Across The Cursed Lands III – 29 – Dobry humor na drogę

Ten poranek był jednym z tych, które zaczynały się jeszcze w nocy. Jefferson nie mógł spać. Nicholas był podenerwowany drogą, bo miała być pierwszą z jego nowymi protezami. Eddie za to w tym wszystkim spał jak zabity, jak zwykle nie przejmując się tym, co działo się wokół niego. W końcu musiał się zebrać i przygotować do podróży. Pocieszało go to, że będzie w drodze nie więcej niż trzy tygodnie. Nie był osobą, która lubiła częste przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Wolał spokój i skupienie, co gwarantował mu w pełni własny zakład w Kansas City. Podobnie czuł William, który wolałby spędzić te trzy tygodnie w jakimś mieście, zamknięty w laboratorium, a zamiast tego musiał dosiąść Pigmenta.
Ostatnią osobą, która czuła się bardzo specyficznie z tym, że jechała gdzieś w dal, był… Maverick. Nie opuszczał rancza już od dawna, a teraz mieli pojechać w długą podróż. Był podenerwowany, gdy siodłał swoją kasztankę. Ta zresztą też towarzyszyła mu tylko w pobliskich podróżach. A przynajmniej w ostatnich latach. Dawno oboje nie zapuszczali się nigdzie poza ranczo. Nicholas co chwilę pocieszał Mavericka, że z domem nic nie stanie się w czasie ich nieobecności.
— … no i bierzesz ze sobą Flapa, będzie jak w domu.
Maverick popatrzył na niego bardzo sceptycznie. Kawałek dalej w stodole Jefferson zajmował się Oficerem i Pigmentem.
— To nawet nie jest trochę jak „prawie” — odburknął.
— Oj, mogło być gorzej. Pomyśl, że to taki powrót do przeszłości. — Nick starał się i widać to było w każdym jego geście. Nawet w tym pocieszającym poklepaniu po plecach.
Eddie już był na zewnątrz ze swoją klaczą, więc nie musieli się hamować przed czułościami. Widział ich tylko Jefferson.
— Postaraj się dać mi pewien kredyt zaufania — mruknął Zwierzak, odwróciwszy się do partnera i lekko go przytuliwszy. — Nie wiem, jak będę sobie radzić.
— Bardzo dobrze będziesz sobie radzić. Sam kiedyś bardzo lubiłeś takie wyprawy — odparł Nicholas, masując dół pleców partnera. Chciał go wesprzeć, ale i też nie cieszyć się za bardzo, bo wiedział, że ma do tego tendencje. W końcu jego ukochany opuszczał ranczo, do którego był wręcz na siłę przywiązany.
— Spróbuję znów znaleźć w sobie tę chęć — odpowiedział cicho Maverick, nie okazując na zewnątrz tego, jak naprawdę stresował się tym wyjazdem. Potrzebował do tego Nicholasa, żeby nie dać się zwariować i poddać własnym myślom. Pocałował go delikatnie i obejrzał się w stronę Rangera. — Jeff, gotowy? — zawołał.
— Tak, już! — odkrzyknął i podszedł do nich, prowadząc Oficera i Pigmenta. — Ale niestety sami mówiliście, że nie ma czasu do stracenia. — Popatrzył po nich wymownie i przeszedł między nimi z oboma końmi, rozsuwając ich od siebie.
Maverick westchnął cicho i pociągnął za uzdę Nacomę. Po kilku minutach wszyscy byli już gotowi. Zwierzak nie pozwolił Flapowi wyspać się po nocnym polowaniu i gdy już był w siodle, wyciągnął z juków szmatę zabarwioną na czerwono, po czym pomachał nią w górę. Flap od razu zaskrzeczał i poleciał ponad nimi, szybując w stronę, w którą udali się całą piątką. Ubrani w ciepłe płaszcze, kapelusze i z wypchanymi jukami. Zostawiali za sobą ranczo, na które Maverick ostatni raz się obejrzał. Jego twarz spięła się, a on zdał sobie sprawę, że mogła to być podróż… w jedną stronę.

