Across The Cursed Lands III – 30 – Istny cyrk

Eddie podążył z generałem Orkenzy i Zwierzakiem na zakupy. Wzięli ze sobą torby z zamiarem zrobienia dużych zapasów jedzenia i amunicji. Część wystrzelali w drodze na polowaniach.
Dzięki temu William i Jefferson mogli sami pójść do cyrku. Wyglądało na to, że wczorajsze występy spodobały się mieszkańcom i przyjezdnym, bo dziś znowu tłumnie zbierali się wokół namiotu, chcąc już wejść do środka.
Dwójka towarzyszy oglądała wszystko z wielkim zainteresowaniem, ale w milczeniu, bo było zbyt głośno, żeby rozmawiać. Namiot, który postawiono na obrzeżach miasta, był naprawdę olbrzymi. Mogli się tylko domyślać, ilu chłopa było potrzebnych do postawienia tej konstrukcji. Widać też było, że nie była to pierwsza trasa trupy, bo kolory materiału, z którego zrobiony był namiot, były już wypłowiałe, jakby wiele razy go stawiano i wiele razy padał na niego deszcz.
Przed namiotem stało kilka wozów. Były dwa bardzo duże i całkiem obudowane, jeśli nie liczyć małych okienek. Domyślili się, że tam przewożono zwierzęta. Poza tymi wozami dostrzegli też jeden, w którym musiała podróżować ekipa. Też był obudowany, ale nie tak szczelnie jak dwa pozostałe. Okienka były większe, a tył stanowił mały balkonik z dwoma krzesełkami i stelażem na kolorową zasłonkę. Konie, które pasły się nieopodal, miały bardzo barwne narzuty na grzbietach i pióropusze przytroczone do uzd.
— Chodźmy. Może znajdziemy dobre miejsce — powiedział William.
Jefferson skinął krótko głową i podążył za swoim towarzyszem do kolejki przed wejściem do namiotu. Tam stał mężczyzna, który pobierał opłaty za bilety. I mimo że jego rola była prozaiczna, to nawet on wyglądał dziwacznie. Był niesamowicie wysoki. William właściwie jeszcze nigdy w swoim życiu nie widział tak wysokiego mężczyzny. A żeby tego było mało, odziany był w jednoczęściowy strój w biało-czarne paski, które dodatkowo optycznie go wydłużały. U szyi miał elegancko zawiązaną muchę, a na stopach trzewiki z czarnymi pomponikami.
— Dla mnie i mojego towarzysza, dwa bilety proszę — powiedział William, zadzierając wysoko głowę, żeby móc spojrzeć na mężczyznę.
Ten uśmiechnął się do niego sympatycznie i podał cenę, a po wymienieniu pieniędzy na bilety lekarz przepchnął się za Jeffersonem do środka. Było trudno, bo ludzi zbierało się naprawdę sporo.
Wnętrze namiotu nie zawiodło swoją przestrzenią. Tak jak z zewnątrz wydawał się wielki, tak i w środku mogły się zmieścić tłumy. Scena była ogrodzona okrągłą, prowizoryczną barierką, wokół której zbierali się ludzie. Dla ułatwienia władze miasta musiały postawić kilka ławek tu i tam, żeby ci z dalszych rzędów mogli zobaczyć to, co działo się na środku. A że miejsca przy samej barierce były już w całości zajęte, Jefferson i William stanęli właśnie na jednej z ławek kawałek z tyłu. Dzięki temu dobrze widzieli nie tylko całą scenę, ale i konstrukcję cyrku. Wysokie bele trzymające poły namiotu, a między nimi rozciągnięta lina. Wszystko to było ozdobione kolorowymi taśmami, przez co nawet części konstrukcji wyglądały jak świąteczne lizaki. Wszystko ku chwale rozrywki.
— Ciekawe co będą pokazywać — zagadał lekarza Jefferson, wsuwając dłonie w kieszenie i patrząc, jak cyrk powoli się wypełnia. — Byłeś kiedyś w takim?
— Tylko raz, kiedy byłem dzieckiem. Byliśmy z ojcem i mamą. Mama była bardzo zainteresowana w tamtym czasie karłami — wyjaśnił William, spoglądając teraz bardziej na ludzi, którzy gromadzili się w środku. Występy miały się zacząć dopiero w momencie, kiedy nastanie cisza. Do tego musiało upłynąć więcej czasu, bo nie tylko dorośli przybyli do cyrku, ale i wiele dzieci. Krzyczały, śmiały się, a wejście do namiotu nadal było otwarte.
— I zobaczyła ich wtedy dość?
— Był tylko jeden, jeśli dobrze pamiętam. Miałem tylko sześć lat. A ty oglądałeś takie występy?
— Kiedyś próbowałem. Dwa razy nawet. — Jefferson zaśmiał się. — Ale za każdym razem mnie przyłapywali i wyprowadzali. Nie miałem pieniędzy na to, kiedy byłem dzieckiem. A potem nie ciągnęło mnie, żeby zobaczyć cyrk.
— Więc może dzisiaj nadrobimy trochę dzieciństwa.
Ludzie zapełniali miejsca na widowni niczym zboże wrzucane do wagonów w pociągach towarowych. Aż wreszcie zasłonięto wejście. Widzowie coraz bardziej milkli, chcąc, żeby wszystko już się zaczęło. I na szczęście nie trzeba było długo czekać, bo w pewnym momencie na środku sceny pojawiła się postać. Kobieta miała na głowie kapelusz z pióropuszem, bardzo bujną suknię i białe rękawiczki.
— Witajcie wszyscy! Witajcie szczególnie dzieci! Dzisiaj zobaczycie coś, czego jeszcze nie widzieliście! — zaczęła przemawiać, przechadzając się po scenie.
A kiedy, mówiąc dalej, odwróciła się w końcu twarzą w stronę widowni, po której był William i Jefferson, obaj zbledli i zamarli.
— Czy to jest…? — zaczął William z szokiem na twarzy i w głosie.
— Betty Przepiórka Pieprzona Colins! — skończył za niego Ranger, także wgapiając się kobietę wielkimi oczami.
Jak nie wierzył, żeby znowu miał spotkać tę złodziejkę, tak teraz ta występowała właśnie przed nimi, kokietując całą publiczność. To był dla nich jasny sygnał, że coś jest bardzo nie w porządku w tym cyrku.
Betty Colins ze swoimi rudymi lokami i scenicznym makijażem uśmiechała się do wszystkich, zapowiadając, co będzie dzisiaj w programie, a dwójka towarzyszy wgapiała się w nią jak w widmo.
— Co ona tu robi? Szuka kolejnego sposobu na zarobek? Nie wierzę, że pracuje w tym cyrku uczciwie — dodał William półgłosem.
— Ja też nie. To byłoby wręcz śmieszne! Po występach trzeba ją znaleźć i wypytać. Na pewno coś wie. Ona zawsze coś wie — odparł Ranger z lekkim warknięciem, ale zaraz przemowa Betty się skończyła i mogli obejrzeć występ.
Jako pierwsze na scenie pojawiły się dwie akrobatki. Miały na sobie obcisłe ubrania, które podkreślały wszystkie ich kształty. I jak dzieci zaczęły z uciechą podziwiać niesamowite i niebezpieczne zabawy na linie, tak ich ojcowie wgapiali się w tyłki i piersi akrobatek.
Aż w pewnym momencie u dołu pojawiła się postać przypominająca złą wiedźmę z bajek dla dzieci. Była brzydka, niska, zgarbiona i… miała brodę. To od razu wywołało głośny okrzyk zaskoczenia. Zaczęła krążyć u dołu sceny, skrzecząc coś w dziwnym języku i niby rzucając zaklęcia na dwie akrobatki. W tych momentach wydawało się, jakby kobiety miały upaść, ale w ostatniej chwili jedna łapała drugą i bujała się dalej na linie.
Spektakl był wspaniały i wzbudzający ciarki na plecy, a widownia wyglądała na absolutnie zapatrzoną na to, co działo się na scenie. Nie byli więc świadomi tego, co działo się za ich plecami…
A tam inna akrobatka, a raczej kobieta o zręcznych dłoniach, pozbawiała ich pieniędzy z kieszeni, czy zabierała im mieszki z oszczędnościami. Przechadzała się w tłumie, niewidziana przez nikogo, bo każdy miał wzrok wbity w to, co działo się na scenie. A szczególnie łatwe zadanie miała w momencie, kiedy znalazła się za ławkami, bo pieniądze znajdowały się dosłownie na wyciągniecie jej dłoni.
Sięgała nie tylko tam, gdzie wydawało się być najwięcej. Zabierała też mieszki zwyczajnych obywateli. Właściwie tych wszystkich, którzy wydawali się najmniej ostrożni.
Ale jej osąd nie zawsze był trafny. Bo gdy znów sięgnęła do pasa jednego z mężczyzn, ten musiał to wyczuć. Nagle odwrócił się i złapał ją miażdżąco za przegub. Betty Colins wytrzeszczyła swoje umalowane oczy, gdy ukazała się jej twarz Jeffersona Blacka.
— Hej, Betty. — Ranger uśmiechnął się do niej paskudnie. Nie puszczając jej ręki, zeskoczył z podwyższenia i zaraz zamknął jej usta swoją dłonią. Objął ją też od tyłu, żeby ta nie wyszarpnęła mu się z uścisku i dodał jej już do ucha: — Tylko spokojnie. Idziemy pomówić — mruknął, zamierzając zabrać ją z namiotu cyrkowego. Znowu nie miał okazji obejrzeć całych występów. A tym razem zapłacił…
William też z niechęcią odwrócił spojrzenie od akrobatek i tej dziwacznej kobiety z brodą, po czym zaczął przepychać się pomiędzy dobrze bawiącym się tłumem. A więc dobrze zakładali. Betty Colins nie żyła uczciwie.

