne polowali i jedli je. A teraz opatrywali jednej ranną nóżkę, zamiast skrócić jej cierpienia.
— Weźmiemy ją ze sobą. A właściwie jego. To chłopiec — odpowiedział lekko rozbawiony Maverick, bo sarenka, kiedy uniosła na niego spojrzenie, niespodziewanie kichnęła i potrząsnęła uszkami. Były całkiem spore. — Myślę, że skoro jedziemy przez Frankfort, możemy ją zostawić u tego trapera. Może się zgodzi. Noga może się nie zrosnąć tak, że przetrwa w dziczy sam.
Generał chyba nie chciał bardziej drążyć. Nadal nie rozumiał, ale nie wszystko, co kochało się w drugiej osobie, trzeba było rozumieć.
— Jeśli tak mówisz. I jeśli nam nie padnie w drodze… — mruknął, patrząc na mały pyszczek z dużym, mokrym nosem i dziwnymi jak dla sarny, zielonymi oczami.
Maverick, jako że nie miał co zrobić za sarenką, nim wróci Eddie, podszedł do Nicholasa i stanął tuż przed nim, siedzącym. Od czasu przyjścia do pokoju nie zdążyli nawet pozbyć się grubych płaszczy, choć w pokoju było bardzo ciepło.
— Bądź dobrej myśli. Zrobiliśmy dzisiaj wiele dobrego dla tych zwierząt — powiedział i pochyliwszy się, pocałował generała. — Nie tylko ludzie się liczą.
Nicholas spojrzał na niego cierpiętniczo.
— Wiem… jednak… Mav. To jednak kolejne obciążenie w drodze. Ale jeśli uważasz, że tak trzeba, to dobrze. I tak musimy wyjechać wcześnie, to może nie oskarżą nas o kradzież zwierząt z cyrku.
— Będzie potrzebował dużo ciepła, więc owinięty kocem zostanie niezauważony — zapewnił go Maverick i na chwilę pozwolił sobie usiąść na kolanie swojego partnera. — Nie spowolni nas. Je mniej niż Will.
To akurat rozbawiło generała.
— A to niezły wyczyn. Że ten lekarzyna nie mdleje w drodze, to chyba cud. On żywi się powietrzem?
— Mm… Musi być chyba jakimś nowym gatunkiem — dodał Maverick w podobnym tonie, po czym uśmiechnął się łagodnie do swojego partnera i przesunął kciukiem po jego szorstkim policzku. — Cieszę się, że znów jesteśmy razem w drodze.
Nicholas zerknął na partnera i zaraz na drzwi. Nie słyszał jeszcze kroków, więc sam sięgnął do twarzy Mavericka i przyciągnął go do pocałunku.
— Nawet nie wiesz, kochanie, jak ja się cieszę.
Maverick uśmiechnął się do niego jeszcze raz, pozwolił też sobie na chwilę kontemplacji jego twarzy, po czym z ciężkim sercem wstał. Rozebrał się z płaszcza i odwiesił go na wieszak przy drzwiach.
— To może trochę potrwać. Jeśli chcesz, weź kąpiel w tym czasie lub zjedz coś — zasugerował.
— Dobrze.
Nick wstał i jako że jedynym świadkiem była mała sarna, wpatrzona w nich, ale niema, objął partnera i jeszcze raz go pocałował. Po tym zaczął zbierać rzeczy, żeby pójść się umyć. Będą mieli chwilę dla siebie, kiedy Eddie pójdzie do Jeffersona i Williama. Ci byli młodzi, mogli poczekać ze swoimi rządzami. Nicholas, kiedy w końcu odzyskał tę więź i namiętność z Maverickiem, nie zamierzał czekać.