***

Pierwszy postój zrobili dopiero po ośmiu godzinach jazdy. Dla Williama było to niemożliwie późno, Jeffersonowi nie robiło różnicy, zaś Eddie nie zwykł marudzić. Maverick za to dopiero teraz fizycznie odczuł, że znaleźli się już daleko od domu, chociaż dla jego pozostałych towarzyszy wciąż była to nieduża odległość. Cieszył się, że nie trafili na żadne niebezpieczne mutacje.
Zeskoczył z siodła i sięgnął po bukłak z wodą. Napił się i podszedł do rzeki, żeby uzupełnić wodę, póki byli przy wodopoju. Uśmiechnął się łagodnie na widok Flapa, który od razu wykorzystał postój i właśnie ułożył się w cieniu, skulony jak kłębek. Dużą część drogi spędził na zadzie jego klaczy. Latał jednak wokół nich, poznając nowe tereny z ciekawością. A było co oglądać. Byli na terenach zarośniętych wysokimi trawami, z małymi zagajnikami tu i tam. Maverick wiedział, że niedaleko jest większy las, ale teraz sami znaleźli się w bujnej, zielonej dolinie, którą leniwie płynął strumień.
— Byłeś już tu kiedyś? — zagadał Jefferson Zwierzaka, kiedy już przyprowadził swojego i Williama konia do rzeki.
Pozostała trójka zajmowała się sobą. William coś czytał, a Nicholas tylko wrogo na niego zerkał.
— Tak. Moi rodzice mieli kiedyś drugą farmę na tej trasie. Jeździliśmy od nich do mojego rancza kiedyś bardzo regularnie — wyjaśnił Maverick, kucając przy strumieniu, żeby napełnić bukłak.
— Bywały tu jakieś ryby? — Jefferson patrzył to na konie, to na Eddiego. Ten właśnie korzystał z postoju i kiedy tylko rozsiodłał konia, usadowił się przy strumieniu na jednym z kamieni. Korzystał z ostatnich tego dnia promieni słońca. Było jednak zimno i nie było szans, żeby chociaż trochę nagrzać się na słońcu jak jaszczurka.
— Tak, powinny dalej jakieś być. Myślisz o Willu? — zapytał, zerkając krótko na Rangera. William na szczęście czasem jadał ryby.
— Też — przyznał Ranger, będąc pod wrażeniem, jak Maverick go odczytał. — Może udałoby się coś złowić. Bo potem, jak pamiętam mapę, nie przekraczamy wielu rzek.
— Mhm. Możesz spróbować — zachęcił Maverick i obejrzał się w stronę Williama. Nie wyglądał, jakby w ogóle był zainteresowany tym, co dzieje się wokół niego. Był całkowicie skupiony na jakiejś książce. — Ale mógłbyś go nauczyć kiedyś przynajmniej, jak się łowi ryby.
— To nie jest takie proste — odparł Jefferson ze śmiechem i podszedł do Oficera, który nadal pił wodę z szerokiego strumienia.
Poszukał w jukach haczyka i żyłki, a kijek, żeby ją utrzymać, postanowił znaleźć gdzieś wokół. Nie było to trudne i po chwili już z małą przynętą z robaka zarzucał prowizoryczną wędkę.
— Eddie, jak tam? — Maverick podszedł do kowala, ciekaw, jak sobie radzi. Wiedział, że nie jest typem podróżnika, a on sam… chyba przypominał sobie swoje instynkty, które towarzyszyły mu, gdy był jeszcze członkiem ligi Boosa. Mimo że to Show był najstarszy, to on starał się o wszystkich dbać.
Kowal uniósł na niego spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem.
— A dobrze, dziękuję. Dawno nie byłem w drodze. Ty chyba też nie, hmm? — spytał, patrząc na Zwierzaka spokojnie, otulony w swoją grubą, skórzaną kurtkę.
Maverick usiadł obok niego na trawie i zapatrzył się na drzewa kawałek za strumykiem.
— Tak… Najbardziej o tym przypomina mi… to. — Wskazał na widoki, na które patrzyli. — Okolice rancza znałem już tak dobrze, że każde drzewo wydawało mi się jak dobry, znajomy sąsiad. Teraz czuję się obco.
— Ludzie zawsze wydają mi się obcy — odparł Eddie spokojnym tonem. — Nie jestem specjalnie towarzyski, jak już pewnie zauważyłeś. A w mojej pracy miałem raczej stałych klientów. Ale w życiu następuje zawsze jakiś moment zmiany.
— Mam nadzieję, że nie masz nam za złe, że cię tu ściągnęliśmy.
Eddie chwilę nie odpowiadał, aż w końcu wzruszył ramionami.
— Nie, chyba nie. Kto wie, jakby skończyło się dla mnie zostanie w Kansas. Mogło nie być szczęśliwe, a też nie jesteście takim towarzystwem jak Hamilton.
— Wszystko jest lepsze niż Hamilton. Nick kiedyś powiedział, że wolałby podróżować z Flapem — odparł Maverick z łagodnym uśmiechem. — Masz gdzieś jakąś rodzinę?
— Już nie. Rodzice są pochowani na cmentarzu przy Kansas City. Matka miała jeszcze siostrę, ale nie poznałem jej. Ale czy to nie podobnie jak u ciebie? Też nie masz chyba rodziny dość bliskiej, żeby żyła z tobą na ranczu — zauważył Eddie łagodnie.
Maverick chciał zaprzeczyć, bo przecież jego rodziną był Nick. Razem żyli na ranczu kilkanaście lat. Jedynie brakowało dzieci, ale te zastępowane były przez Flapa i inne zwierzęta.