***

— To były najbardziej irytujące zakupy, jakie pamiętam — mruknął Nicholas, idąc w stronę cyrku.
Zakupili już wszystko, czego potrzebowali, ale żaden ze sprzedawców nie zachowywał się, jakby chciał ich obsłużyć. Każdy albo kazał im iść zobaczyć występy i przyjść jutro, albo… mówił, jak cudownie było dnia poprzedniego i że powinni iść zobaczyć występy.
— Powinni się cieszyć, że chcemy wydawać u nich pieniądze — dodał Maverick.
Zakupy zostawili w gospodzie, a teraz całą trójką zbliżali się do wielkiego namiotu. Ze środka dobiegały głośne okrzyki, a na zewnątrz nie było już nikogo. Występy musiały się już zacząć jakiś czas temu.
— Pewnie mają ich już dość. Aż zaśmiałbym się gorzko, jakby ich ktoś teraz obrabował, kiedy są zajęci zabawą. — Nicholas dalej narzekał, a Eddie tylko szedł za nimi z senną miną. Myślami był gdzie indziej, więc nie słuchał szczególnie byłych członków Boosa.
Dotarli już pod wejście do namiotu i chcieli wejść do środka, ale Maverick zatrzymał ich, łapiąc skraj płaszcza swojego partnera.
— Poczekajcie — mruknął i zostawiwszy ich, ruszył do wozów.
Zaniepokoiło go to, jak wyglądały dwa duże wozy. Ze wszystkich stron obudowane, z małymi okienkami. Miał złe przeczucie. Niestety sprawdziło się, gdy wszedł na jedno z dużych kół i zajrzał przez okienko. Od razu cały stężał, a na jego twarzy odmalowała się skrajna złość.
— Chodźcie tu! — zawołał do pozostałej dwójki, a sam zeskoczył na suchą ziemię.
Nicholas westchnął ciężko, ale podszedł do partnera. Eddie też nie miał wielkiego wyboru. Nie okazał jednak tak swojego zniecierpliwienia tak jak Nicholas, który zaraz stanął obok Mavericka z założonymi ramionami na piersi. Nowe protezy coraz bardziej mu się podobały. Były bardziej mobilne niż poprzednie.
— Co jest?
— Tam jest związane zwierzę. Z pyskiem w jakichś przeklętych pasach. W tym drugim wozie zapewne też — wyjaśnił Maverick i wskazał na kłódkę przy drzwiach wozu. — Rozwal to.
Generał aż zamrugał, patrząc na partnera, jakby ten się nagle czymś upił.
— Co…?
— Rozwal tę kłódkę, bo nie pozwolę na to, żeby trzymali w takich warunkach dzikie zwierzęta — odpowiedział Zwierzak przez zaciśnięte zęby. Był wściekły. Dlatego nie znosił ludzi. Zachowywali się jak przeklęci władcy tego świata.
— I chcesz je tu wypuścić? — Nicholas nie dowierzał temu, co słyszy. — Co oni tam w ogóle trzymają? — spytał, bojąc się odpowiedzi.
— Nie wiem, tam jest ciemno, nie widzę dobrze. Chyba krzyżówkę pumy z jakimś innym kotem. To nie ma znaczenia! — Maverick był coraz bardziej zirytowany tym, że Nicholas wciąż stoi jak kłoda i nic nie robi.
— I chcesz to tu — Nick podkreślił to słowo, wskazując ziemię pod swoimi stopami — wypuścić? To nas zeżre w najlepszym wypadku!
— Nie zeżre, dam sobie radę. — Po tych słowach Maverick wyciągnął zza pasa rewolwer i skierował go w stronę kłódki. — Rozwalisz to, czy mam narobić hałasu i wszystkich tu ściągnąć?
Nicholas zaklął w myślach. Po tym jednak podszedł do kochanka. Popatrzył jeszcze na Eddiego z niemym pytaniem, czy ten ma coś do powiedzenia. Nie uzyskał od niego pomocy, bo ten wzruszył ramionami. Jego spokojna natura czasami była irytująca.
— Jeśli to coś cię zaatakuje, to skończy gorzej niż w tej klatce — mruknął jeszcze Nicholas do partnera, po czym zwyczajnie urwał kłódkę jednym mocnym pociągnięciem swojej metalowej protezy.
Poczekali kilka sekund, ale nie odpowiedział im żaden odgłos ani żadne nagłe wypadnięcie z wozu dzikiego zwierzęcia. Nicholas nie zamierzał się odsuwać, ale Maverick miał inne plany. Pchnął go zwyczajnie w klatkę piersiową z miną „nie przeszkadzaj mi”. I otworzył na oścież drzwi wozu.
Widok, który ich powitał, był… zaskakujący. Generał był pewien, że dziki, wielki kot zacznie szczerzyć do nich zęby i warczeć na nich. I miał ku temu podstawy, bo był naprawdę wielki. Masywna klatka piersiowa niemal przewyższająca tę końską. Wielkie łapy o długich pazurach, zjeżona na karku sierść i ogon zaokrąglony na końcu jak maczuga. Do tego zdecydowanie dłuższe niż u wielu kotów kły, które wystawały za szczękę, a na końcu aż zawijały się w górę niczym haki. Mógłby zrobić nimi olbrzymią krzywdę. A jednak… skulił się cały w sobie i patrzył na nich z przerażeniem w swoich wielkich, wręcz złotych, kocich oczach. Jego łapy miały na sobie skórzane więzy, pysk też był związany.
