Newton’s Balls – 50 – Akceptacja

Było już około północy, Courtney i Chase spali. Byli najedzeni późną kolacją, wymęczeni seksem i zakupami i pewnie spaliby tak do rana, gdyby nie powrót Marshalla. Właściwie to zbudził się tylko kurator. Miał lżejszy sen, więc przekręcił się na plecy i chwilę tylko nasłuchiwał krzątania się brata. Przesunął przy tym dłonią po zmęczonej twarzy, a kiedy zsunął ją w dół i natrafił na naklejki serduszkowe, zastygł. Nie chciało mu się wstawać, ale wiedział, że łatwiej zejdą, kiedy odlepi je teraz. Spróbował więc złapać za krawędź i odkleić naklejkę, ale momentalnie syknął i przestał. Zerknął szybko na Chase’a, czy go nie obudził, ale ten na szczęście spał jak zabity. Courtney więc zszedł w końcu z łóżka, zarzucił na siebie szlafrok i bezgłośnie wyszedł z pokoju.
W salonie nie natknął się na brata, ale widział światło z kuchni. Tanka też nie było na swoim posłaniu, więc, jak podejrzewał mężczyzna, nie hałasując, poszedł przywitać się i posępić o coś dobrego.
Courtney uznał to za dobry znak, żeby móc zająć się nalepkami. Nie podążył więc do kuchni, żeby przywitać się z bratem, a pokierował się prosto do łazienki. Tam zrzucił z siebie szlafrok, zawieszając go na wieszaku na ręczniki przy wannie i usiadł na jej skraju. Zerknięcie na klatkę piersiową wzbudziło w nim krótki dreszcz. W porządku, zabawa była fajna… ale miał mocno podrażnione, pogryzione i zapewne zaczerwienione brodawki. Odklejenie od nich naklejek nie mogło być przyjemne.
Złapał za skraj tej po lewo i pociągnął. W jednej sekundzie równocześnie głośno pisnął i zatrzymał ruch palców.
— O ja pierdolę…! — wydusił mało mądrze.
Pozwolił sobie na kilka głębokich oddechów, kiedy podjął kolejną próbę odklejenia serduszka. Było równie ciężko i wręcz podkurczył palce u stóp oraz cały się napiął, kiedy odklejał kolejne milimetry, a sutek piekł niemiłosiernie. Mimo zaciskania zębów, jęknął znowu kilka razy.
— Już myślałem, że tu teraz się jebiecie i zapomniałeś zamknąć drzwi. — Zupełnie nagle usłyszał głos brata, a kiedy spojrzał w stronę drzwi, zobaczył go, opierającego się ramieniem o framugę. W dłoni trzymał łyżkę i salaterkę lodów. Tank siedział obok niego i z naiwną nadzieją patrzył, czy coś dostanie.
Courtney odruchowo zakrył sutki dłońmi i spojrzał na brata wrogo.
— I gdybyśmy się jebali, to też byś wszedł popatrzeć?
— Nie, nakręciłbym filmik, żeby was szantażować — odparł Marshall takim tonem, że nawet jego własny brat nie wiedział, czy żartuje, czy mówi poważnie. — Ale co ty odwalasz, że tak piszczysz i jęczysz, jakbyś nie miał dość i brał dokładkę samodzielnie?
Siedzący na wannie, nagi i zdecydowanie niepobudzony mężczyzna rzucił mu ostre spojrzenie. W końcu odsunął dłonie i pokazał swoje sutki. Na jednym wciąż było serduszko, a na drugim już w połowie odklejone — pod tym drugim widać było, jak pogryziona i czerwona jest brodawka. Niemal równie czerwona jak sama naklejka.
— Ciężko to odlepić, żeby nie bolało.
Marshall najpierw zrobił większe oczy, potem pękł i roześmiał się.
— O ja pierdykam! — Zarechotał i podszedł do brata. Psa, który nie wiedział, co się dzieje, zostawił za drzwiami, zamknąwszy je, kiedy wszedł do łazienki. — Serduszka, o kurwa! — Rżał, nieczuły na krzywdę Courtneya.
Ten więc pożałował pokazania sutków. Momentalnie. Przez chwilę teatralnie czekał, aż Marshall przestanie rechotać i wymusił uśmiech.
— Już?
Na widok jego miny Marshall jeszcze głośniej się zaśmiał, ale uspokoił się po chwili i przysiadł obok brata. Pstryknął go w jedno serduszko z diabelskim uśmiechem.
— Zostaw — jęknął Courtney i delikatnie pomasował sutek przez serduszko. — Masz jakiś pomysł, jak to zdjąć? Lód może pomoże? — Myślał głośno i spróbował bardziej pociągnąć w połowie oderwany plasterek. Piekło.
— Namocz je, może lepiej zejdą. A potem serio, może lodem je. Ale wiesz, zimnym — dodał Marshall na koniec z rozbawieniem. Znowu sięgnął swoją dużą dłonią do naklejki, złapał za odklejoną część i pociągnął. Tym samym zarówno oderwał całość, jak i wydobył z ust brata głośny pisk.
— Kurwa! Marshall! — warknął na niego Courtney, łapiąc się za jeszcze mocniej czerwieniejący sutek, który piekł, jak palony żywym ogniem. — O ja pierdolę… — powtórzył wcześniejszą formułkę i wstał z wanny. Byle dalej od Marshalla.