— Tak. Wojna wiele pochłonęła. Moją rodzinę także — odparł tylko, mimo to zerkając w stronę swojego partnera.
Ten, jak jeszcze przed chwilą zajmował się Duchem i zdejmował z niego ciężkie juki, tak teraz przygotowywał dla nich ognisko. Łamał suche gałęzie w rekach i ustawiał je na stosie, żeby mogli zjeść ciepłą strawę.
Maverick między innymi dlatego lubił życie na ranczu, bo mógł nie bać się reakcji otoczenia na to, jak otwarcie zachowywali się wobec siebie z Nicholasem. A wraz z opuszczeniem tamtych terenów musiał się bardziej pilnować.
— Protezy będą odporne na mróz? — zapytał w końcu.
— Mhm, w miarę możliwości oczywiście. Nick powinien okrywać ramię i nogę, żeby metal przy skórze za bardzo się nie wyziębiał. Na duże mrozy jest możliwość ogrzewania ich węglem, tylko wtedy trzeba uważać, żeby ich nie przegrzać. — Eddie patrzył na generała. — Ale teraz na pewno nie poparzy się tym ogniem — mruknął, widząc, jak Nicholas nie szczędzi protezy i pomaga sobie metalową dłonią w rozpalaniu.
— Nick! Sprawują się, czy powinniśmy dziś otruć Eddiego i Willa kolacją?! — zawołał Maverick do swojego partnera. Nie chciał popadać w ponury nastrój i stres tym, co działo się wokół nich. A i nie pogardziłby ujrzeniem uśmiechu na twarzy ukochanego.
Ten spojrzał na niego i zaśmiał się krótko.
— Willa nie trudno będzie zatruć. Nawet nie odróżni pewnie zielonego od zielonego w swojej zielonej strawie! — odkrzyknął Nicholas, a zaraz za jego plecami Jefferson roześmiał się i spojrzał na swojego „królika”.
Ten nawet nie podniósł wzroku. Siedział w oddali pod drzewem, z nosem w książce i zupełnie nie zauważył, że o nim mówią.
— Myślę, że nawet nie zauważyłby, gdybyś teraz przystawił mu swój karabin do czoła — skomentował Zwierzak.
— Niech czyta. — Jefferson machnął ręką, żeby temat nie skupiał się w całości na Williamie. Znał go najlepiej i pamiętał, ile ten swego czasu czytał, kiedy jeszcze podróżował wozem.
Dopiero dobre pół godziny później, gdy ognisko było rozpalone, a Jefferson piekł nad nim dwie złowione ryby, lekarz do nich dołączył. Skupili się przy ognisku, żeby się ogrzać.
— Może będę miał okazję oddać doktorowi jego medalik… — powiedział William z zamyśleniem, wyciągając spomiędzy połów płaszcza wisiorek. Poza pentagramem Boosy była tam też maleńka fiolka z olejkiem.
Jefferson odchrząknął, żeby jednak lekarz schował to z powrotem.
— Nie wiem, czy jest to konieczne. Skoro ci go dał, to powinieneś zachować. Do tego jest nadzieja, że jak coś, ciebie wezmą za Dżentelmena, a nie Showa — dodał Nicholas z kąśliwością na koniec.
— Czy mam tylko wrażenie, że w razie konieczności zaraz za Flapem to mnie rzuciłbyś na pożarcie jakiejś kreaturze? — zapytał sucho William, zwracając się do niego.
— Zaszczytne drugie miejsce. W obliczu tego, ilu nas jest, nie jest to zły wynik. — Generał wysilił się na żart. Nawet uśmiechnął się lekko.
William zmrużył powiekę i spuścił z tonu. Tym bardziej nie było co tego ciągnąć, kiedy zapach piekących się ryb sprawiał, że wręcz myślał tylko o swoim pustym żołądku.
— Przyzwyczaiłeś się do protez? — zmienił temat. — Potrzebujesz, żebym na nie spojrzał?
— Na razie jest dobrze. Są naprawdę lżejsze i trochę je testuję. — Nicholas jakby na dowód swoich słów sięgnął do ogniska, żeby poprawić coś dłonią. Coś, czego nikt nie zaryzykowałby w obawie przed poparzeniem.
— Mam nadzieję, że szybko się przyzwyczaisz — odparł uprzejmie lekarz i zerknął na Jeffersona. — Jeff… długo jeszcze te ryby?
— Jeszcze chwilę. Głodny? — spytał z troską Ranger, wiedząc, że w ciągu najbliższych dni to będzie jeden z nielicznych ciepłych posiłków lekarza. Nie wiedział, skąd ten bierze siłę, jedząc tak mało.
— Zapomniałem zjeść śniadanie — przyznał William, który dopiero niedawno spostrzegł, że jego ostatnim posiłkiem była wczorajsza kolacja. Jego myśli były za bardzo pochłonięte tym, co działo się z Jeffersonem.
Maverick ściągnął brwi i uniósł się, żeby przynieść z juków jeszcze trochę chleba. Jefferson za to trochę bardziej zbliżył ryby do ognia.
— To jutro nie zapomnij. Jak spadniesz z Pigmenta, to będę musiał cię zbierać, a nie jestem lekarzem.
William tylko przytaknął, zapatrując się na ogień. Kiedy z jakiegoś powodu wszyscy byli w całkiem dobrych humorach, on czuł się całkowicie od tego odsunięty. Jedynie pocieszało go w tym wszystkim to, że jeśli Jefferson przeżyje najbliższy miesiąc i zdołają dotrzeć do Showa, może okaże się, że doktor ma jakiś nieznany specyfik, który zwalczy wirusa trawiącego serce jego Rangera. Bo w swoje umiejętności zaczął coraz bardziej wątpić…