— Szzz… — Maverick wyciągnął w jego stronę dłoń i powoli wszedł na wóz.
— Ja pierdolę… — zaklął Nicholas pod nosem, ale został przy drzwiach.
Nie wyciągnął broni, bo widział, że bestia jest przestraszona, ale on też był przestraszony tym, że jego partner tam włazi. Panicznie więc zaczął się rozglądać, upewniając się, czy nikt nie idzie. Skinął też na Eddiego, żeby pilnował z drugiej strony.
Tymczasem Maverick skupiał się tylko na zwierzęciu. Nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów, żeby bardziej nie wystraszyć kota i żeby ten w akcie paniki nie rzucił się na niego.
Wiedział, że wygrał sprawę, kiedy udało mu się dotrzeć do zwierzęcia i położyć dłoń na jego boku. Pamiętał, że ten gatunek był szczególnie wrażliwy tuż pod przednimi łapami, w miejscu pachy, gdzie futro było miękkie niczym u małego kociaka. Pogłaskał go tam, a kot najpierw zadrżał, jakby zaskoczony tym, że jest tam dotykany, a potem nawet zamruczał z przyjemności.
— Nikt ci tak jeszcze nie robił, hm? — zamruczał miękko Maverick, na razie tylko uspokajając zwierzę w ten sposób.
Kot patrzył na niego swoimi wielkimi oczami z nadzieją, ale i strachem. Tak samo jak Nicholas patrzył na Mavericka w ten sposób, licząc, że ten zaraz nie straci, jak on, kończyn. Jego ciśnienie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy po chwili jego ukochany odsunął dłonie od pieszczenia futra zwierzęcia… a zaczął odpinać mu każdą łapę po kolei.
— Nick, zobacz, co jest w drugim wozie — szepnął przy tym do generała.
Ten miał ochotę odpowiedzieć mu, żeby się nie wygłupiał i wylazł stamtąd. Ale kłótnie były w tej chwili tak im potrzebne jak to, żeby ktoś wyszedł z namiotu cyrkowego i sprawdził, jak mają się zwierzęta, które pewnie mają niedługo wystąpić. Poszedł więc szybko, żeby sprawdzić drugi wóz.
W tym czasie Zwierzak odpiął wszystkie kończyny kota, ale nie pozbawił go jeszcze swoistego kagańca. Wolał najpierw wyprowadzić zwierzę aż na skraj miasta, żeby mogło pobiec w kierunku dziczy. Pogłaskał je jeszcze po karku, po czym chwycił pewnie za skórzane pasy nad jego uszami i sprowadził na skraj wozu. Tam zeskoczył pierwszy i lekkim szarpnięciem zachęcił dzikiego kota, żeby zrobił to samo.
Dopiero poza wozem pozostała dwójka mogła dobrze go zobaczyć. Kot na pewno był większy niż zwykła puma, chociaż miał podobne umaszczenie. Wyróżniał go tylko czarny kolor na brzuchu, sięgający aż spodu szczęki. Uszy miał za to jakby większe, choć również zaokrąglone jak u pumy. A jego długi ogon nerwowo poruszał się na boki.
— Co jest w tym wozie? — zapytał Maverick, trzymając pewnie kota, który jednym ruchem mógłby go przewalić i rozszarpać szponami.
— Inne klatki. Nie włamywałem się do środka jeszcze, ale na pewno nie ma w środku żadnego wielkiego kota, który może cię zeżreć — odparł Nicholas dość chłodno, trzymając dystans.
— To otwórz, trzeba to wszystko wypuścić — oznajmił Maverick, po czym obejrzał się na kowala. — Eddie, możesz mu pomóc? — zapytał, a sam już powoli prowadził kota z dala od namiotu, z którego co raz rozlegały się oklaski.
Cieszył się, że jest ciemno i nie ma wokół żadnych ludzi, a dziki kot, którego trzymał, obserwował dzicz, do której się zbliżali, jakby nie wierzył, że tam idą.
Generał zaklął pod nosem. Potarł jeszcze nasadę nosa i dopiero spojrzał na kowala.
— Co się patrzysz? Pomóż mi! — syknął na niego.
Eddie nie miał mu tego za złe. Nawet uśmiechnął się pod nosem, widząc, że generał tylko się na nim wyładowuje, a nie jest na niego naprawdę zły. Po prostu martwił się o życie Mavericka.
— I tak nie przepadam za cyrkami — rzucił od niechcenia i poszedł za Nicholasem.
Ten, tak jak wcześniej, bez większego problemu oderwał kłódkę. Weszli do środka i od razu uderzył ich w nozdrza okropny zapach zwierzęcych odchodów.
Cud, że miały one tu czym oddychać, bo przez okienko wcale nie wpadało wiele tlenu. Zaś zwierząt było… sporo. A konkretnie ptaków. Klatki pełne były przepiórek, gołębi i ptaków, które wyglądały, jakby ktoś opryskał je farbą. Zdecydowanie też były przechowywane w zbyt dużych ilościach w tych małych klatkach. W kilku innych mężczyźni także zobaczyli psy, które zaraz zaczęły szczekać na ich widok. Na taką ilość zwierząt było zdecydowanie za mało miejsca.