— No co? Odeszło. — Starszy z braci miał wyjątkowo dużo radochy z bólu młodszego, który za to miał ochotę rzucić czymś w niego.
Oddychał ciężko, aż w końcu podszedł do lustra i spojrzał na sutek. Nawet wolał sobie nie wyobrażać, co będzie, gdy ubierze jutro koszulę…
— Myślę, że z drugim poradzę sobie sam — powiedział. Równocześnie jakoś starał się nie odwracać tyłem do brata. Bo jak nie wstydził się przy nim nagości, tak jednak nie był pewien, jak wygląda jego tyłek. Czy też nie miał jakichś śladów, czy dziurka nie była zbyt widoczna. — Szukałeś pracy? — zmienił szybko temat i odkręcił wodę w kranie, żeby namoczyć naklejkę.
— Mhm, ale na razie normatywnie chujowo — odparł Marshall, nadal siedząc na wannie. Przyglądał się bratu i temu, że ten poza tymi uroczymi serduszkami ma całe ciało nieźle poznaczone. — Lubisz się chyba z nim jebać, nie? A on z tobą? Wyglądasz jak na wpół zjedzony.
— Udane życie erotyczne. Zazdrościsz? — Courtney uśmiechnął się do niego lekko, starając się skupiać na rozmowie, a nie na tym, co robił ze swoim wymęczonym sutkiem.
— Na pewno nie tego, że ktoś mnie nie jebie w dupsko — prychnął Marshall, ale jeszcze skinął na brata głową. — Ale, kurwa, serduszka? Wy już coś bardziej, czy po prostu ten dzieciak to idiota?
Tych słów Courtney nie zrozumiał, a ton brata sprawił, że nie zamierzał tego ukrywać.
— Idiota? O co ci chodzi? — dopytał i pociągnął delikatnie, równocześnie zatrzymując powietrze w płucach. Już prawie cała naklejka odeszła, ale każdy milimetr wyduszał z niego kolejny cichy pisk.
— No, nie udawaj ty też durnego. Serduszka, Courtney, kurwa. Zastanów się. Jak chciał ci zrobić tylko ślady, to nie musiały być to serduszka, a zwykła szara taśma.
Tym razem młodszy Corn nie odpowiedział od razu, odetchnął i tak jak wcześniej Marshall, tak teraz sam szarpnął do końca serduszkiem. Stęknął głośno i polał zimną wodą obolały sutek.
— Kurwa… A co do Chase’a, nie wiem. W końcu poszuka normalnej, prawdziwej dziewczyny — odpowiedział, nie patrząc na Marshalla, tylko wycierając dłonie o ręcznik. Nie pasowały mu te ponure myśli do przyjemnego wypadu z Chasem na zakupy i genialnego seksu później.
— Czyli dajesz się robić jako jakieś zastępstwo dla tego kutasa? — Marshall skrzywił się i pokręcił głową. — A myślałem, że jesteś tym mądrzejszym. Widać nie zawsze — skomentował, wstając z wanny. Nie podobały mu się łóżkowe wyczyny brata, a chyba jeszcze bardziej jego stosunek do tego, jak wyglądało to, co miał z tym nastolatkiem.
— Hej, nie jestem zastępstwem — odpowiedział Courtney ostro, prostując się i patrząc prosto w oczy brata. — To tak, jakbyś ty powiedział, że jesteś dla swojej obecnej dziewczyny zastępstwem za jej przyszłego faceta. Chase nie myśli o kimś innym, jak się ze mną pieprzy, ani ja o kimś innym. Po prostu… domyślam się, że jest to tymczasowe.
Marshall zatrzymał się tuż przy drzwiach. Skrzywił się, burknął pod nosem, a w końcu odetchnął ciężko i spojrzał na brata łagodniej.
— To jak jest tymczasowe, to czemu już tego nie skończysz? Ja bym nie był z kimś na dłużej niż dwie noce, jakbym wiedział, że laska i tak mnie wychuja.
Courtney zagryzł wnętrze policzka, aż w końcu narzucił na ciało szlafrok i odpowiedział:
— Bo jest mi z nim dobrze.
Marshall skrzywił się jeszcze raz i przekręcił klamkę, ale nie otworzył drzwi. Był naburmuszony i pełen sprzecznych myśli.
— To nie pierdol, że i tak cię zostawi, bo pomyślę, że jesteś jak, kurwa, Courtney z Kalkuty. Jak ci z nim tak dobrze… Coney — burknął, rzucając przy tym mało smacznym, religijnym żarcikiem oraz chyba podsłuchanym skrótem imienia mężczyzny, po czym wyszedł z łazienki.
Zostawił młodszego brata z masą nieprzyjemnych, gromadzących się uczuć. Przez dłuższy moment Courtney nawet nie chciał wracać do sypialni, by nie widzieć leżącego tam Chase’a. Marshall nie rozumiał, że nie był z chłopakiem tylko dla niego, ale i dla siebie, bo to bycie razem było przyjemne. Po prostu nie chciał myśleć o przyszłości i o tym, jak się ten… związek skończy. Nie był w nim z litości czy łaski, ale czerpał też coś dla siebie. Przynajmniej na chwilę miał jakąś dobrą namiastkę związku.
Był zły na Marshalla, kiedy wychodził. Za to, że wywołał w nim te emocje i że zmusił do analizowania tego wszystkiego. Powiedział mu tylko krótkie „dobranoc” i wrócił do sypialni, a następnie położył się przy śpiącym nastolatku i delikatnie objął się jego ręką.