***

Po czterech dniach w siodle każdy z kompanów przyzwyczaił się do tempa. William nie cierpiał tak bardzo, jak kiedyś. Nie narzekał nawet tak wiele. Jefferson był z niego dumny, bo z początku obawiał się, że lekarz nie będzie im dotrzymywał tempa. A żeby tego było mało… przyzwyczaił się do kłusowania. Co prawda zajęło mu to dwa dni, ale już teraz, gdy mijał piąty dzień, nie odstawał w tyle, tylko jechał u ich boku w miarę płynnie.
Tak jak ustalili, Maverick i Jefferson zmieniali się przy jechaniu z przodu i z tyłu pochodu. Obserwowali otoczenie i upewniali się za każdym razem po postoju, czy ktoś ich nie śledzi. Wyglądało na to, że jest bezpiecznie. Z jedzeniem też nie mieli problemu. Dotąd ich zabrane z domu zapasy wystarczyły, a po drodze kilka razy udało im się na coś zapolować. Raz nawet Flap przyniósł im w prezencie małego, dzikiego kota. Najedli się do syta. Maverick jednak przestrzegał, że jeśli spadnie śnieg, może być trudniej. Wiele zwierząt chowało się na zimę.
Tym razem była kolej Jeffersona, żeby wyjechać kawałek na przód i sprawdzić, co znajduje się na trakcie. Ustalili, że gdyby trafili w najbliższym czasie na jakieś nieduże miasteczko, zatrzymają się, żeby zrobić zapasy. Powoli już zmierzchało, gdy Ranger, zostawiwszy za sobą swoich towarzyszy, pogonił Oficera. I wreszcie jego oczom ukazały się wieżyczki strzelnicze. Nie zaskoczyły go. Byli coraz bliżej terenów wokół Chicago, a wiedzieli, że było tu na tyle wiele mutacji, że ludzie w ten sposób radzili sobie z niespodziewanymi napadami zwierząt na wioski.
Nie dało się go jednak pomylić z jakąś dziką zwierzyną, więc jechał w stronę miasta, nie obawiając się ostrzału.
— Dobry! — zawołał, kiedy już stanął pod wieżą i zobaczył, że wychyla się z niej młody chłopak.
— A dobry! Samotny jeździec?
— Nie, prowadzę grupę! Daleko jeszcze?! — spytał Ranger, siedząc luźno w siodle narowistego, czarnego konia.
— Nie, tu zaraz za wzgórzem! Do cyrku?!
— Cyrku?!
— Ano! Nie widzieliście ogłoszeń na trakcie?! — zdziwił się strażnik, a Jefferson domyślił się, że to zapewne dlatego, że nie jechali głównym traktem. — Przyjechali do nas wczoraj! Dzisiaj drugi występ! Niezłe cyrki odstawiają! — dodał, śmiejąc się ze swojego żartu.
Jefferson już wiedział, że będzie musiał wrócić do reszty, żeby upewnić się, czy w takim razie wkraczają do miasteczka. Z drugiej strony w tłumie zawsze łatwo było się ukryć i zostać niezapamiętanym.
— To przekażę, żeby szykowali się na dobrą zabawę! I za wzgórzem, mówisz?! Będzie jakieś miejsce do snu, myślisz?!
— Będzie, będzie! Bez luksusów, drogi panie, ale mamy tu dużo gospód, bo to miasto na dobrym szlaku!
— To dobrze! Więc do zobaczenia za chwilę! — odkrzyknął Ranger i zawrócił konia, żeby poinformować resztę o cyrku i wieżyczce strażniczej, a co za tym idzie, potrzebie, żeby jakoś schować Flapa.
Pozostali kompani jechali trochę wolniejszym tempem, bo wcześniej wycisnęli więcej sił ze swoich wierzchowców. William i Eddie o czymś dyskutowali, a Jefferson domyślał się, że o protezach czy metalach. To zdecydowanie był ich wspólny temat. A na tyle jechał Nicholas u boku Mavericka, za którym, na zadzie klaczy, siedział właśnie Flap.
Jefferson podążał galopem w ich stronę. Oficer korzystał z chłodnego powietrza i tego, jak twarda ziemia jest pod jego kopytami. Lubił ruch. Przegalopował więc tuż obok lekarza, a jego jeździec wychylił się mocno, żeby zerwać z głowy lekarza kapelusz. Z nowym trofeum w dłoni objechał od tyłu byłych członków Boosy i zrównał się z generałem.
— Miasto jest już niedaleko, ale mają wieżyczki na dzikie mutacje, a w mieście jest cyrk.
— Jeff! — zawołał William z niedowierzaniem.
A gdy Eddie uśmiechał się z tego, co zaobserwował, Maverick obejrzał się na Flapa ze zmarszczoną miną mówiącą nie mniej, nie więcej jak „nienawidzę ludzi”.
— I co? Zamierzają mi strzelić do Flapa? Jestem pewien, że trafię do tego człowieka w wieżyczce, zanim podniesie na niego broń — fuknął.