Nicholas nawet nie zastanawiał się, co w której klatce siedzi. Zwyczajnie podał Eddiemu kij, który leżał tuż przy wyjściu, a sam zaczął otwierać klatki. Nie było co zwlekać. Jeśli ktoś ich znajdzie, to albo zacznie do nich strzelać jak do dzikiego ptactwa, albo zamknie ich w tych klatkach.
Ptaki po wypuszczaniu momentalnie zaczęły odfruwać, choć z psami było gorzej. Było widać, że są to dzikie psy, bo bardziej przypominały wilki, ale i tak na tyle przyzwyczajone do kontaktu z człowiekiem, że nie chciały od razu odbiec. Nicholas i Eddie musieli przegonić je kijami, żeby te pobiegły ku wolności.
W tym czasie Maverick doprowadził kota na skraj dziczy i dopiero tutaj ostrożnie sięgnął do jego kagańca. Odpiął mu go, odrzucił, a potem znów podrapał go za łapami. Następnie powoli zaczął się cofać, a zwierzę skuliło się na łapach i obserwowało go czujnie, jakby Maverick miał zaraz czymś w nie rzucić. Mężczyzna oddalał się jednak coraz bardziej, dając mu przestrzeń, aż syknął na niego głośno. Kot drgnął, odbił się miękko na łapach i popędził z gracją, bezgłośnie, w stronę sylwetek drzew w oddali. Był wolny.
W tym czasie Eddie i Nicholas wypuszczali ostatnie zwierzęta wyglądające trochę jak małe, wręcz miniaturowe sarenki. Woleli nie wiedzieć, czy były pożywieniem, czy atrakcją w cyrku.
— Co wy wyprawiacie?! — Nagle usłyszeli kobiecy pisk, a zaraz po tym ostrzegawcze i ostre:
— Cicho, Colins!
Jefferson z Williamem, którzy wyszli na zewnątrz namiotu, właśnie byli świadkami tego samego, co ich ruda złodziejka. I też, jak ona, nie wiedzieli, co właściwie ich towarzysze wyprawiają.
Maverick szybko dołączył do Eddiego i Nicholasa. Uniósł wysoko brwi, gdy ujrzał pozostałą dwójkę towarzyszy, którzy brutalnie ciągnęli za sobą jakąś niewiastę.
— Co się dzieje…?
William spróbował zachować zimną krew, żeby zaraz nie nastał tu wielki chaos i żeby nagle każdy nie pytał każdego coraz głośniej, co się dzieje, aż przybiegnie tu jakiś miotacz nożami i ich wszystkich zamorduje.
— Ta panna właśnie okradała widownię. I jest nam już bardzo dobrze znana, więc naszym zdaniem należy ją od razu umieścić w areszcie.
— A wy włamaliście się do cyrku i wypuściliście wszystkie zwierzęta! Myślicie, że wam to ujdzie na sucho?! — pyskowała Betty, aż znowu nie została szarpnięta za ramię przez Jeffersona.
— Nie drzyj się! Nie tęskniłem za tym — burknął na nią, a ta zrobiła wielkie oczy i święcie oburzoną minę.
— Też coś, porządny obywatel niby się znalazł!
— Dobra, dość! — Spór jak z bazaru uciął Nicholas, który pierwszy wyszedł z wozu, a resztę zwierząt zostawił Eddiemu. Sam nie lubił zwierząt.
— Idźmy stąd. Ona też idzie.
William szedł za Jeffersonem, który wcale nie patyczkował się z panną Colins i trzymał ją za ramię na pewno tak mocno, że zostaną jej ślady.
— Coraz mniej mi się podoba ten cyrk — mruknął Maverick, sięgając do kiszeni w obszernej sukni kobiety, żeby wyciągnąć z niej skradzione pieniądze. Było ich sporo. Musiała mieć zręczne palce. — Gdzie tu jest areszt?
Eddie w tym czasie wyszedł z wozu, z którego wypuścili zwierzęta, niosąc coś. Małe i brązowe, co mieściło mu się w rękach. Nikt na razie nie zwracał na niego uwagi. Tak jak zawsze. Wszyscy patrzyli na Betty, która szarpała się i dyskutowała.
— Do tego aresztu to sami możecie się wstawić. Myślicie, że szeryf was nie zamknie za to, że wypuściliście te zwierzęta? A jak te psy kogoś zagryzą? Gdzie wy macie głowy?!
— Proszę się nie martwić. Wiemy, co robimy. A szeryf nie zamknie generała i sierżanta pracujących na usługach rządu — warknął Maverick.
— A areszt jest zaraz obok naszej gospody — przypomniał William.
Betty zaparła się nogami o ziemię, a Jefferson aż stęknął z irytacji.
— Naprawdę, to nie pierwszy raz, jak idziesz siedzieć. Co ci zależy? — jęknął, a kobieta nagle złapała go za ubranie.
— Puśćcie mnie albo im powiem, kim jesteście! Widziałam, co wtedy zrobiłeś temu lekarzowi! Wiem, kim jesteście! Wyprą się was, sami pójdziecie na stryczek, zboczeńcy!
Jefferson i William spojrzeli po sobie. Maverick za to, mając już dość tego całego cyrku i tej głośnej kobiety, podszedł do niej, złapał ją za drugą rękę i pomógł Rangerowi ją ciągnąć.
