Across The Cursed Lands III – 26 – Mało ludzka istota

Jefferson dojeżdżał do Kansas City wieczorem. Było mu to całkiem na rękę, bo znał okolicę jako tako, a pora dawała mu element zaskoczenia. Musiał tylko nie dać się zauważyć i dorwać Lunda. Na pewno siedział w kwaterze i pewnie pod nieobecność Nicholasa sprawdzał, czy ten jednak nie zostawił jakichś wskazówek, gdzie obecnie jest.
Oficer nie zawiódł go w drodze. Gdyby tylko podróżowali z Williamem, pewnie cała podróż zajęłaby im dobre trzy dni dłużej. A dzięki częstemu galopowi, dotarł do Kansas City w tydzień. Jefferson nie zamierzał tracić nawet kilku godzin na sen, żeby zaatakować z rana. Tym bardziej, że kiedy tylko podjechał pod budynek poczty w centrum miasta i uniósł wzrok na górne piętra, światła paliły się tylko w niektórych oknach. Musiało nie być tu wielu ludzi. To dawało mu okazję na uniknięcie zbędnych świadków. Zwłoka mogła spowodować, że zostanie zauważony. Dlatego, kiedy tylko był już naprzeciwko budynku, zsiadł z Oficera i zostawił go w ciemnej alejce. Nie przywiązywał go, tylko nakazał zostać. I jak znał swojego ogiera, wiedział, że ten go nie wyda.
Pamiętał, że było jeszcze jedno wejście do budynku poczty, równocześnie będącego kwaterą główną agencji TABiW. Bo co jak co, ale nie zamierzał wchodzić frontowymi drzwiami. Przy okrążaniu budynku zobaczył stojące pod nim dyliżanse. Domyślał się, że jeszcze pakowano jakieś przesyłki.
Spokojnie, żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń, ruszył na tyły budynku, żeby dostać się tam, gdzie chciał. Do środka. Jedynie front był niejako rozświetlony, z tyłu zaś było ciemno i mało ciekawie. Konie zarżały, kiedy przechodził obok stajni, ale w mieście to zdarzało się często. Poczekał więc tylko, by upewnić się, czy nadal jest spokojnie i trzymając już jedną dłoń na kaburze rewolweru, zakradł się do drzwi, które zawsze były zamknięte od środka. Ale on miał klucz od samego generała.
Wszedł do budynku, nie zapalając po drodze żadnej lampy. Trochę na ślepo odnalazł boczną klatkę schodową. Nicholas dokładnie mu opisał, gdzie znajduje się gabinet Lunda, ale zastrzegł, że nie tylko tam może być mężczyzna. Miał też na górze budynku swój pokój, w którym sypiał.
Powoli ruszył najpierw w stronę gabinetu. Jeśli go tam nie było, to chociaż miał szanse, żeby upewnić się, czy jest tam coś, co mu pomoże. Lund bowiem mógł trzymać w gabinecie klucze, broń albo ewidentny dowód winy.
Ostrożnie pokierował się w tamtą stronę, trzymając plecy przy ścianie, żeby nie zostać zaskoczonym. Od momentu, kiedy nie trafił w węża, był dużo bardziej uważny i niepewny.
Kilka razy musiał schować się za załomem korytarza, gdy ktoś nagle wyszedł z jakiegoś pomieszczenia. Może i świateł wiele się nie paliło, ale okazało się, że było to trochę złudne. Bo naraz Jefferson natrafił na przeszkodę, kiedy zobaczył młodego mężczyznę stojącego pod drzwiami na piętrze z gabinetem Lunda. Był ubrany w mundur, który optycznie poszerzał mu ramiona, choć gładkie policzki zdradzały jego młody wiek.
Zaklął szpetnie w myślach. Nie mógł po prostu zabić jakiegoś chłopaka. Tym bardziej, że nie wiedział, co ten tu robi, a raczej kim jest. Bo na pewno pilnował gabinetu Lunda, ale czy był człowiekiem agencji, czy szpiega, to już nie było przecież napisane na jego czole. I do tego stał plecami do ściany, co uniemożliwiało mu zakradniecie się.
Wciąż stojąc przy schodach, Jefferson otworzył magazynek jednego z rewolwerów i wyjął nabój. Rzucił go w dół klatki schodowej, samemu cofając się o stopień, żeby nie zostać zauważonym, ale by nadal być blisko.
Tak jak się spodziewał, usłyszał kroki. Zaalarmowany hałasem młodzian musiał podążyć w jego stronę, chcąc sprawdzić, co się dzieje. Zrobił to absolutnie naiwnie i nawet nie zwolnił, ani nie wyjrzał za róg, tylko po prostu pojawił się przed Jeffersonem.
Ten złapał go za nadgarstek ręki, w której młodzian trzymał broń. Co prawda miał ją nisko i nieostrożnie, ale zachował chociaż minimum ostrożności. Na niewiele mu się to zdało, bo zaraz został pociągnięty za tę dłoń i oberwał z łokcia w nos. Siła jego ciała lecącego w przód i ręki Jeffersona skierowana w jego stronę wspólnie była na tyle duża, że nocny strażnik nawet nie nacisnął odruchowo na spust, a zwyczajnie osunął się na ziemię.
Ranger ułożył go pod ścianą ostrożnie i wyjrzał za korytarz, chcąc upewnić się, czy ktoś tego nie słyszał. Nie wyglądało na to. Podążył więc dalej i przytknął ucho do gabinetu Lunda. Odpowiedziała mu cisza. Szpara pod drzwiami była ciemna, więc w środku nie mogło się palić światło. Ale coś musiało tam być, skoro ten młody chłopak dostał za zadanie pilnowanie drzwi. Do tego pomieszczenia już nie miał klucza, więc posłużył się siłą i zasadą dźwigni, żeby dostać się do środka. Zamek nie chciał ustąpić, więc nożem i kolbą podważył zawiasy, unosząc drzwi, a te wpuściły go do środka.
Musiał zapalić lampkę, by cokolwiek dostrzec, bo zauważył, że okna zasłaniały ciemne zasłony. Rozświetlił więc przestrzeń i rozejrzał się.
Właściwie gabinet sam w sobie niewiele mu powiedział. Był typowym gabinetem człowieka, który zajmował się chemią, minerałami i do tego był lekarzem. Była pusta klatka, o której wspominał Nicholas, ale na biurku leżała też… walizka. Obok niego z kolei większa torba. I gdy uważniej się rozejrzał, dostrzegł, że na jednym z regałów widać było kilka śladów, jakby kurz osiadał wszędzie wokół, tylko nie tu. Coś musiało stać w tych miejscach i zostać niedawno schowane. Czyżby Lund się… pakował?
Jefferson uznał, że nie ma się co bawić w kurtuazję. Znowu używając zawsze niezastąpionego w takich sytuacjach noża, otworzył walizkę. Może to jednak jej pilnował ten strażnik. Musiał się przy tym spieszyć, bo ciemność może była dla niego korzystna, ale też fakt, że sam palił światło, zdradzał go.
W walizce znalazł jakieś papiery, ale nie były dla niego specjalnie podejrzane. Kilka było nawet dokumentami od kogoś z rządu, dającymi Lundowi jedynie prawo do swobodnego poruszania się po Stanach i zasięgania dokumentacji ze szpitali dla dobra narodu. Jefferson aż miał ochotę się zaśmiać. Dla dobra narodu…
Po przejrzeniu dokumentów mógł jedynie poznać historię mężczyzny, bo ten po prostu miał tam jeszcze swoje dyplomy i jakieś prace naukowe. Jedyne, co go bardziej zainteresowało, to dokument o tytule „Czy upioryt jest sprawcą tego, co spotyka nas w dziczy? Rzecz o reakcji organizmów żywych na nasz luksusowy surowiec”.
Zamknął walizkę i uznawszy, że najwyżej później się tym zajmie, ruszył do pokoju Lunda. Wiedział, gdzie jest. Nicholas może i był oschły oraz wymagający, ale przy tym faktycznie umiał przekazać swoją wiedzę. Miał też dobrą pamięć i ze szczegółami opisał mu dokładnie, co znajduje się na drodze. Dlatego Jefferson bez problemu, znów po ciemku, mógł udać się po swój cel, wiedząc, czego po drodze się spodziewać i gdzie się nie potknąć.
Znów zaskoczyło go, ilu pracowników znajdowało się w kwaterze. Może większość była jakimiś sekretarzami czy kimś w tym rodzaju, ale pokoi mijał wiele. Na każdym była inna plakietka.
Aż wreszcie dotarł do pokoi sypialnych. Tutaj starał się poruszać jeszcze ciszej, bo miał wrażenie, że każde skrzypnięcie podłogi może zbudzić ewentualnie śpiące osoby. Jedyne, co go w tym irytowało, to że słyszy własne bicie serca. Było głośne i szybkie. I czasami… nierównomierne. Na razie jednak musiał to zignorować.