***

Eddie szedł po schodach, niosąc na ręku miniaturową sarenkę. Jej chora nóżka została przemyta, obandażowana i usztywniona przez Mavericka. A teraz zwierzątko sennie opierało główkę o rękę kowala, który w drugiej niósł jedzenie dla tej niegroźnej i nieszczęśliwej mutacji.
— To ja! — Eddie zapukał do pokoju, który miał dzielić z Jeffersonem i Williamem.
Nie miał czym otworzyć, ale z pomocą przyszedł mu lekarz. I… gdy tylko otworzył, Eddie zobaczył, że jest bardziej rumiany niż zwykle. Nie do końca też udało mu się zakryć czerwony ślad na szyi, ale szybko to nadrobił, bo po otwarciu zaczął zapinać kołnierz swojej białej koszuli.
— Szybko wam poszło — powiedział na powitanie, wpuszczając kowala.
Ten popatrzył na Williama, a potem na Rangera. Nie powiedział słowa, wchodząc do środka i na pewno nie komentując tego, że drugi mężczyzna właśnie wycierał usta, jakby coś jadł. A nie czuć było w pokoju zapachu jedzenia.
— Mhm, Maverick zna się na zwierzętach — mruknął i usiadł na swoim łóżku. Odłożył na nie sarenkę, okrytą ciepłym pledem.
— Tak, zauważyliśmy. Będzie żyła? — zapytał William z uprzejmości, bo życie sarenki było mu zupełnie obojętne.
Przy tym podszedł do swoich bagaży, żeby pogrzebać w nich za piżamą i przy okazji ukryć mały wzwód, który zdążył mu powstać w trakcie tego… co chwilę temu robił z Jeffersonem. Ten, notabene, bardzo teraz starał się unikać spoglądania na kowala.
— Maverick mówił, że tak. Musi mieć tylko ciepło, więc nie wyniosę jej… jego, to on właściwie, do stajni — mówił Eddie, podając małej sarence listki, które narwał.
Sarenka miała już spokojniejsze spojrzenie niż w momencie odnalezienia jej. Musiała też już czuć mniej bólu. Nie trzęsła się, za to nieśmiało obwąchała jedzenie, po czym wychyliła główkę spomiędzy materiału i zaczęła chrupać.
— Rozumiem. Sam sen w ciepłym miejscu powinien dobrze na nią podziałać — uznał William, wiedząc, że u zwierząt działa to podobnie jak u ludzi.
Po tym uniósł się z piżamą, ale jeszcze podszedł do łóżka kowala, żeby zerknąć na zwierzę. Tych małych się nie bał.
Nietypowe, zielone oczy spojrzały na niego, a pyszczek od razu przestał się poruszać. Zresztą jak całe stworzonko. Eddie pogłaskał to maleństwo między uszami. Sarenka miała tam dłuższe futerko.
— Czy dziwnym, ludzkim zwyczajem nazwiesz jakoś to stworzenie? — zapytał lekarz, nie odrywając od sarenki spojrzenia, a ta dopiero po chwili odważyła się znowu jeść. Jakby głaskanie kowala uspokoiło ją, że ten jednooki człowiek nie stanowi dla niej zagrożenia.
— Nie wiem — odparł Eddie, a z drugiego końca pokoju odezwał się Ranger. Chyba już złapał dość świeżego powietrza.
— Nie ma co się zastanawiać. Jak inaczej będziesz o nim mówił?
— Zgadza się. Mówiąc „sarenka”, odbierasz mu męskość — dodał William, ale gdy patrzył na te wielkie, zielone ślepia i zaokrąglony pyszczek, wcale nie uważał tego zwierzątka za szczególnie samcze.
— Męskość? — Jefferson zaśmiał się i w końcu podszedł, żeby zerknąć na małe nieszczęście zawinięte w pled.
— Może więc… Clover — uznał Eddie, nie patrząc na mężczyzn, a na swoją znajdę, której oczy były zielone jak koniczyna. Dlatego pomyślał o takim imieniu.
— To bardzo… męskie imię, jak na taką sarenkę — uznał William, przecząc swoim wcześniejszym słowom.
Clover był chyba przestraszony tym, że teraz aż trójka ludzi sterczy nad nim i patrzy, jak je. Skulił się bardziej, starając się schować uszy pod materiał.
— Clo, też mu pasuje. Ale sam chciałeś męskie imię — odparł Eddie i podał swojemu małemu podopiecznemu kolejne listki.
Jefferson uśmiechnął się pod nosem.
— Właśnie, panie ziemniak. Zazdrosny o męskie imię?
— William to też bardzo męskie imię — odpowiedział lekarz pewnie, jakby nie usłyszał tego określenia. — W każdym razie pozwólcie, że pójdę się umyć. Zapewne będziemy wyruszać z samego rana.
— Jeśli Nick nie zgubi protez, to pewnie tak. — Jefferson nie tracił ironicznego humoru.
Eddie za to nie komentował i karmił Clovera. Ten był już spokojniejszy, kiedy William poszedł, a Jefferson zajął się swoimi rzeczami. Jadł powoli, aż musiał mieć pełny żołądek, bo gdy Eddie chciał mu podać kolejny kawałek listka, cofnął pyszczek. Spróbował znaleźć wygodniejszą pozycję. Na szczęście łóżka nie były szczególnie wąskie, więc kowal uznał, że może spać razem z tym zwierzątkiem. Tym bardziej, że wiedział, że nie był typem, który kręci się w nocy. Maverick w końcu mówił, że sarenka musi mieć ciepło. I jedyne, o co się obawiał, że w nocy obudzi go nieciekawy zapach, kiedy Clover się załatwi. Ale mógł się o to pomartwić później. Na razie, nie bacząc na Rangera, rozebrał się do bielizny, przygotowując się do snu. Pokazał mu przy tym swoje potężne, ciało, o ogromnych ramionach i szerokim tułowiu.
Jefferson, który też zbierał się do snu, aż się na niego zapatrzył. Nie dlatego, że Eddie mu się podobał. Porównując, zdecydowanie wolał ciało Williama. Ale Eddie był całkiem… potężnie zbudowany, choć w inny sposób niż Nicholas. I na pewno mocniej owłosiony.
— Dobrze zrobiłeś, że go zabrałeś — rzucił, żeby coś powiedzieć. Wszedł pod kołdrę. — Na pewno masz za to kilka punktów u Mavericka.
— Pewnie tak, ale nie zrobiłem tego dla niego. Ten mały został tam sam, a nie wiem, jak by odreagowali ci ludzie na nim za to, że wszystkie inne zwierzęta znikły — odparł Eddie i znowu pogładził zwierzątko po malutkiej w porównaniu do jego dłoni główce. Położył się w końcu na łóżku, trochę na boku i przysunął je do siebie.
