Across The Cursed Lands III – 28 – Wieści od zaginionego przyjaciela

Mimo że listopad już się zaczął, dziś było szczególnie ciepło. Każda z osób przebywających na ranczu, poza Williamem pracującym nad czymś w domu, korzystała z ciepłej temperatury i braku uporczywego ostatnimi dniami wiatru. Nicholas i Eddie rozmawiali o protezach, a Maverick siedział na schodkach na ganku, z gitarą opartą o udo i brzdękał strunami, wygrywając jakieś spokojne ballady. Jefferson przysłuchiwał się rozmowie i cieszył się słońcem. Po ostatnich wydarzeniach miał jakąś dziwną potrzebę, żeby znaleźć właśnie taką chwilę na odpoczynek i relaks w czystej postaci. Zresztą, znowu kiepsko spał, dlatego przymknięcie oczu na kilka minut w ciągu dnia wydawało mu się jak najbardziej na miejscu.
— Przynieść coś komuś? — Nicholas w pewnym momencie wstał, bo zebrała mu się ochota na jakiś napar.
— Mleko z miodem? — zapytał Maverick, oglądając się na niego.
Generał miał ochotę pochylić się do niego i z cichym „mhm, kochanie” pocałować go w policzek. Ale Eddie siedział tuż obok.
— Dobrze — odpowiedział więc i że nikt inny o nic nie prosił, wszedł do domu i zobaczył tam Williama. Znów nad czymś pracującego. Momentalnie przybrał postawę złego niedźwiedzia. — A ty? Coś chcesz?
— Słucham…? — William uniósł na niego nieprzytomne spojrzenie.
Znowu wokół niego walało się mnóstwo papierów, ale były też jakieś podejrzane fiolki i miseczka z białym proszkiem.
— Pytałem, czy coś chcesz do napicia się… — mruknął Nicholas. Od razu też podszedł do biurka zajmowanego przez lekarza i chwycił pierwszą lepszą kartkę. — Czym ty się tu jeszcze zajmujesz?
Zdążył co prawda przeczytać pierwsze zdanie z notatek lekarza, zanim ten mu ją wyrwał, ale i tak nic mu to nie powiedziało, bo były tam jakieś nazwy związków chemicznych czy innych podejrzanych rzeczy. Nie miał żadnej wiedzy, żeby to rozpoznać.
— Próbuję pozbierać notatki mojej mamy — skłamał chłodno William, odkładając kartkę na poprzednie miejsce. — I dziękuję, popijam whisky.
— Dopiero minęło południe. — Nicholas znowu się skrzywił, ale na pewno nie wycofał. Oszukanie go nie było czymś prostym, bo znowu skinął na notatki. — I co w tych notatkach matki masz, że od kilkunastu dni siedzisz tylko nad nimi z takim skupieniem?
— Informacje, które absolutnie nic by ci nie powiedziały, Nick — odparł William i wbrew komentarzowi generała, sięgnął po swoją szklankę z bursztynowym napojem. Napił się łyczek, patrząc swoim błękitnym okiem prosto w oczy starszego mężczyzny i czekając na to, aż ten odpuści. Ten jednak nie był prostym graczem. I stał teraz z założonymi rękoma nad lekarzem.
— Możesz mi wyjaśnić, co ukrywasz?
Alkohol zniknął w gardle lekarza, który wyglądał na pozornie spokojnego, wbrew temu, że był teraz właściwie przesłuchiwany. Atmosfera pomiędzy nim a generałem była w tym momencie ciężka, mimo że obaj słyszeli z ganku relaksującą muzykę Mavericka.
— Nic nie ukrywam. Przeglądam notatki mamy, próbuję sprawdzić, czy coś ciekawego mogę z nich dla naszej sprawy wydobyć. Gdy walczyliśmy z korbarami z Jeffem, zbudowałem nam bombki, które uratowały nam życie. Nie chcę być bezużyteczny.
Generał nie wydawał się przekonany. Obserwował Williama od dłuższego czasu, kiedy ten robił coś innego, niż mówił wszystkim. Nicholas zresztą nie raz sam czuł się właśnie bezużyteczny, więc robił to, w czym był całkiem dobry, a mianowicie obserwował i szukał poszlak. A lekarz był teraz jak jedna wielka poszlaka. Kręcił i sam nie czuł się pewnie w swoim małym kłamstwie.