Trzymając rewolwer w pogotowiu, dotarł do drzwi, za którymi miał być Lund. Szpara pod drzwiami świadczyła o tym, że mężczyzna albo już śpi, albo go tam nie ma.
Postarał się otworzyć zamek najciszej, jak tylko mógł. A przynajmniej taki był plan, bo gdy nacisnął klamkę, okazało się, że drzwi są otwarte. Od razu nabrał czujności i chwilę tylko stał za ścianą w korytarzu, nasłuchując przez uchylone drzwi. Niczego nie słyszał, więc po kilku chwilach wkroczył do środka. Od razu popatrzył na łóżko, ale było ono zaścielone. Rozejrzał się na wszystkie strony, lecz nikogo nie dostrzegł. Zaś w szafach znajdowało się bardzo niewiele ubrań, jakby Lund nie lubił ich gromadzić. To wydawało się Jeffersonowi podejrzane, bo pamiętał tego doktorka. Zawsze był elegancki jak paw.
Szybko rozejrzał się po pokoju. I naraz klęknął na podłodze, zaglądając pod łóżko. Tam też znajdowała się walizka. Wyciągnął ją i nożem otworzył. Była pełna ubrań.
— Pierdolony, skurwiały dziad! — zaklął i wyrzucił wszystkie rzeczy na podłogę.
W środku były głównie ubrania, ale i… woreczek. Kiedy go podniósł, wewnątrz znalazł próbkę kamieni, które swego czasu przywiózł z Williamem do kwatery z kopalni nad jeziorem. Poza kamyczkami było też kilka kliszy. Skojarzył to od razu z ptakiem, którego przywiózł Hamilton i z tym, co wydedukował William. Na wszelki wypadek schował je z powrotem do woreczka i przywiązał do paska w spodniach, szczególnie że w woreczku znalazł się też spory kawałek upiorytu. Dzięki temu nie będzie musiał szukać źródła zakupu po mieście, a wciąż pamiętał, że William o to prosił.
Po tym zostawił wszystko na podłodze i czując wzrastającą irytację, ruszył do miejsca, gdzie o takiej późnej porze jeszcze mógł być Lund. A raczej szpieg Lund. Bo nie powinien tam być, ale jeśli nie spał i nie było go we własnej pracowni, to jego przypuszczenia, że myszkował, były wysoce prawdopodobne. Ruszył więc znów po ciemku w dół. Aż do biblioteki, gdzie znajdowało się zejście do podziemi kwatery.
Za każdym razem, gdy był w kwaterze, podziwiał windę. Była imponująca, ale równocześnie… głośna. Nie miałby szans na moment zaskoczenia, dlatego wybrał schody, mając nadzieję, że nie minie się z Lundem. Zresztą, jeśli ten wybrałby windę, sam by go usłyszał. Dlatego z bronią w pogotowiu zszedł cicho metalowymi schodami w dół. I już miał nadzieję, że znajdzie tam mężczyznę, którego szuka, bo jeśli nie, to się wścieknie. Bo gdzie indziej miał już ten zdrajca być?
Korytarz w piwnicy był oświetlony i już to napawało go nadzieją, że znajdzie swój cel. Posuwał się do przodu powoli i cicho, jakby skradał się do zwierzęcia skrytego w zaroślach, które może bardzo łatwo się spłoszyć, a jest jego jedyną nadzieją na posiłek.
Gdy dotarł prawie pod drzwi gabinetu Nicholasa, zobaczył, że te są bardzo delikatnie uchylone. Słyszał też ze środka jakieś szuranie, otwieranie szuflad i pobrzdękiwanie, jakby ktoś coś przestawiał.
Żeby nie zrobić niczego głupiego, zamiast wparować tam jak burza, zajrzał ostrożnie do środka. Chciał upewnić się, czy to na pewno ten mężczyzna, którego szuka, jest w środku i włamał się do gabinetu, który powinien być zamknięty. Bo przecież Jefferson sam dostał do niego klucz od Nicholasa.
Dostrzegł przez szparę grafitowy surdut. Postać nosząca go dosłownie mu mignęła, przemieszczając się po gabinecie i co raz otwierając jakąś szafkę. Gdy zawróciła, Jefferson dostrzegł siwiznę na włosach. Potem postać znów zniknęła, aż… Ranger usłyszał jej słowa zza drzwi.
— Kimkolwiek jesteś… odwróć się.
Jefferson zastygł i instynktownie się obejrzał, a w stronę jego twarzy powędrował błyskawiczny cios. Mignął mu przed oczami metal i tylko dzięki refleksowi uniknął uderzenia kastetem prosto w nos. Osoba, która wyprowadziła cios, była smukła i wątła… jak kobieta. Jefferson nie widział jej twarzy, bo miała ją przesłoniętą chustą, a całe ciało odziane w opływowe ubrania i niesamowicie miękkie, cienkie obuwie, które sprawiało, że zakradła się do niego i właśnie wystosowała kolejny cios. Ze zdumieniem Ranger zauważył, że druga jej dłoń była w całości metalowa, choć nie masywna, jakby z cienkich, metalowych płytek, pustych w środku. Pozornie. Bo gdy pięść uderzyła w ścianę, przy której chwilę temu była głowa Jeffersona, kamień lekko się ukruszył.
Ranger zaklął szpetnie i prawie się przewrócił, ale „prawie” było tu słowem kluczowym. Podparł się dłonią o ścianę i udało mu się uniknąć kolejnego ciosu. Było tu ciemnawo, a chyba kobieta, która chciała go przerobić na worek treningowy, czuła się w tych warunkach lepiej niż on. Tylko że on miał broń, z której nie zawahał się skorzystać i strzelić w stronę atakującej go osoby.
Rzeczywiście, udało mu się trafić w ciało kobiety, ale nie spodziewał się, że kula pokona tylko materiał ubrania. Za nim musiało być metalowe ciało, bo pocisk odbił się od niego. Co prawda siła wystrzału z takiego bliska poruszyła napastniczką, ale ta swoją metalową ręką odbiła się od ściany i z podskoku kopnęła Rangera w klatkę piersiową. Ten upadł na posadzkę, jego rewolwer potoczył się dalej, a on znów musiał błyskawicznie odsunąć głowę, kiedy srebrna pięść pomknęła z góry i uderzyła z wielką mocą w posadzkę. Tam, gdzie chwilę temu była jego twarz.
Ranger zakląłby, gdyby miał czas, ale tego brakowało mu bardziej niż kiedykolwiek. Podnosząc się jak poparzony, sięgnął do kolejnego rewolweru przy swoim pasie. Strzał z takiej odległości mógłby być bardziej celny, ale i tak trafił gdzieś w głowę. I jak miał nadzieję, że to załatwi sprawę, tak…
— Kurwa jebana mać! — zaklął, kiedy z dziury w czole, jaką sprezentował brunetce z chustą zasłaniającą całą twarz od nosa w dół, popłynęła jakaś czarna maź.
Nawet nie zauważył, że drzwi do gabinetu generała się zamknęły, jakby Lund tylko czekał, aż wszystko się skończy. Był całkowicie skupiony na kobiecie, której znów udało się go kopnąć. Odwinęła się potem, zakręciła i z rozmachu uderzyła go w twarz, aż poleciał na ścianę.
Ta zabawa zaczynała go denerwować, bo czuł już metaliczny smak krwi w ustach.
— Suka… — syknął i mając naprawdę głęboką nadzieję, że głowy nie ma metalowej, walnął ją pięścią.
Nie poczuł nic twardszego niż zwykła twarz. Kobieta zresztą cofnęła się o krok i znów zamachnęła się nogą, ale Ranger nie mógł trzeci raz dać się nabrać na ten sam chwyt. Złapał ją w kostce, gdy miała go trafić, po czym okręcił i szarpnął, aż kobieta z hukiem upadła na posadzkę.
Od razu zauważył, że ta zaczyna się podnosić, mimo że wciąż ją trzymał. Było to na tyle nietypowe zachowanie, że nim ta całkiem się uniosła, sieknął ją z całej siły kolbą rewolweru w kolano. To chrupnęło, a rzepka przesunęła się na bok. I nie wywołało to wszystko żadnej reakcji napastniczki.
To nie było normalne, ale w trakcie trwania misji, którą otrzymał od TABiW, już nauczył się, że powinien porzucić wszelkie definicje słowa „normalność”. A i jakoś mniej litości czuł do tej kobiety, kiedy widział, że ta nie wykazuje żadnych ludzkich reakcji. Więc zanim ta się podniosła, szybko przyłożył rewolwer do jej piersi po lewej stronie i nacisnął spust. Ciałem szarpnęło do góry, potem to z metalicznym stuknięciem opadło na posadzkę i… znieruchomiało.
Chwilę obserwował truchło, upewniając się, czy nie wstanie i po kilku tych sekundach bezruchu usłyszał kolejne dźwięki z gabinetu. Jakby ktoś się mocno spieszył.