— To nie wątpię — wtrącił Nicholas, wiedząc jednak, że to by niepotrzebnie sprowadziło na nich uwagę. — Ale nie zmusisz Flapa, żeby położył się na twoich udach? Jakby był martwy, to by do niego nie strzelali — zasugerował, nie wierząc, że pomaga w uchronieniu futra tego potwora.
Jefferson w tym czasie nie za bardzo ich słuchał, bo machał lekarzowi jego kapeluszem, uśmiechając się od ucha do ucha. A William… musiał czuć się już na tyle pewnie w siodle, że nawet szarpnął na bok Pigmenta, który z zaskoczeniem podążył za jego poleceniami i właśnie próbował nieśmiałym kłusem dogonić Oficera.
— Mógłbym go do tego przekonać, ale gdy zobaczy człowieka na wieżyczce, od razu tam poleci — odmruknął zirytowany Maverick.
Obejrzał się za siebie na przysypiającego Flapa. Był spokojny i cichy, bo znów drzemał po polowaniach, ale Zwierzak wiedział, że nie byłby obojętny wobec nowych atrakcji. Sięgnął więc do juków po pozostałości suszonego mięsa i wykręciwszy się mocno, potarł nim o nos swojego pupila. Zawsze bawiło go obserwowanie, jak powieki zwierzęcia się uchylają, ale na białkach nie widać jeszcze tęczówki i źrenicy, które dopiero po chwili jakby wracają z oglądania mózgu. Flap zaskrzeczał cicho, a Maverick rzucił mięso w górę. Zwierzę momentalnie się poderwało, odbiło od zada klaczy i złapało kąsek w locie.
— Flap, nie ma cię! — zawołał groźnie mężczyzna, a gdy zwierzak w locie popatrzył na niego niemal pytająco, Maverick uniósł strzelbę.
Flap musiał zrozumieć, że nie jest teraz mile widziany u jego boku i poleciał w tylko sobie znanym kierunku. Maverick wiedział, że ich odnajdzie.
— I tak łatwiej by było, gdyby był psem — skomentował Nicholas.
Jefferson w tym czasie poczekał na lekarza, żeby oddać mu kapelusz. Widział postępy w tym, jak ten jeździł.
Podążyli powoli i spokojnie w stronę wieżyczek. Wszyscy zachowywali się naturalnie, a Jefferson jeszcze machnął strażnikowi. I mimo że ten wydawał się sympatyczny, Maverick patrzył na niego, jakby pragnął, żeby jedna ściana wieżyczki pękła, a mężczyzna zwalił się ciężko na ziemię.
— Ma być cyrk? Pewnie będzie dużo ludzi — mruknął posępnie.
— Tak, to myślałem, że łatwiej będzie nam zniknąć w tłumie. Nikt pewnie nie zauważy nawet, że przyjechaliśmy — uznał Jefferson, a Nicholas musiał mu przyznać rację.
— Nie będziemy odstawać wśród odmieńców — prychnął z rozbawieniem.
Z tym akurat reszta musiała się zgodzić. Tworzyli dość specyficzną grupę.
W miarę, jak zbliżali się do miasteczka, w oczy rzucały się nie domki i zakłady rzemieślnicze czy sklepy, lecz kolorowe ozdoby. Było mnóstwo plakatów mówiących o tym, że w miasteczku odbędą się cyrkowe występy, wszędzie wisiały kolorowe chorągiewki, a oni w pewnym momencie dostrzegli nawet barwnie odzianą kobietę z bujnymi, czarnymi lokami i czerwoną chustą na głowie. Chodziła po ulicy z koszykiem i zapraszała rodziny z dziećmi na występ, najmłodszym rozdając słodycze.
Dzięki temu, że zwracała na siebie uwagę, piątka jeźdźców naładowana bronią, gdzie się dało, nie rzucała się w oczy. Mogli powoli jechać przed siebie, rozglądając się w milczeniu.
Miasto było bardzo żywe. Na jego obrzeżu widać było już wysoki, kolorowy namiot, z którego dobiegała muzyka. A oni musieli znaleźć nocleg na tę noc. Mimo słów wartownika mieli wrażenie, że nie będzie to takie łatwe. Najprawdopodobniej z pobliskich miasteczek zjechali też wszyscy sąsiedzi, żeby zobaczyć wieczorne występy.
Rozglądali się za jakąś gospodą, w której mogliby znaleźć miejsce. Nieco ułatwiały to tabliczki zawieszone na drzwiach z napisami „Brak miejsc!”. Dzięki temu nie tracili czasu na wchodzenie i pytanie. W oczy rzucił im się całkiem wysoki, trzypiętrowy budynek, na którym nie było takiej tabliczki. Stał pomiędzy aresztem a bankiem.
— Może tutaj — zasugerował William, gdy przystanęli i zapatrzyli się na domostwo.
— Przypuszczam, że nie zagląda tu wielu chlejusów z racji na bliskość aresztu — zauważył Nicholas, ale uznał, że miejsce jest stosowne.