Sarenka nie wydawała się wystraszona jego dużą posturą. Musiało być jej też przytulnie ciepło, bo jej zielone tęczówki szybko zostały przesłonięte powiekami, gdy ułożyła się do snu.
Jefferson popatrzył na tę dwójkę i uśmiechnął się do siebie.
— Mhm — odparł tylko i przykrył się szczelniej. — Dobranoc. Will zgasi lampy, gdy wróci.
— Mhm, dobranoc. Nie obudźcie mnie w nocy. Nie chcę tej kruszyny jeszcze bardziej uszkodzić — mruknął jeszcze Eddie, nie precyzując, jak mieliby go obudzić, ale i tak Jefferson wydusił tylko „mhm”, bo gula stanęła mu w gardle.
Niby Betty ich zdradziła… ale od tamtego czasu Eddie nic na ten temat nie powiedział. Do teraz. Nie odważył się więc na to odpowiadać. Zresztą, nie miał nawet pomysłu, co mógłby powiedzieć. Spróbował więc zasnąć, trochę żałując, że nie mają z Williamem tego luksusu, co ich… starsi towarzysze.
Ci byli już umyci do snu. Nicholas wziął kąpiel, kiedy Maverick zajmował się sarenką. A Zwierzak właśnie wrócił do pokoju, odświeżony i odziany jedynie w lniane spodnie i lekką koszulę. Swoje ubrania położył na szafce obok apteczki.
— Pogasić już światła? — zapytał, bo pokój wciąż rozświetlały dwie lampki oliwne zawieszone na ścianie.
Nicholas leżał na plecach na jednym z łóżek. Patrzył teraz na Mavericka przeszywającym spojrzeniem.
— Tak. I chodź tu do mnie.
Starszy mężczyzna obejrzał się na niego z lekkim uśmiechem. Zgasił światła i zasunął zasłony w niedużym oknie. A gdy już pochłonęły ich całkowite ciemności, zbliżył się do łóżka swojego partnera, ułożył się na boku, tuż przy nim i pocałował go w kącik ust.
— Eddie dokonał bardzo dobrego wyboru — szepnął.
— Zabierając to małe coś? Flap to zeżre przy pierwszej okazji — odparł Nicholas i trochę się przysunął, żeby Maverick miał więcej miejsca. Sięgnął też do włosów ukochanego i lekko przeczesał je palcami.
Mężczyzna przymknął oczy i położył mu dłoń w pasie.
— Miałem na myśli nocleg u Jeffa i Willa. Ale uratowanie sarenki też było słuszne. Przypilnuję Flapa.
— Ach, o tym mówisz. Nie miał innego wyboru niż dokonać właśnie takiego. Jeff i Will są młodzi, coś wymyślą. A ja muszę cię mieć przy sobie — odparł poważnie generał i pogładził kark partnera.
Ten westchnął głębiej i pomasował jego bok, wyczuwając pod palcami silne ciało.
— Mm… Dobrze móc cię dotknąć — szepnął, zsuwając dłoń trochę niżej.
— Mhm, bardzo dobrze. Tym bardziej, że czeka nas długa droga — odpowiedział Nicholas, nadal patrząc w oczy partnera. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby nie musieli się ukrywać przed Eddiem. A przynajmniej tak sobie wmawiał.
— Nie wiem, kiedy znów będziemy mieli na to okazję — dodał Maverick, powoli masując go po kroczu przez bieliznę. Przyjemnie było poczuć ciepło i kształt genitaliów Nicholasa oraz sprawić, żeby stwardniały. — Nie podoba mi się to miasto… ale cieszę się, że mamy swój pokój.
— Opłacałoby się więc to wykorzystać. — Nicholas pogładził biodro Mavericka. — Chcesz może na mnie usiąść? — spytał, jednocześnie przesuwając wzrokiem po jego twarzy i ciele.
Odpowiedziało mu głębokie spojrzenie Zwierzaka, jakby w tej chwili nagle zmieniła się atmosfera. Na bardziej intymną.
— Chętnie — odparł mężczyzna i pozbył się górnej części piżamy, a następnie zrobił to samo ze spodniami. Gdy był całkiem nagi, pocałował czule swojego partnera i usiadł okrakiem nad jego biodrami.
Nicholas wziął głęboki oddech, widząc go takiego. Od razu też poczuł, jak dreszcz podniecenia przebiega po jego ciele niczym impuls. Złapał swojego partnera za uda i spojrzał mu w oczy.
— Rozepnij mi spodnie.
— Tak jest, generale… — odmruczał Maverick niskim głosem, z delikatnym uśmiechem w kąciku ust.
Po tym, cofnąwszy się trochę na udach Nicholasa, pochylił się twarzą do jego krocza. I zębami złapawszy sznureczek, odwiązał kokardkę.
Nicholas znowu sapnął, widząc, jak wypięty jest Maverick i jakie ma napięte ramiona, kiedy pochyla się nad jego kroczem. I może nie powinien tak odpowiadać, ale to jego partner zaczął, więc poszedł w tę grę.
— Dobrze… sierżancie. Ale z życiem, nie mamy na pana opieszałość całej nocy.
Swoim władczym głosem wywołał specyficzny dreszcz na ciele kochanka. Ten obsunął mu spodnie niżej i polizał całym językiem penisa, który się pokazał.
— Widzę właśnie, że generał jest w dużej potrzebie — odpowiedział, nie unosząc się, lecz odpowiadając z twarzą wciąż przy jego kroczu.
— Dlatego pilnie musisz się tym zająć, sierżancie. — Nicholas oblizał wargi. Czuł ciepło na członku, a każdy ruch języka Mavericka odczuwał nawet w końcówkach palców.
— Tak jest, generale.
Po tym Maverick przymknął oczy, złapał penisa i wziął go do ust. Od razu zamlaskał na nim i zaczął poruszać głową, jakby wypełniał ważny rozkaz, od którego zależy przyszłość narodu. Pracował głową, nawilżał członek i sprawiał, że stawał niczym chorągiew unoszona przez jeźdźca.
Nicholas patrzył na niego, będąc zarówno urzeczonym, jak i pod ogromnym wrażeniem tego, co robi. Obaj potrzebowali tej namiętności, jaka właśnie w tej chwili do nich wróciła.
— Mmmm… Mav…
Mężczyzna spojrzał na niego z dołu, jeszcze chwilę go ssał, aż nagle podniósł się i pocałował go. Po namiętności, z którą to zrobił, Nicholas poznał, że jest rozgorączkowany i pragnie więcej. A kolejnym dowodem było to, że nie przerywając tego inwazyjnego pocałunku, sięgnął na ślepo za siebie, złapał jego członek i zaczął go w siebie wsuwać.
Nicholas sapnął w jego usta. Oszałamiające było to, co robił z nim Maverick. Czuł się wręcz, jakby był czymś odurzony, kiedy ten tak się zachowywał.