Znowu siarczyście zaklął, splunął krwią na ziemię i dosłownie odrzucił nogę, którą jeszcze trzymał. Czuł, że jeśli dożyje wieku członków Boosa, będzie z siebie cholernie dumny.
— Stój i ani kroku, bo jaja odstrzelę! — warknął, kiedy wparował do gabinetu generała, wyważając drzwi mocnym kopniakiem.
Lund tam był i to nie do końca bezbronny. Trzymał rewolwer wymierzony w jego stronę. W drugiej ręce miał teczkę, a na sobie schludny surdut, jakby szykował się do bankietu, a nie tchórzliwej ucieczki z kwatery agencji rządowej.
— Mógłbym powiedzieć dokładnie to samo, panie Black — odpowiedział nosowo.
Jefferson miał dość. Nie czekał już, aż powymieniają się grzecznościami i zwyczajnie nacisnął spust. Trafił w prawe płuco mężczyzny, chociaż celował w jego lewe ramię. Coraz mniej mu się to wszystko podobało.
Lund stęknął i upadł, ale z jego rewolweru też wyleciał nabój. Na szczęście trafił tylko w ścianę, a doktor po upadku chwycił się za pierś. Na jego jasnym, eleganckim odzieniu od razu pojawiła się rosnąca z każdą chwilą, szkarłatna plama.
Jefferson podszedł do niego i odkopał jego broń dalej od niego. Nie miał zamiaru dać się teraz postrzelić.
Mężczyznę przewalił na plecy, używając stopy.
— Bardzo nieładnie — burknął do niego. — Co to, do kurwy, było, co próbowało mnie zajebać? — spytał, nie panując nad językiem.
Lund zaśmiał się i od razu zakrztusił się własną krwią, która chlusnęła mu z ust na brodę. Przebite płuco dawało szybkie oznaki, a Jefferson aż musiał odchylić mu głowę na bok, żeby mógł odpowiedzieć.
— To… przyszłość… — wycharczał.
— Jebie mnie ta twoja przyszłość. Co to było? To żyło w ogóle? Kim jesteście? Gadaj! — Jefferson kopnął go w bok i zaraz też podciągnął za poły ubrania, żeby ten za szybko mu tu nie umarł. Był wściekły na siebie i na to, że nie trafił.
Lund znów się uśmiechnął i znów charknął, a więcej krwi wypłynęło z jego ust. Odzienie też było już w znacznej mierze czerwone. Bardzo szybko tracił krew i najwyraźniej już odpływał, bo jego spojrzenie stawało się jakby mniej ostre.
— Życie… jest ulotne… Chyba że ma się… kogoś, kto umie nim… zawładnąć — wymamrotał.
— Kogo? Gdzie on jest? Dla kogo pracujesz? — Jefferson próbował pytać Lunda, ale widział, jak ten gaśnie. Całe przesłuchanie szło się dosłownie pieprzyć przez jego cholernie drżące dłonie. Czuł, że jak Lund robił się zimny, tak jemu robiło się gorąco.
Tym razem nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Może poza krwią na swojej twarzy, bo w ostatnim żywym odruchu Lund kaszlnął i z jego ust wytrysnęła kolejna fala czerwonej cieczy. Jefferson więc odruchowo i z odrazą puścił go, a ciało dogorywającego lekarza upadło na drewnianą posadzkę w gabinecie Nicholasa Orkenzy.
Jefferson zaklął szpetnie nad jego ciałem. Był wściekły. Nic z niego nie wyciągnął. A jedyne co uzyskał to powstrzymanie tego starca przed kradzieżą pozostałych tu rzeczy. Patrzył więc jeszcze tych kilka sekund na to, jak Lund umiera i nie czuł poza szybkim i nierównym biciem serca żadnych wyrzutów sumienia.
Wiedział, że nie może zbyt długo kontemplować tego widoku. Musiał czym prędzej stąd wyjść, przespać się w jakiejś gospodzie na pograniczu miasta i ruszyć z powrotem na ranczo.
Zdjął jeszcze z premedytacją sygnet z palca Lunda. Wziął też całą teczkę, którą ten chciał ukraść, spodziewając się, że może być to czymś istotnym dla generała. Po tym wyszedł z gabinetu. Tam zastał ciało tej dziwnej kobiety, leżące tak, jak je zostawił. Jedna metalowa dłoń, druga wzbogacona w kastet. Owinięta czarną chustą głowa i przekręcone kolano. Na szczęście była martwa, ale sam fakt, że przy tym… mało ludzka, niepokoił Rangera do głębi. Przez to przypomniała mu się dziewczynka, która zaatakowała ich na cmentarzu.
Poświęcił jej jeszcze tę ostatnią chwilę, jaką tu miał i kucnął tuż obok. Obejrzał ją dokładniej. Kasztanowe włosy, dziura w czole, z której sączyło się coś przypominającego brudną, bordową, prawie czarną maź. Blada cera i… cóż, niekompletna twarz, jak przekonał się po zdarciu materiału w dół. Dziewczyna byłaby nie do poznania nawet przez własną rodzinę, bo jej twarz kończyła się na nosie. Koniec miała jakby oderwany od kości. Zresztą skórę z ust i policzków też. Ciało był zaschnięte, nic nie ciekło z ran, tak jak z tej z czoła. Wyglądało to, jakby wszystko było starymi, „zagojonymi” ubytkami. Ale nikt z czymś takim nie wytrzymałby z bólu albo zwyczajnie umarłby od zakażeń. I nawet Jefferson to wiedział.
Obrzydzało go to tak samo, jak niepokoiło, jakim cudem w takim razie ta kobieta się poruszała i z taką siłą z nim walczyła. Domyślał się, że William mógłby być zafascynowany tym widokiem, ale nie dlatego powziął pewien plan. Domyślił się, że może zbadanie ciała kobiety będzie dla nich korzystne, ale nie mógł zabrać jej w całości. Zamierzał pokonać drogę z powrotem na ranczo równie szybko, jak z rancza do Kansas, ale Oficer nie mógłby rozwinąć takich prędkości z dodatkowym balastem.
Musiał zdecydować, jakie pamiątki ze sobą zabrać. Może ktoś mógłby uznać, że nie ma serca, ale on wiedział, że faktycznie mógłby go nie mieć, jeśli okazałby tej, teraz już na pewno martwej, przeciwniczce fory.
Rozejrzał się, chcąc sprawdzić, czy gdzieś nie ma niczego, czym mógłby uciąć jej rękę. Nie znalazł nic poza wysuwaną, metalową dźwignią do windy, więc z nią wrócił do zwłok. Odłożył dokumenty i pierścień Lunda na bok, po czym kucnął przy nieboszczce. Wbił nóż w miejsce, w którym klatka piersiowa łączyła się z metalową ręką. Zrobił odpowiednio dużą dziurę, żeby wsadzić tam rurę, która była w oryginale dźwignią, a nie łomem, którym właśnie zaczął wyrywać kończynę z ciała. Musiał je przytrzymać nogą, żeby się za bardzo nie przesuwało. I na walce z metalową kończyną, która o mało go nie zabiła, spędził dobre kilkanaście minut. Ciągnął, rwał, ciął ścięgna, aż w końcu trzymał za nadgarstek całkiem zmyślny kawałek współczesnej technologii.
— Wybacz, maleńka, ale na twoją głowę nie mam już czasu.
Cały swój połów jako tako ze sobą zabrał. Po tym wrzucił ciało kobiety do gabinetu generała i zatrzasnął drzwi, mając nadzieję, że zwłoki ktoś odkryje dopiero jutro. Po tym już wyszedł schodami z piwnicy, starając się pozostać niezauważonym.
Może i nie udało mu się nic z Lunda wyciągnąć, ale złapał go w dosłownie ostatniej chwili. Idiota by nie zauważył, że tej nocy doktor zamierzał opuścić kwaterę. Jego rzeczy były spakowane, a on sam teraz martwy w gabinecie generała Orkenzy, który jako jedyny miał do niego dostęp. Jefferson miał nadzieję, że resztka agentów agencji nie okaże się skończonymi kretynami. Nie zamierzał jednak zostawiać żadnych liścików i zabrawszy wszystko, co mogło mu się przydać, opuścił budynek poczty.
Nocne powietrze było zbawienne. Serce znowu go bolało, jakby brakowało mu oddechu.
Zacmokał w charakterystyczny sposób i ostrożnie wychylił się na drogę, którą tu przyszedł i gdzie niedaleko stał Oficer. Zobaczył go po chwili, idącego spokojnie w jego stronę jak nocne, czarne widmo.
Stanął tuż przed nim, a Jefferson zgiął skradzioną rękę w łokciu i wcisnął ją w juki. To samo zrobił z resztą i bezgłośnie wskoczył na konia. Po tym lekko spiął jego boki i pokierował się na północną granicę Kansas City. Stamtąd miał najbliżej na dobrą trasę na ranczo, a i widział tam wcześniej kilka spelun, które mogły mu zapewnić nocleg na dzisiaj. Potrzebował odpoczynku po tym, co się właśnie wydarzyło.