— I coś znalazłeś? Może podziel się z nami tym na ganku. W końcu Eddie też zna się trochę na technice. Może ci pomoże… jeśli oczywiście nie zajmujesz się czymś kompletnie innym.
— Nie potrzebuję do tego pomocy Eddiego. Niech odpocznie razem z wami. Sporo napracował się przez ostatnie dni nad twoimi protezami — zauważył William i znów napił się alkoholu, nim skinął na rozmówcę. — Sprawują się?
Ten już wyglądał na autentycznie poirytowanego.
— Wiesz o tym, że mogę ci zwyczajnie rozkazać oddać te notatki i nie będzie miejsca na takie przekręty? Jesteśmy w tej złej sytuacji razem, ale nadal jesteś moim podwładnym. A to, co teraz wyrabiasz, wygląda bardzo, bardzo źle, panie Lockerbie.
William lekko zacisnął szczęki, a jego jasne brwi ściągnęły się, gdy obdarzył generała oschłym spojrzeniem. Profilaktycznie zabrał notatki w jeden plik i przysunął bliżej siebie.
— Mogę zapewnić, że to, co robię, nie zagrozi naszej misji w najmniejszy sposób, generale Orkenzy — odpowiedział formalnie i sucho, skoro przeszli na taką formę.
I naraz podskoczył, chociaż nie był już na tyle trzeźwy, żeby reagować nerwowo, kiedy Nick uderzył dłonią w blat stołu i pochylił się do niego. Spojrzał mu w oko z groźbą.
— Mam pana na oku, panie Lockerbie. I naprawdę radziłbym nie kłamać, bo nie wyjdzie z tego dla pana nic dobrego — syknął mu w twarz, po czym wyprostował się i wyszedł do kuchni.
William popatrzył za nim z zacięciem. Nic nie zawołał, ani nie skomentował. Zebrał za to wszystkie swoje papiery i notatki, pióro wsadził do kieszonki w marynarce, pod pachę wcisnął książkę, a w wolną dłoń wziął szklankę z whisky. Po tym zwyczajnie wyszedł, nie zamierzając spędzać czasu w domu, skoro Nicholas tak się zachowywał. Łokciem otworzył drzwi i minąwszy trójkę siedzącą na ganku, podążył pewnie w stronę stodoły.
Maverick aż przestał grać na gitarze i zapatrzył za nim. Jefferson także uchylił powieki i popatrzył pytająco na Zwierzaka.
— Wiesz, co się dzieje? — spytał, rozważając, czy powinien wstać i upewnić się, czemu nagle William tak wyszedł z domu.
— Przychodzi mi do głowy tylko spięcie z Nickiem — odparł gospodarz, tym razem oglądając się na wejście do domu, ale generał jeszcze nie wracał. Najpewniej gotował wodę na zioła i podgrzewał mleko.
— Mmm… — stęknął Jefferson i wstał ze swojego wygodnego, zajętego już miejsca. — W takim razie raczej muszę z nim porozmawiać — mruknął, wyprostował się, przeciągnął i… zmarszczył. — Mav, chyba ktoś tu jedzie.
Eddie uniósł wzrok, żeby wypatrzeć to, co ujrzał Ranger. Maverick za to od razu odłożył gitarę i szybko wszedł do domu po strzelbę. Zawołał:
— Nick, ktoś jedzie!
A po tym znów wyszedł i zeskoczył szybko po schodkach z ganku. Ze strzelbą w pogotowiu ruszył w kierunku bramy. Jefferson poszedł za nim, uznając, że mężczyźnie przyda się towarzystwo. Nicholas za to wyszedł na ganek, a tylko Eddie nie ruszył się ze swojego miejsca.
Jeźdźca było widać coraz wyraźniej. Ewidentnie unosił jedną rękę w górę.
— Wiozę list, nie strzelać! — Maverick z Jeffersonem usłyszeli po chwili jego głos, a ten pierwszy poznał nawet człowieka, który do nich jechał.
Już kilka razy przywoził mu paczkę na ranczo i za każdym razem gospodarzowi wydawało się, że robi to z wielkim bólem serca, jakby obawiał się, że zostanie nafaszerowany ołowiem. I miał rację, bo Maverick bynajmniej nie rozluźnił uścisku na strzelbie.