Jefferson pierwszy zeskoczył z konia, żeby przywiązać ich wierzchowce do belki przed zajazdem. Pozostali też zeskoczyli z siodeł, a Maverick, jak od czasu wjazdu do miasta ani razu się nie odezwał, tak teraz też był milczący. Jedynie obserwował uważnie wszystkich wokół, nie wyglądając jak ktoś, kto jest skłonny nawiązać sympatyczną rozmowę z miejscowymi.
Do środka poprowadził ich generał. On odnajdował się bez większych problemów w miastach i między ludźmi. Nauczył się tego, skoro musiał, chociaż nigdy nie darzył obcych szczególną, a tym bardziej bezwarunkową sympatią.
— Dobry. Pokoje dla piątki. Jakie macie? — powitał gospodarza, który siedział za małym barem i wertował stronice księgi meldunkowej.
Gdy tylko uniósł wzrok, jego ciemne, krzaczaste brwi powędrowały wysoko w górę, ale nie miały jak schować się pod włosami, bo miał bardzo pokaźną łysinę.
— Eee… Ale wolą panowie razem, czy osobno?
— Pięciu chłopa w jednym pokoju? — spytał Nicholas i popatrzył po towarzyszach, a potem znowu na gospodarza z niedowierzaniem na swojej oszpeconej twarzy. — Jakieś trzy pokoje najlepiej daj.
— Aż trzech to my nie mamy — odmruknął mężczyzna, powoli otrząsając się z szoku. Postukał piórem po księdze. — Mamy jeden dwuosobowy i jeden trzyosobowy. A zapytałem, bo… bo pan tak powiedział dziwnie — dodał burkliwie, tłumacząc się.
William przysłuchujący się temu zza pleców Nicholasa aż wstrzymał powietrze w płucach. Był pewien, że tak jak on, tak i Maverick, Jefferson i Nicholas myśleli o tym, która para dostanie Eddiego. Każdy z nich chciał zostać na dzisiejszą noc sam na sam ze swoim partnerem.
— Już się pan nie tłumacz i daj klucze od tych pokoi — mruknął generał, widząc kolejny powód, dla którego ten zajazd nie był w pełni obłożony.
Oberżysta tym razem ściągnął swoje bujne brwi, aż te utworzyły niemal jedną linię nad jego małymi oczkami. Podał ponad ladą dwa klucze, a Maverick wystąpił do przodu i zapytał:
— Macie stajnie dla koni?
— Ale dla piątki?
— Nie, kowal za nami biegł… Oczywiście, że dla piątki! — fuknął.
Nicholas zerknął na swojego partnera, ale powstrzymał uśmiech. Popatrzył za to bardzo wymownie na mężczyznę, z którym rozmawiał.
— Piłeś coś dziś? — spytał, za plecami słysząc tłumiony dłonią śmiech Jeffersona.
Jegomość, którego cebulki włosów skupiły się nad jego oczami zamiast na głowie, poczerwieniał i ściągnął brwi.
— Za stajnię jest dopłata — burknął i podał ostateczną cenę.
Nicholas nie oszczędził mu komentarza na ten temat, co skończyło się dyskusją, a w efekcie upustem ceny. Generał nie lubił, kiedy się go okłamywało. A czuł, jakby został okłamany przez dodatkowe koszta. Bo kto do obcego miasta przychodzi piechotą? Oczywiste było, że stajnia będzie niezbędna dla większości podróżnych. I kiedy już każdy miał każdego dość, całą piątką znów byli przed zajazdem.
— Eddie, z kim chcesz nocować? — spytał generał, żeby było sprawiedliwe. Żaden z nich z dobroci serca nie przygarnąłby kowala, kiedy istniała możliwość nocy sam na sam z partnerem.
Mężczyzna, któremu zostało zadane pytanie, od razu poczuł się jak postawiony na środku sceny, niczym w cyrku. Maverick patrzył na niego niby spokojnie, ale bardzo czujnie. William wydawał się nie oddychać, kiedy wlepiał w niego swoje jedno ślepie. Jefferson jakby się napiął, nie mówiąc już o surowym spojrzeniu generała. I tylko fakt, że Eddie był człowiekiem z natury spokojnym, uchronił go przed zaczerwienieniem.
— Chyba… myślę, że to dość obojętne. Mogę z Willem — odparł, a już mówiąc, pomyślał, czy nie popełnił błędu.
Maverick odetchnął dyskretnie, a lekarz uśmiechnął się delikatnie i przytaknął, nie okazując rozczarowania.
— Będzie mi bardzo miło — odpowiedział uprzejmie… po czym wbił szpilę w nadzieje Zwierzaka i Małego Nicka. — Więc może weźmiemy dwójkę, a Jeff i wy trójkę?
Ranger od razu popatrzył na Williama jak na szalonego. Zresztą nie tylko on. Nicholas aż uniósł wysoko brwi z zaskoczeniem.
— Nie ma co przekombinowywać. Nie jesteśmy dziećmi. Razem podróżujecie, razem śpicie. Zabierać rzeczy i na górę! Potem odprowadzimy konie. — Nie zgodził się na ten pomysł, ukrócając jak najszybciej kolejne głupie sugestie.