***

Miał za zadanie zebrać jak najwięcej informacji od Lunda albo pojmać go, żeby to generał i Zwierzak mogli go przesłuchać. Sprawy oczywiście potoczyły się kompletnie nie po jego myśli, co w obliczu tego, że coś działo się z nim zdecydowanie nie tak, nie powinny raczej dziwić Jeffersona.
Oddalał się od Kansas City i miał naprawdę nadzieję, że dłonie, do cholery, przestaną mu się tak trząść. Nie było to w żaden sposób komfortowe ani uspakajające, bo nie tylko utrudniało podróż, ale wzbudzało w nim coraz większą pewność, że jego stan to nie po prostu przemęczenie. Oficer niósł go w stronę farmy Mavericka, a on myślał o tym, co go znowu spotkało. I o tym, że jednak mogli nie być tak całkiem bezpieczni w tej kryjówce. Bo jeśli Lund jednak znalazł coś wcześniej niż ostatniej nocy, kiedy planował ucieczkę, i już posłał komuś telegram o tym, gdzie znajduje się poszukiwany Ranger i lekarz, to mieli poważne problemy. Nie wątpił bynajmniej w umiejętności Małego Nicka i Zwierzaka, ale jednak atak mógł przyjść z zaskoczenia. Na właściciela rancza, kiedy ten był na polowaniu, a na resztę w domu, kiedy pracowali nad protezami. Mogło mieć miejsce wiele niekomfortowych wydarzeń. A do tego Jefferson był w drodze i sam mógł tym razem nie uratować swojej skóry. Nie spodziewał się tego, co spotka w kwaterze. To było dla niego równie zaskakujące jak odkrycie, że autentycznie zaczyna na coś chorować. Że z jego ciałem, na które zawsze, jak do tej pory, mógł liczyć, coś się dzieje. Nie zdarzyło mu się, żeby się na nim zawiódł. Do tego czym było to, z czym walczył w korytarzu w kwaterze? Tajemnica zataczała coraz większe koło, co źle wpływało na nastrój… zapewne nie tylko jego.
Kiedy w końcu zauważył, że zapędził się w myślach, zatrzymał Oficera w spokojnym miejscu na szlaku. Niedługo miało świtać, ale obaj musieli odpocząć. To była długa i pełna emocji noc.
— Szzz… — uspokoił ogiera, kiedy ten zarżał, jakby mówił mu, że jeszcze nie musi się zatrzymywać, że to jeszcze nie jest ten moment.
Jefferson nawet w tej chwili nie myślał w pełni o wierzchowcu, a o sobie. Bo jak zwykle stawiał to na drugim miejscu, tak po zabiciu zarówno Lunda, jak i tajemniczej kobiety, musiał odetchnąć. Musiał też przemyśleć, jak wiele powinien powiedzieć Williamowi albo generałowi. Bo jeśli okazałoby się, że już nie umie strzelać, to zarówno stałby się zbędny, jak i też… niebezpieczny. Wiedza o sile swojego zespołu była kluczowa dla zachowania bezpieczeństwa.
Nie miał pojęcia, co ma robić, więc zostawił sobie te rozmyślania na drogę powrotną i w tej chwili skupił się na tym, żeby zorganizować mały postój oraz chociaż chwilę się przespać.