— Co wieziesz?! — krzyknął, powoli się zbliżając. Nie zamierzał pozwolić temu człowiekowi przekroczyć bramy rancza.
— List, człowieku! Uspokój się, to tylko pieprzony list! — Posłaniec zaklął głośno, bo najwyraźniej nie podobało mu się, że tu jest.
Zatrzymał konia przed ogrodzeniem i wyjął z bocznej kieszeni zaklejoną kopertę. Miał na sobie uniform typowy dla pracowników poczty, ale i tak poziom zaufania u Mavericka wręcz nie istniał. Dlatego nie powiedział nic uspokajającego, nie przeprosił za podejście i tylko zabrał mu z rąk kopertę.
— Dostarczone. Do widzenia — powiedział, machając na jegomościa strzelbą.
— Wolałbym nie… — Listonosz odetchnął ciężko, ale nie ociągał się, tylko ulotnił, żeby udać się znów w swoją stronę. Nie chciał tu przyjeżdżać i było to widać jak na dłoni.
Maverick jeszcze chwilę patrzył na jeźdźca, a dopiero po tym podał Jeffersonowi swoją strzelbę i pospiesznie otworzył kopertę. W środku była nieduża kartka napisana starannym pismem.

Moi drodzy kompani,
Wybaczcie niespodziewany list, ale czuję się ostatnio dość samotny. Myślałem o wspólnym wieczorze i pogaduchach. Może odwiedzicie mnie kiedyś? Wspominam z utęsknieniem te kwietniowe wieczory, które jeszcze spędzaliśmy z drogim, żyjącym wówczas Charliem.
Z życzeniami zdrowia,
B.S.

— Co to? — spytał szybko Jefferson, zaglądając Maverickowi przez ramię.
Zwierzak przeczytał całość trzy razy, czując coraz szybciej rosnące napięcie. Aż w końcu zaklął pod nosem, mimo że dotąd Jefferson chyba nie słyszał z jego ust ani jednego przekleństwa.
— Show. Jest w niebezpieczeństwie. Wyjeżdżamy — powiedział twardo i zabrawszy od Rangera swoją strzelbę, ruszył biegiem do domu. Jako że Eddie i Nicholas byli na ganku i czekali na ich powrót, Maverick po zbliżeniu się, od razu zwrócił się do swojego partnera: — Ben ma kłopoty i jakieś informacje. Jest w Charleston — dodał szybko i wbiegłszy po schodkach, podał mu list.
Nicholas nie odpowiedział, tylko przeczytał treść listu. Ściągnął groźnie brwi i zmarszczył nos.
— W porę pisze, do kurwy! — zaklął i zatrzymał dłonią Jeffersona, który chciał jeszcze spytać, co się właściwie dzieje. — A ty idź do tego swojego lekarza i przekaż mu, żeby pakował manatki.
— Wyjeżdżamy? — zapytał Eddie.
Maverick spojrzał na niego, świadom, że kowala właściwie nie musieli fatygować do Showa.
— Tak… Musimy się szybko spakować i ustalić jakiś plan. Spakuj się. Zaraz coś wymyślimy — zasugerował, sam już porywając swoją gitarę i razem z nią oraz ze strzelbą wszedł do domu.
Nicholas wszedł za nim, a Jefferson udał się do stodoły, żeby poinformować Williama o liście, który właśnie dostali. Przy okazji zamierzał spytać, o co ten pożarł się z generałem.
Zastał go przy wielkim, ciężkim biurku, na który Eddie tworzył protezy. Teraz narzędzia były posprzątane, a pracownia znów zaczęła bardziej przypominać stajnię. William zaś skrobał coś na swoich notatkach. Jeśli Jefferson dobrze widział, były to jakieś równania.
Podszedł do partnera i położył mu dłoń na ramieniu.
— Will, przyszedł list od Showa. Wyruszamy do Charleston.
Lekarz odsunął kartkę i obejrzał się na niego z uwagą.
— List? Teraz? Coś się stało?
— Nic nie wiem. Poczta przyszła zaraz po tym, jak wypadłeś z domu jak poparzony. Co w ogóle się tam wydarzyło? — spytał Ranger, stojąc nad lekarzem z dłońmi w kieszeniach płóciennych spodni.
William nie okazał po sobie spięcia. Jedynie zaczął wszystko zbierać w jeden plik.