***

Stare radyjko brzęczało nieprzyjemnie, szumiało i zaburzało piękno tego, co z niego leciało. A leciał stary rock. Shane co raz uderzał w niego dłonią i na ułamek sekundy muzyka była czysta i przyjemna, a potem znowu pojawiało się popisowe „bzzzzzzz… bzzzz… bzz…”.
— Kurwa mać — burknął Shane do siebie i znowu kilka razy uderzył radyjko, a potem ponownie spróbował ustawić odpowiednią częstotliwość.
Zrobił sobie przerwę w pracy, siedział sam w kanciapie i czekał na Darrena. Wiedział, że ten też powinien lada moment wyjść z jednego z garaży, w których pracował, a on zamierzał z nim pogadać. Nie miał pojęcia, czy dobrze robi, czy już ochłonął po tym, co ten facet chciał mu zrobić, ale… no, przecież David mógł mieć rację. Darren był szablonowym przykładem krypto geja, który boi się nawet przed sobą przyznać, że leci na facetów, a cały ten konflikt wewnętrzny odreagowuje w postaci znęcania się nad innymi, podobnymi sobie. Może rzeczywiście szczera rozmowa by mu pomogła? W tym wszystkim najgorsze było to, że Shane wcale nie był pewien, czy chce mu pomóc.
Oh Lord, I prey you give me strenght to carry on… ‘Cos I know what it means… To walk along the lonely street of dreeeeams… — zaśpiewał pod nosem, kiedy przez chwilę kawałek płynący z głośników pobrzmiewał dość czysto. — And here I go again on my own! Tu du du… Going down the only road I’ve ever known…
Gdy tylko skończył śpiewać wers, drzwi się otworzyły i do środka wszedł masywnie zbudowany mężczyzna o ciemnych włosach, grubych brwiach i, w tym momencie, wrogim spojrzeniu. Cały czas tak patrzył na Shane’a, kiedy mijali się w pracy, ale nie odzywał się wiele. Tak jak teraz, kiedy po prostu minął młodszego mechanika, podszedł do niskiej lodówki i wyciągnął z niej puszkę Mountain Dew.
Shane od razu się wyprostował i zostawił ruszanie antenkami w radiu w spokoju. Spojrzał przez ramię na mężczyznę i okręcił się w jego stronę na obrotowym, niskim krzesełku. Darren za to oparł się tyłkiem o biurko, popijał gazowany napój i mierzył się ze swoim współpracownikiem spojrzeniem.
— Darren… — zaczął Shane, nie mając pojęcia, co ma mówić. David się wymądrzał, cholera. „Pogadaj z nim.” To wcale nie było takie łatwe.
Mężczyzna ściągnął brwi, jakby był zaskoczony i równocześnie zirytowany, że mechanik się do niego odzywa.
— Czego? — odpowiedział wrogo i siorbnął, a radio, jak na złość, zaczęło jeszcze bardziej dokuczliwie szumieć.
— Co za „czego”, kurwa? Pogadać chcę, weź nie pluj, kurwa, jadem od razu — odburknął Shane, samemu się napinając. Nie miał zamiaru prowadzić tej rozmowy, jeśli będzie wysłuchiwał od rozmówcy obraźliwych słów. Mógł spróbować dla dobra własnego sumienia. Ale nic na siłę!
— O czym chcesz ze mną gadać, pedale?
Znowu się napiął i miał ochotę wstać, a potem pchnąć tego kolesia, by się przewrócił przez biurko na drugą stronę. Udało mu się jednak powstrzymać. Jakimś cudem.
— O tym, że ty też lecisz na facetów i nie musisz się znęcać nad innymi, bo mieli jaja, żeby to przyznać, a nie tak jak ty — stwierdził ostro, a może nawet trochę zbyt ostro.
Takie słowa zdecydowanie nie zadziałały dobrze na jego rozmówcę. Przez chwilę Shane miał wrażenie, że Darren zmiażdży puszkę, którą trzymał. I może nawet by tak było, gdyby po chwili jej nie odłożył.
— Nie lecę na żadnych facetów! Weź spójrz w lustro, cioto, to ty się do tego przyznałeś ostatnio. Już ci na mózg jebło od dawania dupy?!
— Dobra, kurwa, nic z tego nie będzie! — Shane też podniósł głos, podobnie jak swoje ciało. Widział, że rozjuszył Darrena, a siedząc, czuł się w pewnym stopniu zagrożony. Nie miał zamiaru pozwolić mu się stłuc lub zgwałcić, jeśli tego ogarnęłaby jakaś agresja. — Wyciągam do ciebie, kurwa, rękę, mimo tego, co chciałeś mi zrobić, staram się podejść jak kumpel do kumpla, a ty z buta! Weź ogarnij się albo coś. Na piwo chodziliśmy kiedyś — dodał żywo, z żalem w głosie. Było mu przykro, że jedna rzecz zmieniła w oczach Darrena całe zdanie o jego osobie. Kiedyś naprawdę było między nimi w porządku i wydawało mu się, że mężczyzna go lubi. — Co z ciebie był za kumpel, że nagle to, co robię w łóżku, robi ze mnie kogoś gorszego?
Mieli chyba parszywe szczęście, że nikt nie wszedł do kanciapy w tym momencie, nikogo nie zaalarmowali, a szczególnie że żaden klient nie był tego świadkiem. Nie dość, że sami narobiliby sobie wstydu, odstraszyli klientów, to jeszcze szef mógłby mieć wobec nich spore „ale”. Wciąż jednak byli sami w tym ciasnym pomieszczeniu, stali dosłownie półtora kroku od siebie i patrzyli sobie twardo w oczy. Jak dwa duże samce szykujące się do rywalizacji o miejsce alfy w stadzie.
Darren chwilę mielił coś w ustach, patrzył na Shane’a z zacięciem, aż w końcu sięgnął ponownie po napój i zrobił kilka dużych łyków.
— Bo takich rzeczy się, kurwa, nie mówi — burknął w końcu.
— Nie? Ale jak wy nawijacie, jakiej to laski nie puknęliście ostatnio, to można? — odparował Shane butnie, zakładając ręce na klatkę piersiową. Irytowało go takie podejście. Wydawało mu się to skrajną hipokryzją i umniejszało wartość takich ludzi jak on.
— Bo to jest normalne.
— Chuj, a nie normalne. To jest po prostu częstsze, was heretyków jest więcej i tyle. Dla mnie na przykład to jest obleśne i wolę chuja i dupę mojego faceta.
Darren skrzywił się i machnął na niego, żeby przestał gadać.
— Nie ułatwiasz, wiesz?! Daj se siana z tymi tekstami, bo mnie wkurwiasz. Mogę obok ciebie pracować, ale jak będziesz mi przypominał, że wracasz do domu i bierzesz w kakao, to ci bełtnę do maski następnym razem!
Wszystkie słowa, które wypowiadał mężczyzna brzmiały irytująco i podjudzająco dla Shane’a. Wkurzała go ta nienawiść i agresja w głosie Darrena, szczególnie że był świadom, że ten prawdopodobnie też leci na facetów. Chociaż to nie było w stu procentach pewne. Może ktoś go kiedyś nauczył, że homoseksualistów trzeba gnoić? Może miał kiedyś złe wzorce? Nieważne. Było to irytujące. Musiał jednak powstrzymać własną złość, jak radził mu David i spróbować wyprostować swoje kontakty z tym facetem. Bo wcale dobrze mu się z nim nie pracowało przez ostatni miesiąc, od kiedy miał swój coming out. Co z tego, że nie gadali? Czuł, że Darren ma go za jakiegoś robala i nie podobało mu się to.
— To ty se daruj homofobiczne teksty, to też nie będę się wkurzał. Bo teraz mam ochotę albo dać ci w ryj, albo poopowiadać, co robię z moim facetem w łóżku — burknął i oparł się tyłkiem o szafkę z radyjkiem. Antenka dźgnęła go przy tym w plecy i muzyka znowu zaszumiała.
Darren uniósł dłoń niczym tarczę, jakby miała ona powstrzymać ewentualne słowa opisujące seks Shane’a i jego partnera.
— Dobra, dobra! Uspokój się, kurwa. Nie ma tematu. Nie gadaj o tym, jak dobrze ci z byciem ciotą, a ja ci podaruję to całe zatruwanie swoją jebaną tęczową aurą mojego powietrza.
Shane odetchnął głęboko i przetarł twarz dłonią.
— To wyluzuj. Masz w ogóle kogoś? — zapytał niespodziewanie, bo już był skonfundowany tym, co mówił Darren. A co, jeśli chciał go wyruchać po prostu, jako jakąś pseudo „nauczkę”?
— Nie mam i nic ci do tego, jak nie lubisz słuchać o laskach. Nie jestem typem związkowca. A to jest i tak gadka przy piwie, jak coś.
— No. — Shane zgodził się odruchowo, a potem bez zrozumienia popatrzył na faceta.
Ten za to skrzywił się i zupełnie niespodziewanie wyciągnął do niego rękę.
— Na zgodę. I idziemy na piwo, ale nie stawiam, bo będę myślał, że, kurwa, pedałowi funduję drineczka z palemką.
Młodszy mechanik, który już z osłupieniem miał uścisnąć jego rękę, znowu nieprzyjemnie się zmarszczył i zamiast tego wychylił się, by rąbnąć go pięścią w ramię.
— Żaden „pedał”, kurwa! Miałeś się opanować!
Darren zaśmiał się nieprzyjemnie, ale znowu uniósł obronnie ręce i wrzucił pustą puszkę do kosza na śmieci.
— Nie unoś się, bo ci żyłka pęknie. W piątek po robocie — dodał zlewczo i wyszedł z kanciapy, zostawiając Shane’a z wyrazem niedowierzania na twarzy.
Nie miał pojęcia, co zmieniło podejście Darrena. Co się w ogóle stało? Może mężczyzna też nie chciał psuć z nim kontaktu? A może chciał go naprawić po to, żeby Shane nie nakablował na jego próbę gwałtu? Shane nie bardzo wiedział, co mogło być innym powodem tej zmiany, ale spróbował nie dociekać i przyjąć rzeczy takimi, jakie były. Podejrzliwość jednak nie chciała go opuścić, kiedy po kilku minutach wychodził z kanciapy, by wrócić do pracy. Ale nieważne. Istotne było, że mógł pochwalić się Davidowi, że wszystko jest na dobrej drodze.