***

Jeffersona nie było już dwa tygodnie, ale Nicholas i Maverick mówili, że nie ma w tym nic niezwykłego. Ranger musiałby pędzić, żeby być tu wcześniej niż za dwa, trzy dni. Mimo to, im dłużej trwała rozłąka, tym bardziej William się niepokoił. A dziś, kiedy był ostatni dzień października i mieli wreszcie przytwierdzić do Nicholasa gotowe protezy, nie myślał o nich tak wiele, jak o swoim partnerze. Bał się, że ten już od kilku dni może leżeć w rowie, martwy, zabity przez jakieś zmutowane zwierzę. Ale mimo takich myśli wciąż spędzał dni na pracy nad wirusem, choć każde kolejne niepowodzenie sprawiało, że popadał w wewnętrzną panikę. Nie okazywał jej w żaden sposób, ale niemal nie mógł przez nią spać, tak samo jak i zapewne Jefferson nie mógł zmrużyć oka przez swoje serce.
— No! Will, jesteśmy gotowi! — zawołał Maverick z przedpokoju.
Lekarz, który wciąż i wciąż, jak ostatnio niemal non stop, siedział w pokoju gościnnym nad notatkami, uniósł głowę i szybko wstał.
— Nicholas jest już w stajni?!
— Tak, Eddie zabiera się za odkręcanie starych protez!
William na tę wieść zabrał szybko ze stolika nową rękę generała, na której jeszcze dziś dyskretnie wyżłobił drobne, własne inicjały. Ruszył z nią za Zwierzakiem.
Gospodarz szedł pierwszy. Widać był, że jest podekscytowany. Starał się tego nie okazywać, ale William widział to. Tak samo jak widział, że generał był jednocześnie pełen nadziei, ale i zły na siebie, że je ma. Był spięty i nie mówił za wiele, tylko wodził spojrzeniem swoich groźnych oczu za Eddiem, kiedy ten pozbywał go protez.
Stajnia pełna była resztek metali, śrubek i narzędzi. Do tego trochę węgla i drewna po tym, jak Eddie korzystał z pieca. Na środku pracowni za to postawiony był drewniany, szeroki stołek, na którym siedział generał. Musiał się rozebrać, żeby mogli odkręcić protezę nogi i ręki.
Po wejściu do środka William nie zamknął bramy, mimo że wiatr dzisiaj był chłodny. Jedynie przymknął ją trochę i odłożył nową rękę Nicholasa na stół obok narzędzi. Tam była reszta, zarówno części od nogi, jak i inne segmenty, które jeszcze trzeba było połączyć z metalowym ramieniem.
— Jak się czujesz, Nick? — zapytał Maverick, podchodząc bliżej kochanka, żeby stać blisko, gdy pozostała dwójka będzie pracować nad przytwierdzeniem protez. Chciał być tuż obok i wspierać ukochanego.
— Nie wiem. Do tej pory były to przymiarki. I Will ma jeszcze coś głębiej wymieniać — odmruknął posępnym głosem. Denerwował się i nie myślał przez to o tym, że mu chłodno. Do tego bardzo rzadko pozbywał się obu protez, dlatego teraz musiał trzymać się stołka, na którym siedział.
— Tak, jeszcze było kilka poprawek. Mam nadzieję, że żadne już nie będą konieczne — powiedział lekarz, zbliżając się do nich.
Podwinął rękawy swojej białej koszuli i sięgnął po narzędzia. Na samym początku musieli przytwierdzić ramię do części, którą Nicholas już w sobie miał. I może nowa proteza była lżejsza niż ta poprzednia, ale wciąż ważyła tyle, co ludzkie ramię umięśnionego mężczyzny, więc William musiał poprosić Eddiego, żeby ją trzymał, kiedy on będzie łączył części.
Nick patrzył na lekarza z niemrawą miną. Siedział tu prawie całkiem nagi. Jego krocze było co prawda przykryte szmatą, a na jednej nodze miał buta, ale to było tyle. Poza tym był zdany na łaskę i niełaskę kowala i lekarza.
— Po podłączeniu części ramię będzie jeszcze do końca niewyważone, więc prosimy o cierpliwość, generale — zwrócił się do niego Eddie, kiedy stał obok Williama pochylającego się do ramienia Nicholasa.
Bez protezy ramię wyglądało dziwnie. Ciało było zrośnięte naokoło metalowego korpusu, w środku którego jeszcze była przestrzeń, w której właśnie William wymieniał ostatnią część tak na przyszłość, skoro starczyło im czasu.
W tym czasie Maverick trzymał dłoń na zdrowym ramieniu swojego partnera i w milczeniu obserwował całą operację. Cieszył się, że jest to bezbolesne i Nicholas nie musi przechodzić przez żaden inny dyskomfort poza wstydem.
Po wymienieniu wewnętrznej części William w końcu zaczął łączyć nowe ramię z resztą. Co raz przykręcał jakąś śrubę, co raz też prosił Eddiego o pomoc, żeby ten dokręcił niektóre części mocniej, za pomocą swojej siły. Ramię było najbardziej masywne i miało największe spoiwa. A gdy zostało przykręcone, dwójka twórców nowych protez zaczęła dokręcać do stawu łokciowego przedramię. Obudowę całej ręki zamierzali dołączyć na samym końcu.
Nicholas swoje stare ramię znał dokładnie na pamięć. Wiedział, co gdzie idzie, jaka linka łączy się z czym, gdzie jest jaka śruba i co ma zrobić, kiedy łokieć chociażby zbyt trudno się zginał. Teraz, chociaż przy każdej przymiarce dobrze przyglądał się protezie, miał wrażenie, że przykręcane jest do niego coś kompletnie mu obcego. Nie było to miłe uczucie, ale jednocześnie widział, że chociażby główny element ramienia nie odstaje od niego w tak kanciasty sposób jak poprzedni. Ramię i jego staw były dużo bardziej skomplikowane niż te w starej protezie. I już też wiedział, że będzie miał szersze pole manewru tą ręką. Zresztą, ta jakby była na powrót znowu bliżej jego ciała, ale William zapewnił, że nie będzie żadnych obtarć.
— Wiem, że na razie wydaje się za lekka, ale to obudowa jest dość ciężka, więc gdy ją zamontujemy, poczujesz, jaka jest naprawdę — powiedział, gdy już kucał przed Nicholasem i dokręcał mu dłoń.
Maverick sceptycznie patrzył na tę pozycję, bo William jego zdaniem miał głowę za blisko krocza jego partnera. Już nawet miał coś powiedzieć nieopatrznie na ten temat, ale następne słowa lekarza go bardziej zdumiały.
— Maverick będzie mógł do ciebie strzelić.