— Nick, jak sam wiesz, potrafi być bardzo nieprzyjemnym w obyciu człowiekiem. A ja, gdy nie mam odpowiedniego humoru, nie pozostaję dłużny. Drażniło go, że nie siedzę z wami.
— To w sumie dobre pytanie, czemu nie siedziałeś z nami. Nad czym tak cały czas siedzisz? Protezy Nicka już są na miejscu, przetestował je wczoraj, jak z Mavem pojechali nad jezioro. — Jefferson zaśmiał się na koniec, bo obaj wiedzieli, po co ta dwójka wyrwała się na chwilę z rancza. I nie po to, żeby sprawdzić możliwości nowych kończyn generała. A przynajmniej nie tylko.
— Zabrałem z domu notatki mamy. Chcę zadbać o jej dziedzictwo — skłamał znowu William, na szczęście nie musząc patrzeć mu w oczy, gdy to mówił. — Spieszymy się? Kiedy wyjeżdżamy?
— Mav i Nick kazali się pakować, więc pewnie niedługo. Nie wiem, czy nie jutro. Słyszałem, że Show jest w niebezpieczeństwie — wyjaśnił Jefferson i znów położył dłoń na ramieniu lekarza. Pomasował jego barki. — Jesteś jeszcze bardziej spięty niż ja.
Lekarz przymknął na moment powieki, poddając się temu dotykowi. Nawet zapomniał o zbieraniu swoich rzeczy.
— Mówiłem, że nie tylko ty się tym wszystkim stresujesz — odparł cicho, po czym odwrócił się i pocałował go delikatnie. — Spróbuję to spakować i zaraz wrócę do domu. Dziś już jest późno. Mam nadzieję, że wyjedziemy dopiero jutro.
— Zobaczymy. Wracam tam, żeby zbadać teren. Nie każ na siebie czekać — odparł Ragner i pocałował go.
Dopiero po tym odsunął się, żeby wrócić do domostwa i zobaczyć oraz posłuchać, jaki jest plan.
W domu zastał duże… migracje. Maverick chodził od pokoju do pokoju, zbierając potrzebne rzeczy. Eddie składał ubrania, żeby spakować je do torby, a Nicholas porządkował dokumenty.
— Wyjedziemy skoro świt — powiedział Maverick na widok Jeffersona, właśnie wyjmując z jednej z szafek pudełko z amunicją. — Jedziemy do Zachodniej Wirginii.
Zaskoczony Ranger przystanął w progu. Zszokowała go nie pora wyjazdu, a jego kierunek.
— Do Zachodniej Wirginii? A nie jeszcze bardziej na wschód? To w liście to nie było to Charleston, gdzie była ta bitwa w kwietniu? — spytał, bo tak sam zrozumiał tę zaszyfrowaną wiadomość.
— Tak miała pomyśleć osoba, która przechwyciłaby ten list. My jedziemy do Charleston w Wirginii. Byliśmy tam kiedyś jako Boosa — wyjaśnił Maverick.
Eddie, który tego słuchał, nagle zatrzymał się i popatrzył na nich.
— Moment…
Nicholas, Maverick i Jefferson, którzy kręcili się w ukropie, zatrzymali się na raz i spojrzeli na niego pytająco.
— Co? — zapytał zniecierpliwiony Maverick.
— Jesteście Boosą? — spytał Eddie z zaskoczeniem na twarzy i zaraz też dodał: — O czymś jeszcze nie wiem?
I momentalnie po tym pytaniu reszta mężczyzn pomyślała o jednej rzeczy, o której Eddie nie wiedział. Spojrzeli po sobie i synchronicznie wzruszyli ramionami. Eddie patrzył na nich z wyczekiwaniem, aż tę chwilę przerwał szybki powrót Williama. Wszedł do środka ze wszystkimi swoimi papierami i pustą szklanką po whisky.
— Czy Eddie z nami jedzie? — zapytał, jakby było to w tym momencie dla niego bardzo ważne.
— Myślałem ze… Zwierzakiem — odparł Nicholas, żeby w taki sposób odpowiedzieć na pytanie kowala — żebyś mógł już wrócić do Kansas, chyba że nie czujesz, by było tam dla ciebie bezpiecznie. Wtedy jeszcze jedna osoba zawsze będzie pomocna.