***

Courtney wszystkie ważne spotkania przełożył sobie na popołudnie. Wszystko po to, żeby móc rano odebrać wyniki Chase’a… ale nie tylko. Najpierw, jeszcze przed wizyta w szpitalu, pojechał do swojej psycholog. Chyba tylko podświadomie potrzebował tego spotkania, żeby uspokoić się przed myśleniem o tym, jak jeden świstek papieru może zniszczyć życie jego chłopaka. Więc wmawiał sobie, że to wszystko za sprawą Marshalla, myśli o Dustinie i jakoś dziwnie wracających do niego wspomnień o przeszłości. Tak naprawdę jednak jego umysł był zdominowany przez Chase’a i różne związane z tym wizje. Nie do końca pozytywne.
Punkt dziewiąta znalazł się w gabinecie Jennifer, po zaproszeniu usiadł na fotelu i, jak zawsze, poczekał, aż rytuał podania herbaty zostanie spełniony. W tym czasie patrzył głównie w kierunku okna wychodzącego na ruchliwą, szczególnie o tej porze, ulicę. Zasłony nie były zasłonięte, więc w jakiś sposób mocno przypominało mu to o szarej rzeczywistości.
Kobieta w skromnej, ale opiętej garsonce zakręciła się jeszcze po gabinecie i usiadła w końcu na fotelu tuż obok.
— Dawno mnie nie odwiedzałeś. Powinnam powiedzieć, że tęskniłam, czy się zmartwić?
— Chyba cieszyć, że dotąd nie było problemów — Courtney nieznacznie skłamał, bo problemów sporo miał, ale żadne z tych, którymi mógł się podzielić ze swoją psycholog. Teraz jednak był już zbyt przytłoczony własnymi myślami, żeby radzić sobie z tym samemu. — Obiecałem jednak, że przyjdę, gdy Marshall wyjdzie… I wyszedł. Powinienem się cieszyć, ale znowu jest to samo. Nie zmienił do mnie podejścia.
— Przykro mi to słyszeć. Szuka chociaż pracy? Bo pamiętam, że ostatnio nie kwapił się do tego — spytała Jennifer, opierając delikatnie łokieć o oparcie fotela.
— Najpierw udawał, że szuka, a teraz ma uraz dłoni i nawet nie za bardzo może. Wygląda na to, że znowu na trochę mam intruza w domu. Chciałbym mówić o nim inaczej, ale zbyt często mam przy nim wrażenie, że utrzymuje ze mną kontakt tylko dlatego, że dobrze zarabiam — Courtney powiedział to, co już mówił przy Jennifer nie raz. Nigdy nie udało mu się rozwiązać tego problemu.
— Myślisz, że od razu by się wyprowadził, jakby… hm, chociażby wygrał duże pieniądze?
— Może… Jeśli byłoby go stać na sprzątaczkę i kucharkę. — Courtney uśmiechnął się krzywo i założywszy nogę na nogę, odchylił się do tyłu na fotelu z filiżanką gorącej herbaty w dłoni. Przyjemnie go rozgrzewała w ten zimny poranek. Padało zresztą, a Chase już mu w smsie zamarudził, że musiał tym razem jechać do szkoły autobusem.
— Czyli to nie tylko pieniądze, a też to, że dajesz mu się wykorzystywać. Widzi w tobie kogoś niżej w hierarchii. Musisz mu gotować? Pytam o to, bo zapewne jemu bałagan nie przeszkadza, a ty go nie ścierpisz — zasugerowała kobieta i bez swojej wiedzy zachęcając Courtneya do postawienia się bratu, tak jak już ten to zrobił, kiedy Marshall spytał o obiad.
— Nie wiem… Wydaje mi się, że kiedy robię dla siebie obiad, a on siedzi obok, powinienem zrobić i dla niego. Zresztą… Jen, to dość skomplikowane. Marshall jednak stara się udowodnić jakoś, że ważne jest dla niego spędzanie ze mną czasu, czy pogadanie. Inicjuje takie sytuacje, oglądamy razem telewizję. Ale podskórnie mam wrażenie, że robi to wszystko tylko po to, żeby uzyskać to, co dla niego robię. — Courtney mówił spokojnie i mimo że ten temat był w jakiś sposób dla niego męczący oraz że nie chciał, żeby tak wyglądały jego stosunki z Marshallem, tak dzięki temu nie myślał o tym, że w szpitalu, w jednej z szuflad z innymi „wyrokami” już czekają na niego wyniki Chase’a.
Jennifer napiła się herbaty, myśląc i ze spokojem i zadumą patrzyła na swojego rozmówcę. Wyciszała całą sobą, a nie tylko tym, co mówiła.
— A umiałbyś odłączyć się od takiego myślenia? Jeśli z drugiej strony, poza jego lenistwem, widzisz jakąś inicjatywę? Może metoda „coś za coś”?
— Obiad za wspólny spacer? — zażartował kurator i napił się herbaty.
— Obiad za sprzątanie swoich rzeczy, dwa obiady za rozmowę kwalifikacyjną. Może twój brat potrzebuje takiego systemu. W więzieniu nie stosują podobnych?
Tym razem jej rozmówca wzmógł czujność i spojrzał na nią z większym zastanowieniem. Dotąd Jennifer nie przedstawiła takiego pomysłu, a on na to nie wpadł. Wydawało mu się to bardziej jak system nagród i kar, który faktycznie stosowano w więzieniach, ale na wolności bardziej kojarzył mu się ze stosunkami do podopiecznych lub tresurą psa.
— Tak, zdecydowanie tak. Nie wiem tylko, jak Marshall by się na to zapatrywał.
— Zapewne źle. — Kobieta uśmiechnęła się kącikiem ust. — Ale zapewne też nie cieszy się, kiedy wypominasz mu brak pracy, czy upominasz, żeby jej poszukał?
— Krzywi się i szuka wymówek. Zawsze jakąś znajdzie. Ale może będzie to jakiś sposób na niego. Choć nie wiem, czy nie da mu to zielonego światła do dłuższego zapuszczenia korzeni.
— Na razie jednak chyba mieszkasz sam, prawda? A z tego, co się domyślam, lubisz z kimś żyć i kogoś karmić. — Jennifer uśmiechnęła się delikatnie.
Tym razem w głowie Courtneya pojawiło się czerwone, ostrzegawcze światło. Jennifer dobrze celowała, a on… on już miał z kim żyć, a raczej z kim sporadycznie pomieszkiwać i kogo karmić. Nastoletniego chłopaka, swojego podopiecznego.