— Co…?
Nicholas także spojrzał na Eddiego, jakby nagle Williamowi zebrało się na żarty. Kowal uśmiechnął się i pokiwał głową.
— Nie żartuje. Udało się uzyskać dobry stop. Jest trudny w obróbce, ale jest całkiem lekki jak na swoją wytrzymałość. Wykułem z nich z Willem obudowy do ręki. Nie będzie się zaczepiać o ubrania. I to jest ta ostatnia niespodzianka, której generał jeszcze nie mierzył.
— Ale… — Nicholas ściągnął brwi groźnie, jeszcze nie nadążając. Wiedział, że nie widział jeszcze efektu końcowego, ale o obudowach mogli mu powiedzieć, do diabła! — Czyli ta ręka nie będzie wyglądała jak wcześniej? — spytał, bo proteza Showa była odkryta. Było widać każdy element jej konstrukcji. Przez co nie była tak ciężka jak pewnie mogłaby być, a do tego dawała dostęp do środka, gdyby cokolwiek się działo. Przez to też była jednak mało estetyczna i ostra.
— Nie, będzie imitowała prawdziwą rękę — dodał William, nie patrząc jednak na rozmówców, tylko już małym śrubokrętem dokręcał drobne części w nadgarstku. — Będzie bardziej opływowa, a w koszuli i rękawiczce będziesz wyglądał, jak zwyczajny obywatel naszego pięknego kraju.
Maverick uniósł brwi, słuchając tego. Po tym zerknął na twarz swojego kochanka, a William w końcu wstał i poprosił kowala o podanie obudowy.
Każda jej część była srebrna i lekko matowa, ale faktycznie wyglądała jak odlew ręki. Pocięte na kawałki, bo elementów było dużo, tak samo jak śrub do zamontowania ich. Gdy William i Eddie zaczęli to robić, Nicholas widział, że niektóre elementy nachodzą na siebie, inne zostawiają jednak małe przestrzenie, przez które było widać wnętrze. Ale wszystko faktycznie wyglądało bardziej jak ręka. Szczególnie na ramieniu. Pod pachą była przerwa, żeby można było wyregulować ramię, ale ono dzięki małym płytkom łączyło się gładko z jego barkiem.
Nicholas nic nie mówił, na razie nie wiedząc nawet, co ma powiedzieć. Bo nikt, do diabła, nie powiedział mu o żadnej obudowie.
— Zrobiliście nawet sensowny kształt… — zauważył Maverick, który był w równym szoku co jego partner.
Rzeczywiście, obudowa nie była prosta i sztucznie wyglądająca, niczym pień. Miała pewne zagłębienia, które imitowały nieco napięte mięśnie. I po przykręceniu, wcale nie wyglądały nienaturalnie. William zdecydowanie znał się na anatomii.
— Tak. Tak wygląda ręka. Zaraz weźmiemy się za nogę, ale spróbuj nią poruszyć, Nick — powiedział lekarz, unosząc się z narzędziami w rękach. Odsunął się na dwa kroki.
Generał spojrzał na wiszący kawał metalu przy jego boku. Wyglądał sensownie, ale na razie jakoś nie myślał, że to już należy do niego. Dlatego czuł napięcie wywołane obawami, czy w ogóle to wszystko zadziała.
Skupił się i… wszystko się poruszyło. Paliczki palców zgięły się prawidłowo. Nie były tak dobrze obudowane jak całe ramię i przedramię, ale za to same opuszki miały kształt palców i przez to wyglądały trochę jak kuleczki na końcach cienkich palców z metalu. Pokrywa i środek dłoni, były zabezpieczone, żeby do środka nic nie wpadło. Do tego palce naprawdę nieźle się poruszały. Gładko, tak samo jak łokieć i nadgarstek. Nicholas aż wziął głęboki oddech z zaskoczenia, kiedy zauważył, że ten może swobodnie się obracać na prawo i lewo. Poruszył też ramieniem. Obudowy trochę zaskrzypiały, kiedy ruszył barkiem.
— Czekaj, poluźnię tu śrubę, a jak coś, wypiłujemy. — Eddie od razu podszedł do mężczyzny, żeby doregulować obudowy.
Maverick sam wstrzymał oddech, jakby to on tu siedział, a nie Nicholas. Był w szoku, jak ruszanie tą ręką wydawało się nie sprawiać Nicholasowi bólu. Zupełnie inaczej niż poprzednią, która była potwornie ciężka i mało mobilna.
Gdy Eddie wyregulował śrubę i nic nie skrzypiało, William zwrócił się do Zwierzaka:
— Maverick, podaj Nickowi dłoń. Nick, spróbuj ją uścisnąć. Zobaczymy, jaki masz uchwyt. Później spróbujemy na pniaku — dodał, wiedząc, że Nicholas powinien spokojnie móc przynajmniej uszkodzić drewno.
Generał spojrzał na lekarza podejrzliwie.
— A nie możemy spróbować na czymś innym, czy mam w tym wyczucie? — spytał, bo jak ręka poruszała się całkiem wygodnie, z czego był niemało zaskoczony, tak nie chciał niechcący zmiażdżyć dłoni ukochanego.
— Nie ma co. Nie ufasz nam? — Eddie zaśmiał się.
Sam chwycił dłoń Nicholasa w swoją i potrząsnął nią. Nicholas odruchowo ją ścisnął, ale nie zmiażdżył. Miał przy tym duże oczy i zachowywał się trochę tak, jakby nie wiedział, co się w ogóle dzieje. William, który obserwował to, jak posługuje się nową protezą, był coraz bardziej dumny z tego osiągnięcia. Podszedł do kosza z pniami do pieca i wyciągnął jeden większy. Wrócił z nim do generała i wyciągnął go do niego w obu dłoniach.
— Teraz spróbuj zacisnąć najmocniej, jak umiesz. Zobaczymy, czy udało się nam ją wzmocnić tak, jak chcieliśmy.
Nicholas przyjął kłodę. Chwilę poważył ją w metalowej dłoni. Miał wrażenie, że ręka jest mniejsza niż była w poprzedniej protezie. Nie chciał jej już zniszczyć. Poważył więc najpierw drewno, czując, że jedynie jego ciężar czuje jako tako w reszcie ciała. I nawet przez samo obciążenie ręki ten kloc drewna wydawał mu się lekki.
— Mam nadzieję, że nie połamię tych palców — mruknął sceptycznie, żeby nie dać się ponieść emocjom. I zacisnął dłoń na drewnie.
Grube, matowe paliczki wbiły się w drewno i… wchodziły w nie, jakby nie było to trwałym surowcem, a dojrzałym owocem. Po chwili kłoda trzasnęła głośno, a wióry upadły na ziemię, tak samo jak obie połowy pieńka.
William odetchnął cicho i podsumował:
— Kolejny test zaliczony. Możemy dokręcić już nogę?