— Jeśli chodzi o to, że się ze sobą pieprzą, to ta wieść niczego nie zmieni — syknął do niej.
Betty popatrzyła na niego wielkimi oczami, a potem znów skierowała wzrok na Rangera i lekarza. Ten pierwszy uniósł wymownie brwi.
— Widzisz, nie masz co się targować. To tak nie działa.
— A… aa… — zaczęła dukać i w końcu jęknęła z żalem. — A nie szukacie kogoś przypadkiem? Może coś wiem?
Jefferson zatrzymał się i spojrzał na Nicholasa. Ten popatrzył na kobietę z niechęcią.
— Mielibyśmy ufać oszustce i złodziejce?
W cyrku znów zrobiło się głośniej, kiedy ludzie krzyknęli z szoku, a potem zaczęli głośno klaskać. William aż obejrzał się tam z zawodem, zaś Maverick zamyślił się krótko.
— Zapewne najbardziej zależy ci na zysku — zwrócił się do kobiety.
Ta zaśmiała się i popatrzyła po nich z nadzieją.
— Cóż, jestem kobietą biznesu. Jak do tej pory jednak nie miałam okazji, żeby taki z panami nawiązać.
Kiedy reszta patrzyła na Mavericka z wyczekiwaniem, co zamierza, ten w końcu pociągnął kobietę do najbliższego wozu i posadził ją na skraju. Po tym zbliżył się do Nicholasa i pociągnąwszy go kawałek dalej, zapytał:
— Możemy ją wykorzystać, żeby przesłać Hamiltonowi wieści o wyjeździe?
Nicholas skrzywił się.
— Nie masz na dziś dość szalonych pomysłów? — spytał bezpośrednio, bo dziś partner już zszokował go jednym szalonym pomysłem wypuszczenia drapieżnego zwierza z klatki.
— Nie jestem pewien, czy chcę, żeby szeryf zapamiętał nasze twarze, gdy przyjdziemy tam z tą kobietą. Mieliśmy się nie wychylać. A wysłanie jej do Hamiltona może nam pomóc.
— Obawiam się, że widzę, w którym momencie może ona nam pomóc, ale nadal… — Nicholas stęknął i potarł nos palcami. — Jak dobrze, że mamy wspólny pokój — jęknął jakby do siebie i dopiero spojrzał na Betty, wciąż pilnowaną przez Jeffersona, Williama i Eddiego… z czymś na ręku. — Eee… Mav?
— Mhm? — Mężczyzna spojrzał w kierunku, w którym patrzył jego partner i zobaczył to, co on. — Och!
Podniósł się szybko i doszedł do kowala, w którego ramionach spoczywała mała sarenka. A przynajmniej na taką wyglądała, chociaż miała różne szczegóły, które wskazywały na to, że nie jest zwyczajna. Po pierwsze były to duże, zielone oczy, którymi genialnie widziała w ciemnościach. Teraz jej ślepia były jakby wilgotne i smutne. Miała też większe niż inne sarny tylne nóżki, które dawały jej duże możliwości w ucieczce. Skakały niesamowicie wysoko. Ale widać było, że ta daleko nie uskoczy. Jedna jej nóżka była uszkodzona, a raną najwyraźniej nikt się nie zajął. Chude kopytko zwisało jej z ramienia Eddiego, na którym ten ją trzymał. Nóżka wyglądała na złamaną i poobcieraną. Nie wyglądało to dobrze.
— Leżała w jednej z klatek i nie była w stanie wstać. Nie wiedziałem, co z nią zrobić, więc ją zabrałem — wytłumaczył Eddie z naturalną sobie szczerością i prostotą.
Nawet Betty, która jeszcze chwilę temu kłóciła się jak przekupka z Jeffersonem, zamilkła i spojrzała na zwierzątko, na które nikt wcześniej nie zwrócił uwagi. Tak jak i na wielkiego kowala, który je trzymał.
— Dobrze zrobiłeś — powiedział Maverick, delikatnie oglądając nóżkę. Do tego sarenka trzęsła się, jakby się bała, ale przy tym chowała się w ramionach dużego mężczyzny. — Opatrzymy ją w gospodzie — zapewnił, po czym obejrzał się na swojego partnera. — Nick! Napiszesz list?
— A mam wybór? — odparł ten burkliwie, ale pewnym było już dla wszystkich poza Betty, że to zrobi. Trzeba było być ślepym, żeby nie zauważyć, jak ten burkliwy i ogromny mężczyzna o kiepskim poczuciu humoru był uległy Maverickowi jak nikomu innemu.
— A przepraszam szanownych panów… — zaczęła Betty, a Jefferson chwycił ją za ramię w połowie zdania i szarpnął, żeby wstała.
— Dowiesz się w swoim czasie. Nie nauczysz się nie mówić? Dla własnego dobra.
— Pederasta — odpyskowała mu od razu, mrużąc przy tym swoje zielone oczy.
William słyszał to i widział, że Eddie też to słyszy… ale jego łagodna mimika nie zmieniła się ani na chwilę. Nic też nie powiedział… a jedynie pogłaskał małą sarenkę między uszami swoim wielkim kciukiem.
— Wygląda na to, że nie obejrzymy już żadnych występów… — Westchnął lekarz i ruszył za całą zgrają w stronę gospody, żeby dać Betty Colins jej nowe zadanie oraz opatrzyć ranne zwierzę.