— Mav…! — wydyszał w jego usta i złapał go za biodro. Pomasował je i spojrzał mu w oczy z niemym pytaniem, czy jest już gotowy, czy zbyt rozgorączkowany, żeby myśleć o sobie.
— Już — ten sapnął głośno, widząc to spojrzenie.
Nie dał mu powiedzieć nic więcej, bo znów zaatakował jego usta. Językiem pieścił jego język, smakował go, a przy tym tyłkiem coraz bardziej nabijał się na twardego, mokrego od śliny penisa.
Dziurka naciągała się i pochłaniała twarde ciało, a Nicholas czuł coraz większe gorąco i ciasnotę. Maverick pod tym względem był genialny. Był taki namiętny! Miał w sobie tyle ognia, że mógłby go tu spalić żywcem. Nicholas całował się więc z nim i czuł, jak jego penis dostarcza mu skrajnie dobrych pieszczot.
A gdy już członek zmieścił się cały w tym gorącym tyłku, Maverick wyprostował się, złapał jego dłonie i położywszy je sobie na udach, zaczął się ruszać. Jego ciało było napięte, widoczne w całości dla generała i tak… sprawne. Nawet jeśli Maverick czuł się staro, to na pewno tak nie wyglądał. Był sprawny, silny i dobrze zbudowany. A jego tyłek… jego tyłek był ciasny, ale i doświadczony, bo mężczyzna potrafił rozluźnić się odpowiednio. Na tyle, żeby go nie bolało i żeby Nicholas miał w nim dobrze.
Generał nigdy by go nie zamienił na jakiegoś młodego chłopaczka. Bo kiedy patrzył na Mavericka, widział w nim wszystko to, czego pożądał.
— Kocham cię… — wydusił, nie odrywając nawet na chwilę wzroku od tego mężczyzny.
A ten uśmiechnął się tylko i na chwilę się pochylił, żeby go cmoknąć.
— Nie spoufala się generał za bardzo z podwładnym? — wydyszał, po czym wrócił do poprzedniej pozycji i trochę przyspieszył. A gdy penis mocniej go popieścił i zrobił mu lepiej, jęknął głośniej. — Nnn…
— Nnn… nie — odpowiedział Nicholas, kiedy i sam stęknął, gdy tyłek ukochanego go ścisnął. — Bo ten podwładny jest tylko mój — wyznał i pomasował zdrową ręką pośladek Mavericka, aż docierając palcami do jego dziurki. Chciał poczuł, jak się w nią wsuwa.
Przez to Maverick zadrżał cały, a jego członek mocniej zesztywniał. Był już wilgotny na czubku, a Zwierzak nie dotykał go, bo nie chciał już wystrzelić.
— To złap mnie mocniej za tyłek. Jesteś cudowny, gdy to robisz — wydyszał, już dosłownie podskakując jak na koniu.
Jego włosy przy tym falowały, a Nicholas nie mógł oderwać wzroku od tej rozpalonej twarzy.
— Mav… kochany — wydyszał i faktycznie złapał go obiema dłońmi za pośladki, starając się tylko być ostrożnym w przypadku swojej protezy.
— Ooo… Czuję, jak jest inna… Bardziej ludzka niż poprzednia — powiedział Zwierzak, który był coraz bliższy spełnienia. Aż w pewnym momencie pochylił się, oparł dłońmi po bokach głowy młodszego mężczyzny i poruszał tylko biodrami, żywo i szybko, nadziewając się na penisa.
Nick nie odpowiedział na uwagę o swojej dłoni, bo nie był to moment, żeby mówić o sobie. Skupiał się całkiem na Mavericku.
— Ty i tak jesteś najlep… oh, najlepszy. Mav… jestem coraz bliżej. Chcesz pierwszy?
— Chyba… nie damy rady… inaczej — odparł Maverick i miał całkowitą rację.
Niespodziewanie Nicholas poczuł, jak ścianki odbytu kochanka ściskają go mocno i niekontrolowanie, a sam Maverick szybciej się rusza. I zdecydowanie był przy tym głośniejszy, bo nie zapanował do końca nad swoją reakcją. Z jego ust wydobył się długi, głośny jęk, gdy wystrzelił, ściskając poduszkę po bokach głowy generała.
Ten patrzył na niego, kiedy dochodził. W pewnym momencie złapał go za kark swoją metalową dłonią oraz zmusił do pocałunku, przez który Maverick aż nie mógł złapać oddechu. Przez to Nicholas czuł, jak ten jeszcze mocniej drży, zaciska się na nim, aż i jego penis strzelił spermą.
Zwierzak od razu na niego opadł i wyprostował nogi. Przez to napęczniały, jeszcze półsztywny członek Nicholasa powoli się z niego wysuwał, aż opuścił te okrągłe pośladki z cichym plaśnięciem. Maverickowi jakoś szczególnie się to spodobało, więc spróbował ułożyć się tak, żeby czuć na tyłku tego gorącego penisa.
— Było szybko… ale cudownie — szepnął, zmęczony.
— Szybko jak jakieś dwa młodziaki. To chyba powinno cię cieszyć — odpowiedział Nicholas i pocałował ukochanego w zarośnięty policzek. — Poza tym… noc jeszcze jest młoda.
Maverick od razu słabo się uśmiechnął i pogłaskał go po policzku.
— Zająłem się już małą sarenką… to chyba mogę trochę dłużej zająć się moim niedźwiedziem.
Generał zaśmiał się krótko.
— W końcu tak lubisz te zwierzątka.
— Mmm… tego misia szczególnie — odparł Maverick z niskim pomrukiem i ukąsił go lekko w szczękę, przytulając się mocniej.
Nicholas objął go mocno ramieniem w pasie.
— Więc chcesz trochę odpocząć i jeszcze raz? — spytał, już przechodząc do konkretów.
— Mhm. Ale może teraz ty się trochę poruszasz? Przetestujesz protezy? — zasugerował Zwierzak. Lubił patrzeć na Nicholasa z góry i widzieć, jak ten go pożąda, ale lubił też wyraz jego twarzy, kiedy sam go brał. Był wtedy podniecająco samczy.
— Wolałbym, żebyś mnie testował, czy mam dość kondycji, a nie protezy, ale niech ci będzie. Sprawdzimy, czy się nie rozpadną — prychnął i znowu złapał go za kark, żeby go pocałować.
Maverick odpowiedział na pocałunek i już nic nie powiedział. Pieścił się tylko ze swoim partnerem delikatnie, uspokajając się po tym szaleńczym seksie i powoli zbierając siły na kolejną rundę. Chciał się dzisiaj dużo kochać z tym mężczyzną, z którym wreszcie bez skrępowania mógł być tak blisko, a jednak towarzystwo innych osób trochę w tym przeszkadzało. Więc nie zaszkodziło dzisiaj bardziej skorzystać z tej prywatnej chwili. Nawet jeśli trochę na zapas.