— Będę wdzięczny — odmruknął Nicholas, ale zapomniał na chwilę, że nie ma jednej nogi i po prostu patrzył na dłoń.
Była wytrzymała. Nic się nie zniszczyło. Złączył nawet protetyczną dłoń z tą zdrową, żeby porównać ich wielkości. Były takie same, ale przez wcześniejszą protezę miał nadal wrażenie, jakby ta była mniejsza.
Kiedy Eddie i William zaczęli montować mu dolną kończynę, Maverick usiadł tuż obok niego, na skraju stoliczka i wyciągnął dłoń do metalowej ręki. Przesunął palcami po jej wnętrzu.
— Jest taka gładka… Gdyby nie ten kolor, to bardzo ludzka.
— I wygląda, jakby były tu normalne kości — odparł Nick, wskazując paliczki.
Poza obszarem, gdzie powinny być opuszki, te faktycznie były jak kostki. Były trochę zakryte, ale tylko tak, żeby nie uległy uszkodzeniu właśnie podczas takich rzeczy jak test siły na pieńku.
— Ale już się zamykam. Też myślę, że wygląda dobrze. Muszę tylko się do niej przyzwyczaić — dodał i przesunął kciukiem po wnętrzu tej samej dłoni. Wcześniej nie był w stanie tego zrobić.
Noga zbudowana była z takich samych stopów, ale jej dokręcenie zajęło trochę więcej czasu. Trzeba było też więcej siły, żeby połączyć niektóre elementy. Ale tak samo jak ręka, i noga była obudowana, żeby imitowała zwyczajną kończynę i nie darła ubrań.
— Wstań, Nick. Powinna być odpowiedniej wielkości, żeby nie przechylało cię w żadną stronę — polecił lekarz, tego momentu bojąc się najbardziej.
Co prawda robili bardzo dokładne przymiarki, ale ewentualny błąd mógł poskutkować złym wyważeniem. A tego nie mieli już szans naprawić.
Nicholas też był pełen nadziei. Ostrożnie wstał i nadal się trzymając, spróbował się wyprostować. Jakoś z ręką było łatwiej. Częściej ją demontował niż nogę. Dlatego teraz, zamiast wyprostować się i zrobić pierwszy krok, zachwiał się i dosłownie wpadł na Eddiego. Ten podtrzymał go i ustawił do pionu.
— Powoli — uspokoił generała, który poczuł ukłucie w dumę.
I nie tylko to było niekomfortowe, bo szmata, którą miał zasłonięte krocze, przy okazji spadła. Maverick szybko ją podniósł i przewiązał nią pas Nicholasa, skoro noga już została przytwierdzona. A potem spróbował zabić Williama wzrokiem, bo ten, zamiast patrzeć na protezę, gapił się na krocze generała. Gdy spostrzegł, że Zwierzak go mentalnie morduje, cicho odchrząknął i odsunął się z drogi.
Nicholas także popatrzył na Williama, po czym, nie puszczając ramienia Eddiego, powoli się wyprostował, łapiąc równowagę. Nie było łatwo, ale dużo łatwiej niż pierwszy raz miał stanąć na nie swojej nodze. Jeszcze to pamiętał, a tyle lat minęło, odkąd Show sprawił mu protezy.
— Dobra. Chyba stoję. Ale nie wiem, czy jest równo — mruknął, kiedy już sam przytrzymał sobie to niewielkie odzienie.
— Nie? — zaniepokoił się William. Po czym przyłożył palce do nasady nosa, zamknął oczy, odetchnął cicho i dodał z lekkim uśmiechem: — Bo nie masz drugiego buta. Zrobiliśmy tę protezę na wielkość nogi bez buta, żebyś mógł ją zasłonić obuwiem.
— To przynieś drugiego — polecił Nicholas, faktycznie powili czując, że to jest powód tego, dla którego jedna noga wydaje się krótsza. Ale mógł się mylić. Lekarz szukał już rozwiązań, ale on jeszcze zwyczajnie tego w pełni nie czuł.
Czekali chwilę, aż w końcu William wrócił i kucnął przed nim, żeby zawiązać mu obuwie. Gdy to zrobił, uniósł się i znowu odsunął, a Maverick z napięciem patrzył, jak Nicholas znów próbuje zrobić krok i czekał na opinię. Miał coraz większe nadzieje, że naprawdę te protezy będą idealne.
Generał ostrożnie puścił Eddiego. Wcześniej wolał go trzymać, niż wywalić się popisowo. Tym razem jednak trochę sprawniej udało mu się zrobić krok. Nadal dziwnie było mu z nową kończyną, ale ta wyglądała naprawdę lepiej. Nawet jakby miał więcej kuleć, to chyba by jej nie zmienił. Miał w końcu udo. Metalowe, ale miał je zamiast odcinającego się od reszty ciała, metalowego pręta wystającego z jego biodra.
Wyglądało na to, że noga spokojnie mogła udźwignąć jego ciężar, a on nie czuł rwania w całym lewym boku, jak przy używaniu poprzedniej, gdy zrobienie kroku kosztowało go wielki wysiłek. Teraz wszystko szło tak… gładko.
— Wyglądają dobrze. Pokrywa jest odporna na kule — dodał William, żeby pochwalić swój i Eddiego wytwór. — Może nie na te z twojego karabinu, ale strzelbę i rewolwer powinna wytrzymać.
— Chociaż w nodze jest cieńsza pokrywa niż w ręce — dodał Eddie. — Trzon jest cięższy, więc żeby wyrównać wagę, trochę tu zaoszczędziliśmy. Staw też Will poprawił. Powinien generał być w stanie po treningu podskoczyć.
Nicholas aż się obejrzał na mężczyznę z szokiem.
— Nie mów, że w końcu wsiadanie na konia nie będzie taką szopką? — spytał, hamując to lekkie podekscytowanie.
Oglądał swoją nogę i po chwili spróbował się przejść. Z początku kulał, nie ufając jej, aż w końcu odważył się stanąć tylko na niej. Nie wywalił się, chociaż zachwiał.
— Lekki trucht z czasem też będzie możliwy — zapewnił go lekarz i w końcu podszedł po ubrania generała leżących obok na stole. — Może się ubierzesz i przejdziesz trochę, żeby się do nich przyzwyczaić?
Nicholas skinął głową, ale nie doszedł do ubrań. Bo naraz usłyszeli skrzek Flapa z zewnątrz.
— To się nazywa wyczucie czasu — mruknął.
Jeśli Flap wyczuł, że ktoś właśnie przyjechał, najpewniej Jefferson, to wolał go nie witać w samej szmacie na biodrach. Już dość osób w jego mniemaniu naoglądało się jego blizn.
William za to nie zamierzał czekać. Kiedy Maverick, Eddie i Nicholas wciąż byli w stodole, tylko odrzucił narzędzia i nawet nie kłopocząc się odwijaniem w dół rękawów, wyszedł pospiesznie na chłodne powietrze. Rozejrzał się szybko, szukając wzrokiem Flapa i tego, co go zaalarmowało.