Milczał chwilę, podgryzając wnętrze policzka, a kiedy najwyraźniej i w głowie psycholog pojawił się ślad alarmu, a raczej intuicji i spojrzała na niego pytająco, Courtney opadł tyłem głowy na oparcie fotela.
— Mam kogoś — powiedział w końcu. — Dlatego Marshall jest jeszcze większą niewygodą. Nie akceptuje mnie przecież.
— A już wie o tym kimś? — kobieta spytała, robiąc poważniejszą minę.
— Tak. Spotkali się, kiedy u mnie nocował. Jen, jestem w stanie dawać schronienie Marshallowi, ale mam swoje życie prywatne. Nie chcę, żeby jego obecność sprawiała, że nie mogę czuć się u siebie swobodnie… — Po tym zdaniu uśmiechnął się blado i napiwszy się herbaty, dodał: — Choć on i tak do tego doprowadza.
Jennifer posłała mu pocieszający uśmiech.
— Zadam ci mimo wszystko pewne pytanie. Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz, ale… czy jeśli Marshall by cię akceptował, to nadal nie czułbyś się przy nim swobodnie?
Ciemne, wąskie brwi kuratora delikatnie się ściągnęły, a on chwilę trwał w ciszy z wargami przy skraju uroczej, beżowej filiżanki w kwiecisty wzór.
— Nie. Chyba w tym wszystkim właśnie chodzi o akceptację. Pewnie denerwowałoby mnie, że mnie wykorzystuje, ale… czułbym się dla niego bardziej bratem. Trochę bliższy, chciany jako ta osoba, która ma z nim więzy krwi. Ale Marshall uważa mnie za ciotę i babę — skończył gorzkim tonem. — Więc tak, Jen, twoja teoria „coś za coś” może pomóc w walce z wykorzystywaniem, ale nie pokażę mu tym, że nie jestem kimś gorszym od niego.
— A co myśli o twoim… chłopaku? Partnerze? Jak wolisz, abym go nazywała?
— „Chłopaku”. Nie jest to chyba na tyle stabilne, by mówić poważniej. A Marshall byłby wrogi wobec każdego faceta, z którym bym był. Nie akceptuje mojej orientacji, a nie moich partnerów — wyjaśnił Courtney. — Choć chyba jest dodatkowo zniesmaczony wiekiem mojego chłopaka… Niskim wiekiem.
Psycholog ściągnęła brwi pytająco.
— Jak niskim? Pytam, bo początkowo miałam ci zasugerować, że może twój chłopak by trochę zmienił podejście twojego brata do twojej orientacji.
Courtney zaśmiał się krótko i odstawił filiżankę na stoliczek.
— Nie polubili się raczej. Mój chłopak ma siedemnaście lat.
— Oh… — Kobieta na sekundę straciła swój profesjonalizm, okazując Courtneyowi szok po tej informacji. — To… jeszcze nie jest pełnoletni. I dzieli was dziesięć lat?
Mężczyzna spodziewał się takiej reakcji. Podobnie jak Walt i jego partner byli w szoku, jak Marshall był w szoku… Wszyscy uważali, że nie jest to najlepsze. A jednak… jednak gdy byli razem, było wspaniale. Zasady moralności, które miał dobrze ugruntowane, odchodziły w niepamięć, gdy był z Chasem. Co z tego, że był jego podopiecznym? Że był nastolatkiem? Że miał masę problemów? Było mu z nim fantastycznie.
— Tak. Ale mimo to jest dobrze. Mimo to go kocham — odpowiedział, patrząc w oczy swojej wieloletniej psycholog i pierwszy raz nie tylko na głos, ale i w myślach wypowiadając te słowa. Zupełnie jakby dopiero teraz, w tej sekundzie to sobie uświadomił.
Jennifer patrzyła tylko na niego dobrą chwilę. Nawet postronny obserwator dostrzegłby, że była emocjonalnie związana z Courtneyem, bo ewidentnie nie zachowywała się tak, jak powinna.
— Jesteś tego pewien, czy… czy mówisz mi to, żeby mnie uspokoić? Chociaż, nie… to mnie nie uspokaja.
Swoją reakcją mimowolnie wywołała u Courtneya krótki śmiech. Mężczyzna wręcz trochę się zawstydził i zakrył odrobinę rumieniącą się twarz dłonią.
— Nie kłamię.
— Zaczynam widzieć… — Jennifer podzieliła się z mężczyzną swoim oszołomieniem kolejny raz, po czym sama przetarła delikatne twarz dłonią. — Dobrze, jeszcze raz. — Odetchnęła. — Umawiasz się z siedemnastolatkiem — wiek jakby niechcący, a może właśnie specjalnie podkreśliła — którego nie akceptuje twój brat i… Courtney, muszę znać pełny obraz, żeby ci pomóc, rozumiesz, prawda?
Tym razem jej rozmówca spoważniał. Miał tego świadomość. Tak samo jak tego, że jego związek wciąż był związkiem z podopiecznym. A to nie było do wybaczenia. Zresztą, podejrzewał, że skończy się najpóźniej w momencie, kiedy termin jego opieki dobiegnie końca.
— Tak, rozumiem — odpowiedział, odsuwając dłoń od twarzy. — Chase Lash jest moim podopiecznym, pomieszkuje u mnie i wiążą nas kontakty seksualne. Nazywa mnie swoją dziewczyną, mamy doskonały seks, spędzamy razem wiele czasu, a ja po części adoptowałem jego psa. I oczywiście nikt o tym nie może wiedzieć. To jest cała prawda, Jen. Mam pod górę w życiu tak bardzo, jak już dawno nie miałem.
— Ale… — Kobieta tym razem zachowała spokój, chociaż na jej twarzy nieznacznie odbił się szok, a może nawet stres, kiedy dowiedziała się, w czym ma „pomóc”.
Courtney jednak tego nie chciał na nią zrzucać. Dlatego właśnie przyszedł z problemem zatytułowanym „Marshall”, a nie „Chase”. Chase był jego wyborem. Wplątał się w to z własnej woli i nawet nie wiedział, co miałby zrobić, żeby ten problem nie był problemem. Jedyne, co mogłoby mieć na to wpływ, to stanie się nagle przez Chase’a przynajmniej dwudziestoletnim facetem, będącym pogodzonym ze swoją orientacją i niezwiązanym z jego profesją.
— Spokojnie, Jen. Nie musimy o tym rozmawiać. Nawet nie chcę — dodał z lekkim uśmiechem, żeby pocieszyć i ją, i siebie. Nie chciał w tej sekundzie zbyt wiele myśleć o tym chłopaku, bo stresował się wizytą w szpitalu. — Załóżmy, że na ten moment mój brat jest kluczowym problemem.