***

Udało im się uniknąć konsekwencji wypuszczenia cyrkowych zwierząt. Nikt nie zorientował się, że byli sprawcami, ale dużo się z samego ranka mówiło o tym, jak tym razem występy nie wyszły. Główną atrakcją były sztuczki z dzikim kotowatym, którego tym razem zabrakło. Maverick miał nadzieję, że kot dostosował się do dzikiego otoczenia i odnalazł wolność.
Trudniejszą sprawą było wyjechanie z miasta z Cloverem w taki sposób, żeby nikt go nie zauważył. Co prawda owinęli go kocami, ale pyszczek wciąż wystawał. Jechali więc tak, żeby Eddie był w środku, zasłonięty przez pozostałych czterech jeźdźców. Odetchnęli z ulgą, kiedy wyjechali z miasta.
Flap dołączył do nich dopiero na drugi dzień. Maverick się o niego nie martwił, ale i tak ucieszył się na jego widok, kiedy ten skrzekiem obwieścił swoją obecność. Potem próbował blisko poznać się z ukrytą w ramionach kowala sarenką, ale Maverick szybko wybił mu to z głowy.
Czwartego dnia po wydarzeniach związanych z panną Colins i cyrkiem Zwierzak zasugerował Eddiemu, żeby po zmianie opatrunku spróbował pozwolić Cloverowi kawałek się przejść. Więc gdy zrobili w ciągu dnia krótki postój dla koni, Maverick wykorzystał płynący na ich miejscu postoju mały strumyk, żeby wymienić bandaże. Rana została przemyta, a sarenka próbowała stawać na swoich chudych nóżkach, ale nadal te wydawały się chybotliwe. Zresztą stworzonko też wyglądało na niepewne nowego otoczenia. Najlepiej czuło się na ramieniu Eddiego, ale teraz musiało stawić czoło nowym wyzwaniom.
— Jak myślisz? Jak się goi? — spytał Eddie Zwierzaka, podtrzymując mutację sarenki za brzuszek, kiedy ta próbowała stać.
— Powoli. Był niedożywiony, więc na razie idzie mu ciężko. Ważne, żeby teraz dobrze go karmić, to będzie lepiej — odpowiedział Maverick, zwijając stare bandaże.
Nieopodal William próbował przekonać Jeffersona, że zdejmowanie z siebie kurtki to kiepski pomysł, nawet jeśli jest mu tak gorąco. Mógł się rozchorować. Nicholas za to pojadał resztki upieczonego wczoraj na ognisku zająca.
A Clover oddychał szybko, próbując stać dość szeroko, żeby utrzymać równowagę, choć cały czas podkurczał ranne kopytko. Eddie trzymał go dla pewności, żeby się nie wywrócił i jeszcze bardziej nie przestraszył.
— Mhm. Myślisz, że on w ogóle kiedyś będzie w stanie wrócić do natury? — spytał i drugą dłonią pogładził Clovera po główce.
— Nie jestem pewien. To zwierzę stadne, a jest teraz uszkodzony. Nie wiem, czy jakieś stado będzie chciało przyjąć do siebie słabą sarenkę — odparł Maverick z ciężkim sercem, ale miło mu się patrzyło, jak Clover dzielnie próbował stać.
Na początku, gdy Eddie go postawił, próbował znów wdrapać się do niego na kolana i schować w jego ramionach, ale już po trzeciej próbie starał się sam stanąć.
Teraz nawet przesunął przednią nóżkę do przodu i spróbował zrobić pierwszy krok. Był zabawnie przechylony do przodu, ale nie było to wynikiem jego zranienia. Ten gatunek miał po prostu większy i wyżej znajdujący się zad oraz spore tylne nogi. Ważne więc było, żeby głównie jego tylnie nóżki były zdrowe. Ten jednak nie miał tyle szczęścia w życiu, na ile mógłby liczyć. Nadal żył, ale nie był już taki jak inne z jego gatunku.
— Więc co z nim zrobimy? Nie zostawię go tu dziś w nocy, ale całej drogi chyba nie może z nami przebyć? — spytał Eddie z troską.
— Może być z nami do czasu, aż nie wyzdrowieje. Gdy dojedziemy do Frankfort, zobaczymy, w jakim jest stanie.
Maverick nie wiedział teraz, co będą mogli zrobić później. Obawiał się też, że trudno będzie pod koniec listopada znaleźć jakieś stado saren z jego gatunku, ale nie chciał jeszcze skazywać Clovera na śmierć.
Ten popatrzył na nich, jakby wiedział, że o nim rozmawiają i jakby bał się, że jeśli się nie spisze, to go porzucą. Bo znów spróbował zrobić kilka kroków na drżących nóżkach, a Eddie co raz czuł, jak opada w jego dłoni, przez co musi go mocniej podtrzymywać.
— Mmm… szkoda by go było po takim czasie zostawić. Aż nie wiem, czy Nicholas nie miał racji, że lepiej było mu wcześniej skrócić cierpienia. Jeśli będzie sam, to długo nie pożyje. — Eddie mówił na tyle spokojnie, że nie było słychać w jego głosie goryczy. Jakby zwyczajnie opowiadał o tym, jak Clover sobie radzi.
— Może jego noga całkiem wydobrzeje. Zobaczymy. Nie martw się, zobacz, jak się stara. — Maverick uśmiechnął się łagodnie i schował bandaże do pokrowca wraz z innymi opatrunkami.
Kowal popatrzył na sarenkę. Jej zielone oczy były naprawdę dziwne do oglądania, ale jednocześnie na swój sposób dość smutne.
— Mhm, zobaczymy. Na razie nie robi problemów.
Maverick chwilę obserwował, jak Clover sobie radzi, jak próbuje iść. Ale najwyraźniej w końcu się zmęczył, bo niemal zawisnął na ręce Eddiego i pewnie miał nadzieję, że ten pozwoli mu już się położyć.
— Will mówił ci, po co dokładnie chce cię we Frankfort? — zapytał w końcu.
— Hm? — Eddie spojrzał na niego pytająco i uniósł Clovera na dłoni, jakby ten nic nie ważył. — Nie, nic konkretnego nie wspominał. Ostatnio zresztą jest nieobecny. Tak mi się wydaje, bo dobrze go nie znam.
— Tak, jest… Ale skoro chce, żebyś był obecny we Frankfort, musi mieć w tym jakiś cel — mruknął Maverick, patrząc ponad ramieniem kowala na lekarza, który w końcu skapitulował w kłótni z Jeffersonem i próbował właśnie otworzyć sobie puszkę z fasolą.
— Nie wiem jaki, ale właśnie pomyślałem, że jak coś, we Frankfort będzie można zostawić Clovera — odparł Eddie, układając sobie zmęczone zwierzątko na ramieniu. Owinął je pledem, żeby nie traciło energii na ogrzewanie się.
Maverick przeprosił go na chwilę i podszedł w stronę drzew, pod którymi rosło trochę liści, jakie mogły zasmakować sarence. Zerwał kilka, wrócił z nimi do kowala i usiadł na chłodnej ziemi obok. Wyciągnął jeden liść do pyszczka Clovera.
— Masz na myśli tego trapera? — zapytał przy tym, bo też o tym myślał. Wiedział, że jest tam niejaki Malvin Berry, u którego byli Will z Jeffem. — Zgodziłby się? Poznałeś go, tak?
— W drodze z Isaakiem. Przyjemny człowiek. Ma dużo zwierząt. Jedno czy dwa chyba nie zrobiłyby mu już różnicy — wyjaśnił Eddie, nie patrząc na rozmówcę, a na pełne policzki Clovera.
Jego malutki pyszczek poruszał się, gdy żuł zieleninę. Śmiesznie tak wyglądał. Na pewno będzie uroczy, kiedy przybierze trochę ciałka.
— Jeśli tak, to byłaby to jakaś przyszłość dla Clo. Ale myślę, że Nick nie będzie chciał zwlekać i pierwsze co, to musimy podejść z tobą do banku. Pewnie nikt o tym teraz nie myśli, ale musimy ci przekazać przydział za pracę dla agencji i zapewnić jakieś fundusze na to chwilowe utrzymanie we Frankfort.
— Pewnie nikt o tym teraz nie myśli? Ty właśnie o tym myślisz. To miłe z twojej strony. I pewnie dlatego też długo tu nie zostaniemy. Muszę ci powiedzieć, że chyba wolę jednak osiadły tryb życia.