9 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 30 – Istny cyrk

  1. kaczuch_A pisze:

    Dum, dum, dum to opowiadanie urosło do rangi przezajebistych i ciężko, oj ciężko będzie je przebić. Mav jest przekochany, w ogóle przygarnęłabym go razem z tymi zwierzaczkami z tym koteczkiem <3 Eddie jest słodki, z tą sarenką~! Will i Jeff to moje dwa robaczki.

    Weny~!

  2. Katka pisze:

    C., lubimy się bawić z epizodycznymi postaciami w tym opku. Mają swoją magię, a Betty jest perełką XD Nie mogło jej zabraknąć w tej części. Oooch, a Eddie zdecydowanie zasługuje na swoją drugą męską połówkę! Niech pędzi do Malvina! Z sarenką na rękach :D

    Luana, dokładnie! Stańmy się armią cyrkopogromców!

  3. Luana pisze:

    Katka, „Co do Mavcia, to coś czuję, ze on by miał całą armię pomocników, gdybyśmy tam się wszyscy znaleźli XD ” Oj, tak. Nikt nie dałby nam rady. Nawet ci cyrkowcy. :D I moim zdaniem w cyrkach powinni występować tylko ludzie.

  4. C. pisze:

    Nie spodziewałam się że spotkają akurat tę zlodziejke, ale tak myślałam, że coś jest na rzeczy :).
    Mav jak zawsze sobą, za to za każdym razem bawi mnie jak widać jaki z Nicka jest pantoflarz :D.
    Eddie natomiast jest przeuroczy i pragne by już dolaczyl do swojej drugiej, męskiej połowy ;_; oni powinniiiiii byc razeeeeeem! Choć nie zaprzecze że sarenka na jego rekach na sekunde zajela moje mysli :3
    Weny!