Zanim Eddie zdążył odpowiedzieć, William odłożył rzeczy na stół i zwrócił się do niego:
— Czy byłoby dla ciebie problemem, żebyś pojechał do Frankfort? Nie jest to szczególnie po dro…
— W sumie jest. Jedziemy do Charleston w Zachodniej Wirginii — przerwał mu Jefferson, a William na chwilę uniósł brwi.
— Och. Więc to jest po drodze. Będziesz mógł pojechać kawałek z nami, a… myślę, że będę mógł cię potrzebować w pewnym momencie właśnie we Frankfort.
Eddie uniósł brwi, czując się trochę przestawiany z miejsca na miejsce jak niepotrzebna figurka. Ale Frankfort nie było miejscem na tyle mu obojętnym, żeby chciał się przeciwstawić i stwierdzać, że teraz już jest na niego czas, bo wykonał swoje zadanie i w sumie nic im do tego, żeby mówić mu, gdzie i co ma robić.
— Mm… Może być. I tak jak Nick mówi, w Kansas może nie być całkiem bezpiecznie — dodał spokojnym tonem, jak zwykle pokazując, że jest zrównoważonym typem człowieka.
William ucieszył się z takiej odpowiedzi i zabrawszy swoje rzeczy, zaczął się pakować. Reszta zrobiła to samo, a przy tym wszyscy niewiele ze sobą rozmawiali. Trzeba było dobrze przemyśleć, co powinni zabrać, a co mogli zostawić. I wszyscy doszli do wniosku, że na broni i amunicji nie ma co oszczędzać. Niestety z racji na coraz chłodniejszą pogodę nie mogli też oszczędzać na ubraniach. Robiło się zimniej, a przez to, że nie wiedzieli, jak długo potrwa ich podróż, musieli przygotować się na śnieg. Zabrali więc trochę grubszych ubrań, a Maverick pożyczył Jeffersonowi i Williamowi dwa grube płaszcze. Eddie musiał pożyczyć coś od Nicholasa, bo ubrania Mavericka były na niego za małe.
Czym bliżej było wieczora, tym juki były coraz większe, a oni bardziej spakowani. Jefferson chyba jako pierwszy skończył ogarniać swoje rzeczy. Miał stały zestaw ubrań, więc jedynie dopakował to, co dał mu Maverick i poszedł do stajni, żeby przygotować konie przed długą drogą. Zresztą wyczesywanie ich czy sprawdzanie kopyt uspokajało go, a nawet mimo leków od Williama cały czas czuł, że jego serce nie pracuje tak, jak powinno.
Tymczasem William skrycie dostosowywał swoje aktualne problemy do zaistniałej, nagłej sytuacji. Na ranczu Mavericka miał wiele spokoju w kwestii pracowania nad antidotum. Wiedział, że w drodze będzie to niemalże zerowe. Próbował więc wymyślić każdą możliwą alternatywę, jednak żadna mu się nie podobała. Wiedział, że na którąś będzie musiał w ostateczności się skusić, chociaż i tak wszystko to, co obecnie się działo, sprawiało, że wewnętrznie panikował.
— Nie wiem, czy wziąć Flapa — powiedział Maverick do Nicholasa, kiedy przyniósł do pokoju gościnnego butelkę alkoholu. Chcieli napić się symbolicznie, skoro już wszyscy byli w domu i mogli wspólnie porozmawiać o planie.
— Wiesz, jaki jest mój stosunek do niego — odparł Nicholas, siedząc na kanapie i ucząc się dalej, jak regulować swoje nowe protezy. William i Eddie pokazali mu to już z kilka razy, ale nadal czuł, że potrzebuje praktyki, bo już raz za mocno coś odkręcił i nie mógł ścisnąć palców. A jednak wszystko wymagało konserwacji. Nie mógł ot tak tego zostawić.
— Wiem, ale Flap jest drapieżnikiem i słucha się mnie. Mógłby się przydać — odparł Zwierzak i podsunął sobie pięć szklanek. Do każdej nalał trochę alkoholu, po czym odstawił butelkę i usiadł obok swojego partnera.
Jefferson dołączył do nich jako ostatni i usiadł na dosuniętym do stolika krześle, kiedy lekarz i Eddie zajmowali fotele.
— Jeśli gdzieś nie znika, to zawsze ostrzega, gdy ktoś się zbliża — dodał Ranger, chociaż też miał wobec tego mieszane uczucia, bo nie zawsze jego skrzek mógł być im przychylny. Jednak widział plusy tego mutanta.