— Chyba podobnie jak nasz pan lekarz — zauważył Maverick z lekkim uśmiechem, podając kolejny listek sarence, bo ta już przeżuła poprzedni i wyciągnęła pyszczek po więcej. — Może we Frankfort znajdziesz klientów. Masz ze sobą narzędzia.
— Najpotrzebniejsze — uściślił Eddie i lekko pogłaskał Clo. — Musiałem zabrać część, żeby zająć się protezami Nicka. Reszta jednak została w Kansas City. Może kiedyś uda się po nie wrócić.
— Na pewno.
Maverick nie dodał nic więcej, po chwili podszedł do nich William. Gdy ci unieśli wzrok, już poznali, co było powodem. Flap po krótkim zwiedzaniu okolicy wrócił do nich i właśnie zaczepiał Jeffersona, jak pies zapraszający do zabawy. Lekarz wolał nie przebywać w jego towarzystwie, więc ze swoją puszką z fasolą dołączył do oddalonej dwójki.
— Jak się miewa Clover? — zapytał uprzejmie, przysiadając obok i wracając do jedzenia. — Widzę, że ma zdrową dietę.
— Dla roślinożercy — zauważył Eddie za Mavericka, który wymownie spojrzał na puszkę z fasolą Williama. — Jak podróż? — zagadał, karmiąc dalej zwierzątko liśćmi od mężczyzny.
— Dłuży mi się. Chciałbym już być na miejscu we Frankfort lub u doktora Showa, choć obawiam się tego, co nas tam czeka.
Maverick pokiwał głową, bo uważał, że rozsądnie było się bać w takiej sytuacji. Misja była coraz cięższa, a o krokach wroga nie wiedzieli prawie nic. Powinni cały czas być przygotowani na atak.
— Może skończy się na tym, że tylko zabierzemy Bena w bezpieczne miejsce. Jednak na wszelki wypadek we Frankfort wyposażymy się w duże ilości amunicji.
— Jak idzie ci w ogóle strzelanie? Jeff chyba jest w tym najlepszy. Uczył cię kiedyś? — spytał Eddie, wiedząc, że sam strzela całkiem przyzwoicie, ale nigdy tym nie zarabiał na życie, tak jak Ranger, który teraz bawił się z mutacją Mavericka.
Flap podskakiwał i próbował złapać go zębami za ręce, ale Jefferson całkiem sprawnie się uchylał i rozpraszał go kawałkiem gałązki z listkiem. A przy tym Flap skrzeczał, zarówno irytując tym Nicholasa, jak i odstraszając wszelkie zagrażające im zwierzęta.
— Tak, uczył mnie. Udało mi się kiedyś ustrzelić zająca i furkę.
— Furkę? A co ci furka złego zrobiła? — burknął Maverick, wiedząc, że te zwierzęta wcale nie były takie groźne, na jakie wyglądały z pyska.
William westchnął cicho, przypominając sobie tamto traumatyczne wydarzenie.
— Wystraszyła mnie. Ale myślę, że trafiłbym w człowieka, gdybym musiał.
— Wystraszyła? — Maverick nadal był sceptyczny, bo nie widział w tym zwierzęciu niczego, czego można się przestraszyć. Według Nicholasa w ogóle w żadnym zwierzęciu tego nie widział.
— Ale to nie zabiłeś nikogo nigdy? — spytał spokojnie Eddie, ale z lekko uniesionymi w zaskoczeniu brwiami.
— Zabiłem… Raz niechcący, kiedy jechaliśmy z doktorem Showem pociągiem i został on napadnięty. A później w Chicago. — William odchrząknął cicho i pogrzebał łyżką w puszce z fasolą. — Zabiłem pomocnika Azjaty, który zamordował moją matkę.
— Chyba tego nie żałujesz? — spytał Eddie, niepewien jego tonu głosu.
— Nie — odpowiedział od razu William, patrząc, jak Clover przeżuwa ostatni listek. — Należało mu się to.
Maverick spojrzał na swojego partnera, spożywającego posiłek i westchnął cicho.
— Kiedyś żałowałem, że to, co spotkało Nicka, zostało zrobione przez płazera, a nie przez człowieka. Pragnąłem móc się jakoś zemścić — rzucił w końcu głucho.
— Bo to po ataku płazera? Nie udało się wam go później upolować? — Eddie był zaciekawiony, a wszyscy poza Cloverem trochę spoważnieli przez temat. Sarenka dalej jadła, przysypiając jednocześnie.
— Nie szukaliśmy go. Gdy tylko udało się ustabilizować stan Nicka, pojechaliśmy w miejsce, w którym Ben mógł lepiej się nim zająć.
William dobrze go rozumiał. Nie wiedział konkretnie, kto zainfekował Jeffersona, ale trawiła go chęć odegrania się na tym kimś. Sprawienia temu komuś bólu i ostatecznie zakończenie jego życia. I wiedział, że jeśli Jefferson umrze… że jeśli jego serce przestanie bić, będzie bardzo zapalczywie szukał tego kogoś.
— I po tym przestała istnieć Boosa, tak? A w którym momencie wszyscy się rozeszliście? — spytał Eddie, ostrożnie okazując swoje zainteresowanie.
Jefferson nie słyszał, że rozmawiają na ten temat, bo Flap zagłuszał to skrzekiem. Choć na pewno w przeciwnym razie przyszedłby posłuchać. William w milczeniu skrobał łyżką po dnie puszki, a Maverick kontynuował opowieść.
— Jess opuściła nas pierwsza. Wyjechała pewnego razu bez pożegnania. Po tym, jak Nick wydobrzał, nikt z nas nie myślał o tym, by wrócić do bycia Boosą.
— Ale chyba wcześniej to lubiliście? Czy to już było tylko przyzwyczajenie? — Spokojny głos Eddiego był jedną z tych rzeczy, które nakłaniała do mówienia.
— Kochaliśmy to. To był nasz sposób na życie. Nasz sposób walki z niesprawiedliwością. Byliśmy duszami potrzebującymi przestrzeni, ruszania naprzód i… cóż, ciągłej przygody.
Maverick mówił dalej, a William przez słuchanie tej dwójki spokojnych mężczyzn, czuł, że coraz bardziej… chce mu się spać. Gdyby tylko pił teraz jakiś ciepły alkohol i siedział w przytulnym miejscu, zapadłby w sen. I wcale nie dziwił się, że mały Clover właśnie cicho drzemał w ramionach kowala, utulony ich rozmową i ciepłem koca.
William dyskretnie wstał i podążył już z pustą puszką do Jeffersona. Widział, że Flap zostawił go w spokoju, za to wyżywał się właśnie na konarze. Jefferson za to czyścił broń. Robił to w spokoju, wyłączając się już na wszystko i tak odpoczywając. Był w tym czasami bardzo podobny do koni, które spały na stojąco. On przy prostych czynnościach wydawał się, jakby spał.
— Hej — przywitał się z lekarzem, kiedy ten podszedł. — Co u Mavericka i Eddiego?
— Rozmawiają i karmią Clovera — wyjaśnił lekarz, przysiadając tuż obok niego. Sam był ubrany w ciepły płaszcz i grube rękawiczki, a Jefferson jedynie w swoje standardowe odzienie. Musiało mu być gorąco przez zbyt szybkie bicie serca. — Jest tu więcej zwierząt niż ludzi. Dwie klacze, trzy ogiery, potwór Mavericka i jeszcze sarenka…
— Jak to w naturze. — Jefferson zaśmiał się i stuknął go ramieniem. — Niczego nie czytasz? — spytał, starając się, żeby ręce mu nie drżały. Na razie były całkiem spokojne, ale nie panował nad tym kompletnie. Tak samo jak na bezsennością.
— Nie. Dzisiaj nie mogę się skupić. Cały czas myślę o tobie i o tym, co moglibyśmy robić w krzakach, gdyby nie było tu Eddiego — odpowiedział z cichym westchnieniem rezygnacji.
Kątem oka zauważył, że Nicholas wstaje ze swojego miejsca i chyba zbiera się, żeby znowu mogli ruszyć. Wyglądało na to, że nawet jakby chciał, to nie znalazłby wiele czasu na krótkie pobaraszkowanie z Rangerem. A do tego ten ciągły niepokój o jego zdrowie… Już był zmęczony.