William zgodził się bez słowa i podszedł do Pigmenta, żeby zdjąć z jego siodła swoje rzeczy. Domyślał się, że tak się to skończy, ale zawsze mógł spróbować.
Zabrali wszystkie rzeczy i podążyli do swoich pokoi na tę noc. Nicholas i Maverick dostali pokój na ostatnim piętrze, zaś pozostała trójka niżej. I jak się okazało, pomieszczenia były dość ciasne, ale na szczęście świeże.
— Pójdziemy zobaczyć te występy? — zapytał lekarz, gdy przecisnął się obok kowala i położył rzeczy na łóżku najbliższym okna.
Eddie usiadł na swoim, ale nie zabrał głosu. W przeciwieństwie do Jeffersona.
— Jeśli generał nie zaplanuje nic innego, to chyba będziemy mogli. Nie wiem, jakie są ich plany.
— Maverick na pewno chce zrobić zakupy, żeby uzupełnić zapasy, ale uważam, że nie musimy być od nich uzależnieni — odparł William, odkładając kapelusz na szafkę.
— Niby, chociaż dobrze byłoby mu pomóc. — Uznał Jefferson, bo w końcu oni też będą w czasie drogi jedli.
— Ja mogę mu pomóc. Aż tak nie lubię cyrku — dodał Eddie ze swojego miejsca.
William obejrzał się na niego i przytaknął.
— Ale jeśli nie zejdzie wam na tym wiele czasu, dołączcie do nas.
— Dobrze. Pójdę do nich i spytam, czy taki plan im pasuje — mruknął kowal i wstał, żeby wejść piętro wyżej.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, w pokoju nastała przyjemna cisza, która na chwilę dała pozostałej dwójce wrażenie bycia gdzieś dalej, a nie w środku tego żywego miasteczka.
— Jak się czujesz? — zapytał lekarz, przysiadając na chwilę na łóżku. Nie zdjął płaszcza, bo podejrzewał, że zaraz wyjdą.
— Dobrze — odparł Ranger ze swojego miejsca. Było mu ciepło. — Naprawdę jesteś w nastroju, żeby iść oglądać cyrkowców? Ostatnio wciąż masz nos w książkach.
— Dlatego jeden wieczór możemy poświęcić na rozrywkę. Nie codziennie ma się okazję na cyrk. Dawno nie oglądałem takich występów.
— Idąc tym tokiem myślenia, dobrze by było także resztę tam zaciągnąć — podsumował jego partner i w końcu wstał. — Chodź, nie ma co tracić czasu. Zajrzymy na dół, może coś już postanowili.
I nawet chciał już podejść do drzwi, przeciskając się pomiędzy blisko stojącymi łóżkami i szafkami, ale został zatrzymany przez Williama. Ten musiał nabrać trochę siły, bo zatrzymał go… całkiem zdecydowanie. A gdy Jefferson obejrzał się na niego pytająco, poczuł, jak ten przytrzymuje jego twarz i całuje mocno.
Ranger stęknął w jego usta, a po chwili złapał lekarza za bok i odpowiedział na pocałunek. Skoro mieli spać w pokoju z Eddiem, trzeba było korzystać z każdego momentu, jaki mieli sam na sam. Całowali się więc gorąco i długo, zdając sobie sprawę, że nawet na taką pieszczotę nie mieli ostatnio czasu i okazji. Jefferson mógł sobie tylko wyobrażać, ile razy William sobie strzepał pod jego nieobecność, myśląc o nim. Ale teraz ważne było, że wreszcie mogą się dotknąć.
— Mmm… Szkoda jednak, że Eddie cię polubił — wydusił w końcu, nie odsuwając się i mówiąc niemalże do ust lekarza. Oddychał ciężej i teraz spojrzał krótko między ich ciała. Nie zobaczył krocza Williama, bo skrywane było przez gruby płaszcz. Mężczyzna jednak rozwiał jego wątpliwości.
— Stoi. Ale nie mamy na to teraz czasu — dodał z cichym westchnieniem zawodu. Po tym oblizał wargi i tym razem już delikatniej cmoknął Rangera.
— Tobie zawsze stoi — odparł Jefferson, nie mając co do tego wątpliwości. — Może uda się gdzieś później… hm, zniknąć — zasugerował.
A sama myśl o tym, co właśnie zasugerował, jeszcze bardziej postawiła członek lekarza.
— W razie czego mam ze sobą olejek — odparł na wydechu.
— Wiem, widziałem go, gdy wyciągałeś medalik. Mógłbyś mniej nim machać na prawo i lewo.
— Przecież Eddie nie miał pojęcia, do czego to służy — zapewnił go William i odsunął się, bo przy Jeffersonie było mu aż nazbyt gorąco, a nie miał kiedy sobie ulżyć. — Chodźmy. Może będą jakieś anatomiczne ewenementy.
Ranger skrzywił się, a jego podniecenie od razu zmalało.
— Chciałbyś? I, kurwa… pomyślałem, że do tego też byś sobie był w stanie walić konia.
— Zapewne — odparł niezrażony William i zabrawszy swój kapelusz, pierwszy wyszedł z pokoju.