— Właśnie. — Maverick wskazał Rangera i uniósł swoją szklankę na znak toastu.
Jako pierwszy w odpowiedzi szklankę uniósł William i napił się chętnie. Nicholas zrobił to ostatni, bo naprawdę nie był skory, żeby zabierać Flapa… ale z drugiej strony, jeśli ten pierwszy się wychyli i zostanie przez kogoś zabity, to przynajmniej nie będzie na niego.
— Tak wiec za Flapa, jeszcze jednego towarzysza drogi — burknął posępnie.
Maverick uśmiechnął się do niego delikatnie, rozbawiony jego podejściem. A gdy wszyscy się napili, rozłożył mapę, którą wcześniej przyniósł. Na jeden z rogów postawił butelkę, żeby się nie zwijała.
— Jesteśmy tutaj. — Wskazał okolice niebieskiej plamki oznaczającej jezioro na zachód od Davenport. — To, co pisał Ben w liście, oznacza, że obecnie jest tu. — Wskazał na Charleston w Wirginii Zachodniej, stosunkowo blisko granicy z Kentucky. Jeżeli mamy po drodze pojechać do Frankfort, odbijemy od Chicago bardziej szlakiem na południe i tam zostawimy ciebie, Eddie. Myślę, że jeśli nie będzie opóźnień, zajmie nam to nie więcej niż dwadzieścia dni.
— Myślicie, że Show da sobie do tego czasu radę? — spytał Jefferson, bo wiedział, że czas od nadania listu do ich dotarcia do mężczyzny jednak był długi. Nie było co się oszukiwać, mogli przyjechać za późno. Jak o mało co on nie przyjechał do kwatery w Kansas City za późno.
— Nie przyspieszymy tego — odparł Nicholas ponuro. — Gdybyśmy mieli pewność, że nie ma więcej szczurów w TABiW czy w rządzie, to można by było do kogoś napisać i wysłać go do Showa, ale nie będę ryzykował zdradzenia jego lokacji żadnemu potencjalnemu wrogowi.
Chwilę panowała cisza, a każdym musiał zgodzić się z tym, co powiedział generał. Nie bez powodu wiadomość od Showa była zaszyfrowana i skierowana do nich. Musieli sami mu pomóc.
— Coś jeszcze wynikło z tego listu? — zapytał w końcu William, dość szybko kończący swój alkohol.
— Mieliśmy wszyscy zawsze jeden kod — odezwał się Maverick, oparty wygodnie o kanapę i powoli przyzwyczajający się do myśli, że właśnie spędza w tym bezpiecznym domu ostatni wieczór. — „Samotny” miało oznaczać zagrożenie, niebezpieczeństwo, a „pogaduchy” przekazanie ważnych informacji.
— Czyli Ben czegoś się dowiedział. Nie wiemy czego, ale od czasu, kiedy miał podróżować z tobą, Jeff — Nicholas zwrócił się do Rangera — nie dało się z nim skontaktować, a to jest w sumie pierwszy list od niego.
— Nie boicie się, że to zasadzka? — spytał Eddie swoim spokojnym, niskim głosem.
Przez to William aż zatrzymał łyk alkoholu w ustach, zamiast go przełknąć, a Maverick westchnął cicho i odparł:
— To jest kod, który znamy tylko my. Ja, Nick, Ben, Ad i Jess.
— A jeśli ktoś go zmusił? — spytał Jefferson, samemu czując niepokój. Bo jakoś wcześniej myślał tak jak Maverick.
— Miejmy nadzieję, że nie… A nawet jeśli, to i tak musimy do niego pojechać. Jesteśmy mu to dłużni — mruknął Nicholas.
Jefferson pokiwał głową na zgodę. Rozumiał to. Musieli brać pod uwagę najgorsze scenariusze, ale i tak nie rezygnować z priorytetów, jakimi w tej chwili była wierność. Zresztą, i tak nie mogli zostać tu na zawsze, na tym spokojnym ranczu.
— W takim razie ruszamy z rana?
— Tak, o świcie. Śniadanie zjemy w siodle — potwierdził Maverick. — Będziemy unikać miast. Dopiero, gdy zmusi nas uzupełnienie zapasów. Duch jest przyzwyczajony do ciężkiego ładunku, więc na niego zapakujemy pożywienie i amunicję.