9 thoughts on “Across The Cursed Lands III – 26 – Mało ludzka istota

  1. TigramIngrow pisze:

    Aż się spocilam z emocji… O mamciu, Will ratuj Jeffa.
    Majstersztyk z protezami :)
    W ogóle jak Jeff był z siedzibie kwatery to bałam się, że go zaatakują i zamknął w tych… No, w tym czymś co bylo w trailerze wbudowane w podłogę i co ktoś mimo zatrzasnietej kłódki próbował otworzyć od środka. Jeny, co za emocje, uff…

  2. Katka pisze:

    Porebula, Twoje komentarz zawsze są takie pełne ekspresji XD Zacznę od dupy strony – hehehe, twitter fajna rzecz, można napisać małe, maleńkie info które mocno daje do myślenia XD Trzymaj kciuki za Jeffa, wrzucaj w portal jakieś nasze współczesne antybiotyki, to może przetrwa XD No i oczywiście, że protezki pasują :D Will i Eddie nie odwaliliby fuszerki. Nicholas będzie teraz hasał jak sarenka XD Albo bardzo niezgrabny niedźwiedź.

    Luana, doktor Show to dobra kmina, bo przecież dalej nie wiadomo, gdzie jest. A chyba nie umarł, z tego co wiemy. Albo umarł, ale do nikogo nie doszła żadna informacja. W każdym razie dobrze, że o nim pamiętasz, bo nie jest na pewno postacią zapomnianą :) Hehe a Nicholas biegający truchtem… och tak, to może być całkiem ładny widok po tych wielu latach, kiedy nawet chodzenie było dla niego czasami męczące. Maverick się bardzo cieszy :) Dziękujemy za komentarz! I też pozdrawiamy. Oby takich słonecznych dni jak dziś jeszcze trochę w tym roku było…

  3. Luana pisze:

    Część z Jeffem trzymała w napięciu. Pomyśleć, że zdążył w ostatniej chwili. Co tam, że nie przesłuchał Lunda ważne, że przeżył starcie z tym czymś. Co oni trupy zamieniają w żywe istoty, które będą dobrymi maszynami do zabijania czy jak? I kto temu przewodzi? Może doktor Show. Kto go tam wie. Zniknął. Może został porwany, bo ktoś chciał jego wiedzy co do protez albo siedzi gdzieś w swojej kwaterze i szefuje temu całemu choremu przedsięwzięciu. Chociaż nie wydaje mi się. Nie wyglądał na takiego. Ale kto go tam wie. Pozory mylą. No, nic, wszystkiego kiedyś się dowiemy. Teraz najważniejsze, że Jeff wraca. I to jego wypatrzył Flap. Oby.
    Cieszyłam się jak głupia, że w końcu przykręcają te protezy. Nicholas będzie mieć teraz zdecydowanie lepiej, lżej. Przyzwyczai się i będzie sobie lekkim truchcikiem biegał. :D I ten wzrok Mava. Ha, ha, ha. Dobrze, że Maverick nie potrafi zabijać wzrokiem, bo już Will byłby martwy i kto by Jeffa gorąco powitał. :D
    Teraz z utęsknieniem, niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnego rozdziału.
    Pozdrawiam cieplutko. :*

  4. porebula pisze:

    Zaczął się wrzesień
    Moj kale darzy znowu działa wgl waszych opowiadań ahhh jakieś plusy jednak są B)))) chociaż na nb jestem obrazona, ale reszta nadrabia hehe
    JEZUS MARIA JANUSZ MARIUSZ CO TU SIE DZIEJE NO JAK TO TAK MOŻNA
    NIEPRZYZWOICIE DŁUGIE ROZDZIAŁY SĄ OK NAPRAWDE XD Nie dobra nie można chcieć wszystkiego naraz, dajmy wam żyć xD bardzo się cieszę że protezy pasują jestem dumna z Łila B) i Ediego
    Scena że szmatką lofe lofe <3
    I DŻEF
    DŻEF
    MAM POWIADOMIENIA NA TŁITY WASZE
    I JAK ZOBACZYŁAM TO AŻ RZUCIŁAM NAJBLIŻSZĄ RZECZĄ WYDAJĄC ODGŁOS "UGHDBSKZJEBAJNSJSNSNISKSKAKAKSKKSKSJJHHHHHHHH" tą rzeczą okazał się papier toaletowy na szczęście tylko xD
    DŻEFI MA PRZEZYC I STWORZYĆ Z ŁIEM SZCZĘŚLIWĄ RODZINKĘ
    WIERZE W ŁILA ŻE ZROBI LEKARSTWO MUSI BŁAGAM 😣🙏🙏 EHEH

  5. Katka pisze:

    Kyna, Willuś zawsze miał otwarty umysł, dzięki któremu powstały takie piękne protezy. A Jeffko i jego powrót w zdrowiu… oj, o to nasza lekarzyna się martwi. Ale urwać niestety musiałyśmy, bo rozdział inaczej byłby aż niepoprawnie długi XD

    Saki, „ ale z jego obecnym stanem sukcesem jest, że w ogóle udało mu się unieszkodliwić Lunda i przy okazji samemu nie stracić życia.” – dokładnie. Jeff ma do siebie pretensje, ale i tak odwalił niezłą robotę jak na swój stan. Więc nie powinien się tak dołować. Przynajmniej pozbył się zdrajcy. Co do tej kobiety – tak, skojarzenie z dziewczyną z cmentarza trafne, bo obie te istoty… cóż, mało myślały i raczej nie czuły tego, co dzieje się z ich ciałem. A z takim kimś trudno walczyć.
    Hehe, fragment ze ściereczką to taki komediowy dodatek XD Ale w takich momentach niemal na równo z chwilami z wartka akcją żałuję, ze to jednak nie dzieje się na dużym ekranie XD Zaś co do urwania rozdziału – inaczej się nie dało przez długość, ale przynajmniej małe przytrzymanie w napięciu jest ;) Co to dalej będzie z ranczem… cóż, dowiemy się za 9 dni. Dziękujemy bardzo za komentarz!

    O., i zdziwi, i zasmuci! :( Takie czarne wizje, O.! Trzymaj kciuki, żeby tak się nie stało.

  6. O. pisze:

    Haha to się Will zdziwi jak zamiast Jeffa przyjedzie ktoś by ich pozabijać, albo chociaż spróbować zrobić im krzywdę xD

  7. saki2709 pisze:

    Czemu ja wiedziałam, że urwiecie właśnie w takim momencie? Ja chcę już dalej ;_;
    Cała cześć z Jeffem trzymała w napięciu. Trochę szkoda, że nie do końca udało mu się wypełnić misję, ale z jego obecnym stanem sukcesem jest, że w ogóle udało mu się unieszkodliwić Lunda i przy okazji samemu nie stracić życia. No i że zdążył w ostatniej chwili. Gdyby tylko dotarł tam choćby dzień późnej, byłoby kiepsko, bo Lund zwiałby nie wiadomo gdzie z jakimiś dokumentami podwędzonymi z gabinetu generała. Na dodatek nie wiadomo, czy nie zdążył już przekazać dalej jakichś kluczowych informacji… No nie jest dobrze. Źle się stało, że Jeffowi się nie udało wyciągnąć żadnych informacji z tego dziada, ale ten przynajmniej bardziej już nie zaszkodzi.
    Ta dziwna kobieta… jak tylko się okazało, że nie jest do końca normalna, naszła mnie myśl, że to jakaś ulepszona wersja dziewczynki z cmentarza. Widać Jeff chyba też na to wpadł.
    Zastanawia mnie, co jest na tych kliszach, które znalazł w tym woreczku.
    Co do drugiej części, cieszę się, że z protezami wszystko się udało. Brawa dla Willa i Eddiego. Dzięki nim generałowi będzie łatwiej funkcjonować. Za fragmencie ze ściereczką padłam XD Ten zabójczy wzrok Mavericka… Ciekawa jestem, czy Eddie tylko udaje, że nic nie widzi, czy naprawdę prze ten czas niczego nie zauważył.
    No i wrócił Jeff… chyba on, bo urwałyście w takim momencie, że gorszym nie mogłyście. Mam nadzieję, że to on, cały i zdrowy… a raczej nie bardziej chory niż już jest, a nie jakiś umierający, albo jacyś ludzie, którzy nie powinni wiedzieć o istnieniu tego miejsca. Chociaż generał chyba nie jest taki głupi, żeby zapisywać gdzieś najbardziej tajny adres, który zna, lub trzymać jakąś korespondencję z Mavem, nawet jeśli trzymałby to w jakiejś tajnej skrytce w swoim zamkniętym gabinecie. Ale nigdy nic nie wiadomo… Jak ja wytrzymam tyle czasu w niepewności? Jesteście okrutne. Ale i tak Was kocham.

    Jeszcze co do poprzedniego rozdziału. Odkąd pojawiła się ta para w opowiadaniu, czekałam właśnie na ten moment. Mo i się doczekałam. Jednak warto mieć nadzieję…

    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę weny

  8. Kyna pisze:

    Will jest geniuszem! :D Mam nadzieję, że Jeff wróci do domu cały i zdrowy… przynajmniej w takim stanie w jakim jest to możliwe z jego sercem.
    Dlaczego przerwałyście w takim momencie? :((

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s