— Wiec przyznajesz, że ten chłopak też jest problemem, Courtney. — Kobieta westchnęła i przesunęła się bliżej, na skraj fotela. — Ten chłopak jest twoim podopiecznym, jest nastolatkiem, do tego właśnie mi powiedziałeś, że go kochasz, a on nazywa cię dziewczyną. Nie myślisz, że to może mieć na ciebie gorszy wpływ niż Marshall, do którego słów już się na swój sposób przyzwyczaiłeś i wiesz, że są błędne?
— Mm… — zaczął mężczyzna, ale poczuł się trochę skonfundowany. Przestał popatrywać po wnętrzu tego niewielkiego saloniku czy za okno, na ruchliwą ulicę, a skupił się całkiem na rozmówczyni. — Jest niedostosowany społecznie, pochodzi z patologicznej rodziny i wierzy stereotypom. Na ten moment nie mogę mu zacząć dobitnie uświadamiać, że pieprzy się z facetem. Wiem, że to oczywistość, ale samo nazywanie tego inaczej chyba pomaga mu w akceptowaniu swoich popędów.
Jennifer skrzywiła się bardzo delikatnie.
— W tej chwili, kiedy to mówisz, dwie opcje mi się klarują. Pierwsza, że zastosujesz się do moich starych rad, że uciekanie przed problemami wcale ich nie rozwiązuje. I to tyczy się też tego chłopaka. Albo że… zasugerujesz mu, żeby się ze mną spotkał.
Jej sugestia dosłownie wbiła Courtneya w fotel. Mężczyzna momentalnie wyobraził sobie taką sytuację i… zdecydowanie nawet nie miał pojęcia, jak Chase mógłby zareagować na taką sugestię.
— O czym chciałabyś z nim rozmawiać? — zapytał z podejrzliwością, nie co do planów Jennifer, a co do całego pomysłu, który w jego mniemaniu nie zadziałałby pozytywnie na ich relacje, a wręcz przeciwnie.
— O tym, o czym z tobą rozmawiałam, kiedy się u mnie pierwszy raz znalazłeś. O nim samym — wytłumaczyła ze spokojem.
Courtney westchnął ciężko i zakrył twarz dłońmi. Czuł się, jakby kroczył we mgle z dodatkowo zasłoniętymi oczami, całkowicie po omacku. Dlaczego nigdy nie nauczyli go, jak zachować się w sytuacji, kiedy sypia się ze swoim nastoletnim podopiecznym, który nie wierzy w to, że jarają go faceci i który w momencie pojawienia się problemu zawsze od niego ucieka? Do tej pory działał intuicyjnie, a niestety nie miał pewności, czy ta intuicja kiedyś go nie zawiedzie.
— Nie wiem, Jen… Jest bardzo zamknięty — wydusił w końcu.
— Też zbyt chętnie nie mówiłeś o swojej matce czy o bracie. Teraz też, mam wrażenie, że przypadkiem dowiedziałam się o tym, że zaangażowałeś się w związek z kimś, kto może cię skrzywdzić.
— Chase nie może mnie skrzywdzić — odpowiedział od razu, ściągając brwi i nie rozumiejąc. — To ja jestem tym starszym, a on nie ma wobec mnie żadnych brutalnych skłonności.
Jennifer odetchnęła i oparła się na powrót wygodniej w fotelu.
— Emocjonalnie, Courtney.
Mężczyzna nie odpowiedział od razu, bo nie wiedział do końca co. Nie chciał analizować pesymistycznych scenariuszy. I tak mieli na głowie dość problemów, by zagłębiać się w takie myśli.
— Nie wiem, czy twoja rozmowa z nim byłaby dobrym rozwiązaniem… Ale pozwól, że o tym pomyślę. Może będziesz w stanie zdziałać cuda. — Uśmiechnął się blado i uprzejmie poprosił o dolewkę herbaty z gustownego czajniczka stojącego na stoliku kawowym.
Kobieta od razu do niego sięgnęła.
— Nie wiem, czy jestem cudotwórcą, ale nie chciałabym znowu widzieć cię w dołku — mówiła, nalewając herbaty. — Ktoś dla ciebie byłby dobrą receptą na twoją potrzebę opieki, ale jednocześnie brak stabilności cię niszczy. Jako twój psycholog, muszę mieć to na uwadze.
Courtney przytaknął, patrząc, jak powoli jasna herbata wlewa się do jego filiżanki. Dziwnie uspokajał go ten rytuał, a dodatkowo, będąc tutaj, miał pewność, że był w towarzystwie osoby, którą faktycznie obchodziło jego samopoczucie.
Spędził w gabinecie Jennifer jeszcze jakieś dwadzieścia minut, nim wyszedł, żeby wreszcie pojechać do szpitala. Nie rozmawiał o tym z Chasem, ale obaj wiedzieli, że miało to dziś nastać. Courtney tylko nie wiedział, jak miałby mu przekazać to, co ujrzy na wynikach badań. Zostawiał wymyślenie sposobu na sam koniec, starając się wierzyć z całych sił, że chłopak nie będzie chory.
Ściany szpitala wydawały mu się podejrzanie węższe niż ostatnio. Jakby ściskały go z każdej strony, gdy tylko podążał długim korytarzem do odpowiedniego okienka. Całe ciało mrowiło go nieprzyjemnie. Nie chciał odbierać tych wyników. Wolałby po prostu wiedzieć, jakby sama wizja utrzymania kartki z wynikami miała być dla niego wielkim wyzwaniem. Ale równocześnie miał świadomość, że dla Chase’a byłoby to jeszcze trudniejsze. W końcu to o niego chodziło. Courtney więc mógł się tylko domyślać, o ile cięższe dla niego jest to oczekiwanie.
Kiedy kilkanaście minut później trzymał kopertę z wynikami Chase’a i siedział z nią na plastikowym krzesełku pomiędzy ludźmi czekającymi w kolejce do sąsiedniego gabinetu, stracił poczucie czasu. Był jednak pewien, że przynajmniej dwójka ludzi zmieniła miejsca obok niego. Ostatecznie po lewej miał mężczyznę z lekką nadwagą, non stop chrząkającego, a po prawej nastolatkę w ciąży. I kiedy wreszcie rozłożył kartkę i ze ściśniętym sercem spojrzał na jej zawartość, nieznośnie powoli wciągnął powietrze do płuc, pochylił się nisko i schował twarz w dłoniach, a jego palce mocno ścisnęły papier.