— Jefferson i Maverick będą jechali z przodu i z tyłu, na zmianę robiąc zwiad. Są najlepszymi jeźdźcami. Poruszamy się w jak największej ciszy, nie zwracamy na siebie uwagi. Jesteśmy łowcami mutacji, jakby ktoś się pytał. Will oczywiście jest naszym lekarzem. I tej wersji trzymamy się nawet w oberżach — dodał Nicholas.
Wszyscy uznali to za dość możliwy do wzięcia za prawdopodobny scenariusz. Mutacji było bardzo wiele, a i słyszało się o łowcach, którzy z powodów czy to utopijnych, chcąc ratować zagrożonych ludzi, czy materialnych, chcących zysku, polowali na zmutowane zwierzęta. Jefferson i William aż za dobrze pamiętali braci Dog.
— Brzmi rozsądnie — przyznał lekarz.
— Gdy zostawimy Eddiego we Frankfort, pojedziemy już prosto na Charleston — dodał Maverick. — Nie wpadniemy tam jak burza. Musimy uważać, bo jeśli to jednak zasadzka, wróg może wiedzieć, jak wyglądamy.
Nicholas mówił na zmianę z partnerem.
— Znamy też Showa, wiemy, gdzie go szukać, więc cała akcja nie powinna trwać długo. Wszystko w trakcie oczywiście będzie modyfikowane, jeśli zajdzie taka potrzeba.
— Z Frankfort do Charleston powinniśmy się dostać w tydzień. Więc jeśli dobrze pójdzie, dotrzemy do Bena na początku grudnia.
— Ciekawe, gdzie w takim razie spędzimy Święta… — wtrącił Jefferson, żeby rozładować atmosferę.
A William, tym razem przodując w czarnym humorze, dodał:
— Oby nie w grobach.
Wszyscy spojrzeli na niego groźnie poza Jeffersonem, który zaśmiał się z tego, co usłyszał.
— No wolałbym jednak nie — prychnął, na co Nicholas pokiwał głową, uważając, że jedyną ofiarą, jak coś, może być Flap. Chociaż nawet tego by nie chciał, bo szkoda by mu było Mavericka.
Niemalże synchronicznie napili się whisky, a William spojrzał z tęsknotą w stronę metalowej ręki, którą Jefferson przywiózł z Kansas i która wciąż leżała na stole tuż obok truchła zmodyfikowanego kruka.
— Wygląda na to, że dwa ewenementy zbadamy, gdy już będzie po wszystkim…
— O czym mówisz? — spytał Jefferson, spoglądając na niego znad szklaneczki.
— Ciekaw jestem, w jaki sposób dokładnie Lund nagrywał przez kruka to, co się działo. A ręka… W ciągu tych dwóch dni nie zdążyłem zbadać, jak działa.
— Możemy ją zabrać, jeśli chcesz — wtrącił się Nicholas. — Nie wiem tylko, kiedy byś chciał ją badać. Będziemy głównie w drodze.
— Dlatego wolę je tu zostawić. Ręka jest ciężka. Będzie ciążyć — zanegował William. Wiedział, że swój czas w drodze będzie musiał poświęcić zgoła czemuś innemu.
— Można zabrać samą dłoń — zasugerował Eddie, bo wiedział, że gdy pracował z Willem, to najwięcej wysiłku kosztowało ich właśnie skonstruowanie dłoni, która będzie wyglądać dobrze i będzie praktyczna.
— Dobrze. Najwyżej, jeśli okaże się, że nie ma na to czasu w drodze, może weźmiesz ją ze sobą do Frankfort i coś w niej znajdziesz.
— Mhm, to dobry pomysł — zgodził się Eddie, bo faktycznie mógł posiedzieć jeszcze nad protezami. Dużo nauczył się przy Williamie i w sumie mógł więcej. A ta sztuczna ręka była doskonałym podręcznikiem.
Po tym wymienili się jeszcze kilkoma bardziej praktycznymi informacjami dotyczącymi samej podróży czy doświadczeń z traktu, którym mieli jechać. Potem tematy zeszły na już bardziej przyjemne tory, chociaż każdy z nich czuł się podenerwowany tym, co miało nadejść. I mimo że obawiali się dzisiaj lekkiej bezsenności z tego powodu, poszli wcześniej do łóżek, chcąc wstać tuż przed świtem.