6 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 31 – Więcej zwierząt niż ludzi

  1. TigramIngrow pisze:

    Sarenkowy Josh! Zielone ślepia i to łaszenie się :3
    Nadal jednak nie rozumiem, czemu Will nie przyzna się reszcie nad czym pracuje? I oooch, przede mną ostatni odcinek. Ile zostało do końca sezonu? Z 10?

  2. Katka pisze:

    Luana, dlatego własnie uważam, że retrospekcje i generalnie wchodzenie w przeszłość bohaterów mega ich dopełnia. Tak jak z „Coś się zaczyna”, które uważam za obowiązkową lekturę, jeśli chce się na serio poznać bohaterów z FDTS. Nie dość, ze to wiele tłumaczy, rozjaśnia wydarzenia, to sprawia, że jakieś zachowania czy nawyki postaci wydają się nagle zrozumiałe (nawet jak wcześniej były od czapy). A wracając do naszych „staruchów”, jak to ich nazywamy – to tak, ich uczucie jest olbrzymie, a do tego umacniane przez te wszystkie lata. Nie dało się, żeby tak długo żyli w sielance, dlatego musieli mieć swój mroczniejszy okres… ale już jest dobrze i cieszy nas, że również dobrze się to czyta :)
    „(może podejdzie do niego i pocałuje go przy wszystkich dając naszym dwóm parom dowód, że nie tylko o nich wiedział, ale i, że tak samo kocha mężczyzn” – takie to romantyczne :D Widzę to, hehe. Może tak będzie, może nie. Zobaczymy, chyba już niedługo :) Pozdrawiamy!