10 thoughts on “Newton’s Balls – 50 – Akceptacja

  1. Shivunia pisze:

    rehab-e >> Chase jest mocno zacofany emocjonalnie i tu nawet nie będę udawać. Ale na jego obronę mogę powiedzieć, że słowo „kocham”, „zależy mi” itp, w ogóle prawie nie występują w jego słowniku, bo nikt nigdy go tego nie nauczył. Dziadkowie są skończonymi draniami, a ojciec siedzi w pierdlu i to nie męskie aby kochać dzieciaka i mówić o tym głośno. Dlatego Chase może jak coś czuje już nawet teraz do Courtneya, to nie wie co to jest, na pewno nie umie tego nazywać. A skoro on tego nie wie, to my też nie możemy mu tego wcisnać. A ta dziewczyna hehehe, cóż, taka ich mała dziwna specyfika ;p
    Wyniki badań, to jak to Kat zaczerpnęła chyba z Simsów – jesteśmy cesarzami zła.
    Shane … coż, wszystko się okaże, to nie koniec historii ;) Ale podoba nam sie wasz tok myślenia.
    Także ciepło pozdrawiamy :D

  2. rehab-e pisze:

    Cholera. Wiedziałam, że Courtney go kocha, ale jak to powiedział…
    Szkoda tylko, że Chase jest jeszcze tak bardzo w tyle z tym uświadamianiem sobie pewnych rzeczy. Drażni mnie trochę to, że nazywa Coney dziewczyną i nie dociera do niego, że umawia się z facetem, więc jest gejem (albo przynajmniej bi). Także szkoda mi trochę Courtney’a i jestem ciekawa, jak to się dalej będzie rozwijać…
    A po jego reakcji, gdy zobaczył wyniki, to można się wszystkiego spodziewać. Nie lubię, gdy wprowadzacie takie napięcie xD
    No i jeszcze Shane… Dla mnie to trochę podejrzane jest to porozumienie z tym kolesiem. Nie mówiąc już o tym, że na miejscu byczka, to całkowicie bym go olała i nie szukała z takim człowiekiem kontaktu. No ale jak kto woli ;>
    Pozdrawiam!

  3. Katka pisze:

    O., oj tam oj tam, i to bracia i to bracia XD Ale mógł być delikatniejszy, to prawda. Jednak to Marshall. On subtelny nie jest. A co do psycholog, to na razie tylko gdybanie, bo Courtney nie jest pewien, czy to w ogóle dobry pomysł… Ale na pewno jakaś zmiana by tu zaszła. Pytanie, czy na dobre wyszłoby im angażowanie do tego ich związku osoby trzeciej. Jeszcze by im namieszała w głowach… :( Haha a Courtney… no cóż, bo on kocha, ale jest raczej pesymistycznie do tego nastawiony XD chyba znowu wychodzi z niego taka osoba, co to chce, żeby ktoś był szczęśliwy bez względu na to, czy sam na tym nie ucierpi.