7 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 29 – Dobry humor na drogę

  1. O. pisze:

    Ja nikogo nie zabijam, to Wy to robicie xD
    Jakie ‚im’ tylko Jeff’owi bo Will zajęty będzie słuchaniem chrapania Ediego xD

  2. Katka pisze:

    O., boże… Ty już mentalnie go zabijasz XD Jeszcze Jeffo żyje, a Ty jak wyrok śmierci! XD Czy to już pogodzenie się z dramatem, haha? Ale spoko, na pewno Will nie miałby nic przeciwko, by Mav i Nick im coś niecoś pokazali XD takie małe pseudo porno…

  3. O. pisze:

    Ale przecież Will nie chciał źle dla Jeffa, przecież jemu by nie przeszkadzało jakby Mav i Nick pokazali mu to i owo co ze sobą robią xD to byłoby spełnienie starych marzeń i wyobrażeń Jeffa xD a skoro ten umiera to trochę rozrwyki mu się przyda xD

  4. Shivunia pisze:

    Kasia >> Bo z Willcia to taki drapieżny króliczek. Jak może to umie pokazać pazurki i postraszyć marchewką. Co osobiście uważam, za skrajnie słodkie, ale też i pocieszne. Cóż, cały Will, chociaż mnie też zaskoczył kiedy nie kłócił się o pokój. WOW tak bardzo w przypadku niego. (A Eddie trochę takie zgniłe jabłko, nikt tak w 100% go nie chciał – smutek)
    Leczenie Jeffa. Najpierw tajemnica co mu jest, a teraz co wymyślimy abyście nas wy nie zabili za zabicie Jeffa. Masło maślane, ale mam nadzieje, że zrozumiałaś :P Ale bądżmy dobrej myśli, wtedy albo się spełni, albo będzie mocniejsze zaskoczenie … dum dum dum DUUUUM.
    Ściskam i życzę czegoś ciepłego w tą paskudną pogodę (dziś dwa razy zmokłam)

    Luana >> Przyda sie Williamowi aby ktoś go wspierał. Teraz nie szczególnie to wsparcie czuje, więc jego złe samopoczucie tylko się pogarsza. Całkiem zrozumiałe, jeśli mam być szczera. Jakbym musiała coś zrobić sama bez mojego ustawicznego zrzędzenia i pchania mnie do przodu przez ludzi którzy mają dość mojego zawodzenia, to chyba bym padła i nie wstała. A William TAKI dzielny. Jestem z niego dumna.
    Podróżowanie razem jest fajneeee, Mav się przekona. W końcu kiedyś duuuuużo czasu siedział w siodle, więc nie powinno być źle. Ale tak to jest kiedy nie lubi się zmian. Miło zawsze jednak wracać do domu. Wtedy łóżko zawsze jest jakieś wygodniejsze ;)
    Noooo, trochę panowie sie zmienili. Aż muszę jakimś cudem znaleźć trochę czasu i przeczytać ich początki. Będzie śmiesznie. To jak oglądanie starych zdjąć XD
    Buziaczki i mamy nadzieje że dalej będzie tylko lepiej :)

  5. Kasia pisze:

    No nareszcie, mój chłopak się trochę odgryzł :) Ale musieli mieć miny Nick i Mav, zresztą Jeff również gdy Will zaproponował że weźmie dwójkę z Eddim, hehe :) William jest moim ulubieńcem :) I jeszcze taki zdecydowany w tym rozdziale i zawsze mu stoi 😉
    Nabrałam nadzieji że może Show mu pomoże w leczeniu Jeffa? On może mieć nowe informacje które się lekarzowi przydadzą. No trochę optymistyczni3j patrzę na przyszłość chłopaków :) Fajny rozdział, ciekawe czy uda się Jeffowi i Willowi wymknąć na małe co nieco? :) Dzięki dziewczyny i pozdrawiam serdecznie 😙

  6. Luana pisze:

    Szkoda mi Willa. Widać jak pragnie pomóc partnerowi, ale nie udaje mu się to i traci wiarę w swoje możliwości. Ale ja w niego wierzę. I trzymam kciuki, aby Jeff wytrzymał.
    Fajnie, że tak podróżują razem. Maverickowi było ciężko wyruszyć, ale przyzwyczai się. A dom na pewno będzie na niego i Nicka, i oczywiście Flapa, czekał.
    Ach, te pokoje. Nie mogły być być trzy? :D Za dobrze byłoby.
    Aww, ten pocałunek Willa i Jeffa. Jejku, jak to widać jak długą drogę przeszli do tego co jest teraz pomiędzy nimi. Ranger nawet troszczy się o jedzenie partnera. Tak jak powinno być! Wcześniej to by nawet na to nie zwrócił uwagi. :)
    Uwielbiam ich i cały ten tekst.
    No to teraz czekam na cyrk. :)
    Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s