    Kaczuch_A, co do komenta pod poprzednim ATCL – najgorsze, ze też zdajemy sobie sprawę, że trudno będzie je przebić pod względem fabuły XD ale może to plus – wysokie poprzeczki sprawiają, że chce się sprostać wyzwaniom. Mamy takie jedno jeszcze opowiadanie w szufladzie, które opiera się na intrydze, ale jest zupełnie innego gatunku, więc trudno porównać. Zresztą, opinia ostateczna i tak należy do Was ;) A na razie mega nas cieszy, ze ATCL jest takie lubiane! Haha, a co do przygarnięcia to generalnie aprove, też bym chciała XD
    A już odnośnie tego komentarza. Czemu Eddie się nie przyzna…? Hm, trudno powiedzieć, co mu tam w duszy gra XD Nie jest moją postacią, lecz Shiv, ale myślę, że on po prostu nie ma potrzeby uzewnętrzniania się. Nie wtrąca się do niczego i nie chce, żeby ktoś się wtrącał.
    Oooch, jaka groźba odnośnie śmierci bohaterów XD Nie chciałybyśmy, żebyś się na nas obraziła… Ale tak jak piszesz, na twitterze nie kłamiemy. Będą śmierci w ATCL, ale czyje… no, historia pokaże. Trudne czasy czekają chłopaków, ryzyko jest duże. Ale na razie sobie radzą (albo i nie, bo Willuś wciąż nie wie, jak pomóc Dżefkowi). Trzymaj za nich kciuki!
    A co do przepiórki, to ja też bym jej nie ufała. Ale chyba chcieli wykorzystać możliwość poinformowania Isaaka, a do tego… nie mieli za bardzo czasu, żeby się nią zajmować :/ nie chcieli zostawić swojego śladu w areszcie, u szeryfa, a powiesić jej tez nie było za bardzo za co tak po prostu… A tym bardziej ciągać ją za sobą. Ale zobaczymy. Może panna Colins zrobi jakiś dobry uczynek (za pieniądze bo za pieniądze, ale zawsze coś XD).
    A w ogóle to miło widzieć znów komentarz od Ciebie! :D Tęskniłyśmy XD

  3. kaczuch_A pisze:

    Eddie jest świetny, ten jego brak reakcji jest świetny. Czemu się do cholery nie przyzna, ze gra w tej samej drużynie (coś ich dużo tutaj xD nie żebym narzekała). Mav i Nick są świenie dobraną parą, taką dojrzałą, tyle miłości i jeszcze im głupotki w głowie, uwielbiam ich. W ogóle jestem ciekawa co z Jeffem, mimo że jest całkiem spokojnie, to jestem ciekawa kiedy pierdyknie jakiś grom i cała urocza sielanka się weźmie i kolokwialnie mówiąc spierdoli. Pisałyście kiedyś na twitterze, albo cuś że więcej śmierci w ATCL się szykuje, jeśli to będzie jeden z głównych bohaterów tej serii to będzie to koniec z moim żywotem i się autentycznie na Was obrażę i będę cierpieć katusze, zalewając się łzami. Jestem ciekawa czy te zielone oczy sarenki nie skrywają jakiejś kamerki, albo innego ustrojstwa, bo kilka razy było to zaakcentowane, że są inne. W ogóle jestem w szoku że pieprzoną przepiórkę puścili, ja bym jej za cholerę nie ufała, bo przecież wróg mógł jej o wiele więcej zapłacić. Żeby małpa naszym panom nie zaszkodziła…

    Weny~!

  4. Luana pisze:

    Wróciłam do domu i w końcu mogłam przeczytać rozdział. Nicholas i Maverick razem są niesamowici. Widać jak bardzo ich związek jest dojrzały. Porównując z tym co pokazałyście w bonusie, to widać jak wielką siłą jest ich uczucie, które się wtedy narodziło, a przez lata budowało coraz silniejsze więzy. Żal serce ściskał kiedy przeżywali kryzys, a teraz to tylko można się uśmiechać czytając o nich. :)
    Nie mogę doczekać się kiedy dotrą do Malvina (sorry jeżeli pomyliłam imię). Jestem ciekawa jak on zareaguje, jak Eddie na niego (może podejdzie do niego i pocałuje go przy wszystkich dając naszym dwóm parom dowód, że nie tylko o nich wiedział, ale i, że tak samo kocha mężczyzn). Najbardziej chyba ciekawi mnie reakcja Willa pamiętając co zaszło pomiędzy Malem a Jeffem.
    A Clovera to bym ucałowała i uściskała. Cieszę się, że sarenka ma się lepiej. :)
    Pozdrawiam. :)

  5. Katka pisze:

    Kasia, hehe, tak nie należy do gadatliwych, ale z drugiej strony to może być znak, że już wcześniej wiedział i uznał, że nie ma co komentować, skoro wcześniej tego nie zrobił XD Ale tak, może czymś niespodziewanie rzuci i wszyscy będą mieli zonk XD ” On i Mal są samotni i polubili się więc może będzie z tego miłość :)” – byłoby słodko, co nie? XD Urocza z nich parka. Fajnie, że się rozdział podobał :) Kilka takich luźniejszych przed wielką akcją XD

  6. Kasia pisze:

    Nic Eddie nie skomentował… Ale w sumie on nie jest z tych gadatliwych. Kto wie może rzuci im jakimś tekstem kiedy nie będą się tego w ogóle spodziewać :) Ogólnie fajnie że Eddie zostanie na jakiś czas we Frankfort. On i Mal są samotni i polubili się więc może będzie z tego miłość :)
    Zabawny był ten rozdział – Jeff nabijał się ze swojego ziemniaczka, jeszcze trochę i przestaną się przejmować Eddiem :) Will to już by chętnie zaciągnął Jeffa w jakieś odosobnione miejsce 😆
    Dzięki dziewczynki. Buziaki 😙

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s