  5. Katka pisze:

    Omega, Betty nie daje o sobie zapomnieć XD Przeczucie było dobre. A Betty w ich grupie na pewno byłaby ciekawym ewenementem XD Taki dziwny z niej i podły człowiek… Ale jeśli chodzi o współpracę, to na pewno zapewnienie, ze dostanie pieniążki, ją przekonuje. Ona jest bardzo łasa na bogactwo XD
    Haha, a Eddie chyba lubi być takim trochę tłem. Jemu to nie przeszkadza, na siłę nie chce się wtrącać. Facet chyba sobie po prostu ceni święty spokój XD Więc takie ignorowanie jest mu raczej na rękę XD
    Dzięki za wenę! :D

    Saki, oj tam, oj tam, ważne że komentujesz od czasu do czasu i jesteś z nami :D To nas cieszy, bo widzimy, że nas nie porzuciłaś, nawet jak nie komentujesz na bieżąco. Co do Eddiego – albo domyślał się wczesniej, albo go to nie obeszło, albo jeszcze doczekacie się jakiejś reakcji XD Ale tak, Malvinek by mu się teraz przydał, żeby biedak nie był tu sam, jedynym singlem…
    Co do cyrku to mam dokładnie takie samo podejście. Nie ogarniam, co jest takiego fajnego w sztuczkach, które robią zwierzęta. Nie ma się tu czym jarać moim zdaniem, szczególnie kiedy się ma świadomośc, jak się wytresowało takie zwierze, które pierwotnie powinno znajdować się w swoim środowisku naturalnym. Dla mnie cyrk to takie zwierzęce niewolnictwo, którego nigdy nie zaakceptuję. Ludzie niech sobie robią w cyrku co chcą, ale zwierzęta nie wybierają czegoś takiego a jakby mogły, to wątpię, żeby chciały. Masakra :/ Więc i moim zdaniem Maverick bardzo dobrze postąpił.
    Dzięki za komentarz! Miło znów było poczytać coś od Ciebie :)

    Kasia, haha, Hamilton vs Betty to mogłaby być ciekawa scena (której może się doczekacie, zobaczymy). To są takie dwa ostre charakterki, które do tego plują jadem, haha, wiec jest tu pole do popisu XD
    Maverick rządzący Nicholasem, hahaha, taaak, to jest piękne. Mnie to zawsze tez bawi, że taki poważny pan generał potrafi być takim pantoflarzem :D
    Też gorąco ściskamy!

    Luana, Betty niby miała pecha, ale może jej to na dobre wyjdzie. W końcu ma szansę na zarobek, no ale zobaczymy, czy po drodze coś jej nie zeżre XD Co do Mavcia, to coś czuję, ze on by miał całą armię pomocników, gdybyśmy tam się wszyscy znaleźli XD Bo i mnie się nóż w kieszeni otwiera, gdy się krzywda dzieje zwierzętom…
    „ Fajne też jest to, że powie słowo, a taki duży, zły Nicholas mu ulega. Miłość czyni z człowiekiem cuda. :D” – co nie? Poskromienie duzego, złego misia jest w wykonaniu Mavericka takie proste XD
    Zimno i deszczowo, dokładnie… Brrr :( Jesień to zło. Szczególnie, kiedy trzeba wyjść z domu… Też pozdrawiamy!

  6. Luana pisze:

    No i na scenie pojawiła się Betty Przepióreczka. Ta to się wszędzie znajdzie i wszystkiego się czepi, byle tylko osiągnąć dla siebie korzyści. Tym razem jednak miała pecha. Kto wie, może mimo wszystko jak jej dobrze zapłacą to pojedzie z wiadomością do Hamiltona. I wykona to zadanie tak jak trzeba.
    Brawa dla Mavericka. Ja wiem, że naraża życie, ale jestem za tym co zrobił. Chętnie bym mu pomogła wypuścić te zwierzaki. Mav jeszcze bardziej zdobył moje serce. I jak tu go nie kochać. Fajne też jest to, że powie słowo, a taki duży, zły Nicholas mu ulega. Miłość czyni z człowiekiem cuda. :D
    Biedna sarenka lub czymkolwiek to maleństwo jest. Ja bym tych ludzi z cyrku tak pozamykała. Jak można tak traktować zwierzęta! Nie ważne czy to mutacje czy nie. Zwierzę czuje. Wrrr. Mnie to zaraz na złe traktowanie zwierząt otwiera się nóż w kieszeni. Nie ważne czy to w opowiadaniach czy w realu.
    A Eddie za to, że wziął to maleństwo wzruszył mnie. Kochany facet. Wiem komu ją zawiezie. Chyba że wymyśliłyście coś innego. :) W ogóle to Eddie chyba domyślił się kim dla siebie są jego towarzysze. Nic nie zareagował. A my przecież nie znamy jego myśli. To nie jest głupi facet. Dużo widzi, ale nie wszystko mówi. Ale jak nie wiedział to już wie. :D
    Pozdrawiam gorąco w ten zimny, deszczowy poranek. :*

  7. Kasia pisze:

    Po pierwsze bardzo bym chciała przeczytać jak Hamilton poradzi albo i nie poradzi sobie z Betty :) Ta babka rozjaśnia mój dzień hehe :) W końcu ktoś by wkurwiał Hamiltona a nie jak zawsze on innych 😆 to może być wybuchowa mieszanka :)
    Po drugie jestem niesamowicie usatysfakcjonowana tym jak Mav rządzi Nickiem. Wielki Pan generał posłuszny jak piesek haha – mimo że to wszystko miłość to i tak mam głupią radochę😃
    Ciekawe czy Eddie załapał o czym mówiła Betty? Wydaje mi się że tak, bo to raczej kumaty facet, tylko też zaczęłam się zastanawiać czy już czegoś wcześniej się nie domyślił bo tak w ogóle nie zareagował?
    Super rozdział i zwierzątka uratowali :)
    Dzięki bardzo i pozdrawiam serdecznie 😀

  8. saki2709 pisze:

    Wiem, znowu nawaliłam z komentowaniem, ale wybaczcie mi moje lenistwo. Jak nie skomentuję od razu, postanawiając, że zrobię to później, tak odkładam to w nieskończoność.
    Ale Wy to okropne jesteście. No jak tak mogliście skończyć? Ja już chcę dalej. Eddie tu się właśnie dowiedział (albo Will tak myśli, a on tak naprawdę wiedział wcześniej, nigdy nic nie wiadomo), a Wy przerywacie… Tak się nie robi, no… Ok, ja też tak czasem robię, ale Wam to chyba już w nawyk weszło XD Przez Was z jeszcze większą niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały. Czujcie się winne. No i po długim oczekiwaniu znów pojawiła się panna Przepiórka. Czułam, że prędzej czy później znów ją zobaczymy. No cóż… Może na coś się przyda, poza tym, że najprawdopodobniej skończyła to głupie ukrywanie się chłopaków przed kowalem. Im więcej czułości, tym lepiej, nawet jak Eddie miałby się poczuć trochę zazdrosny. Ale niedługo pojedzie do Malvina i też będzie miał kogo tulać.
    No i ta cała akcja z wypuszczaniem zwierzątek. Nie wyobrażam sobie, żeby Mav przeszedł obok czegoś takiego, jak biedne zwierzęta uwięzione w ciasnych klatkach, obojetnie. A Nick jaki posłuszny XD Nawet jak się nie zgadza do końca z kochankiem, albo nie chce czegoś zrobić, to i tak nie potrafi mu odmówić XD Ale jeśli ktoś by pomyślał, że każdy tak z nim może, to się grubo pomyli, bo on słucha tylko swojego ukochanego Zwierzaka.
    W cyrku byłam tylko raz, jak byłam dzieckiem. I szczerze? Jakoś nie szczególnie mi się podobało. Nie wiem, czy po prostu nudzą mnie występy akrobatyczne, nie bawią żarty klaunów (większość kabaretów też nie szczególnie… Nie wiem, czy mam dziwne poczucie humoru, bo nie bawią mnie głupie żarty, czy po prostu jestem zbyt wymagająca… Jednak czytając Wasze opowiadania, bawię się świetnie i nie raz zdarza mi się wybuchnąć krótkim śmiechem – krótkim, bo oczywiście zaraz się powstrzymuję, bo po prostu muszę się dowiedzieć, co dalej), a jak pomyślę o tych biednych zwierzętach trzymanych w ciasnych klatkach i o tym, co treserzy z nimi robią, żeby je wytrenować, jest mi ich po prostu żal i nie potrafię się zachwycać ich sztuczkami. Wiele się raczej nie zmieniło pod tym względem i raczej nie wszystkie zwierzęta uczą się sztuczek po dobroci. Widziałam na necie taki jeden filmik i aż mnie ciarki przeszły i coś za serce ścisnęło. Nie wiem, może są takie, co są trzymane w dobrych warunkach i nikt na nie ręki nie podnosi, ale raczej do cyrku się już nie wybiorę.
    Chyba za dużo wypiłam, bo coś bredzę… No nic. Ja tu czekam na kolejny rozdział. Nie mogę się doczekać, jak w końcu chłopcy wyjaśnią sobie wszystko z kowalem. Bo zrobią to, prawda? Nie oszukujmy się, podróż jest długa, a takie ukrywanie się dodatkowo wyczerpuje.
    A jeszcze co do pokojów, skoro Eddie już wie, że Will i Jeff razem i nie ma nic przeciwko (zdziwiłabym się, jakby było inaczej), to może sam im zaoferuje, że na chwilę się usunie z pokoju, by… Ok, Saki, stop, bo cię wyobraźnia ponosi.
    Pozdrawiam i życzę weny na kolejne rozdziały.

  9. Omega pisze:

    „— Czy to jest…? — zaczął William z szokiem na twarzy i w głosie.
    — Betty Przepiórka Pieprzona Colins! — skończył za niego Ranger, także wgapiając się kobietę wielkimi oczami.”
    Jeszcze zanim wyszedł rozdział miałam przeczucie, że za niedługo pojawi się ta ruda, ukochana przeze mnie złodziejka i oto JEST!!! Hello my friend ♥
    „Eddie w tym czasie wyszedł z wozu, z którego wypuścili zwierzęta, niosąc coś. Małe i brązowe, co mieściło mu się w rękach. Nikt na razie nie zwracał na niego uwagi. Tak jak zawsze.” – w sumie to trochę smutne, że jest praktycznie ignorowany (choć wiem, że to nie specjalnie, ale jednak). On praktycznie zawsze przy nich jest spokojny, nie wychyla się i nawet nie skomentował tego, że Will i Jeff się pieprzą – choć to pewnie dlatego że w tym czasie sam myślał o pieprzeniu się z kimś innym xD
    Wracając do Betty… ciekawi mnie czy będzie współpracować :P znaczy wiem, że nie ma co liczyć na zbyt wiele uczciwości z jej strony, bo na jej miejscu po „wyruszeniu do Hamiltona” bym zaginęła w akcji i tyle by mnie widziano, więc ciekawi mnie jak potoczą się ich negocjacje, aby się zgodziła dostarczyć cokolwiek, gdziekolwiek. W ogóle fajnie by było, gdyby w dalszej części historii była po ich stronie, bo choć na razie jest to niezbyt prawdopodobne, to byłaby to wtedy naprawdę dziwna, ale zarazem ciekawa grupa. (plus w razie braku pieniędzy można liczyć na jej lepkie paluszki xD)
    Warunki zwierząt trzymanych w tym cyrku są koszmarne… Mav, jestem z Ciebie dumna ♥ I choć rozumiem Nicka, który martwi się o zdrowie i życie swojego kochanka, to i tak jestem bardzo za tym co zrobił Zwierzak. No i mam nadzieję, że uda się uleczyć sarenkę i jej też pozwolić żyć na wolności :3
    Weny Wam życzę ♥

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s