  4. O. pisze:

    Za tą przysługę, którą Marshalowi wyświadczył Courtney ten mógłby mu pomóc lżej zdjąć te plasterki, chyba że w innym czasie się odwdzięczy xD Choć to pomiędzy innymi braćmi wolałabym takie przysługi xD
    No a ta psycholog nie będzie tak kombinowała w rozmowach, by Chase zaakceptował siebie, ale żeby równocześnie rezygnował z kuratora? Ona jest objęta tajemnicą i nie może niczego wprost zasugerować osobom trzecim ale im może xD
    No i Cortney jest super, tu mówi, że wie iż ich związek się skończy, tu mówi, że kocha. W co on pogrywa xD

  5. Katka pisze:

    Damiann, właśnie tak, opcje są dwie. I teraz kmina, co to mogła być za reakcja. Czy ulga, czy rozpacz… Staramy się być nieprzewidywalne, więc nic nie zdradzę. „Ale kurator mu o tym nie powie, bo bedzie mu zbyt przykro i to moze zniszczyc ich relacje, bo przeciez Chase nie chcial wiedziec o wyniku!” – i tak, to też jest bardzo możliwe. Courtney jest miękki wobec Chase’a i bardzo nie chce mu psuć życia…

    Bebok, to chyba w jednym jesteśmy przewidywalne – wiadome było, że skończy się w złym momencie XD Trzymaj kciuki mocno za Chase’a. Chociaż z genetyką to nie przelewki. A Chase i psycholog – jakkolwiek by mu to faktycznie pomogło, tak jednak zgadzam się, że ucieszony by nie był. To w 100% pewne.

    Kasia, hehehe, czujemy się kochane i nienawidzone XD I tak jak mówiłam Bebok, też myślę, że Chase’owi by się ktoś taki przydal, ale na pewno w jego przypadku byłaby to dłuuuuuuga droga. Jest koszmarnie zamknięty w sobie. A co do tego – „ Poczekam, bo ta szybka kapitulacja Darrena jest trochę podejrzana.” – to powiem tylko tyle, że na pewno Darren jeszcze nie skończył ze swoim wątkiem XD

    Wadera, od razu torturowanie… XD Nikt nam nic nie udowodni! Co do Shane’a – tak, powinien uważać. Darren już pokazał, ze jest nieprzewidywalny a wiemy, że tacy ludzie są bardzo niebezpieczni. Shane musi uważać…
    Pani psycholog chyba chciała pomóc przyjacielowi bardziej niż pacjentowi. I chyba tez zdaje sobie sprawę, że Courtney nie powiedziałby jakiemuś innemu psychologowi, że jest ze swoim podopiecznym, tak samo jak Chase by tego nie zrobił. Ale prawda, coś tu zgrzyta, to na pewno. Pytanie zresztą, czy Courtney chciałby na serio, żeby Chase chodził do psychologa. „Mam tylko nadzieję, że jeśli Chase dowie się że jest chory nie zostawi Courtney’a.” – to byłoby mega smutne :(

  6. Wadera pisze:

    Och, no oczywiście! Musiałyście urwać rozdział właśnie tu prawda? Takie końcówki zaczynają podpadać pod torturowanie czytelników :P
    Rozdział ogólnie mi się podobał.
    Współczuję Courtney’owi tych naklejek. Mnie by bolało już na ręce, więc nie wyobrażam sobie ich na zmaltretowanych sutkach.
    Co do Shane’a to moim zdaniem powinien bardziej uważać. Darren może serio na niego lecieć, a przy swoim zaprzeczeniu…różne rzeczy mogą się dziać.
    Pani psycholog zachowała się raczej mało profesjonalnie. Jeśli ma pod opieką Courtney’a nie powinna raczej brać równolegle jego chłopaka. Konflikt interesów. No chyba, że to ma być jedna, dwie sesje na których będzie omawiany wyłącznie Courtney, ale przecież sama powiedziała, że chce rozmawiać o Chas’ie. Trochę mi to zgrzyta.
    Wyniki… normalnie powiedziałabym, że wynik jest negatywny, ale to jesteście WY więc w sumie nigdy nic nie wiadomo. Mam tylko nadzieję, że jeśli Chase dowie się że jest chory nie zostawi Courtney’a.
    Pozdrawiam,
    Wadera.

  7. Kasia pisze:

    Taa… też się spodziewałam że tak urwiecie ten rozdział, za co w tym momencie Was szczerze nienawidzę 😆Rany, mam nadzieję że to dobre wiadomości.
    Ja tam uważam ze Chasowi przydało by się pogadać z Panią psycholog, tylko jakoś ciężko mi sobie wyobrazić jak otwiera się przed nią, no ale przecież nie wszystko osiąga się od razu. Ciekawe czy Courtney zastosuje system nagród w relacjach z bratem, to będzie interesujące :)
    Co do Shane i Darrena jakoś nie mam żadnych przemyśleń, może jest już za późno i słabo mi pod kopułką pracuje :) Poczekam, bo ta szybka kapitulacja Darrena jest trochę podejrzana.
    Dziękuję i pozdrawiam ☺

  8. Bebok pisze:

    Skąd ja wiedziałam że w tak cudnym momencie zakończycie rozdział…. nie wytrzymam z nerwów… mam nadzieję, że była to reakcja po tym, jak poczuł ulgę a nie załamka totalna….. Błagaaaaaam, Chase nie może być chory :(:(:(:(:(:(:(:(:(

    A teraz wielki powrót do początku rozdziału. Odklejanie serduszek…. auć >_< W końcu Corn się wygadał terapeutce… Chase by się nie ucieszył gdyby ten mu zaproponował wizytę u psychologa. Pewnie była by kolejna drama tak jak z tymi badaniami.

    Shane i Darren zakopują powoli topór wojenny xD Dziwnie tak.

  9. damiannluntekurbus17 pisze:

    A jesli bedzie chory, to mysle, ze gdy kiedys nadejdzie dzien ich rozstania to bedzie pewnie kuratorowi ciezko to zrobic, bo wie, ze Chase nie ma nikogo kto by sie mogl nim zaopiekowac :(

  10. damiannluntekurbus17 pisze:

    Plasterki na sutkach nie sa takie zle! Najgorzej jak ciagna za wloski… XD
    Ta koncowka moze oznaczac dwie rzeczy –
    1. Courtney dowiedzial sie, ze Chase jest chory i ze smutku mocno scisnal papier.
    2. Courtney dowiedzial sie, ze Chase nie jest chory i ze szczescia mocno scisnal papier.
    Mam nadzieje, ze nie bedzie chory. Chociaz nie wiem, znajac was to pewnie mu dowalicie… XD Ale kurator mu o tym nie powie, bo bedzie mu zbyt przykro i to moze zniszczyc ich relacje, bo przeciez Chase nie chcial wiedziec o wyniku!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s