4 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 28 – Wieści od zaginionego przyjaciela

  1. Katka pisze:

    Wadera, hehe, tak, dokładnie tam jest Malvinek, ale czy ruszą dalej wspólnie… Zobaczymy. Na razie już jakiś tam zarys planu mają, ale nie wiemy jeszcze, co wyniknie w trakcie, czy coś się zmieni. A co do Eddiego dowiadującego się o innych… to zobaczymy. Bo może nigdy się nie dowie, albo dowie po czasie XD Chociaż jakby był spostrzegawczy, to już coś powinien zauważać… :) Pozdrowionka! I miło zobaczyć komentarz od ciebie!

    Luana, jak najbardziej to może być zasadzka. Chłopcy nie mają pojęcia, czy czeka ich tam coś dobrego czy złego, ale solidarność każe im jechać. Ale zapewniam… emocje będą! „Panowie byli bardzo zaskoczeni jakie ich wszystkich łączą relacje.” – haha, oj bardzo XD cała szóstka gejów wyruszyłaby w podróż, by ratować kraj XD Och, gdyby to było prawdziwe, to całkiem niezła rzecz by widniała w historii :) I uroczo, że przejmujecie się Flapem! Maverick aproves.

    Kasia, nooo, biedny Willcio :( Tak się stara, protezy robi, ratuje swojego kochanka, a taka niewdzięczność na niego spada :( Nicholas powinien się nazywać Zły Nick, a nie Mały Nick. Ale cóż, może doceni, jeśli się kiedyś dowie, w czym tak naprawdę siedzi Will. Ale ogólnie widzę u Ciebie niezły przejaw irytacji, co jest urocze, bo to pokazuje, ze z kolei Ty doceniasz Williama. A jest za co! No ale może kiedyś haha Jefferson przygada Nicholasowi za to, jak traktuje Willa. To by była całkiem zabawna scena… A teraz dokładnie tak – witaj przygodo! :D

  2. Kasia pisze:

    Nick zaczął zauważać dziwne zachowanie Willa, tylko tu jest taki spostrzegawczy a złego samopoczucia Jeffa już nie widzi. Może podczas drogi się zorientuje i połączy te dwie sprawy? Ale dzisiaj mnie wkurzył swoimi podejrzeniami i w ogóle stosunkiem do Willa. W ogóle go nie docenia. Nie wiem dlaczego on mnie tak ostatnio drażni? Ja już bym się z nim pokłóciła. Zacznie zmieniać zdanie jak trzeba mu będzie dupę ratować.
    Cieszę się że w końcu ruszą z rancza – przygodo witaj ! No i mam nadzieję że zdążą z pomocą do Showa :)
    Dziękuję bardzo i pozdrawiam :)

  3. Luana pisze:

    I koniec ich sielanki. Jakoś nie podoba mi się ta wiadomość od Showa. Nie wiem, może się mylę, ale według mnie to zasadzka. Nadal obstaję przy swojej teorii, że Show jest w to wmieszany jak Jess. Chociaż pewnie okaże się, że nawet Jess nie jest taka zła. :D
    Eddie cieszy się, że pojedzie do Frankfort, bo tam może spotkać pewnego pana. :D
    Mam takie samo zdanie jak Wadera „ciekawie gdyby się okazało, że tam też nie jest bezpiecznie i będą musieli wyruszyć do Charleston w szóstkę”. Panowie byli bardzo zaskoczeni jakie ich wszystkich łączą relacje.
    Też lubię Flapa i mam nadzieję, że nic mu się nie stanie. Dokładnie, Mav by jego śmierć bardzo przeżył, więc niech Nick nie życzy mu śmierci.
    Pozdrawiam. :)

  4. Wadera pisze:

    Czy mi się tylko zdaje czy we Frankfort mieszka pewien pan o imieniu Malvin?
    W sumie byłoby ciekawie gdyby się okazało, że tam też nie jest bezpiecznie i będą musieli wyruszyć do Charleston w szóstkę. W sumie to nie mogę się doczekać momentu kiedy Eddie dowiaduję się że spędził tyle czasu z dwoma parami (bo mam nadzieję, że nie pominęłyście tego wątku ;)
    Flapa lubię, więc mam nadzieję, że nic mu nie będzie.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Wadera.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s